Zagraj mi na drogę - Iva Prochazkova - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zagraj mi na drogę ebook

Procházková Iva

4,5

Opis

Ciepły majowy poranek, niebawem całe miasto rozbrzmi tysiącem dźwięków festiwalu Praska Wiosna. Najważniejsze w Czechach święto muzyki poważnej ma jednak tragiczny przedtakt: w budynku filharmonii zostaje znalezione ciało Olgi Brandejsovej, klarnecistki o międzynarodowej sławie.

Kolejne śledztwo Mariána Holiny od początku źle się układa, w dodatku podinspektora zaczyna zawodzić słynna intuicja. Energiczna kapitan Šotolová ma zakaz przesłuchiwania świadków, pozostaje więc wsparcie Diviša Mrštíka, obżartucha coraz lepszego w policyjnym fachu, oraz Rosti Bora, który ma wiele zalet i jedną zasadniczą wadę – jest mężem Sabiny. A Holina planował z nią wspólne życie...

Czy zakończenie burzliwej sprawy będzie równie dramatyczne, co finał Wielkiej symfonii g-moll Mozarta?

Zagraj mi na drogę to trzecia część serii ze śledczym Mariánem Holiną. Pierwsze dwa tomy, Mężczyzna na dnie i Roznegliżowane, zjednały sobie dużą sympatię polskich czytelników. Wartka akcja i nieodzowny czeski humor sprawiają, że Iva Procházková wprowadza nową jakość do literatury kryminalnej.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0



Chociaż muzyka była moją inspiracją oraz towarzyszyła mi przy pracy, to żaden z członków orkiestry czy innych pracowników Filharmonii Czeskiej, której działalność ogromnie cenię, nie służył mi za wzór podczas tworzenia bohaterów tej powieści. Prawdziwy jest wyłącznie sam budynek praskiego Rudolfinum.

przedtakt

7 listopada

– Od czego mam zacząć?

– Proszę zdecydować.

– Mówią, że płacz poprawia nastrój. Leczy niepokój, smutek. Ja nie umiem płakać. Być może przyniosłoby mi to ulgę, ale jestem jak czajnik z zatkanym gwizdkiem. Chwila i będzie wybuch. Chcę mu zapobiec, ale nie poradzę sobie bez pomocy. Boję się, że zrobię coś nieodwracalnego.

– Co na przykład?

– Ogarnia mnie depresja. Coraz częściej mam ochotę wszystko zakończyć. Ale… jeśli to zły pomysł? Nie wiem, co będzie po śmierci. Czy koniec życia oznacza koniec problemów, czy za grzechy trzeba odsiedzieć swoje w jakimś pośmiertnym zakładzie poprawczym? I jaki sąd decyduje, co właściwie jest grzechem?

– Na to pytanie pewnie nie znałabym odpowiedzi nawet po teologii, po psychologii tym bardziej.

– A jak pani myśli?

– Moje opinie nie wyleczą niczyjej depresji. Proszę też nie oczekiwać rad. Terapia psychoanalityczna polega na…

– Wiem, wiem. Ja mówię, pani słucha. Wywnętrzam się, dopóki nie odkryję „własnych nieuświadomionych konfliktów, co doprowadzi do trwałej zmiany osobowości”. Znam to na pamięć z waszej strony internetowej, nie musi pani powtarzać. No dobrze, oddaję się w pani ręce. Jeśli to ma pomóc, może mi pani nawet przylać.

– Nie zamierzam. Na początek skupmy się lepiej na źródłach tych stanów depresyjnych. Spróbujmy ich wspólnie poszukać.

– Mam na sumieniu śmierć własnych rodziców.

– Kiedy zmarli?

– Ojciec dawno temu, matka w tym roku.

– I ich śmierć wywołała poczucie winy?

– To chyba normalne. Każdy ma poczucie winy, kiedy kogoś zabije. Chyba że jest potworem. Ja nie jestem potworem, mam sumienie. Dlatego siedzę w pani gabinecie.

14 listopada

– Słyszała pani o kapeli Dranie? Grali rocka, dawno się rozpadli, ale kiedyś byli dosyć popularni. Dokładnie dziewięć miesięcy przed moimi narodzinami przyjechali do Mladej Boleslavi, mama tłukła się na koncert aż z Rousic. To taka stara wieś nad Berounką, powstała jeszcze za księcia Brzetysława. Stoi tam zameczek, barokowa kaplica i… Wiem, to nieważne, niepotrzebnie tyle gadam.

– Ważne jest wszystko, o czym czujemy potrzebę mówić.

– Mama miała fioła na punkcie Drani. Szczególnie jednego z nich, Jana Valacha. Wokalista, gitarzysta, uchodził za przystojniaka. Jak dla mnie morda niewyjściowa, ale mniejsza z tym. Po koncercie były autografy, jakaś popijawa, no i wylądował z mamą na tylnym siedzeniu busa. Dranie sprowadzali tam sobie fanki. Ona miała szesnaście lat, on dwadzieścia dwa. Gumek chyba nie uznawał. Przeleciał kolejną trzęsącą się na jego widok wiejską panienkę, i tyle. Pewnie nie znaczyło to dla niego wiele więcej niż zjaranie jointa. Miał takich wielbicielek na pęczki, nawet nie pytał ich o imię. Wokaliści kapel rockowych to buce. Pewnie nie wszyscy, ale Valach był właśnie taki. Mam jego geny. Sprawiam wrażenie osoby aroganckiej?

– To akurat nie jest cecha dziedziczna. Ale można ją nabyć przez wychowanie.

– Valach mnie nie wychowywał. Nie uznał ojcostwa. Kiedy test DNA je potwierdził, zaczął płacić alimenty, ale nie chciał mnie znać. Mam list, który wysłał do mamy. Pisze, że mama chciała go złapać na dziecko, że wszystko ukartowała, to niech mnie sobie teraz sama wyhowuje – przez samo „h”, chyba nie był za dobry z ortografii. No i wychowywała mnie sama. Do momentu, kiedy nie pojawił się ojciec.

– Czyj ojciec?

– Valach dał mi geny, ale całą resztę: miłość, poczucie bezpieczeństwa i godności mam po kimś innym. Najwięcej zawdzięczam obcemu człowiekowi. Mojemu prawdziwemu ojcu.

– Który zmarł?

– Przy moim udziale.

– To znaczy?

– Może innym razem opowiem, dziś chyba się nie odważę.

– Zapewniam, że wszystko, co mówią pacjenci, jest w stu procentach poufne. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.

– Nie boję się, że zacznie pani rozgłaszać moje tajemnice. Raczej tego, co się stanie, kiedy wypowiem niektóre rzeczy na głos. Póki są w środku, we mnie, jakoś je kontroluję. Jeśli je wypuszczę, mogą zabić.

21 listopada

– Ojciec stworzył nam dom. Gdyby nie on, ludzie we wsi nadal patrzyliby na nas z góry. Szczególnie dziadek dawał mi odczuć, że jestem wpadką. Dzieckiem nieślubnym, nieuleczalnym parchem, który łapie się z własnej głupoty. Nie umiał mnie pokochać, nigdy mnie nie przytulił ani… Mniejsza z tym. Jego dom był naszym domem, mamy nie stać było na wyprowadzkę, ale dzięki ojcu wszystko zmieniło się na lepsze. Mama była dla mnie dobra, ale dopiero z tatą życie nabrało prawdziwego smaku. Sensu. Poświęcał mi dużo czasu. Opowiadał stare baśnie i legendy, wędkowaliśmy, zbieraliśmy grzyby, wszystkiego mnie uczył. Woda i las z ojcem u boku były inne niż bez niego. Wnosił w miejsca coś, czego tam wcześniej nie było. Miał wielką siłę. Nie chodzi mi o siłę fizyczną, tylko… Wierzy pani w hipnozę?

– Niektórzy terapeuci ją stosują, ja nie.

– Pani zdaniem nie działa?

– Po prostu nie sięgam po nią w terapii. Proszę kontynuować.

– Ojciec nie był hipnotyzerem, ale potrafił mną sterować. Delikatnie, bez nacisków, prostował negatywne wzorce myślenia w mojej głowie.

– Jakie na przykład?

– Wiedział, że mam słuch muzyczny, ale przez Valacha nie chcę się uczyć gry na żadnym instrumencie. Valach, przez to jakim był skurwielem, obrzydził mi muzykę, można powiedzieć, że mnie z niej okradł. A ojciec mi ją oddał. Przekonał, że to fajna sprawa. Najpierw kupił mi flet prosty, zwykłą szkolną piszczałkę, a kiedy po jakimś czasie zobaczył, że mi się znudził, przyniósł trąbkę. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie dało się mnie nawet siłą oderwać od instrumentu. Trąbka towarzyszyła mi wszędzie, rozbrzmiewała wszędzie, gdzie ona, tam ja. We wsi zaczęli mnie przezywać Trąba Bomba. Darli sobie łacha, ale nic to dla mnie nie znaczyło, byle dąć, byle grać. Ojciec zapisał mnie do szkoły muzycznej, a kilka lat później nadszedł pierwszy sukces. W Rousicach szykowało się uroczyste otwarcie zamku po rekonstrukcji i ojciec załatwił mi występ, moje solo Ballady Tomasza Stańki. Na widowni pełno ważniaków z powiatu, nawet z Pragi. Wszyscy bili brawo, a ojciec… całkiem się rozkleił. Sam nie miał talentu muzycznego i trochę przeceniał mój. Wychwalał mnie pod niebiosa, całymi godzinami mógł słuchać, jak gram. Zagraj mi coś na drogę, poprosił. Niedługo potem nie żył. Nie było najmniejszego powodu, żeby nie spełnić jego prośby, ale jestem… nadętą szują z wybujałym ego… glistą z genami Valacha… Nie chciało mi się czy coś. A ojciec nie naciskał. Nigdy się nie napraszał. Miał w sobie tyle godności… Gdyby jej nie miał, wciąż by żył.

28 listopada

– Długo padało, ziemia rozmokła. Tylko świr porwałby się na wycinkę drzew w takich warunkach. Ale właściciel zamku w Rousicach nie odpuszczał. Drzewa atakowały korniki, poza tym trzeba było pilnować ustalonych terminów wycinki, inaczej straciłby jakąś ważną dotację. Kazał ojcu jechać, bez względu na pogodę. A ojciec musiał słuchać, nie miał wyjścia.

– Brzmi, jakby w Czechach nadal funkcjonowało niewolnictwo.

– Mieszkaliśmy w budynku, w którym wcześniej była zamkowa suszarnia owoców. Ojciec zawarł umowę z właścicielem: nie musiał płacić czynszu, a w zamian wykonywał różne naprawy w zamku i na jego terenie, pomagał, ot, taki konserwator na zawołanie. Nie chciał łamać tej umowy. Mieliśmy ładny domek, z ogrodem i widokiem na rzekę, rodzice w życiu nie dorobiliby się czegoś takiego sami. Dlatego ojciec, chociaż znał ryzyko, pojechał wtedy do lasu. Było mokro, pośliznął się na zboczu, nie zdążył uciec przed dopiero co obalonym drzewem… Nie miał nawet czterdziestu lat.

– Przykro mi.

– Zupełnie niepotrzebna śmierć.

– Skąd wzięło się poczucie winy?

– Wystarczyło mu zagrać, jak prosił… Wyjechałby kilka minut później… i ten ciąg zdarzeń by nie nastąpił. Każda tragedia rozgrywa się w konkretnym, bardzo precyzyjnie określonym czasie. Jeśli się go przegapi, w ogóle do niej nie dojdzie. Kilka chwil później przestało padać, ziemia przeschła… Już pani rozumie? Wystarczyło nie gwiazdorzyć i zagrać ojcu coś na drogę, a wszystko potoczyłoby się inaczej.

5 grudnia

– Skąd ta cisza?

– Chyba mi to nie pomaga.

– Nie ma co liczyć na błyskawiczny cud, psychoterapia tak nie działa. To długotrwały proces, który zależy od pacjenta, ode mnie i od zażywanych leków. Do poprawy dochodzimy stopniowo, krok po kroku.

– Kiedy ja wcale nie czuję się lepiej. Raczej gorzej.

– Proszę się nie zniechęcać. Pogorszenie stanu na początku terapii jest dość częste. To oznaka nadchodzących zmian. Kiedy uda się już pokonać etap…

– Jest coraz większy.

– Co takiego?

– Strach. Boję się, że zrobię coś nieodwracalnego. Ojciec i matka… odwiedzają mnie.

– W snach?

– Też, ale nawet w ciągu dnia, na jawie. Tylko kiedy w pobliżu nie ma nikogo więcej. Nie lubią hałasu. Chcą być dobrze słyszani. Wysłuchani.

– Czy coś mówią?

– Często czuję ich dotyk. I zadają pytania.

– O co pytają?

– O rzeczy, o których nie chcę rozmawiać. Ani z nimi, ani z panią. Ufam pani, ale nie chodzi o zaufanie. Rzecz w tym, że kiedy te sprawy pozostają w środku, ukryte, mogę udawać, że ich nie ma. A kiedy wydostaną się na zewnątrz, trzeba będzie działać.

– A dlaczego lepiej uniknąć działania?

– Co jeśli to będzie złe działanie?

– Jak to złe?

– Z gruntu złe. Dobra, mam dosyć.

– Kończymy na dziś?

– Raczej nie tylko na dziś.

– Chyba nie przerywamy terapii?

– Rozważam to.

– Umawialiśmy się wstępnie na dziesięć spotkań, jesteśmy dopiero w połowie. Trochę za wcześnie na rezygnację, szkoda by było całej naszej pracy. Może zaproponuję inne rozwiązanie: zróbmy sobie przerwę. Dwa, trzy tygodnie albo całe święta. Sporo czasu, aby się przekonać, czy obawy były słuszne. To jak?

– Możemy spróbować.

– W takim razie spotkamy się w nowym roku. W środę ósmego stycznia, o tej samej porze?

– Ósmy stycznia, zapisuję. Gdyby coś mi wypadło, dam znać.

– Lepiej zostawić sobie otwartą furtkę.

– Miesiąc to sporo czasu. Kto wie, co się wydarzy.

w samym środku Wielkiej symfonii g-moll

Maszyna czyszcząca zostawiała za sobą mokry ślad, podłoga subtelnie lśniła. Waldemar otaksował ją z satysfakcją. Widok pięciuset metrów kwadratowych wyszlifowanego dębu poruszał w jego sercu romantyczną strunę. Nie miał pojęcia, czy w holu głównym Rudolfinum w ogóle urządza się bale, ale sprzątając tu w pojedynkę, otoczony poranną ciszą, zawsze lekko puszczał wodze fantazji. Wyobrażał sobie kobiety w wytwornych sukniach wieczorowych, feeryczne oświetlenie, słodkie dźwięki walca i siebie sunącego po gładkim parkiecie z przepiękną partnerką w objęciach. Tak naprawdę był raczej nędznym tancerzem, ale w marzeniach można wszystko, więc ani myślał się ograniczać, kiedy kręcił piruety na siedzeniu swojej szorowarki.

Wykonał ostatni obrót i ruszył w stronę schodów. Przeszklone lunety wpuszczały do środka jasne światło majowego poranka, na tafli Wełtawy bieliły się łabędzie. Turystów na razie brak. Wynurzą się z hoteli dopiero po śniadaniu, by zalać nabrzeże i mosty, zapełnić skwerek przed Rudolfinum i słuchać występów z namiotu, w którym na zmianę, w przeróżnych stylach, będą grać małe orkiestry i zespoły. Wieczorem niejeden z przybyszów zajdzie do środka, na koncert. Pojutrze zaczyna się Praska Wiosna, do stolicy zjechały już tłumy wielbicieli muzyki poważnej z całego świata. Waldemar postrzegał ten festiwal z innej perspektywy. Z bliska obserwował wchodzących do budynku członków tutejszej orkiestry i zagranicznych gości, wsłuchiwał się w dźwięki prób dobiegające zza drzwi, czyścił dywany, parkiety i posadzki ze śladów setek butów, plam po winie czy rozdeptanych torcików czekoladowych. Niektórych zabrudzeń nie dało się usunąć do końca, szczególnie uporczywe bywały ślady po gumie do żucia, ale starał się, jak mógł. Taka robota. Muzyczni giganci nie chwytali go szczególnie za serce, ale lubił posłuchać ulicznego jazzu, chętnie też przystawał nieopodal grywających na skwerkach gitarzystów czy akordeonistów. Wiosną nigdzie się nie spieszył. Powoli przemierzał Pragę i z radością chłonął atmosferę miasta, które hulająca po ulicach muzyka potargała niczym kapryśny wiatr włosy.

Wjechał w krużganek wokół holu. Posadzka była niemiłosiernie zadeptana, przechodziło się tędy do sal wystawowych i kawiarni, na marmurowej mozaice widniały ślady naniesionego na podeszwach błota. I jakieś plamy. Waldemar zatrzymał maszynę i zsiadł, chcąc sprawdzić, czy będzie trzeba wyjechać z holu i umyć podłogę także przed szatnią. Od razu dostrzegł, że jest potężnie wysmarowana. Po kamiennych płytkach ciągnęły się długie, rdzawe smugi. Wspiął się nad schody i zamarł. Na środku kolejnych stopni prowadzących w dół, w stronę wyjścia, walał się damski but na obcasie, a przy samych drzwiach drugi. Tuż obok leżała kobieta. Miała jasne włosy i czarną sukienkę, rozerwaną od góry do samego pasa. Skórę na jej szyi i piersiach pokrywał zaschnięty krwawy kożuch. Szeroko otwarte usta wyglądały, jakby próbowała gwałtownie złapać oddech, ale to było tylko wrażenie. Waldemar miał pewność, że ta kobieta już nigdy nie nabierze powietrza w płuca.

Mówi się, że maj to miesiąc miłości. Niby wytarty frazes, ale coś w nim jest, pomyślał Marián Holina po przebudzeniu, kiedy kilka centymetrów od swojej twarzy zobaczył twarz Sabiny. Wiosną cała natura buzuje od życiodajnych soków i gdybyśmy mijali obojętnie ten kocioł feromonów, znaczyłoby to, że bardzo z nami źle. Na szczęście aż tak źle nie jest. Wciąż ulegamy prawom natury.

Sabina spała na plecach, oddychała równo i spokojnie. Wpadające przez korony akacji światło malowało drżące wzory na jej twarzy, w bezruchu pozostawał tylko gwiazdozbiór piegów na czole. Mariána kusiło, by musnąć dobrze znane plamki opuszką palca lub, o wiele chętniej, ustami, ale nie chciał przerywać jej snu. Wczorajszy dzień był intensywny. Jeszcze o siódmej wieczorem wspinali się po zboczach Gór Szczawnickich i pukali w skalną ścianę szczytu Sitno, żeby obudzić śpiących w górze rycerzy. Nie udało się, spali jak susły, z czego Sabina wywnioskowała, że Słowakom nie dzieje się obecnie żadna krzywda i nie jest im potrzebna pomoc legendarnego wojska. Kiedy dwie godziny później ruszyli w kierunku Pragi, oboje byli zdziczali po tygodniu w górach, osmaleni słońcem i śmiertelnie wykończeni. Położyli się o świcie. A teraz była… Marián uniósł się na łokciach i sięgnął po telefon. Za kilka minut ósma. Migająca dioda informowała o nieodebranym połączeniu. Nazwisko na wyświetlaczu nie wróżyło niczego dobrego.

Wstał ostrożnie, żeby nie obudzić Sabiny, wciągnął krótkie spodenki i wyszedł na dwór. Panował poranny chłód, ale rosa zapowiadała upał. Znaczna część podwórza leżała w cieniu, od rzeki wiał rześki zefirek, a biurowce na Wyspie Rohańskiej nie wykazywały oznak życia. Podobnie jak kwiaty doniczkowe, które pani Štajfová, wynajmująca Holinie dolny loft w budynku, wyniosła na balkon przed wyjazdem do sanatorium. Zostawiła biedactwa pod jego opieką, a one od dobrego tygodnia nie widziały wody. Chwycił konewkę i napuszczając wody z kranu ogrodowego, zastanawiał się, dlaczego Karoch, jego szef, dobija się telefonicznie, skoro zostały mu jeszcze dwa dni do końca urlopu. Zły znak.

– A poleż se brzuchem do góry, chłopie, zasłużyłeś – śmiał się Karoch tydzień temu, kiedy Marián składał wniosek urlopowy. – Odetchnij, nabierz sił.

Ktoś niewtajemniczony mógłby odebrać te słowa jako życzliwość i troskę, ale Marián znał przełożonego dwadzieścia osiem lat i wiedział swoje. Karoch rozumiał, że czasem trzeba wypocząć, żeby potem znów zasuwać jak koń pociągowy, ponad normę, za przeciętny przydział siana, i dożyć emerytury, nigdy nie zetknąwszy się z terminem „zwolnienie lekarskie”.

W tym roku szef mógł lekką ręką przyznawać urlopy, bo od stycznia trafiło im się jedynie osiem zabójstw. Na pewno nie tylko do tylu doszło na terenie stolicy, ale sprawcy pozostałych byli widocznie tak cwani, że uznano je za wypadki, albo w ogóle nikt ich nie odkrył. Możliwe też, że wyjdą na jaw długo po fakcie – jak ostatnia sprawa Mariána. W opuszczonym garażu na Kobylisach odkryto ciała czterdziestoletniej kobiety i jej syna. Dwa miesiące przeleżeli w samochodzie, do którego wnętrza skierowano rurę wydechową. Ślady na ciele chłopca wskazywały, że próbował się wydostać, ale matka trzymała go z całych sił. Samotna, rozczarowana życiem na ziemi dała się omamić wiarą w błogie życie po śmierci w jakimś świecie równoległym i postanowiła zabrać ze sobą dziewięcioletniego synka. Ta historia przepełniła Mariána gniewem i głębokim smutkiem. Gniew z czasem wyparował, ale przygnębienie wpiło się niczym kleszcz i nie odpuszczało, nawet po zamknięciu sprawy. Wyglądało na to, że zagości na dłużej. Aż pewnego wieczora, przesyconego zapachem akacji, w drzwiach niespodziewanie stanęła Sabina. Smutek szybko zwinął żagle.

– Wybierasz się do rodziny, do Lehôtki? – dopytywał Karoch, podpisując Mariánowi wniosek urlopowy.

– Dawno się z nimi nie widziałem – uniknął bezpośredniej odpowiedzi Holina.

– Pamiętaj o mnie, jak będziesz kupował wino – dodał jeszcze szef, który swego czasu zakochał się w złotej, lśniącej Peseckiej Leánce z winnic nad Lehôtką. Marián wolał niczego nie obiecywać. Nie wybierał się na Słowację ani z miłości do wina, ani do krewnych. Mieli z Sabiną inne plany.

Wybrał numer Karocha.

– Co ci leży na wątrobie, Zdeňku? – Marián specjalnie mówił tonem urlopowicza niemającego najmniejszej ochoty na rozmowy o pracy, wykonywanie poleceń służbowych tym bardziej.

– Robota jest.

– To znaczy?

– Olga Brandejsová.

Mariánowi na dźwięk tego nazwiska stanęły przed oczami duże purpurowe litery z plakatu. Kojarzył ją.

– Śpiewaczka operowa?

– Klarnecistka. Gra w naszej praskiej filharmonii. Grała, znaczy się. Wygląda na to, że zamordowano ją w samiutkim Rudolfinum. Wysłałem Lídę na miejsce, ale nie może wziąć tej sprawy.

– Niby czemu? – Lída Šotolová była ulubienicą Karocha i jednym z najbardziej efektywnych koni pociągowych, który odznaczał się w Wydziale Zabójstw patologicznym wręcz zapałem. Zawsze kiedy lądował z nią w jednym zaprzęgu, Marián ledwo zipał.

– Konflikt interesów. Muszę ją zdjąć. Za dwa dni zaczyna się Praska Wiosna, w mediach będzie głośno o muzycznym światku i tak dalej. O tej sprawie usłyszy nawet głuchy. Nie mogę sobie pozwolić na błędy.

– Jak to konflikt interesów?

– Członkiem filharmonii jest prawie-że-szwagier Lídy, który… – Karoch uciął w pół słowa. Potem nastąpiło coraz głośniejsze sapanie. Holina odsunął telefon jak najdalej od ucha, bo doskonale wiedział, co się święci.

– Jak mówię, że Lída nie może tego wziąć, to znaczy, że nie może! Przyjmij to z łaski swojej do wiadomości i przestań mnie przesłuchiwać jak jakiegoś smarka!!! – ryk Karocha niósł się po podwórzu. – Pakuj się, zabieraj dupę z rodzinnej wioski i do roboty, ale już!

Marián złożył broń, walka nie miała sensu.

– Jestem w Pradze – przyznał. – Wróciłem kilka godzin temu.

– No to na co czekasz? Wskakuj do auta i migiem do Rudolfinum!

– Nie zapędzaj się – odparł Marián spokojnie, ale stanowczo. – Najpierw bez pośpiechu podleję kwiatki pani gospodyni, ogolę tygodniowy zarost i niespiesznie zjem śniadanie. A potem napompuję rower i wybiorę się do pracy we własnym tempie. – W górach, na łonie dzikiej natury, Holina poczuł nagły zew wolności i nie zamierzał ulegać tak obcesowym naciskom. Karoch oczywiście miał prawo odwołać go z urlopu, ale mógł to zrobić w inny, bardziej uprzejmy sposób. Tyle że uprzejmy Zdeněk Karoch to był oksymoron. Tym przyjaźniej starał się mówić Marián.

– Coś jeszcze, Zdeňku? – ciągnął z subtelnością godną baletnicy.

– Chciałem cię… – zaczął niepewnie, a Mariánowi przyszła do głowy szalona myśl, że Karoch zamierza go przeprosić. Nic takiego, rzecz jasna, nie nastąpiło. – Nie mów Lídzie, że wygadałem się o tym prawie-że-szwagrze, dobra? Wiesz, jakiego ma hopla na punkcie własnej prywatności. To musi zostać między nami. Zrozumiano? – Po proszącym tonie nie było już śladu.

– Jak nazywa się ten facet?

– Nie wiem… Doga, Draga… czy jakoś tak.

– Zapytam Lídy.

– Tylko spróbuj! Przecież mówię, żebyś…

– Wybacz, ale muszę kończyć, mam robotę – przerwał mu Marián i się rozłączył.

Wszedł po bocznych schodkach na balkon gospodyni i zabrał się do reanimacji kwiatów. Z bliska wyglądały jeszcze gorzej niż z podwórza. Jeśli nie uda się ich uratować, Štajfová mu nie daruje. I się załamie. Na starość źle znosiła straty. Zeszłoroczne problemy z sercem sprawiły, że pojęła kruchość własnej egzystencji i z całych sił uczepiła się życia. Domu, ogródka, nawet Mariána. Wcześniej bez przerwy gderała, teraz zdarzało jej się nawet uśmiechnąć. Bez dyskusji zgodziła się na wymianę wysłużonego kotła gazowego, kupiła nowe skrzynki na listy. Jakby chciała mieć pewność, że nim odejdzie na wieki, pozałatwia, co trzeba, i zostawi wszystko w najlepszym porządku. Marián ją rozumiał. Nie przeszedł wprawdzie zawału, fizycznie był w niezłej formie, ale nieuchronnie zbliżał się do pięćdziesiątki i z każdym rokiem czuł coraz większą potrzebę pozostawienia po sobie czegoś na tym świecie.

Kiedy wrócił do środka, Sabina wciąż spała. Patrzył na nią z radosnym zmieszaniem. Myślał o tym, że w jej łonie mogło być teraz zapłodnione jajeczko i wcale nie dawał się ponieść wybujałej wyobraźni. Istniała taka możliwość. Wiele zrobili w tym celu, zdając się nie tylko na siebie, lecz także – z inicjatywy Holiny – na wyższe instancje, konkretnie świętą Małgorzatę Antiocheńską. Symbolicznie rozpoczęli urlop w kościółku niedaleko słowackich Kopčan. Milá Markéta, prosím ťa o pomoc v našom úprimnom úsilí. Vynasnaž sa, drahá, a daj, nech Sabina čo najskôr otehotnie. Bude z nej skvelá mama*, modlił się Marián gorąco, święcie przekonany, że Małgorzata znajdzie dla nich chwilę w swoim, przepełnionym zapewne, grafiku.

Holina odzyskał zaufanie do losu, kiedy pewnego pachnącego akacją wieczora Sabina stanęła w progu i zapytała: – Mogę wejść? Wiedział, że nie pyta o to, czy może wejść do mieszkania. Chciała wrócić do jego życia. Otworzył drzwi na oścież. Wiedział, co się dzieje z jej mężem po wypadku. Karoch pod koniec zimy włączył go do ekipy Mariána. Wspólnie badali tragiczną sprawę z Kobylis.

Rosťa Bor był inteligentnym facetem i dobrze się z nim pracowało. Nie chciał być traktowany ulgowo, mimo że wylądował na wózku inwalidzkim. Z cierpliwością, jakiej brakowało mu przed nieszczęśliwym wypadkiem (do którego zresztą nie doszłoby, gdyby przestrzegał przepisów i poczekał na wsparcie), wkładał teraz energię we wszystkie działki policyjnej roboty, w których mógł być użyteczny. Zajął się researchem, pilnował wyników z laboratorium, robił transkrypcję zeznań. Uspokoił się, przestał latać za młodymi stażystkami, a jego mocno nadwątlone małżeństwo z Sabiną złapało drugi oddech. To, co było między nią a Mariánem, dawno się skończyło. Przekonywał się, że jest szczęśliwa, i chciał w to wierzyć. Do chwili, gdy stanęła w drzwiach.

Pierwszą wspólną noc po rozłące przeleżeli po ciemku obok siebie. Sabina mówiła, Marián słuchał. Okazało się, że Rosťa wcale nie pogodził się z kalectwem tak łatwo, jak to wyglądało z boku. W pracy się pilnował, w domu dawał upust goryczy. Czasami w furii rzucał czym popadnie, kiedy indziej zamykał się we własnej skorupie. Ubiegłej jesieni przechodzili tak poważny kryzys, że wyprowadził się do brata. Wcześniej nawrzucał Sabinie, że ma potąd jej miłosierdzia. Że jeśli taka z niej Matka Teresa i koniecznie musi się kimś opiekować, niech sobie znajdzie innego kalekę, a on doskonale poradzi sobie sam. Faktycznie, radził sobie – całe trzy tygodnie. A teraz znów przeprowadził akcję „dramatyczne odejście”.

– I co zrobisz? Chcesz tak dalej żyć? – zapytał Marián.

– Chcę mieć dziecko – odpowiedziała.

Wypadek nie pozostał bez wpływu na sprawność seksualną Rosti. Zrobiła się kapryśna, jak jego psychika. Czuł się w związku z tym poniżony, gorszy, ale uparcie odmawiał pomocy specjalisty. A Sabina miała trzydzieści cztery lata i jej zegar biologiczny tykał.

– Chcę urodzić dziecko, żeby… żeby to wszystko nabrało głębszego sensu – powiedziała, a Marián czuł, że mówiąc „to wszystko”, myślała o własnej ofierze. Zamierzała poświęcić resztę lat dla związku, który jej nie uszczęśliwiał, a nagrodą za tę ofiarę miało być dziecko. I to Rosťa pełniłby wszelkie honory ojcostwa. – A co ze mną? – zapytał, chociaż znał odpowiedź. Pozostanie incognito. Nigdy nie będzie mógł domagać się praw do dziecka Sabiny. Ale za to jej życie nabierze sensu.

Leżała tu, w jego łóżku, zalana miękkim porannym światłem. Patrzył na jej rozluźnione ciało, policzki osmagane górskim wiatrem, szczupłe biodro wystające spod kołdry, biodro, które być może niebawem się zaokrągli, i nagle poczuł, że niczego na świecie nie pragnie równie mocno jak tego, żeby Rosťa już nigdy do niej nie wrócił. Poczuł to tak gorąco i intensywnie, że Sabina otworzyła oczy. Uniosła się z niepokojem.

– Dlaczego mnie nie obudziłeś?

Sabina prowadziła dziś w radiu poradnię psychologiczną, audycję na żywo, dlatego wrócili nocą ze Słowacji.

– Potrzebowałaś snu.

– Która godzina?

– Nie martw się, masz mnóstwo czasu.

Holina był coraz bardziej rozdarty między dwiema przeciwstawnymi siłami: z jednej strony, pragnął przedłużyć choć o sekundę bliskość, jaką odbudowali z Sabiną w ciągu tego tygodnia, z drugiej, w jego głowie coraz silniej pulsowała sprawa Olgi Brandejsovej. Klarnecistka ginie w filharmonii! Brzmiało dramatycznie. Muzyka to żywioł, który porywa, czasami bardzo gwałtownie. Czyż nie ona właśnie, niemal dwieście lat temu, doprowadziła do rewolucji belgijskiej? Widzowie, podburzeni treścią opery Niema z Portici, prosto z sali ruszyli na budynki rządowe i rozpętali krwawy, bezlitosny bój o własną niepodległość. Mariána zadziwiał ten moment w historii. Dowodził niesamowitej siły muzyki. Wywoływała rozmaite emocje, łącznie z chęcią mordu. Śmierć Olgi Brandejsovej nie musiała mieć, rzecz jasna, nic wspólnego z muzyką, jednak w głowie śledczego powoli rozkręcała się karuzela domysłów. Z trudem ją zatrzymał. Wsiądzie na nią, ale jeszcze nie teraz. Szkoda tej chwili na rozważania o śmierci. Oczy Sabiny wyraźnie mówiły, że można ją spożytkować zupełnie inaczej.

– To co robimy z tym mnóstwem czasu? – zapytała.

– Co proponujesz?

Odchyliła róg kołdry.

Urszula wzięła tylko kawę i sok pomarańczowy, suto zastawiony szwedzki stół minęła szerokim łukiem. Od wczoraj czuła taki wstręt do siebie, że żołądek ściskał jej się na samą myśl o jedzeniu. Podobnie jak na myśl o trajkocie wyspanych jak niedźwiadki po zimie turystów. W przeciwieństwie do nich nie zmrużyła oka. Całą noc, nieskończenie długie osiem godzin, w kółko zadawała sobie jedno jedyne pytanie: czy naprawdę zrobiłam to, co mi się wydaje?

Wybrała mały stolik, żeby nikt się nie dosiadł, odstawiła filiżankę i szklankę soku, rozejrzała się po biedermeierowskim wnętrzu jadalni hotelowej. To była jedna z tych lepszych, gdzie popijając świeżo wyciśnięty sok, można poczytać świeżą międzynarodową prasę. Gazety i pisma czekały na stojaku przy drzwiach. Urszula podeszła, obojętnie przebiegła spojrzeniem po „Frankfurter Allgemeine” i „The Times”. Wiedziała, że tam nie znajdzie odpowiedzi na dręczące ją pytanie. Wzięła jeden z czeskich dzienników i wróciła do stolika.

Zwykle nie czytała gazet. O tym, co dzieje się w Polsce, na bieżąco informowała ją matka, aktualności ze świata nadrabiała w sieci – o ile znalazła czas, co nie zdarzało się zbyt często. Jeśli akurat nie ćwiczyła, grała koncert lub była w podróży. Im większa popularność, tym więcej godzin spędzonych w samolotach, taksówkach i hotelach. Występowała jako solistka z najważniejszymi orkiestrami symfonicznymi w Europie, zdobywała pochwalne recenzje. Pisano, że jest coraz lepsza. Jeszcze niedawno sama w to wierzyła, ale ostatnio coraz dotkliwiej odczuwała, że to nieprawda. Dla innych wciąż mogła być nowatorska, wyjątkowa, obiecująca, ale brutalnie szczery krytyk wewnętrzny szeptał, że osiągnęła pułap i już go nie przekroczy. Mało tego, żeby utrzymać obecny poziom gry, będzie musiała jeszcze intensywniej doskonalić warsztat, a duże koncerty będą ją kosztowały coraz więcej energii. O życiu prywatnym może zapomnieć.

Ta perspektywa mocno przybiła Urszulę, z kryzysu wyciągnął ją dopiero Lars. Wykombinował, że mogłaby ubiegać się o etat w Hamburgu i dzięki temu połączyć życie prywatne z zawodowym, a ona przystała na to tym skwapliwiej, że jednym tchem poprosił ją o rękę. Stabilizacja – to był jakiś pomysł. Urszula bez namysłu wzięła udział w naborze do orkiestry Filharmonii nad Łabą. Konkurencja była silna, ale Urszula zagrała brawurowo (sama to przyznawała, a jej zdanie podzielał także Lars i jego dwóch kolegów z orkiestry). Niestety, choć była o krok, nie udało jej się objąć wymarzonej posady. Nie mogła nawet zrzucić niepowodzenia na męski szowinizm. W konkursie pokonała ją inna kobieta.

Przejrzała calutką gazetę, od początku do końca. Często bywała w Czechach, grała z tutejszymi orkiestrami, dzięki czemu całkiem przyzwoicie opanowała język. Przestudiowała każdy, choćby najdrobniejszym drukiem zamieszczony nagłówek, ale w gazecie nie było słowa na interesujący ją temat. Całe szczęście. Trochę się uspokoiła. Wyjęła telefon, przejrzała wiadomości, tradycyjny poranny esemes od matki (przesyłam buziaka, córeczko) i zabawne pozdrowienia od Larsa, zilustrowane zdjęciem zachmurzonego hamburskiego nieba. Uwielbiał memy, Urszula nie zawsze rozumiała jego specyficzne, szwedzkie poczucie humoru, ale to nic, najważniejsze, że ją kochał i zawsze mogła na nim polegać. Lars jest aniołem, a ty zwykłą żmiją. Nie zasługujesz na niego, powtórzyła w myślach to, co wyrzucała sobie całą noc, po czym zadzwoniła do mamy.

– Co u ciebie? – odebrała.

– Właśnie jem śniadanie. – Urszula odhaczyła w duchu pierwsze pytanie z codziennej maminej ankiety. Doskonale wiedziała, jakie będzie kolejne.

– A co jesz? – wypytywała o najdrobniejsze szczegóły życia córki, by potem, od przebudzenia aż do chwili, gdy kładła się spać w swoim warszawskim mieszkaniu, być przy niej myślami. Tak radziła sobie z samotnością.

– Jogurt, tost z masłem i miodem – Urszula, by nie kłamać za bardzo, wymieniła rzeczy, które naprawdę wybrałaby w normalnych okolicznościach. – Plus kawa i sok pomarańczowy.

– Jak wam wczoraj poszło?

– Publiczności chyba się podobało. – Na popołudniowym koncercie w Ogrodach Wallensteina widzowie dopisali, ale Olgi nie było wśród nich. Wcześniej obiecała wpaść, w ostatniej chwili napisała jednak, że nie zdąży. Zaprosiła za to Urszulę na później do Rudolfinum. Chętnie, odpisała. Oznaczało to dla niej tylko nieznaczną zmianę planów.

– A co masz dziś? – kontynuowała przesłuchanie matka.

– Koncert Krommera z Praską Orkiestrą Symfoniczną.

– Już w ramach festiwalu?

– Nie, bardziej na rozgrzewkę. Ale już jutro pierwszy etap.

– Czego?

– Międzynarodowego Konkursu Muzycznego Praskiej Wiosny. Przecież ci mówiłam, że jestem w jury…

– Jak to? A co z koncertem u nas?! – zawołała histerycznie matka.

– Koncert w Warszawie jest dopiero za dziewięć dni.

– Wszyscy już wiedzą, nie będę przed ludźmi oczami świecić!

„Wszyscy” oznaczało sąsiadkę, kasjerkę w Carrefourze i garstkę psiarzy, z którymi matka spotykała się w parku przy okazji wyprowadzania pupila.

– Daj spokój, mamo, nikogo to nie obchodzi.

– Nie obchodzi?! Mylisz się, moja droga, sąsiedzi mają abonament na cały sezon do Opery Narodowej! I oglądają transmisje z Metropolitan Opera…

– Dobrze, mamuś, spokojnie. W Warszawie gram za dziewięć dni. Praski konkurs trwa tydzień, po nim jadę do Polski. Wszystko się zgadza – akcentowała każde słowo. – Już rozumiesz?

– Nie jestem głupia! – odparowała. – Tylko mogłaś wcześniej powiedzieć!

– Mówiłam, i to dawno temu. Może coś ci się pomyliło.

– Jasne, mnie się pomyliło! Genialna córeczka jest nieomylna! – Złość w głosie mamy przeszła w żal. Urszulę zakłuło w sercu. O członkostwie w jury mówiła jej już jesienią, nawet proponowała, żeby razem wybrały się do Pragi i spędziły tam kilka miłych dni. Matka najpierw się ucieszyła, ale kiedy przyszło do kupna biletu na samolot i zabukowania hotelu, wykręciła się, że nie ma z kim zostawić psa.

– Nie gniewaj się – powiedziała Urszula ugodowo. – Może rzeczywiście zapomniałam ci powiedzieć.

Zawsze, gdy dochodziło do konfliktów z matką, Urszula chciała je natychmiast załagodzić. Nie była w stanie zakończyć rozmowy z myślą, że po drugiej stronie rozżalona mama tuli swojego kulejącego ze starości teriera i szlocha w jego posiwiałą sierść, „tylko ty mnie rozumiesz, piesku”. Niestety, takie sceny zdarzały się ostatnio coraz częściej, matce bardzo pogarszała się pamięć. Urszula myślała o opiekunce, która pomagałaby jej w ciągu dnia, ale mama nie chciała o tym słyszeć. Obcy człowiek w domu? Nie, ceniła swoją prywatność. Dopiero Larsowi udało się ją przekonać. Nie ma na świecie zbyt wielu mężczyzn, którzy wychodzą z inicjatywą zaproszenia teściowej pod swój dach, a on nie tylko to zrobił, ale w dodatku w bardzo miły, szarmancki sposób. Nawet matka nie oparła się jego urokowi i obiecała, że zamieszka z nimi w Hamburgu. Urszula na myśl o tym poczuła przypływ wdzięczności. I zaraz po niej wstyd. Nie zasługujesz na niego…

Mimowolnie spojrzała na swój prawy nadgarstek, wzdrygnęła się. Jej myśli znów powędrowały do wczorajszego wieczora. Urządzone z niezwykłym smakiem mieszkanie na poddaszu, Ravel, Koncert fortepianowy D-dur na lewą rękę (unikalne nagranie występu Paula Wittgensteina z Wiedeńską Orkiestrą Symfoniczną), jego oczy nad kieliszkiem szampana. Czy wzniósł jakiś toast? Nie mogła sobie przypomnieć. Pamiętała za to dokładnie palce, którymi rozluźniał węzeł krawata, i uśmiech, z którym zaczął przywłaszczać sobie jej ciało. Pamiętała też buzujące w niej emocje. Pełne niepewności oczekiwanie, potem strach i okrutne, przenikające do szpiku kości zimno. Kiedy zbiegała po schodach, była pewna, że właśnie rozgrywają się najgorsze chwile w jej życiu. Które mogą nigdy się nie skończyć.

– Zadzwonię jutro, mamusiu – pożegnała się. – Miłego dnia. Uważaj na siebie, pa!

Rozłączyła się i łyknęła kawy. W swojej warszawskiej kuchni matka prawdopodobnie zrobiła to samo. Zaraz pewnie zadzwoni do sąsiadki i powie, że Ula nie gra jutro, tylko dopiero za dziewięć dni, i żeby nie wyjść na gapę, zwali to na zmianę repertuaru. Znała na pamięć kłamstwa i manewry matki, które często wiązały się z jednym: miała niezwykle silny instynkt samozachowawczy. Urszula go odziedziczyła. Wyzwalał w niej silne mechanizmy obronne, nie potrafiła go tłumić. Także wczoraj. Żmija…

– Przepraszam – usłyszała nagle i odsunęła swoje krzesło, żeby siedzący wcześniej przy sąsiednim stoliku mężczyzna mógł dostać się do bufetu. Przy jego filiżance leżał laptop otwarty na stronie jakiegoś portalu informacyjnego. Urszula, nie podnosząc się od swojego stolika, bez trudu odczytała ogromny nagłówek: NIESPODZIEWANA ŚMIERĆ MŁODEJ KLARNECISTKI. I znieruchomiała. Olga na zdjęciu wyglądała jak Król Lew, przepyszna grzywa jasnych włosów okalała jej twarz, śmiało patrzyła w obiektyw, uśmiechnięta, pewna siebie. Serce Urszuli waliło jak młotem. Pomyślała, że pewność siebie była hasłem dostępu do wszystkich sukcesów Olgi. Hasłem, które działało bardzo długo. Ale hasła trzeba zmieniać. Bo istnieje ryzyko, że ktoś je złamie.

Marián jechał nabrzeżem, mijał właśnie przystań, kiedy usłyszał swój telefon. Musiał się zatrzymać i wyłowić go z kieszeni. Dzwoniła Lída Šotolová.

– Gdzie jesteś? – zapytała.

– Kawałek za mostem Čecha. Dosłownie za minutę będę w Rudolfinum.

– Jedź najpierw do szpitala Na Františku.

– Do szpitala?

– Tak, czekam tu na ciebie.

Wniósł rower po schodach i klucząc między turystami, ruszył w stronę szpitala. Wiedział, że Lída nie lubi się wywnętrzać przez telefon, ale to była, nawet jak na nią, wyjątkowo skąpa w informacje rozmowa. Marián dosłyszał też w jej głosie zdenerwowanie, które teraz, kiedy szła w jego stronę, malowało się bardzo wyraźnie na jej twarzy.

– Co już wiesz? – zapytała na powitanie.

– Nie wiem prawie nic. Zdeněk powiedział tylko, że w Rudolfinum leży martwa klarnecistka i że ty nie możesz się tym zająć.

– Mówił dlaczego?

– Konflikt interesów.

– Tylko tyle?

Marián pokiwał głową tak przekonująco, jak tylko mógł. Wiedział, że Šotolovej praktycznie nie da się nabrać. Jej oczy na sali przesłuchań zmieniały się w oczy kamiennych rzeźb. Chłodne, nieruchome. W Pradze niemal na każdym rogu czaił się taki kamienny obserwator. Marián często wyobrażał sobie, że wszystkie te posągi zbierają informacje na temat przechodniów i podają je sobie w jakiś tajemniczy, niewerbalny sposób. Przez ulice i mosty. Przez długie wieki. Doskonale poinformowany, milczący głaz. Całe tony kamiennych szpiegów. Pod ich surowym spojrzeniem nigdy nie był do końca czysty, zawsze odnosił wrażenie, że coś na niego mają. Tak samo czuł się przy Lídzie Šotolovej.

– Serio nic ci nie powiedział? – Przyjrzała mu się badawczo.

– Ani słowa. Podobno wszystkiego dowiem się od ciebie.

– Usiądźmy, dobra? – Nie czekając na odpowiedź, dziarsko ruszyła w stronę przyszpitalnego skwerku. – Simon Dragoun – zaczęła, kiedy klapnęli na ławce – muzyk filharmonii, klarnecista, lat czterdzieści. Leży na internie. Wczoraj przywieźli go na oddział prosto z Rudolfinum.

– Co mu było?

– Bóle brzucha, wymioty, wysoka gorączka. Nie mógł oddychać, tracił przytomność. Pobrali mu krew, czekamy na wyniki. Lekarze podejrzewają salmonellozę, ale osobiście uważam… że te sprawy się łączą.

– Jakie sprawy?

– Kilku świadków twierdzi, że Olga Brandejsová miała wczoraj wieczorem takie same objawy jak… Simon Dragoun. – Chwila wahania i trud, z jakim Lída usiłowała zachować obojętny ton, jasno wskazywały, że Simon Dragoun to jej tajemniczy prawie-że-szwagier we własnej osobie. – Być może oboje zostali otruci w taki sam sposób.

– Otruci? – Marián zdziwił się, bo z niewiadomych przyczyn od początku wyobrażał sobie tę klarnecistkę w kałuży krwi. – Zmarła z powodu zatrucia?

– Nic jeszcze nie wiemy na pewno. Znasz Léblovą, gada dopiero po sekcji. Podczas oględzin zdradziła niewiele ponad to, że denatka nie żyje. Ale Diviš tak długo ją cisnął, aż wreszcie bąknęła coś o zatruciu. Oczywiście nie zrobiłaby tego, gdyby nie miała podstaw. Przyznała też, że Brandejsová na pewno nie zmarła wskutek urazów zewnętrznych.

– Jakich urazów?

– Kilku ran ciętych, na szyi i klatce piersiowej. Wyglądają paskudnie, ale nie są głębokie i na pewno nie były przyczyną śmierci. W protokole oględzin… Zresztą, co ja się będę produkować, Diviš wszystko ci pokaże.

– Czyli Diviš pracuje nad tym z nami. – Ta myśl trochę osłodziła Mariánowi przedwcześnie zakończony urlop. Podkomisarz Diviš Mrštík trafił do Wydziału Zabójstw zaraz po akademii, jako kompletny żółtodziób, i Karoch przydzielił go do ekipy Mariána, żeby się trochę poduczył. Wspólnie rozwiązali sprawę policjanta z Kladna, od tamtej pory ich drogi przecięły się kilkakrotnie. Holina chętnie przekazywał Divišowi swoją wiedzę, musiał też przyznać, że sam korzysta na tej współpracy. Młody podkomisarz zarażał zapałem i bywał źródłem inspiracji. Wyróżniał się na tle innych, miał swoje ideały i uparcie dążył do prawdy. Wbrew pozorom nie były to cechy często spotykane w tym zawodzie.

– Pracuje nad tym z tobą – poprawiła go.

– W ogóle nie będziesz pomagała w śledztwie? Na żadnym etapie?

– Nie, poprosiłam Zdeňka, żeby całkiem mnie wykluczył. Podałam konkretne powody.

– Może i mnie byś je podała?

– Skoro muszę… – odparła tonem cierpiącego na ból zęba pacjenta, do którego właśnie zbliża się dentysta uzbrojony w kleszcze. Nerwowo przeczesała się dłonią. Dopiero teraz Marián zauważył, że Lída ma na szyi sznur pereł, a pod marynarką elegancką koronkową bluzkę. Zdębiał. Fakt, ubierała się gustownie, ale koronki i perły na służbie były już mocno podejrzane.

– Wczoraj wieczorem byłam na koncercie w Rudolfinum i od tamtej pory nawet nie zdążyłam wpaść do domu – wyjaśniła, widząc spojrzenie Mariána. – Można powiedzieć, że mam na temat wczorajszych wydarzeń informacje z pierwszej ręki. Lub, jak wolisz, z trzeciej loży. Wiesz, jak wygląda sala Dvořáka w Rudolfinum?

– Nie bardzo.

– Loże są u góry, na balkonie. Dobrze słychać, gorzej widać. Ale i tak mieliśmy fart, że w ogóle dostaliśmy bilety, były dawno wyprzedane, cudem udało mi się załatwić dwa miejsca. To znaczy nie mnie, Karlowi, a dokładniej Simonowi… – umilkła zmieszana.

– No i?

– Dobra, może od początku, bo się pogubisz. Karel jest starszym bratem Simona Dragouna. Pracuje tu, w szpitalu Na Františku. Jest chirurgiem i moim… facetem… to znaczy… kolegą… ekhm… konkubentem – wydusiła z trudem. Lída Šotolová cierpiała na szczególny rodzaj rozdwojenia jaźni. Szczera i absolutnie bezpośrednia w sprawach służbowych, zakrywała ciężką pokrywką garnek „życie prywatne”, co skłaniało wścibskich kryminalnych do snucia najwymyślniejszych teorii. Teraz pokrywka delikatnie się uniosła. Marián widział, ile to kosztuje panią kapitan.

– Opowiadaj. Po kolei. – Chciał, by jak najszybciej porzuciła niewygodny temat.

– Koncert rozpoczynał się od tak zwanej XL-ki, Wielkiej symfonii g-moll Mozarta. Jest rozpisana na dwa klarnety, partię jednego z nich miał grać Simon, ale jakąś godzinę przed koncertem źle się poczuł. Nie był w stanie wystąpić. Kiedy do fatalnego samopoczucia dołączyła wysoka gorączka, wylądował w szpitalu. Wszystko działo się bardzo szybko, nawet do nas nie zadzwonił. Dopiero, kiedy na scenie obok Piláta stanęła Brandejsová, zorientowaliśmy się z Karlem, że coś jest nie tak.

– Kto to jest Pilát?

– Pierwszy klarnecista.

– Czyli według programu Brandejsová nie miała wczoraj występować?

– Nie. Ale całe szczęście udało się ją załatwić… – Šotolová przerwała, zdając sobie sprawę ze znaczenia własnych słów. – Ekhm… Nie o to mi chodziło. Tylko o to, że załatwili zastępstwo.

– Jasne. Co było dalej?

– Siedzieliśmy w loży cali w nerwach, martwiliśmy się o Simona. Wysłaliśmy mu esemesa. Nic więcej nie mogliśmy zrobić, koncert już się zaczął. Jakiś kwadrans, może dwadzieścia minut później Brandejsová nagle zerwała się z miejsca i ruszyła w stronę drzwi prowadzących za kulisy. Szła zgarbiona, skradała się jak w kinie, kiedy wychodzisz cichaczem, żeby nie przeszkadzać widzom. Wtedy po raz ostatni widziałam ją żywą. Wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

– Co z resztą orkiestry?

– Nic, grali dalej.

– Bez jednego klarnetu? To tak się da? – Marián nie zamierzał nawet udawać speca od muzyki poważnej, bardzo możliwe, że słyszał kiedyś symfonię Mozarta, którą Šotolová nazwała poufale XL-ką, ale nawet jeśli, nie miał pojęcia, jak brzmi. I nie wiedział, na ile da się ją wykonać bez jednego instrumentu.

– Trudno powiedzieć, trochę się wyłączyłam. Myślałam o Simonie, nie wypiąłby się na koncert ot tak, musiał mieć ważny powód. Do tego Brandejsová na oczach całej sali wstaje i daje nogę ze sceny. Podejrzane, nie? Od początku czułam, że te dwie sprawy mają ze sobą coś wspólnego.

– Czułaś? Ty? – zdziwił się Marián. Šotolová nie wierzyła w przeczucie ani w intuicję, te słowa praktycznie nie występowały w jej słowniku, a jeśli już, wypowiadała je ironicznie. Dziś zabrzmiały bardzo serio.

– Od dziecka chodzę na koncerty muzyki poważnej i jeszcze nigdy w życiu nie widziałam, żeby muzyk oddalił się w trakcie występu. Nie pamiętam też, żeby za Simona kiedykolwiek trzeba było szukać zastępstwa. Właściwie nie choruje. To całkiem nie w jego stylu… – Pokręciła głową z przekonaniem. – Jako instrumentalista jest absolutnie niezawodny. – Nacisk na pierwszą część zdania wyraźnie świadczył o tym, że w innych rolach życiowych Simon Dragoun sprawdza się gorzej.

– Kiedy się dowiedzieliście, że wylądował w szpitalu? Dopiero po koncercie?

– W przerwie. Poszliśmy popytać jego znajomych, czy coś wiedzą, i Josek, trębacz, kolega Simona, powiedział, że właśnie zawiózł go na oddział. Chciał wezwać pogotowie, ale Simon protestował, więc Josek zapakował go do swojego samochodu. Daleko nie mieli, jakieś sześćset metrów, ale podróż nie przebiegła lekko. Na skrzyżowaniu przed Wydziałem Prawa był korek, Simon zwymiotował w aucie i zaczął tracić przytomność. Josek cucił go, klepał po twarzy. Kiedy wreszcie dojechał na miejsce, wcisnął Simona komuś w rejestracji, a sam pędem wrócił do Rudolfinum. Bał się, że nie zdąży. Nawet zaczął się z tym godzić w duchu. Josek dobrze zna Simona i wie, że zawsze są z nim jakieś przeboje. Jest jak kra litosfery. A konkretnie jej granica.

– To znaczy?

– W jego pobliżu może dojść do trzęsienia ziemi. Kiedy wczoraj z Karlem dotarliśmy do szpitala, stan Simona był poważny. Schładzali go, leżał pod kroplówką. Nieprzytomny. Rano zaczął dochodzić do siebie. Chciał wiedzieć, jak koncert, ale gdybyśmy powiedzieli, że Olga grała tylko kwadrans, po czym uległa sublimacji, na pewno byłby w szoku. Woleliśmy go nie denerwować.

– Czemu uległa? – Marián był coraz mocniej przekonany, że dziś nie dogada się z Šotolovą. Po jej zwyczajnym, suchym i rzeczowym sposobie komunikacji nie było śladu. Bombardowała go za to „przeczuciem”, „krami litosfery” i „sublimacją”. Do tego była niespokojna, wręcz spanikowana.

– Zniknęła. Wyparowała, rozumiesz?

– Tak. Drzwi za sceną są pewnie bramą do innego świata. Kto przez nią przejdzie, zmienia stan. Ze stałego w gazowy – odparł Marián, czując, że im obojgu przyda się trochę dystansu.

– Pani Malovaná? – młody śledczy zwrócił się do stojącej przy drzwiach flecistki. Podniosła na niego oczy, których wyraz dla niewtajemniczonych mógł oznaczać głęboki smutek, jednak Erik Pilát wiedział, że koleżance właśnie zaczął się lub niebawem zacznie okres. Bolesny i intensywny, jak zawsze. Dla policjanta, niemającego pojęcia o zachodzących w kruchym ciele instrumentalistki procesach, które wpływały na jej nastroje i metabolizm twórczy, lekkie przygarbienie i dramatyzm w oczach Malovanej świadczyły wyłącznie o tym, że ogromnie przeżywa śmierć koleżanki.

– Bardzo proszę za mną – polecił. Wcześniej przedstawił się i wylegitymował wszystkim zebranym w niewielkim filharmonijnym barze, zwanym „klubem”. Podkomisarz Diviš Mrštík. Chłopak o nienagannych manierach. Teraz zwrócił się do młodszego technicznego: – Panie… – wyłowił z pamięci jego nazwisko – …Kupka, bardzo proszę nigdzie nie odchodzić – powiedział uprzejmie. – Z panem też chciałbym za chwilę porozmawiać.

Próbuje udowodnić, że gliniarz nie musi być chamem, pomyślał Erik, a podkomisarz, jakby miał dar czytania w myślach, zerknął na niego i dodał:

– Z panem także, panie Pilát. Mogę prosić o pozostanie na miejscu?

– Jasne. – Erik odruchowo się uśmiechnął, ale kiedy kątem oka zobaczył w lustrze za barem swoją bladą twarz i zwieszone ramiona, stwierdził, że uśmiech wyszedł raczej upiornie.

– Nigdzie się nie wybieramy – zapewnił Kupka. – Czekamy.

Jak dotąd nie odwołano prób ani wieczornego koncertu. Spodziewali się, że to nastąpi (brak jakiejkolwiek żałoby mógł zostać źle odebrany i narazić dyrekcję na krytykę), jednak oficjalna decyzja jeszcze nie zapadła. Muzycy, w przygnębiającej atmosferze zawieszenia, siedzieli w klubie i w garderobach, palili przy tylnym wejściu, szeptali sobie na ucho sprawdzone fakty i zupełne wymysły, a w międzyczasie bez przerwy przejeżdżali palcami po wyświetlaczach swoich telefonów, jakby w nadziei, że z internetu dowiedzą się więcej niż z epicentrum wydarzeń, w którym tkwili.

– Pani Johanko, można kawę? – Starszy techniczny, Zounar, umościł się obok Kupki na siedzisku w kształcie podkowy.

– Wersja służbowa czy po godzinach? – spytała barmanka i kierowniczka klubu w jednym. Prowadziła go od lat, znała na pamięć gusta pracowników i normalnie wiedziałaby oczywiście, jaką kawę zrobić Zounarowi. Ale dzisiaj nic nie było normalnie.

– Zdam się na panią. Pracować już chyba dzisiaj nie będę, ale po godzinach też nie jestem. Coś czuję, że znów będą mnie przesłuchiwać.

– Drugi raz? – zdziwił się Kupka. – Czemu?

– Bo podobno policjantkę, która wcześniej zadawała mi pytania, wyłączono ze sprawy. To jakaś krewna Dragouna czy coś.

Erik Pilát nastawił uszu. Zounar zawsze był podejrzanie dobrze poinformowany, Erik nie rozumiał, skąd czerpie tę wiedzę. Uczciwie pracował, w milczeniu popijał kawę, czasami czytał książkę. Wyglądał na faceta, którego mało obchodzi otaczający go świat. Mimo to doskonale się we wszystkim orientował. Erik czuł się z tym nieswojo.

– Jak ten młodziak ma prowadzić śledztwo, to naprawdę nie wiem… – rzuciła sceptycznie barmanka, odprowadzając spojrzeniem Mrštíka, który wyszedł na korytarz.

– Czego pani nie wie? – podłapał Odvárko.

– Jest kompletnie zielony.

– Zielony?

– Zero doświadczenia. Od razu to czuć.

– Pani Johanko, jak pani wyczuwa, czy mężczyzna jest doświadczony? – Odvárko, jak to on, robił pieprzne aluzje. Uwielbiał je bardziej niż swoją drogocenną altówkę z pracowni Ettore Soffrittiego i nie mógł sobie odpuścić nawet w tak szczególnych okolicznościach. – Po czym to pani poznaje? Na co trzeba zwrócić uwagę?

Jego psie oczy, w twarzy podobnej do torby, w której ktoś długie lata nosił ciężkie zakupy, patrzyły na Johankę z męczącym, nachalnym wyczekiwaniem. Odvárko nie bardzo miał na to wpływ. Podobnie jak na diagnozę: zespół Aspergera. Jak każdy „aspik” miał trudności z dostosowywaniem się do sytuacji i odczytywaniem sygnałów ze strony innych ludzi. Przy całej tej społecznej ślepocie nie miał jednak najmniejszego problemu z idealnym zestrojeniem się z orkiestrą. Jako perfekcjonista często zostawał po próbie, by w nieskończoność piłować partię, z której nie był zadowolony. Nie musiał patrzeć w nuty, miał pamięć jak słoń. Niestety podczas rozmowy też zachowywał się jak słoń, tyle że w składzie porcelany.

– Jestem bardzo ciekaw, co dzieje się w mózgu samicy, kiedy ocenia atrakcyjność samca – drążył. – Pani Johanko, czy jest pani w stanie wyczytać doświadczenie seksualne mężczyzny z mowy jego ciała?

– Nie wiem. – Trudno było nie zauważyć szorstkości, z jaką go spławiła, ale to był Odvárko. Nie czytał sygnałów.

– Może to coś w oczach? Wydzielany zapach? A może sztuka wysławiania się? – nie odpuszczał.

– Sztuka milczenia – wypaliła. – Tylko najbardziej doświadczony samiec wie, kiedy się zamknąć!

Skulił się, jakby dostał w twarz. Nie przywykł do takiego tonu. Odkąd odkryto, że tacy geniusze jak Einstein, Mozart, Darwin i inni giganci przejawiali cechy typowe dla spektrum autyzmu, społeczeństwo traktowało „aspików” z dużo większą przychylnością i zrozumieniem. Erik się zastawiał, czy niektórzy tego nie wykorzystują. Podejrzewał, że Odvárko czasami się zgrywa i umyślnie robi z nich idiotów, sam świetnie się bawiąc.

– Nie chce pani ze mną rozmawiać? – nadal testował cierpliwość Johanki.

– Nie jestem w nastroju.

– Przez to, że jest tu policja?

– Przez to, dlaczego musi tu być.

Jego workowata twarz się wydłużyła, jakby ktoś władował do środka jeszcze więcej zakupów.

– Straszliwa tragedia – oświadczył, zupełnie zmieniając front. – Brandejsová miała wielki talent. Będzie jej nam wszystkim brakowało.

Będzie jej nam wszystkim brakowało, powtórzył w głowie Erik. Johance zaszkliły się oczy, odwróciła się i zabrała do szykowania kawy. Kiedy sięgnęła na półkę za ekspresem, przeznaczoną na kubki i filiżanki, spojrzenie Erika powędrowało w stronę stojącego tam zdjęcia. Był na nim, kucał w grupce innych instrumentalistów, w pobliżu Fudżi. Wszyscy pokazywali zwycięskie „V”, z ich twarzy biła radość i duma, zdobyli najwyższy szczyt Japonii. Olga Brandejsová stała pośrodku. Nie dlatego, że jako jedyna kobieta wzięła udział w wyprawie, lecz zupełnie naturalnie zajmowała miejsce w centrum wszelkich wydarzeń. Będzie jej nam wszystkim brakowało… Będzie? I czy na pewno wszystkim?

Simon Dragoun ustawił się na zdjęciu tuż za Olgą. Trzymał rękę na jej ramieniu, ale w tym geście była niepewność. Olga wyprowadziła się od niego zaraz przed trasą do Japonii i chociaż oficjalnie ze sobą nie zerwali (oboje twierdzili, że potrzebują czasu i chcą tylko chwilę od siebie odpocząć), cały zespół widział, że są raczej na wojennej ścieżce.

W Fukuoce, po ośmiu bardzo intensywnych dniach spędzonych razem, muzycy powoli zaczynali mieć wyżej uszu swojego towarzystwa i tęskniąc za odrobiną samotności, spędzali wolny wieczór osobno, każdy według własnego harmonogramu. Erik spacerował po mieście, przypadkiem wpadł na Olgę. Zaszyli się w jednym z podrzędnych, obwieszonych jaskrawymi neonami bufetów, usiedli nad teishoku i otworzyli się przed sobą na oścież. To był spontan. Takie wywnętrzanie się nie było w stylu Erika, ale miał kiepski okres, niedawno skończył czterdzieści dwa lata i nie najlepiej to znosił. Znalazł się w tym krytycznym momencie, kiedy to większość żonatych mężczyzn nagle dochodzi do wniosku, że małżeństwo więcej im odbiera, niż daje, i czują potrzebę zaradzenia tej dysproporcji lub przynajmniej pożalenia się drugiej osobie. Erik wiedział, że nadawanie na żonę w obecności kolegów i koleżanek z pracy to strzał w kolano. Część z nich studiowała z Hetmanką (stara ksywa coraz bardziej pasowała do jego żony), była wiolonczelistką, wielu pamiętało ją z Praskiej Orkiestry Kameralnej, z różnych przeglądów czy festiwali, niektórzy byli z nią blisko i „z dobrego serca” mogliby polecieć na skargę. Przy Oldze nie miał się czego obawiać. Była z innego pokolenia, a ścieżki losu starszych kolegów obchodziły ją tylko, jeśli przecinały się z jej własną. Drogi jej i Erika przecięły się właśnie wtedy, w migającym neonami japońskim bistro.

– A tamta policjantka… mówiła coś? Na przykład, że źle zrobiliśmy? – martwił się Kupka.

– My? Niby czemu? – zdziwił się Zounar. Techniczni rozmawiali szeptem, ale siedzący nieopodal Erik słyszał każde słowo.

– Że ją tak puściliśmy. Samą.

– Przecież proponowałem, że wezwę pogotowie. A ona, że nie, że chce się tylko przewietrzyć. Nawet chciałeś z nią iść, ale spuściła cię na drzewo. I to dość bezceremonialnie, pamiętasz?

– Nie powinienem był jej słuchać – mruczał niepocieszony Kupka. – Mam wyrzuty sumienia. Może gdybym z nią poszedł…

– E tam, po cholerę takie gdybanie. Wyrzuty to głupota, młody, to się u psychiatry leczy.

W głosie Zounara była cierpliwość i troska, którymi to cechami wykazywał się wobec młodszego kolegi od pierwszego dnia jego pracy. Pomógł mu się zadomowić. Erik był za to wdzięczny Zounarowi, bo to on polecił Kupkę na stanowisko drugiego technicznego. Gdyby się nie sprawdził lub gdyby reszta go nie polubiła, Erik musiałby świecić za niego oczami.

– Wciąż nie rozumiem, co się właściwie stało – ciągnął Kupka, teraz jakby poirytowany. – Czy ktoś w ogóle zamierza nas poinformować?

– Niby o czym? Brandejsová nie żyje. Zamordowano ją.

– W jaki sposób?

– A coś ty taki łasy na szczegóły? Mniej wiesz, lepiej śpisz. Jak sobie pomyślę, że kiedy w sali Dvořáka trwały owacje na stojąco, kilka metrów dalej jakiś zbir…

– Czemu od razu zakładasz, że zbir? Moim skromnym zdaniem załatwił ją ktoś z branży! – wzburzony Kupka podniósł głos, kilka głów odwróciło się w jego stronę. Erik ani drgnął.

– Przymknij się – zdenerwował się Zounar.

– No co, naprawdę tak uważam – bronił się Kupka, już szeptem. – To, że ktoś jest artystą, jeszcze nie oznacza, że nie może…

– Chodźmy zapalić. – Zounar napił się espresso, które przyniosła Johanka, i wstał. Podnosząc się, zerknął na Erika i chociaż szybko odwrócił wzrok, a może właśnie dlatego, Erik znów poczuł niepokój. Zounar prawdopodobnie za dużo wiedział. Raz wpadli na niego na placu Karola, kiedy szli z Olgą do jej mieszkania. Nie wyglądali wprawdzie jak para (Oldze czasami zdarzało się spontanicznie objąć Erika na ulicy, czule poczochrać mu włosy czy w inny sposób okazać, co ich łączy), po prostu szli obok siebie, nic więcej, ale Zounar i tak mógł poskładać to sobie w całość z innymi drobnymi sygnałami. Od tamtej pory Erik miał się przed nim na baczności. A teraz czuł jeszcze większy lęk. Mógł porozmawiać z nim w cztery oczy, ale nie chciał, żeby Zounar trzymał go potem w garści. Chyba wolał postawić wszystko na jedną kartę i opowiedzieć młodemu podkomisarzowi o swoim liaison z Olgą. Liaison… dokładnie tego słowa użyje! Wypowie je z francuskim akcentem, by podkreślić, jak lekka i niezobowiązująca była ich relacja. Może choć trochę złagodzi w ten sposób podejrzenie, które padnie na niego z niewątpliwą pomocą Dragouna. Bo że padnie, był pewien. I to najpóźniej podczas przeszukania mieszkania Olgi.

Kapitan Šotolová wędrowała spojrzeniem po szeregach szpitalnych okien. Wreszcie energicznie potrząsnęła głową, dziarsko wstała z ławki i próbując oszukać zmęczenie, zaczęła maszerować tam i z powrotem po ścieżce na skwerku. Mówiła mniej więcej w tempie marszu:

– Początek sprawy wygląda na banalny. Brandejsová zeszła ze sceny, bo zrobiło jej się niedobrze. Nie chciała „puścić pawia na oczach całej sali”, jak ponoć wyjaśniła technicznym. Ci techniczni, czy tam woźni orkiestry, to specyficzna robota, tacy trochę ludzie od wszystkiego, mają swoją dziuplę zaraz za sceną, jest tam też monitor, więc widzą, co się dzieje z przodu. Usiadła u nich i próbowała jakoś opanować mdłości. Bardzo szybko oddychała. Woźni się przestraszyli, ale zapewniała, że wszystko okej, że da sobie radę. Siedziała tam kilka minut, po czym wstała i poszła do „Podków”. Wypiła…

– Dokąd poszła?

– Do tego ich klubu, zaraz obok sal ćwiczeń. Takie trochę lepsze bistro. Mają siedziska w kształcie podków. Wypiła całą butelkę wody mineralnej na raz, drugą zabrała ze sobą, zawołała, że musi się przewietrzyć, i wybiegła wyjściem służbowym. Portierka obserwowała ją z recepcji. Podobno chwilę chodziła po nabrzeżu, a potem zniknęła. Szukali jej w przerwie i po koncercie, bez skutku. Wyparowała. Dopiero rano znalazł ją facet, który sprząta. Na schodach od strony sfinksów, czyli bocznego wejścia, które prowadzi z nabrzeża do kawiarni i sal wystawowych. Od razu zadzwonił na…

– Była na zewnątrz?

– Nie, w środku. Nikt nie wie, jak i kiedy się tam znalazła. Leżała przy drzwiach, w podartej sukni, cała we krwi. Jakby przed śmiercią biła się z jakimś brutalem. Poczekaj, aż zobaczysz te rany, wyglądają naprawdę paskudnie.

– Zabrali ciało?

– Jakąś godzinę temu.

– Kto robił zdjęcia? – chciał wiedzieć Marián. Wierzył w intuicję, dlatego uważał, że miejsce zbrodni powinno się oglądać jak najszybciej, w jak najmniej naruszonym stanie. Pierwsze wrażenie i związane z nim odczucia były niezwykle istotne. Kiedy zjawiał się zbyt późno lub przejmował śledztwo po kimś innym, ta magiczna chwila często przepadała. Ale dobra dokumentacja fotograficzna mogła zapewnić choć jej namiastkę.

– Ekipa Cejpa. Może nawet wciąż tam są. Bez obaw, nie wszyscy stracili głowę jak ja. Odkąd zrozumiałam, że muszę się wycofać ze względu na Simona, przekazałam wszystko Divišowi, teraz on tam rządzi i chyba całkiem nieźle sobie radzi.

– Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz?

– Z czym?

– Twój facet ma brata, tak? Brat jest zatrudniony w filharmonii, podobnie jak… Ile osób tam pracuje?

– Sto dwadzieścia.

– Podobnie jak sto dwadzieścia innych osób. Konflikt interesów jak jasna cholera!

– Bo widzisz… jest coś jeszcze – mruknęła Šotolová, znów skrępowana. – Simon i Olga nie byli tylko znajomymi z pracy. Spotykali się też prywatnie. Sprawa nie była oficjalna, ale dziennikarze na bank to wyniuchają. A jeśli wytropią też moją koligację i fakt, że Zdeněk dał mi to śledztwo, media oszaleją. Karoch nie może ryzykować, szczególnie teraz, po Nuslach.

Marián musiał jej przyznać rację. Akcja w dzielnicy Nusle postawiła ich wydział w nie najlepszym świetle i sprawiła, że pod Karochem zaczął chwiać się stołek. Niecały miesiąc temu dwóch kryminalnych zlokalizowało w salonie gier na Nuslach młodego chłopaka podejrzanego o napad na stację benzynową, podczas którego zginęła pracowniczka. Kiedy chcieli go zgarnąć, zerwał się do ucieczki. Jeden z policjantów oddał strzał ostrzegawczy. Było późno, właściwie już zamykali lokal, ale prawo Murphy’ego zadziałało bez zarzutu: pocisk trafił przypadkowego mężczyznę, który właśnie wchodził do środka z ulicy. Zmarł na miejscu. Policjant został odsunięty od służby, sprawę badał inspektor generalny. A że taka sytuacja zdarzyła się po raz drugi (wypadek Rosti Bora też wiązał się ze spartaczonym zatrzymaniem podejrzanego), coraz więcej osób domagało się odwołania Karocha. Generalny jak na razie go nie ruszał, ale że pozostawał pod ciągłą presją, także w związku z innymi sprawami, można było się spodziewać, że pewnego dnia pęknie i poświęci Karocha, by zachować stanowisko.

– Powiesz mi coś więcej o prywatnej relacji ofiary z twoim… – Marián urwał.

– Po to do ciebie dzwoniłam. – Šotolová przestała maszerować w tę i z powrotem i znów usiadła obok Holiny. Z bliska jej wyczerpanie było jeszcze bardziej widoczne, przebijało się przez resztki wczorajszego makijażu, pogłębiało zmarszczki wokół ust, spowijało twarz bladą szarością. Nie było śladu po kobiecie ze stali, obok Mariána siedziała teraz nieznajoma, krucha istota, którą łatwo zranić.

– Chciałam pogadać, bo za kilka dni przyniosą ci na biurko zeznania znajomych Simona i Olgi. Kiedy będziesz je czytał, pamiętaj, że muzykom nie brak fantazji. Pewnie znajdziesz tam niejedną sensację, co nieco może nawet trącić powieścią grozy. Ja, jak wiesz, zwykle trzymam się faktów. Dlatego chcę ci najpierw nakreślić własny obraz całej tej szamotaniny.

– Szamotaniny?

– Zgadza się. Chyba tak można było nazwać ich związek. I to od samego początku. Weźmy akcję z psem. Olga miała pitbulla, którego darzyła miłością, tyle że on nie darzył miłością Simona. Raz go chapnął, więc Simon chciał, żeby Olga pozbyła się psa. Ona oczywiście odmówiła, więc Simon, w obecności połowy orkiestry, wrzasnął: „Już ja załatwię tego skurczybyka”. Ktoś zapewne zaznajomi cię z tą historyjką.

– Bez przesady, takie opowieści nie robią na mnie wrażenia. Moja ciotka, dusza człowiek, groziła mi śmiercią za każdym razem, kiedy przypadkiem trafiłem piłką w którąś z jej ukochanych lilii. Połamałem ich z tysiąc i jakoś przeżyłem.

– W przeciwieństwie do psa Olgi – odparowała Šotolová. – Ktoś go otruł, w dodatku niedługo po groźbach Simona. Logiczne, że powstała masa teorii spiskowych. Ale daję głowę, że Simon nie miał z tym nic wspólnego.

– Nie załatwił skurczybyka?

– Simon nie skrzywdziłby muchy.

Marián z trudem powstrzymał uśmiech. Zabawne, co dzieje się w głowach ludzi, nawet tak doświadczonych kryminalnych jak Šotolová, kiedy sprawa dotyczy kogoś bliskiego. Twarda jak kamień Lída była jedną z najmniej podatnych na wpływy osób, jakie znał. Nigdy podczas śledztwa nie kierowała się pobudkami osobistymi, nie dawała się ponieść emocjom, była wprost nieludzka w swojej bezstronności. Jeszcze chwilę temu był przekonany, że w jej mózgu zwyczajnie brakuje jakiejś synapsy, umiała być jedynie obiektywna. Mylił się. Przy okazji nabrał pewności, że musi się przyjrzeć bliżej relacji Brandejsová – Dragoun.

– Mieszkali razem? – spytał.

– Przez jakiś czas.

– Długo się spotykali?

– Z półtora roku.

– To już podpada pod poważny związek. Jak na mój gust – zauważył. W oczach Lídy mignął cień, jakby coś sobie przypomniała.

– Na twój gust może i tak. Ale niektóre związki zaczynają być poważne dopiero, kiedy się kończą.

Marián zastrzygł uszami.

– Rozstali się?

– Można tak powiedzieć. Pogoniła go. Wiem, do jakich wniosków cię to doprowadzi, więc powiem od razu: kiepsko to znosił. Nie mógł się pogodzić z rozstaniem. Rozrabiał.

– To znaczy?

– Wiem tylko o kilku wyskokach, pewnie było ich więcej. – Sięgnęła do kieszeni marynarki, z której dobiegał dzwonek. – Powiem ci wszystko, co sama wiem, założę się jednak, że towarzystwo z filharmonii barwnie uzupełni te informacje. – Wyjęła telefon. Zerknęła na wyświetlacz i natychmiast odebrała.

– I co? Są wyniki?

Marián obserwował ją z boku. Słuchała w napięciu, wpatrzona w budynek szpitala.

– Kiedy? – zapytała. Zorientowała się, że Marián patrzy, wstała i odeszła trochę dalej. Nie chciała, żeby widział, jak bardzo się przejmuje. Nagle przejechała dłonią po twarzy w geście poruszenia i bezradności, geście tak bardzo do niej niepasującym, że Marián poczuł straszny dyskomfort. Jakby stanęła przed nim naga. Nigdy wcześniej nie odkryła się przede mną do tego stopnia, pomyślał. Pracujemy razem długie lata, ale zawsze pokazujemy tylko tę stronę siebie, którą chcemy pokazać. Badamy tragedie innych ludzi, lecz dopiero kiedy któraś dotyczy również nas, potrafimy zdobyć się na szczerość.

– Coś się stało? – spytał od razu, kiedy skończyła rozmowę, żeby nie dać jej czasu na włożenie maski.

– Tak jak przypuszczałam, salmonelli brak – odparła gniewnie. – W jego krwi znaleźli MDMA i jeszcze jakieś gówno.

– Zarzucił pigułę… – stwierdził Marián.

– Bzdura! – warknęła Šotolová z takim oburzeniem, że Marián z trudem stłumił uśmiech. Nie chciał jej dokładać. – Simon jest zagorzałym przeciwnikiem narkotyków. Poza tym nie sądzę, żeby załatwił się do tego stopnia zwykłym extasy. Duży skok ciśnienia, fatalne EKG…

– Czyli teraz raczej z nim nie pogadam?

Nie odpowiedziała, patrzyła gdzieś w dal, zupełnie nieobecna. Dopiero kiedy powtórzył pytanie, oświadczyła nagle:

– To ma związek.

– Co?

– Zatrucie Simona i śmierć Olgi – ciągnęła, już pewnym głosem. – Simon na pewno powiedziałby nam coś więcej, ale znów stracił przytomność. Zostanę tu i będę cię na bieżąco informować o jego stanie. Pogadasz z nim najszybciej jak się da. Załatwię to.

Odwróciła się i zamaszystym krokiem ruszyła w stronę wejścia do szpitala. Marián odprowadzał ją spojrzeniem. Po tym, co usłyszał, musiał przyznać, że faktycznie nie powinna brać udziału w sprawie, z drugiej strony żałował, bo Lída była wyjątkową śledczą. Doświadczoną i superprofesjonalną, a przy tym tryskającą energią. Mikstura w policji tak niespotykana, jakby wyszła spod rąk czarodzieja.

Być może sekcja rzeczywiście wykaże, że Olgę Brandejsovą zabiła ta sama substancja, którą wykryto we krwi Simona Dragouna, zastanawiał się Holina, wsiadając na rower. Wówczas narzuca się wersja, że parka wspólnie wzięła „narkotyk miłości” i przesadziła z jego stężeniem. Chyba że – przebiegło mu przez myśl, kiedy skręcał ze skwerku na nabrzeże – ktoś chciał stworzyć właśnie taki pozór. Tylko dlaczego Brandejsová ma pociętą szyję i klatkę piersiową?

Zounar dopił kawę, obaj techniczni wyszli z klubu. Spojrzenie Erika znów powędrowało w stronę zdjęcia. Chwiejność Dragouna i pewność siebie Olgi w przedziwny sposób się uzupełniały, czy może neutralizowały, w każdym razie ci dwoje sprawiali wrażenie szczęśliwej pary. Podobnie było z Erikiem i jego Ditą. Mąż i żona. Od dwudziestu jeden lat, póki śmierć ich nie rozłączy. Przynajmniej jeśli wierzyć przepowiedni starej wiedźmy, do której udali się krótko po ślubie. Sami nie wpadliby na taki pomysł, sesja była prezentem ślubnym od jednego z traktujących takie rzeczy poważnie kumpli. Mówił, że wiedźma ma trzecie oko, którym widzi absolutnie wszystko.

Erik do dziś dobrze pamiętał szczegóły tej popapranej wizyty. Starucha wzięła jego dłoń i dłoń żony, ściskała je mocno i udawała, że wpada w trans. Jej twarz kurczyła się w przedziwnych spazmach, do tego szeptała lub wykrzykiwała zlepki słów. „Ogromne bogactwo” Erik uznał za frazes obowiązkowy dla każdej szanującej się wróżki, „będziecie razem, póki śmierć was nie rozłączy” zapewne stanowiło trzon wróżb dla nowożeńców, a wywrzeszczane w ekstazie „bije od was muzyka!” rozbawiło go tak, że mało nie gruchnął śmiechem. Kiedy kolega opłacał sesję, sprytna kobiecina najwyraźniej wyciągnęła od niego garść cennych informacji. Po dramatycznym wykręcaniu stawów nadszedł czas na karty. „Niewiasta mściwa zazdrość swą skrywa, rycerz niestały zdradę w sobie nosi”, wymamrotała. „Pokonajcie zło w sobie, a szczęśliwe, długie życie wam pisane”. Żona Erika się zaciekawiła, co będzie, jeśli nie pokonają owego zła. „Każdy dostanie to, na co zasłużył”, odparła stara, po czym skasowała ich na dodatkowe dwieście koron za przekroczenie czasu wizyty.

Kiedy Erik powracał w myślach do sesji u wróżki, za każdym razem czuł złość na kumpla-ciemniaka, obrzydzenie, że wziął udział w tym szachrajstwie, a zarazem dziwną, wzbierającą falę w żołądku. Z biegiem lat wspomnienie coraz bardziej się zacierało, wróciło dopiero po długim czasie, kiedy przyleciał z Japonii. Stało się to pewnego deszczowego wieczora, kiedy po koncercie zaproponował Oldze podwózkę, a potem, zanim wysiadła z samochodu, nachylił głowę w jej stronę. Zrobił to powoli, nienachalnie. Mogła jeszcze zatrzymać machinę, która z jego strony już ruszyła pełną parą. Najwyraźniej nie chciała tego zrobić.

Dobrze pamiętał ich pierwszy pocałunek. Zaczął się amabile, ale obudził w ciele Erika drapieżne zwierzę, które parło do appassionato. Nie chciał go poskramiać, Olga najwyraźniej też nie. Wysiedli i przebiegli ulicę w ulewnym deszczu, Olga wpisała kod, otworzyła drzwi do bramy, a że nie mogła znaleźć kluczy do mieszkania (była specjalistką w gubieniu i zawieruszaniu wszystkiego, wtedy jeszcze o tym nie wiedział), weszła na kwietnik w korytarzu, stanęła na palcach i wyjęła zapasowe klucze ze skrytki pomiędzy rurą a sufitem. Kilka sekund później byli u niej, a to, co nastąpiło potem, nazwałby seksem wysokoprocentowym. Czystym, nierozcieńczonym przez słowa i emocje. Słuchali swoich ciał, nie istniało nic poza tym. Później, kiedy Erik, wciąż w gęstym deszczu, biegł do samochodu, w głowie mignęło mu wspomnienie wiedźmy. A jeśli faktycznie miała dar widzenia i dojrzała trzecim okiem to, co wydarzyło się tego deszczowego wieczora, czy wręcz sprawy, które miały się wydarzyć po nim? Sprawy, których nie dało się już rozegrać bez słów i emocji.

Do klubu wszedł Josek, trębacz. Rozejrzał się i ruszył w stronę Erika. Zwykle związane w kucyk włosy zwisały teraz wokół jego twarzy i odkrywały kiedy indziej starannie maskowaną łysinę. Był wyraźnie padnięty.

– Gdzie jest kij Simona? – zapytał.

– W mojej szafce. A co?

– Panowie chcą zerknąć.

– Jacy panowie?

– Panowie kryminalni. Konkretnie niejaki Holina. Major. Rządzi się jak nie wiem.

Erik wstał, poszedł z Joskiem do garderoby, otworzył swoją szafkę i wyjął klarnet Dragouna.

– Nie zdążyłem go nawet rozłożyć w tym całym zamieszaniu – powiedział.

Siedmioletni, wciąż idealny Selmer. Simon szczególnie piękne brzmienie osiągał w najniższym, ciemnym rejestrze, Olga też była w nim mistrzynią. Zazwyczaj, ale nie wczoraj. Nie miała czasu odpowiednio się rozegrać na instrumencie Simona, bez swojej Toski nie czuła się pewnie. Nawet zmiana stroika nie pomogła. Olga nie spodziewała się tego zastępstwa, zżarła ją trema. Przed wyjściem na scenę nerwowo bawiła się złotym łańcuszkiem i pokasływała. Na scenie już nie kaszlała, ale nerwy zmieniły się w czystą panikę, która udzieliła się Erikowi. Grał beznadziejnie.

Młodziutki dyrygent z Izraela, Samuel Hagenbeck, od którego już na próbach emanowała niezwykła ambicja, szybko się zorientował, że w sekcji klarnetów zgrzyta, nie zamierzał jednak odpuszczać. Ten koncert był wstępem do Praskiej Wiosny i chciał, żeby cała Praga zbierała szczęki z podłogi. Posyłał im całą gamę spojrzeń, od motywujących po wściekłe. Wielka symfonia g-moll Mozarta była pewniakiem, ale nawet największy pewniak może zawieść. Wiele wskazywało na to, że tego wieczora w Rudolfinum powtórzą słynną klapę, do której doszło podczas pierwszego wykonania symfonii, u Gottfrieda barona van Swietena. Podobno „Wolfiemu” tak koszmarnie słuchało się własnej kompozycji, że wziął i uciekł. Gdyby teraz siedział na tej sali, pewnie gorączkowo szukałby ołówka, żeby wykreślić na zawsze z symfonii oba klarnety, myślał gorzko Erik podczas Andante. Nagle