Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Gdy Krew Się Budzi Tom 1 - Patrycja Piskorz - ebook

Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Gdy Krew Się Budzi Tom 1 ebook

Patrycja Piskorz

0,0

Opis

Czy mrok zawsze oznacza zło? A jeśli to właśnie on jest kluczem do prawdy?

 

Rosalia Rosenberg od dziecka żyje z piętnem tragedii. Była świadkiem brutalnego morderstwa swoich rodziców, a sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona. Prześladowana przez bolesne ataki i zdolność, nad którą nie potrafi zapanować – czytanie w myślach – stara się prowadzić normalne życie. Jednak im bardziej próbuje uciec od przeszłości, tym silniej mrok zaczyna o sobie przypominać. Spotkanie z tajemniczym Scottem zmienia wszystko. Chłopak wie o niej więcej, niż powinien, a prawda, którą wyjawia, burzy fundamenty świata Rosalii. Wkrótce do gry wkracza również Niall – niebezpiecznie intrygujący, skrywający własne sekrety. Gdy pojawiają się łowcy, a granica między światłem, a ciemnością zaczyna się zacierać, Rosalia odkrywa, że jej pochodzenie jest znacznie bardziej skomplikowane, niż kiedykolwiek przypuszczała. Miłość, przeznaczenie i krew splatają się w opowieści, w której każda decyzja ma swoją cenę. Bo czasem największym zagrożeniem nie jest to, co czai się w cieniu… lecz mrok, który nosimy w sobie. Jest to mroczne romantasy pełna emocji, tajemnic i walki z własnym przeznaczeniem. Historia o sile więzi, poświęceniu i cienkiej granicy między potworem, a bohaterem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Zanim Mrok Mnie Pochłonie

Gdy Krew Się Budzi

Tom I

Patrycja Piskorz

2026

ISBN: 978-83-977709-1-1

© 2026 Patrycja Piskorz

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody autorki.

Publikacja wydana w modelu selfpublishing przez Empik Selfpublishing.

Dedykacja

Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy piszą do szuflady, tym, którzy odważyli się marzyć, ale za każdym razem dostają odmowy. Marzenia się spełniają, ale musimy im w tym pomóc. Nigdy się nie poddawajcie, bez względu na to ile krytyki usłyszycie. Pamiętajcie, nie jesteście w tym sami, bo wiele z nas poszukuje swojej lepszej wersji, tylko nie mówi o tym głośno. Ta książka jest właśnie dla was.

Ważna Informacja

Ta historia została napisana przeze mnie gdy miałam zaledwie siedemnaście lat i ogromnie marzyłam o wydaniu, o tym, by moja powieść znalazła się na mojej półce w papierze. Może i fabuła nie jest zbyt wyszukana, ale czuję do niej sentyment, dlatego po tylu latach wprowadziłam jedynie drobne poprawki, nie naruszając reszty. Świat przedstawiony w książce jest fikcyjny. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, w Stanach Zjednoczonych, jednak pewne rzeczy zostały celowo zmienione w książce. Pamiętajcie o tym, że to fikcja, która ma za zadanie nas bawić, a nie być odwzorowaniem rzeczywistości jeden do jednego. W książce mogą pojawić się fragmenty dla wrażliwych osób, gdzie jest mowa o eksperymentach medycznych na małych dzieciach. Jeśli przeszkadzają ci takie rzeczy drogi czytelniku to lepiej odstaw czytanie tej książki. Reszcie życzę przyjemnego czytania. Mam nadzieję, że w tej książce każdy znajdzie coś dla siebie ~ Patrycja Piskorz.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 1

~ Rosalia ~

Stałam na progu rodzinnego domu, choć wiedziałam, że nie powinno mnie tu być. Drzwi wisiały krzywo na zawiasach, jakby ktoś próbował wyrwać je siłą. W środku panowała cisza, ciężka i nienaturalna, wręcz niewygodna. Zrobiłam krok do środka, a pod moimi stopami rozległ się cichy trzask. Spojrzałam w dół i zobaczyłam ramkę ze zdjęciem. Szkło było popękane, ale fotografia pozostała nienaruszona. Mama i tata uśmiechali się do obiektywu, jakby nic złego nigdy nie miało ich spotkać. Jakby ten dom nie był ruiną. Jakbym ja nie była jedyną osobą, która z tego wszystkiego ocalała. Im dalej wchodziłam, tym bardziej ściany zdawały się zapadać same w siebie. Nie dało się tego opisać ludzkimi słowami, ale coś było nie tak. Całe to miejsce było dziwne, takie nierzeczywiste. Farba łuszczyła się płatami, odsłaniając ciemne ślady, których nie potrafiłam nazwać. Sztuka nigdy nie była moją mocną stroną, więc i tym razem były to dla mnie zwykłe plamy bez konkretnego kształtu. Pachniało wilgocią, kurzem i czymś metalicznym, przez co momentalnie ścisnęło mnie w gardle. Serce zaczęło bić szybciej, a oddech stał się nierówny. Na całym moim ciele pojawiła się gęsia skórka i skrzywiłam się, kręcąc nosem by pozbyć się tych nieprzyjemnych zapachów. W salonie panował chaos. Meble leżały przewrócone, kanapa była rozcięta, a poduszki, albo raczej ich resztki, były rozsypane po całym salonie, jakby ktoś w furii próbował w nich coś znaleźć. Ściany były puste. Zbyt puste. Ramki po zdjęciach pozostawiły po sobie jaśniejsze prostokąty. Zdjęcia leżały na podłodze. Setki zdjęć. Porozrzucane, podeptane, częściowo spalone na brzegach, jakby ktoś próbował je zniszczyć, ale nie potrafił doprowadzić tego do końca. Uklęknęłam, a dłonie zaczęły mi drżeć tak bardzo, że musiałam oprzeć je o podłogę, żeby nie stracić równowagi. Podniosłam jedno z nich. Byłam na nim ja, młodsza, uśmiechnięta i wtulona w ramiona rodziców. Mama patrzyła na mnie z czułością, której już nie pamiętałam, a tata miał ten sam spokojny wyraz twarzy, który zawsze sprawiał, że czułam się bezpieczna. Obraz falował, jakby fotografia nie chciała pozostać nieruchoma. Uśmiech mamy powoli gasł. Oczy taty ściemniały. Upuściłam zdjęcie. Gdy dotknęło podłogi, papier zaczął czernieć, zwijać się i rozpadać na drobne, czarne płatki. Pozostałe fotografie podzieliły jego los. Twarze znikały pierwsze. Zostawały tylko kontury sylwetek i pustka tam, gdzie kiedyś były oczy.— To twoja wina.Głos rozległ się tuż przy moim uchu, choć nikogo nie było w pobliżu. Cofnęłam się gwałtownie, potykając się o stertę zdjęć. Plecami uderzyłam w ścianę, która okazała się zimna i lepka, jakby dom powoli przestawał być budynkiem, a stawał się czymś żywym. Chciałam zaprzeczyć. Powiedzieć, że to nieprawda, że byłam tylko dzieckiem, że nie mogłam nic zrobić, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Ściany zaczęły pękać. Z sufitu posypał się tynk, odsłaniając ciemność, która nie była zwykłym cieniem. Pulsowała, poruszała się, wpełzła do środka, pochłaniając kolejne fragmenty domu. Podłoga drżała pod moimi stopami, a ja miałam wrażenie, że jeśli zostanę tu jeszcze chwilę dłużej, to już nigdy stąd nie wyjdę. Serce waliło mi jak oszalałe. Chciałam uciec, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałam pośród ruin, zdjęć i wspomnień, które rozpadały się na moich oczach, a mrok powoli wspinał się po ścianach, jakby dokładnie wiedział, po co tu przyszedł. I wtedy zrozumiałam, że ten sen nie był tylko snem. To były moje wspomnienia. Oczywiście zostały wplątane w to wszystko mroczne siły, bo jako małe dziecko, będące świadkiem takiej tragedii… Mój umysł stworzył sobie własną wersję prawdy, bo nie potrafiłam nazwać tego, co widziałam. Nie umiałam nadać kształtu strachowi ani sensu temu, co wydarzyło się w murach tego domu. Mój umysł zrobił więc jedyne, co potrafił, by mnie ocalić, rozdarł rzeczywistość i wypełnił puste miejsca czymś innym. Czymś mrocznym. Czymś, co można było obwinić, gdy prawda okazała się zbyt ciężka, by ją unieść. W tamtym czasie wierzyłam, że to siły spoza tego świata wtargnęły do naszego życia. Że to one zostawiły po sobie zniszczenie, ciszę i martwe spojrzenia na fotografiach. Łatwiej było myśleć o potworach czających się w cieniu niż przyjąć, że tragedia potrafi mieć ludzką twarz. Że zło nie zawsze przychodzi z zewnątrz. Wspomnienia nie wracały do mnie w całości. Były jak wyrwane kartki z albumu, postrzępione, niekompletne, nasiąknięte emocjami, których nie umiałam nazwać nawet teraz. Pamiętałam dźwięki: trzask, krzyk urwany w pół oddechu, ciszę, która zapadła zbyt nagle. Pamiętałam zapach kurzu i coś jeszcze… Coś, co do dziś wywoływało we mnie mdłości, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Za każdym razem, gdy śniłam ten sen, obrazy układały się inaczej. Dom zmieniał kształt. Twarze rodziców rozmywały się lub znikały zupełnie, a w ich miejscu pojawiały się cienie, nie po to, by mnie straszyć, ale by zasłonić to, na co wciąż nie byłam gotowa spojrzeć. Dopiero po latach zrozumiałam, że te mroczne siły nigdy nie próbowały mnie zniszczyć. Były tarczą. Zniekształconą, okrutną, ale jedyną, jaką potrafiło stworzyć dziecko, które zobaczyło zbyt wiele i za wcześnie nauczyło się, czym jest strata. Sen kończył się zawsze tak samo. Tuż przed tym, jak miałam sobie przypomnieć coś więcej, zanim prawda zdążyła przebić się przez warstwy strachu i wyobrażeń, budziłam się z gwałtownym wdechem. I za każdym razem wiedziałam jedno. To, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy, wciąż czekało. Ukryte głęboko we mnie. Cierpliwe. Gotowe powrócić w chwili, gdy przestanę uciekać. Dziwny dźwięk wyrwał mnie z powrotem do rzeczywistości brutalnie, bez ostrzeżenia. Najpierw był ledwie słyszalnym echem, jakby dochodził z innego świata, ale po chwili stał się nachalny, ostry i bezlitosny. Metaliczny pisk rozciął resztki snu, rozrywając obrazy domu, cieni i fotografii na strzępy. Otworzyłam gwałtownie oczy, łapiąc powietrze, jakby ktoś przed chwilą trzymał moją głowę pod wodą. Serce waliło mi w piersi zbyt szybko, dłonie miałam wilgotne, a gardło ściśnięte. Przez krótką chwilę nie byłam pewna, gdzie jestem. Ciemność pokoju mieszała się jeszcze z ruinami z mojego snu, a cisza po krzykach wciąż dudniła mi w uszach. Dopiero po sekundzie dotarło do mnie, że to tylko mój pokój, łóżko, ściany i szara rzeczywistość. Budzik nie przestawał dzwonić. Zacisnęłam zęby i z wściekłością uderzyłam dłonią w plastikowe ustrojstwo, w końcu uciszając ten przeklęty dźwięk. Zapadła cisza, ale nawet ona nie przyniosła ulgi. Obrazy wciąż miałam pod powiekami, jakby sen nie zamierzał mnie tak łatwo wypuścić. Leżałam chwilę bez ruchu, wpatrując się w sufit, próbując uspokoić oddech. Wiedziałam jedno, do tego snu już nie wrócę, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Przeciągnęłam zesztywniałe po nocy mięśnie i sięgnęłam po telefon, który leżał obok łóżka. Ekran rozbłysnął zbyt jasno, rażąc mnie w oczy. Wystarczyło jedno spojrzenie na rząd cyfr, by serce podeszło mi do gardła. Nie. To niemożliwe. To naprawdę była już ta godzina. Zaklęłam pod nosem, opadając z powrotem na poduszkę. Zupełnie zapomniałam, że dziś miałam wstać wcześniej. Jak zawsze. Wczoraj położyłam się zdecydowanie za późno, a teraz skutki dawały o sobie znać z pełną mocą. Bolała mnie głowa, ciało było ciężkie, a poziom cierpliwości balansował niebezpiecznie blisko zera. Miałam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie wystarczyłoby, żebym wybuchła. Wiedziałam, że tak będzie. I nie dlatego, że potrafiłam przewidywać przyszłość. Po prostu znałam siebie aż za dobrze. Zawsze, gdy miało wydarzyć się coś ważnego, mój organizm nagle buntował się przeciwko całemu światu. Albo zasypiałam, albo się spóźniałam, albo zwyczajnie brakowało mi sił, by wstać i zmierzyć się z rzeczywistością.— Rosalia! Wstawaj w tej chwili! — dobiegł mnie z dołu głos babci.Zamarłam. Zawołała mnie pełnym imieniem, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Oznaczało jedno, była wściekła. A kiedy babcia była wściekła, nie istniała żadna wymówka, która mogłaby mnie uratować. Zresztą wcale mnie to nie dziwiło. Ostatnio babcia coraz częściej traciła do mnie cierpliwość, jakby każdy mój ruch, albo jego brak działał jej na nerwy bardziej niż zwykle. Westchnęłam ciężko, po czym w końcu wygrzebałam się spod cieplutkiej kołdry, która jeszcze przez chwilę kusiła, bym do niej wróciła i udawała, że cały świat nie istnieje. Nie miałam jednak wyboru. Zaczęłam się szykować w pośpiechu, sięgając po pierwsze lepsze ubrania z mojego nieśmiertelnego fotela, stojącego tuż obok łóżka. Był to mebel o szczególnym przeznaczeniu. Magazyn wszystkiego, co „jeszcze czyste” i „na pewno się przyda”. Byłam niemal pewna, że każdy nastolatek posiadał w swoim pokoju taki cud techniki użytkowej, który w magiczny sposób skracał poranne przygotowania do absolutnego minimum. Ten sam fotel działał jednak jak płachta na byka na wszystkie matki i babcie świata. Symbol chaosu, który należało natychmiast zlikwidować, zanim do domu zawitałaby wyimaginowana perfekcyjna pani domu, gotowa w białej rękawiczce sprawdzić każdy zakamarek, każdy pyłek i każdy źle odłożony swetr. Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się natrętnych myśli i na chwilę zawiesiłam wzrok na białym suficie. W tym momencie wydał mi się zadziwiająco interesujący, znacznie bardziej niż obowiązek wstawania o nieludzkiej porze. Dopiero wtedy dotarło do mnie, dlaczego właściwie dziś musiałam zerwać się wcześniej niż zwykle. To była rocznica śmierci moich rodziców. Babcia od rana była napięta, rozdrażniona, gotowa wybuchnąć przy najmniejszej okazji, bo chciała iść na cmentarz. Uważała to za oczywiste, naturalne, a przede wszystkim, konieczne. W przeciwieństwie do mnie. Dla mnie to nie miało najmniejszego sensu. Wychodziłam z prostego, choć brutalnego założenia, że ich tam i tak już nie było. Po śmierci nie zostaje nic. Żadnych dusz błąkających się między światami, żadnych znaków z zaświatów. Na cmentarzu są tylko nagrobki i kości, które z każdym rokiem powoli obracają się w proch. Tyle. Nic więcej. Moi rodzice nie odeszli spokojnie, we śnie. Nie zginęli w banalnym wypadku samochodowym ani przez chorobę, na którą można by zrzucić winę. Zostali zamordowani. Brutalnie. Z premedytacją. Z zimną krwią. A ja miałam wtedy pięć lat. I widziałam wszystko.Byłam tylko dzieckiem, a mimo to pamiętałam ten dzień aż nazbyt dobrze. Nie jak przez mgłę, nie w urywkach, czy domysłach. Pamiętałam go tak wyraźnie, jakby wydarzył się wczoraj. Przez lata wracałam do tamtych chwil w myślach, odtwarzałam je raz po raz, jak zapętlony koszmar, z którego nie dało się uciec. Każdy szczegół wrył się w moją pamięć z okrutną precyzją. Dźwięki, zapachy, spojrzenia. Nawet rzeczy, których pięcioletnie dziecko nie powinno rozumieć ani pamiętać. Ta scena wypaliła się we mnie na stałe. I choć minęło tyle lat, nadal nosiłam ją w sobie, ciężką i nieusuwalną, jak bliznę, której nie dało się ukryć żadnym ubraniem ani udawać, że nigdy nie istniała. Tego dnia moja mama zachowywała się inaczej niż zwykle. Była nerwowa, rozkojarzona, jakby każdą sekundę odmierzała w myślach, czekając na coś, czego ja nie potrafiłam dostrzec ani zrozumieć. Pamiętam jej spojrzenie. Niespokojne, zbyt czujne, jakby już wiedziała, że czasu zostało niewiele. Wtedy jeszcze nie rozumiałam dlaczego. Teraz wiem, że bała się bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. W pewnym momencie kazała mi wejść do skrytki w podłodze. Do dziś brzmi to absurdalnie, ale w moim dziecięcym pokoju, pod drewnianymi deskami, znajdowało się ukryte pomieszczenie, o którego istnieniu nie miałam najmniejszego pojęcia. Nigdy wcześniej go nie widziałam, nikt mi o nim nie wspominał. A jednak było tam. Idealnie ukryte. Tak, jakby rodzice od zawsze wiedzieli, że nadejdzie dzień, w którym będzie potrzebne. I że to właśnie mój pokój stanie się ostatnią linią obrony. Nie wiem, skąd wiedzieli. Nie mam pojęcia, jak mogli przewidzieć, że to wydarzy się akurat wtedy, tego konkretnego dnia. Czasami myślę, że musieli mieć prorocze sny albo wiedzę, której nigdy mi nie zdradzili. Jakby znali każdy szczegół przyszłości, ale nie potrafili jej zmienić. Na moje nieszczęście, widziałam wszystko. Dwóch zamaskowanych mężczyzn wpadło do mojego pokoju. Byli brutalni, głośni, przesiąknięci gniewem i czymś jeszcze… Fanatyzmem. Dopadli moją mamę, a ich krzyki do dziś odbijają się echem w mojej głowie.— Gdzie ona jest, do cholery?! — wrzeszczał jeden z nich.— Gdzie jest to dziecko, głupia babo?! — dodał drugi. — Jeśli chcesz przeżyć, lepiej nam powiedz. Doskonale wiesz, że ona nie ma prawa bytu. Bez względu na to, czy poświęcicie swoje życie, czy nie, ona i tak umrze. Wasze oddanie nie ma najmniejszego sensu.Wtedy do pokoju wbiegł mój tata. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy oraz oczu. Był w nich strach, czysta panika, ale przede wszystkim desperacka chęć uratowania kobiety, którą kochał bardziej niż własne życie. Nie zdążył nic zrobić, nawet krzyknąć. Drugi napastnik chwycił go i jednym, szybkim ruchem skręcił mu kark. Ten dźwięk… Nie powinnam go pamiętać. A jednak pamiętam. Mama zaczęła krzyczeć. Błagała. Głos się jej łamał, zaprzeczała wszystkiemu, co mówili. Powtarzała, że nie ma żadnego dziecka, że nigdy nie była w ciąży, że to jakaś pomyłka. Prosiła, żeby ją oszczędzili. Łzy spływały po jej policzkach, a ona nawet nie próbowała ich powstrzymać. Wiedziała, że kłamstwo może wyjść na jaw. Wiedziała też, dlaczego musi to robić.A ja… Ja siedziałam ukryta, sparaliżowana strachem, z dłonią przyciśniętą do ust, żeby nie wydać żadnego dźwięku. I wtedy, po raz pierwszy w życiu, zrozumiałam, czym jest prawdziwa bezsilność. Mama padła na kolana, szlochając tak głośno, jakby każdy jej oddech miał ją rozerwać od środka. Straciła resztki godności, wszystko po to, by mnie ocalić. Jednak bandyta, ten sam, który chwilę wcześniej bez wahania skręcił kark mojemu ojcu, najwyraźniej nie miał już ochoty dłużej słuchać jej lamentów. Zniecierpliwiony, wykonał szybki, brutalny ruch. Ostrze wbiło się z całej siły od tyłu w jej brzuch. Mama osunęła się na podłogę. Krew zaczęła rozlewać się pod nią, a ja patrzyłam na to wszystko z przerażeniem, niezdolna do krzyku, do ruchu, do czegokolwiek. Świat zwęził się do jednej chwili, jednego obrazu, który na zawsze wypalił się w mojej pamięci. Ostatkiem sił uniosła głowę i spojrzała w stronę ukrytej dziury w podłodze. W jej oczach nie było już strachu. Była tylko miłość. I spokój. Jej usta poruszyły się ledwie zauważalnie. Bezgłośnie wyszeptała: Kocham cię, Rose. Nie znaleźli mnie. Po wszystkim wyszli z domu tak po prostu, jakby wykonali zwyczajną pracę, jakby nic, absolutnie nic się nie wydarzyło. Zostawili za sobą krew, mnóstwo krwi i dwoje martwych ludzi. Leżałam tam jeszcze długo, nie wiem, ile dokładnie minęło czasu. Minuty? Godziny? Czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Babcia przyjechała dopiero po około godzinie. To ona mnie znalazła. To ona wyciągnęła mnie spod podłogi, drżącą, skostniałą, kompletnie nieobecną. Przez kolejny tydzień byłam jak pusta skorupa. Sparaliżowana nie tylko ciałem, ale i umysłem. Nie jadłam. Nie piłam. Przede wszystkim, nie mówiłam. Wszystko przeżywałam sama, zamknięta w środku, w świecie, do którego nikt nie miał dostępu. Od tamtej pory mnóstwo pytań nie dawało mi spokoju. O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego ja? Dlaczego moi rodzice? Dlaczego właśnie tak, a nie inaczej? I kim byli ci mężczyźni? Babcia przejęła nade mną opiekę niemal natychmiast, ale nigdy nie chciała rozmawiać o tamtym dniu. Każda próba kończyła się ciszą, urwanym spojrzeniem albo zmianą tematu. Jakby prawda była czymś zbyt niebezpiecznym, by pozwolić jej wypłynąć na powierzchnię. A ja dorastałam, nosząc w sobie więcej pytań niż odpowiedzi i wspomnień, których nigdy nie powinnam była mieć. Babcia konsekwentnie unikała każdej rozmowy, która choćby minimalnie zbliżała się do tamtych wydarzeń. Jakby sam temat był zakazany, jakby wypowiedzenie go na głos mogło przywołać coś, czego obie się bałyśmy.

Rozdział 2

~ Rosalia ~

Potrząsnęłam głową, próbując odegnać nieprzyjemne wspomnienia, które znów zaczęły wciskać się do mojej świadomości, i gotowa zeszłam na dół, do kuchni. Przy stole siedziała moja ukochana babunia, naburmuszona niczym obrażone dziecko. Udawała, że mnie nie widzi, wpatrzona uparcie w kubek z herbatą, jakby był najciekawszą rzeczą na świecie. Wiedziałam jednak, że to tylko kwestia czasu. Za moment się uruchomi. Zruga mnie od góry do dołu.Zresztą… jak zawsze. Odkąd pamiętam, babcia nie potrafiła ugryźć się w język, kiedy coś było nie po jej myśli. Taki miała charakter. Z najdrobniejszego problemu, czy przeszkody potrafiła rozpętać prawdziwy huragan, przy którym jakakolwiek próba dyskusji była z góry skazana na porażkę. Gdy już zaczynała, nie było mowy, by ją przegadać. W końcu jej wzrok skrzyżował się z moim. Czekałam na ten moment. No i proszę. Machina ruszyła.— Ile razy mam ci powtarzać, że to jest bardzo ważny dzień?! — warknęła, grożąc mi palcem. W odpowiedzi jedynie wywróciłam oczami. Wiedziałam, że to dolało oliwy do ognia, ale nie potrafiłam się powstrzymać. — Zbieraj się, jedziemy już! — dodała ostro, po czym wyszła z domu, nawet na mnie nie czekając.Standardowe zagranie. Jej ulubiony sposób na pokazanie, jak bardzo jest na mnie wściekła. Pół godziny później byłyśmy już na cmentarzu. Podróż komunikacją miejską nigdy nie należała do moich ulubionych zajęć, a tłok, hałas i ludzie zdecydowanie nie poprawiali mi humoru. Nie miałyśmy jednak wielkiego wyboru. Mieszkałyśmy w miejscu, z którego praktycznie wszędzie i o każdej porze można było dojechać autobusem. I tego dnia również los nie dał mi żadnej wymówki, by uniknąć tej podróży.Pewnym pocieszeniem było to, że o tej porze ruch był znikomy, a w autobusie niemal wszystkie miejsca siedzące pozostawały wolne. Mogłam w spokoju patrzeć przez okno i udawać, że ta podróż nic dla mnie nie znaczyła. Mary, bo tak miała na imię moja babcia, przez całą drogę milczała, zaciskając palce na torebce, jakby była jedyną kotwicą, która trzymała ją przy rzeczywistości. Na cmentarzu wszystko wyglądało tak samo jak zawsze. Cisza przerywana szelestem liści, zapach wilgotnej ziemi i rzędy identycznych nagrobków, które zlewały się w jedną, przytłaczającą całość.Babcia uklękła przed grobem moich rodziców i zaczęła się modlić, a po jej policzkach popłynęły łzy, których nawet nie próbowała powstrzymać. Widziałam w jej oczach cały wachlarz emocji — żal, smutek, tęsknotę i gniew. Co roku wyglądało to dokładnie tak samo. Jak odtwarzana w kółko scena, która nigdy się nie kończy. Stałam obok, z rękami w kieszeniach kurtki, patrząc gdzieś przed siebie. Dla niej to było przeżywanie straty. Dla mnie, rozdrapywanie rany, która nigdy się nie zabliźniła.~ Ech, po kim ta dziewczyna jest taka pyskata i obrażona na cały świat? — usłyszałam nagle jej głos.Spojrzałam na nią oburzona i dosłownie w ułamku jednej sekundy zagotowało się we mnie. Znowu to samo. Nic nie robiłam, a i tak potrafiła znaleźć powód, by mieć do mnie pretensje. W jej oczach byłam winna wszystkiemu: temu, że nie płakałam, że nie klękałam, że nie szeptałam modlitw, że nie udawałam, iż wszystko jest w porządku.— Pyskata i obrażona na cały świat?! Serio?! Powiedz mi, że żartujesz?! — krzyknęłam, prostując się gwałtownie. Jej spojrzenie na moment złagodniało, jakby dotarło do niej, że powiedziała za dużo. Ale ten moment trwał tylko ułamek sekundy. Zaraz potem w jej oczach pojawiła się złość gdy zrozumiała, że z jej ust nie wydostały się żadne słowa.— Rosalia! Miałaś nie czytać moich myśli, do cholery! — warknęła, mierząc mnie wzrokiem spod byka.— Tyle razy cię prosiłam, żebyś w końcu zaczęła nad tym panować! — Prychnęłam pod nosem. Zamiast odpowiadać, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wyjścia z cmentarza. Nie miałam już siły tego słuchać. Byłam zmęczona byciem ocenianą tylko dlatego, że mój umysł działał inaczej niż u reszty ludzi.— Dokąd idziesz?! Rosalia! Wracaj tutaj natychmiast! — krzyczała za mną.— Byle jak najdalej stąd! — warknęłam przez zaciśnięte zęby.Przyspieszyłam kroku, kierując się w stronę najbliższego sklepu. Musiałam się uspokoić, bo czułam, że jeśli zaraz nie wyjdę z tego miejsca, eksploduję od środka. Wzięłam kilka głębokich oddechów, ściskając dłońmi materiał kurtki na wysokości serca. I wtedy dotarło do mnie, że to dopiero początek. Kolejne stopnie prowadzące w dół, strome, ogromne, jak wejście do piramidy pełnej sekretów i dziwactw, które od zawsze towarzyszyły mojej rodzinie. A ja, chcąc czy nie, właśnie zaczynałam schodzić coraz głębiej. Od dziecka nosiłam w sobie coś, co skutecznie oddzielało mnie od reszty świata.Moce, które zamiast być darem, stały się piętnem. Czytałam w myślach, zawsze i wszędzie, bez względu na to, czy ktoś patrzył mi w oczy, czy stał kilka metrów dalej. Nie potrafiłam tego wyłączyć. Nie potrafiłam się przed tym obronić, a przede wszystkim, nie potrafiłam nad tym zapanować. Przez to bardzo szybko stałam się odludkiem. Dzieci potrafią być okrutne, a gdy tylko ktoś odstaje od normy, natychmiast zostaje nazwany potworem. Znajomi odwrócili się ode mnie jeden po drugim, śmiejąc się, szepcząc za plecami, nazywając mnie dziwolągiem albo wariatką. Zostawili mnie samą, wyglądało to identycznie za każdym razem. Zmieniałam szkoły częściej, niż powinnam, łudząc się, że gdzieś w końcu trafię na miejsce, w którym będę po prostu… Normalna.Z czasem zrozumiałam, że jedynym sposobem na przetrwanie był dystans. Trzymanie ludzi na długość ramienia. Ukrywanie swojego przekleństwa. Udawanie, że byłam taka jak oni. To jednak nigdy nie działało idealnie. Nadal zdarzały się momenty, w których traciłam kontrolę, tak jak na cmentarzu. Bez względu na to, jak bardzo się starałam, rezultat niemal zawsze był odwrotny do zamierzonego. Właśnie dlatego samotność była dla mnie bezpieczniejsza niż jakakolwiek relacja.— Cześć, piękna. Może kawa? — zagadnął mnie mężczyzna, gdy stałam przy regale z bułkami.Był napakowany, cały w tatuażach. Wyglądał na faceta grubo po czterdziestce. Typ pewny siebie do granic bezczelności, z tym charakterystycznym spojrzeniem, które mówiło jasno: należysz do mnie, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, jego myśli wdarły się do mojej głowy bez zaproszenia.~ Ale ciało… młode, jędrne. Idealne. O tak, chętnie poczułbym te usteczka, sprawdziłbym, jak smakuje. Pewnie jeszcze nie wie, jak się bawić…Przełknęłam ślinę, a żołądek ścisnął mi się boleśnie. Obrzydzenie uderzyło we mnie z taką siłą, że przez moment miałam wrażenie, iż naprawdę zwymiotuję. To właśnie dlatego nie potrafiłam się z nikim umawiać. Mogłam ignorować słowa wypowiadane na głos, ale myśli, te prawdziwe, brudne i pozbawione filtrów, zawsze mnie zdradzały. Spojrzałam na jego dłoń. Obrączka. Szeroka, złota, wyraźnie widoczna. Zacisnęłam palce na koszyku.~ Żona i tak się nie dowie. A młode zawsze są najlepsze. Trochę się pomęczy, ale w końcu zmięknie.— Nie skorzystam — odpowiedziałam chłodno i ruszyłam w stronę kasy. Niestety, nie zrozumiał aluzji. Poszedł za mną, nie przestając gadać, będąc coraz bardziej nachalnym, jakby moje „nie” było dla niego jedynie wyzwaniem.~ Udaje niedostępną. Lubię takie. Jeszcze chwila i będzie moja. — pomyślał. Zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam w jego stronę, mrużąc oczy.— Naprawdę nie rozumiesz, że nie mam ochoty?! — warknęłam, nie siląc się już na uprzejmość.W tym momencie miałam dość. Dość cudzych myśli, dość obrzydzenia, dość bycia traktowaną jak przedmiot. I choć wiedziałam, że zaraz znowu poczuję się winna, jedno było pewne, czasem jedyną obroną była agresja. Jeszcze chwila, a eksploduje. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, a w tej chwili trzymała się na cienkiej, drżącej nici. Jeśli zaraz nie da mi świętego spokoju, ktoś skończy na ostrym dyżurze i to zdecydowanie nie będę ja. Serce waliło mi w piersi, dłonie świerzbiły, a w głowie kotłowało się jedno, natarczywe pragnienie: żeby zniknął. Żeby przestał mówić. Oddychać tym samym powietrzem co ja. Istnieć w mojej przestrzeni. Nie pozwolę sobie na takie prostackie zachowanie. Nie jestem dziwką, do cholery.— Ależ, kochanie… — ciągnął z obrzydliwą pewnością siebie. — Uwierz mi, że spędzisz ze mną cudowny czas. No nie daj się tak prosić. Jedno małe spotkanie, nic więcej. — powiedział, a potem do mnie dotarło. Nie jego słowa, do nich byłam przyzwyczajona. Dotarły do mnie jego myśli.~ O tak… już widzę, jak wijesz się pod moimi palcami, złotko. Jak jęczysz i krzyczysz moje imię. Taka drobna, taka śliczna… aż szkoda byłoby cię nie spróbować.Zrobiło mi się niedobrze. Żołądek podszedł mi do gardła, a skóra zapiekła, jakby ktoś oblał mnie kwasem. Ten sam odruch co zawsze, obrzydzenie zmieszane z gniewem. I bezsilnością. Bo nieważne, jak bardzo próbowałam się odciąć, jak szczelnie zamykałam się w sobie, ich myśli zawsze znajdowały drogę. Brudne. Lepkie. Obrzydliwie głośne. I wtedy mnie dotknął. Jego palce zacisnęły się na moim ramieniu, mocno i pewnie, jakby już uznał mnie za swoją własność. To przelało czarę. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało. Wszystko wydarzyło się w jednej, krótkiej chwili. Szarpnięcie, ruch, głuchy trzask. Następna rzecz, jaką zarejestrowałam, to mężczyzna leżący na posadzce, trzymający się za twarz, z krwią sączącą się spomiędzy palców. Jego uścisk zniknął.— Wydaje mi się… — odezwał się ktoś obok, głosem napiętym od wściekłości — że ta dziewczyna wyraźnie powiedziała „nie”. Na uszy ci się rzuciło, czy jak? — Odwróciłam głowę.Stał tam chłopak. Mniej więcej w moim wieku, może o rok lub dwa lata starszy. Brunet. Zielone oczy patrzyły na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy wszystko było ze mną w porządku. Sylwetka zdradzała siłę, nieprzesadzoną, ale wypracowaną. Tatuaże znikały pod rękawami bluzy, a kiedy się poruszył, mignęło mi coś metalicznego. Kolczyk na języku? Nie byłam pewna. Przeskanowałam go automatycznie, od stóp do głowy, jak robi każda zdrowa na umyśle dziewczyna. Był… w moim typie. I właśnie dlatego od razu postawiłam między nami mur. Za dużo problemów. Takie osoby zawsze równały się z kłopotami, a tych chciałam za wszelką cenę unikać.— Koleś, rozwaliłeś mi nos — mruknął poturbowany mężczyzna, podnosząc się z trudem. — A ja chciałem się tylko umówić z tą ślicznotką.Nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. Odwrócił się i odszedł, klnąc pod nosem. Ja zrobiłam dokładnie to samo. Minęłam bruneta bez słowa, nie dziękując, nie zatrzymując się ani na sekundę. Nie potrzebowałam wybawcy. Nie potrzebowałam opiekuna. Doskonale radziłam sobie sama, z natrętami, z gniewem, z tym przeklętym darem, który skutecznie trzymał mnie z dala od ludzi. Jestem niezależną kobietą dwudziestego pierwszego wieku. I zapłaciłam za to samotnością.— Nawet mi nie podziękujesz, bezimienna ślicznotko? — rzucił lekko, zrównując się ze mną krokiem.To mnie zaskoczyło. Byłam szybka, bardzo szybka, a w szkole żaden chłopak nie był w stanie mnie dogonić, czy to na bieżni, czy podczas treningów. Przewyższałam ich siłą, refleksem i wytrzymałością, a jednak ten bezimienny brunet bez najmniejszego wysiłku dotrzymywał mi tempa. Nie przyspieszał, nie zwalniał, po prostu szedł obok, jakby było to najbardziej naturalne na świecie. Nie podobało mi się to. Ale musiałam przyznać, zrobiło to na mnie wrażenie.— Wybacz — odparłam z przesadną słodyczą. — Gdzież się podziały moje maniery? — Zatrzymałam się gwałtownie i obdarzyłam go uśmiechem szerokim od ucha do ucha. Takim, który nie miał w sobie ani grama autentyczności. — Najmocniej przepraszam, mój rycerzyku na białym koniu — ciągnęłam teatralnie, wykonując lekki ukłon. — I dziękuję za bohaterską pomoc. Jestem ogromnie wdzięczna za ratunek, bo przecież jestem tylko pustą laleczką, która kompletnie nie potrafi poradzić sobie z takim… pokaźnym natrętem. — dodałam. Brunet parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony.— Jestem Scott — powiedział, podając mi dłoń. Zignorowałam ją demonstracyjnie i ruszyłam dalej, jakby jego gest nigdy nie miał miejsca. Jego imię nie było mi do niczego potrzebne. Nie planowałam zapamiętywać twarzy, historii ani szczegółów z życia ludzi, którzy mieli zniknąć z mojego świata równie szybko, jak się w nim pojawili. — Milusia z ciebie dziewczyna — skomentował z rozbawieniem. — Nie ma co. — mruknął. Czy ten uśmiech kiedykolwiek znikał mu z twarzy?— Wybacz, że zniszczę ci ten moment triumfu — rzuciłam przez ramię — ale trenuję sztuki walki od dziesięciu lat i naprawdę umiem o siebie zadbać, bruneciku.Zapłaciłam za bułki i wyszłam ze sklepu, nawet się nie oglądając. I wtedy dotarło do mnie coś, co zatrzymało mnie w pół kroku. Cisza. Nie słyszałam jego myśli. Żadnego szumu, żadnych podszeptów, żadnych nachalnych obrazów ani ukrytych intencji. Nic. Pusta przestrzeń, jakby jego umysł był dla mnie zamknięty. Chodząca zagadka. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło.— Bezpośrednia z ciebie kobieta — odezwał się za mną, znów zrównując się ze mną krokiem. — Jak masz na imię? — Uśmiechnął się szeroko, a na jego policzkach pojawiły się wyraźne dołeczki.Urocze. Nie. Stop. Rosalia, ogarnij się. One nie są urocze. Są irytujące. Okropne. I tak ma zostać — wrzasnęła moja podświadomość. Zacisnęłam szczękę i przyspieszyłam kroku. Facet czy nie, tajemnica czy nie — miałam dość.— Ta wiedza nie jest ci potrzebna do szczęścia, rycerzyku — rzuciłam chłodno, nie zwalniając kroku.Nie czekałam na odpowiedź. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu, zostawiając oniemiałego bruneta samego na parkingu pod sklepem. Przez krótką chwilę czułam na plecach jego spojrzenie, ale nawet się nie obejrzałam. Tak było lepiej. Zawsze było. Gdy tylko przekroczyłam próg domu, uderzył mnie znajomy, niemal kojący zapach smażonych placków ziemniaczanych. Tłuszcz skwierczał na patelni, a aromat cebuli i ziemniaków natychmiast sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo byłam głodna, nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Cały dzień napięcie trzymało mnie za gardło, a ta woń działała jak obietnica chwili spokoju. Zrobiłam krok w stronę kuchni. Potem drugi. Nie zdążyłam jednak nawet zbliżyć się do drzwi, gdy ciszę domu przeciął znajomy głos. Ostry, pełen niezadowolenia, podszyty złością, która nie miała zamiaru czekać ani minuty dłużej.— Gdzie ty się włóczysz, Rosalia?! — padło z kuchni. Westchnęłam cicho i zamknęłam oczy na krótką chwilę. No tak. Placki plackami, ale burza dopiero się zaczynała. — Gdzie byłaś?! — zapytała babcia poirytowanym tonem, mrużąc na mnie oczy tak, jakby próbowała mnie nimi przeszyć na wylot.W tej samej sekundzie cały głód wyparował. Zapach placków, który jeszcze chwilę temu był obietnicą ukojenia, stał się ciężki i duszący. Nie miałam ochoty jeść. Nie miałam ochoty rozmawiać. Nie miałam ochoty spędzić choćby jednej sekundy dłużej w tym samym pomieszczeniu co ona. Nie po tym, co wydarzyło się na cmentarzu. Nie po tym, jak na mnie patrzyła. Westchnęłam cicho. Nie odpowiedziałam ani słowem. Minęłam ją, czując na plecach jej wzrok, i zamknęłam się w swoim pokoju, przekręcając klucz w drzwiach z niepotrzebną siłą.Ostatnio było tak bez przerwy, pretensje, wyrzuty, napięcie wiszące w powietrzu jak burzowa chmura, gotowa w każdej chwili się rozpętać. Czasami odnosiłam wrażenie, że obwinia mnie o śmierć rodziców. Oczywiście nigdy nie powiedziała tego wprost. Babcia była zbyt sprytna, zbyt ostrożna. Ale widziałam to w jej oczach. W tym krótkim zawahaniu spojrzenia, gdy myślała, że nie patrzę. W sposobie, w jaki próbowała ukryć przede mną własne myśli, jakby bała się, że znów je wyłapię, niechcący, mimowolnie. Położyłam się na łóżku i wbiłam wzrok w biały sufit. Był pusty, gładki i taki obojętny. Idealny.Przez moment miałam absurdalną nadzieję, że mnie wchłonie. Że rozpłynę się w tej bieli, zniknę, choć na chwilę przestanę czuć ten ucisk w klatce piersiowej. Że zabierze ode mnie cały ból, który nosiłam w sobie każdego dnia, ciężki, lepki, nie do wytrzymania. Leżałam tak nieruchomo, pozwalając myślom krążyć bez kontroli, bo czasem to jedyne, na co było mnie stać. Oddychać. I czekać, aż znów jakoś to przetrwam. Czekać aż nadejdzie nowy dzień z nadzieją, że będzie lepszy od poprzednich.

Rozdział 3

~ Rosalia ~

Obudziłam się wcześniej, niż musiałam. Sen i tak od dawna nie stanowił dla mnie idealnego miejsca do odpoczynku. Był raczej przystankiem między jednym lękiem, a drugim. Leżałam przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w sufit, jakby mógł mi powiedzieć, czy ten dzień będzie lepszy. Nie był, bez względu na to jak bardzo tego pragnęłam. Czułam to w każdej komórce mojego ciała, a zwłaszcza w napiętym karku. Sięgnęłam po telefon. Piąta trzydzieści. Ekran rozświetlił półmrok w pokoju chłodnym blaskiem. O tej godzinie świat jeszcze spał. Nikt niczego ode mnie nie chciał. Nikt się na mnie nie patrzył. Nikt mnie o nic nie pytał. Usiadłam powoli na łóżku. Przez moment siedziałam bez ruchu, czując, jak chłód podłogi przenika przez cienkie skarpetki, jakby chciał mnie całkowicie wybudzić z resztek otępienia. Narzuciłam bluzę z kapturem, wciągnęłam szare dresy i zawiązałam buty.Te same ruchy, ta sama kolejność. Rytuał, który trzymał mnie w ryzach, który sprawiał, że moja psychika się nie rozpadała na drobne kawałki, kiedy wszystko inne się sypało. Bieganie było jedyną rzeczą, która działała. Kiedy płuca paliły, a mięśnie zaczynały drżeć z wysiłku, w głowie robiło się ciszej. Ból był prosty i zrozumiały. Nie miał podwójnego dna. Uchyliłam drzwi do pokoju babci. Spała na boku, a twarz miała rozluźnioną. Jej oddech był spokojny i równy. Patrząc na nią, zawsze czułam coś między wdzięcznością, a ciężarem, którego nie umiałam nazwać. Byłam jej ogromnie wdzięczna, bo dzięki niej nie wylądowałam w domu dziecka, bo się mną zaopiekowała. Ale czułam też ciężar, bo doskonale wiedziałam jakie to było dla niej trudne, ile musiała poświęcić bym była bezpieczna i wyszła na ludzi.Zamknęłam drzwi bardzo ostrożnie, bojąc się, że najmniejszy dźwięk mógłby wszystko zepsuć i ją obudzić. Na zewnątrz powietrze było chłodne i wilgotne. Pachniało ziemią, nocą oraz czymś świeżym. Zamknęłam furtkę powoli, przytrzymując ją ręką, żeby nie szczęknęła. Dopiero kiedy ruszyłam, poczułam, że naprawdę żyję. Droga do lasu nie była długa, kilkanaście domów dalej. Znałam każdy szczegół tej drogi na pamięć. Każde pęknięcie w chodniku, krzywo stojącą latarnię, ogród, w którym zawsze szczekał ten sam pies. O tej porze wszystko wyglądało inaczej, magicznie i tajemniczo jednocześnie. Biegłam powoli, pozwalając ciału wejść w rytm. Krok. Oddech. Krok. Oddech.Chłodne powietrze wdarło się do płuc, do tego stopnia, że aż piekło, ale było w tym coś oczyszczającego. Jakby każdy wydech zabierał ze sobą część tego, co od dni zalegało mi w środku, jakby każdy wydech pozbywał się ogromnego napięcia w ciele i całego bólu jaki odczuwałam na co dzień. Słońce zaczynało wschodzić. Złote światło osiadało na dachach, na mokrej trawie, na moich rękawach. Przez krótką chwilę naprawdę było spokojnie. Tak spokojnie, że aż nierealnie. I właśnie wtedy przyszło to uczucie. Cichy głos w głowie, który sprawiał, że nie mogłam normalnie funkcjonować. To nie rodziców szukali. Chodziło o mnie. Ta myśl wślizgnęła się do głowy, a za nią tamten głos. Tamte słowa. „Gdzie ona jest do cholery?! Gdzie jest to dziecko, głupia babo?! Jeśli chcesz przeżyć, lepiej nam powiedz. Doskonale wiesz, że ona nie ma prawa bytu…” Zacisnęłam zęby.Serce przyspieszyło, choć tempo biegu się nie zmieniło. Nie ma prawa bytu. To zdanie rozlewało się w moim wnętrzu, odbierając czystość umysłu. Jakby ktoś próbował wymazać mnie ze świata, zanim zdążyłam w nim cokolwiek zrobić. Dlaczego? Co było ze mną nie tak? Czy chodziło o to, że słyszałam rzeczy, których nie powinnam słyszeć? Myśli, które wdzierały się do mojego umysłu wbrew mojej woli? Ale przecież to zaczęło się później. Po ich śmierci. Po tamtej nocy. Myśli zaczęły napływać, jedna po drugiej, coraz szybciej, a ja nie miałam nad tym kontroli. Przed tym zdarzeniem byłam tylko zwyczajnym dzieckiem, czerpiącym radość z najdrobniejszych rzeczy.Byłam pogrążona we własnych myślach, we własnych wspomnieniach. I wtedy w coś uderzyłam. W coś twardego. Powietrze uciekło mi z płuc, a ciało poleciało do tyłu, zanim zdążyłam cokolwiek zrozumieć. Asfalt przyjął mnie brutalnie, a biodro zapiekło, dłonie przeszył ostry ból gdy próbowałam zamortyzować upadek. Przez sekundę siedziałam tylko, oszołomiona, z sercem tłukącym się w klatce piersiowej jak oszalałe.— Super… — wymamrotałam, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.Podniosłam wzrok. I oczywiście, że to musiał być on. Ten sam brunet co wczoraj. Stał nade mną, zaskoczony, może trochę winny, a ja poczułam, jak resztki porannego spokoju ostatecznie się rozsypują i opuszczają moje ciało. Naprawdę nie miałam ani siły, ani ochoty na widywanie się z ludźmi. Zwłaszcza z nim.— Cześć, piękna. Znowu na siebie wpadamy.Jego głos był lekki, zaczepny, jakbyśmy właśnie uczestniczyli w jakiejś zabawnej, uroczej scenie, a nie w moim najgorszym możliwym początku dnia. Uśmiechał się szeroko, bez cienia skrępowania. Wywróciłam na to oczami.— Może to przeznaczenie — dodał i puścił mi oczko, jakby właśnie powiedział coś niesamowicie błyskotliwego.Wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać.Prychnęłam cicho i zignorowałam jego dłoń. Odepchnęłam się od chodnika, sycząc pod nosem, kiedy biodro zaprotestowało bólem. Wolałam się potknąć drugi raz, niż pozwolić mu poczuć, że był do czegokolwiek potrzebny, że ja potrzebowałam jego pomocy. Tym razem to on wywrócił oczami, ale zaraz potem zaśmiał się pod nosem, jakby moja reakcja była dokładnie tym, czego się spodziewał.— Ech… niezależna z ciebie kobieta, co? — mruknął z udawaną powagą. — Nie dasz sobie w niczym pomóc.Zrobił minę obrażonego dziecka, przesadzoną i teatralną, ale w jego oczach czaiło się rozbawienie. Przyglądał mi się bez skrępowania. Jego wzrok przesunął się po mnie powoli, od butów, przez nogi, biodra, ramiona… Aż zatrzymał się na ustach. Świetnie. Poczułam, jak coś we mnie natychmiast się buntuje, a mur, który budowałam latami, sam wskakuje na swoje miejsce. Nie rozumiałam tego świata. Ani tego, skąd u niektórych mężczyzn przekonanie, że samo patrzenie na kobietę w ten sposób jest komplementem. Że powinnam się uśmiechnąć, speszyć, może poczuć wyróżniona.Jakby jego spojrzenie było nagrodą. Odwróciłam twarz w bok, minimalnie, tylko tyle, żeby dać mu do zrozumienia, że widziałam to i, że wcale mi się to nie podobało. W filmach takie momenty były elektryczne, podniecające i ekscytujące. Kamera zwalniała, muzyka cichła, bohaterowie patrzyli na siebie o sekundę za długo i nagle świat przestawał istnieć, a serce biło dwa razy szybciej i mocniej jakby miało w każdej chwili wyskoczyć z piersi. Moje życie nie miało ścieżki dźwiękowej, nie było żadnych kamer czy perfekcyjnego scenariusza. Miało za to za dużo rzeczy, które mogły się skomplikować w każdej sekundzie, plany, gdzie jedna chwila nieuwagi mogła zniszczyć wszystko nad czym pracowałam przez lata.Był zbyt pewny siebie. Zbyt swobodny. Zbyt… kłopotliwy. A ja od dawna wiedziałam, że najbezpieczniej było trzymać ludzi na dystans. Zwłaszcza takich, którzy wchodzili w twoją przestrzeń osobistą, jakby od początku do niej należeli. Nie potrzebowałam nikogo. Ta myśl była jak mantra, jak coś, co powtarzałam sobie tak długo, aż stało się to częścią mnie. Związki to komplikacje. Uczucia to słabość. A ja i tak ledwo trzymałam w ryzach to, co już miałam w głowie. Ostatnią rzeczą, której mi brakowało, był ktoś, kto mógłby wszystko jeszcze bardziej rozchwiać. Zwłaszcza ktoś taki jak on.— Dzięki, że na mnie wpadłeś i rozwaliłeś mój bieg — rzuciłam ostro. — Gdyby nie ty, już byłabym w drodze powrotnej do domu.Nie czekałam na odpowiedź. Odwróciłam się i zrobiłam kilka szybkich kroków przed siebie, próbując odzyskać rytm oddechu i resztki kontroli. Nie zdążyłam. Jego dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Ruch był szybki i pewny. Zatrzymałam się w pół kroku, a sekundę później stałam znowu twarzą do niego. Serce zabiło mi mocniej, nie tylko ze złości. Nie spodziewałam się po nim takiej siły. Z bliska nie wyglądał groźnie. A jednak, jego palce trzymały mnie mocno i stanowczo. Na jego twarzy nie było widać ani grama wysiłku, jakby to nie wymagało od niego żadnych pokładów siły. W mojej głowie od razu zapaliła się czerwona lampka. Nie słyszałam jego myśli. Przez ułamek sekundy przyjrzałam mu się uważniej. Szerokie ramiona, wyraźnie zarysowana klatka piersiowa pod czarną koszulką, wąskie biodra. Sylwetka jak od linijki, proporcjonalna, atletyczna. Nic przesadzonego, ale wszystko na swoim miejscu. Zbyt… idealnie.— Czego chcesz? — warknęłam, mrużąc oczy.Ból z boku głowy odezwał się ostrym ukłuciem, jak zawsze, kiedy emocje podskoczyły za wysoko. Miał może sekundę, zanim moja cierpliwość się skończy. Puść mnie, przemknęło mi przez głowę. Albo naprawdę zrobię coś, czego oboje pożałujemy. Jakby wyczuł moją zmianę, rozluźnił uścisk i cofnął rękę. Powietrze od razu stało się lżejsze.— Hej, spokojnie — powiedział szybko. W jego głosie pojawiło się coś nowego. Uważność? — Dasz się zaprosić na kawę? W ramach przeprosin za… za zniszczenie twojego maratonu.Przez chwilę tylko na niego patrzyłam. W miejscu, gdzie mnie trzymał, skóra dziwnie pulsowała. Poczułam dziwne mrowienie, lekkie pieczenie, jak po dotknięciu czegoś zbyt gorącego, choć przecież jego dłoń była normalna, ciepła, ludzka. Wzięłam powoli wdech, a potem drugi i trzeci. Uspokój się. To przecież nic takiego, to tylko nerwy. A jednak coś w środku mnie, nie chciało się z tym zgodzić.— A co ja z tego będę miała? — zapytałam, unosząc jedną brew.Nie był to flirt. To było wyzwanie. Stałam przed nim z ramionami lekko skrzyżowanymi na piersi, jakbym podświadomie chciała oddzielić się od tej sytuacji, od niego, od wszystkiego, co właśnie próbowało wślizgnąć się do mojego umysłu. Puls wciąż miałam przyspieszony i nie do końca byłam pewna czy była to wina biegu, czy po prostu moje ciało reagowała tak na jego bliskość. On się nie cofnął. Nawet o centymetr. Większość chłopaków w tym momencie zaczynała się plątać, śmiali się nerwowo, czy mówili coś głupiego. Próbowali obrócić wszystko w żart, żeby nie wyjść na zbyt zaangażowanych. On wyglądał, jakby właśnie wszedł na swoje terytorium, a ja nieświadomie pozwoliłam się wciągnąć w pułapkę.— Ha — prychnął cicho, przechylając głowę. — Widzisz, kwiatuszku… — Już samo to słowo sprawiło, że coś we mnie zesztywniało. — Będziesz mogła spędzić czas z najprzystojniejszym chłopakiem w tym mieście. A to, uwierz mi, jest inwestycja, która szybko się zwraca.Uśmiechał się szeroko, bezczelnie i bez cienia zawahania, jakby jego słowa nie były tekstem na podryw, tylko suchym faktem. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę. Był zadufany i pewny siebie, przyzwyczajony, że świat reaguje na niego dokładnie tak, jak on tego chce. Powinnam była odwrócić się i odejść. Zamiast tego analizowałam go jak jakąś pieprzoną zagadkę. Jego twarz była zbyt spokojna, a oczy zbyt uważne. Natomiast w mojej głowie nadal panowała cisza, głucha, nienaturalna cisza, która zawsze pojawiała się przy nim i tylko przy nim. Żadnego szumu myśli, żadnych emocjonalnych przebłysków, które zwykle przebijały się do mnie same. Przy innych ludziach, ich myśli atakowały mnie bez pytania jedna za drugą, powodując ostry ból i w większości przypadków obrzydzenie. Przy nim… Nic. Jakbym patrzyła w pustkę. To mnie niepokoiło bardziej niż jego nieudolne teksty na podryw.— Skromność aż się z ciebie wylewa — odpowiedziałam w końcu, krzywiąc się lekko.Moje słowa były chłodne, ale odczuwałam coś zupełnie innego. Irytację? Tak, ale też napięcie, które nie miało nic wspólnego z sympatią, a bardziej z instynktem, z czerwonym światłem ostrzegawczym. Nie lubiłam