Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po ostatecznej bitwie nie było zwycięzców. Były tylko ruiny. Rose przegrała walkę z Mrokiem. Świat, który próbowała ocalić, legł w gruzach, a ona sama musi zmierzyć się z konsekwencjami wyborów, które kosztowały ją niemal wszystko. Zdrada własnej mocy, utracone zaufanie i cień winy, który nie pozwala oddychać, to jej codzienność. Gdy kurz po bitwie opada, Rose próbuje zrobić coś, co wydaje się niemożliwe, odbudować życie. Nie jako wojowniczka. Nie jako symbol nadziei. Lecz jako kobieta. I matka. U jej boku stoi Niall, wierny przyjaciel, który nigdy jej nie opuścił. To przy nim zaczyna czuć coś, czego nie planowała i czego się boi. Bo miłość w świecie pełnym popiołu może być zarówno ratunkiem, jak i kolejną słabością. Jednak Mrok nie znika. On czeka. W niej. W jej synu. W zgliszczach świata, który wciąż pamięta krew. Czy Rose zdoła odkupić swoje błędy? Czy pozwoli sobie na miłość, kiedy wszystko wokół przypomina jej o porażce? I czy z ruin może narodzić się coś więcej niż tylko przetrwanie? „Zanim Mrok Mnie Pochłonie — Odrodzenie” to emocjonalne zwieńczenie historii o walce z własnymi demonami, sile macierzyństwa i nadziei, która rodzi się nawet w najgłębszej ciemności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 212
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zanim Mrok Mnie Pochłonie
Odrodzenie
Tom 4 - Finał
Patrycja Piskorz
2026
ISBN: 978-83-977709-7-3
© 2026 Patrycja Piskorz
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody autorki.
Publikacja wydana w modelu selfpublishing przez Empik Selfpublishing.
Ważna Informacja
Ta historia została napisana przeze mnie gdy miałam zaledwie siedemnaście lat i ogromnie marzyłam o wydaniu, o tym, by moja powieść znalazła się na mojej półce w papierze. Może i fabuła nie jest zbyt wyszukana, ale czuję do niej sentyment, dlatego po tylu latach wprowadziłam jedynie drobne poprawki, nie naruszając reszty. Świat przedstawiony w książce jest fikcyjny. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, w Stanach Zjednoczonych, jednak pewne rzeczy zostały celowo zmienione w książce. Pamiętajcie o tym, że to fikcja, która ma za zadanie nas bawić, a nie być odwzorowaniem rzeczywistości jeden do jednego. W książce mogą pojawić się fragmenty dla wrażliwych osób, gdzie jest mowa o eksperymentach medycznych na małych dzieciach. Jeśli przeszkadzają ci takie rzeczy drogi czytelniku to lepiej odstaw czytanie tej książki. Reszcie życzę przyjemnego czytania. Mam nadzieję, że w tej książce każdy znajdzie coś dla siebie ~ Patrycja Piskorz.
Przypomnienie
~ Rosalia ~
— Słucham?
— Naucz mnie tego — powtórzyłam, patrząc mu prosto w oczy. — Skoro potrafiliście nad tym zapanować, ja też mogę. Jeśli opanuję żywioły, może uda nam się uniknąć ostatecznej bitwy. Może nie będę musiała wybierać między światłem, a mrokiem. — Westchnął cicho.
— To nierealne, Rose. Nie mamy ani warunków, ani czasu, a ty… ty jesteś w zupełnie innym miejscu niż my wtedy. To się po prostu nie uda. — Poczułam, jak coś we mnie narasta.
— Czyli poddajesz się, zanim spróbujemy? — prychnęłam. — I kto tu jest tchórzem? — Jego oczy pociemniały.
— Nie idź tą drogą — ostrzegł, podchodząc bliżej. — Nie możesz mnie porównywać do… swojej skłonności do uciekania.
— Mojej skłonności do uciekania? — powtórzyłam z niedowierzaniem. — Serio?
— A może się mylę? — zapytał chłodno, unosząc brew.
Zacisnęłam szczękę. Przez ułamek sekundy poczułam, jak powietrze w kuchni zaczyna się zagęszczać. Sztućce na blacie za drżały. Wzięłam głęboki wdech.
— Pomożesz mi, czy nie? — Przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu jego ramiona opadły.
— Pomogę — powiedział z rezygnacją. — Ale nie dlatego, że mnie sprowokowałaś. Tylko dlatego, że jeśli tego nie zrobimy, możesz zrobić sobie albo komuś krzywdę.
— Więc kiedy zaczynamy? — zapytałam natychmiast. Prychnął cicho.
— Jesteś nie do zniesienia. — Ścisnął dwoma palcami nasadę nosa, próbując opanować frustrację, po czym spojrzał na mnie już całkowicie poważnie. — Zaczynamy teraz, ale mam jedną zasadę.
— Jaką? — Zbliżył się jeszcze o krok.
— Nie przerywasz mi. Kontrola żywiołu wymaga skupienia, dyscypliny i pełnego zaangażowania. Nie ma półśrodków, nie ma drogi na skróty. Jeśli będziesz podchodzić do tego jak do kolejnego kaprysu, możemy od razu sobie darować. — Skinęłam głową.
— Dobrze.
— Po pierwsze — kontynuował — musimy wyciszyć ciało, żeby wyciszyć umysł. Nauczysz się oddychać świadomie. Potem przejdziemy do pracy z energią. Zaczniemy od tai chi. — Zmarszczyłam brwi.
— Od czego?
— Tai chi — powtórzył cierpliwie. — To powolne, kontrolowane ruchy i synchronizacja oddechu z ciałem. Brzmi banalnie, ale to podstawa. Bez tego nie nauczysz się panować nad ogniem, wodą, powietrzem, czy ziemią. Twój organizm musi przestać reagować impulsywnie. — Spojrzałam na niego jak na kosmitę.
— Mówisz jeszcze w ludzkim języku? — zapytałam szczerze zdezorientowana. Uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od kilku dni.
— Niestety tak, a teraz wyjdźmy do ogrodu, zanim rozwalisz mi resztę zastawy.
Przewróciłam oczami, ale ruszyłam za nim. Jeśli istniał choć cień szansy, że dzięki temu opanuję chaos w sobie, musiałam spróbować, bo jeśli nie nauczę się kontrolować własnej mocy, to ona w końcu przejmie kontrolę nade mną. Zawahałam się ułamek sekundy.
— No dobrze, profesorze — zaczęłam z przekąsem. — To o co chodzi z tym… tau ki? Taj ki? Jak to się właściwie wymawia?
— Tai chi — poprawił mnie natychmiast. — I naprawdę powinnaś przestać to przekręcać. — Uniósł podbródek z miną wykładowcy na uniwersytecie. — Tai chi to tradycyjna chińska sztuka walki. Czasem nazywa się ją „miękkim boksem” albo „medytacją w ruchu”. Jej sednem nie jest siła fizyczna, tylko praca z energią, z tym, co płynie z wnętrza człowieka. — Zmarszczyłam brwi.
— Miałeś mnie uczyć panować nad powietrzem i ziemią — przypomniałam. — A zaczynasz od opowieści o sztuce walki. Jak machanie rękami ma mi pomóc, kiedy wkurzę się i znowu wysadzę pół kuchni?
— Dowiedziałabyś się, gdybyś przestała mi przerywać — odparł chłodno i spojrzał na mnie z pobłażliwym politowaniem. Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale zamknęłam je równie szybko. Dobrze, niech mówi. — Tai chi opiera się na pracy z energią wewnętrzną — kontynuował spokojniej. — Zamiast przeciwstawiać się sile wprost, uczysz się ją przyjmować, rozumieć i przekierowywać. Nie walczysz z naporem. Pozwalasz mu przepłynąć przez ciebie i wykorzystujesz go.
Przerwał na moment i spojrzał na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy jeszcze nadążam. Tym razem milczałam. Choć w głowie kłębiły mi się pytania, postanowiłam wytrzymać.
— W tai chi — mówił dalej — kluczowe jest połączenie yin i yang, spokoju i działania. Jeśli ktoś atakuje z impetem, nie blokujesz go sztywno. Cofasz się minimalnie, pozwalasz, by jego siła osłabła, a potem ją przekierowujesz. To zasada, która działa nie tylko w walce, ale też w pracy z żywiołami. — Oparłam łokcie na kolanach i zmusiłam się do skupienia. — Czy ty mnie w ogóle słuchasz? — zapytał nagle podejrzliwie.
— Słucham — odpowiedziałam od razu. — Przyjmować siłę, nie blokować jej. Yin, yang. Medytacja w ruchu. Proszę, kontynuuj. — Zmrużył oczy, jakby podejrzewał, że zaraz zrobię jakąś głupotę.
— Trening tai chi składa się z kilku elementów — wyjaśnił. — Pierwszy to taolu, czyli sekwencje ruchów wykonywane indywidualnie. Powolne, precyzyjne układy, które uczą kontroli ciała i oddechu. Potem mamy neigong i qigong, ćwiczenia oddechowe oraz pracę z energią. Uczysz się czuć, jak przepływa przez ciało. Bez tego nie ruszysz dalej. — Pokiwałam głową, próbując zapamiętać choć jedno słowo. — Kolejny etap to tui shou, ćwiczenia w parach. Delikatne „pchające dłonie”, w których uczysz się wyczuwać zamiary drugiej osoby i reagować, zanim jej siła się rozwinie. I wreszcie san shou, praktyczne zastosowanie, techniki samoobrony. — Mówił coraz swobodniej, jakby temat naprawdę go pasjonował. — Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? — zapytał po chwili ciszy.
— O to, żeby nie rozwalić ci kolejnej zastawy? — rzuciłam ostrożnie. Westchnął.
— O to, żebyś nauczyła się reagować, zanim emocja eksploduje. Teraz jest tak: czujesz gniew i bum, energia wybucha. W tai chi uczysz się wyłapywać moment tuż przed wybuchem. Rozluźniasz ciało, spowalniasz oddech, pozwalasz energii się uspokoić albo kierujesz ją tam, gdzie chcesz. W twoim przypadku, w ziemię, w powietrze, ale świadomie. — Ta myśl sprawiła, że przestałam się uśmiechać.
— Czyli jeśli poczuję napór… zamiast go tłumić, mam go przyjąć? — zapytałam ostrożnie.
— Dokładnie. Ziemia nie walczy z wiatrem, przyjmuje go, a potem wszystko wraca do równowagi. — Milczałam przez chwilę, przetwarzając jego słowa. Brzmiało to rozsądniej, niż chciałam przyznać.
— Wiesz, że żadnej z tych nazw nie zapamiętałam? — odezwałam się w końcu z lekkim skrzywieniem. Uniósł brew.
— Nawet jednej?
— Brzmiały jak zaklęcia z innego wymiaru — przyznałam szczerze. — Taolu, neigo… coś tam. Qigi…? Dla mnie to czarna magia. — Ku mojemu zaskoczeniu roześmiał się cicho.
— Nie musisz pamiętać nazw. Na razie wystarczy, że zrozumiesz zasadę. Najpierw nauczysz się stać, potem oddychać, a dopiero później ruszać.
— Stać? — powtórzyłam.
— Tak, prawidłowa postawa to podstawa. Stopy na szerokość bioder, kolana lekko ugięte, kręgosłup prosty, a ramiona rozluźnione. Oddychasz głęboko, aż poczujesz, że energia opada w dół, do brzucha. — Spojrzałam na niego podejrzliwie.
— Chcesz mi powiedzieć, że mam stać jak słup i oddychać?
— Dokładnie tak — odparł bez cienia ironii. — Jeśli nie potrafisz stać spokojnie przez pięć minut, nie masz szans opanować mocy. — Przewróciłam oczami, ale wstałam.
— Dobrze. Pokaż mi, jak mam stać, zanim znowu coś wysadzę. — W jego spojrzeniu pojawił się cień satysfakcji.
— Widzisz? To pierwszy krok. Zamiast walczyć z energią, zaczynasz z nią pracować.
Nie byłam pewna, czy bardziej irytuje mnie jego ton mentora, czy fakt, że może mieć rację, ale jeśli stanie w ciszy i kontrolowanie oddechu miało uchronić świat przed kolejną burzą wywołaną moimi emocjami, byłam gotowa spróbować.
— Muszę ci najpierw wyjaśnić, jak to wszystko działa, Rose… — zaczął Niall spokojnie, splatając ręce na piersi.
— Niekoniecznie — weszłam mu w słowo niemal odruchowo. — Wystarczy, że powiesz mi krok po kroku, co mam robić. Ja wykonam polecenia, ty będziesz zadowolony, a ja przestanę rozwalać ci dom. Proste. — Spojrzał na mnie tak, jakby właśnie się zastanawiał, czy to ja jestem bardziej uparta, czy on bardziej cierpliwy.
— To naprawdę tak nie działa — odparł w końcu, a w jego głosie zabrzmiała nuta zrezygnowania. — Jeśli nie zrozumiesz mechanizmu, będziesz tylko odtwarzać ruchy, a to nie wystarczy. Tai chi nie polega na kopiowaniu gestów. Chodzi o świadomość tego, co dzieje się w środku. — Westchnęłam teatralnie, ale oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ramiona, dając mu znak, że tym razem spróbuję wysłuchać.
— Dobrze, tłumacz. — Przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, jakby upewniał się, że nie przerwę po pierwszym niezrozumiałym słowie.
— Postaram się skrócić to do minimum — powiedział w końcu. — Najważniejsze jest wewnętrzne odczucie. W tradycji nazywa się je neigan. To subtelna świadomość energii, która przepływa przez ciało. Nie chodzi o coś mistycznego w sensie bajkowym. To raczej bardzo uważne czucie samej siebie, napięcia mięśni, oddechu i ciężaru ciała. — Zmarszczyłam brwi, ale milczałam. — To odczucie wpływa na intencję — kontynuował. — A intencja kieruje ruchem. W tai chi ruch nie zaczyna się w dłoniach ani w stopach. Zaczyna się w centrum ciała, w dolnej części brzucha, w miejscu, które jest twoim środkiem ciężkości. Jeśli to centrum jest stabilne, cały ruch staje się harmonijny, spokojny i zrównoważony. Kiedy intencja i centrum współpracują, ciało przestaje reagować chaotycznie. Wtedy osiągasz równowagę między świadomością, a ruchem. Między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. — Przez chwilę panowała cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara w kuchni i własny oddech.
— Czyli… — odezwałam się w końcu ciszej niż zwykle — W tym momencie zaczyna się kontrola nad żywiołem? — Spojrzał na mnie uważnie.
— Właśnie tak. — Przełknęłam ślinę.
— Jeśli nauczę się wyczuwać to wewnętrzne napięcie wcześniej, zanim wybuchnie, będę mogła skierować energię tam, gdzie chcę? Zamiast pozwalać jej rozrywać mnie od środka?
Mój głos zadrżał. Nie dlatego, że chciałam dramatyzować. Po prostu pierwszy raz nazwałam to wprost. To uczucie, jakby coś we mnie pulsowało zbyt mocno, jakby powietrze w płucach było za ciasne, a ziemia pod stopami drżała w odpowiedzi na mój gniew. Niall skinął głową.
— Dokładnie o to chodzi. Teraz energia przejmuje kontrolę nad tobą. Wybucha, bo nie ma ujścia. Jeśli nauczysz się ją wyczuwać i prowadzić, przestanie być wrogiem.
Opuściłam wzrok na swoje dłonie. Jeszcze kilka godzin temu talerz rozpadł się w nich na pół, kiedy tylko zacisnęłam palce mocniej.
— To brzmi… jak coś więcej niż tylko trening — powiedziałam cicho.
— Bo tym jest — odpowiedział bez wahania. — Tai chi traktuje się jako ścieżkę rozwoju duchowego. Dla wielu ludzi to forma autoanalizy. Kiedy zwalniasz ruch i skupiasz się na oddechu, zaczynasz dostrzegać, co tak naprawdę dzieje się w twojej głowie, jak reagujesz, czego się boisz i co wywołuje gniew, a przy okazji poprawia się koncentracja i rośnie samoświadomość, nie tylko ciała, ale też tego, co nosisz w środku, twoich myśli, emocji i intencji.
Milczałam przez dłuższą chwilę. Dotąd próbowałam walczyć z tym, co we mnie rosło, tłumić to i udawać, że mam kontrolę. Może właśnie dlatego wszystko wymykało się spod kontroli.
— Czyli zamiast walczyć z burzą… mam nauczyć się być jej częścią? — zapytałam w końcu.
— Raczej nauczyć się, jak być spokojnym okiem cyklonu — poprawił łagodnie. — Burza może szaleć wokół, ale w środku jest cisza. Jeśli znajdziesz tę ciszę w sobie, żywioł przestanie cię niszczyć.
— A jeśli jej nie znajdę?
— Wtedy będziemy szukać dalej — odparł bez cienia wahania. — Ale najpierw spróbuj. — Podszedł bliżej. — Zamknij oczy, stań prosto i nie próbuj niczego kontrolować na siłę. Po prostu oddychaj i poczuj, gdzie w twoim ciele zbiera się napięcie.
Posłuchałam. Powietrze było chłodne, kiedy wciągałam je do płuc, ramiona miałam sztywne, szczękę zaciśniętą, a w brzuchu czułam coś, co przypominało supeł.
— Widzisz? — zapytał cicho. — Już zaczynasz łapać o co w tym chodzi.
Nie odpowiedziałam. Po raz pierwszy od dawna nie chciałam rzucać ironicznych uwag. Nie chciałam uciekać w sarkazm. Jeśli istniała szansa, że dzięki temu przestanę być zagrożeniem dla wszystkiego wokół, musiałam dać sobie tę szansę.
***
Przez kolejne dwa tygodnie Niall z anielską, choć wyraźnie nadwyrężoną, cierpliwością próbował nauczyć mnie podstawowych form tai chi. Każdego ranka wyciągał mnie do ogrodu albo przesuwał meble w salonie, żeby zrobić wystarczająco dużo miejsca na „praktykę”. Kazał mi ustawiać stopy równolegle, uginać lekko kolana, rozluźniać barki i oddychać tak, jakby od tego zależało istnienie wszechświata.
W jego przekonaniu pewnie zależało. Ja natomiast zapamiętałam z całego tego wykładu głównie jedno, że tai chi może wpłynąć na siłę moich żywiołów. Reszta, czyli nazwy sekwencji, kolejność ruchów, filozoficzne wstawki o harmonii, mieszała mi się w głowie jak obcojęzyczne zaklęcia. Starałam się, naprawdę.
Ale kiedy tylko próbowałam skupić się na oddechu, czułam pod skórą znajome drżenie. Energię, która nie chciała się uspokoić. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że z każdym dniem staje się silniejsza i bardziej nieokiełznana, jak dzikie zwierzę, które ktoś próbuje zamknąć w zbyt małej klatce.
Czasem powietrze wokół mnie falowało, choć stałam nieruchomo. Innym razem podłoga delikatnie drżała pod stopami, jakby ziemia reagowała na mój nastrój szybciej niż ja sama i właśnie w takim momencie, zupełnie nieodpowiednim, wrócił Zayn. Stałam w salonie, sfrustrowana kolejną nieudaną próbą „płynnego przejścia z formy do formy”, kiedy poczułam, jak gniew wzbiera mi w piersi.
To było krótkie, gwałtowne ukłucie, myśl, że może nigdy się tego nie nauczę, że ceremonia zbliża się nieubłaganie, a ja wciąż nie potrafię utrzymać w dłoniach filiżanki bez ryzyka katastrofy. W następnej sekundzie usłyszałam huk. Antyczny wazon wiszący na ścianie, kilka centymetrów od drzwi wejściowych, eksplodował w drobny mak.
Porcelanowe odłamki rozsypały się po podłodze niczym biały deszcz. W drzwiach stał Zayn, z torbą przewieszoną przez ramię i z Mattem na rękach. Odłamki zatrzymały się dosłownie o włos od jego twarzy. Przełknęłam nerwowo ślinę.
— Zayn… — wyszeptałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.
— Co się tutaj dzieje? — zapytał chłodno, przekraczając próg mieszkania, jakby nie stało się nic nadzwyczajnego. — Nie było mnie z Mattem dwa tygodnie.
Dwa tygodnie? Tylko tyle? A mnie wydawało się, że minęły miesiące. Bez wahania podeszłam do niego i ostrożnie wzięłam syna na ręce. Matt wtulił się we mnie od razu, jakby rozpoznawał mój zapach i bicie serca. Zamknęłam oczy, przyciskając go mocno do piersi. Tęsknota uderzyła we mnie z taką siłą, że na moment zapomniałam o potłuczonej porcelanie pod stopami.
— Tak bardzo za tobą tęskniłam… — wyszeptałam do jego włosów.
Rozdział 1
~ Rosalia ~
— Próbuję nauczyć Rose panować nad żywiołem powietrza i ziemi — odezwał się sucho Niall zza moich pleców. — Które, jak widać, postanowiły urządzić sobie festiwal zniszczenia w moim domu.
Spojrzałam na niego z wyrzutem.
— Przepraszam za ten wazon… — zaczęłam, czując autentyczne poczucie winy.
— To nie był „jakiś tam wazon”! — wybuchnął nagle, aż Matt drgnął w moich ramionach. — To był Rosenthal!
Zayn uniósł brew.
— Rosenthal? — powtórzył obojętnie.
— Tak, Rosenthal! — Niall wskazał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stało dzieło sztuki. — Marka znana z nieprzeciętnych projektów z najwyższej jakości porcelany. Ten egzemplarz był częścią kolekcji inspirowanej formą pogiętej papierowej torby. Matowa porcelana, perfekcyjna linia, symbol nowoczesnego minimalizmu!
Patrzyłam na niego z mieszaniną zdziwienia i niedowierzania.
— Dla mnie to był zwykły wazon na kwiaty — mruknęłam cicho.
Zayn objął mnie wolnym ramieniem, przyciągając mnie do siebie.
— Niall, to tylko przedmiot — powiedział spokojnie. — Najważniejsze, że nikt nie ucierpiał.
— Tylko przedmiot?! — jęknął dramatycznie. — Czy wy w ogóle rozumiecie symbolikę takich rzeczy? — Spojrzeliśmy na siebie z Zaynem, po czym niemal równocześnie pokręciliśmy głowami. — Wazon — kontynuował z pasją — Symbolizuje początek świata, powstanie formy z pustki, obfitość, która rodzi się z chaosu. To metafora stworzenia! A ty właśnie roztrzaskałaś ją na milion kawałków!
Zerknęłam na rozsypane odłamki.
— Patrząc na to dosłownie, chaos ma się całkiem dobrze — mruknęłam pod nosem.
Zayn parsknął cicho śmiechem, ale szybko go zdusił.
— Wróćcie do ćwiczeń — powiedział w końcu łagodnie. — Ja zajmę się kolacją.
Ostrożnie odebrał ode mnie Matta. Przez moment nasze palce musnęły się w milczącym porozumieniu. W jego spojrzeniu nie było gniewu, raczej troska i coś jeszcze, niepokój. Kiedy zniknął w kuchni, poczułam, jak napięcie wraca. Zostałam sama z Niallem i stertą porcelany pod stopami.
— Widzisz? — odezwał się ciszej, już bez teatralnego tonu. — Wystarczył jeden impuls.
— Wiem — odpowiedziałam szczerze. Spojrzałam na swoje dłonie, które delikatnie drżały. — Ona jest coraz silniejsza — wyszeptałam. — Czuję to. Z każdym dniem trudniej mi ją utrzymać w ryzach. Jakby coś we mnie rosło… i nie chciało się uspokoić.
Niall westchnął.
— Dlatego musimy ćwiczyć dalej. I jeszcze intensywniej.
— A jeśli nie zdążymy? — zapytałam, podnosząc na niego wzrok.
Nie odpowiedział od razu. W ciszy, która zapadła, słyszałam dźwięk noża uderzającego o deskę w kuchni i cichy śmiech Matta. Życie toczyło się normalnie. Tylko ja miałam wrażenie, że stoję na granicy czegoś, co może wymknąć się spod kontroli.
— Posprzątajmy najpierw resztki mojego ukochanego wazonu — mruknął w końcu, kucając, by zebrać odłamki, a ja mu pomogłam, bo jeśli nie potrafiłam jeszcze zapanować nad żywiołami, mogłam przynajmniej spróbować naprawić to, co po nich zostawało.
Minęły cztery miesiące. Cztery miesiące bólu, wyczerpujących treningów i nieustannego napięcia, które nie opuszczało mnie nawet na chwilę. Każdy dzień wyglądał podobnie próby koncentracji, ćwiczenia oddechowe, powolne sekwencje ruchów, które miały przynieść ukojenie. Zamiast tego czułam, jak coś we mnie narasta. Jakby żywioł, który próbowałam oswoić, buntował się coraz bardziej. Nie udało się. Im więcej wysiłku wkładałam w kontrolę, tym częściej traciłam nad sobą panowanie. Zdarzały się dni, gdy przez kilka godzin potrafiłam utrzymać względny spokój, a potem wystarczył jeden impuls, cień emocji, wspomnienie, czyjeś słowo i wszystko wymykało się spod kontroli. Drzwi trzaskały z hukiem, szyby pękały pod naporem powietrza, ziemia drżała pod stopami.
W końcu musiałam podjąć decyzję, która rozdzierała mnie na kawałki. Wyprowadziłam się od Nialla. Nie dlatego, że przestałam mu ufać. Nie dlatego, że nie chciałam dalej próbować. Odeszłam, bo bałam się, że pewnego dnia nie zdążę powstrzymać ataku i ktoś ucierpi. On, Zayn albo Matt. Nie mogłam do tego dopuścić. Wróciłam do swojego zrujnowanego domu. Miejsce, które kiedyś było symbolem dzieciństwa i ciepła, teraz przypominało ruinę z popękanymi ścianami, zakurzonymi podłogami i ciszą, która aż dzwoniła w uszach. Idealne schronienie dla kogoś, kto nie ufa już samemu sobie. Z początku sądziłam, że samotność pomoże mi się uspokoić, że dystans ochroni innych i pozwoli mi zebrać myśli. Było dokładnie odwrotnie. Zaczęłam dostrzegać zmiany w sobie.
Na początku były one subtelne, krótsza cierpliwość, chłodniejsze reakcje, obojętność wobec rzeczy, które kiedyś poruszały mnie do głębi. Potem przyszło coś gorszego, mrok. Nie jako metafora, a jako realne odczucie. Ciężar, który spoczywał na mojej piersi i wciskał mnie w ziemię. Z każdą sekundą czułam, jak przejmuje nade mną kontrolę coraz śmielej. Światło wciąż gdzieś było, jak słaby błysk na horyzoncie, ale pojawiało się rzadko. Zbyt rzadko. Większość czasu wypełniał ból. Nie fizyczny w prostym znaczeniu. To było coś głębszego. Jakby energia w moim wnętrzu próbowała rozerwać mnie od środka, szukając ujścia. Czasem miałam wrażenie, że moje ciało to za mało, by ją pomieścić. Najgorsze jednak nie były drżenia ścian ani napady duszności.
Najgorsze były wspomnienia. Zaczęły znikać. Najpierw te drobne, szczegóły rozmów, wyrazy twarzy, fragmenty dzieciństwa. Potem coś większego. Zapach ogrodu po deszczu. Śmiech Nialla. Ciepło ramion Zayna. Nawet dźwięk własnego śmiechu stawał się obcy. Wspomnienia pękały jak bańki mydlane. Jedna po drugiej. Czasem łapałam się na tym, że stoję pośrodku pokoju i nie pamiętam, po co tam przyszłam. Innym razem patrzyłam w lustro i przez ułamek sekundy nie rozpoznawałam odbicia. Zaczynałam zapominać, kim jestem. A najgorsze było to, że nie potrafiłam tego zatrzymać.
— Rose… — usłyszałam pewnego wieczoru. Głos był delikatny, aksamitny i zbyt znajomy, bym mogła go pomylić. — Proszę, obudź się z tego letargu. Nie pozwól, by mrok zabrał twoją osobowość, twoją tożsamość. Nie poddawaj się. Niech światło w tobie walczy.
Matka. Jej obecność zawsze była subtelna, jak ciepły podmuch powietrza przy policzku. Tym razem jednak jej słowa docierały do mnie jak przez grubą warstwę wody. Chciałam odpowiedzieć, naprawdę chciałam, ale w tej samej chwili przez moje ciało przebiegł gwałtowny impuls. Jak elektryczny wstrząs. Mięśnie napięły się boleśnie, a powietrze nagle stało się zbyt ciężkie. Serce zaczęło bić szybciej i mocniej. Znałam to uczucie. Nadchodził atak. Zgięłam się wpół, próbując złapać oddech. Ściany wokół mnie zadrżały. Tynk posypał się z sufitu, a stare meble przesunęły się po podłodze z przeraźliwym zgrzytem.
— Nie… — wyszeptałam, choć nie byłam pewna, czy sprzeciwiam się mrokowi, czy samej sobie.
Myśli rozmywały się. Racjonalność ustępowała miejsca czemuś pierwotnemu. Czułam, jak energia unosi się w górę, jakby chciała wyrwać się ze mnie siłą. W uszach dudniła krew. Próbowałam przypomnieć sobie ćwiczenia od Nialla, ale było już za późno. Mrok szeptał cicho, obiecując ulgę, jeśli przestanę walczyć, a ja, stojąc pośrodku zrujnowanego domu, zaczynałam się zastanawiać, ile jeszcze wytrzymam, zanim całkowicie przestanę być sobą.
~ Niall ~
— Jak się trzyma Rose? — zapytał Zayn cicho, a w jego głosie było więcej niepokoju, niż próbował pokazać.
Przez chwilę milczałem. Wiedziałem, że nie ma sensu go oszczędzać. Zbyt dobrze mnie znał, by uwierzyć w półprawdy. Westchnąłem ciężko i powiedziałem mu wszystko, o napadach, o tym, że coraz częściej traci kontrolę, o tym, jak mrok zaczyna napierać na nią, jak traci kontrolę nad własnym ciałem. Nie pominąłem żadnego szczegółu. Musiał wiedzieć, dlaczego nie może się z nią zobaczyć. Dlaczego to nie jest kwestia kaprysu ani przesadnej ostrożności, lecz realnego zagrożenia.
— To nie jest bezpieczne — zakończyłem spokojnie. — Ani dla niej, ani dla ciebie, ani dla kogokolwiek z nas.
Rozłąka bolała. Widziałem to w jego oczach. Widziałem, jak zaciska szczękę, jak odwraca wzrok, by ukryć emocje. Mimo to nie protestował. Był dorosły. Rozumiał, że jedno samolubne posunięcie mogłoby skończyć się tragedią i choć serce podpowiadało mu, by do niej pobiec, rozsądek trzymał go w miejscu.
— Nie ma żadnego sposobu, żeby to zatrzymać? — zapytał po chwili, głosem przytłumionym przez bezsilność. — Żeby odwrócić ten proces i ją odzyskać?
Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby spodziewał się, że Rose zaraz wyjdzie z innego pokoju i obali wszystko, co właśnie usłyszał. Jakby szukał najmniejszego dowodu na to, że przesadzam.
— Chciałbym móc cię uspokoić — odpowiedziałem szczerze. — Naprawdę chciałbym powiedzieć, że znajdziemy rozwiązanie bez większego wysiłku, ale prawda jest taka, że nie mam pewności. Nie znam metody, która gwarantowałaby sukces.
Uśmiechnąłem się lekko, bardziej odruchowo niż z przekonania. Może próbowałem dodać otuchy jemu, a może sam potrzebowałem usłyszeć w swoim głosie choć odrobinę wiary. Może to ja najbardziej bałem się, że nie zdołamy jej uratować. Zapadła ciężka cisza, gdy nagle odezwał się ktoś trzeci.
— A dlaczego nie zwrócimy się do źródła? — padło z boku. Odwróciliśmy się niemal jednocześnie. Scott stał kilka kroków od nas, jakby był tam od dawna, choć żaden z nas nie zauważył, kiedy się pojawił. — Myślę, że odnalezienie jej matki nie będzie aż tak trudne — dodał spokojnie. — A jeśli ktokolwiek zna odpowiedzi, to właśnie ona.
Uniosłem brwi, zaskoczony.
— Nie spodziewałem się zobaczyć cię przed bitwą — przyznałem, podchodząc bliżej i uśmiechając się szeroko.
Jego obecność, mimo wszystko, była pokrzepiająca. Scott wzruszył ramionami.
— Też tak zakładałem, ale niezależnie od tego, jak zostałem potraktowany przez Rose… — zawahał się na ułamek sekundy — Nie zamierzam zostawić jej samej w chwili, gdy najbardziej potrzebuje wsparcia. — W jego głosie nie było żalu, raczej determinacja. — Co wy na to? — zapytał. — Skontaktujemy się z jej matką?
Pomysł był śmiały, ale i ryzykowny.
— Jak dokładnie wyobrażasz sobie kontakt bez pomocy zaprzyjaźnionej wiedźmy? — zapytałem, unosząc lewą brew. — To nie jest zwykła rozmowa telefoniczna.
Zayn, który do tej pory milczał, wyprostował się nagle.
— Jeśli jedyną przeszkodą jest brak wiedźmy, mogę to załatwić — powiedział stanowczo. — Znam kogoś, kto może nam pomóc. I kto ma powód, by stanąć po stronie światła. — Scott skinął głową z aprobatą. — Jeśli jej pomoc zwiększy nasze szanse w nadchodzącej walce, to nie powinna odmówić. To nie będzie tylko przysługa dla nas. To inwestycja w zwycięstwo.
Spojrzałem na nich obu. Jeszcze kilka minut wcześniej atmosfera była przytłaczająca, niemal beznadziejna. Teraz pojawiła się iskra plan, choć niepewny, dawał nam kierunek.
— W takim razie postanowione — powiedziałem w końcu, czując, jak napięcie w klatce piersiowej odrobinę słabnie. — Znajdujemy wiedźmę, kontaktujemy się z jej matką i robimy wszystko, żeby ją odzyskać.
Klasnąłem w dłonie, bardziej z przypływu energii niż z radości.
~ Rosalia ~
Obudziłam się we własnym łóżku, z uczuciem ciężkości w głowie i niepokojącą pustką pod powiekami. Przez kilka sekund wpatrywałam się w sufit, próbując uporządkować myśli. Światło poranka sączyło się przez zasłony, rysując na ścianie blade smugi, ale zamiast przynieść ukojenie, potęgowało dezorientację. Nie pamiętałam, co robiłam wczoraj. Ta świadomość uderzyła mnie dopiero po chwili, cicho, lecz z ogromną siłą. Usiadłam powoli, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. Zazwyczaj człowiek budzi się z resztkami snu, z urywkami obrazów, z jakimś wspomnieniem poprzedniego dnia. U mnie była cisza. Pustka. Moje wspomnienia przypominały teraz ogromny obraz wiszący na ścianie, pełen scen, barw i szczegółów, złożony z tysięcy małych fragmentów.
Każda scena była chwilą z mojego życia. Śmiech, rozmowa, dotyk, zapach. Jednak jedna czwarta tego obrazu była dosłownie wyrwana, nie zamalowana, wyblakła. Zamiast kolorów były czarne, nieregularne dziury. To nie była zwykła amnezja. To był mrok. Czułam go. Jakby coś w moim wnętrzu celowo wycinało kolejne kawałki mnie samej. Jakby każda utracona chwila była ceną, którą płaciłam za walkę z mocą, nad którą nie potrafiłam zapanować. Przyłożyłam dłonie do skroni, próbując zmusić umysł do współpracy, skupić się, odtworzyć cokolwiek. W głowie pojawiały się jedynie rozmazane kontury, drzwi, wiatr, może czyjś głos, ale zanim zdążyłam uchwycić którykolwiek z tych elementów, rozpływał się jak dym.
Nie wiedziałam, jak długo jeszcze zdołam się opierać, bo prawda była brutalna, mrok i żywioły nie były oddzielnymi siłami. To nie były dwa wrogie obozy. To było jedno i to samo zjawisko, tylko nazwane inaczej. Mrok był momentem, w którym przegrywałam walkę o kontrolę nad mocą. Był konsekwencją jej nieposkromionej siły, a ona rosła. Czułam to w ciele, w napięciu mięśni, w drżeniu palców i w powietrzu, które zdawało się reagować na każdy impuls emocji. Zdarzało się, że podmuch wiatru poruszał firanką mimo zamkniętego okna. Czasem podłoga delikatnie wibrowała, jakby ziemia oddychała razem ze mną.
To nie ja kontrolowałam moc. To ona kontrolowała mnie. Ta świadomość była jak lodowata woda wylana na głowę. Jeśli mrok oznaczał przegraną, to ja stałam na krawędzi porażki, a może już ją ponosiłam, tylko jeszcze nie potrafiłam tego przyznać? Zsunęłam nogi z łóżka i oparłam stopy na chłodnej podłodze. Potrzebowałam czegoś realnego, namacalnego, dowodu, że wciąż tu jestem, że jeszcze istnieję jako ja, a nie jako naczynie dla nieokiełznanej energii.
— Co mam zrobić? — wyszeptałam w pustkę.
Pytanie zawisło w powietrzu bez odpowiedzi. Jak to zatrzymać? Jak ocalić siebie, zanim całkowicie zniknę pod naporem tej siły? Czy jest jeszcze droga powrotu, czy tylko powolne osuwanie się w przepaść? Najbardziej przerażała mnie jedna myśl. A jeśli któregoś dnia obudzę się i czarnych dziur będzie więcej niż kolorów? Jeśli z obrazu zostanie tylko rama? Czy naprawdę tak miało się to skończyć? Bez walki do końca? Bez ratunku? Zacisnęłam dłonie w pięści, czując pod skórą pulsującą energię. Strach mieszał się z gniewem. Nie chciałam zniknąć. Nie chciałam stać się cieniem samej siebie. Ale po raz pierwszy od dawna nie byłam pewna, czy da radę.
Rozdział 2
~ Niall ~
Minęły trzy dni od naszej rozmowy. Trzy długie, przeciągające się w nieskończoność dni, podczas których każda godzina zdawała się trwać wieczność. Nie potrafiłem skupić się na niczym. Krążyłem po mieszkaniu bez celu, przysiadałem na chwilę tylko po to, by po kilku sekundach znów wstać. Bezczynność była nie do zniesienia. Świadomość, że Rose gdzieś tam walczy sama, rozrywała mnie od środka. Czekałem na Zayna. Obiecał, że przyjdzie z wiedźmą, która może pomóc nam skontaktować się z matką Rose. To był jedyny trop, jedyna nadzieja, jakiej mogliśmy się uchwycić. Gdy w końcu usłyszałem gwałtowne otwarcie drzwi, serce podskoczyło mi do gardła. Sekundę później w progu stanął Zayn, a za nim drobna kobieta o jasnych włosach związanych w niski warkocz. Jej spojrzenie było uważne, przenikliwe, jakby widziała więcej, niż powinna. Odetchnąłem z ulgą, choć napięcie wcale nie zniknęło.
— To ona? — zapytałem cicho.
Zayn skinął głową.
— To Jenny.
