W cieniu zemsty - Lena Veyra - ebook
NOWOŚĆ

W cieniu zemsty ebook

Lena Veyra

4,3

440 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna noc wystarczyła, by jej świat runął.

Brutalnie pobita postanawia ukryć ten fakt, bo wie, że prawda mogłaby zniszczyć nie tylko ją. Teraz musi zapomnieć o tym, kim była, odnaleźć winnego i wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę.

On nie angażuje się w związki, nie ufa emocjom…

Gdy jednak siostra prosi go o pomoc dziewczynie, która została skrzywdzona, niechętnie się zgadza. Na początku traktuje to jako przysługę, lecz z każdym dniem coraz bardziej wciąga go jej historia, jej ból i ona sama.

Pomaga w zemście, aż w końcu staje się jej częścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (26 ocen)
15
6
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zaczytana_introwertyczka

Nie oderwiesz się od lektury

Lena znów to zrobiła. Znów napisała fajną historię, która wywołuje emocje, a dla mnie one są najważniejsze.
62
chwila_z_ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Intensywnie emocjonalna historia dwójki młodych ludzi doświadczonych przez los. Bolesna opowieść poruszająca trudne tematy. A przy tym cudownie ujmująca i chwytająca za serce.
52
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Ponownie autorka zaskakuje znakomitą fabuła i bohaterami,którym się kibicuje! Polecam!
52
Heske

Nie oderwiesz się od lektury

Super i chce się więcej ...polecam
20
RokBrown

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia
20



Drogi czytelniku,

Carlo to postać drugoplanowa z Filatury, ale spokojnie - nie musisz znać tamtej opowieści, by w pełni zanurzyć się w tej książce. Jeśli jednak Francesco i Lilian wzbudzą Twoją ciekawość, zachęcam do sięgnięcia po ich historię.

Życzę przyjemnej lektury.

Rozdział 1

Luna

– Jess, chodź już, proszę – mówię, nachylając się, żeby przekrzyczeć hałas.

Ona tylko przewraca oczami i upija kolejny łyk drinka, jakby alkohol potrafił zatrzymać czas. Ma zaciśnięte na zimnym szkle palce, a w jej oczach tli się bunt.

– Jeszcze chwilę – rzuca lekko, a ja wiem, że to „chwilę” może trwać do rana.

– Mówiłaś to pół godziny temu.

– No i co z tego? – Jej głos brzmi beztrosko, co irytuje mnie jeszcze bardziej.

Wzdycham, sięgam po dłoń Jess i próbuję ją wyciągnąć z tego miejsca.

– Wracajmy.

Patrzy na mnie przez moment, a potem odsuwa rękę.

– Idź, jeśli chcesz. Ja jeszcze nie skończyłam.

Zawsze tak jest. Najpierw prosi, żebym z nią poszła, mówi, że nie chce iść sama, bo beze mnie będzie nudno. A potem? Potem jakby mnie nie było.

Siedzi na oparciu kanapy zatopiona w rozmowie z kimś, kogo ledwie zna. Nie reaguje, gdy znowu usiłuję ją przekonać.

– Jutro rano musisz być na uczelni. Słyszysz mnie w ogóle?

Zerka w moją stronę, lecz to spojrzenie jest puste. Odpuszczam. Po co się szarpać i męczyć, skoro i tak nic to nie zmieni? Nie zamierzam siedzieć tu z nią do świtu. I tak jej nie upilnuję, bo zawsze robi, co chce. Jutro jak zwykle będzie mnie przepraszać, ale to ostatni raz, kiedy się zgodziłam.

– Idę – rzucam, chociaż wiem, że to ją nie obchodzi.

Zanim wyjdę, kieruję się jeszcze na górę do toalety. Znam ten dom aż za dobrze. Byłam tu tyle razy, że mogłabym po nim chodzić z zamkniętymi oczami. Muzyka dudni, a w powietrzu unosi się trudny do zniesienia dym papierosów. Muszę się kontrolować, by nie robić głupot – źle by to wyglądało, a ja nie mogę sobie pozwolić na błędy.

Organizatorem jest Leonardo, kolega z uczelni, a raczej znajomy, bo trudno powiedzieć, żeby łączyło nas coś więcej niż te imprezy. Wieczny student, żyjący tak, jakby świat się kończył o świcie i poza tą jedną nocą nic się dla niego nie liczyło.

– Dobrze się bawisz? – rzuca do mnie, gdy mijam go przy schodach.

Kiwam głową potakująco, choć to nieprawda.

Leonardo śmieje się i znika w tłumie, a ja wchodzę na górę, czując ciężar zmęczenia. Puszczam w łazience zimną wodę i obmywam twarz, co trochę mnie orzeźwia. Patrzę na swoje odbicie w lustrze i zastanawiam się, dlaczego znowu dałam się na to nabrać. Uległam Jess, zamiast spać spokojnie w swoim łóżku. Gdyby rodzice się o tym dowiedzieli, miałabym przechlapane. Jestem córką senatora, chociaż odkąd przeprowadziłam się na Sycylię, sama o tym często zapominam. Tutaj jestem tylko jedną z wielu studentek i to daje mi wolność, której w Rzymie nigdy nie miałam. Rodzice uznali, że skoro jestem daleko od politycznych dramatów i medialnych konfliktów, nie ma sensu wysyłać za mną ochrony. Tutaj wreszcie mogę żyć po swojemu, a oni pozwolili mi na to pod warunkiem, że skupię się na nauce i będę trzymać się z dala od imprez. Ale trudno tego uniknąć, gdy trafia się namolna współlokatorka.

Kiedy wychodzę z toalety, jeszcze ocierając dłonie o sukienkę, wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Nagle zatyka mi usta czyjaś ręka – jest zimna, szorstka, bije od niej zapach spalin i mocnego alkoholu. Nie mam czasu na krzyk, moje serce przyspiesza, uderza w piersi jak oszalałe.

Staram się wyrwać, ale nic z tego nie wychodzi. Ktoś wciąga mnie do ciemnego pokoju. Słyszę trzask zamka, kiedy nieznajomy zamyka drzwi na klucz.

Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale przekroczenie progu tego pomieszczenia było dla mnie końcem życia, które do tej pory wiodłam.

– Cicho – syczy mężczyzna tuż przy moim uchu.

Jestem przerażona. Napinam ciało w odruchu ucieczki, lecz nie mogę się ruszyć. Panuje półmrok, jedyne źródło światła stanowi blask księżyca wlewający się przez niezasłonięte okno. To pokój rodziców Leonarda, ledwie dostrzegam na ścianie ich zdjęcie ślubne.

Oddycham szybko, próbując się zorientować w sytuacji. Co zrobić? Jak się wydostać? Dłoń na moich ustach zaciska się mocniej.

– Będziesz grzeczna, kwiatuszku? – Głos ma spokojny, nawet lekko rozbawiony.

Szarpię się z całej siły, ale to nic nie daje. Mężczyzna jest ogromny, zbudowany z samych mięśni. Usiłuję odepchnąć jego ręce, ale jestem za słaba. Nie mam z nim żadnych szans.

Ma czapkę z daszkiem naciągniętą nisko na czoło, widzę tylko długą, gęstą brodę. Nie kojarzę go, na pewno nie jest nikim, kogo znam.

– Nie szarp się – warczy.

Rzuca mnie na łóżko, materac ugina się pode mną. Wykorzystuję ten moment i zaczynam krzyczeć. Doskakuje do mnie w sekundę.

Potężny cios spada prosto na moją twarz. Ból eksploduje w czaszce, głowa odskakuje na bok. Jeśli w ten sposób chciał mnie uciszyć, to mu się udało.

Z moich ust wydobywa się tylko cichy, zdławiony jęk. Nie jestem w stanie powstrzymać łez napływających do oczu, obraz się rozmazuje. Szybko mrugam, żeby móc odzyskać zdolność widzenia. Z nosa spływa mi ciepła strużka krwi.

Chcę się podnieść, ciało odmawia jednak posłuszeństwa. Mężczyzna pochyla się nade mną, jego rozbawienie zniknęło. Nie ma śladu po drwiącym tonie – teraz też oddycha ciężko, próbuje się uspokoić. Cień daszka wciąż przysłania mi jego oczy, ale zauważam coś innego.

Poświata księżyca rzuca srebrzyste światło na jego ramię. Rękaw podkoszulka podwinął się nieco na bicepsie, odsłaniając tatuaż. Skupiam na nim wzrok. Rysunek jest złowieszczy, mroczny. Lew o czerwonych oczach wyłaniający się z cmentarza wygląda tak, jakby zaraz miał się rzucić do ataku. Mrugam ponownie, żeby wyostrzyć wzrok. Napis „Leoni Tombali MC” połyskuje w bladym świetle.

Serce podchodzi mi do gardła. Klub motocyklowy? Przełykam głośno ślinę, która ma smak krwi. Głowa boli mnie po uderzeniu, lecz zmuszam się do mówienia.

– Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? – szepczę, żeby jego gniew nie wzrósł.

Nie odpowiada. Cisza się przedłuża.

– Kim jesteś? – powtarzam pytanie drżącym głosem, ale znów mnie ignoruje.

Pochyla się jeszcze niżej, zasłaniając księżyc. Zbieram w sobie resztki sił. Jestem przerażona, nie mogę się jednak poddać. Nie wiem, do czego jest zdolny, jak daleko się posunie. Mam pewność co do jednego: jeśli teraz nie spróbuję, nie dostanę drugiej szansy.

Zrywam się gwałtownie, wkładając w to całą energię, jaka we mnie została. Usiłuję go odepchnąć, wyrwać się… uciec. Niestety jest zbyt silny i szybki. Z łatwością rzuca mnie na materac, nim zdążę się ponownie podnieść, i zaciska palce wokół mojej szyi.

Z trudem nabieram powietrza do płuc, ale każdy oddech jest coraz płytszy. Desperacko ściskam jego nadgarstki, lecz moje starania przypominają walkę mrówki ze słoniem.

– Zrobię z tobą wszystko, na co będę miał ochotę – syczy przez zęby, co tylko potęguje grozę sytuacji. – Od ciebie zależy, czy zostaniesz przy życiu. Tak ściągamy swoje długi.

Jego słowa dźwięczą mi w uszach, choć strach sprawia, że nie mogę zebrać myśli.

Jakie długi? O czym on mówi?

Księżyc nadal oświetla jego tatuaż, przypomina mi, że nie mam do czynienia z kimś przypadkowym.

Świat zaczyna wirować. Mam zaciśnięte gardło, nie tylko z powodu uścisku, ale też przez narastającą we mnie panikę.

– Ja… ja nie wiem, o co chodzi – wyduszam.

Luzuje uścisk na mojej szyi. Nim zdążę pomyśleć, co robię, zbieram ślinę w ustach i pluję mu prosto w twarz.

Czas na chwilę zwalnia. Widząc, jak śliska, lepka wilgoć spływa po jego brodzie, czuję satysfakcję, ale to był błąd. Bardzo duży błąd.

Mężczyzna sztywnieje, chyba nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. Potem bardzo wolno unosi rękę i wyciera twarz wierzchem dłoni. Żołądek ściska mi się w bolesnym skurczu.

– Odważna jesteś – warczy i w ułamku sekundy uderza mnie z taką siłą, że wszystko wokół znowu wiruje. – Ale to ci nie pomoże – dodaje, a echo jego słów ledwo do mnie dociera.

Ból pulsuje, skóra wokół oka zaczyna puchnąć, z każdą sekundą staje się coraz bardziej napięta. Mrugam szybko, ale nic to nie daje – obraz po lewej stronie jest rozmazany.

Najgorsze jest to, że on jeszcze nie skończył i doskonale o tym wiem. Powinnam walczyć, lecz słabnę. Umysł podpowiada, żebym się ruszyła, ale ciało nie reaguje. Oddycham ciężko.

– No i co teraz? Nadal chętna do walki? – Jego głos mrozi mi krew w żyłach.

Kiedy wstaje, przez moment myślę, że może jednak zmienił zdanie: chciał mnie tylko nastraszyć i skoro mu się to udało, teraz zostawi mnie w spokoju.

Ale nie.

Robi to jedynie po to, by mnie odwrócić na brzuch.

Nie, nie, nie! Adrenalina eksploduje w moim ciele niczym ogień.

W oddali muzyka wciąż dudni, świat poza tym pokojem nie ma pojęcia, co tu się dzieje. Nikt mnie nie słyszy, nikt nie widzi, nikt mi nie pomoże.

Znów zaczynam się szarpać, kiedy jedną ręką trzyma obie moje ręce nad głową, przyszpilone do materaca. Choć jestem osłabiona, nadal próbuję walczyć. To jednak na nic. Łapie krawędź mojej sukienki i naciąga mi ją wysoko na plecy.

– Nie! – piszczę z przerażeniem.

Mężczyzna nie reaguje. Po mojej skórze ślizga się chłód metalu, raniąc mnie. Domyślam się, że oprawca sunie ostrzem noża w dół, by pozbyć się moich stringów. Czuję ciepłą ciecz na plecach, ale nie mam sił się ruszyć.

– Proszę, nie… – jęczę z bólem w głosie.

– Możesz prosić, ile zechcesz. To mnie tylko nakręca do działania.

Niespodziewanie dostaję strzał w żebra. Obraca mnie z powrotem na plecy i wymierza kolejny brutalny cios na oślep. Powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Obraz faluje, rozpływa się w nicość. Mam w głowie pustkę, żadnych myśli – jedynie tlący się gdzieś na dnie instynkt przetrwania. Nie wiem, ile trwają te tortury: sekundy, minuty, godziny? Ale to już bez znaczenia.

– Do zobaczenia, kwiatuszku. – Słowa dochodzą do mnie jakby z oddali.

Odlatuję.

Nie wiem, czy tracę przytomność dlatego, że psychika próbuje mnie uratować. Odciąć od bólu, strachu i tego, co się dzieje. Mam nadzieję, że mój mózg z czasem pozbędzie się wspomnień z tej koszmarnej nocy, choć na razie są one boleśnie wyraźne.

Rozdział 2

Luna

– Daj znać, że żyjesz! – słyszę przerażony głos pełen paniki. Czyjaś dłoń oplata moją. Skupiam się na tym i z trudem odwzajemniam uścisk.

Nie mogę oddychać. Każdy mały ruch oznacza wielki ból.

Próbuję otworzyć oczy, ale tylko jedno z wysiłkiem reaguje. Świat jest zamazany, dostrzegam jednak zarys twarzy. Nie wiem, kim jest ta dziewczyna. Zastanawiam się, gdzie jestem i co tutaj robię, a wtedy wspomnienia wracają. Mogłam nie wchodzić na piętro, mogłam pojechać prosto do domu, wtedy nic by się nie wydarzyło. Cholera, nie… Nie mogę pozwolić, żeby obcy wprowadził mnie w poczucie winy. To on zaatakował bez powodu.

– Zabiję go, zabiję… – charczę niezrozumiale, próbując sprawdzić, czy jesteśmy w pokoju same. Zaraz chyba rozsadzi mi czaszkę, nie jestem w stanie podnieść drugiej powieki, a ból brzucha i kłucie w klatce piersiowej nie pozwalają nabrać głębszego wdechu.

Wracam wzrokiem do dziewczyny. Nie puszcza mojej dłoni. Wtedy tego nie wiedziałam, ale już nie puści. Zawsze będzie mnie wspierać.

Po chwili grzebie gorączkowo drugą ręką w kieszeni, wyciąga telefon i zaczyna stukać coś na ekranie. Nie mogę na to pozwolić. Nieważne, gdzie zamierza zadzwonić. Z ogromnym trudem unoszę ramię i wytrącam jej urządzenie spomiędzy palców.

– Co robisz? Potrzebujesz pomocy.

Zaciskam zęby, walcząc z cierpieniem.

– Zapomnij o tym, co teraz widzisz. Znajdę go i skażę na takie same katusze. Tylko proszę, wydostań mnie stąd, żeby nikt nie widział, żeby nikt nie wiedział, co tu się wydarzyło – mówię niemal niesłyszalnym szeptem, ale moje słowa do niej docierają. Widzę to po jej minie.

Ta impreza to był błąd. Błąd, którego będę żałować do końca życia. Ale teraz muszę się skupić na tym, żeby nie zostać ofiarą. Jeśli ta sprawa wyjdzie na jaw, jeśli ktoś się dowie… wszyscy będą wymieniać tylko nazwisko mojego ojca. On by mi tego nie wybaczył. Nagłówki w gazetach, sensacyjne wiadomości…

– Proszę, pomóż mi – błagam nieznajomą łamiącym się głosem.

– Jestem Giulia. Nie bój się.

– Wyprowadź mnie stąd, jakimś tylnym wyjściem, i nikogo nie informuj o moim stanie. – Mój głos drży, ale wciąż jest stanowczy.

Giulia patrzy na mnie z niedowierzaniem. Jej twarz wyraża czysty sprzeciw. Wyraźnie bije się z myślami.

– Nie poradzę sobie sama. – Kręci głową. Wiem, że daję jej trudne zadanie. – Nie mogę cię stąd tak po prostu wyprowadzić, musisz trafić do szpitala… złożyć zeznania na policji.

– Nie – wyduszam. – Nie masz pojęcia, kim jestem i co by to oznaczało.

Ściany nadal wibrują od basów, a łomoczące rytmy zdają się echem przyspieszonego bicia mojego serca. Jestem pewna, że na dole wszyscy bawią się świetnie: piją i tańczą nieświadomi dramatu, który się tutaj niedawno rozegrał. Chciałam, żeby tak pozostało.

Żeby świat się nie zatrzymał i nie skierował na mnie pełnych litości spojrzeń.

Pomimo bólu staram się podnieść. Każdy ruch wywołuje falę cierpienia przechodzącą po całym ciele. Moje dłonie drżą, ale się nie poddaję. Wszędzie wokół jest krew, a sądząc po tym, że ledwo się ruszam, musi należeć tylko do mnie.

Ledwo żyję, ale oddycham. Znajdę typa, który mi to zrobił. Potrzebuję jedynie czasu, żeby odzyskać siły.

– Nie ruszaj się – rzuca Giulia piskliwym głosem, jakby odczuwała cząstkę mojej udręki. Na ułamek sekundy zerka w miejsce, w którym zapewne wylądował jej telefon. Schyla się po niego, posyła mi przepraszające spojrzenie i wybiera numer.

– Nie rób tego, proszę. Moja rodzina… mój ojciec jest wysoko postawiony. Jeśli ta sprawa wyjdzie na światło dzienne, rozpęta się medialne piekło. Nie mogę do tego dopuścić. Proszę…

Ojciec nigdy by mi nie wybaczył, gdyby ta sprawa trafiła do akt. Stałby się pośmiewiskiem. A przecież obiecałam mu, że będę unikać domówek, że będę się trzymać ustalonych reguł.

– Zapłacę ci za milczenie – dodaję, bo widzę, że się waha.

– Oszalałaś?! Mam w dupie pieniądze. Musi cię obejrzeć lekarz.

– Ale…

– Zadzwonię do brata. – Jej głos staje się pewniejszy. – Załatwia wszystko, co z pozoru niemożliwe. Wymyśli coś, żeby ci pomóc i żeby nikt się o tym nie dowiedział. Spokojnie.

Wybiera numer, bo nie wyrażam sprzeciwu.

– Cześć. Potrzebuję pomocy. Wyślę ci adres. Przyjedź sam, a jeśli ktoś cię zaczepi, powiedz, że odbierasz pijaną dziewczynę. Wejdź na górę i daj znać, że jesteś. Otworzę ci pokój. Mnie nic nie jest, ale komuś innemu tak – mówi Giulia i się rozłącza.

– Na pewno można mu zaufać? – pytam sceptycznie.

– Tak. Teraz pozostaje nam czekać.

Nie wiem, ile czasu mija. Jestem tak wykończona, że kilkakrotnie odlatuję, ale kiedy zjawia się brat dziewczyny, zaczyna się żywa dyskusja.

– Mówiłaś, że potrzebujesz wolnego, żeby się pouczyć w domu. Co ty tu, kurwa, robisz? – odzywa się gniewnie mężczyzna.

– Gdybym powiedziała ci prawdę, przylazłbyś tu za mną. Cały czas mnie kontrolujesz – odpiera oburzona Giulia.

– Dobra, potem o tym pogadamy. Co jej się stało?

– Nie wiem, ale nie chce wzywać karetki ani policji. Pomóżmy jej…

– To miał być spokojny wieczór. – Mężczyzna wzdycha i do mnie podchodzi. Staram się przyjrzeć rysom jego twarzy, ale znowu mam rozmazany obraz.

Ściąga bluzę i podnosi mnie bez pozwolenia. Wzdrygam się, ale nie wyrywam. Muszę zaufać im obojgu. Wkłada mi delikatnie ubranie, naciągając kaptur na głowę.

– Jestem Carlo. Nie zrobię ci krzywdy. Muszę cię wziąć na ręce. Gotowa?

Kiwam nieznacznie głową na znak, że tak. Wtedy chwyta mnie i obejmuje mocno. Spinam się pod wpływem jego dotyku, wydając z siebie dziwny dźwięk.

– Jak masz na imię?

– Luna.

– Okej, Luna, już jesteś bezpieczna. Cokolwiek się wydarzyło, najpierw musimy cię zawieźć do lekarza. Spokojnie, mam kogoś znajomego, nikt niepowołany o niczym się nie dowie – uspokaja mnie Carlo, chociaż wizja jakiegokolwiek medyka jest przerażająca.

Giulia okrywa moje zakrwawione nogi swoim swetrem i opuszczamy miejsce, które odmieniło całe moje dotychczasowe życie. Nie wiem, czy ktoś zwraca na nas uwagę, bo jestem wtulona w mężczyznę, którego nawet nie znam. Nie odrywam twarzy od jego torsu, a kaptur na pewno nie zdradzi mojej tożsamości.

Czy człowiek, który mnie skrzywdził, nadal znajduje się w tym domu? Brakuje mi sił, żeby choćby się rozpłakać. Chociaż moje ciało płonie z bólu, nie ronię ani jednej łzy. Robi mi się duszno, czuję ucisk w klatce piersiowej i ponownie tracę przytomność.

***

– Gdzie ja jestem? – Otwieram oko. Razi mnie ostre światło.

– W prywatnym szpitalu – odpowiada Giulia.

– Ale jak to? Zabierzcie mnie stąd – szepczę i zaciskam pięść na koszulce Carla. – Nie mogą mnie rozpoznać.

– Trafiłaś tutaj jako Bianca Rossetti, zaraz zostaniesz wpisana do bazy danych, a teraz zdrowiej. – Mężczyzna kładzie mnie na łóżku, które już czekało, i podnosi rękę na pożegnanie. Podchodzi do mnie pielęgniarka i daje mi zastrzyk, po którym kolejny raz dzisiaj odlatuję.

Rozdział 3

Carlo

– Odwiozę cię do domu – mówię do Giulii, która przyniosła nam kawę z automatu i podaje mi jeden papierowy kubek.

– Zwariowałeś? Nigdzie nie idę. Nie zostawię jej.

– Nic jej nie będzie. Ma dobrą opiekę, nikt jej stąd nie wypuści, dopóki nie odzyska dawnej formy. Wszystko załatwione.

– Ty nie rozumiesz… Muszę jej pomóc, jest w rozsypce.

– Nie wkurwiaj mnie jeszcze bardziej. I tak jestem wściekły, że poszłaś na tę imprezę, nie informując mnie o tym. Mogłaś się znaleźć na miejscu tej dziewczyny.

Chyba za bardzo podnoszę głos, bo przechodząca właśnie pielęgniarka przystawia palec do ust na znak, że mam zachować spokój. Powinienem – to nie jest miejsce na kłótnie.

– No właśnie, to mogłam być ja. Nie współczujesz jej? Mamy ją tak po prostu zostawić z tym samą?

– Każdy dźwiga swój ciężar doświadczeń. Jeśli się zaangażujesz w tę sprawę, przejmiesz część cierpienia. Lepiej odetnij się już teraz. Pomogłaś jej, tyle wystarczy, i tak będzie ci wdzięczna, skoro zależało jej na nierozdmuchiwaniu sprawy – mówię już trochę ciszej.

– Ja tak nie mogę, nie w tym przypadku. Będę żałować, jeśli teraz wyjdę. Chcę z nią porozmawiać, dodać jej otuchy.

– Pamiętasz, jak było z Lilian? Podobała mi się twoja twarda postawa. Nie jesteśmy bogami, żeby wymierzać sprawiedliwość na tym świecie.

– Z Lilian było inaczej. Długo nie wiedzieliśmy, że Sergiej ją kupił, a ona nie jest zwykłą laską, która poleciała na kasę. Już nic do niej nie mam, wręcz ją polubiłam. Czuję się tak… – przerywa i patrzy na mnie zaszklonymi oczami. – Jakby los specjalnie skierował mnie do tamtego pokoju. Wiesz, jakby intuicja kazała mi tam zajrzeć.

– Wybij sobie z głowy to, co ci podpowiada intuicja. Chodźmy. – Chwytam ją za ramię, lecz od razu się wyswobadza.

– Idź sam. Ja tu zostaję.

– Zły pomysł.

– Nie, Carlo. Skrusz chociaż odrobinę lodu w swoim sercu i postaw się na jej miejscu. Skoro nie miała do kogo zadzwonić, to znaczy, że nikt jej tu nie odwiedzi.

– Pewnie się wstydzi tego, co zaszło, ale przemyśli wszystko na spokojnie i odezwie się do bliskich – podsumowuję sucho. – Czasem potrzeba kilku chwil w ciszy, żeby zrozumieć i zmienić zdanie.

– Skąd ta pewność? Sprawdziłeś, kim jest? Mamrotała coś o wysoko postawionym ojcu…

– To Luna Mariani, córka senatora. Spokojnie, od tej pory nie stanie się jej krzywda.

– Cokolwiek powiesz, nie przekonasz mnie. Myślę, że nie odważy się nikomu wyznać prawdy, zamiast tego zamknie się w sobie. A milczenie prowadzi do autodestrukcji. Tylko my możemy ją wesprzeć. Skąd w ogóle pomysł, żeby nadać jej nazwisko Rossetti?

– Pytasz, jakbym w ogóle miał czas o tym myśleć, dokumenty są już gotowe. – Wzdycham. Wyjmuję z kieszeni fałszywy dowód, który przed chwilą przywiózł mi Domenico, i podaję Giulii. – Miałem zostawić pielęgniarce, bo chciała go zobaczyć, ale skoro uparcie chcesz zostać, to jej przekaż. Ja się w to nie mieszam. – Kręcę głową, nie dowierzając, że odpuszczam siostrze, zamiast na siłę wsadzić ją do auta i odwieźć.

– Dzięki, że mnie rozumiesz.

– Nie rozumiem i nie wiem, co się dzisiaj stało z twoją twardą postawą.

– Widok tej skatowanej dziewczyny będzie mnie prześladował do końca życia. Nie mów, że cię to nie rusza chociaż trochę. – Szturcha mnie palcem w pierś.

– Widziałem w życiu wiele syfu, nauczyłem się patrzeć na wszystko z dystansem. Oczywiście, że ten, kto posunął się do takiego czynu, powinien zapłacić najwyższą cenę, ale to nie nasz problem. Zrozum, mamy własne…

Moją wypowiedź przerywa wychodzący z sali znajomy lekarz. Posyła mi podejrzliwe spojrzenie, lecz to mnie nie zraża – wiele osób dziwnie reaguje na mój widok.

– Możecie do niej na chwilę wejść – oznajmia. – Dostała silne leki, więc może nie do końca kontaktować i być nieświadoma tego, co się dzieje wokół. – Po tych słowach się oddala.

– Dziękuję – mówi Giulia i chwyta za klamkę, obracając się w moją stronę. – Poczekasz?

– Nie – mówię stanowczo. Wskazuję swoją koszulkę poplamioną krwią dziewczyny. – Jadę się wykąpać. Zadzwoń, jak będziesz chciała wrócić, to po ciebie przyjadę.

Rozdział 4

Luna

– Dzień dobry.

Moje zamglone oczy nie pozwalają mi przez chwilę dojrzeć, kto nade mną stoi.

– Nie wiem, czy taki dobry – odpowiadam słabym głosem.

– Na prośbę Carla nie wezwiemy policji, ale chcę, żeby była pani świadoma paru rzeczy, zanim on tu przyjdzie i nie pozwoli nam nic powiedzieć.

Dostrzegam lekarza w białym kitlu. Wypowiada słowa szybko, jakby bał się tego, co zamierza z siebie wyrzucić. Na znak, że chętnie go wysłucham, kiwam głową.

– Ma pani złamane żebra, przez to mogą się pojawiać problemy z wzięciem głębszego oddechu i ostry ból w klatce piersiowej. Dość długa rana cięta na plecach została zszyta, ale zostanie po niej ślad. Straciła pani również sporo krwi, więc osłabienie będzie odczuwalne. Opuchlizna zejdzie z oka za jakiś czas, rozbita warga też powinna się niedługo zagoić. Ma pani ślady pobicia i krwiaki, ale żaden nie zagraża narządom wewnętrznym. Kimkolwiek był napastnik… – Zerka niepewnie na drzwi. Orientuję się, co może właśnie myśleć.

– To nie Carlo, on mnie uratował – prostuję od razu, a lekarz bierze głęboki oddech. – Czy napastnik… Czy dopuścił się przemocy na tle seksualnym?

Nic nie pamiętam, urwał mi się film, ale muszę to wiedzieć.

– Nie, nie została pani skrzywdzona w ten sposób. Nie wiem, czy ten fakt panią uspokaja, mam nadzieję, że chociaż trochę. Nadal jestem zdania, że warto wezwać…

Podnoszę rękę, żeby zamilkł.

– Dziękuję, panie doktorze.

– Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę nacisnąć przycisk, a zjawi się pielęgniarka.

Przytakuję nieznacznie.

Zaraz po tym, jak lekarz znika w korytarzu i zamyka za sobą drzwi, one ponownie się otwierają.

– Hej. – Do pokoju wpada Giulia.

– Hej. – Wymuszam uśmiech. Doskonale widzi, że robię to z zaciśniętymi ustami, ale nie skupia na tym uwagi. Podchodzi blisko łóżka, za co jestem jej wdzięczna, bo nie będę musiała głośno mówić.

– Carlo załatwił papiery. Tutaj jesteś Bianca Rossetti, pamiętaj. – Wyciąga w moją stronę dokument wyglądający na oryginał.

– Dlaczego to dla mnie robicie?

– Powiedzmy, że masz wielkie szczęście i trafiłaś na odpowiednich ludzi.

– Oj, „wielkie szczęście” to chyba niezbyt odpowiednie określenie w tej chwili. – Wzdrygam się na samą myśl o tym, co o mnie sądzi Giulia.

– Może nie znajdujesz się w dobrej sytuacji, ale pomogę ci wyjść na prostą. Carlo cię prześwietlił, dlatego znamy twoje prawdziwe nazwisko.

– Czym się zajmujecie? – pytam z nadzieją, że powie mi prawdę.

– Mój brat jest współwłaścicielem klubu Filatura, a ja pracuję tam jako managerka, do tego studiuję zaocznie. Dlatego wpadłam na imprezę do Leonarda. Chciałam ci pomóc, więc zwróciłam się do Carla. Nie jest święty i nie zawsze trzyma się zasad, ale potrafi załatwić wszystko w mgnieniu oka. Tylko nie snuj żadnych planów wobec jego osoby, bo on się nie angażuje.

Wykrzywiam usta z niesmakiem.

– Leżę pobita, nie mów mi o facetach ani żadnych tego typu znajomościach, bo bierze mnie na wymioty.

– Przepraszam. Lekarz powiedział, że jesteś na silnych lekach. Chciałam sprawdzić twoją reakcję.

Chyba ma rację, bo czuję się dziwnie spokojnie, jak na sytuację, w której się znalazłam.

– Wiem, że dużo dla mnie zrobiliście, i dziękuję za to, ale jest jeszcze jedna sprawa. W pokoju… – Przełykam z trudem ślinę. – W pokoju, w którym mnie znalazłaś, była moja torebka. Miałam w niej telefon. Jeśli Leonardo zobaczy krew na łóżku i moje rzeczy, szybko połączy kropki. Jesteś w stanie tam wrócić i je zabrać?

– Nie chcę zostawiać cię teraz samej, ale Carlo to załatwi. Poczekaj, polecę na parking, może jeszcze nie zdążył odjechać. Zaraz wracam.

Zanim w ogóle się odzywam, dziewczyna wybiega z sali. Wątpię, że mężczyzna będzie zadowolony. Mam wrażenie, że pomógł mi tylko ze względu na siostrę.

Rozdział 5

Carlo

Podjeżdżam pod szpital, a Giulia otwiera drzwi i wskakuje do samochodu, jakby się paliło.

– Załatwiłeś?

Sięgam na tylne siedzenie, łapię torebkę i rzucam jej na kolana.

– Dziękuję. Jesteś mistrzem.

Nie wierzę, że znowu daję się w coś takiego wciągnąć.

– Ktoś widział już pokój, ślady krwi?

– Nie interesuj się. Zrobiłem tak, że nikt nie wezwie policji. Zanosisz jej rzeczy czy jedziemy?

– Ona ich nie chce. Prosiła, żebym wyjęła z telefonu kartę, złamała ją i wyrzuciła.

Kręcę głową, ale nie komentuję, tylko ruszam z miejsca w ciszy.

– Podrzuć mnie pod dom Leonarda.

– Co? – Ciśnienie momentalnie znowu mi podskakuje. Widzę kątem oka, jak Giulia grzebie w torebce i wyciąga kluczyk z logo Mercedesa.

– Jej auto ma GPS. Ojciec ją sprawdza. Jeśli długo nie będzie dawała znaku życia, to ją namierzy. Odstawię samochód pod jej akademik – oznajmia spokojnie.

– Giulia, przestań się w to mieszać. Może Mariani właśnie powinien ją namierzyć i zacząć węszyć. Dzięki temu będziesz miała ją z głowy.

Nie odpowiada. Patrzy na kartę kredytową, obraca ją w palcach i coś mruczy pod nosem.

– Co ty robisz?

– Cicho. Przypominam sobie PIN. Muszę wypłacić gotówkę, póki karta nie została zablokowana.

– Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię?

– Tak, kochany braciszku, słyszę wszystko. Ale dopóki nie zrozumiesz, że nie zostawię jej z tym samej, ta rozmowa nie ma sensu.

Wrzucam kierunkowskaz i hamuję na poboczu z piskiem opon. Patrzę na nią, czekam, aż podniesie wzrok, ale tego nie robi, więc zaczynam mówić to, co myślę.

– To ostatni moment, żeby się wycofać. Zrobiłaś już wystarczająco dużo. Nie wiesz, kto ją skrzywdził, może stało się to przypadkiem, a może celowo. Jeśli ona woli to ukryć przed światem, luz, nie nasza sprawa. Ale pakując się w tę sprawę, sama możesz wpaść w tarapaty. Po co ci kłopoty?

Wzdycha przez nos. Nadal nie patrzy na mnie, tylko gdzieś za szybę. Mija kilka kolejnych sekund, podczas których gotuję się ze złości.

– Skończyłeś? – pyta cicho, odwraca głowę i przechyla ją niewinnie.

Mrużę oczy, bo wiem, że jestem na przegranej pozycji. I tak postąpi, jak zechce.

– Zawieź mnie tam, gdzie cię prosiłam. Jestem zmęczona, a jutro, zanim przyjdę do pracy, chcę wpaść do Luny. Powiedziała, że od dziś będzie żyła pod nowym nazwiskiem.

Kurwa, dlaczego ona mnie nie słucha? Normalnie olałbym sprawę, ale chodzi o moją siostrę. Jest tak uparta, że dopnie swego – nieważne, czy z moją pomocą, czy bez niej – ale mogłaby przynajmniej udawać, że liczy się ze zdaniem starszego brata.

Rozdział 6

Luna

Wpatruję się tępo w biały sufit. Od kilku dni leżę jak sparaliżowana. Całe ciało, mimo środków przeciwbólowych boli mnie przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Zastanawiam się, co wykombinuję po wyjściu ze szpitala, ale nic racjonalnego nie przychodzi mi do głowy. Nie wrócę do akademika ani do domu rodziców. Nie mam przyjaciół, którzy pomogliby mi się schować przed światem. Kiedy tylko przymykam powieki, widzę czerwone oczy lwa z tatuażu i ogarnia mnie przerażenie. Lekarz poinformował mnie, że trzeba zmniejszyć dawkę leków, gdyż organizm może się od nich uzależnić. I właśnie od tego momentu jest ze mną jeszcze gorzej.

– O czym tak intensywnie myślisz? – Do sali wchodzi uśmiechnięta Giulia. Bywa tu codziennie, choć zrobiła dla mnie tak wiele. Nie przyjęła ode mnie pieniędzy, które wypłaciła z bankomatu. Pobyt w szpitalu nie jest tani, lecz ona stanowczo odmawia zwrotu kosztów. Po części mnie to cieszy, bo od tej pory będę musiała się liczyć z każdym centem. Przestanę być ukochaną córeczką tatusia, którą stać na wszystko.

– Myślę o tym, co zrobię po wyjściu ze szpitala – odpowiadam po chwili.

– Jak to: co? Wprowadzisz się do mnie. Rozmawiałam z lekarzem, będziesz musiała wytrzymać w tych czterech białych ścianach jeszcze dwa tygodnie, a potem będziesz się wylegiwać u mnie.

– O nie, nie zwalę ci się na głowę. Coś wynajmę, dojdę do siebie, a wtedy znajdę pracę.

– Nie dyskutuj ze mną. Od początku mówiłam, że nie zostawię cię samej, i dotrzymam słowa. Zresztą zawsze chciałam mieć współlokatorkę, nudno samej tak mieszkać.

– Ale…

– Nie przyjmuję odmowy – przerywa mi, a mnie spada z serca niewidzialny kamień. Jak się odwdzięczę za to wszystko jej i Carlowi? – Cieszę się, że tę sprawę mamy jasną. Muszę lecieć, wpadłam tylko zostawić ci rzeczy na przebranie i kosmetyki, jeśli w ogóle dasz radę wstać z łóżka. Jeśli nie, przyjdę jeszcze po południu i pomogę ci się umyć.

Specjalnie ucieka, żeby dać mi czas na przetrawienie tego, co zaproponowała.

Chwilę później do pomieszczenia wchodzi pielęgniarka.

– Jak się czujesz? – pyta z troską.

– Średnio.

– Ech… Potrzebujesz czegoś?

– Czy mogę uzyskać dostęp do telefonu? Swój zgubiłam.

Mogłam poprosić o pożyczenie komórki Giulię, ale nie chcę, żeby jej numer wyświetlił się na aparacie mamy.

– Oczywiście. – Wyciąga telefon z kieszeni. – Dzwoń, dziecinko. Zaraz po niego wrócę.

Wklepuję numer, który znam na pamięć, naciskam zieloną słuchawkę i waham się, co powinnam powiedzieć. Może jest za wcześnie, ale nie zamierzam dłużej odwlekać tej rozmowy.

– Słucham? – do moich uszu dociera uprzejmy, stonowany głos.

– Mamo, to ja, Luna – wypowiadam swoje imię ściszonym głosem, pamiętając, że tutaj jestem Biancą.

– Witaj, kochanie. Czemu tyle czasu się nie odzywałaś i dzwonisz z innego numeru? Martwimy się o ciebie.

– Zgubiłam komórkę i chciałam cię usłyszeć, zanim kupię nową.

– Co się stało?

– Nic takiego… – Mój głos niekontrolowanie drży.

– Wpakowałaś się w jakieś tarapaty? Nawet mnie nie załamuj, że przyniesiesz nam wstyd.

– Mamo…

– Tylko nie kłam!

– To nie tak, po prostu gorzej się czuję.

– Wiesz, że wszystko do nas i tak dotrze. Lepiej, jeśli usłyszę to od ciebie.

Muszę się odciąć od rodziny i swojego dotychczasowego życia, zanim dojdę do siebie. Może nie powinnam działać tak szybko, bo decyzje podejmowane na gorąco mogą być pochopne, ale nie spojrzę w twarz ojcu. Za tydzień rodzice obchodzą rocznicę ślubu i organizują z tej okazji bal, na którym pojawią się szychy. Ja również miałam się tam godnie prezentować. Muszę się z tego wykręcić w taki sposób, żeby to oni nie chcieli widzieć mnie. Pierwszy raz w życiu stawiam wszystko na jedną kartę, ale nie patrzę na siebie i swoje dobro. Zależy mi wyłącznie na tym, żeby ostatnie wydarzenie nie wpłynęło na wizerunek Marianich.

– Myślałam o rezygnacji ze studiów – wypalam na jednym oddechu.

Matka chyba jest w szoku, bo długo milczy.

– Czy ty oszalałaś, dziewczyno? – odzywa się w końcu. – Nie przekażę takiej wiadomości twojemu tacie!

Brak pytań, dlaczego, co zaważyło na mojej decyzji – jak zawsze na pierwszym miejscu ojciec i to, żeby nie zawieść jego oczekiwań. W sumie moje pełne obaw myśli też automatycznie wędrują w jego stronę. Prawie nieustannie analizuję, co powie, jak zareaguje…

– Nie musisz, mamo.

– Jesteś jego jedyną córką, pokładał wielkie nadzieje w tobie i twojej karierze prawniczej. Nie masz szacunku do własnych rodziców! Chcesz być nikim?

– Mam teraz inne priorytety! – Staram się, żeby mój głos nie wyrażał emocji, ale łzy, których do tej pory nie umiałam z siebie wycisnąć, teraz spływają mi po twarzy i mówią same za siebie. Tak bardzo bym chciała, żeby matka stanęła po mojej stronie, żeby zapytała, co się dzieje, i przyleciała najbliższym samolotem, tymczasem ona pozostaje zimna.

– Nie zasłużyłaś na to, co ci dawaliśmy przez całe życie – warczy gniewnie. – Byłaś beztroska, o nic nie musiałaś się martwić, a teraz masz kaprys i ot tak rezygnujesz z wykształcenia na trzecim roku… Ale czego ja się po tobie spodziewałam? Odezwij się, jeśli zmienisz zdanie, w innym wypadku nawet nie dzwoń.

Rozlega się denerwujący odgłos zakończonego połączenia.

Matka prowadzi fundację, ale tak naprawdę jest tylko ozdobą ojca – bez niego nie miałaby nic. Tak bardzo zajęła się lizaniem mu tyłka, że zapomniała o przekazaniu córce najważniejszych wartości. Powinnam się spełniać i być szczęśliwa, a nie robić wyłącznie to, czego oczekują ode mnie inni.

Już za późno, żeby dyskutować o tym, co było. Zaczynam nowy rozdział, a na prowadzenie wysuwa się żądza zemsty. Nie będę mogła żyć spokojnie, wiedząc, że mój oprawca beztrosko chodzi sobie po świecie. Muszę dowiedzieć się, dlaczego mnie zaatakował.

Rozdział 7

Carlo

Odkąd mój przyjaciel i zarazem prawowity właściciel klubu Francesco oraz jego dziewczyna Lilian zajęli się otwieraniem domu dziecka, spadła na mnie większość obowiązków w Filaturze. Plusem było to, że uczynił mnie współwłaścicielem, dzięki czemu mogłem sam podejmować wszystkie decyzje. Franc tak naprawdę nigdy do końca nie odnajdował się w prowadzeniu lokalu. Odziedziczył go po ojcu, a ja byłem jego prawą ręką, więc znałem się na tym lepiej niż kumpel.

Przywykłem do tego, że każdego dnia w okolicach południa to ja odbieram towar i podpisuję dokumenty.

– Cześć, Carlo – mówi radośnie Giulia.

– Co ty tutaj robisz? – pytam, zanosząc kolejną skrzynkę na zaplecze. Siostra kroczy za mną.

– Dzisiaj odbieram Lunę ze szpitala.

– No i? – Przewracam oczami.

– Pojedź ze mną.

– Nie – odpowiadam stanowczo. – Wiesz, co o tym myślę.

– Nie bądź taki. Ta dziewczyna ledwo stoi na nogach, a ja mieszkam na drugim piętrze bez windy.

– Nie mój problem – syczę i mijam ją, obdarzając zimnym spojrzeniem.

– To będzie ostatnia rzecz, o jaką proszę. – Zastępuje mi drogę.

– Ostatnia rzecz chyba dzisiaj. Cały czas ktoś czegoś ode mnie chce.

– No dzisiaj. – Szczerzy zęby i przytakuje.

– Nigdzie nie jadę.

– Carlo… proszę.

– Nie.

***

Wbrew sobie wkraczam do sali szpitalnej. Giulia nie odkleiła się ode mnie przez następną godzinę, więc zgodziłem się tutaj przyjechać dla świętego spokoju.

Nie widziałem Luny od dnia, w którym ją tu przywiozłem. Stoi teraz zgięta wpół i trzyma się jedną ręką za brzuch, a drugą – poręczy łóżka.

– Hej – wita się z nią siostra.

Dziewczyna podnosi głowę i kieruje na mnie zdziwiony wzrok. Wygląda lepiej, ale nie na tyle dobrze, jak się spodziewałem. Jej twarz jest zasiniona, a z jasnozielonych oczu bije smutek.

– Hej – odpowiada niepewnie.

– Idę po wypis i recepty. Zaraz wracam. – Giulia znika, nim zdążę powiedzieć, że ja się tym zajmę.

Wkładam ręce do kieszeni i opieram się o ścianę. Wpatrujemy się w siebie z Luną w milczeniu.

– Nie miałam okazji ci podziękować. – Wzdycha ciężko, robi krok i siada z grymasem na łóżku.

– Jeśli chcesz komukolwiek dziękować, to Giulii. Ja pomogłem, bo prosiła – mówię szczerze.

– Nie jesteś z tego zadowolony, prawda?

Nie wiem, co siostra jej powiedziała, ale nie zamierzam ukrywać swojej dezaprobaty tylko po to, żeby Luna poczuła się lepiej.

– Prawda. Uważam, że powinnaś poprosić o pomoc rodzinę i zgłosić sprawę na policję. Ukrywanie przestępstwa spowoduje, że sprawca uniknie kary.

– Sama wymierzę sprawiedliwość. Więzienie to za mało, musi zapłacić najwyższą cenę. Znajdę go, ale najpierw muszę poznać odpowiedź na pytanie, dlaczego ja…

Unoszę brew, bo przyznam, że mnie zaskoczyła. Myślałem, że będzie się chować do końca życia.

– Wiesz, kto to jest?

– Nie. Nawet nie widziałam dokładnie, jak wygląda, ale jeden szczegół pomoże mi go odnaleźć.

– Jaki?

– Nieważne. – Macha ręką. – Obiecuję, że jak tylko stanę na nogi, dam twojej siostrze spokój.

– Chcesz się mścić na własną rękę? Twoja sprawa. Ale nie pozwolę ci w to wmieszać Giulii. Nic nie może jej się stać, zrozumiałaś?