Zakłamani - Dulewicz Joanna - ebook + książka

Zakłamani ebook

Dulewicz Joanna

3,9

104 osoby interesują się tą książką

Opis

Seria morderstw, korupcja, handel żywym towarem i ludzie jak demony, oplątani siecią kłamstw…
Prezes zarządu spółki medycznej i szef prywatnego kieleckiego szpitala ginie bez wieści. Rok później jego żona wraca na stałe do rodzinnego miasteczka. Pracująca dotychczas w szkole jako polonistka Eryka staje się prawną reprezentantką interesów męża, zasiada w zarządzie spółki i zostaje szefową szpitala.
Wkrótce pod jej domem zostają odnalezione zwłoki pobitej i zgwałconej Ukrainki. Sprawę przejmuje kielecka policja, w której pracę rozpoczyna właśnie Patryk Wroński, były uczeń Eryki. Zgłębia on tajniki zawodu pod okiem pani inspektor, która słynie z niestandardowych metod pracy i niewyparzonego języka…
Już wkrótce przyjdzie im zmierzyć się z niewyobrażalnym złem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 485

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Joanna Dulewicz, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

 

Fotografia na okładce: ShotPrime Studio/Shutterstock

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-27-1

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wiara w nadnaturalne pochodzenie zła jest zbyteczna.

Ludzie sami umieją się zdobyć na każdą niegodziwość.

Joseph Conrad

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

Starszy aspirant Albert Rendziński klął na czym świat stoi. Nie dość, że ze względu na jakąś epidemię grypy połowa jego ludzi była na L4, a on sam musiał przyjść do pracy w Nowy Rok, to jeszcze pokłócił się z żoną. Po prawdzie to Lidka miała trochę racji – ich czteroletnia córeczka znów miała wysoką gorączkę, a on jak zwykle znikał z domu, by zajmować się cudzymi sprawami. Ale co mógł na to poradzić? „Służba nie drużba” – mawiała jego świętej pamięci babcia. Niestety, do Lidki ten argument nie docierał.

– Co ty, Michał, teraz, kurwa, robisz? – wrzasnął Rendziński, widząc, jak Żółtodziób, kucając, obfotografowuje asfalt wokół auta. Gnojek pracował już drugi miesiąc, a mimo to cały czas zachowywał się tak, jak gdyby był to jego pierwszy dzień. Albert po raz kolejny pomyślał o tym, jak bardzo nie lubi tego chłopaka.

– Szef popatrzy. – Michał podszedł do niego i podstawił mu pod nos komórkę. – Wielki, co? O! A tam – wskazał palcem skraj jezdni – jeszcze jeden.

Rendziński spojrzał i gdyby miał dobry humor, to pewnie wybuchnąłby śmiechem. A ponieważ był jednak w fatalnym nastroju, po prostu zrobił dwa kroki i rozgniótł butem wielkiego, włochatego pająka, który tak zaciekawił Żółtodzioba.

– Młody, ja ciebie nie proszę, ja ci nakazuję: bierz się do roboty i nie zawracaj mi dupy jakimiś tarantulami!

– To nie żadne tarantule. Takie okazy to istny cud natury! U nas takie nie występują. Chyba… – Nie dokończył jednak, napotkawszy niewróżące niczego dobrego spojrzenie szefa.

Rendziński poskrobał się po coraz bardziej powiększającej się łysinie na czubku głowy, której już niedługo nie będzie w stanie w żaden sposób ukryć. Może niepotrzebnie wściekał się na Michała. Bądź co bądź skończyli czynności. No tak – jego ludzie skończyli. On nie.

Cholera, myślał. Co za parszywa sytuacja.

Zwykle nie on zajmował się przekazywaniem rodzinie informacji o śmierci krewnego. Tym razem też tak nie będzie. Do ojca kobiety miał zadzwonić Marecki. Pomyślał, że wymuskany picuś glancuś zawsze dobrze sobie radził z podobnymi zadaniami; lament i wybuchy histerii nigdy nie robiły na nim żadnego wrażenia. Rendziński trochę mu tego zazdrościł. Zwłaszcza teraz, kiedy czuł, że to on powinien pojechać do Wojtka i powiedzieć mu, że jego siostra zginęła w wypadku.

Wojtek był jego kolegą ze szkolnej ławki. Kiedy Rendziński nie zdał w pierwszej technikum, uznał, że świat mu się zawalił, a życie straciło sens. Fakt, w ciągu roku trochę za bardzo balował, ale do sierpniowej poprawki uczył się całkiem solidnie. Co z tego, skoro – był tego pewien – polonistka najzwyczajniej się na niego uwzięła. Po kiego diabła normalnemu człowiekowi wiedza o różnicach pomiędzy metaforą a metonimią? A poza tym, czy w technikum samochodowym kształci się jakichś zasranych poetów? – rozmyślał. Na te i inne, bardziej egzystencjalne (bo stawiane pod wpływem wykradanej ojcu wódki) pytania odpowiadał mu wtedy właśnie Wojtek. Podobno do tej pory skutecznie udzielał ludziom wsparcia podczas życiowych kryzysów – taką ma opinię.

Po ukończeniu technikum Rendzińskiemu udało się, nie od razu i nie bez pewnych trudności, dostać do szkoły w Szczytnie, Wojtek zaś poszedł do seminarium. Albert jednocześnie dziwił się temu i nie dziwił. Z jednej strony jakoś nie mógł zrozumieć, jak młody, zdrowy i całkiem przystojny mężczyzna może dobrowolnie wyrzec się imprez, dziewczyn i wszelkich związanych z nimi przyjemności. Z drugiej jednak znał sekret Wojtka, który w jego ówczesnym mniemaniu usprawiedliwiał podjęcie takiej decyzji.

Rozmawiali na ten temat tylko raz. Tuż po maturze wybrali się na ognisko, które jeden z kolegów z klasy urządzał w ogródku działkowym swojej babci. Lało jak z cebra i żadnego ognia skrzesać się nie udało, ale za to towarzystwo upiło się wódką, którą jako posiadacze dowodów osobistych mogli kupić już całkiem legalnie. Rendziński zawsze wspominał te czasy z rozrzewnieniem.

Wojtek, który miał zdecydowanie słabą głowę, już chyba po trzeciej pięćdziesiątce zaczął opowiadać jakieś filozoficzne bzdury. Albert, nie chcąc, by kolega się skompromitował, odciągnął go od rozochoconego towarzystwa, które akurat szykowało się do gry w rozbieranego pokera. Wtedy właśnie, siedząc na maleńkim ganeczku domku działkowego, zrobionego głównie z dykty i desek, Rendziński pierwszy i jedyny raz zapytał kolegę o to, czego już od dawna się domyślał.

Wojtek potwierdził, że po tym, jak jego rodzice, których niemal nie pamiętał, zginęli w wypadku samochodowym, został przygarnięty, a później adoptowany przez swoją chrzestną, z którą jednak nie był w żaden sposób spokrewniony. Walcząc z piersiówką czystej, chłopak opowiadał koledze, że tak naprawdę nie bardzo umiał połapać się w swoich relacjach z Mileną – przyszywaną młodszą siostrą. Był jednak przekonany, że z żadną inną nie umiałby być szczęśliwy.

Rendzińskiemu zarówno wówczas, jak i obecnie wydawało się to mimo wszystko szczytem głupoty. Wojtek podobał się dziewczynom i gdyby nie wyskoczył z tym pomysłem wstąpienia do seminarium, zapewne szybko zostałby przez którąś usidlony. Najbardziej chyba kręciła się koło niego taka Eryka, która chodziła do ogólniaka. Chociaż nie. Eryka nie latała za chłopakami. To była dziewczyna z klasą. Albert raz czy dwa sam próbował wybadać, czy ma u niej szanse, ale bez większych efektów. A później… później poznał Lidkę i wszystko potoczyło się jakoś tak szybko.

No właśnie. Lidka. Powinien do niej zadzwonić i powiedzieć, że wróci później. Jednak perspektywa wysłuchiwania przez kwadrans jej pretensji emitowanych w zdecydowanie zbyt wysokiej tonacji sprawiła, że postanowił jedynie wysłać SMS. I tak po powrocie do domu czekała go awantura, po co dokładać sobie jeszcze jedną przez telefon?

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

1

 

Cmentarz usytuowany był na wzniesieniu, z którego rozciągał się widok nie tylko na całą wieś, ale także na fragment nowo powstałej drogi szybkiego ruchu. Hałas generowany przez rozpędzone auta w dziwny sposób mieszał się ze śpiewem ptaków i szczekaniem wiejskich psów.

Idąc żwirową aleją, ksiądz Wojciech Pająk nie zwracał uwagi ani na widoki, ani na hałas. Dla niego cmentarz zawsze był miejscem szczególnej ciszy. Miejscem granicznym. Przestrzenią pomiędzy światem, który zamknął się dla niego, i tym otwartym na oścież, do którego jednak nie śmiał wchodzić. Przestrzenią pomiędzy życiem a śmiercią. Jako proboszcz zbijowskiej parafii pojawiał się tutaj stosunkowo często. Od roku zaś przychodził codziennie.

Dotarłszy na szczyt wzniesienia, zatrzymał się przy dość okazałym grobowcu wykonanym z białego marmuru. Zdobiły go znicze i świeże kwiaty. Ksiądz wykonał znak krzyża i wpatrując się w przytwierdzone do steli kolorowe zdjęcie młodej kobiety, pogrążył się w modlitwie.

Nie wiedział, ile czasu spędził przy grobie. Jak zwykle w takich momentach rzeczywistość odsuwała się na dalszy plan. Modlił się gorliwie, próbując – ciągle bezskutecznie – przeniknąć, zrozumieć tajemnicę tego, co dokonało się nieco ponad rok temu, czy chociażby się do tego zbliżyć. Czuł, że jakkolwiek będzie się starał, nigdy do końca nie uda mu się z tym pogodzić. Wiele razy pomagał parafianom, którzy stracili kogoś bliskiego, sam jednak najwyraźniej nie zasłużył na żadne wsparcie. Jemu nikt nie potrafił pomóc. Żaden człowiek nie był w stanie tego zrobić. Jedynie sam Bóg, w którego ksiądz tak bardzo wierzył. Mimo to z jakichś względów i On nie odpowiadał na jego prośby; przynajmniej tak odczuwał to Pająk. Być może… być może ból wżarł się zbyt głęboko w jego duszę. A może nie był to jedynie ból?

Wiatr poruszył gałązkami rachitycznego drzewka rosnącego opodal. Dźwięk, który przy tym wydały, wyrwał duchownego z zamyślenia. Był nieprzyjemny, przeszywający, złowróżbny. Mężczyzna wzdrygnął się, mając niemiłe poczucie, że ktoś go obserwuje. Powoli, bardzo powoli odwrócił się za siebie.

Nie przypuszczał, że ponownie spotkają się w takim miejscu. Właśnie tutaj. Mimo iż minęło ponad dziesięć lat, od kiedy widzieli się po raz ostatni, natychmiast ją rozpoznał. Stała za nim, w odległości kilku kroków. Jak długo mu się przyglądała? Nie wiedział. Zresztą nie miało to znaczenia. Przynajmniej nie dla niego.

– Cześć, Eri – mruknął. Uznał, że powinien się odezwać, choć tak naprawdę nie miał teraz chęci na rozmowę. Nie tu. Nie dziś. Nie z nią. Przede wszystkim nie z nią.

Podeszła bliżej.

– Cześć, Wojtek – odpowiedziała cicho. Spojrzała na niego, a później przeniosła wzrok na zdjęcie Mileny.

Ksiądz spuścił głowę. Nie wiedział, co ma dodać. Czy w ogóle powinien mówić jeszcze cokolwiek? Czy ta sytuacja wymagała jakichkolwiek słów?

Stojąca obok niego kobieta złożyła ręce jak do modlitwy. Najwyraźniej jednak się nie modliła.

Uznał, że było coś metafizycznego w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, które oświetlały jej policzek, tańczyły w unoszonych powiewami wiatru kosmykach jasnych włosów, roziskrzały drobniutkie śnieżne płatki, którym niespieszno było opaść na ziemię. Te same promienie światła odbijały się także od marmurowej steli grobu Mileny. Ksiądz nieświadomie potrząsnął głową.

– Jak sobie radzisz? – zapytała w końcu kobieta.

– Średnio – mruknął. Co innego mógł jej odpowiedzieć? – Średnio – powtórzył. – A ty?

Wzięła głęboki wdech.

– Myślałam, że słyszałeś.

W odpowiedzi pokręcił głową.

– Cóż, najwyraźniej nie najlepiej, skoro rodzona matka zaczęła traktować mnie jak wariatkę. Ale budujące jest to, że te wszystkie plotki nie dotarły jeszcze tu, do Zbijowa. Bo o szpitalu pewnie też nie słyszałeś?

Ponownie zaprzeczył. To, że wspominała o swoich własnych problemach właśnie tu, przy grobie Mileny, wydało mu się w pewien sposób nie na miejscu.

– Kto jak kto, ale ty pewnie byś wiedział. – Najwyraźniej powiedziała to bardziej do siebie niż do niego.

Znów na jakiś czas umilkli.

Ostatni promień słońca rozświetlił owalne zdjęcie nagrobne Mileny Pająk. Ksiądz odniósł niemiłe wrażenie, że twarz jego siostry nabrała przez to jakiegoś upiornego wyrazu, a jej usta rozciągnęły się w złośliwym, nienaturalnym uśmiechu. Zamrugał oczami.

– Kiedy przyjechałaś? – zwrócił się do stojącej obok kobiety.

– Wczoraj wieczorem – odpowiedziała. Zauważył, że rozgląda się niespokojnie. Podążył za jej wzrokiem, nie zauważył jednak niczego, co mogłoby niepokoić.

– A na długo? – zapytał, ledwie zdając sobie z tego sprawę.

– Na stałe, jak sądzę – odparła po dłuższym czasie, a później odwróciła się i ruszyła w kierunku bramy cmentarnej. Ksiądz Pająk podążył za nią.

 

2

 

Plebania, w porównaniu z wieloma innymi, w których gościł, była raczej skromna. Dwie średniej wielkości sypialnie, mały gabinet, pokój gościnny z kominkiem i ogrodzonym tarasem, spora kuchnia, łazienka i dodatkowa toaleta – czyli wygodnie, choć bez luksusów. Dwaj mieszkający tu księża nie zatrudniali gosposi ani kucharki. Proboszcz wraz z wikarym radził sobie sam. Choć trzeba przyznać, że młody ksiądz przysparzał – przynajmniej ostatnio – więcej problemów niż pożytku. Pająk jednak metodycznie odsuwał ten problem od siebie.

Teraz, siadając naprzeciwko Eryki, chciał skupić się jedynie na tym, co miała mu do powiedzenia, bo najwyraźniej miała do niego jakąś sprawę. Może zresztą nie tyle pragnął jej wysłuchać, ile uznawał to za swój obowiązek.

Mimo woli obserwował, jak kobieta obejmuje filiżankę wypełnioną parującą, aromatyczną herbatą. Miała smukłe dłonie o długich palcach. Podobnie jak Milena.

– Może przygotuję coś do jedzenia? – zapytał głównie po to, by zachęcić Erykę do mówienia.

– Daj spokój – mruknęła. A po chwili dodała: – Chłodno tu.

Wstał, nieco zbyt gwałtownie odsuwając krzesło. Podszedł do okna i podwinął firankę. Przekręcił termostat na czwórkę, a następnie zaciągnął aksamitne zasłony, które przed laty dała mu matka.

Ponownie usiadł za stołem naprzeciwko kobiety.

– Toczy się jakieś śledztwo? – zapytała nieśmiało.

– Nie – odpowiedział. – Sprawa została szybko zamknięta. Właściwie nie było powodów, żeby brać pod uwagę cokolwiek poza samobójstwem.

Jak mu się wydawało, wszystko zostało dokładnie sprawdzone. Prowadzący postępowanie był jego dobrym znajomym i bardzo uczciwym, rzetelnym człowiekiem. Tamtego dnia pogoda wydawała się w miarę dobra. Było jeszcze widno. Nie padał deszcz ani śnieg, nawierzchni nie pokrywał lód. Lokalna droga jak zwykle o tej porze była niemal pusta. Zresztą Milena nie pierwszy raz tamtędy jechała. I nie pierwszy raz wsiadała za kierownicę po spożyciu.

Wojciech skrzywił się mimo woli.

– A jednak bierzesz pod uwagę, że nie był to zwyczajny wypadek – powiedziała Eryka, przyglądając mu się uważnie.

– Skąd wiesz? – zapytał szczerze zaskoczony. – To znaczy: dlaczego tak sądzisz? – dodał szybko.

– Bo cię znam – odpowiedziała bez wahania, a następnie podniosła filiżankę do ust. Ostrożnie upiła niewielki łyk.

– Nie mam podstaw, żeby…

– Żeby wierzyć, że Milena tak po prostu wjechała w drzewo.

Odstawiła filiżankę.

– Zwłaszcza że, jak przypuszczam, nie była to żadna śmiercionośna brzoza, prawda?

Pająk mruknął coś niezrozumiałego.

– Ona zawsze świetnie czuła się za kółkiem i była naprawdę dobrym kierowcą – ciągnęła Eryka.

Wojciech przyznał jej rację.

– Byłam z nią w kontakcie. Ty też byłeś z nią blisko. Miała swoje dziwactwa, ale zdecydowanie nie wyglądała na osobę, która potrafiłaby targnąć się na swoje życie.

A niby jak takie osoby wyglądają? Ksiądz nie wypowiedział na głos tego pytania. Uznał jednak, że Eryka mało wie o motywach, które pchnąć mogą ludzi do samobójstwa.

– Więc co sądzisz? – drążyła.

Pająk poruszył się nerwowo.

– Nie wiem, co mógłbym sądzić. Nie było nawet śladów hamowania. Przeciwnie, ekspertyza wykazała, że Milena zdecydowanie przyspieszyła w ostatnim momencie. W chwili zderzenia z drzewem miała na liczniku najprawdopodobniej około stu pięćdziesięciu. Wszystko wskazywało na to, że celowo…

Eryka pokręciła głową.

– I ty naprawdę w to wierzysz? – zapytała.

– Dlaczego miałbym nie wierzyć?

– Cholera jasna! – powiedziała trochę zbyt głośno. – Wojtek! Minął rok. Musiałeś w tym czasie brać pod uwagę setki scenariuszy, rozważać tysiące możliwości…

– Masz rację – uciął. – Ale nie doszedłem do żadnych sensownych wniosków. Samobójstwo jest jedynym logicznym wyjaśnieniem. A ty? Co ty rozważałaś?

– Wiesz, ja…

– Pytam oczywiście nie o Milenę, ale o twojego męża – doprecyzował.

Eryka zerknęła na niego w sposób, którego nie potrafił zinterpretować, a później znów upiła łyk herbaty.

– Zawsze lubiłeś zieloną, co? – mruknęła.

Skinął głową, a następnie zaplótł ręce na piersi, przyjmując zdecydowanie zamkniętą postawę. Nie miał siły i najzwyczajniej w świecie nie chciał dłużej rozmawiać o Milenie. Sprawiało mu to niemal fizyczny ból. A poza tym nie miał zamiaru mówić Eryce o tym wszystkim, co podejrzewał. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Nigdy jej nie lubił i nigdy jej nie ufał. Nie wiedział, dlaczego tak się działo. Eryka nigdy nie dała mu podstaw do tej niechęci. Kiedy jeszcze mieszkała w Zbijowie, kiedy byli dziećmi, nastolatkami, zawsze kręciła się gdzieś obok niego. Była miła, życzliwa, pomocna. Zarówno on, jak i Milena zawsze mogli na nią liczyć. Nawet z przyrodnią siostrą, Anką – co trochę go dziwiło – utrzymywała dość poprawne, jeśli nie koleżeńskie kontakty. I chyba podobnie jest do tej pory. Mimo wszystko on stale czuł do niej antypatię. Najwyraźniej Eryka należała do tych osób, których nie lubi się bez żadnej konkretnej przyczyny. Starał się nigdy nie okazywać przy niej emocji; może dlatego, jak miał wrażenie, kobieta czuła się cokolwiek nieswojo w jego towarzystwie. Nie tylko teraz. Zawsze. Choć właściwie w ogóle mu to nie przeszkadzało.

– Jak wiesz – podjęła po chwili – ostatni raz widziałam go w tym samym dniu, w którym zginęła Milena.

Przytaknął. O zaginięciu Marcina Olbrachta, szefa jednego z prywatnych kieleckich szpitali, czytał w gazetach i lokalnych serwisach informacyjnych. Ze względu jednak na własną tragedię nie pokusił się nawet o zadzwonienie do Eryki i rozmowę z nią na ten temat. Ona przeciwnie – wielokrotnie próbowała się z nim kontaktować. Przyjąwszy jednak kondolencje, nie odbierał od niej więcej telefonów.

– Jego samochód – kontynuowała kobieta – miał jakąś awarię. Już nie pamiętam, co to było, w każdym razie odstawił go kilka dni wcześniej do warsztatu. Ja z kolei byłam umówiona z koleżanką, która mieszka w Nasielsku, więc nie chciałam mu pożyczyć swojego. Dlatego tamtego dnia pojechał do Kielc pociągiem. Miał jakieś spotkanie w szpitalu.

Wojciech uniósł brwi.

– Też byłam zdziwiona – powiedziała, widząc jego reakcję. – Ostatecznie był Nowy Rok. Jak się później przekonałam, dość zresztą boleśnie, Marcin miał pewien zatarg ze wspólnikami. Nie będę wchodziła w szczegóły, ale oni naprawdę nalegali wtedy na to spotkanie. Zresztą zadzwonił do mnie zaraz po zakończeniu. Nie było jeszcze późno, więc uznał, że nie będzie nocował w Kielcach, tylko weźmie taksówkę, pojedzie na dworzec, a później pociągiem wróci do Warszawy. Kamera zarejestrowała, jak kupował bilet, jak udawał się w stronę peronu… Policja ustaliła, że wsiadł do tego cholernego pociągu. Tam jednak trop się urywa. Przesłuchali konduktorów, maszynistę, nawet niektórych pasażerów. Przeszukali całą trasę wzdłuż torów z Kielc do Warszawy. Sprawdzili wszystkie stacje, na których teoretycznie mógł wysiąść. Nikt go nie widział. Nikt nie odnotował niczego podejrzanego. Mój mąż po prostu się rozpłynął.

Ksiądz Wojciech przełknął ślinę.

– Szukałaś przez Itakę? – zapytał, żeby tylko coś powiedzieć. Nie miał bowiem wątpliwości, że Eryka zrobiła wszystko, co mogła, by odnaleźć swojego męża. Zawsze była silna i energiczna. Nigdy nie traciła zimnej krwi.

– A jak myślisz? Szukałam przez wszystkie możliwe instytucje… poza jasnowidzem, rzecz jasna. Choć przyznam, że przyszło mi to do głowy.

– I?

– Nic. Bez śladu.

Znów podniosła do ust filiżankę. Po chwili jednak odstawiła ją z powrotem, nie upiwszy tym razem ani łyka.

– Wiesz, sama też byłam przesłuchiwana Bóg wie ile razy. Podobnie nasi krewni, znajomi, pracownicy szpitala. Najpierw w Warszawie. A później, kiedy sprawę przejęły Kielce, cały ten cyrk rozpoczęto od nowa.

Umilkła i zaczerpnęła głęboko powietrza. Schowała ręce pod stołem. Najwyraźniej nie była w stanie dłużej powstrzymywać ich drżenia.

– Eri? – szepnął. Zrobiło mu się jej trochę szkoda. Tylko trochę.

– Chyba nawet byłam o coś podejrzewana – dodała. Pokiwała głową, a później na kilka chwil utkwiła wzrok w jakimś punkcie gdzieś za jego plecami. – Chcę po prostu powiedzieć – podjęła w końcu – że sprawdzono naprawdę każdy potencjalny trop. Wiesz, wyciągałam nawet z grzebieni i ciuchów jego włosy, oddałam szczoteczkę do zębów i nić dentystyczną, bo… – zająknęła się. – Bo kiedy na Podlasiu znaleziono zmasakrowane zwłoki faceta, który mniej więcej pasował wzrostem i posturą do Marcina, chciano porównać jego DNA. Rozumiesz? – W jej głosie pobrzmiewała rozpacz, którą Pająk słyszał za każdym razem, gdy rozmawiał z kimś, kto stracił bliską osobę. Rozpacz, która również jemu nie była obca.

Eryka znów zamilkła. Zagryzła dolną wargę. W pokoju słychać było tylko tykanie zegara. Ksiądz Pająk mimo woli zaczął się zastanawiać, gdzie do tej pory podziewał się jego wikary. Filip po odprawieniu wieczornej mszy najwyraźniej uznał, że ma wolne, i jak ostatnio miał w zwyczaju, wyszedł, nie informując proboszcza, dokąd się wybiera ani o której wróci. Ani czy w ogóle wróci na noc. Jego samochód stał na podjeździe, więc zapewne nie udał się nigdzie daleko. Chociaż z drugiej strony nie było to takie oczywiste.

Kilka dni temu przyjechali po niego jacyś znajomi. Ksiądz Wojciech nie zdążył zauważyć, ilu ich się zjawiło ani czy aby na pewno byli to mężczyźni. W każdym razie Filip wrócił dopiero następnego dnia, chwilę przed poranną mszą. I był w takim stanie, że proboszcz musiał go zwolnić z obowiązku jej odprawienia. Trudno ująć to inaczej – młody miał po prostu porządnego kaca.

– Wiesz, co jest najgorsze? – Eryka przerwała przedłużające się milczenie.

Ksiądz spojrzał na nią, starając się na powrót skupić na jego słowach. Ostatecznie na tym między innymi polegała jego praca – na słuchaniu o ludzkich problemach.

– Najgorsze jest to, że wciąż na nowo przechodzę przez kolejne etapy żałoby, wiedząc jednocześnie, że nie dane mi będzie dotrzeć do ostatniego z nich.

– Ty nie jesteś w żałobie – zauważył.

– Prawda – zadrwiła. – Mój mąż nie umarł. Mój mąż zaginął bez śladu. Słyszysz w ogóle, jak to brzmi?

Skinął głową.

– No właśnie. Zaginął bez śladu – powtórzyła Eryka. – A przecież śmierć zawsze pozostawia jakiś ślad.

Pusty fotel, ubranie wiszące w szafie, nigdy nieposprzątane szpargały, nienaprawiony kran, niespłacone długi, nigdy niezrealizowane marzenia – artefakty śmierci były doprawdy rozmaite. Eryka od roku stykała się z wieloma z nich. A jednak nie mogła powiedzieć, iż była w żałobie. Nie mogła przeżyć jej do końca. Nie mogła rozpocząć leczenia ran. Ona wciąż na nowo je rozdrapywała. Dopiero teraz ksiądz Wojciech uświadomił sobie, czego tak naprawdę mogła doświadczać jego znajoma. I uznał, że mimo wszystko trzymała się naprawdę dobrze.

W przeciwieństwie do niego. Ból po stracie Mileny wciąż przenikał jego umysł. Minął rok, przeżył swoją żałobę. A jednak rany się nie zagoiły. Czy w ogóle kiedykolwiek będą w stanie się zasklepić? Czy to dlatego, że wciąż miał tyle wątpliwości? Odprawiając mszę za spokój jej duszy, odmawiając modlitwy, sięgając po brewiarz czy stojąc przy jej grobie, nie pytał już, dlaczego zginęła. Zastanawiał się jedynie nad tym, jak to się stało. Wbrew bowiem temu, co powiedział Eryce, nawet przez chwilę nie wierzył, że Milena popełniła samobójstwo. Ani tym bardziej, że był to nieszczęśliwy wypadek. Ale Eryka miała rację: śmierć zawsze pozostawia ślady. Musiał je odnaleźć. Niektóre z nich powoli zaczynał dostrzegać.

Upił łyk już niemal zimnej herbaty.

– Wspominałaś coś o szpitalu. O co chodzi? – zapytał.

– Ach, to – mruknęła. – Jeszcze jeden problem. Nigdy nie zajmowałam się takimi rzeczami. Ostatecznie nie musiałam. – Odchrząknęła. – Nie pytaj mnie, jak konkretnie załatwił to mój prawnik, ale zostałam reprezentantką interesów mojego męża. – Nakreśliła w powietrzu cudzysłów, uwalniając przy tym ukryte do tej pory pod stołem dłonie. – A co za tym idzie, pełnię obowiązki prezesa Olbe.medu spółki z o.o. – Ostatnie słowa wymówiła bardzo powoli.

– I to jest ten problem? – zapytał ksiądz.

– Żebyś wiedział – odparła. – Jestem nauczycielką. Polonistką. A nie szefową prywatnego szpitala.

– Masz prawnika…

– Tak, Dariusz naprawdę bardzo mi pomaga. Ja sama czuję się natomiast jak dziecko we mgle. Wyobraź sobie, że tylko w ostatnim czasie mieliśmy problem z zakontraktowaniem bronchoskopii, pozew przeciw jednemu z ginekologów, nie wspominając już o zaangażowaniu nowego dyrektora do spraw medycznych.

– Nie wyglądasz jak ktoś, kogo przerastają obowiązki – zauważył Pająk.

Uśmiechnęła się lekko, najwyraźniej przyjmując to za dobrą monetę.

– Kiedy człowiek nie ma wyjścia… – zaczęła. – Zresztą nieważne. Prawdziwy problem tkwi w tym, że Błachacz depcze mi po piętach, wytyka każdy błąd i jeśli tylko ma okazję, torpeduje moje działania.

– Błachacz? – zdziwił się Wojciech. – Marian Błachacz?

– W rzeczy samej.

– Myślałem, że…

– Że skoro to wspólnik, a prywatnie kuzyn mojego męża, to powinien być do niego życzliwie nastawiony? – Pokręciła głową z dezaprobatą. – Naprawdę nie zauważyłeś jeszcze, że ludzie niejako ze swej natury nie są życzliwi?

Nie odpowiedział. Siedząc w konfesjonale, często dochodził do podobnych wniosków. Nie wypadało mu jednak o tym mówić ani nawet myśleć w takich kategoriach.

– Wyobraź sobie – ciągnęła Eryka – że to właśnie Błachacz doprowadził do zwolnienia poprzedniego dyrektora do spraw medycznych, zarzucając mu niedopełnienie obowiązków przy sprawie z ginekologiem, o której ci wspomniałam. Wiedział, że lekarz dość chaotycznie prowadził dokumentację… Zresztą może nawet nie chaotycznie, raczej uzupełniał ją z pewnym opóźnieniem. W każdym razie nie jest to żadnym ewenementem, nie tylko u nas. To dobry specjalista. Człowiek starej daty, który na pierwszym miejscu stawiał pracę z pacjentkami, a trzeba przyznać, że nie miał jej mało, a papierologię odsuwał na dalszy plan. No i właśnie nie o żaden błąd w sztuce poszło, ale o byle jak wypełnione kwity. Pacjentka to wykorzystała, bo ktoś jej podpowiedział, że może wydębić od nas odszkodowanie. I pewnie nawet sprawa rozeszłaby się po kościach, ale oczywiście Błachacz musiał wtrącić swoje trzy grosze. Nie zdziwiłabym się nawet, gdyby ta pacjentka była po prostu przez niego podstawiona. – Westchnęła. – Jakkolwiek by było, zrobiła się z tego straszna afera. No bo… zgadnij, kto poszedł ze sprawą do dziennikarzy?

– Nie mów, że… – zaczął niepewnie Wojciech, któremu to wszystko jakoś nie mieściło się w głowie. Rozmawiał kilka razy z Błachaczem i musiał przyznać, że ten zrobił na nim raczej pozytywne wrażenie. Fakt, że omawiali sprawy związane z pogrzebem matki wspólnika Olbrachtów, więc raczej nie było to pole do ewentualnych utarczek, ale proboszcz wiedział już z doświadczenia, że i w takich sytuacjach wielu ludziom nie brakuje animuszu ani tym bardziej ochoty do udowadniania swej wyższości.

– Mówię – ucięła Eryka. – Błachacz kreuje się na bezkompromisowego i wielce uczciwego. A prawda jest taka, że zwietrzył okazję, żeby mnie wygryźć.

– Ciebie? – W głosie Pająka zadrgała nutka ironii.

– Mojego męża – poprawiła się. – Chociaż na jedno wychodzi w tym momencie – dodała po chwili.

– No to ładna historia. Rzeczywiście czytałem coś na ten temat w gazetach, ale jakoś nie pokojarzyłem faktów.

Eryka odetchnęła ciężko.

– Widzisz, Wojtek, ja nie twierdzę, że w szpitalu wszystko jest w idealnym porządku. Niedociągnięcia się pojawiają. Naprawdę jestem tego świadoma. Ale podobne sytuacje mają miejsce w bardzo wielu placówkach. Nie tylko prywatnych. Najważniejsze jest jednak to, że nasi pacjenci są dobrze leczeni. I nie mówię tego ot tak. My co chwilę mamy audyty. Wewnętrznie także je prowadzimy. Wyniki jednoznacznie świadczą o tym, że usługi prowadzimy na naprawdę wysokim poziomie.

– Widzę, że wczułaś się w rolę – powiedział, znów nie mogąc powstrzymać się od nieco ironicznego tonu. Eryka zdawała się jednak nie zwracać na to uwagi.

– Już ci mówiłam, że nie miałam wyjścia – mruknęła. Na jej czole pojawiła się nagle duża, pionowa zmarszczka. – Ten szpital to oczko w głowie mojego męża. Muszę o niego dbać. Jestem to winna Marcinowi. Nie mogę przecież dopuścić, żeby stało się tam coś złego.

 

3

 

Było już dość późno, więc uznał, że powinien odprowadzić ją do domu. Eryka nie chciała się na to zgodzić, twierdząc, że gdzie jak gdzie, ale w Zbijowie, jej rodzinnej wsi, nie może spotkać jej nic złego, a odległość niespełna kilometra dzielącą miejsce, gdzie dziś stała plebania, od jej domu już jako dziecko wielokrotnie przemierzała sama. Proboszcz pomyślał jednak, że taki spacer przed snem dobrze mu zrobi, a poza tym zastanawiał się, czy przypadkiem nie spotka gdzieś po drodze swojego wikarego.

Eryka mieszkała na obrzeżach miejscowości. Jej dom usytuowany był tuż pod lasem. Po drugiej stronie drogi rozciągały się uśpione o tej porze roku pola. Do najbliższych zabudowań było stąd jakieś trzysta metrów. Kiedyś, gdy zarówno Eryka, jak i Wojciech byli dziećmi, stało w tym miejscu jeszcze kilka innych domów – choć tak naprawdę powinno się je nazwać raczej lichymi chałupinami. Gdy ich mieszkańcy umierali albo wyprowadzali się w inne strony, domy popadały w całkowitą ruinę. W końcu władze gminy podjęły decyzję o ich wyburzeniu. Działki sprzedano lub zlicytowano, a nowi właściciele najwyraźniej nie zamierzali budować się w tym miejscu. Wyglądało to tak, jak gdyby wieś odsunęła się od domu należącego do Olbrachtów. Dosłownie. Ten zresztą także przez większość roku stał pusty. Przestronna piętrowa willa w stylu późnego PRL-u służyła Eryce i jej mężowi jedynie podczas urlopu, gdy chcieli przez kilka dni odpocząć od gwaru stolicy, a akurat nie mieli pomysłu na żaden inny wyjazd. Czasami nocowali tu także w okresie poprzedzającym dzień Wszystkich Świętych, kiedy przyjeżdżali zrobić większe porządki na grobach dziadków Eryki. Wojciech dziwił się trochę, że Olbrachtowie nie sprzedadzą tej nieruchomości. Mimo że położona na wsi, była na pewno sporo warta.

– Dobrze, że Anka opiekowała się domem – rzuciła Eryka, jak gdyby czytała w myślach swego towarzysza.

Proboszcz zerknął na nią z ukosa. Noc była zimna. Pogodne niebo rozświetlał księżyc otoczony setkami gwiazd. Szli szybko, uważając jednak, by nie poślizgnąć się na oblodzonych tu i ówdzie chodnikach.

– Cieszę się, że mimo wszystko macie ze sobą całkiem niezłe relacje – zauważył.

Kobieta przytaknęła. Obydwoje doskonale wiedzieli, ile gorzkich słów Eryka wysłuchała od swojej matki tylko dlatego, że jako dziewczynka, a później nastolatka nie stroniła od towarzystwa przyrodniej siostry.

– Też sobie to chwalę – mruknęła. – Teraz, kiedy Ania ma dziecko, może będę mogła jakoś jej się odwdzięczyć – dodała po kilku chwilach.

– Twoja matka nadal ma do tej sprawy taki stosunek jak kiedyś?

– Chyba nawet gorszy. Ostatecznie nigdy nie wybaczyła ojcu, że nas zostawił.

– A jak ty sobie z tym poradziłaś? – Wojciech już przed laty się nad tym zastanawiał. Właściwie powinien był uznać, że Eryka po prostu zaakceptowała całą sytuację. Mimo woli jednak ciągle dopatrywał się u niej nie do końca czystych intencji.

– No wiesz, byłam malutka, kiedy ojciec odszedł – odparła. – Zostawił nam ten dom. I o ile wiem, nawet nie próbował o niego walczyć. Alimenty płacił terminowo. Ze mną spotykał się wprawdzie zawsze w obecności matki, ale robił to dość regularnie, poza tym przynosił prezenty i takie tam. Jakoś nigdy nie czułam do niego specjalnego żalu, chyba właśnie dlatego, że nie znałam innego życia.

Proboszcz pokiwał głową.

– Z drugiej strony – ciągnęła Eryka – kiedy ja przychodziłam do was pobawić się z Mileną, z tobą, a później z Anką, ojciec nigdy nie zaprzeczał, że jestem jego córką, podkreślał, że mimo wszystko jestem dla niego ważna. Nie były to może idealne relacje, ale nie mogę też powiedzieć, że złe. Wasza matka także nigdy nie zachowywała się tak, jak gdyby żywiła do mnie jakąś urazę.

Ksiądz zamyślił się. Ich rodzina była dziwna. Dziś określiłby ją mianem patchworkowej, wtedy domyślał się jedynie, że ludzie we wsi o nich plotkowali. Ale to, co zrobiła dla niego jego matka, przysłaniało niemal wszystko inne. On sam zaś – jeśli pominąć jej małżeństwo z ojcem Eryki – uważał, że matka żyła tak, by nie dawać ludziom żadnych powodów do plotek.

– A myślisz, że… – zaczęła Eryka, urwała jednak w pół słowa. Pociągnęła go za rękę, trochę zbyt mocno.

– Dobry Boże, co tam się stało? – jęknęła.

Minęli właśnie ostatnie zabudowania. Przed sobą widzieli dom Eryki rozświetlany stroboskopowym światłem policyjnych radiowozów. Niemal biegiem ruszyli naprzód.

– Kim państwo są? – Młody policjant zagrodził im drogę, kiedy tylko dotarli na miejsce.

– Mieszkam tu – warknęła Eryka.

– Tu? W tym domu? – zdziwił się młody.

– Co tu się stało? – Kobieta zignorowała jego pytania.

– Czy pani… – zaczął policjant, zamilkł jednak, widząc zmierzającego w ich kierunku szefa.

– Albert, co tutaj się stało? – Ksiądz zwrócił się bezpośrednio do Rendzińskiego. Mężczyźni podali sobie dłonie.

– Wiesz… – Starszy aspirant zawahał się. Proboszcz natychmiast zrozumiał, o co mu chodziło.

– Pamiętasz Erykę Małek? Teraz nazywa się Olbracht. Mieszka tutaj.

Rendziński spojrzał na kobietę i uśmiechnął się lekko.

– Przepraszam, nie poznałem – rzekł. – Miło cię znów widzieć. Choć w tych okolicznościach… No dobra, Michał, wracaj do roboty – zwrócił się do młodego policjanta, który cały czas stał obok nich, uważnie przyglądając się Eryce. – A wy chodźcie, może… tam. – Wskazał miejsce tuż przy bramie wjazdowej do posesji Olbrachtów.

Przechodząc wzdłuż ogrodzenia, wysokiego, zbitego deska przy desce płotu, nie mogli nie dostrzec leżącego kilkanaście metrów dalej ciała. Eryka podniosła oczy na Rendzińskiego. Czaił się w nich strach.

– Tego… Potrącił ją jakiś podchmielony rowerzysta – zaczął wyjaśniać Albert, zaczerpnąwszy głęboko tchu. – Trzeba być stukniętym, żeby jeździć rowerem, kiedy jest mróz i to tu, to tam leży śnieg. W każdym razie facet zasuwał po chodniku i tam – wskazał dłonią – gdzie kończy się twoje ogrodzenie, najechał na tę dziewczynę. Był na bani, ale najwyraźniej na tyle wróciła mu przytomność umysłu, że udało mu się wyciągnąć komórkę i zadzwonić po nas.

– Ale ona… – Eryka sprawiała wrażenie, jakby ledwie panowała nad sobą.

– No… – Rendziński pokiwał głową. – Ona najprawdopodobniej już nie żyła.

– Kto to jest? – zapytał proboszcz.

– Nie mam pojęcia. To będzie trzeba dopiero sprawdzić.

– Ale dlaczego… ona… tu…

– Nie mam pojęcia, Eri. – Starszy aspirant rozluźnił nieco szalik, a później przetarł dłonią spocone mimo mroźnej pogody czoło. – Naprawdę nie mam pojęcia. Też mnie to dziwi. Dziewczyna jest poraniona. I wymazała ci trochę krwią płot. Chodnik… – Machnął ręką. – No jest mi naprawdę głupio, że po tylu latach spotykamy się w takich okolicznościach, ale… będziesz chyba musiała złożyć zeznania.

Eryka nie odpowiedziała. Nie była w stanie oderwać wzroku od ciała dziewczyny.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

1

 

Jadąc w czwartek rano krajową siódemką, Rendziński nie mógł zrozumieć, dlaczego panował tam taki ruch. Wiedział, że nie powinien tego robić, mimo to włączył koguta i docisnął pedał gazu. Jego siostrzeniec, zajmujący miejsce pasażera, uśmiechnął się znacząco.

– Ech. I tak jesteśmy spóźnieni – mruknął starszy aspirant. – To znaczy ja jestem. Ty nie.

Znów zarwał noc, znów nie wiedział, jak zabrać się do sprawy, znów dowalili mu jego zdaniem cholernie dużo cholernie bezsensownych obowiązków i znów przez to wszystko posprzeczał się z Lidką. Będzie musiał na przeprosiny kupić jej jakieś kwiatki albo coś.

– A tak w ogóle to ja nie rozumiem, skąd się wziął ten twój pomysł na zmianę pracy. No po prostu tego nie rozumiem – burknął, uderzając dłońmi o kierownicę.

– Nie każdy pała taką miłością do drogówki jak ty – roześmiał się młody. Rendziński mimo złego nastroju także się uśmiechnął. Naprawdę lubił tego chłopaka. Przez jakiś czas nawet trochę mu ojcował i teraz nieskromnie przypisywał sobie to, że Patryk wyrósł na rozumnego i ambitnego człowieka. Dumą napawał go też fakt, że mimo młodego wieku siostrzeniec dosłużył się już stopnia starszego sierżanta. Rendziński zawsze przeczuwał, że dzieciak pójdzie w jego ślady.

– Ale że interesują cię takie sprawy… – gderał jak zwykle. – Żeby pracować w kryminalnym, to jednak trzeba mieć nerwy. I nie mówię tu teraz o samej robocie, ale o twojej nowej szefowej.

– Słyszałem to i owo. Ale czy ta Lena Chmiel…

– Tylko cię uprzedzam, nigdy, przenigdy nie rób sobie żartów z jej nazwiska – zastrzegł poważnie Rendziński. – Ona jest na tym punkcie wyczulona. Wspomnisz cokolwiek o piwie, likierze czy chociażby szyszeczkach, i będziesz miał przesrane na całej linii.

– Aż taka jest?

– Gorsza. Miałem tę wątpliwą przyjemność rozmawiać z nią raz czy dwa i uwierz mi, dałbym na mszę, żeby to się nie powtórzyło!

– A ładna chociaż?

Starszy policjant zrobił dziwną minę.

– No… wiesz – zaczął powoli – trzeba przyznać, że gdyby pominąć jej wstrętny charakter, to byłaby z niej całkiem niezła babka. Na swój sposób.

– Oczywiście mam tego nie powtarzać ciotce Lidce?

Rendziński obrzucił siostrzeńca nienawistnym spojrzeniem.

– Najzwyczajniej w świecie bym cię wtedy ukatrupił – odpowiedział.

Chłopak roześmiał się.

– To ją ode mnie ucałuj, bo jak znam życie, to nie jest zachwycona tym, że ciągle siedzisz w pracy.

– A nawet nie mów! – rozeźlił się Albert. – Po prostu ciesz się, że nie jesteś żonaty. Z tymi babami to same, cholera jasna, utrapienia: opierniczasz się, to źle, bo nie dbasz o rodzinę; harujesz jak wół, też źle, bo rodzinie czasu nie poświęcasz. Nie dogodzisz, cholera. Nie dogodzisz!

Patryk pomyślał, że pomiędzy opierniczaniem się a harowaniem jak wół jest całkiem sporo przestrzeni, którą można by wypełnić rozsądnym łączeniem obowiązków domowych i zawodowych, ale zachował to dla siebie.

– À propos zabijania, którym mnie przed chwilą straszyłeś – podjął po chwili – to co to za akcja z tą dziewczyną?

– Ech, jeszcze i to! – Rendziński w nagłym przypływie frustracji znów uderzył dłońmi o kierownicę. Rozpędzonym do ponad stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę autem lekko szarpnęło. – Jak na moje oko, to będzie z tego niezły syf.

– Ale wiadomo coś?

– Gówno wiadomo. Pół nocy gadałem z Małkówną, ale ona nic nie wie. Była u księdza, kiedy to się stało.

– Z kim? – Chłopak niemal zakrztusił się śliną.

– Z Eryką Małek, to taka moja znajoma, jeszcze ze szkolnych lat. Tworzyliśmy paczkę.

Patryk obrzucił Rendzińskiego dziwnym spojrzeniem.

– Co? Że teraz tak się nie mówi? Ta paczka to określenie, które…

– Nie o to chodzi – przerwał chłopak. – Po prostu wspominałeś, że ciało znaleziono obok domu Olbrachtów…

– A, no tak. I traf chciał, że Eryka się sprowadziła tam z powrotem dzień czy dwa wcześniej.

– Eryka Olbracht? Nazywała się wcześniej Małek?

– No. Już drugie głupie nazwisko, co nie?

– Ta… – mruknął Patryk, ale tym razem nawet się nie uśmiechnął.

– Kazałem chłopakom połazić dziś rano po tym lesie – kontynuował starszy policjant. – Było ciemno, ale tak nam się jakoś wydawało, że ta laska musiała tam dotrzeć o własnych siłach. Gdyby szła przez wieś, to pewnie ktoś by ją zauważył, bo była pokrwawiona, miała poszarpane ciuchy. A nikt, z kim gadaliśmy, jej nie widział. Wychodzi na to, że przyszła od strony lasu. No chyba że…

Patryk nie słuchał go już. Pogrążył się we własnych myślach. I bynajmniej nie były one związane z nową pracą. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że Rendziński wyłączył koguta i znacznie zwolnił, gdy dojeżdżali do miasta.

– Wujku – zapytał cicho, gdy byli już na miejscu. – A na długo ta Olbracht przyjechała do Zbijowa?

– Mówiła, że na stałe – odpowiedział starszy policjant, a później lekko pokiwał głową. Dopiero teraz uświadomił sobie, dlaczego młody o to pytał.

Gdy, pożegnawszy się, Patryk wysiadł z auta, Rendziński jeszcze przez chwilę nie ruszał się z miejsca. Obserwując oddalającą się postać siostrzeńca, domyślał się, że czekają go trudne chwile.

 

2

 

Było już po południu, gdy Eryka dotarła wreszcie do szpitala. Nie dość, że niemal nie zmrużyła w nocy oka, to jeszcze z samego rana musiała udać się na komendę i po raz kolejny powtórzyć to, o czym poprzedniego wieczoru opowiadała Rendzińskiemu.

Kiedy wychodziła z domu, przyjrzała się uważnie ogrodzeniu. Zgodnie z tym, co mówił Albert, dostrzegła wyraźne ślady krwi. Podobnie na chodniku.

Od kiedy wróciła do Zbijowa, czuła się obco w swoim własnym domu. Wszystko, co ją otaczało – meble, sprzęty, bibeloty – wydawało się taić w sobie pewną wrogość. Miała świadomość, że to absurd. A jednak wszystko, czego dotknęła lub na co spoglądała, potęgowało w niej poczucie winy. Ale czy mieszkając w Warszawie, nie czuła się podobnie?

Ostatecznie postanowiła wrócić do rodzinnego Zbijowa przez matkę. Szpital był jedynie pretekstem. Powiedzmy, że oficjalną wersją. Tak naprawdę Eryka nie potrafiła poradzić sobie ze świadomością, że jej matka już zawsze będzie postrzegała ją jako w pewien sposób niepełną. I że, co gorsza, będzie miała rację.

Teraz, po tym wypadku z dziewczyną, Olbracht nie wiedziała, czy i jak poradzi sobie z samotnym mieszkaniem tutaj. Starała się za wszelką cenę odpychać od siebie czarne myśli, jednak lęk wydawał się coraz bardziej rozrastać w jej umyśle.

Idąc jasnym korytarzem bloku administracyjnego Szpitala Świętej Apolonii, ukradkiem zerknęła na swoje odbicie w jednej ze szklanych ścian oddzielających od siebie kolejne sale konferencyjne. Zobaczyła wysoką, ciągle jeszcze młodą kobietę o blond włosach związanych w koński ogon i z zalotnie przyciętą grzywką. Miała na sobie ciemny, taliowany żakiet, spod którego wystawała jasna jedwabna bluzka z dość dużym dekoltem, czarne obcisłe spodnie i czarne kozaki na cienkim, wysokim obcasie. Całości dopełniał staranny makijaż, doskonale tuszujący cienie pod oczami i coraz bardziej pogarszający się stan cery wywołany stresem, w jakim od roku żyła. Wiedziała, że wygląda atrakcyjnie. Wiedziała także, iż nikt, kto przyglądałby się jej teraz, nie podejrzewałby istnienia wyniszczających ją od wewnątrz demonów.

Zamaszyście otworzyła drzwi prowadzące do sekretariatu. Siedząca za biurkiem dziewczyna wstała na powitanie.

– Coś nowego? – zapytała Eryka.

– Jak zwykle poczta. Poza tym spotkania z dzisiaj przeniosłam na kolejny dzień. Udało się dopasować podobne godziny.

– A kto chce mnie widzieć?

Sekretarka otworzyła kalendarz z logo szpitala na okładce.

– Przedstawiciel firmy dostarczającej gazy techniczne. Z tego, co mówił, chciał przedstawić nową ofertę. Dostawca naszego oprogramowana – kontynuowała dziewczyna – w sprawie umowy, którą z nim zawarliśmy. Podobno są w niej jakieś drobne błędy. Pan Dariusz już na nią zerknął i nawet przesłał aneks oraz informację, że to kosmetyczne zmiany, ale i tak będzie trzeba podpisać jeszcze raz. No i jeszcze doktor Magda Konieczna, ale nie chciała powiedzieć, w jakiej sprawie.

Eryka westchnęła.

– Coś jeszcze? – zapytała.

– To wszystko. Korespondencja, także ta wewnętrzna, jest u pani na biurku.

– Dobrze. To teraz poproszę o kawę. Mocną. I z cukrem. A tak na drugi raz, jeśli nasza pani kardiolog nie będzie łaskawa przedstawić powodu wizyty, to po prostu proszę jej nie umawiać.

– Tak właśnie chciałam zrobić, ale doktor Konieczna jasno dała mi do zrozumienia, że jeśli pilnie nie spotka się z panią prezes, to złoży wypowiedzenie. Trochę się obawiałam brać to na siebie…

Eryka uniosła brwi.

– Rozumiem – mruknęła, choć oczywiście wcale nie rozumiała.

– Aha – dodała dziewczyna – jest już nowy dyrektor do spraw medycznych. – Ponownie zerknęła do swoich notatek. – Pan doktor Ernest…

– Błachacz – dokończyła Eryka. – Tak, wiem. Z nim akurat osobiście się umawiałam. Powinien być – spojrzała na zegarek – za jakieś czterdzieści minut. Mam nadzieję, że uporam się w tym czasie z dekretowaniem poczty. Tylko proszę pospieszyć się z tą kawą.

Zamknąwszy się w swoim gabinecie, Eryka ciężko klapnęła na fotel. Niechętnie zaczęła przeglądać leżącą na jej biurku korespondencję. Było kilka podań o udzielenie urlopu i jedno o podwyżkę. Resztę stanowiła poczta zewnętrzna. Olbracht zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że niemal każdego dnia dostawała dziesiątki reklam i ofert, z których jak do tej pory rzadko kiedy korzystała. Pojawiały się także prośby organizacji pozarządowych o wsparcie finansowe. O ile pamiętała, jej mąż starał się – oczywiście w miarę możliwości – pozytywnie do nich ustosunkowywać. Mimo to Eryka nie zamierzała teraz nikogo wspomagać. Finanse szpitala znacznie się pogorszyły w ciągu ostatniego roku. Raczej nie miała jeszcze powodów do zmartwienia, niemniej jednak uznała, że warto poczynić pewne oszczędności.

Usłyszała ciche pukanie. Nim powiedziała „proszę”, drzwi się uchyliły i stanęła w nich sekretarka z filiżanką kawy.

– Pozwoliłam sobie posłodzić dwiema…

– Bardzo dobrze. Niech mnie pani jeszcze umówi, ale też na jutro, z panią Olgą z działu kosztów. I proszę jej jeszcze powiedzieć, żeby przygotowała dokumenty związane z wezwaniem do zapłaty tej Ukrainki. Nie pamiętam, jak ona się nazywała.

– Hałyna Aristowa. – Eryka usłyszała męski głos dobiegający gdzieś zza pleców sekretarki.

Dziewczyna drgnęła i spojrzała za siebie, przezornie odstawiwszy wcześniej filiżankę z kawą. Młody, wysoki, elegancko ubrany brunet stanął w drzwiach gabinetu.

– Czy można?

– Zapraszam – powiedziała Eryka, nie kryjąc kwaśnej miny. Nie była zadowolona, że przyszedł tak wcześnie. – Pani Kasiu, proszę zrobić jeszcze jedną kawę.

– Z mlekiem i bez cukru – rzucił mężczyzna, rozsiadając się w fotelu przed biurkiem Eryki i nawet nie patrząc na sekretarkę.

Kiedy dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, zabierając jednocześnie tę część korespondencji, która została już zadekretowana, Eryka postarała się przykleić do twarzy służbowy uśmiech.

– Czyli mam rozumieć, że wdrożył się pan już w obowiązki? – zapytała.

– No cóż, muszę przyznać, że stryj podpowiedział mi to i owo – oznajmił Ernest Błachacz z udawaną skromnością, która z miejsca zaczęła działać Eryce na nerwy.

– Świetnie – rzuciła. – Zatem ja nie muszę tego robić. Czy wszelkie formalne sprawy udało się już panu załatwić?

– Właściwie tak…

– Właściwie?

– Tak. Pozostało jedynie sfinalizowanie umowy.

Kobieta pokiwała głową.

– Będzie gotowa na jutro. I będzie czekała w dziale kadr. Wie pan, do którego pokoju zapukać?

Nie mogła się powstrzymać od drobnej złośliwości.

Facet może i miał dobre CV – ba, nawet więcej niż dobre – ale nie ze względu na nie został zatrudniony. I to za niebagatelne wynagrodzenie, na które ona nie miała niestety żadnego wpływu. Stary Błachacz postawił jej ultimatum: albo zaangażuje jego bratanka i sama zachowa stanowisko, albo on będzie tak długo i wnikliwie przyglądał się jej pracy i prawnym meandrom, w wyniku których objęła fotel prezesa, aż w końcu doszuka się czegoś, co pozwoli mu zająć jej miejsce. Biorąc pod uwagę swoje marne kompetencje, Eryka uznała, że przyjęcie głodnego sukcesu młodego wilczka z doktoratem i specjalizacją z kardiologii będzie stosunkowo niewielką ceną za odrobinę świętego spokoju. Poza tym doszła do wniosku, że uda jej się przerzucić na młodego lekarza część tak ciążącej jej odpowiedzialności za funkcjonowanie placówki. Bądź co bądź Ernest, czy jak mu tam, skończył też jakieś zarządzanie, więc gdy ona będzie potrzebowała oddechu, zostawi szpital w być może cokolwiek lepkich, jednak – jak miała nadzieję – kompetentnych rękach.

– Nie jestem pewien, ale w razie czego poproszę panią prezes o podpowiedź – odparł, rozciągając usta w uśmiechu i odsłaniając przy tym rząd równych i najwyraźniej wybielonych zębów.

– Myślę, że łatwiej będzie panu kontaktować się ze stryjem. My raczej nie będziemy widywali się zbyt często…

Nie dokończyła, gdyż w gabinecie znów pojawiła się sekretarka, niosąc gościowi białą kawę.

Gdy ponownie zostali sami, Błachacz niespiesznie upił niewielki łyk, a następnie podjął przerwany wątek.

– Szkoda. Liczyłem na nawiązanie bliższej znajomości z panią prezes.

– A dlaczegóż to? – zapytała, pochylając się lekko w jego stronę. Zauważyła, że dyskretnie zerknął na jej nieco za bardzo w tej pozycji odsłonięty dekolt. Bezczelny szczeniak, pomyślała.

Mężczyzna odchrząknął.

– Stryj wiele mi o pani opowiadał. Chętnie sam zweryfikowałbym te informacje. Poza tym przez Marcina jesteśmy w pewien sposób skoligaceni.

Eryka prychnęła z niedowierzaniem. Może i z jej mężem łączyły go więzy krwi, ale ona nie zamierzała pozwolić młodemu Błachaczowi na żadną poufałość – wolała, żeby ich stosunki pozostawały czysto służbowe. Powstrzymała się też, by zapytać, cóż takiego naopowiadał mu stary Błachacz. Zresztą nie miało to zbyt dużego znaczenia. Ponownie dotknęła plecami oparcia fotela, poprawiając przy tym poły żakietu. Następnie spojrzała na zegarek.

– Czy coś jeszcze? – zapytała.

– Tak.

– Słucham.

Mężczyzna utkwił wzrok w jej twarzy.

– Z całym szacunkiem, ale chyba nie czyta pani prasy – rzekł.

Olbracht zamrugała oczami.

– Gdyby było inaczej – kontynuował Błachacz – wiedziałaby pani, że Hałyna Aristowa z całą pewnością nie zapłaci za świadczone w szpitalu usługi.

– Nie rozumiem – bąknęła Eryka i poruszyła się niespokojnie.

Młody kardiolog uśmiechnął się szeroko. Zdawał się napawać jej konsternacją. Po chwili jednak spoważniał.

– Hałyna Aristowa – podjął – została odnaleziona martwa wczoraj wieczorem. W takiej małej miejscowości na obrzeżach województwa. Zaraz, jak ona się nazywała… No, może mi pani podpowie, bo zdaje się, że tam właśnie pani mieszka. Już pamiętam! Zbijów.

Eryka poczuła, że pęka pęczniejąca w niej od wielu godzin bańka strachu.

 

3

 

Już po kilku minutach rozmowy ze swoją nową szefową Patryk wiedział, że krążące o niej opinie nie są przesadzone. Kiedy tylko o umówionej godzinie pojawił się w jej gabinecie, kobieta zarzuciła go gradem pytań. Starał się odpowiadać rzeczowo, konkretnie, inspektor Lena Chmiel nie wyglądała jednak na usatysfakcjonowaną.

– Tak naprawdę to nie pracuję z żółtodziobami – zaczęła. – Ale że akurat miałam wakat, a ty, synku, masz chyba najlepsze referencje, jakie kiedykolwiek widziałam – tu Patryk pierwszy raz od rozpoczęcia spotkania poczuł się nieco pewniej – to pomyślałam, że sprawdzę, z jakiej gliny jesteś ulepiony i czy cokolwiek z ciebie będzie. Bezmyślny wół w kieracie czy włazidup? Hm? Jak byś się ocenił?

Chłopak przełknął ślinę, na powrót tracąc grunt pod nogami. Chmiel przyglądała mu się zza chmury papierosowego dymu. Rozparta w fotelu, który zdawał się nieco uginać pod ciężarem jej masywnego ciała, sprawiała wrażenie osoby, która ewidentnie lubi bawić się cudzym kosztem.

– Żadne z wymienionych, pani inspektor – odpowiedział Patryk, za wszelką cenę starając się ukryć na nowo ogarniający go brak pewności siebie.

– To nie było pytanie otwarte. A w ogóle wiesz, co to takiego?

– Owszem. Ale nie było adekwatne do sytuacji.

Chmiel dmuchnęła w jego kierunku dymem.

– Obawiam się, że się mylisz. A nawet jeśli nie, to zaręczam ci, że sytuacja zmieni się w najbliższym czasie. Zdajesz sobie sprawę, że u nas można nieźle dostać po dupie?

– Uprzedzano mnie o tym.

– I to cię nie zniechęciło?

– Staram się nie martwić na zapas.

Kobieta lekko pokiwała głową, najwyraźniej doceniając odpowiedź chłopaka. Na dłuższy czas zapadło milczenie, krępujące tylko dla jednego z rozmówców.

– No dobrze – odezwała się w końcu Lena Chmiel. – Jutro rano pobiegasz sobie tu i tam z kwitami. O dziewiątej udasz się do Franka, zapozna cię z zespołem. Pewnie każe ci też poczytać regulaminy, instrukcje i inne pierdoły. Masz je wystukać na pamięć, żebyś już na początku nas nie skompromitował. I tak pewnie to zrobisz, ale może chociaż nie pierwszego dnia. A punktualnie o dwunastej przychodzisz do mnie. Pojąłeś?

– Tak jest – odpowiedział, choć oczywiście nie miał pojęcia, kim jest wspomniany Franek ani tym bardziej gdzie go szukać.

Kobieta nie spuszczała z niego wzroku.

– Czy to wszystko, pani inspektor? – zapytał speszony.

Uśmiechnęła się do niego. Nie był to jednak sympatyczny uśmiech.

– Całkiem ładną masz tę buzię – powiedziała tak, jakby dawała mu do zrozumienia, że jest jedynie przedmiotem, który akurat będzie nieźle komponował się z tymi, jakimi ona zwykle się otacza. – I jeśli intuicja mnie nie myli, to w najbliższym czasie będę ją oglądać dość często. – Westchnęła, a później pomachała ręką w sposób, w jaki odpędza się natrętną muchę. – No już, możesz zamknąć drzwi z drugiej strony.

– Do widzenia – pożegnał się, szczęśliwy, że może wreszcie opuścić gabinet. Chmiel nie zadała sobie trudu, by mu odpowiedzieć.

Znalazłszy się na korytarzu, odetchnął głęboko. Baba była konkretnie stuknięta – po prostu nie dało się tego inaczej ująć. Wprawdzie przyzwyczaił się już do specyficznego sposobu bycia niektórych ze swoich poprzednich przełożonych, jednak z takim zachowaniem nie spotkał się nigdy wcześniej. Na moment zaświtała mu myśl, żeby zrezygnować, odpędził ją jednak. Ostatecznie do pracy nie chodzi dla miłej atmosfery.

– Co, zjebała cię już na wstępie? – zagadnął go przechodzący korytarzem mężczyzna w średnim wieku.

Młody policjant otworzył usta ze zdziwienia.

– Bo to ty jesteś tym szczylem od Rendzińskiego, prawda? – dodał tamten.

– Również miło mi pana poznać – odciął się Patryk, odgrzebując ostatnie zapasy pewności siebie. Najwyraźniej jednak o to właśnie chodziło. Mężczyzna wyciągnął dłoń w jego kierunku.

– Edmund Tarski. Podobno masz do mnie przyjść jutro około dziewiątej.

Patryk przedstawił się, myśląc, że jednak ma odrobinę szczęścia.

– Inspektor mówiła o jakimś Franku… – zaczął.

Tarski skrzywił się.

– Tak mnie stara kiedyś przechrzciła. Dawne dzieje. – Machnął ręką. – No ale co, przechodzisz do nas czy Chmiel zdążyła cię już wystraszyć?

– Wygląda na taką, której strach się bać, ale nie wypada marnować takiej szansy.

Starszy policjant pokiwał głową, a później ruszył w stronę klatki schodowej. Patryk odruchowo poszedł za nim.

– Wiesz, ona nie tylko sprawia takie wrażenie; faktycznie potrafi być wredna. Pewnie przez jakiś czas będzie cię testowała, więc od razu lepiej się nastaw, że cię przeczołga. Jeśli uzna, że nadajesz się do tej roboty, to wręcz weźmie cię pod swoje skrzydła. Nie wiem, co ona ma w sobie, ale nikt w wojewódzkiej nie jest w stanie jej podskoczyć.

– Ktoś mi coś o tym wspominał – mruknął chłopak.

Starszy policjant spojrzał na niego uważniej.

– Widziałem twoje kwity – rzekł. – Chmiel mówiła mi, że nie słyszała o tobie nawet jednej niepochlebnej opinii.

– Staram się…

– To nieważne. Jej nie interesują starania. Ona chce mięsa, rozumiesz? Wyników. Może na przykład kazać ci się zerwać z łóżka o trzeciej nad ranem i w trymiga dymać do jakiejś zapadłej wiochy na granicy województwa. A właśnie, odebrałeś już służbową komórkę?

Patryk pokręcił głową.

– Miałem odebrać jutro rano – powiedział.

Tarski znów machnął ręką.

– Chodzi mi o to, że jeśli nie nastawisz się na prawdziwy zapieprz, to lepiej od razu zrezygnuj. Chmiel ma w poważaniu dni wolne, urlopy, nawet zwolnienia lekarskie. Jeśli nie umierasz, to znaczy, że jesteś gotowy do pracy. A jeśli nie pracujesz, to nie jesteś jej potrzebny.

Zeszli na parter i skierowali się do wyjścia z budynku. Chłopak zastanawiał się, co Tarski tak naprawdę chciał mu przez to wszystko powiedzieć.

– A pana zdaniem powinienem odpuścić czy wręcz przeciwnie? – postanowił spróbować wybadać grunt.

– To zależy – odparł tamten po krótkim namyśle. Wyszli na zewnątrz. Tarski wyjął z kieszeni czapkę i włożył ją na głowę. – Jeśli faktycznie jesteś taki dobry, jak o tobie mówią, to spróbuj. Szefowa nie pracuje z osobami przypadkowymi. Ona wybiera sobie najlepszych.

Patryk zauważył, że mężczyzna wyprostował się i nieznacznie uniósł głowę.

– Jeśli dała ci szansę – ciągnął – to znaczy, że widzi w tobie jakiś potencjał. Ale jeśli przekonasz ją, że się myli, to wystawi ci wilczy bilet i nigdzie nie będzie ci dane zagrzać miejsca.

Patryk kiwnął głową. Nie wiedział, dlaczego ta uwaga sprawiła, że jego myśli po raz kolejny tego dnia powędrowały w stronę Eryki Olbracht.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

1

 

Ksiądz Pająk wiedział, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie ma prawa złamać tajemnicy spowiedzi. Niemniej, zasięgnąwszy rady kilku swoich przełożonych, doszedł do wniosku, iż nie będzie nadużyciem, jeśli wykorzysta to, czego dowiedział się od jednego z penitentów.

Kilka miesięcy temu, odwiedzając grób Mileny, spotkał na cmentarzu jej byłego ucznia. Początkowo chłopak nie wydawał się nazbyt gadatliwy. Ba, nie był nawet uprzejmy. Mimo to w końcu proboszczowi udało się nie tylko namówić go do długiej, szczerej rozmowy, ale także nakłonić do wyspowiadania się. To, co wówczas usłyszał, sprawiło, iż zaczął patrzeć na sprawę śmierci swojej siostry z perspektywy zupełnie innej niż dotychczas. Oczywiście słowa chłopaka nie rozwiały jego wątpliwości, sprawiły jednak, iż Wojciech zwrócił uwagę na pewien – w jego przekonaniu bardzo istotny – szczegół.

Gdyby nie problemy z wikarym, zapewne już wcześniej zająłby się tą sprawą. Młody duchowny miał mu pomagać, a tymczasem to on sam musiał codziennie wstawać około piątej trzydzieści, by godzinę później odprawić poranną mszę. Następnie dyżurował w kancelarii parafialnej. Około godziny dziesiątej jechał do sąsiedniej wsi, gdzie uczył w szkole religii. Po południu znów pełnił dyżur w kancelarii. Wieczorem zaś czekał w konfesjonale na tych, którzy chcieli się wyspowiadać, a w odpowiednim czasie odprawiał także stosowne, przewidziane kalendarzem nabożeństwa. Poza tym załatwiał wszelkie niezbędne sprawy urzędowe, robił zakupy, gotował, sprzątał. W pierwsze piątki miesiąca odwiedzał w domach chorych parafian. Teraz natomiast chodził po kolędzie.

Czas był dla proboszcza towarem deficytowym. Uznał jednak, iż akurat doroczna kolęda będzie stanowiła dobrą okazję, by dowiedzieć się tego, co już od tak dawna nie dawało mu spokoju.

Miał wątpliwości. Nawet duże. Tak naprawdę cała ta sprawa wydawała mu się niemal całkowicie odrealniona. Mimo to czuł, że jest to trop, którym powinien podążyć.

Niestety, najprawdopodobniej będzie musiał podzielić się z Eryką swoimi spostrzeżeniami, albo raczej wnioskami, do których doszedł w ostatnim czasie. Uważał to za zdecydowanie najsłabszy punkt swojego planu. Choć z drugiej strony chyba tylko ona będzie w stanie mu pomóc.

Przeżuwając kawałek pleśniowego sera, zastanawiał się właśnie nad tym, kiedy powinien się z nią skontaktować. Ta sprawa ze znalezioną obok jej domu dziewczyną zapewne mocno wstrząsnęła Eryką. Swoją drogą dziwił się, jakim cudem media poznały tożsamość denatki dosłownie chwilę po tym, jak odkryła ją policja.

Już poprzedniego dnia po południu wszystkie lokalne serwisy informacyjne nadawały jedynie o tej sprawie. Wojciech zadzwonił nawet do Rendzińskiego, by dowiedzieć się, jak to się stało. Przyjaciel jednak był wyraźnie rozdrażniony i nieskory do rozmowy. Proboszcz podejrzewał, że któryś z jego chłopaków musiał się wygadać. Domyślał się nawet, który konkretnie. No cóż, wszyscy mają swoje kłopoty.

Spojrzał na siedzącego naprzeciwko Filipa. Nie wyglądał najlepiej.

– Dobrze się czujesz? – zapytał Pająk.

– Ta… księże proboszczu – mruknął młody i czknął.

Starszy z duchownych uznał, że nie ma co odkładać tej rozmowy w nieskończoność. Śniadanie było momentem równie dobrym jak każdy inny. Albo równie złym.

– Wiesz, że nie może tak dalej być? – zaczął.

Wikary spojrzał na niego spode łba.

– Mam na myśli te twoje wieczorne i nocne eskapady – dodał.

Odpowiedziała mu cisza.

– Nie pierwszy raz wracasz skacowany – ciągnął proboszcz. – Nie ma cię całymi nocami. Nawet boję się podejrzewać, co możesz robić.

– Nie zaniedbuję swoich obowiązków – odparł Filip, a jego głos stał się nagle hardy.

– Nie? – Wojciech wytarł serwetką usta i wyprostował się na krześle. – A czy godzi się w takim stanie jak twój teraz podchodzić do stołu Pańskiego? Albo siadać w konfesjonale? O odwiedzaniu parafian już nie wspomnę. Chociaż nie, ty parafian zapewne odwiedzasz. Nie wiem tylko, czy można to nazwać wizytą duszpasterską.

– Co ksiądz sugeruje? – zapytał wikary.

– Nic. Ja mówię wprost. Musisz skończyć z tymi balangami… czy jak to tam nazywasz.

– A nie sądzi ksiądz, że to moje sumienie, moja sprawa, moje życie? – Filip mówił to w taki sposób, że Wojciecha przeszedł dreszcz. Postanowił zmienić ton.

– Posłuchaj, jesteś tu półtora roku. Trafiłeś tu zaraz po święceniach. Jesteś młody i masz przed sobą naprawdę długą drogę. Ja rozumiem, że życie, które wybraliśmy, wiąże się z takimi czy innymi wyrzeczeniami i że czasami może to naprawdę bardzo doskwierać. Szczególnie w młodym wieku. Ale zarówno ja, jak i ty wybraliśmy to życie świadomie. Czy naprawdę chcesz zaprzepaścić to, co już osiągnąłeś? Albo co jeszcze możesz osiągnąć?

Młody nie odpowiadał przed dłuższy czas. Uważnie przyglądał się swojemu przełożonemu. Zdawał się nie tyle rozważać jego słowa, ile raczej analizować, czy zostały wypowiedziane szczerze. W końcu się roześmiał.

– Naprawdę świadomie ksiądz wybrał tę drogę? A nie była to raczej… ucieczka?

Wojciech poczuł, że jego tętno gwałtownie przyspiesza.

– Co masz na myśli? – zapytał, starając się nie okazać zdenerwowania.

– Ksiądz dobrze wie, co mam na myśli. I jeśli nadal będzie próbował ksiądz wchodzić z butami w moje życie osobiste, to i cała wieś się dowie. – Ostatnie słowa wikary wypowiedział szczególnie wolno i dobitnie. Pająk otworzył usta, żeby jakoś to skontrować, nie zdążył jednak, gdyż Filip gwałtownie wstał od stołu. Wychodząc z kuchni, rzucił jeszcze:

– Żeby kogoś umoralniać, trzeba samemu mieć czyste sumienie!

Wojciech spojrzał na leżący na spodku nadgryziony kawałek sera pleśniowego. Podparł głowę na rękach, a później na długo, bardzo długo pogrążył się w myślach.

 

2

 

– Co to jest? Co to, kurwa, jest? – Doktor Magda Konieczna rzuciła na biurko Eryki plik dokumentów. Olbracht powoli przysunęła do siebie kilka z nich. Znów miała za sobą bezsenną noc. Głowa bolała ją tak, że nawet ketoprofen już nie pomagał.

– Opisy niezbędne do badań klinicznych, które pani doktor miała prowadzić… – zaczęła powoli, ale rozhisteryzowana lekarka nie pozwoliła jej skończyć.

– I na które szanowna pani prezes wyraziła zgodę – wycedziła z ironią.

Eryka spojrzała na nią jak na wariatkę. Miała dość własnych problemów, a Konieczna co rusz przysparzała jej kolejnych. W Szpitalu Świętej Apolonii pracowała od dawna. Była świetną specjalistką, jednak jej zachowanie, sposób bycia, a przede wszystkim podejście do pacjentów i współpracowników pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Poznawszy młodą lekarkę, Eryka niemal od razu zaczęła się zastanawiać, dlaczego jej mąż nie tylko nigdy nie wspominał, że sprawiała takie problemy, ale że w ogóle zatrudniał kogoś takiego.

– No i co w związku z tym? – zapytała, siląc się na spokojny ton.

– Ano to, że kiedy przygotowując dokumentację, potrzebowałam powołać się na konkretny paragraf statutu szpitala, okazało się, że taki nie istnieje. Że szanowny zaginiony małżonek nie zawarł takowego! A szanowna kompetentna małżonka zapomniała mnie o tym poinformować! Zdajesz sobie sprawę, ile czasu poświęciłam na przygotowanie tego wszystkiego? – Wskazała na porozrzucane na biurku dokumenty. – A teraz to wszystko idzie się pieprzyć, bo ktoś zapomniał o sprawdzeniu jednej pierdoły!

Eryka nie wytrzymała. Podniosła się zza biurka, podeszła do lekarki i stanęła dokładnie naprzeciw niej. Były podobnego wzrostu, tyle że Olbracht miała na nogach szpilki, co dodawało jej kilka centymetrów.

– Pani doktor – zaczęła – po pierwsze, to nie życzę sobie takiego tonu. Po drugie, to pani zabiegała o prowadzenie tych badań, zatem w pani gestii było sprawdzenie, czy są one zgodne z zapisami statutu. A po trzecie, to nie jesteśmy i zdecydowanie nie będziemy na ty.

Lekarka prychnęła pogardliwie.

– No zdecydowanie nie! Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że pani prezes już raczej niedługo będzie burdelmamą tego przybytku.

Eryka odwróciła się do niej plecami i z powrotem siadła za biurkiem.

– Proszę pozbierać swoje dokumenty – rzuciła chłodno. – I proszę zacząć rozglądać się za nową pracą. O ile dobrze pamiętam, pani umowa wygasa w tym miesiącu, a ja nie przewiduję jej przedłużenia.