Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
W miejscu utkanym z kłamstw samo zbliżenie się do prawdy może okazać się zbrodnią.
„Wampir z Woźnickich Dołów”, nowy kryminał Konrada Chęcińskiego, autora Zła w Cmentarnej Górze i Uzdrowiska– to wciągająca detektywistyczna łamigłówka, która łączy klimat klasycznego kryminału z mrokiem polskiej prowincji. Jej akcja rozgrywa się w Woźnickich Dołach – miejscowości, gdzie każdy zna każdego, lecz nikt nie mówi całej prawdy.
W Woźnickich Dołach pozory ważą więcej niż fakty. W Zaduszki, w cichej bibliotece, zostaje odnalezione ciało miejscowej bibliotekarki. Ślady? Jedynie chaos, który bardziej przypomina gorączkowe przeszukiwanie niż włamanie. Pośród porozrzucanych książek policjanci natrafiają na stare zdjęcie trójki dzieci z 1939 roku — wskazówkę prowadzącą wprost do historii, o której nikt w miasteczku nie chce mówić głośno.
Inspektor Nikifor Poradecki, jak zawsze spokojny i metodyczny, podąża tropem zakurzonych archiwów, zapomnianych rodzinnych powiązań i sekretów starego dworu, niegdyś zamienionego w sierociniec. Listopadowy czas po Wszystkich Świętych, motyw „zbrodni wśród książek” i atmosfera rodem z klasycznego kryminału tworzą opowieść gęstą od niedopowiedzeń i napięcia.
A prawda o Woźnickich Dołach okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna niż ktokolwiek przypuszcza. Kolejne tropy splatają teraźniejszość z cieniem minionych lat — historią, która nie zamierza już pozostać w ukryciu.
„Wampir z Woźnickich Dołów” to kryminał, który odsłania mrok prowincji warstwa po warstwie, prowadząc przez labirynt kłamstw i milczenia — pokazując, że najmniejsze społeczności potrafią skrywać najgłębsze tajemnice.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj
Wydawca: Wojciech Ciuraj
Redakcja: Adrian Kyć
Korekta: Sylwia Zazulak
Projekt okładki: Łukasz Werpachowski
Ilustracja na okładce: © Creaturart, © Komuso & Colorsandia, © maaramore / Stock.Adobe.com
Copyright © 2025 by Konrad Chęciński
Copyright © 2026, Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-605-4
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Okna biblioteki wychodziły na cmentarz.
Mieszkańcy Woźnickich Dołów wiedzieli o tym doskonale, lecz gdy w oczekiwaniu, aż Halinka przyniesie zamówioną książkę, spoglądali ku splątanej kępie starych drzew za szybą, wielu nie pamiętało, co się w ich ponurym cieniu kryje.
Dzieci przychodzące tu z początkiem roku szkolnego bardziej niż widokiem zza okna zaaferowane były nowym miejscem, unoszącym się wokół zapachem wieloletniego kurzu, mnogością książek zebranych w dwóch niewielkich pokoikach i nerwowym napominaniem wychowawczyni, aby nie rozmawiać i niczego nie dotykać. Dorośli natomiast w gęstwinie drzew i krzewów widzieli co najwyżej zaniedbany teren, który należało wyrównać, uporządkować i wykorzystać tak, aby służył wszystkim. Czyli zrobić tam boisko albo chociaż plac zabaw.
I dopiero gdy wraz z nadejściem października opadające liście poczynały odsłaniać znajome kształty niszczejących mogił, ścieląc pod konarami sękatych wiązów brunatny dywan, ludzie przypominali sobie, że tam rzeczywiście jest cmentarz.
Tych grobów nie było wiele. Zaledwie kilka pochylonych krzyży i jeden kaleki anioł z utrąconym skrzydłem, patrzący w niebo poprzez gęstwę obrośniętych bluszczem gałęzi. I jeszcze schowana w głębi bryła dawnej kaplicy – ponury budynek z brunatnej cegły, bez okien, kryty popękaną, omszałą dachówką.
Przez większą część roku nikt tu nie przychodził. Po zimie i wiosennych roztopach w niecce przed wejściem zbierała się woda i tworzyła coś na kształt płytkiego bajorka, a latem ścieżka za murem biblioteki zarastała chwastami, odcinając cmentarz od drogi. W pierwszych dniach września pojawiały się tu dzieci z podstawówki, by uprzątnąć teren pod czujnym okiem pani dyrektor Nowackiej. Robiły przy tym zawsze sporo zamieszania, dzięki czemu był to jedyny dzień w roku, kiedy na chwilę wracało tu życie.
Tyle że Halinka tego właśnie dnia nienawidziła najbardziej. Zamykała okna w bibliotece i wchodziła między regały, aby odgrodzić świadomość od dzikich wrzasków dochodzących zza ściany. Dzieci zawsze działały jej na nerwy – ta ich ruchliwość nie do ogarnięcia, te dzikie wrzaski i piski przywodziły na myśl stadko wypuszczonych na wolność zwierzątek, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować.
Dlatego też nigdy nie uległa namowom pani dyrektor, aby bibliotekę przenieść do budynku szkoły. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić sytuacji, w której dzień w dzień przez dziesięć miesięcy w roku musiałaby znosić ten dziecięcy harmider zza drzwi. A poza tym za nic w świecie nie chciałaby opuszczać swej ciasnej samotni, gdzie mało kto zaglądał i gdzie jej jedynymi towarzyszami były książki, zakurzone roczniki gazet sprzed kilku dekad i im podobne – a więc to wszystko, co zdołała tu zgromadzić w ciągu niemal trzydziestu lat pracy. Nie przyjmowała do wiadomości, że kiedyś będzie musiała się stąd wyprowadzić.
Już chyba wolałaby umrzeć.
I jeszcze ten widok zza okna! Cmentarz, z którego w ciszy wieczoru dochodziło basowe pohukiwanie sowy, a ponad korony drzew wzbijało się co jakiś czas stado wron wypełniających powietrze złowieszczym krakaniem i szumem tysiąca skrzydeł. To tu, zgodnie z miejscową legendą, spoczywały szczątki powstańca styczniowego, potomka rodziny Tarnowskich, założycieli i wieloletnich właścicieli Woźnickich Dołów.
Najbardziej lubiła cmentarz późną jesienią, gdy nagie gałęzie drzew nie zasłaniały grobów. Miała taki jeden szczególny dzień, kiedy czekała, aż zapadnie wieczór, gasiła światło w bibliotece i przez kilka długich minut spoglądała ku ukrytym w mroku mogiłom, pogrążona w melancholijnej zadumie, z głową wspartą na dłoni i czołem na chłodnej szybie. Potem wkładała swój stary wełniany płaszcz, owijała się długim szalem i tak otulona opuszczała budynek, starannie zamykając za sobą drzwi. Bacząc, czy nikt nie patrzy, wychodziła na ścieżkę i drobnymi kroczkami szła ku cmentarnej bramie z długą, czerwoną kościelną świecą w dłoni, odebraną wcześniej na plebanii od księdza Sebastiana. Nigdy mu nie powiedziała, po co jej ta świeca. Nie musiał wiedzieć, nigdy zresztą nie pytał. I dobrze, bo gdyby tak zrobił, nie miałaby wyjścia. Musiałaby skłamać.
Chodziła tam więc każdego roku, niezmiennie, nawet nie próbowała liczyć, od jak dawna. Ile to już czasu minęło od tamtej okropnej nocy! Ile kolejnych zim i jesiennych wieczorów. Nie myślała o tym. Stawała pochylona przed bramą, trzykrotnie powtarzała: „Wieczny odpoczynek…” i nie patrząc przed siebie, ostrożnie otwierała furtkę. Zazwyczaj padało lub wiał przenikliwie zimny wiatr, często musiała odpalać świecę kilkukrotnie, nim zapłonęła na dobre. Osłaniała ją wtedy dłonią, przytulona do chłodnej ściany starej cmentarnej kaplicy.
Zmarli pojawiali się rzadko. Raz czy dwa razy mignął jej zaledwie niewyraźny cień, jakby zarys postaci w wojskowym mundurze i z bandażem na skroniach – przy krzyżu, o którym mówiono, że jest mogiłą powstańca. Kiedy indziej usłyszała coś, co przypominało ciche kwilenie dziecka, dochodzące zza zamkniętych wrót kaplicy. A raz, jeden jedyny, zobaczyła, jak pod aniołem przysiadła jej matka, ubrana w jasną letnią sukienkę niczym młoda dziewczyna, którą Halinka pamiętała z czarno-białych zdjęć trzymanych w starym albumie w komodzie na strychu. Matka siedziała nieruchomo i patrzyła na nią smutnymi, krwistoczerwonymi oczami.
Nadejście zmarłych przeraziło Halinę tylko za pierwszym razem. Zmroził ją wtedy lodowaty dreszcz, który przeszedł po całym ciele. Ale później przywykła. Jak do snów. I zawsze kiedy szła w stronę cmentarnego parkanu, zastanawiała się, czy przyjdą kiedyś jeszcze. Być może właśnie dlatego wracała tam każdego roku. Czekała, aż płomyk nabierze mocy, stawiała świecę zawsze w tym samym miejscu i przez jakiś czas czuwała przy niej, pilnując, by nagły podmuch wiatru nie ugasił płomienia. Potem odwracała się, przemykała między mogiłami, zamykała furtkę cmentarną i spokojnie, krok za krokiem wracała do swojej bibliotecznej samotni.
Tak miało być i tym razem.
Księżyc, do tej pory jasno oświetlający okoliczne pola, wpłynął nagle za zasłonę chmur. Spojrzała na niego dokładnie w chwili, gdy otoczony barwną aureolą, zdawał się sunąć majestatycznie po wieczornym niebie. Było zimno, kałuże po obu stronach ścieżki ściął przedwieczorny mróz i choć wiatr ustał, czuła, jak chłodne powietrze przenika przez kolejne warstwy ubrania aż do gołej skóry. Zawiązała mocniej długi, wełniany szal i przycisnęła do piersi świecę. Otworzyła ostrożnie furtkę, po czym weszła w obręb cienia rzucanego przez stuletnie wiązy. Nad głową zahuczała sowa, coś zaszurało w ciemności, a jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. Nie była pewna, co go wywołało: chłód wieczoru czy niepokój duszy. Otrząsnęła się szybko i rozpoczęła nerwowe: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…”, idąc w kierunku mogił.
Na chwilę przystanęła u stóp spoglądającego ku górze kalekiego anioła. Opowiadano, że grób ten krył ciała trojga dzieci, które zginęły w pożarze dworu tuż po wojnie, ale o tym Halinka nie lubiła rozmawiać, a kiedy ją pytano, szybko zmieniała temat. Napisy, starte przez wiatr i jesienne słoty, nic już nie mówiły, bezskrzydła rzeźba też milczała bezużyteczna – tylko patrzeć, jak runie któregoś wieczoru w miękką poduchę liści, dając pretekst tym, którzy od dawna chcieli to miejsce zrównać z ziemią. „Wszystko umiera”, przemknęło jej przez myśl, nawet te kamienie kiedyś ktoś pozbawi życia. I zostanie jedynie to, co pod spodem. Niewidoczne dla oka. „Niech odpoczywają w pokoju wiecznym”...
Nie dokończyła. Ostatnie słowo zawisło na wargach, niewypowiedziane, gdy spojrzała w stronę cmentarnej kaplicy. Lodowaty dreszcz po raz drugi przebiegł po całym jej ciele. Rozejrzała się wokół, nie rozumiejąc. I naraz jakby wszystko zastygło w bezruchu. Nie dobiegał jej żaden dźwięk, nie drgała żadna gałązka, zamilkła sowa, nawet okoliczne psy przestały szczekać, a ona wpatrywała się bezmyślnie w to, co widziała przed sobą. I nie mogła w to uwierzyć.
Drzwi do kaplicy były uchylone.
Kurczowo zaciskając zmarzniętą dłoń na przyciskanej do piersi świecy, zrobiła trzy kroki naprzód. Z ciemnego otworu powiało grozą. Wyczuła obecność, niemal fizyczne zaburzenie przestrzeni płynące z wnętrza kaplicy, a jej ciało zaczęło dygotać. Zdawała sobie sprawę, że powinna teraz zostawić wszystko, rzucić świecę, pobiec do biblioteki, zaryglować drzwi i nie wychodzić stamtąd do rana. Ale coś nie pozwalało jej tego zrobić. Patrzyła jak zahipnotyzowana w ciemną szparę drzwi w poczuciu, że już wie, co za chwilę zobaczy. Już to kiedyś widziała, w jednym ze swoich snów. Ten sam obraz skąpany w bladej poświacie księżyca, ażur gałęzi nad głową, ciszę wieczoru i przyzywający ją ciemny otwór. Niczym wejście do głębokiego tunelu.
Zrobiła kolejny krok i przepełniona trwogą weszła na omszałe betonowe schody.
Poniedziałek przywitał inspektora Poradeckiego kolejnym tej jesieni atakiem porannego chłodu. Rześkość powietrza, kiedy opuszczał przedwojenny budynek komisariatu, zmrożone szyby samochodu, a nade wszystko brak czegokolwiek, co pozwoliłoby mu usunąć z nich szron, przywołały myśl, która tylko ugruntowała jego i tak już dość podły nastrój. Pomimo solennej obietnicy złożonej samemu sobie poprzedniej zimy, gdy pewnego dnia omal nie skończył na drzewie, cudem zatrzymawszy rozpędzony samochód tuż przed ścianą lasu, również i w tym roku zwlekał z czymś tak oczywistym jak wymiana opon.
Odpalił silnik i ustawił ogrzewanie na ful. Ciaśniej owinął się szalem i czekając, aż szyby odmarzną na tyle, by dało się je oczyścić starą kartą do bankomatu, przeklinał w myślach fakt, że nie wyciszył wieczorem telefonu, przez co zerwał się dziś na pierwszy dźwięk policyjnej syreny, którą w przypływie dobrego humoru ustawił kiedyś na dzwonek. Automatycznie sięgnął po leżącą na podłodze komórkę i niewiele myśląc, rzucił do głośnika zwyczajowe „Czego?!”, zanim zdał sobie sprawę, że osoba po drugiej stronie niekoniecznie musi rozumieć i akceptować jego starokawalerskie poczucie humoru. Na szczęście tą osobą okazał się podkomisarz Sobotka, już na nogach i w pełnej gotowości.
– Obudziłem? – spytał, wyraźnie zadowolony ze swojego dowcipu, po czym rzucił szybko: – Dobra, żartowałem.
– Co jest? – warknął Poradecki, nerwowo próbując złapać kontakt z rzeczywistością. Miał wrażenie, że jeszcze przed chwilą znajdował się w zupełnie innej przestrzeni, zawieszony gdzieś między bytami. W starej chałupie, z rodzicami i młodszym rodzeństwem, jako kilkunastoletni chłopak. Nienawidził snów, które bez jego woli przenosiły go do krainy dzieciństwa. Niestety ostatnio przychodziły coraz częściej.
– Dzwonili z terenu – ciągnął tymczasem Sobotka. – Miejscowość nazywa się… Czekaj, gdzieś tu zapisałem… Cholera jasna… mam. Woźnickie Doły. Jezu, kto wymyśla te nazwy?
– Co się stało? – Inspektor natychmiast przełączył Sobotkę w tryb oficjalny.
– Trup w bibliotece szkolnej – oznajmił tamten beznamiętnie. – Kobieta, pięćdziesiąt dwa lata. Chłopaki twierdzą, że nie wygląda to dobrze.
– Morderstwo?
– Tak mówią.
Poradecki zaklął i natychmiast otrząsnął się z resztek snu. Morderstwo w szkole, no pięknie. Nawet jeśli placówka w Woźnickich Dołach to podstawówka dla dwudziestu tamtejszych dzieciaków i czterech nauczycieli, to za chwilę będą mieli na głowie całą wieś, wójta, miejscowych radnych, lokalne media i Bóg wie kogo jeszcze. Spojrzał na wyświetlacz komórki. Siódma piętnaście.
– Kto zgłosił? – zapytał, gramoląc się z łóżka.
– Niejaka Nowacka. Janina. Zdaje się, że dyrektorka. Strasznie spanikowana.
– Wyobrażam sobie… – westchnął Poradecki, otwierając drzwi do łazienki.
Teraz stał przy odpalonym samochodzie i czekając, aż szron na przedniej szybie zacznie topnieć, zastanawiał się, co zastanie na miejscu. Sobotka już tam pewnie dojechał, a wraz z nim policjanci z gminnego komisariatu, ale przecież i część dzieci na pewno przyszła do szkoły, te młodsze przyprowadzone przez rodziców lub dziadków. Nie było sposobu, aby przed nimi ukryć, że wydarzyło się coś niedobrego. Za chwilę cała wieś będzie huczeć od plotek.
Nie wyglądało to dobrze.
A jednak gdy odnalazł wreszcie budynek podstawówki w Woźnickich Dołach, ukryty pośród drzew starego parku, przy jednej z bocznych dróg, ze zdumieniem stwierdził, że szkoła pracuje, jakby nic się nie wydarzyło. W bramie przepuścił dzieciaka ciągniętego za rękę przez zaaferowaną kobietę w grubym płaszczu i futrzanej czapce, być może babcię chłopaka, dla którego przyjście tu dzisiaj było zapewne ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, co Poradecki wnosił ze spuszczonej głowy i ślamazarnego tempa, w jakim zmierzał ku wysokim schodom u wejścia. Kobieta niemal wlokła go za sobą, tłumacząc coś, czego zamknięty w samochodzie inspektor nie był w stanie usłyszeć, a co z łatwością potrafił sobie wyobrazić.
Budynek szkoły najwyraźniej miał swoje lata – tynk odpadał od ścian dużymi płatami, farba łuszczyła się na drewnianych framugach okien i drzwi, ale nawet to nie burzyło pierwszego wrażenia, które musiał odczuć każdy, kto widział to miejsce po raz pierwszy. Dwie masywne kolumny u wejścia sprawiały, że obiekt przypominał bardziej dziewiętnastowieczny dworek niż gmach mieszczący instytucję publiczną. Tym bardziej że otaczały go z trzech stron wysokie drzewa dawnego parku, tworzące wzdłuż drogi dojazdowej długą lipową aleję. Wiosną było tu na pewno prześlicznie, szczególnie w świetle wschodzącego lub zachodzącego słońca, ale o tej porze roku natłok nagich, bezlistnych drzew i wszechobecny półmrok nadawały okolicy raczej ponury charakter. „Idealne otoczenie na miejsce zbrodni”, pomyślał.
Poza wchodzącymi na schody babcią z wnuczkiem na parkingu przed szkołą nie było nikogo. Ani gromadki gapiów, której się spodziewał, ani policyjnego samochodu, ani nawet ogromnej terenówki podkomisarza Sobotki. Zaniepokojony, że pomylił nazwę miejscowości, podjechał pod same schody akurat w chwili, gdy przez frontowe drzwi wyszła niebrzydka kobieta w średnim wieku, okryta narzuconą na ramiona pikowaną kamizelką, w dopasowanych dżinsach i długich kozakach na obcasie. Nie podeszła do samochodu. Czekała, aż Poradecki opuści pojazd i wejdzie na schody, tam odpowiedziała na powitanie nieznacznym ruchem głowy i nie mówiąc ani słowa, zmierzyła go pytającym spojrzeniem. Inspektor wyjął z kieszeni policyjną legitymację i podsunął kobiecie pod nos.
– Nikifor Poradecki, komenda powiatowa – przedstawił się, co sprawiło, że lekko pobladła i drżącym głosem spytała:
– Mój Boże, stało się coś?
Poradecki, już na sto procent przekonany, że popełnił jakiś głupi błąd, schował szybko dokument i tonem wyjaśnienia burknął:
– Wezwano nas do szkoły w Woźnickich Dołach, ale widzę, że coś pomyliłem. Nie było tu kolegów z gminnego komisariatu?
– A co by tu mieli robić? – zdziwiła się.
Poradecki zignorował pytanie.
– Czy mógłbym porozmawiać z panią dyrektor… Nowacką, tak? Chyba dobrze zapamiętałem nazwisko?
Kobieta znów przytaknęła zdawkowo. Najwyraźniej była jednak coraz bardziej zaniepokojona.
– Pani dyrektor nie ma jeszcze w pracy – odpowiedziała i natychmiast zastanowiła się, co to mogło oznaczać. – Boże, czy to o nią chodzi? – Bezwiednie zbliżyła dłoń do ust, jak gdyby chciała to pytanie wepchnąć sobie z powrotem do gardła.
Poradecki i tym razem nie odpowiedział.
– Czy jest w szkole biblioteka? – spytał zamiast tego.
– Słucham?
– Czy macie tu szkolną bibliotekę? – powtórzył, przesadnie oddzielając od siebie wszystkie wyrazy.
– Słyszę, co pan mówi – odparła lekko poirytowanym tonem. – Nie rozumiem tylko, dlaczego…
– Czy może pani po prostu odpowiedzieć na pytanie? – warknął, a twarz kobiety oblała się czerwienią.
– Kulturą to pan nie grzeszy – rzuciła, spoglądając gdzieś obok niego.
– A pani intelektem – odpalił, zanim zdążył ugryźć się w język.
Zaniemówiła. A on natychmiast pojął, że przeholował.
– Przepraszam – bąknął niechętnie. – Wygląda na to, że trafiłem nie tam, gdzie powinienem. Tracę czas.
– Nie mamy biblioteki w szkole – odpowiedziała z pozoru spokojnie, choć głos jej lekko drżał. – To znaczy formalnie mamy, ale mieści się ona w innym budynku. Nie, nie tutaj – dorzuciła, widząc, że Poradecki ogląda się za siebie. – To raczej niespotykane, wiem, ale nasza bibliotekarka jest trochę… – zawahała się – …no, inna trochę jest i dlatego… – Nie bardzo wiedziała, jak skończyć, zarzuciła więc pierwotną myśl i wskazała w kierunku, z którego Poradecki przyjechał. – Dojedzie pan do głównej drogi, przetnie ją i przy kapliczce skręci w prawo. Potem jeszcze trzysta, czterysta metrów po kocich łbach i będzie biblioteka. Taki stary parterowy budynek, najbrzydszy ze wszystkich. Na pewno pan pozna po czerwonej tabliczce. A co się… – Nie dokończyła, widząc, że Poradecki już schodzi po schodach. – Nie ma za co – burknęła za nim i stała tak jeszcze jakiś czas, patrząc za odjeżdżającym samochodem.
Rzeczywiście wystarczyło skręcić w prawo za kapliczką, by wszystko stało się jasne. Nawet gdyby kobieta nie opisała budynku, w którym mieściła się szkolna biblioteka, inspektor nie mógłby go z niczym pomylić, bo już z daleka widział, że dzieje się tam coś niezwykłego. Cztery samochody, w tym karetka, wóz policyjny i tak dobrze mu znany terenowy potwór podkomisarza Sobotki, stały wzdłuż wąskiej, brukowanej drogi i niemal całkowicie ją blokowały, co nie miało większego znaczenia, bo wokół samochodów i tak zebrała się już spora grupa gapiów, stłoczonych bezładnie za policyjną taśmą. Tuż za nią Poradecki dostrzegł kilka osób w mundurach oraz stojącą z boku bardzo szczupłą kobietę w kożuszku, która – jak się domyślał – musiała być Janiną Nowacką, dyrektorką szkoły podstawowej w Woźnickich Dołach.
Podjechał i zaparkował powoli za jedynym samochodem, którego nie rozpoznał – zapewne własnością pani dyrektor. Zanim wysiadł, zerknął jeszcze szybko w lusterko i z dezaprobatą pokręcił głową. Do czego się doprowadził przez tych kilka lat… Wprawdzie ostatnie miesiące rozmaitych diet i abstynencji pomogły mu wyjść z najgorszego, ale trudny czas po śmierci Morawca i rozstaniu z Martą, naznaczony nieokreślonym uczuciem do Doroty, skomplikowanej kobiety po przejściach, wyrył na jego wychudłej twarzy całą historię pełną szalonych wzlotów i dramatycznych upadków, mających kulminację w ostatecznym ultimatum usłyszanym pół roku temu od szefa wszystkich szefów. Brzmiało ono bardzo prostolinijnie i jednoznacznie: „Albo się za siebie weźmiesz, albo wypierdalasz”. Chcąc nie chcąc, zmuszony był wybrać to pierwsze.
Wysiadł z samochodu w rześki, słoneczny poranek. Ciemne chmury ustąpiły miejsca głębokiemu błękitowi nieba, wiatr ustał i tylko resztki śniegu na masce samochodu oraz zamarznięte oczka kałuż między kamieniami kocich łbów przypominały o porannym przymrozku. Poradecki skinął głową opartemu o radiowóz aspirantowi, który na jego widok wyprężył się nienaturalnie, a następnie podszedł do kobiety w kożuszku. Spojrzała na niego półprzymkniętymi oczami. Ślady łez i rozmazanego tuszu do rzęs wyraźnie znaczyły się na policzkach, ale wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że tę osobę trudno wyprowadzić z równowagi. Choć smutna, minę miała zaciętą i z całą pewnością zdążyła już przeanalizować najróżniejsze komplikacje, jakie ją czekają w związku z zaistniałą sytuacją.
Inspektor machnął jej przed oczami policyjną odznaką i wyciągnął rękę, którą po chwili wahania delikatnie uścisnęła.
– Domyślam się, że to pani dzwoniła do nas dziś rano – zaczął, a kiedy potwierdziła ledwie widocznym skinieniem, dodał: – Chciałbym zamienić dwa słowa po tym, jak… – Wskazał głową wejście do budynku biblioteki. – Zaczeka pani jeszcze kilka minut?
Dyrektor Nowacka nieznacznie wzruszyła ramionami.
– Nie widział pan tego – stwierdziła. Głos miała stanowczy, nawykły do wydawania poleceń. Nawet gdyby miał zgadywać, czym ta kobieta się zajmuje, dyrektorka szkoły byłaby jedną z jego pierwszych odpowiedzi. – Na to nie wystarczy kilka minut. I za godzinę pan stamtąd nie wyjdzie. A ja muszę jechać do pracy. Wolałabym sama powiedzieć dziewczynom, co tu zaszło. Jeżeli pan chce, możemy porozmawiać w szkole, kiedy już skończycie z tym tutaj.
Poradecki zauważył, że oboje starannie unikają słów takich jak „morderstwo”, „miejsce zbrodni” czy „ofiara”.
– Zresztą ja nie mam pojęcia, co tu się stało. Znalazłam ją, nic więcej.
– Co panią skłoniło, żeby przyjść do biblioteki akurat dziś rano? – Nikifor postarał się, aby jego pytanie zabrzmiało jak najłagodniej.
– Nie zadzwoniła – odparła krótko Nowacka.
– Słucham?
– Co w tym niezrozumiałego? Halinka była moją podwładną, pracowała wprawdzie tutaj, ale formalnie pełniła funkcję szkolnej bibliotekarki. Codziennie dzwoniła, żeby oznajmić, że już jest w pracy, ewentualnie że do pracy nie przyjdzie, chociaż to ostatnie praktycznie jej się nie zdarzało. Nie chorowała, nie brała urlopów, w zasadzie siedziała tu przez cały czas. Dlatego przyszłam, kiedy nie zadzwoniła po siódmej jak zwykle.
– Drzwi do budynku były otwarte?
Przytaknęła. Ale po chwili sprecyzowała:
– Właściwie nie tyle otwarte, ile niedomknięte. Ten zamek już dawno powinien zostać wymieniony, ale na razie mamy problem z naszym konserwatorem i nie bardzo jest komu to zrobić.
– Jakiego rodzaju problem? – zainteresował się Poradecki.
– A jak pan myśli? – Gorzki uśmiech mignął przez krótką chwilę na twarzy Nowackiej. – Eufemistycznie nazwałabym to okresowymi zaburzeniami świadomości. I może na tym poprzestańmy.
– Czy dotykała pani klamki, wchodząc do środka?
Pytanie wyraźnie ją zaskoczyło. I skonsternowało. Zapewne nie lubiła pytań, co do których nie była pewna odpowiedzi.
– Nie pamiętam – przyznała. – Być może je tylko pchnęłam. Chyba i tak się dowiecie, prawda? Odciski palców i w ogóle…
– Wolałbym wiedzieć już teraz.
Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym starannie dobierając słowa, stwierdziła:
– Na osiemdziesiąt procent jestem przekonana, że nie dotykałam klamki. Ale też nie myślałam o tym wtedy. W każdym razie na pewno nie dotykałam jej, kiedy wychodziłam. I niczego w środku. – Mówiąc to, zawahała się lekko i jakby pobladła, choć Poradecki mógł oczywiście ulec złudzeniu. – Spojrzałam tylko i… i wybiegłam na zewnątrz.
– Nie podeszła pani do ofiary, nie sprawdziła, czy żyje? – spytał Poradecki, nieco zdziwiony.
Popatrzyła na niego lodowatym wzrokiem i warknęła przez zaciśnięte zęby:
– Nie widział pan tego.
Poradecki drgnął, instynktownie spojrzał ku drzwiom i dostrzegł w nich zwalistą postać podkomisarza Sobotki, który widząc go, natychmiast ruszył ku niemu.
– Wrócimy do rozmowy – rzucił szybko inspektor. – Proszę zaczekać na mnie w szkole.
Sobotka, który zazwyczaj zgrywał rubasznego wujka o przyciężkim dowcipie, tym razem nie wyglądał na kogoś skłonnego do żartów. W milczeniu podał Poradeckiemu rękę.
– Źle jest? – Inspektor machinalnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i zaklął cicho. Ciągle zapominał, że już od pół roku nie pali.
– Gorzej – odpowiedział poważnie Sobotka.
Przeszli pod policyjną taśmą, minęli kolejnych dwóch aspirantów pilnujących drzwi frontowych i weszli do ciemnej, wilgotnej sieni z niedużym oknem na przeciwległej ścianie. Na lewo niskie schodki prowadziły do dwuskrzydłowych drewnianych drzwi, otwartych teraz na oścież, z czerwoną tabliczką głoszącą, że mieści się tu „Biblioteka Szkolna w Woźnickich Dołach”. Po prawej widniało zamknięte wejście do czytelni, o czym świadczył podobny napis przymocowany do identycznych drzwi. Z otwartego pomieszczenia dobiegł ich szmer przyciszonych głosów i po chwili na schody wyszło dwóch pielęgniarzy oraz starsza pani w fartuchu zarzuconym na krótką puchową kurtkę.
– Dzień dobry, pani doktor – przywitał ją Poradecki, odsuwając się, aby mogła przejść i zmieścić się w drzwiach frontowych. – Co za fatalne okoliczności na spotkanie po latach.
Spojrzała na niego i przymknęła delikatnie oczy, próbując rozpoznać go w półmroku. Inspektor pamiętał ją ze szpitala, gdzie spędził kilka tygodni po postrzale na jednej z akcji. To ona postawiła go wtedy na nogi, zmuszając do niekończących się rozmów w czasie swoich nocnych dyżurów. Niestety teraz za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć, jak ma na imię.
– Pan Poradecki – stwierdziła. – Dzień dobry. – Podsunęła mu rękę w lateksowej rękawiczce, którą lekko ujął. – No cóż – westchnęła – w naszej pracy to raczej normalne okoliczności, nie sądzi pan? Ale szczerze mówiąc, nie zazdroszczę. Przede wszystkim technikom, bo patolog chyba nie będzie miał większego kłopotu z określeniem przyczyny zgonu.
– To znaczy?
– Przecięcie… – zawahała się – …właściwie należałoby powiedzieć: przerwanie tętnicy szyjnej. Tak to przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda. Wykrwawiła się. Na szczęście nie cierpiała długo.
– Kiedy to się stało?
Posłała mu ledwie zauważalny uśmiech.
– Przecenia mnie pan, inspektorze. To nie moja dziedzina. Gdybym jednak miała zgadywać, to bezpiecznie byłoby powiedzieć, że od kilku do kilkunastu godzin temu. Ale proszę nie brać moich przypuszczeń nazbyt poważnie. Nieszczególnie się na tym znam, niech pan pamięta.
– To chyba nadmierna skromność, pani… – Nikifor zawahał się przerażony, ale nagle zmuszony do pracy umysł podpowiedział mu brakujące imię zupełnie nie wiadomo skąd: – …Sylwio.
Natychmiast zrozumiał, że przestrzelił. Uśmiech zniknął z jej twarzy, a po chwili nachyliła się i szepnęła mu do ucha:
– Na imię mam Aniela. Sylwia to ta druga, młodsza – odparła, po czym szczelniej owinięta fartuchem wyszła z zatęchłej sieni w rześkie powietrze poranka.
Poradecki patrzył za nią skonsternowany, dopóki Sobotka nie pociągnął go za rękaw.
– Chodź. Zaraz przyjadą chłopaki od Lasoty i pani prokurator. Rzućmy okiem, póki jeszcze możemy.
Inspektor, zawstydzony koszmarnym faux pas sprzed chwili, wszedł po schodkach, przygotowany na najgorsze. I omal nie potknął się o drobne ciało ciemnowłosej kobiety na podłodze, tuż przy drzwiach. Światło poranka wpadające do pomieszczenia przez uchylone okno oświetlało leżącą postać niczym na scenie w teatrze. Spoczywała w dziwnej, skurczonej pozie, z głową w rozległej, zaschniętej już kałuży krwi. Wyglądała jak ogromny, zasuszony embrion w szarej, włóczkowej kamizelce, filcowej spódnicy i starodawnych kozakach zasuwanych na ekspres. Jej podkurczone nogi sięgały niemal progu, a głowa zwrócona była w stronę masywnego biurka, gdzie przewieszony przez oparcie krzesła wisiał rzucony niedbale płaszcz oraz długi szal, którego koniec dotykał upiornej czerwonej plamy na podłodze. Samo pomieszczenie, niezbyt duże jak na biblioteczną salę, przedstawiało żałosny widok. Szuflady biurka, odwrócone do góry dnem, leżały na podłodze, a ich zawartość częściowo spoczywała w krwawej kałuży. To samo z porozrzucanymi wszędzie książkami oraz bibelotami, których ofiara wydawała się tu trzymać niezliczenie wiele.
– Szukał czegoś po jej śmierci – powiedział cicho Poradecki.
– Co mówisz?
Inspektor wskazał porozrzucane rzeczy.
– Nie zostały zachlapane krwią – wyjaśnił. – Morderca najpierw ją zabił, poczekał, aż się wykrwawi, a później przetrząsnął wszystko dookoła, zrzucając część rzeczy na podłogę.
– Niebezpieczne – stwierdził Sobotka.
– Bardzo. Mógł zostawić mnóstwo śladów, wdepnąć w krew, zachlapać nią ubranie, cokolwiek. Nie wygląda to na profesjonalną robotę.
– Zaskoczyła go? – Sobotka stał tuż za nim, ale był nieco wyższy, widział więc dobrze całe wnętrze.
– Raczej nie. – Poradecki wskazał przewieszony przez oparcie krzesła płaszcz. – Albo ubierała się do wyjścia, albo właśnie weszła do środka.
– Stawiałbym na to drugie – odparł Sobotka. – Gdyby zamierzała wyjść, płaszcz wisiałby na kołku.
– Weszła, zdjęła płaszcz, położyła go na oparcie, potem rzuciła na to szal – wyliczał cicho Poradecki. – Nie zdjęła rękawiczek. – Wskazał. – Może nie zdążyła. Może to nie ona mordercę, ale morderca ją zaskoczył przy tej czynności? Dlaczego nie odwiesiła ubrania na wieszak? Miała go pod ręką, tuż przy drzwiach. Widziała napastnika? Czy gdyby coś zauważyła, ułożenie ubrań wyglądałoby podobnie?
– Tylko jeśli by go rozpoznała. – Sobotka wyraził myśl, która i Poradeckiemu przyszła w tej chwili do głowy. – A może ją. Przy nieznajomym nie rozbierałaby się w ten sposób. Albo rozmawiałaby z nim, nie zdejmując płaszcza, albo odwiesiłaby go na wieszak.
– I ja tak myślę. Najwyraźniej czuła się na tyle swobodnie, by rzucić ubranie gdzie popadnie. Z drugiej strony należy pamiętać, że jesteśmy w bibliotece. Nieznajomi przychodzą tu od czasu do czasu, to nic nadzwyczajnego. Być może spotkała tego kogoś już na zewnątrz i wróciła tu pod jakimkolwiek pozorem. Zwrotu książek na przykład?
– W niedzielę? – zdziwił się komisarz. – Szkolne biblioteki chyba nie pracują w weekendy.
Poradecki aż jęknął.
– Rzeczywiście – westchnął. – Niedziela. Nie pracowała wczoraj. Więc po co tu przyszła?
– To i tak nie ma znaczenia. – Sobotka pokręcił głową. – Przy nieznajomym nie rzucałaby ubrania na krzesło. Poza tym morderca nie zaatakował od razu. Poczekał, aż ona zdejmie płaszcz. Może rozmawiali? Byli tu umówieni?
– Dlaczego nie zdjęła rękawiczek? – Poradecki w skupieniu rozglądał się po niewielkim pomieszczeniu. Było wychłodzone. – Kto otworzył okno? – zapytał.
– Nikt z naszych – odparł Sobotka. – Było już otwarte, kiedy przyjechaliśmy.
– Czyli morderca. Prawdopodobnie. Może chodziło o zapach. Co tam jest między drzewami? – Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. – Groby?
– Zdaje się, że jakiś stary cmentarz – odparł Sobotka. – Ciekawy widok, nie?
– Memento mori. – Nikifor uśmiechnął się gorzko. – Codzienne napomnienie z innego świata. Co wiemy o ofierze?
Sobotka wyjął z kieszeni kartkę złożoną na cztery.
– Nazywała się Halina Madej – odczytał. – Pięćdziesiąt dwa lata. Niezamężna. Pracowała tu jako bibliotekarka właściwie od początku kariery zawodowej, czyli od dwudziestu… – przeliczył szybko – …ośmiu lat. Studia polonistyczne na Uniwersytecie Łódzkim, następnie podyplomówka z bibliotekoznawstwa zaocznie. Tego dowiedziałem się od pani dyrektor Nowackiej – wyjaśnił. – Oraz tego, że była bardzo, wręcz maniakalnie oddana pracy. Mieszkała w niedużym domu pod lasem, ale większość czasu spędzała tutaj, nierzadko podczas świąt czy urlopu. Charakterologicznie introwertyczka. Zamknięta w sobie, ale z tego, co mówi pani dyrektor, nieprzeciętnie inteligentna.
– Nie miała pewnie wielu okazji, żeby się tą inteligencją wykazać – stwierdził Poradecki, po raz nie wiadomo który lustrując wzrokiem zagracone wnętrze biblioteki. – Jak myślisz, z iloma osobami można w Woźnickich Dołach podyskutować o literaturze, co?
Sobotka wzruszył ramionami.
– Tym bardziej należy szanować takich, z którymi jest to możliwe.
– Miała przyjaciół?
– Nic o tym nie wiem. Choć pani dyrektor wspomniała kogoś o imieniu Marcel. Zrobiła to machinalnie, co może wiele oznaczać, a może nie oznaczać zupełnie nic. Powiedziała coś jakby: „Dobrze, że Marcel tego nie widzi”. Ale nie było czasu dopytać. Zostawiłem to na później.
– I dobrze. – Poradecki po raz kolejny lustrował niewielkie pomieszczenie, chcąc zapisać w pamięci jak najwięcej szczegółów. – Gdzie komputer? – spytał. – I katalog szufladkowy?
– Może w tym drugim pomieszczeniu? – Sobotka wskazał drzwi na wprost. – Albo w czytelni?
Poradecki zawahał się, po czym zrobił duży krok i przeszedł nad leżącym w drzwiach ciałem. Następnie uważnie wytyczoną wzrokiem trasą – w trzech krokach, ostrożnie balansując na czubkach palców i omijając porozrzucane po podłodze przedmioty, dotarł do drzwi, częściowo ukrytych za jednym z regałów.
Starannie nałożył lateksowe rękawiczki, które wcześniej wyjął z kieszeni, dotknął klamki i delikatnie nacisnął. Drzwi, najwyraźniej źle osadzone na zawiasach, z przeciągłym zgrzytem same odemknęły się na oścież, otwierając przejście do kolejnego pomieszczenia. Spojrzał. W przeciwieństwie do rozświetlonego słonecznym blaskiem pokoju, w którym leżała ofiara, tutaj panował półmrok. Kilka sięgających sufitu rzędów bibliotecznych regałów skutecznie blokowało dopływ światła z okna ukrytego gdzieś na bocznej ścianie. W powietrzu wyczuwało się wyraźny zapach kurzu i starego papieru. Inspektor sięgnął po komórkę, aby włączyć latarkę, ale w jej bladym świetle dostrzegł niewiele więcej ponad to, co było oczywiste na pierwszy rzut oka. Panował tu niezmącony niczym porządek. Jakiż kontrast w porównaniu do piekła, które miał za plecami! Ani jeden przedmiot nie leżał na podłodze, grzbiety książek idealnie przylegały do krawędzi regałów, na półkach nie zauważył nic, co mógłby określić jako zbędne. Perfekcyjne biblioteczne wnętrze. Niezakłócona symetria. Jak na starych rycinach.
Włącznik światła miał po prawej stronie, na wysokości ramion, ale nie chciał niczego dotykać, aż pokój obejrzy ekipa techniczna. Ile książek znajdowało się w bibliotece? Trzy, pięć tysięcy woluminów? Chyba nie więcej. Po niemal trzydziestu latach znała je wszystkie na pamięć, co więc robiła siedząc tu dzień w dzień, wieczór w wieczór, samotnie przy tym ogromnym biurku, pod którym teraz leżała w kałuży krwi?
Poradecki odwrócił głowę i zobaczył, że Sobotka patrzy na niego z zaciekawieniem z drugiego końca pokoju – znad drobnego ciała leżącego pomiędzy nimi, pośród chaosu porozrzucanych przedmiotów.
– Chyba znalazł – powiedział cicho Nikifor.
– Co mówisz?
– Morderca. Myślę, że znalazł to, czego szukał – powtórzył, nie podnosząc głosu. – Może nawet nie otworzył tych drzwi. A sądząc po determinacji, z jaką tu wszystko przekopał, nie podejrzewam, żeby tak po prostu sobie poszedł i nie zabrał rzeczy, dla której ją zabił.
Zamilkli.
– Jest komputer? – spytał po chwili Sobotka.
Poradecki pokręcił głową.
– Katalogu też nie ma – dodał cicho. – Pewnie jest w czytelni.
Przez jakiś czas nie docierał do nich żaden dźwięk, jak gdyby życie wokół zatrzymało się na chwilę dla nabrania oddechu. Poradecki bezwiednie spojrzał w uchylone okno i w ostrych promieniach porannego słońca, między drzewami porastającymi cmentarz dostrzegł coś, co zatrzymało jego wzrok na dłużej. Po raz kolejny zmrużył oczy, aby nadać znajomy kształt burej kamiennej figurze stojącej na obtłuczonym cokole w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z pochylonych krzyży. Stwierdził, że patrzy na odzianego w powłóczystą szatę anioła z utrąconym skrzydłem i twarzą skierowaną ku niebu. Czy to bezgłośna modlitwa, czy niemy krzyk rozpaczy, by wyrazić bezsens tego, co zaszło w tym pokoju kilka, a może kilkanaście godzin temu? Patrzyła na tego anioła dzień w dzień. Kim była dla niej ta kaleka kamienna postać? Aniołem stróżem? A może właśnie złowieszczym demonem śmierci? Bo było coś złowieszczego w przeznaczeniu, które dopadło tę drobną kobietę tam, gdzie spędziła większą część życia. Gdzie przesiadywała długimi jesiennymi wieczorami, wpatrzona zapewne każdego dnia w ten mały fragment podłogi, na którym przyszło jej spędzić ostatnie sekundy życia – w niewygodnej pozycji, w kałuży krwi.
– Ma dwie rany na szyi – powiedział nagle Sobotka, nachylając się nad ciałem. – Głębokie. Jakby ją wampir ukąsił.
– Co mówisz?
Nikifor raz jeszcze ostrożnie przeszedł nad ciałem i nachylił się nad nim, próbując wypatrzeć to, o czym przed chwilą powiedział podkomisarz. Rzeczywiście tam były. Dwa wyraźne ślady nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, że właśnie tą drogą wypłynęło życie z wątłego ciała Haliny Madej, szkolnej bibliotekarki w Woźnickich Dołach.
Prokurator Anna Rajkowska była kobietą równie atrakcyjną, co kąśliwą. Inspektor Poradecki wielokrotnie przekonywał się, że pozornie niewinna maska starannie upiętych blond włosów, nienagannego makijażu oraz wyszczuplających sylwetkę elegancko skrojonych żakietów skrywała charakter twardy i nieprzejednany, a nade wszystko uszczypliwy i nietolerujący niedociągnięć. Podkomendni inspektora między sobą nazywali panią prokurator „tą upierdliwą babą”, ale Nikifor, mimo że często bez słowa wysłuchiwał owych wyrzekań, w głębi serca szanował jej zaangażowanie w pracę i fakt, że kiedy przyszło co do czego, potrafiła obronić go przed szefem wszystkich szefów, zaświadczając o „profesjonalizmie inspektora i oddaniu sprawom, które wraz z nią prowadził”. Bywała szorstka, bez wątpienia, ale nie pozwalała robić krzywdy swoim ludziom. No, chyba że dawali ciała. Dopiero wtedy wychodziła z niej naprawdę upierdliwa baba.
Poradecki nie byłby sobą, gdyby pewnego pięknego dnia nie wypróbował na pani prokurator swych legendarnych uwodzicielskich zdolności. Jako młoda, atrakcyjna, zdecydowana kobieta bardzo mu się podobała. Trochę przypominała Martę, i to nie tylko ze względu na bujną blond fryzurę i niezłą sylwetkę, ale przede wszystkim dzięki inteligentnym ripostom i wysmakowanej ironii, z jaką atakowała mniej rozgarniętych rozmówców. Lubił słuchać, jak miesza z błotem kolejnego osiłka przekonanego, że z łatwością poradzi sobie z drobną panienką samym tylko spojrzeniem i imponującą muskulaturą.
Gdy więc pewnego razu prowadzona przez nich sprawa właściwie sama się rozwiązała, Nikifor skorzystał z okazji i zaprosił panią Rajkowską na obiad do jednej ze staromiejskich restauracji. Tryskał humorem, rzucał błyskotliwe uwagi i komplementował towarzyszkę aż do momentu, gdy pani Anna, niewątpliwie świetnie się przy tym bawiąc, zamówiła najdroższą z potraw w karcie plus wino z górnej półki i obserwowała przy tym wygibasy inspektora, który rozpaczliwie próbował zaoszczędzić przynajmniej na swoim zamówieniu. Skończyło się na tym, że pani prokurator sama za wszystko zapłaciła i wyszła ubawiona, pozostawiwszy go przy stoliku z rozdziawioną gębą, poczuciem bezgranicznej żenady i zdruzgotanym męskim ego.
Dopiero później dowiedział się, że od niedawna narzeczonym pani Rajkowskiej jest nie kto inny jak legenda oddziału kardiologicznego jednego z łódzkich szpitali, obecnie z prywatną kliniką i grubymi pieniędzmi na koncie – niejaki Grzegorz Keller, zabójczo przystojny. Fakt, że facet dobiegał sześćdziesiątki i owdowiał nie dalej jak kilka miesięcy wcześniej, miał w tych okolicznościach najwyraźniej drugorzędne znaczenie. Pani prokurator z całą pewnością wiedziała, gdzie skutecznie lokować uczucia.
Po przygodzie w restauracji inspektor przez kilka tygodni unikał Rajkowskiej, wymawiając się różnymi zmyślonymi historiami, ale taki stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność, a poza tym cała ta awantura zbiegła się z jego kolejnym trudnym okresem w pracy. Okresem zwieńczonym przez owo legendarne już ultimatum, skutkujące mozolnym wychodzeniem z dołu, do którego sam się wpakował i w którym siedział od ładnych paru lat.
I wtedy właśnie pani prokurator podała mu pomocną dłoń. Nienachalnie i bez zbędnego moralizowania, co w równym stopniu ucieszyło go, jak i zdumiało. Na szczęście w pomaganiu ludziom okazała się co najmniej tak samo skuteczna jak w ich rozjeżdżaniu. Poznali się wówczas trochę lepiej. Może nie na tyle, by mówić sobie po imieniu, ale w wystarczającym stopniu, by obdarzyć się niezbędnym w tej pracy zaufaniem. On lepiej rozumiał jej zachowania, a ona nabrała nieco więcej tolerancji dla jego nie zawsze rozsądnych pomysłów.
Dlatego kiedy tym razem Rajkowska przyjechała na miejsce zbrodni elegancką białą Toyotą, inspektor natychmiast zauważył, że nie wszystko, a właściwie to nic nie wygląda jak zawsze. Przede wszystkim pani prokurator przybyła do Woźnickich Dołów długo po tym, jak zjawili się tam technicy oraz patolog. Nikifor nie przypominał sobie, by kiedykolwiek miało to miejsce. Zazwyczaj to ona przywoływała wszystkich do porządku, karcąc za niepunktualność, brak zaangażowania i nieregulaminowe zachowania. Aż tu nagle coś takiego. Ciemne okulary w środku jesieni, wysoko postawiony kołnierz krótkiego płaszcza oraz kilka niewyszukanych pytań zadanych beznamiętnym tonem dopełniły obrazu na tyle, że odprowadzając ją do samochodu po nadzwyczaj krótkich oględzinach miejsca zbrodni, Nikifor ośmielił się spytać, czy mógłby w czymś pomóc.
Nawet nie odwróciła głowy.
– Dlaczego pan pyta?
– Nie jestem ślepy.
Przystanęła. Była od niego niższa, więc zadarła tylko głowę, aby spojrzeć mu w oczy zza ciemnych szkieł, i warknęła, oddzielając od siebie poszczególne słowa:
– Po prostu róbcie, co do was należy, dobrze? Tylko czekać, aż zlecą się sępy z mediów.
Wyraźnie nie panując nad sobą, szarpnęła drzwiczki samochodu, cisnęła okulary na fotel pasażera i usiadła za kierownicą. A Poradeckiemu nagle przeszło przez myśl, że gdy na podłodze biblioteki wciąż jeszcze spoczywały w zaschniętej kałuży krwi zwłoki zamordowanej kobiety, uwaga pani prokurator o sępach nie była szczególnie na miejscu.
Zanim przekręciła kluczyk w stacyjce, raz jeszcze spojrzała na niego i syknęła:
– Będę dzwonić.
Ruszyła z impetem, a kiedy Nikifor odprowadzał wzrokiem odjeżdżający samochód, słuchając rytmicznego turkotu szerokich opon na bruku, podszedł do niego Sobotka i szturchnął go w ramię.
– Co ją ugryzło? – spytał.
Poradecki wzruszył tylko ramionami.
– W każdym razie dobrze to nie wygląda. Co tam?
Sobotka wyciągnął dłoń, na której trzymał telefon.
– Ktoś bardzo, ale to bardzo chce z tobą rozmawiać – oznajmił, wykrzywiając twarz w nieprzyjemnym grymasie.
Poradecki zerknął na wyświetlacz i zaklął pod nosem.
– O wilku mowa – prychnął i odchodząc na bok, wybrał numer, który kiedyś zapisał sobie w telefonie pod hasłem „Palant”.
Miła pani znajomym głosem oznajmiła, że abonent prowadzi właśnie rozmowę i jest czasowo niedostępny. Nikifor wzniósł oczy ku niebu w nieco teatralny sposób. Akurat tę spośród wszystkich nieodzownych czynności tego dnia chciałby mieć jak najszybciej za sobą. Postanowił, że odczeka chwilę i zadzwoni jeszcze raz.
Odwrócił głowę i uważnie zlustrował zebranych za drogą. Starsi panowie w watowanych kurtkach oraz kilka kobiet, pękatych, z rękami założonymi na ogromnych biustach lub trzymających się pod boki. Mężczyźni rozmawiali grupkami, dziwnie do siebie podobni. Jedni z papierosami, inni z rękami w kieszeniach, byli pogarbieni i spokojni – może podświadomie zdawali sobie sprawę z powagi chwili. Że oto w jakimś sensie zmienia się ich życie. Że kiedyś ten listopadowy poranek będą wspominać jako „dzień, w którym znaleźliśmy Halinkę, pamiętacie?”.
Na razie jeszcze nic nie wiedzieli, jeszcze zerkali w stronę policjantów, próbując z zasłyszanych strzępków rozmów wyłapać coś, co dałoby się później opowiedzieć znajomym, ale już za chwilę nabiorą pewności, pójdą pod sklep i tam rozpoczną zwyczajową wymianę opinii. Podniesione głosy, dym papierosowy, co rusz jakieś grubsze słowo rzucone w przestrzeń. Niczym coniedzielne, rytualne spotkanie pod kościołem. Agora.
Otrząsnął się, kiedy dobiegł go dźwięk przychodzącego esemesa. Spojrzał na wyświetlacz – właściciel podanego numeru skończył właśnie rozmowę. Szybko podniósł telefon do ucha i odwrócony plecami do stojących za drogą, czekał. Szorstki męski głos z drugiej strony odpowiedział dopiero po kilku sygnałach:
– Dobrze, że dzwonisz – usłyszał. – Sam miałem zamiar, ale doszedłem do wniosku, że i tak nie odbierzesz.
– Czego chcesz? – burknął Poradecki. – I od kiedy to jesteśmy na „ty”? – dorzucił nerwowo, zanim zdążył ugryźć się w język.
– Naprawdę? – Jego rozmówca udał zdumienie, po czym przechodząc w przesadnie oficjalny ton, dodał z emfazą: – Jest coś, o czym nie wiem, inspektorze?
Nikifor nie zamierzał odpowiadać na słowne zaczepki. Zbyt długo znał redaktora naczelnego „7 Dni w Regionie”, ostatniego papierowego źródła informacji działającego w mieście, by nie zdawać sobie sprawy, że za próbą kontaktu z policją w godzinę po tym, jak „w jednej z prowincjonalnych lokalizacji” odnaleziono świeżego trupa, stało coś więcej niż zwykła ciekawość. Rick Rychter zwietrzył sensację i wiadomo było, że nie odpuści. A jeżeli nie dowie się czegoś teraz, to za godzinę postawi piwko stojącym pod sklepem mistrzom dezinformacji. I cokolwiek od nich wyciągnie, na pewno nie przyjdzie mu na myśl, aby jakkolwiek to weryfikować.
Wpadli na siebie, kiedy początkujący dziennikarz (wówczas po prostu Rysiek Rychter), za wszelką cenę szukając tematu tam, gdzie tematów dramatycznie brakowało, namierzył wtedy jeszcze podinspektora Nikifora Poradeckiego w niedwuznacznej sytuacji z żoną zastępcy naczelnika urzędu skarbowego – to znaczy trzymających się za ręce podczas romantycznej kolacji w jednej z łódzkich restauracji. Zdjęcie zrobione przez szybę z ulicy wyszło nadzwyczaj korzystnie i prezentowałoby się bardzo okazale w najnowszym numerze „7 Dni w Regionie”, gdyby w ostatniej chwili Poradecki nie uruchomił swoich dawnych znajomości i nie wstrzymał publikacji, zdając sobie jednak sprawę, że kompromitujące zdjęcia w rękach tego bezczelnego smarkacza to nic innego jak bomba z opóźnionym zapłonem.
Odtąd jego stosunki z Dorotą Niewiadomską uległy ochłodzeniu, a w telefonie pojawił się nowy wpis obok numeru nielubianego redaktora, który już wkrótce zaczął podpisywać swoje artykuły w gazecie jako Rick Rychter albo po prostu RR.
– Redakcyjne wróble ćwierkają, że macie tam, panowie, niezły pasztet od samego rana. – Rychter z miejsca przeszedł do rzeczy.
– Akurat tym idiotycznym słowem bym tego nie określił – odpowiedział cicho inspektor, siląc się na spokój. – Twoje wróble mogłyby okazywać zmarłym trochę więcej szacunku.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Jedynie gdzieś w tle słychać było przytłumione odgłosy rozmowy kilku osób, ale i je wyciszyło po dłuższej chwili wyraźne trzaśnięcie drzwiami. Zaraz potem dziennikarz odezwał się ponownie, tym razem już znacznie poważniejszym tonem:
– W porządku, przekażę. I rozumiem, że nie mogę liczyć na żadne szczegóły z pierwszej ręki po starej znajomości?
– Dobrze rozumiesz. – Mimo wcześniejszych uwag Nikifor też przeszedł na ty. – Czego chcesz?
– Ofiara to Halina Madej, prawda? – usłyszał i zastygł nagle z aparatem przy uchu. – Taka drobna, ubrana w niemodne ciuchy. Kraciasty płaszczyk, kapelusz, kozaki z Peerelu, starodawny skórzany tornister. Trochę zakręcona. To ona, prawda? Powiedz tylko, czy mam rację. I tak się dowiem.
– Ona. – Poradecki westchnął, czując nagłą suchość w gardle. – Skąd o niej wiesz?
Kolejna chwila ciszy.
– Była tu – odpowiedział w końcu Rychter. – U nas w redakcji. Jakieś… – zawahał się – …trzy tygodnie temu.
Nikifor zaklął w myślach. Dobrze wiedział, co teraz nastąpi. Licytowanie się. Informacja za informację.
– Będziesz musiał nam o tym opowiedzieć – rzucił do telefonu.
– Nic nie będę musiał – odparł szybko dziennikarz. – Na razie rozmawiamy prywatnie. Ale może kiedyś uznam za stosowne podzielić się z naszą kochaną policją wszystkim, co wiem. Oczywiście pod pewnymi warunkami.
– Zdajesz sobie sprawę, że wchodzisz na grząski grunt…
– Nigdzie nie wchodzę – przerwał Rychter. – Święty dziennikarski obowiązek: chronić źródła informacji. Porozmawiamy, kiedy uznam, że nadszedł na to odpowiedni moment. Potrzebuję tylko zapewnienia, że od tej pory ja i moja gazeta otrzymujemy pierwszeństwo w dostępie do wszelkich informacji o ewentualnych postępach w sprawie. Oficjalnie czy nieoficjalnie, to już mniejsza. – Ponieważ Poradecki nie odpowiadał, redaktor dodał: – Na razie nawet nie podejrzewasz, co cię czeka. Ale to tylko kwestia dni, może godzin. I zrozumiesz, że przyda ci się ktoś zaufany, kto rzetelnie wszystko opisze bez szukania taniej sensacji.
– Nie rozśmieszaj mnie.
– Nie zamierzam. Powiedziałbym nawet, że jestem śmiertelnie poważny. Bo to jest poważna sprawa.
– W jakim sensie?
– Słucham?
– W jakim sensie „poważna”? Z jakiej… – Nikifor przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. – Z jakiej kategorii?
Po drugiej stronie zapadła cisza i Poradecki był przekonany, że nic więcej z Rychtera nie wyciągnie. A jednak tamten się nie rozłączył. Po dłuższym milczeniu odpowiedział nieco zmienionym głosem:
– Z kategorii dziwnych.
W tej samej chwili zza pleców dobiegły Nikifora kroki, więc odwrócił głowę i kątem oka zobaczył nadchodzącego Sobotkę.
– Niepokoisz mnie, Rychter – rzucił szybko do telefonu.
– To dobrze o tobie świadczy. Czyli jak z tą wyłącznością?
– Nic ci nie mogę w tej chwili…
– Kurwa mać, Nikifor. Ja nie żartuję. Będę ją miał czy nie?
Ze zniecierpliwionej miny Sobotki Poradecki wnosił, że zaszło coś niespodziewanego.
– Pomyślę – warknął i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. – Co jest?
– Chodź szybko – szepnął Sobotka. – Mamy sytuację po tamtej stronie budynku. Tylko nic nie daj po sobie poznać. Nie byłoby dobrze, gdyby ci tutaj coś zwąchali. – Wskazał głową stojących pod drzewami gapiów.
Nikifor wyczuł w kieszeni wibrowanie telefonu, ale kiedy zobaczył, że dzwoni Rychter, odrzucił połączenie. Minęli stojącego przy radiowozie aspiranta i przeszli za róg budynku. Momentalnie powiało chłodem. Mimo pogodnego nieba słońce wisiało jeszcze nisko nad horyzontem i ponury gmach rzucał tu głęboki cień, w którym zalegały niestopione jak dotąd spłachcie burego śniegu sprzed paru dni. Pod ścianą siedział na mokrej ziemi zarośnięty mężczyzna o nieco żulowatym wyglądzie i ponurym wzrokiem wpatrywał się w nadchodzących. Ręce miał skute za plecami, a nad nim stało dwóch młodych policjantów, wyraźnie podekscytowanych i aż czerwonych z wysiłku.
– Co się tu wyprawia, do cholery? – spytał Poradecki scenicznym szeptem, podchodząc do nich i wskazując na siedzącego pod ścianą. – Co zrobił, że aż go skuliście i rzuciliście na ziemię? Kto to w ogóle jest?
Jeden z policjantów zasalutował niezgrabnie i odpowiedział, zacinając się:
– Na-naskoczył na nas z-znienacka, panie inspektorze.
– Jak to „naskoczył”? Tak po prostu?
– Prze-przeszedł pod taśmą i jak żeśmy mu kazali się co-cofnąć, to wtedy na-naskoczył.
Siedzący na ziemi mężczyzna jęczał z wyraźnie słyszalną nutą desperacji w głosie:
– To oni… mnie… napadli… – Szarpnął kilka razy skutymi rękami i zrezygnowany oparł plecy o ścianę.
Nikifor spojrzał wymownie na Sobotkę, a on bez słów zrozumiał, o co chodzi. Popatrzył groźnie na drugiego z policjantów.
– Nazwisko?
– Aspirant Zenon Bartkowiak, panie podkomisarzu. Gminna komenda…
– W porządku. Meldujcie no, co tu dokładnie zaszło, aspirancie Bartkowiak. Tylko bez ściemniania.
Młody policjant pobladł nieco, ale po chwili zaczął opowiadać, co jakiś czas spoglądając kątem oka na kolegę, który jednak nie zwracał na niego uwagi, wpatrzony gdzieś w dal poza plecami Poradeckiego.
– No to… tego – zaczął Bartkowiak. – Zobaczyłem, że ktoś idzie od tamtej strony. Od pola. Zdziwiłem się, że nie drogą, tylko stamtąd. Szturchnąłem Jacka i mówię mu, że od pola ktoś idzie. To poszliśmy. I ja mówię temu gościowi, żeby tu nie szedł, bo jest policja i nie wolno. Ale on… – zawahał się i spojrzał na kolegę, który jednak nie odwzajemnił spojrzenia. – To znaczy on szedł dalej i trzeba go było jakoś zatrzymać, więc znowu mówię do niego, że nie wolno, a ten nic… – Ponownie spojrzenie na kolegę. – No to wypadało podejść… Podeszliśmy, a on wtedy do nas… No to Jacek go przytrzymał, a ja… no…
– Całe szczęście, żeście go, kurwa, nie zastrzelili – jęknął Poradecki, a Sobotka uśmiechnął się pod wąsem.
– Co mie-mieliśmy ro-robić? Na-naskoczył na nas – oburzył się drugi z policjantów, nazwany przez kolegę Jackiem.
– W porządku – mruknął Poradecki, machnąwszy ręką. Podszedł do siedzącego pod ścianą mężczyzny, nachylił się nad nim i potrząsnął lekko za ramię. Tamten podniósł wzrok, charcząc coś niezrozumiale. Białka miał przekrwione i śmierdział wielodniowym brudem. Pod szczecinowatym zarostem twarz znaczyły mu liczne zmarszczki. Równie dobrze mógł mieć czterdzieści, jak i sześćdziesiąt lat.
– Jak się nazywasz? – spytał szorstko Poradecki.
Tamten wymemłał coś niezrozumiale.
– Co mówisz?
Kiedy mężczyzna powtórzył, Nikifor, przygotowany już na to, co usłyszy, zdołał wydobyć z charkotu pojedyncze słowa:
– Nie… naskoczyłem… To… oni… naskoczyli…
– A dokąd szedłeś?
– Ja… nic…
– Co mówisz?
– …nie… zrobiłem…
Mężczyzna pociągnął kilka razy nosem, po czym wydał z siebie jakiś buczący jęk, który w innej sytuacji można by uznać za żałosne błaganie o litość, tu jednak był on tak nie na miejscu, że policjanci kompletnie zbaranieli, nie wiedząc, jak się zachować. Mężczyzna buczał, charczał i chlipał na przemian, trąc brudnymi dłońmi o plecy.
– Rozkujcie go, do ciężkiej cholery, przecież na oko widać, że to chory człowiek – warknął Poradecki.
– Ma-mamy go puścić, inspektorze?
Nikifor czuł, że za chwilę trafi go szlag. Mimowolnie zacisnął pięści. Spojrzał na młodego z ogniem w oczach i wycedził przez zaciśnięte zęby:
– A masz jakiś inny pomysł, kolego? Postawcie go na nogi i doprowadźcie do porządku. A ty, Mariusz – zwrócił się do Sobotki – przyprowadź tu któregoś z tych ludzi przy drodze. Tylko dyskretnie, wiesz, o co chodzi.
Kiedy Sobotka wrócił po kilku minutach w towarzystwie korpulentnej kobiety w średnim wieku, mężczyzna już nie charczał. Łypał tylko wokół na otaczające go obce twarze, wyraźnie oszołomiony i nieświadomy, co się wokół niego dzieje.
– Pani sołtys – oznajmił krótko Sobotka.
Kobieta wyciągnęła rękę do Poradeckiego, a on potrząsnął nią, jakby witał starego znajomego. Kątem oka zauważył, że mężczyzna nagle przestał się rozglądać i wbił w nowo przybyłą wzrok przepełniony nienawiścią.
– Kalinowska – przedstawiła się pani sołtys. – Podobno mogę w czymś pomóc? – Wyglądała na osobę pełną animuszu i raczej nienawykłą do wysłuchiwania rozkazów.
Poradecki wskazał stojącego pod ścianą mężczyznę.
– Wie pani, kto to jest?
W jej głosie dało się słyszeć cień lekceważenia, gdy odpowiedziała:
– Borys. Wszyscy go tu znają – odparła, po czym zakręciła palcem przy skroni, dając znać, z kim mają do czynienia.
– Sama… jesteś… wariatka – warknął mężczyzna i zwrócił się bezpośrednio do Poradeckiego: – Idę… do domu!
Nikifor mimowolnie uniósł rękę, jakby chciał go powstrzymać, choć tamten przecież nawet się nie poruszył. Opuścił ją szybko, trochę zawstydzony tym niekontrolowanym gestem, i ponownie zwrócił się do pani sołtys Kalinowskiej:
– Proszę, aby na razie nie opowiadała pani nikomu, co tutaj zobaczyła, dobrze? – A kiedy kobieta niepewnie skinęła głową, dodał: – Muszę wiedzieć, gdzie ten człowiek mieszka i jak się nazywa. Czy Borys to jego prawdziwe imię?
Kobieta machnęła ręką.
– Wszyscy tak tu na niego mówią. Borys i Borys. Normalnie to on jest chyba Ludwik. – Wzruszyła ramionami. – A nazywa się Madej, panie oficerze – dodała, patrząc na niego uważnie, bardzo zadowolona z wrażenia, jakie ta informacja wywarła na Poradeckim.
– Madej? – zapytał, machinalnie wskazując palcem na budynek biblioteki. – Od bibliotekarki? Ojciec?
Kalinowska gwałtownie zaprzeczyła.
– Brat, gdzie tam ojciec! Stary Madej już grubo ponad trzydzieści lat ziemię gryzie. Halinka jeszcze w szkole była, jak zginął…
Nikifor wymienił z Sobotką porozumiewawcze spojrzenia. Skoro ofiara niedawno skończyła pięćdziesiąt lat, brat musiał być od niej sporo starszy. Dziesięć? Dwadzieścia?
– Co on znowu zmalował? – zainteresowała się Kalinowska, patrząc z pogardą na stojącego pod ścianą mężczyznę, który również nie odrywał od niej wzroku. – To kawał skurczysyna jest, jeżeli chcecie panowie wiedzieć. Utrapienie dla całej wsi. Tyle razy mówiłam Halince, żeby do jakiego zakładu go oddać, ale ona zawsze, że na to jeszcze jest czas. No. A teraz już za późno. O, miała z nim krzyż pański ta dziewucha, miała… – Nagle jakby coś przyszło jej do głowy. Otworzyła szerzej oczy i pochyliła się nieznacznie ku inspektorowi. – To on ją… tego? – Przejechała palcem po szyi, a Nikiforowi aż krew uderzyła do głowy.
– Sama… jesteś… skur… wysyna… – Madej międlił słowa w zaciśniętych ustach.
Wtrącił się Sobotka:
– Chwilowo to nie wasza sprawa, droga pani sołtys, czy on ją tego, czy nie tego. Pan inspektor zapytał, kim ten człowiek jest i gdzie mieszka. Jedno już wiemy. To proszę nam jeszcze łaskawie powiedzieć drugie i nie będziemy pani dłużej zatrzymywać. A może oni razem mieszkali, co? Brat i ofiara… pani Halina znaczy. Mieszkał z siostrą w jednym domu?
Odpowiedź Kalinowskiej nie była jednoznaczna.
– No, niby w jednym. Tak. Tak można powiedzieć – rzuciła, po czym bezceremonialnie chwyciła Sobotkę za rękaw kurtki i pociągnęła go kilkanaście metrów w kierunku cmentarnego parkanu. Tam przyłożyła dłoń do czoła, jakby osłaniała oczy przed słońcem, którego blask i tak tutaj nie docierał, po czym drugą ręką wskazała coś, co wyglądało jak nieco jaśniejszy punkt na ciemnej ścianie lasu.
– Widzisz pan? Tam? To ich chałupa. Pod lasem. Numer siedemdziesiąty szósty. Trochę daleko, ale samochodem panowie dojadą. Za kościołem w prawo i dalej już was droga poprowadzi. Skończy się asfalt, to będziecie jeszcze musieli kawałek dojść. Przez pola bliżej, ale gdzie tam o tej porze przez pola. Zresztą on wam pokaże. Do swojej chałupy chyba trafi, aż taki ciemny nie jest. Czasami to ja w ogóle myślę, że tylko udaje głupiego.
– Dziękuję pani bardzo – rzucił szybko Sobotka, klepiąc panią sołtys protekcjonalnie po ramieniu. – Bardzo nam pani pomogła.
– Niech mi pan powie, to on Halinkę…? – Przez chwilę zastanawiała się, jakiego słowa użyć, ale ponieważ najwidoczniej żadne nie przyszło jej do głowy, zawiesiła tylko znacząco głos i spojrzała na podkomisarza pytającym wzrokiem spod przymrużonych powiek.
– Wszystko w swoim czasie – odparł Sobotka, dając jej do zrozumienia, że nie da się namówić na nieregulaminowe zachowania nawet komuś tak ważnemu, jak pani sołtys Kalinowska.
– Skąd wiedziałeś, że to sołtyska jest? – spytał szeptem Poradecki, gdy kobieta zniknęła za rogiem budynku.
Sobotka wyjął pudełko papierosów z wewnętrznej kieszeni kurtki i jednocześnie szukając zapalniczki, wyciągnął paczkę w stronę Poradeckiego. Po chwili jednak cofnął rękę.
– Sorry – mruknął. – Ciągle zapominam, że rzuciłeś. Ten młody policjant, co pilnuje przy radiowozie, to chłopak stąd. Mieszka tu niedaleko. – Wskazał w nieokreślonym kierunku.
– Naprawdę? – zdziwił się Poradecki. – Co za jeden?
– Z gminnego. Aspirant Arkadiusz Wasik. Wygląda mi na bystrego.
– I do policji przyszedł? Znaczy pasjonat.
Sobotka wykrzywił usta w wymuszonym uśmiechu, ale nic nie powiedział. Zaciągnął się i wypuścił chmurę dymu ku rozległej przestrzeni pokrytych jeszcze porannym szronem pól.
– Idę do domu – usłyszeli za plecami.
Madej stał oparty o mur biblioteki, obserwując ich uważnie. Sobotka spojrzał na Nikifora z niemym pytaniem w oczach, ale ten tylko wzruszył ramionami.
– Przecież nie będziemy go tu trzymać – rzekł. – I tak nic nam nie powie. Ty zostań, ja odwiozę go swoim samochodem.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1
2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
