Whispers of Victory II - Maria Kosecka - ebook
NOWOŚĆ

Whispers of Victory II ebook

Maria Kosecka

0,0

64 osoby interesują się tą książką

Opis

„Jeśli kiedykolwiek powiedziałem komuś, że zwycięstwo nigdy nie jest dla mnie najważniejsze, to kłamałem mu prosto w oczy”.

Relacja Grace i Cole’a od początku przypominała stąpanie po cienkim lodzie, ale kłótnia po ostatnim wyścigu sprawiła, że ten ostatecznie pod nimi pękł. Wydarzenia z tamtej nocy pokazały prawdę, której Grace nie mogła już ignorować: przepaść między ich światami jest zbyt głęboka, by dało się ją zasypać. Dziewczyna decyduje się na jedyny słuszny krok i postanawia wyrzucić Cole’a ze swojego życia. 

Szybko jednak się okazuje, że ucieczka od przeszłości jest niemożliwa. 

Powrót Ethana do miasta tylko potęguje chaos. Chłopak z jej przeszłości i nowy rywal Cole’a nie pozwala o sobie zapomnieć – zasypuje ją wiadomościami, domaga się spotkania i coraz częściej staje na jej drodze w przypadkowych momentach. 

Grace, osaczona i zmęczona ciągłym napięciem, zaczyna łamać się w swoim postanowieniu. Gdy jednak dopuszcza do siebie myśl, by dać Cole’owi jeszcze jedną szansę, jego kłamstwa zaczynają się nawarstwiać. Z każdym kolejnym wychodzącym na jaw sekretem dziewczyna coraz bardziej traci do niego zaufanie, a decyzje chłopaka sprawiają, że ich wspólna przyszłość staje się coraz mniej prawdopodobna.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 428

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Maria Kosecka

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Aleksandra Płotka, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-959-7 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

Drogi Czytelniku!

Oddaję w Twoje ręce drugi tom serii „Fractured”.

Przez większą część historii relacje między postaciami mogą się wydawać słodkie, idealne i pełne ciepła. Pragnę Cię jednak uprzedzić, że pod tą przyjemną warstwą kryje się drugie dno. Jest to książka skierowana do czytelników powyżej szesnastego roku życia, ponieważ fabuła opiera się na kłamstwach, sekretach i wzajemnej manipulacji. W treści pojawiają się również motywy łamania prawa oraz sięgania po używki.

Postacie bywają samolubne, krótkowzroczne, a ich decyzje potrafią mocno skomplikować sytuację i ranić inne osoby. Chcę podkreślić, że ukazanie takich zachowań nie oznacza mojej aprobaty dla nich. Pamiętaj, proszę, że to, co czytasz, to jedynie fikcja literacka. Przedstawiona w tej historii przyjaźń stanowi przede wszystkim przestrogę. Słowo „przyjaciel” nie zawsze oznacza osobę życzącą nam dobrze, a zachowania z pozoru normalne w rzeczywistości mogą nas niszczyć. Często tkwimy w destrukcyjnych relacjach wyłącznie z przyzwyczajenia, jednak to, co znajome i bezpieczne na pierwszy rzut oka, nie zawsze bywa dla nas odpowiednie. Warto pamiętać o tym na co dzień, ponieważ prawdziwa bliskość nigdy nie powinna kosztować własnego spokoju. W prawdziwym życiu zasługujesz na relacje oparte na szczerości, szacunku i zaufaniu. Dbaj o siebie i nigdy, pod żadnym pozorem, nie pozwalaj nikomu na to, aby manipulował Twoimi uczuciami.

Dziękuję, że jesteś, i życzę Ci miłej lektury.

Wszystkim, którzy przez krzywdzące komentarze innych choć raz zwątpili w swoje możliwości. Dbajcie o siebie i pamiętajcie, aby otaczać się ludźmi, którzy ciągną Was w górę, inspirują do działania i są promykami słońca w Waszej codzienności. Oraz Jagodzie, bo w moim świecie to właśnie Ty jesteś najjaśniejszym z nich.

PROLOG

Jeśli kiedykolwiek powiedziałem komuś, że zwycięstwo nie jest dla mnie najważniejsze, to zwyczajnie kłamałem.

Prawda jest taka, że kocham destrukcyjną presję czasu i karmię się nią każdego dnia. Mam niezdrową obsesję na punkcie wygrywania, która nie pozwala mi odpocząć nawet wtedy, gdy ciało odmawia posłuszeństwa. We wszystkim muszę okazać się najlepszy. Nie jest to zwykła chęć bycia dobrym w tym, co robię, tylko przymus, który czasami mnie przytłacza. Niezależnie od dziedziny, zawsze musiałem zajmować pierwsze miejsce, bo każda inna opcja była dla mnie upokorzeniem.

Nieważne, czy chodziło o testy w szkole, treningi, czy relacje z ludźmi. Wszędzie widziałem tylko rankingi. Drugie miejsce nigdy nie było sukcesem, lecz przypomnieniem, że ktoś inny okazał się ode mnie lepszy. Nie potrafiłem znieść myśli, że istnieje ktokolwiek, kto mógłby stanąć na moim podium. Głód zwycięstwa sprawiał, że każda sekunda życia stawała się licytacją o to, kto wyciśnie z siebie więcej.

Jeśli nie byłem numerem jeden, czułem się tak, jakbym w ogóle nie istniał.

Przez całą edukację zbierałem oceny jak trofea. Czytałem naukowe książki, choć nikt w moim wieku ich nie dotykał. Brałem udział w każdym konkursie dla własnej satysfakcji, którą sam nazywałem chorą. Jeśli kogoś nie lubiłem, specjalnie zapisywałem się na te same zajęcia dodatkowe tylko po to, żeby pokazać mu swoją wyższość.

Na treningach dawałem z siebie wszystko. Rzucałem do kosza do momentu, w którym nie czułem już palców. Jeździłem gokartami i trenowałem w każdej wolnej chwili, bo uwielbiałem odnotowywać postępy. Świadomość, że dzisiaj jestem o sekundę szybszy niż wczoraj, dawała mi poczucie kontroli nad rzeczywistością. Idealnie wzięty zakręt na torze i celny rzut do kosza były dowodami na to, że świat może należeć do mnie, jeśli tylko włożę w to odpowiednio dużo pracy.

W relacjach z ludźmi też nigdy nie pozostawałem dłużny. Jeśli kogoś polubiłem, potrafiłem być dla niego najbardziej lojalnym człowiekiem na świecie.

Zawsze dostawałem wszystko, czego chciałem. Na każdej płaszczyźnie życia odnosiłem sukcesy, które inni uznawali za nieosiągalne. Znajomi mnie uwielbiali, a przynajmniej uwielbiali tę wersję mnie, którą im serwowałem. Stałem się mistrzem w kreowaniu wizerunku człowieka sukcesu nieznającego smaku porażki.

W liceum do perfekcji opanowałem jeszcze jedną umiejętność.

Kłamanie.

Pozwalało mi to idealnie dopasować się do oczekiwań ludzi, od których czegoś potrzebowałem. Każde drobne kłamstwo zmuszało mnie do natychmiastowego tworzenia kolejnych, bo nie mogłem pozwolić sobie nawet na najmniejsze potknięcie. Okłamywałem innych tak naturalnie, że sam zaczynałem wierzyć w swoje historie, a słowa służyły mi wyłącznie do utrzymania się na szczycie. Zależnie od sytuacji przybierałem maski idealnego syna, wzorowego ucznia czy niezawodnego przyjaciela. Wszystko zależało od tego, kto aktualnie na mnie patrzył. Przechodziłem z jednej postaci w drugą, traktując to jako kolejny element swojej gry, powoli zapominając, jak tak naprawdę wygląda moje prawdziwe odbicie w lustrze.

Kiedy okłamujesz wszystkich dookoła, w końcu zapominasz, co jest prawdą, a jeśli do tego dochodzi wygrana, tym bardziej zacierasz tę granicę.

Właśnie dlatego cholernie denerwował mnie fakt, że nie mogłem być z dziewczyną, która bez większego problemu namieszała mi w głowie. Im więcej czasu z nią spędzałem, tym wyraźniej docierało do mnie, jak wyjątkowa potrafi być i jak słodki smak będzie miało to zwycięstwo. Postanowiłem zdobyć ją za wszelką cenę. Brnąłem w kolejne, coraz bardziej ryzykowne kłamstwa, bo chęć postawienia na swoim była silniejsza niż jakikolwiek rozsądek.

Uwielbiałem wygrywać, a ta gra była warta każdej ceny.

ROZDZIAŁ 1

Grace

Daleko mi do szukania mądrości w Piśmie Świętym, ale w jednym Biblia ma rację: wszyscy ludzie kłamią.

Bez żadnych wyjątków.

Szczególnie ci, których imię zaczyna się na „C”, a kończy na „ole”. I noszą nazwisko River.

Z facetami zawsze było tak samo. Każdy, którego poznałam, miał coś za uszami. Nie uważam się za ideał i doskonale znam swoje wady, jednak mam też granice, których się nie przekracza. Niestety los zawsze stawia na mojej drodze osoby, które notorycznie je naruszają, a nieszczerość bez przerwy idzie z tym wszystkim w parze. Jeśli chłopak wydaje się odpowiedni, po czasie i tak pojawia się jakieś „ale”, którego nie da się przeskoczyć. Gdy ja buduję drogę, on stawia mur. W kółko przerabiam ten sam scenariusz, przez co z każdym kolejnym razem coraz szybciej odpuszczam.

Dlatego postawiłam na bycie singielką.

Co prawda, wpadłam na ten pomysł dopiero piętnaście minut temu, ale zamierzam trzymać się tego postanowienia przynajmniej do trzydziestych urodzin.

Moja lista miłosnych porażek jest już i tak zdecydowanie za długa. Zaczęło się na początku liceum, kiedy chłopak, z którym siedziałam na jednej lekcji, wyciągnął mnie na randkę tylko po to, żeby mieć pretekst do przyjścia na imprezę Phila. Później zainteresowałam się kilkoma kolesiami z drużyny, ale te epizody kończyły się szybciej, niż się zaczęły. Potem trafił się Ethan. Wydawał się normalny, co w moim przypadku okazało się luksusem, lecz ostatecznie zostawił mnie z tym samym niesmakiem co cała reszta. Mike był przynajmniej sympatyczny, więc jego wspominam najmniej boleśnie, jednak zaraz po nim pojawiła się wisienka na torcie.

River.

Ostateczny dowód na to, że faceci to jedna wielka pomyłka.

Miałam osiemnaście lat i rozczarowujące życie miłosne.

Zwlekłam się z łóżka, naciągnęłam na siebie czarne spodnie dresowe i za dużą bluzę w tym samym kolorze. Związałam włosy w niedbały kucyk i zgarnęłam torebkę z komody, nawet nie sprawdziwszy, czy mam w niej wszystko, czego potrzebuję na dzisiejsze zajęcia, bo było mi to zupełnie obojętne.

Od feralnego wyścigu minęły cztery dni, które pamiętam jak przez mgłę. Ograniczyłam wychodzenie z pokoju do absolutnego minimum, godzinami śledziłam cienie na ścianach i ignorowałam telefon. Zamknęłam się w bańce myśli, uparcie powtarzając sobie, jak bardzo jestem żałosna.

Do tego wiadomość od Ethana, który postanowił o sobie przypomnieć w najmniej odpowiednim momencie, wcale nie pomagała. Choć w mojej głowie wszystko między nami było skończone, miałam dziwne przeczucie, że chłopak nie uważa tak samo jak ja.

Czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, a granica między dniem a nocą całkowicie się zatarła. Potrafiłam całymi godzinami gapić się w jeden punkt na suficie, ignorując dźwięki dobiegające z reszty domu i udając, że mnie po prostu nie ma. Każda próba kontaktu ze strony rodziców była uciążliwa, dlatego gdy słyszałam skrzypnięcie drzwi, odruchowo naciągałam kołdrę na głowę. Mruczałam pod nosem, że ból znowu rozsadza mi czaszkę, albo po prostu zamykałam oczy, modląc się w duchu, by uwierzyli w tę marną grę aktorską i zostawili mnie w spokoju.

I tak przeczekałam aż do dzisiaj, karmiąc ich kłamstwami o nagłym przeziębieniu czy potwornym bólu głowy, ale taryfa ulgowa właśnie się skończyła. Mama wtargnęła do pokoju wczoraj wieczorem i dała mi do zrozumienia, że nie mogę ciągle siedzieć w domu i robić sobie kolejnych zaległości. W jej głosie nie słyszałam już współczucia, tylko zniecierpliwienie, którego tak bardzo chciałam uniknąć. Nikt jednak nie rozumiał, że każda minuta poza łóżkiem wydaje mi się ponad siły. Musiałam w końcu wstać i udawać, że wszystko jest w porządku, chociaż jedyne, o czym marzyłam, to zniknięcie pod kołdrą na kolejnych kilka dni.

Bo tak naprawdę nic nie było w porządku.

Zeszłam po schodach i skierowałam się prosto do drzwi wyjściowych, byle tylko nie dać szansy rodzicom na rozpoczęcie kolejnego przesłuchania. Czułam na plecach ich badawczy wzrok, który niemal parzył, gdy desperacko wbijałam spojrzenie w klamkę.

– A śniadanie? – zawołał za mną tata.

Zatrzymałam się na moment, jednak nie odwróciłam głowy. Zacisnęłam dłoń na pasku torebki, wpatrując się w jakiś punkt na futrynie.

– Nie jestem głodna – rzuciłam beznamiętnie.

– Grace… – Do rozmowy dołączyła mama. – Podejdź do nas, proszę.

– Zaraz zaczynam zajęcia – ucięłam, wzdychając ciężko. – Skoro i tak muszę tam iść, to chociaż pozwólcie mi dotrzeć na czas.

– Masz jeszcze co najmniej czterdzieści minut, słońce – upierała się mama. Przeniosłam na nią wzrok dokładnie w momencie, gdy posyłała mi lekki uśmiech, który zazwyczaj działał na mnie uspokajająco. – Zajmiemy ci dosłownie chwilę.

Znowu wypuściłam głośno powietrze, ale zrezygnowana zostawiłam torbę przy drzwiach. Nie miałam siły na kłótnię, więc po prostu poszłam za rodzicami do kuchni. Skrzyżowałam ręce na piersi, czekając na kolejną rozmowę, która w teorii miała zmienić moje nastawienie do świata. Ale prawda była taka, że wszystko, co mówili, wpuszczałam jednym, a wypuszczałam drugim uchem, skupiając wzrok na czymkolwiek innym niż ich twarze.

– Och… słabo wyglądasz – zaczął tata, bacznie mi się przyglądając. – Może jednak chcesz, żebym cię podrzucił?

Jedyne, czego pragnęłam, to zostać w domu i zniknąć w pościeli, lecz ugryzłam się w język. Nie chciałam dawać im kolejnego powodu do drążenia tematu. Zamiast tego się wyprostowałam, kręcąc przecząco głową.

– Nie, dam radę, ale dziękuję.

– Usiądziesz? – Mama wskazała na puste krzesło obok taty.

Niechętnie zajęłam wskazane miejsce i zaczęłam bębnić palcami o kolano.

– Nie traktuj nas jak wrogów, Grace, bo zawsze staniemy po twojej stronie – zapewniła. Upiła łyk kawy i położyła dłoń na stole blisko mojej ręki. – Widzimy przecież, że coś jest nie tak. Ostatnio…

– Możecie sobie darować te rozmowy? – przerwałam jej, zanim zdążyła się rozkręcić. – Po prostu gorzej się czuję i tyle.

– My też byliśmy kiedyś młodzi, kochanie – dodał tata, szturchając mnie lekko w ramię. – Jeśli twoje samopoczucie pogarsza się przez pierwszego lepszego chłopaka, to po prostu go olej albo mi powiedz, to najwyżej razem zdewastujemy mu samochód.

Prychnęłam pod nosem, bo mogłam sobie to wyobrazić i, co gorsze, podobała mi się ta wizja.

– Ben! – skarciła go mama i spiorunowała wzrokiem. – Nie to miałeś powiedzieć.

– Do tego załatwię nam najlepszego obrońcę w mieście, więc nic nam nie grozi. Jeśli to poprawi ci humor, mogę zaryzykować – dodał, puszczając mi oczko.

– Benjamin. – Kobieta pokręciła z dezaprobatą głową. – Chcemy po prostu powiedzieć, że…

– Nigdy nie powinnaś płakać za facetem – dokończył za nią, mrużąc oczy. – No, chyba że za mną na moim pogrzebie, to akurat jest jedyny wyjątek.

Rozchmurzyłam się pierwszy raz od kilku dni. Kąciki moich ust mimowolnie powędrowały w górę, bo mimo całego tego syfu miałam najcudowniejszych rodziców na świecie.

– Zapamiętam – odpowiedziałam i zgarnęłam ostatniego gofra z talerza, choć jeszcze chwilę temu przysięgałam sobie, że niczego nie przełknę. – Ale niszczenie komuś samochodu w ramach zemsty chyba nie jest najlepszym pomysłem. W końcu auto nie było niczemu winne, w przeciwieństwie do kierowcy.

– Zawsze mogę cię zapisać na boks, a wtedy na pewno nikt ci nie podskoczy. – Uśmiechnął się zadowolony ze swojego pomysłu. – Przy okazji spędzimy trochę czasu razem. Pójdę z tobą na kolejne zajęcia taneczne, a następnego dnia zabiorę cię na salę, żebyś mogła wyładować wszystkie negatywne emocje. Kto wie, może nawet poznasz tam kogoś nowego? W razie co, worek w garażu też jest cały czas do twojej dyspozycji.

– A gdzie w tym wszystkim będę ja? – wtrąciła mama. W jej oczach też dostrzegłam cień ulgi.

– Nikt nie zabrania ci do nas dołączyć. Mogłabyś robić nam zdjęcia do rodzinnego albumu – odparował, nie zwalniając tempa. – Ewentualnie całą rodziną możemy zacząć wędkować. Kupimy kalosze, kapelusze z siatką i będziemy siedzieć w milczeniu nad jeziorem od piątej rano.

– Oj, chyba na mnie już naprawdę czas. – Gwałtownie wstałam z krzesła.

Mama zerknęła szybko na zegarek i również zerwała się z miejsca, porzucając niedopitą kawę.

– Strasznie późna godzina! – zawołała, poprawiając nerwowo kołnierzyk marynarki. – Jeśli zaraz nie wyjdę, spóźnię się do sądu, a sędzia nie będzie tak wyrozumiały jak ja.

– Czyli rozumiem, że się zgadzacie na te ryby? – Uśmiechnął się szeroko, odprowadzając nas wzrokiem do przedpokoju. – Cudownie, bo właściwie kupiłem już w internecie kilka wędek i miała to być niespodzianka na święta.

– Nie! – odpowiedziałyśmy niemal w tym samym czasie, chwytając swoje rzeczy.

– A co powiecie na… – brnął w to, rozbawiony naszą reakcją – …wiem! Kurs robienia ceramiki.

– Benjamin, przestań się już wydurniać – ucięła, wsuwając stopy w szpilki. – Dobrze wiesz, że twoje pasje trwają maksymalnie miesiąc. Co się stało z zestawem do robienia serów, który zajmuje pół spiżarni? Albo z wykrywaczem metali?

– Sery dojrzewają i to wymaga czasu! A wykrywacz kupiłem pod wpływem impulsu, bo dałem się podpuścić staremu Caldwellowi, który ciągle gadał mi o szukaniu złota! – zawołał za nami, nie dając za wygraną. – W takim razie może kurs przetrwania? Spanie w szałasach, zero telefonów i zasięgu. To by nam wszystkim dobrze zrobiło!

– Tato, proszę cię, ledwo wytrzymujesz godzinę bez sprawdzania maila – rzuciłam przez ramię. – Poza tym nie zostawiłbyś pana Caldwella ot tak.

– To chociaż wspólny kurs gotowania! Kuchnia molekularna, będziemy robić kawior z soku pomarańczowego! – proponował nieugięcie. – Grace, a może przedstawię cię Williamowi? Dobry z niego chłopak, ma ambicje i jest moją prawą ręką w firmie. Dzieli was tylko kilka lat, a ponieważ zdążyłem już go prześwietlić, to będziecie mieli z głowy kolację zapoznawczą.

– Tato…

– Ben, daj już jej spokój.

– Ech, jak chcecie – odparł zawiedziony. – Z tym boksem jednak nie żartowałem. Naprawdę mogę cię zapisać, ewentualnie jest jeszcze karate. Na studiach zdobyłem czarny pas, więc co nieco potrafię.

– Zielony, Ben. Miałeś zielony pas – poprawiła go mama, wychodząc z domu przede mną. – Będę po czwartej! I broń Boże nie zapisuj nas na żadne kursy ani inne bzdury.

– Zastanowię się! – krzyknęłam jeszcze przez ramię, po czym szybko zamknęłam drzwi, by odciąć się od jego kolejnych pomysłów.

Wsiadłam do auta i wyjechałam na drogę. Po dwudziestu minutach, pięciu załamaniach nerwowych i wyklinaniu debili, którzy nie potrafili normalnie jeździć, dotarłam pod szkołę i po krótkich poszukiwaniach znalazłam wolne miejsce na samym końcu parkingu. Zgarnęłam torbę z siedzenia pasażera, ruszyłam w stronę budynku i starałam się nie patrzeć na przechodzące obok grupy uczniów.

Z szafki wzięłam potrzebne podręczniki, a zostawiłam bluzę. Pospiesznie weszłam do sali i zajęłam wolne miejsce przy oknie, rzucając szybkie „cześć” w stronę kilku znajomych, którzy próbowali nawiązać ze mną kontakt. Wyciągnęłam zeszyt i zaczęłam bezmyślnie bazgrać po marginesach, byle tylko nikt nie pomyślał, że mam ochotę na dłuższą konwersację.

Zadzwonił dzwonek, a chwilę później do sali wpadła grupa chłopaków z drużyny z Philem na czele. Zaraz za nimi weszła Kelly, żywo dyskutując o czymś z blondynką o imieniu Suzan. Gdy tylko mnie dostrzegła, natychmiast zajęła ławkę obok mojej i rzuciła torbę na blat.

– Hej. – Nachyliła się w moją stronę. – W końcu wróciłaś.

– Mhm – mruknęłam, nie odrywając wzroku od kartki.

– Czemu nie pojawiłaś się u Scotta? Phil poznał tam jakąś nową laskę, strasznie drętwa, tak swoją drogą.

Prychnęłam pod nosem, nie dowierzając w to, co słyszę. Nie było mnie kilka dni, a pierwsze, o co pyta, to powód mojej nieobecności na jakiejś durnej domówce. Chciałam jej odpowiedzieć coś złośliwego, ale do klasy weszła nauczycielka i od razu zaczęła lekcję. Ruda nie odpuszczała, co chwilę coś szeptała, jednak ignorowałam ją, udając całkowite skupienie na temacie. Oczywiście nic nie szło po mojej myśli. Zostałam wywołana do odpowiedzi dokładnie w momencie, gdy mój mózg całkowicie się wyłączył.

Stałam przy tablicy, tępo wpatrując się w równanie, które wyglądało jak zbiór losowych znaków. Zerknęłam w stronę przyjaciół, błagając wzrokiem o jakąkolwiek pomoc. Phil tylko wzruszył ramionami, a Kelly uparcie wystukiwała coś na telefonie pod ławką. Dopiero po kilku sekundach podniosła głowę i dyskretnie pokazała mi cztery palce. Gdy powtórzyłam tę liczbę na głos, klasa parsknęła śmiechem.

– Na waszym miejscu wcale bym się tak nie cieszyła – ucięła nauczycielka. – Skoro macie braki w tak podstawowych kwestiach, jutro zrobimy test sprawdzający. Radzę się przyłożyć, bo wynik wpłynie na waszą ocenę semestralną. A ty, Grace, wróć na miejsce.

Ruszyłam w stronę ławki, czując na sobie dziesiątki wrogich spojrzeń.

– Świetnie, Green. Właśnie zafundowałaś połowie klasy zmianę planów na wieczór – mruknął Trevor, niby do siebie, ale wystarczająco głośno, by wszyscy go usłyszeli. – To były podstawy.

Zatrzymałam się i rzuciłam mu przez ramię mordercze spojrzenie.

– Nikt nie bronił ci się zgłosić. Zawsze jesteś taki mądry po fakcie?

– Przynajmniej umiem rozwiązać proste równanie – odgryzł się, krzyżując ręce na piersi.

– Nikt nie pytał o twoje umiejętności – warknęłam. – Jeśli chcesz się dowartościować, to zgłoś się do odpowiedzi. Chyba że wyjdzie tak samo jak z wyborami, które przegrałeś, bo nie miałeś ani jednego sensownego argumentu.

Gdy szłam do ławki, do moich uszu dobiegł stłumiony śmiech Philipa i kilku chłopaków z drużyny siedzących w ostatnich rzędach. Nie zaszczyciłam ich nawet spojrzeniem. Opadłam na krzesło i natychmiast wróciłam do bazgrania w zeszycie. Wbijałam długopis w papier tak mocno, że niemal go przebiłam. Nauczycielka ponownie uciszyła klasę i wróciła do omawiania tematu, a jej głos stał się dla mnie tylko monotonnym tłem.

Właśnie wtedy poczułam krótką wibrację w kieszeni spodni. Wyciągnęłam telefon pod blatem, osłaniając go torbą, by nikt nie zauważył ekranu. Na wyświetlaczu dostrzegłam powiadomienie o nowej wiadomości.

Serce gwałtownie mi przyspieszyło, choć usilnie starałam się zachować kamienną twarz.

Nieznany:

Spotkajmy się dzisiaj o siódmej.

Zacisnęłam usta w cienką linię, a w głowie od razu zaczęła się gonitwa myśli. To mógł być Cole, próbujący ratować resztki swojego wizerunku, albo Ethan, który najwyraźniej postanowił wrócić do mojego życia na dobre. Prawda była taka, że obu najchętniej wymazałabym z pamięci. Zignorowałam wiadomość, ale zanim wygasiłam ekran, moją uwagę zwróciła lawina innych powiadomień przychodzących od rana. Był to głównie spam z grupowych konwersacji i kilka wiadomości od Alexa.

Zanim zdążyłam cokolwiek sprawdzić, dzwonek ogłosił koniec moich męczarni. Nauczycielka podniosła głos, przekrzykując szum odsuwanych krzeseł, by jeszcze raz przypomnieć wszystkim o jutrzejszym teście, który zafundowałam klasie swoją niewiedzą. Nie czekając na nikogo, zgarnęłam rzeczy do torby i niemal wybiegłam z sali. Nie odeszłam jednak daleko, bo Phil i Kelly błyskawicznie zrównali ze mną krok na korytarzu.

– Hej, czemu nie poczekałaś?! – zaczął chłopak, przekrzykując hałas. – I gdzie ty w ogóle byłaś przez te kilka dni? Prędzej dodzwoniłbym się do prezydenta niż do ciebie.

– Przeziębiłam się – rzuciłam krótko, poprawiając torbę na ramieniu. – Chyba na ostatnim wyścigu mnie przewiało, przez co nie mogłam zwlec się z łóżka. Coś się działo?

– Dziewczyno, jeszcze pytasz? – Kelly się zaśmiała, gestykulując żywo. – Trevor prawie został nowym kapitanem, bo ten debil spóźnił się na trening przez zebranie samorządu. Do tego ktoś kompletnie zdewastował męską łazienkę i chodzą ploty, że jedna z nauczycielek sypia z uczniem.

– I uwaga, niestety nie jestem to ja – dodał przyjaciel, szczerząc się.

– Jesteś obrzydliwy – skwitowałam, kręcąc głową.

– Ale nadal mnie uwielbiacie, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. – Puścił mi oczko, po czym spoważniał na ułamek sekundy. – A właśnie, lepiej się już czujesz?

O wow. Przynajmniej jedno z nich ma w sobie odrobinę przyzwoitości, by zapytać o moje zdrowie.

– Już tak, dzięki, że pytasz.

– Ufff – wypuścił głośno powietrze, a ja od razu pożałowałam swojej naiwności. – Myślałem, że mnie wystawisz i sam będę musiał ogarniać dekoracje na ten nieszczęsny bal. Słuchaj, jak ci się pogorszy, to pisz, wykupię całą aptekę, żeby postawić cię na nogi, bylebyś tylko się tam pojawiła.

I cały czar prysł.

– Jasne – mruknęłam pod nosem. – Widzimy się po zajęciach?

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, co od razu zapaliło mi w głowie ostrzegawczą lampkę.

– Dzisiaj idziemy do kina z chłopakami z drużyny – zaczęła Kelly, unikając mojego wzroku.

– To czemu mnie nie zapytaliście?

– Bo nie było cię kilka dni, więc założyłam, że pewnie i tak się nie zgodzisz albo nadal leżysz w łóżku. – Wzruszyła ramionami i wyciągnęła telefon. – Ale w razie czego możemy spróbować dokupić bilet, tylko pewnie dostaniesz miejsce gdzieś dalej od nas. No i wcześniej jedziemy z Philem kupić resztę dekoracji na sobotnią imprezę, mam nadzieję, że zrozumiesz.

Poczułam ukłucie w klatce piersiowej, bo znowu zostałam pominięta. Chyba przyszedł czas, aby się do tego przyzwyczaić.

– Luz. – Machnęłam lekko dłonią i posłałam im najbardziej sztuczny uśmiech, na jaki było mnie stać. – I tak mam masę nauki przez ten jutrzejszy test. Miłego seansu.

Oddaliłam się od nich, nie chcąc ciągnąć rozmowy. Ruszyłam korytarzem w stronę następnej sali, wbijając wzrok w czubki butów i omijając idące z naprzeciwka grupy uczniów.

Telefon w mojej kieszeni ponownie zawibrował. Zwolniłam na moment i wyciągnęłam go, spodziewając się kolejnego powiadomienia z grupy. Na ekranie wyświetliła się jednak nowa wiadomość od tego samego nieznanego numeru.

Nieznany:

Nie każ mi czekać. Wiesz, że tego nie lubię.

Zacisnęłam palce na obudowie, czując, jak mój żołądek skręca się w supeł. Nie miałam zamiaru odpisywać, a tym bardziej pojawiać się gdziekolwiek o siódmej. Zablokowałam telefon i schowałam go głęboko do torby, całkowicie ignorując treść, która przed chwilą mignęła mi przed oczami. Weszłam do klasy i usiadłam w ostatniej ławce, chcąc po prostu dotrwać do końca tych zajęć w całkowitej ciszy.

Wystarczyło jednak kilka minut nudy, bym znowu po niego sięgnęła.

Przesuwałam palcem po ekranie, nadrabiając zaległości w mediach społecznościowych. Uznałam, że nie zniosę kolejnego wieczoru zamknięta w czterech ścianach, a na przyjaciół nie mogłam liczyć, dlatego zaczęłam przeglądać listę dzisiejszych wydarzeń w okolicy. Szukałam czegokolwiek, co pozwoliłoby mi choć na chwilę przestać myśleć. Miałam to szczęście, że na tej lekcji trafiło nam się zastępstwo. Nauczyciel zupełnie nie przejmował się naszą nieuwagą, bo to nie był nawet jego przedmiot. Włączył jakiś film, a sam zajął się własnymi sprawami na laptopie.

Gdy w końcu znalazłam coś, co choć w małym stopniu mnie zainteresowało, mogłam wejść w jedną z nieodczytanych konwersacji. Liczba nieprzeczytanych wiadomości dawno przekroczyła setkę i wiedziałam, że prędzej piekło spłonie, niż zdołam przejrzeć je wszystkie.

Ja:

Robisz coś dzisiaj?

Alex:

O matko!

Ty żyjesz <3

Gdzie ty byłaś, dziewczyno?!!!!

Ja:

To robisz coś czy nie?

Alex:

Wszystko, co zapragniesz. Ooooo, stara, mam takie ploty, że będziesz zbierać szczękę z podłogi.

Ja:

Nie mogę się doczekać.

Alex:

Wrócę z uczelni około czwartej, więc po piątej powinienem być już pod twoim domem.

Chłopak wydawał się nieogarnięty, hałaśliwy i wszędzie było go pełno, ale mogłam na niego liczyć i nigdy nie odmawiał spotkań. Szczerze mówiąc, byłam tym zaskoczona, bo w moim otoczeniu nikt nigdy nie poświęcał mi tyle uwagi.

ROZDZIAŁ 2

Grace

Po powrocie do domu szybko się ogarnęłam. Wciągnęłam na siebie ciuchy, których nie było mi szkoda, i poprawiłam kucyk, ponieważ zdążył się poluzować w ciągu dnia. Ruszyłam na podjazd, gdzie czekało już znajome auto. Wsiadłam do środka i starałam się zamknąć drzwi najdelikatniej, jak mogłam, aby uniknąć niepotrzebnych komentarzy.

Cóż… Następnym razem na pewno się uda.

Chociaż patrząc na to, z jaką siłą nimi trzasnęłam, chyba faktycznie powinnam na poważnie rozważyć boks z tatą.

– Cześć – zaczęłam, szukając klamry pasa bezpieczeństwa.

– No cześć, kwiatuszku. Boże, już myślałem, że się na mnie obraziłaś – rzucił, od razu ruszając z miejsca. – A, i dla przypomnienia, przestań w końcu trzaskać drzwiami jak opętana.

– Nie trzasnęłam!

– Zrobiłaś to z premedytacją – stwierdził, unosząc brew. – Jeśli kiedyś pójdą mi przez to zawiasy, to całą drogę będziesz je trzymać.

Przewróciłam teatralnie oczami, nie mając zamiaru wchodzić w ponowną dyskusję.

– Wracając do tematu, nie odzywałam się, bo po prostu gorzej się czułam.

– To było mówić. Przywiózłbym ci jakieś słodycze albo zrobił herbatę mojej babci. Ten wywar postawiłby na nogi nawet umarlaka.

– Zapamiętam na przyszłość – odparłam, opierając głowę o zagłówek.

– Zdradzisz mi w końcu, co dziś robimy? Chociaż nie! Chcę mieć niespodziankę. Nieważne, co to będzie, i tak pewnie wyjdzie zajebiście.

Zerknęłam na niego z ukosa. Włożył jasnoszarą bluzę z granatowym, nieco koślawym haftem na samym środku klatki piersiowej, przedstawiającym piłkę do koszykówki.

– Na pewno nie chcesz wiedzieć? – dopytałam.

– Tak. Albo daj mi chociaż jedną podpowiedź.

– Bardzo lubisz tę bluzę?

Alex spojrzał na dół.

– To jedna z moich ulubionych. Ładna, nie?

– No… powiedzmy, że ładna. Chociaż ten wzór jest trochę koślawy, a kolor w ogóle do ciebie nie pasuje, ale hm… o gustach się nie dyskutuje – stwierdziłam, widząc, jak po moim komentarzu zaciska usta w cienką linię. – Będziesz musiał ją zdjąć, jeśli nie chcesz jej zniszczyć. Poza tym od kiedy twoje ulubione ciuchy to te, które nie kosztowały całej wypłaty przeciętnej osoby?

– Odkąd dostałem ją w liceum od niezłej brunetki z okazji urodzin – rzucił z lekkim uśmiechem.

Zrobiłam wielkie oczy i szturchnęłam go lekko ramieniem.

– Uuu… No proszę. Chcesz zdradzić coś więcej o tej „niezłej brunetce”? – ciągnęłam temat i puściłam do niego oczko.

Alex momentalnie spoważniał, a jego uśmiech zniknął. Mocniej zacisnął dłonie na kierownicy, prostując się przy tym.

– Temat skończony – uciął krótko, wpatrując się przed siebie. – Nie ma o czym gadać.

Patrzyłam na niego z rozchylonymi ustami, nie rozumiejąc do końca, skąd ta nagła zmiana jego nastroju.

– Oho, czyli jednak trafiłam w czuły punkt. – Podpuszczałam i ponownie go szturchnęłam, tym razem palcem w ramię. – No weź… Złamane serce w liceum podobno jest czymś normalnym. Poza tym, no nie wiem, możesz mi powiedzieć, jak to u ciebie wyglądało. Łatwiej byłoby mi żyć ze świadomością, że też kiedyś zaliczyłeś miłosną porażkę i jakoś z tego wyszedłeś.

– Akurat całe moje życie miłosne to jedna wielka porażka, a ten temat zdecydowanie nie jest na dziś.

– A jeśli cię poproszę?

– Nie baw się w natręta, bo to ja za niego robię w tej relacji. – Pokręcił głową. – A moja znajomość z dziewczyną, która dała mi bluzę, skończyła się, gdy wyjechałem z Nowego Jorku. Ot koniec historii. I nie zmieniaj tematu…

– Po prostu byłam ciekawa, kto ci tak namieszał w głowie.

– Lepsze pytanie, to kto tego nie zrobił – odpowiedział, wracając do wcześniejszego tonu.

Rezygnacja z dalszego przesłuchania przyszła mi zaskakująco łatwo. Oparłam tył głowy o zagłówek i zaczęłam bębnić palcami o kolano.

– Zaraz… Czy my jedziemy coś malować? – spytał podejrzliwie, nie zdejmując nogi z gazu. – Ooo, a może to paintball? Błagam, tylko nie mów, że będziemy się w czymś tarzać.

Spojrzałam przez okno na mijane budynki, starając się nie zdradzić zbyt wcześnie. Chłopak ewidentnie analizował każdą możliwą opcję, a palcami bębnił o kierownicę.

– Od razu mówię, że nie umiem narysować nawet koła i tylko się ośmieszę – ciągnął, ale przeczuwałam, że i tak będzie mu się podobało. – Mam nadzieję, że chociaż jedzenie będzie wliczone w cenę.

– Nie bądź od razu takim pesymistą. – Wzruszyłam ramionami i oparłam łokieć o drzwi. – Nie powiedziałam ani słowa o malowaniu. Może zabieram cię na kurs gotowania?

Gwałtownie uniósł brwi, na moment odrywając wzrok od drogi.

– Jeszcze gorzej… – mruknął pod nosem. – Umiesz chociaż gotować?

– Ani trochę – przyznałam zgodnie z prawdą. – Może właśnie dlatego nas tam zabieram.

– Cudownie, najwyżej trafimy na pierwsze strony lokalnych gazet, a w artykułach zostanie opisana para debili, która spaliła cały budynek – prychnął pod nosem. – W sumie będziemy w pewnym sensie sławni.

Zamiast odpowiedzieć, pogłośniłam piosenkę w radiu, ucinając temat. Alex od razu zaczął nucić tekst, a po chwili śpiewaliśmy już oboje, próbując się nawzajem przekrzyczeć. Nasz koncert nie trwał jednak długo, bo muzyka nagle przycichła, ustępując miejsca wiadomościom.

– Dzień dobry, Boulder City! Witam się z wami ponownie. – Nienaturalnie radosny głos prezenterki wypełnił wnętrze auta. – Święta już za pasem, a ja przychodzę do was z kolejnymi wiadomościami. Mam nadzieję, że czujecie już ten klimat, bo do Bożego Narodzenia zostało naprawdę niewiele czasu. Pamiętajcie o naszym corocznym jarmarku na głównym placu, który startuje już w ten weekend! W tym roku przygotowaliśmy dla was rekordową liczbę stoisk z rzemiosłem, domowe pierniki i najpyszniejszą czekoladę w całym stanie. Nie przegapcie też uroczystego zapalenia światełek w sobotę o szóstej!

– Ludzie serio na to chodzą? – zdziwił się Alex.

– Będzie tam niemal całe miasto.

– Niestety, mam też dla państwa nieco mniej radosne wieści. – Dziennikarka nagle spoważniała. – Mieszkańcy kolejny raz skarżą się na ogłuszający ryk silników, który nie pozwalał im zmrużyć oka aż do świtu. Policja stanowa potwierdza, że sytuacja staje się coraz bardziej napięta i niebezpieczna.

– A ci znowu o tym samym… – skwitował, zwalniając przed skrzyżowaniem.

– Wyścigi to jedyna sensacja w tym mieście – rzuciłam, skubiąc wystającą nitkę przy rękawie bluzy. – Będą o tym trąbić przez kolejne miesiące i powtarzać w kółko to samo.

– Informujemy wszystkich zaniepokojonych mieszkańców, że służby bezpieczeństwa nie pozostają obojętne na te doniesienia – kontynuowała, na co oboje przewróciliśmy oczami. – Zwiększono liczbę patroli w newralgicznych punktach, a policja stanowa zapowiada surowe kary dla każdego, kto zostanie przyłapany na łamaniu przepisów.

– Zaraz powie, że służby apelują o ostrożność, a rodzice powinni pilnować swoich dzieci, albo coś w tym stylu. – Znałam scenariusz na pamięć.

– Apelujemy do państwa o zachowanie szczególnej ostrożności na drogach wylotowych. – Komunikat z radia niemal idealnie wpasował się w moje słowa. – Rodziców prosimy o zwrócenie uwagi na to, gdzie ich dzieci spędzają późne wieczory. A kolejne wiadomości już o dziewiątej. Teraz za to wracamy do świątecznego nastroju z nieśmiertelnym klasykiem od Mariah Carey. Miłego słuchania!

– Mówiłam – skwitowałam, gdy z głośników popłynęły pierwsze nuty bożonarodzeniowego hitu.

– Długo to już trwa?

– Cała szopka z wyścigami? – Zastanowiłam się, patrząc na przesuwający się za oknem krajobraz. – Pewnie cztery lata. Albo i więcej. Po prostu wcześniej nie nagłaśniano tego aż tak bardzo, a jeśli już, to pisano o tym tylko w lokalnej gazecie, którą mało kto czyta. Tata zazwyczaj na to narzeka, ale mam wrażenie, że jest sceptyczny tylko dlatego, że sam kiedyś tam bywał. Pewnie źle postawił, przegrał sporo kasy i teraz nadal ma jakiś żal.

– Długo. Trochę chore, że to przechodzi bez żadnych większych konsekwencji.

– Służby przymykają na to oko. – Dla mnie, jak i dla każdego, kto mieszkał tu wystarczająco długo, było to oczywiste. – Dziwnym zbiegiem okoliczności w dni wyścigów patrolują zupełnie inne dzielnice, jakby nagle całe miasto się tam przeniosło. Pewnie ktoś wyżej im za to płaci. Mało kto uczestniczy w wyścigach sam z siebie, zazwyczaj nad stałymi kierowcami stoi ktoś, kto pociąga za sznurki i zgarnia największy procent z zakładów.

Zerknął na mnie na ułamek sekundy, a w jego spojrzeniu dostrzegłam dziwny niepokój.

– Aż się boję zapytać, skąd ty to wszystko wiesz.

– Mieszkam tu całe życie. Jakaś część tych informacji to na pewno plotki, coś kiedyś powiedzieli mi znajomi i tak wyszło. Po prostu radzę ci, nie wchodźcie w żadne chore układy, bo nie warto. Żadna kasa nie przywróci spokoju. Najlepszym przykładem jest Logan, bo sam nie jeździ, ale siedzi w tym tak głęboko, że pewnie nigdy się nie wyplącze.

– O kasę akurat nie muszę się martwić – odparł, omijając dziurę w asfalcie. – Mówiłem ci kiedyś, że jestem dziedzicem ogromnej fortuny, ale uciekłem na studia do Las Vegas?

– Chyba pominąłeś ten fakt. Myślałam, że powiedziałeś mi o sobie niemal wszystko, szczególnie po tym, jak zadzwoniłeś do swojej babci i przedstawiłeś mnie jako przyszłą żonę.

– To teraz już wiesz, więc gdybyś jednak zmieniła zdanie i chciała nią zostać, do końca życia nie musiałabyś pracować. Jestem jedynakiem, nikt nie ukradnie mi majątku, a wszystkie najlepsze geny przeszły na mnie.

– Chyba jesteś mało przekonujący.

– Albo to ty nie widzisz nikogo poza gburem.

Zignorowałam ten komentarz, udając, że nagle bardzo zainteresowało mnie coś za oknem. Nie miałam zamiaru dyskutować o Cole’u, a już na pewno nie teraz, gdy próbowałam oczyścić głowę.

W kabinie zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem silnika.

– No dobra, to co będziemy robić? – dopytywał, parkując w końcu przed wejściem do niskiego budynku.

– Koniec z niespodzianką?

– Jestem strasznie niecierpliwy.

– Idziemy malować garnki – oświadczyłam, rozpinając pas.

Otworzył szerzej oczy, powstrzymując śmiech.

– Słucham?

– Właściwie to będziesz miał do wyboru talerz albo jakiś wazon. Później weźmiesz go ze sobą i dasz przyszłej żonie w prezencie. Albo babci… bądź komukolwiek chcesz – rzuciłam, gestykulując żywo. – Albo w sumie daj go Ryanowi, idealna opcja, żeby w końcu zażegnać konflikt. Idą święta, więc okazji do wręczenia komuś tego będziesz miał aż za dużo.

Prychnął, opierając ręce na kierownicy i kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Przecież mówiłem, że nie umiem rysować! Nawet prosta linia wychodzi mi krzywo.

– Tańczyć podobno też nie umiałeś – przypomniałam mu, z trudem powstrzymując rozbawienie.

– Nie, akurat to robię zajebiście. Ostatnio pisałem nawet do twojego ojca, czy idzie ze mną na zajęcia, ale mi nie odpisał.

Zamarłam z dłonią na klamce, mrużąc oczy.

– Przepraszam bardzo, możesz powtórzyć? Pisałeś do mojego taty?

– W sumie malowanie talerzy to spoko sprawa… – odparł szybko, próbując zmienić temat, gdy zorientował się, że palnął o jedno zdanie za dużo. – Ale przypomnij mu, że jutro jest zumba.

– Jesteś chory.

– Ja? To ty wybrałaś malowanie jakichś garnków zamiast, no nie wiem… czegokolwiek innego.

– No, popisz się. Co niby moglibyśmy robić w środę po południu?

– Nie było żadnych innych zajęć w tym całym Boulder City?

– Zumba jest jutro, w piątek spacer w grupach, a dzisiaj zostało tylko malowanie ceramiki albo pilates – wyliczyłam.

Alex się rozpromienił, gdy usłyszał o ostatniej atrakcji.

– To czemu wybrałaś akurat garnki? Przecież pilates brzmi zajebiście. Mam nawet jakiś strój w bagażniku, moglibyśmy tam wejść i sprawdzić, kto z nas szybciej padnie. Nie no, jak już mi o tym powiedziałaś, to za tydzień musimy tam iść. Nie przyjmę od ciebie żadnej wymówki. Idziemy i tyle.

Pokręciłam głową, otwierając drzwi i wpuszczając do środka lodowate, grudniowe powietrze.

– Bo ceramika była ciekawsza. Zobaczysz, spodoba ci się, o ile nie stłuczesz wszystkiego w pierwszej minucie.

Budynek z zewnątrz wyglądał niepozornie, ale w środku panował już gwar. Weszliśmy do odpowiedniej sali, gdzie pod oknami ustawiono długie, drewniane stoły. Zajęliśmy wolne miejsca na samym końcu.

Czekaliśmy, aż wszystko się zacznie, a Alex zamiast rozglądać się po wnętrzu, od razu wyciągnął telefon. Schował go dopiero po chwili i zaczął bębnić palcami o blat.

– Idziesz w sobotę na tę imprezę? – zapytał, przerywając ciszę.

– Organizuje ją moja przyjaciółka, więc chyba by wypadało – odparłam, poprawiając rękawy bluzy.

– Cudownie. Oby tylko nie ogłosili wyścigu z dnia na dzień.

– Nie ogłoszą.

– Nie możesz mieć pewności – mruknął, znów zerkając w stronę wejścia. – Zaraz święta, więc pewnie jeszcze coś zorganizują.

Skrzyżowałam ręce na piersi i spojrzałam na niego z powątpiewaniem.

– Prędzej zrobią go w tygodniu. Po pierwsze, Logan nie zepsuje tym urodzin swojej nie-dziewczyny, a po drugie, sam nie będzie chciał tego przegapić. Choć nie ma aż takiej mocy sprawczej, to na pewno powiedział tym z góry kilka słów. Większość ludzi po prostu by się zmyła, gdyby kolidowało to z imprezą.

– W tygodniu kręci się też mniej policji – stwierdził, przyznając mi rację.

– No więc właśnie. A jak nie starczy im czasu na pełne przygotowania, to zorganizują szybkie Turbo Rush i nikt nic nie straci.

Alex popatrzył na mnie uważnie, jakby próbował wyczytać coś z mojej twarzy.

– Naprawdę aż tak tego nie lubisz?

– To najgorsze, co mogło się temu miastu przytrafić. Same wyścigi są ryzykowne, ale rozumiem, że niektórzy je kochają. Byłabym hipokrytką, gdybym mówiła inaczej, ale tam nikt do ciebie nie celuje. Tutaj nigdy nie wiesz, czy komuś przypadkiem coś nie odjebie i zamiast w oponę, strzeli ci prosto w szybę. Szkoda zachodu na takie ryzyko.

– Nie no, ja to akurat się zajebiście bawiłem – stwierdził lekceważąco.

– Jak zawsze. No dobra, koniec tematu, czekam na ploty.

Naszą rozmowę przerwało pojawienie się prowadzącej. Kobieta spokojnie wytłumaczyła nam zasady: mamy wybrać naczynie, dobrać farby i zająć się malowaniem. Całość powinna zająć dwie godziny, a gotowe, wypalone prace będzie można odebrać za dwa tygodnie.

Ruszyliśmy do regału z ceramiką. Przesunęłam dłonią po chropowatych powierzchniach i ostatecznie postawiłam na duży kubek. Alex natomiast, mimo moich wcześniejszych sugestii o wazonie, zdecydował się na płaski talerz.

Zajęliśmy miejsca i od razu wzięliśmy się do pracy. Zaczęłam szkicować na swoim kubku delikatne kwiaty, ich dół wyglądał na kompletnie nieudany, ale im wyżej prowadziłam łodygi, tym bardziej nabierały lekkości. Chłopak natomiast, zamiast skupić się na normalnym wzorze, bazgrał na swoim talerzu same nieprzyzwoite wzory. Dopiero gdy się zorientował, że farba nie schodzi tak łatwo, jak myślał, zaczął nerwowo zamalowywać całość ciemniejszym kolorem. Pokręciłam głową z zażenowaniem.

– No to powiesz mi w końcu? – przerwałam ciszę, nie odrywając wzroku od pędzla.

– A no tak – mruknął, odkładając narzędzie na bok. – Sorry, za bardzo się wkręciłem. Ty, nawet fajne to miejsce, możemy tu przychodzić częściej.

– Zrobisz sobie całą serię do kolekcji? – parsknęłam. – Tylko nie pokazuj tego żadnej dziewczynie, bo wstyd.

– Nie powiedziałaś mi, że tak trudno to zakryć.

– Daj się ponieść fantazji – rzuciłam z lekkim uśmiechem.

– Już dałem, ale wracając do tematu… Gdy byłem ostatnio w klubie, to do naszego asa lowelasa przykleiła się jakaś typiara. Początkowo miałem na to wywalone, ale z czystej przyzwoitości postanowiłem ci powiedzieć, co się odwaliło. Pojechałem rano na uczelnię, a ten siedział tam z nią w bibliotece i urządzał sobie randki nad książkami.

– Szmaciarz – mruknęłam pod nosem.

– Trochę tak. – Skinął głową. – Szkoda, że tak wyszło. Na ogół jest opanowany, ale czasami go kompletnie odkleja i robi beznadziejne rzeczy. Przeprosił cię chociaż?

– Mam go zablokowanego, ale wątpię, żeby w ogóle próbował.

– Co za kretyn. Najpierw sypia z pierwszą lepszą laską, a potem nawet nie ma odwagi, żeby cokolwiek napisać.

– Alex, nie pomagasz. Nie musisz opisywać mi każdego szczegółu, a przeprosiny i tak nic by w tym przypadku nie zmieniły.

– W sumie racja, ale to, że milczy, jest do niego zupełnie niepodobne.

– Właściwie dostałam anonimową wiadomość – wyznałam, odkładając kubek na stół.

– I czemu mówisz o tym dopiero teraz?

– Bo początkowo ją zignorowałam. Myślałam, że to kolejna głupota, ale osoba, która ją wysłała, chce się dzisiaj ze mną spotkać.

Po chwili jednak znowu sięgnęłam po kubek. Obracałam naczynie w dłoni, dorysowując kolejne kreski na powierzchni i próbując przy tym zebrać myśli.

– O której?

– Za godzinę.

– No to kończ ten kubek i się zbieramy – zarządził, wycierając ręce w szmatkę.

– Nie jadę tam, Alex. To bez sensu.

– Już nie przesadzaj. Cole lubi czasami grać psychopatę, więc urządzimy mu małą niespodziankę. Tylko mu dobrze wygarnij, a jeśli to jakiś dzieciak robiący sobie żarty, to nawet nie ogarnie, że to my. Przejedziemy dyskretnie autem, rozejrzymy się i nikt się nie zorientuje.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Genialny! Poczujemy się trochę jak w filmie akcji.

– Albo w tanim paradokumencie – skwitowałam, choć czułam, że i tak nie dam rady go od tego odciągnąć.

– Jedno i to samo.

Skończyliśmy pracę kilkanaście minut przed czasem. Chłopak, ku mojemu zdziwieniu, porzucił plamę na środku talerza i całkowicie zmienił koncepcję. Namalował pięć koślawych patyczaków, każdemu dorysował fryzurę w odpowiednim kolorze i dodał nad głowami nasze imiona. Co prawda wyszły krzywo, jednak od razu można było się domyślić, kto jest kim. Do tego nad nimi umieścił słynny znak powitalny, dopisując pod spodem: Ekipa prawie z Las Vegas.

Musiałam przyznać, że to było całkiem słodkie.

– Nie narysowałeś nikogo ze studiów? – zapytałam, przyglądając się, jak dumnie odsuwa gotowe dzieło na środek stołu.

– Studia są zajebiste, serio, i pewnie są to moje najlepsze lata życia. Tylko że to na zdjęcia z liceum patrzę teraz jak na portret zmarłej żony. I chyba w tym przypadku z wami skończy się tak samo.

Prychnęłam pod nosem, wkładając pędzle do słoika z brudną wodą.

– Czyli twierdzisz, że za dziesięć lat będziesz za nami tęsknił?

– Na bank. Zachowam ten talerz i będę pokazywał dzieciom jako dowód, że ich stary miał kiedyś przyjaciół i artystyczną duszę. – Wstał z krzesła i przeciągnął się tak mocno, że aż strzeliło mu w kręgosłupie. – Dobra, koniec rozczulania się. Zbieramy naczynia, oddajemy do wypalenia i jedziemy na twoją tajną schadzkę.

Odniosłam naczynie na regał, czując nagły skurcz w żołądku. Im bliżej było siódmej, tym mniej podobał mi się ten pomysł, jednak Alex wszedł w tryb tajnego agenta i wiedziałam, że nie odpuści. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, podałam mu adres z wiadomości. Chłopak spojrzał na mnie, unosząc brew, po czym zerknął na mapę w telefonie.

– No to oficjalnie jesteśmy spóźnieni – skwitował, rzucając urządzenie na deskę rozdzielczą. – To jakieś pół godziny drogi stąd, a mamy niecałe piętnaście minut.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, gwałtownie wycofał samochód spod budynku. Złapałam się uchwytu nad oknem, patrząc, jak ścina zakręt i wjeżdża między inne auta.

– Ale się ekscytuję – rzucił nagle, poprawiając się w fotelu.

– Nie ma czym – mruknęłam, co chwilę zerkając na telefon.

– Czekaj, akcja szpiegowska wymaga profesjonalizmu, więc nie możemy tam tak po prostu pojechać. – Nachylił się i otworzył schowek, z którego wyciągnął dwie pary okularów przeciwsłonecznych. – Mam też blond perukę w bagażniku, została mi z imprezy na Halloween.

– Nie ma opcji – zastrzegłam, przyglądając mu się z politowaniem.

– Dobra, w takim razie ja ją założę, skoro wolisz być rozpoznana.

Chłopak zjechał na pobocze, a chwilę później już siedziałam obok podrabianej Hannah Montany. Gdy włączył się do ruchu, starałam się gapić wyłącznie przed siebie, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Na najbliższych światłach zerknął jeszcze raz na mapę w telefonie, a potem przeniósł wzrok na mnie.

– Co? – Uniosłam brew.

– Na pewno chcesz tam jechać?

– Nagle zmieniasz zdanie? – zdziwiłam się.

– Nie podoba mi się, że adres, pod który zmierzamy, znajduje się obok niejakiego Nelson Ghost Town. Sorry, ale na duchy to się akurat nie pisałem.

– Nie mów, że supertajny agent w blond peruce boi się paru starych szop na pustyni – zakpiłam. – Skoro już wyjechaliśmy, to nie ma odwrotu. Poza tym ta osoba napisała do mnie, a nie do ciebie. Jeśli chcesz, możesz poczekać w aucie.

– O nie, nie, nie. – Pomachał palcem wskazującym. – Zawiozę cię tam, ale nie ma opcji, że wysiadasz z auta. Przejedziemy powoli obok, obczaimy, kto tam stoi, i wracamy. A jeśli to rzeczywiście Cole, to przysięgam, że ukatrupię go przy najbliższej okazji.

Chwilę później Alex zjechał na stację benzynową i zaparkował pod samym dystrybutorem. Zgasił silnik, ale zamiast wysiąść, żeby zatankować, po prostu oparł się o kierownicę i spojrzał w lusterko, by poprawić nieszczęsną grzywkę. Wykorzystałam ten moment, żeby znowu sprawdzić telefon i upewnić się, czy na pewno nie przegapiłam żadnej nowej wiadomości.

– Dobra, idę kupić coś do picia. Chcesz coś?

– Nie mów, że wyjdziesz w tym czymś z samochodu.

– Przecież jest zajebista – odparł, poprawiając blond kosmyki.

– Nie możesz po prostu udawać, że tankujesz?

– To elektryk, kretynko. I chce mi się pić.

Gdy tylko chwycił za klamkę, szybko złapałam za sztuczne włosy i jednym pociągnięciem ściągnęłam mu je z głowy.

– Co ty robisz? – żachnął się, natychmiast się odwracając.

– Skoro nie chcesz się rzucać w oczy, to nie wychodź w blond kudłach do ludzi.

– Najwyżej uznają mnie za wariata i po prostu machną ręką. Oddawaj to.

Wyszarpnął mi perukę z ręki, włożył ją i poszedł do budynku. Po chwili na ekranie wyświetliła mi się nowa wiadomość.

Nieznany:

Zegar tyka, Grace. Zostało pięć minut.

Zacisnęłam szczęki, szybko blokując ekran.

Drzwi od strony kierowcy się otworzyły, a przyjaciel wsiadł z powrotem do auta. Wcisnął między nogi papierową torbę, z której od razu wyciągnął i położył mi na kolanach zimną puszkę coli oraz jedno z opakowań kwaśnych żelków. Sam od razu zapiął pas, i powoli ruszył ze stacji.

– Mam dobrą i złą wiadomość – zaczął, otwierając puszkę jedną ręką. – Tylko musisz zdecydować, którą wolisz najpierw.

– Zacznij od tej lepszej.

– Kwaśne żelki były akurat w promce, więc zrobiłem taki zapas, że już nie umrzesz ze mną z głodu. Możesz mi oficjalnie podziękować.

– A ta zła? – zapytałam, czując, jak żołądek mi się zaciska.

– Przed chwilą dzwonił do mnie lowelas. Pytał, czy za pięć minut nie chcę wbić do niego, aby obejrzeć mecz. Więc no… to na bank nie on jest twoim cichym wielbicielem, a my właśnie jedziemy na pustynię spotkać się z jakimś psycholem.

Serce zaczęło bić mi mocniej. Szybko otworzyłam napój i wypiłam niemal cały na raz, próbując opanować nerwy.

– Chryste, dziewczyno, wyglądasz, jakbyś ducha zobaczyła. Wszystko gra? – Alex rzucił mi szybkie spojrzenie

– Jedźmy tam i miejmy to już z głowy.

Z jednej strony chciałam jak najszybciej wrócić do domu, ale z drugiej sama świadomość, że mam okazję się upewnić, kim jest osoba wysyłająca mi wiadomości, nie dawała mi spokoju. Chłopak miał rację w jednej kwestii – nieważne, kto na nas czekał, nie zamierzałam ryzykować, wychodzić z samochodu ani się konfrontować.

Przez resztę drogi tylko bezmyślnie mu przytakiwałam, błądząc gdzieś myślami. Istniała nawet spora szansa, że z tego wszystkiego zgodziłam się właśnie na coś, czego na dniach będę potwornie żałować.

Gdy zbliżyliśmy się do miejsca docelowego, po prawej stronie drogi dostrzegłam kilka zaparkowanych samochodów. Szturchnęłam Alexa, a on lekko zwolnił. Zaczęłam przyglądać się twarzom stojących tam ludzi. Choć mignęły mi tylko przez ułamek sekundy, jedną z nich rozpoznałam niemal natychmiast.

– I co? Znasz kogoś?

– Za szybko przejechałeś – rzuciłam, wciąż gapiąc się w boczne lusterko.

– W takim razie w grę wchodzi plan B – odparł, jakby tylko na to czekał.

– Czym jest plan B? – zapytałam, odwracając się gwałtownie w jego stronę.

– Sama zobaczysz.

Zanim zdążyłam zaprotestować, gwałtownie skręcił kierownicą, zawrócił na zupełnie pustej drodze i zatrzymał się w bezpiecznej odległości od zaparkowanych aut.

– Kupuję ci trochę czasu – stwierdził pod nosem.

W tej samej chwili zsunął szybę od swojej strony, wychylił się lekko i krzyknął w kierunku stojącej grupy:

– Hej! Rozładował mi się telefon, powiecie mi na szybko, którędy do Vegas?

Wykorzystałam ten moment i zaczęłam przyglądać się zgromadzonym tam osobom. Moje serce na moment zamarło, gdy rozpoznawałam uczniów naszej szkoły. Wśród nich stał Phil. Ten sam Phil, który jeszcze parę godzin temu okłamał mnie, mówiąc, że idzie z Rudą i chłopakami do kina. Żadnego kina nie było. Mało tego. Oni wszyscy doskonale wiedzieli o powrocie Ethana, bo chłopak stał w samym środku zbiegowiska i właśnie wbijał we mnie lodowate spojrzenie.

– Grace? – zapytał i zrobił krok w stronę naszego auta.

– Kim jest Grace? – podchwycił od razu Alex, idealnie wchodząc w swoją rolę. Przeniósł wzrok na chłopaka i z najgłupszą miną, na jaką było go stać, rzucił: – O, stary, chyba nas z kimś pomyliłeś. Przyjechałem tu prosto z Los Angeles z moją siostrą i zachciało nam się zwiedzać w nocy. Muszę zawrócić czy mogę jechać prosto?

– Jedź prosto – odpowiedział, przewracając oczami. – Dobrze cię widzieć, Grace.

Przełknęłam nerwowo ślinę, próbując zachować kamienną twarz.

– Świetnie, dzięki! – Przyjaciel mu pomachał, po czym odjechał z piskiem opon.

Gapiłam się we wsteczne lusterko, dopóki sylwetka Ethana całkowicie nie zniknęła w mroku. On naprawdę wrócił. I to w najmniej odpowiednim momencie. Wiedziałam, że nie jest żadnym psycholem i fizycznie nic mi nie zrobi, jednak potrafił niesamowicie mieszać ludziom w głowach i tego obawiałam się najbardziej.

– Chcesz mi wyjaśnić, kto to był? – Alex przerwał ciszę, po czym zdjął perukę z głowy. – I czemu patrzył na ciebie jak psychopata?

– Pamiętasz tę krótką historię o moim byłym, który nagle wyjechał z miasta i nawet mnie o tym nie poinformował? – zagadnęłam, nerwowo przekręcając w dłoniach puszkę.

– Coś mi świta.

– No to właśnie postanowił wrócić do miasta.

Chłopak zwolnił, omijając szerokim łukiem dziurę w asfalcie, po czym stwierdził luźno:

– W sumie… masz naprawdę dobry gust.

Wbiłam w niego wzrok, zastanawiając się, czy może przypadkiem się nie przesłyszałam.

– Właśnie wali mi się świat, a ty oceniasz facetów?

– Po prostu lubię patrzeć na ładnych ludzi. – Wzruszył ramieniem.

– Naprawdę uważasz, że jest ładny?

– No a nie jest? Sama na niego leciałaś, skoro byliście razem. Ale luz, jeśli cię to pocieszy, to jesteś ładniejsza. Dlatego zazwyczaj gapię się na ciebie. Chociaż może to przez to, że gdy jesteś skupiona, to robisz głupie miny i dziwnie marszczysz nos. Właściwie o tym nosie powiedział mi kiedyś lowelas i dopiero niedawno sam to zauważyłem. – Urwał na moment i poprawił spadające na czoło pasmo włosów, po czym machnął ręką. – Boże, zdecydowanie za dużo gadam i odbiegam od tematu… Na czym w ogóle stanęła ta rozmowa?

– Na tym, że jestem ładna i mój były nagle wrócił do miasta.

– Aaa, racja – prychnął, wrzucając wyższy bieg. – Wiesz, że powiedziałem to tylko po to, żeby zrobiło ci się miło? Niestety nie jesteś w moim typie.

– Dosłownie każda dziewczyna jest w twoim typie, Alex…

– Nie te, które dały mi kosza, a ty się akurat do tej grupy zaliczasz.

Przez chwilę w samochodzie słychać było tylko szum opon.

– Nadal nie wiem, czemu nagle zmieniłeś temat.

– Żebyś przestała tak intensywnie myśleć i nie układała w głowie setki chorych scenariuszy – skwitował, przyspieszając. – Znając ciebie, i tak zrobisz to po powrocie do domu, ale do tego czasu oficjalnie zarządzam przerwę od nadmiernego rozpamiętywania. Żeby ci pomóc, mogę opowiadać losowe historie przez resztę drogi. Masz do wyboru kilka opcji.

Na moje usta w końcu wkradł się lekki uśmiech. Pomysł, żeby choć na chwilę odciąć się od myśli o Ethanie, brzmiał kusząco.

– No dobra. To może opowiesz mi w końcu coś o tej brunetce ze szkoły, od której dostałeś tę bluzę?

– O nie, o niej nie rozmawiamy, ten temat akurat jest spalony – odparł od razu, kręcąc z rozbawieniem głową. – Ale za to mam w zanadrzu kilka naprawdę mocnych historii o lowelasie, więc wybór jest prosty. Słuchasz czy wolisz umrzeć z nudów?

– Zdecydowanie jesteś moim najlepszym przyjacielem.

– Wiem, nie da się mnie podrobić. – Ledwo powstrzymał uśmiech. – No to od czego tu zacząć… Słyszałaś, jak kiedyś Cole przebrał się za…

Alex gadał jak najęty przez kolejne dwadzieścia minut, a przy każdej kolejnej historii przekraczał granice absurdu. Dzięki niemu jednak choć przez chwilę mogłam zapomnieć o swoich problemach.