Uśmiech Diabła - Maciej Pawlak - ebook
NOWOŚĆ

Uśmiech Diabła ebook

Maciej Pawlak

0,0

Opis

KAŻDE ŚLEDZTWO ZOSTAWIA ŚLAD.

TA SPRAWA ZOSTAWIA ECHO.
REDEMPTION CITY.
Miasto ludzi upadłych.
Gdzie szarość dnia przyprawiona jest kolorem biedy
i zepsucia.
To tutaj kończy się historia dziennikarza, który przez własne zaniedbania stoczył się na margines.
Dowiaduję się, że umiera.
Zaawansowany guz mózgu. Wyrok, od którego nie ma apelacji.
I wtedy pojawia się propozycja.
Kilka istnień do odebrania.
W zamian za coś, czego nie da się kupić — ostatnie chwile szczęścia i przyszłość jego syna.
Pierwsze ciała pojawiają się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa.
Wtedy do gry wchodzą oni.
Halloway i Ripper — starzy gliniarze, którzy widzieli już wszystko.
A przynajmniej tak im się wydawało.
Banelli — człowiek, którego metody przerażają nawet współpracowników.
Jest też Dominic Abler.
Młody funkcjonariusz. Jeszcze nieskażony tym miastem.
Ślady prowadzą donikąd.
Ofiary nie łączą się w żadną logiczną całość.
Bo w Redemption City od dawna krąży stara opowieść.
O Wiedźmie.
I o umowach, które zawsze mają swoją cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 227

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



BRYGADA ZŁYCH

UŚMIECH DIABŁA

Maciej Pawlak

© Maciej PawlakWszelkie prawa zastrzeżone.Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowanaani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody autora.Wydanie: self-publishingRok wydania: 2026ISBN: 978-83-981249-6-6Skład: Maciej Pawlak

Część pierwsza

Opowieść o porażce

Alex, synku. Wiem, że nie zawsze byłem przy Tobie. Czasami, życie przerasta człowieka. Mam nadzieję, że Ciebie nie przerośnie. Dużo o mnie usłyszysz. I w większości będzie to prawda. Jeśli to czytasz, muszę Cię przestrzec. Jeśli w Twoich drzwiach pojawi się elegancko ubrany mężczyzna, z prawą ręką w kieszeni, nie jesteś mu nic dłużny. Trzymaj się od niego z daleka.

Kocham Cię i przepraszam, tata.

Rozdział I

3 marca

Arron Drive 66,

East Redemption

Godzina 7:30

Nieznośny jazgot budzika wyrwał Josha ze snu. Pusta butelka po piwie, którą trącił nogą, przypomniała mu, dlaczego bolała go głowa.

— Dzień dobry — powiedział cicho.

Maggie siedziała przy stole i paliła cienkiego papierosa. Wyglądała, jak ktoś, kto dawno przestał wierzyć w udane małżeństwa.

— Gniewasz się... — powiedział mechanicznie, przywykł już do wypowiadania tych słów. — Przepraszam, skarbie, naprawdę nie chciałem, żeby...

Maggie wyszła z pokoju, zostawiając go w kuchni samego.

Josh tylko westchnął.

Było za późno na prysznic.

Po prostu złapał torbę i wyszedł.

Ostrożnie stawiał stopy na wpół roztopionej tafli lodu pokrywającej chodnik. Wiosna prawie zawitała do Redemption City, lecz lód jeszcze nie zniknął z ulic.

Myśli zaprzątała mu Maggie.

Poznał ją na balu charytatywnym, za czasów, kiedy miał nieposzlakowaną opinię geniusza w swojej branży. Erudyty.

Po paru latach urodziła mu syna. Amerykański sen rodziny Andersonów skończył się wraz z utratą pracy w renomowanej redakcji.

Zanim się to stało, czuł się królem świata.

Dzisiaj przez zapijaczone oczy widział świat w samych negatywach.

— Kiepsko coś wyglądasz — usłyszał znajomy głos. — O jedno piwo za dużo?

Uśmiech pojawił się Joshowi na twarzy mimowolnie, kiedy zobaczył kolegę z pracy.

— Matt, jak to jest możliwe, że po wczoraj nie jesteś skacowany? Wypiliśmy po równo.

— Twarda głowa — powiedział. — Maggie wściekła?

— Bardziej obrażona. Nie przepada za mną, kiedy wypiję.

— Ktoś inny wyrzuciłby ją z domu na zbitą twarz.

— Nie, stary, to nie jej wina.

— Wiem, jak się z tym czujesz, przeniosłeś się z willi do przybudówki. To nie koniec świata, to miasto ma tobie coś do zaoferowania.

Zapewne...

Resztę drogi do pracy spędzili na przemian śmiejąc się ze swojego szefa, tudzież użalając się nad sobą.

Kiedy doszli do celu podróży, miejsca ich męki za najniższe możliwe pieniądze, oczom im ukazało się BMW zaparkowane przed redakcją.

— Shitter ma nowe auto? Już wiem, czemu nie dostałem premii świątecznej.

— Ty też? A reszta?

— Też nie dostali.

— Powinniśmy coś z tym zrobić. Ile tu zostawiłeś z siebie, Josh? Ile miałeś nadgodzin, za które nikt nie zapłacił, byle artykuł się zgadzał?

— A co my możemy?

— Patrz, czym robię zdjęcia, do kurwy nędzy — powiedział, wyciągając z torby poobijaną starą lustrzankę.

— No wiem.

— Od półtora roku mieszkam w Hotelu Granicznym. Szczam do zlewu. A ta kierda jeździ samochodem z salonu.

— Zaufaj mi, mam ochotę wybić mu przednią szybę, ale chciałbym też zachować tę pracę.

— Taa, pieprzona poczytalność, co nie? Chciałbym nie mieć nic do stracenia.

Josh kiedyś żył przyjemnościami, nie istniały dla niego granice nie do przekroczenia i mosty nie do spalenia.

Zazdrośni zawsze mówili mu, że źle przez to skończy.

I mieli rację.

— Czasami źle się na tym wychodzi — mruknął.

3 marca

Przedmieścia Redemption

Monagry Street 86

Godzina 08:10

Starszy detektyw Mark Halloway spoglądał w lustro, obserwując ostrze maszynki do golenia przejeżdżające po jego twarzy.

Wczoraj, późnym wieczorem, dostał rozkaz stawienia się rano w gabinecie komendanta.

Takie zaproszenie zazwyczaj oznaczało zruganie od góry do dołu, nawet w sytuacji, kiedy dostawałeś od niego pochwałę.

Mark zarzucił na siebie koszulę, po czym podszedł do lodówki i wyciągnął z niej butelkę piwa. Opadł ciężko na oparcie starego, drewnianego krzesła.

Na stole leżała jego odznaka, rewolwer, popielniczka i paczka czerwonych Marlboro.

Mark wpadł w błędne koło monotonnego rytuału.

Detektyw wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i otworzył piwo. Kapsel wpadł pod kanapę, czym zupełnie się nie przejął.

Strużka dymu zatańczyła w powietrzu przed jego twarzą.

Rewolwer nie był jego bronią służbową, trochę przeżył, choć za czasów swojej kariery w policji nigdy go nie użył.

Czyszczenie broni zawsze go relaksowało. Zapach smaru uspokajał. Otworzył bęben i przekręcił go parę razy.

Działał jak powinien.

Parę razy nacisnął spust, przez co w pomieszczeniu rozległ się miły dźwięk stukania metalu o metal.

Otworzył ponownie bębenek i wsunął do komory pocisk.

Przekręcił parę razy bębenkiem i zamknął go sprawnym ruchem nadgarstka, po czym przyłożył lufę do skroni.

Zaczął powoli naciskać na spust.

W końcu dotarł on do końca swojej podróży.

Rozdział 2 – Zgodnie z umową

3 marca

Redakcja RedRead Daily

East Redemption

Godzina 8:32

Josh spojrzał Sitterowi w twarz. Druga broda lekko mu drgała, kiedy wypowiadał słowa, brzuch ohydnie zwisał i wyglądał jakby chciał przebić się przez koszulę z wysokiej jakości materiału.

— A więc panowie — powiedział, lekko sepleniąc. — I oczywiście, droga pani.

Przeniósł spojrzenie na Lexy. Było tak obleśne, że ocierało się o molestowanie.

— Do rzeczy. Pieniądze się same nie zarabiają, a tematów nie znajdziecie w biurze.

Pieniądze się same nie zarabiają...

Nosz kurwa.

— Dzisiaj zapraszam was więc do pracy w terenie. Bierzcie swoje aparaty i szukajcie tematu. Dobierzcie się w pary, po dwie osoby na dzielnicę.

Po tych słowach dłonie zgromadzonych dziennikarzy wystrzeliły w powietrze.

Barry i Oliver zaklepali wschodnią dzielnicę.

Obydwoje byli kiepskimi dziennikarzami. Jeden robił piękne zdjęcia, ale kiepsko pisał. Drugi dobrze pisał, ale nie miał nawet aparatu, więc połączyli siły.

Lexi i Jason zaklepali dzielnicę West Redemption.

Jason był typowym playboyem — mocno zarysowana szczęka, blond włosy z przedziałkiem, umięśniony. Josh rzucił Mattowi ukradkowe spojrzenie. Przypomniał sobie, jak młodszy kolega po fachu nazwał Jasona „pieprzonym Kapitanem Ameryką”.

Lexi była średnio atrakcyjną dziewczyną — szczupła blondynka, niebieskie oczy. Na początku pracy w redakcji wydawała mu się jego bratnią duszą.

Po poznaniu Jasona zmieniła się.

Praktycznie już ze sobą nie rozmawiali.

Josh w końcu podniósł rękę, a wzrok pozostałych uczestników zebrania przeniósł się na niego.

Jego mina nie wyrażała żadnych emocji.

Dobrze tłumił w sobie gniew.

Shitter spojrzał na niego z politowaniem.

— Przykro mi, przyjacielu, pozostaje ci Old Redemption.

Nikt nie spuścił z dziennikarza wzroku.

— A więc ustalone. Czas coś zarobić, moi drodzy, więc szykujcie się do drogi.

W biurze zrobiło się drobne zamieszanie. Pracownicy tłumnie ruszyli w stronę pomieszczenia socjalnego, aby zabrać na drogę chociażby kawę lub przyrządzić na szybko jakiś posiłek.

Matt wykonał głową ruch sugerujący, że powinni zrobić dokładnie to samo.

— Muszę pogadać z Sitterem. Dogonię cię — odpowiedział, po czym podniósł się z krzesła i ruszył w stronę biura redaktora.

Delikatnie zapukał w drzwi. Sitter spojrzał na niego, marszcząc brwi, i zaprosił ruchem ręki do środka.

— Co się dzieje, Josh? Chodzi o przydział na Old Redemption? Wiem, że nie jest tam przyjemnie, ale zawsze byłeś dziennikarzem śledczym, prawda?

Redaktor miał rację. Stara dzielnica była najbardziej niebezpiecznym miejscem w Redemption City.

Policja nawet tam nie wjeżdżała. Old Redemption należało do gangsterów.

— Nie o tym chciałem rozmawiać — odparł Josh. — Widzi szef... potrzebuję trochę pieniędzy.

Shitter westchnął lekko i zrobił smutną minę.

— To ciężkie czasy, prawda? — powiedział, spuszczając głowę. — Dla przedsiębiorców szczególnie. Widziałeś, jak podatki poszły w górę?

— Dla wszystkich ciężkie...

— Umowy dla pracowników to rozbój. Ledwie zipiemy. Nie wytrzymasz do piątku? Dam ci pieniądze zgodnie z umową.

Pierdolony pajac, przyszedłem tu po moje pieniądze, a nie po tyrady, jak to ciężko żyć gościowi po kupnie luksusowego auta.

— Zgodnie z umową powinienem dostać w poniedziałek pieniądze za weekendowe artykuły.

— I w czym problem?

— Nie dostałem.

Na twarzy Sittera pojawił się grymas niezadowolenia.

— Słuszna uwaga — odparł. — Ile tam miało być?

No, kurwa, wreszcie...

— Dwieście pięćdziesiąt.

— Ile? — zapytał redaktor, wybałuszając oczy. — Na pewno pisałeś artykuły do tej gazety?

— Dwa razy w tym tygodniu mój artykuł był na pierwszej stronie, tak?

— Tak, ale było to wydanie środowe i sobotnie — odparł Sitter.

— OK... i co w związku z tym? — zapytał, siląc się na uprzejmy ton.

— Za wydanie sobotnie masz już dodatek. Czego chcesz więcej?

— Jest jeszcze...

— Środowe? To drugi najgorzej sprzedający się nakład w tym roku.

— Ale mój artykuł był na pierwszej stronie.

— Przepraszam, ale nie mogę ci za to dać premii. Też mam ludzi nad sobą.

Josha zamurowało.

— Słuchaj... — kontynuował Sitter. — To, co napisałeś, jest warte maksymalnie stówę. Widzę, jak się starasz. Widzę, że szukasz tematów, że robisz więcej niż inni.

Spojrzał przez okno swojego gabinetu, upewniając się, że nikt ich nie słyszy.

— Dam ci sto dwadzieścia pięć, jak wrócisz z terenu z dobrym tematem.

— Dzięki — mruknął pod nosem, po czym chwycił za klamkę, kierując się do wyjścia.

— A, Josh... — zatrzymał go Sitter. — Znajdź dzisiaj jakiś dobry temat. Naprawdę dobry. Masz talent, a sprzedaż spada na łeb, na szyję. Nie wiem, czy wszyscy nie stracimy pracy. Postaraj się. Liczymy na ciebie.

Josha przebiegł dreszcz. Jego ręce zaczęły się trząść. Oczami wyobraźni widział, jak łapie Sittera za koszulę i tłucze jego głową o biurko.

Coś siedziało mu pod skórą i chciało desperacko wydostać się na zewnątrz.

Chciałby w tym momencie nie mieć absolutnie nic do stracenia, nie martwić się niespłaconym czynszem i ciągłym brakiem pieniędzy.

Chciałby po prostu rozłupać mu czaszkę, nie zastanawiając się, co będzie dalej.

Wyszedł z biura i mimo ogromnej ochoty trzaśnięcia drzwiami powstrzymał ten impuls.

Kiedy tylko skierował swoje kroki w stronę pokoju socjalnego, usłyszał, że pozostała część załogi o czymś żywo dyskutuje.

— To zwykły człowiek, jak ty czy ja — usłyszał głos Matta.

— Ten typ jest niedojebany — powiedział Oliver. — Ewidentnie jest z nim coś nie tak. Trąci od niego wódą. W życiu nie powiedział do mnie słowa.

— Gość wciąż myśli, że jest szychą, jakby był lepszy od nas — wtórował Barry.

— Ze mną trochę rozmawiał — dołączyła się do rozmowy Lexi. — Jest inteligentny, trochę zarozumiały, ale z tobą, Jason, takich dobrych artykułów nie napisałam.

Joshowi na dźwięk tych słów mimowolnie uśmiech wpłynął na twarz.

Może nie jest aż tak źle...

— A co, to twój nowy chłopak? — zapytał Jason konfrontacyjnie.

— Boże, nie. Gość jest obleśny. Muszę jednak przyznać, zna się na swojej robocie lepiej od nas.

No tak...

Chuj mi w dupę...

Josh spokojnie wszedł do pokoju socjalnego, łypiąc na każdego groźnie.

Niezręczna cisza przepełniła pomieszczenie.

— Pójdę może do samochodu — powiedziała Lexi.

Dziennikarz odprowadził ją potępiającym wzrokiem.

Wyciągnął ze swojej torby termos i zabrał się za przygotowywanie sobie kawy na drogę.

— Nie rozmawiaj więcej z moją dziewczyną — powiedział Jason. — Mówię serio. Nawet na nią, kurwa, nie patrz, jasne?

Josh zastygł na moment w bezruchu.

— Z tego, co wiem — zaczął Josh, odwracając się w jego stronę — to wolny kraj i można robić, co się chce.

— Będą konsekwencje — wycedził przez zaciśnięte zęby Jason.

Josh zrobił krok do przodu, patrząc ponad stukilogramowemu mężczyźnie w oczy.

— Ej, ej, ej, chłopaki, spokojnie. Jezus kazał się kochać — rzekł Matt, wskakując pomiędzy nich.

— Jason, zbastuj, chrystusie panie — powiedział Oliver.

Josh złapał swój termos i włożył go do torby.

Stracił ochotę na kawę.

— Jeszcze nie skończyłem z tobą — mruknął Jason pod nosem.

Josh nawet nie odpowiedział. Nie musiał. Wystarczyło jedno spojrzenie.

Chłodne, puste, pozbawione emocji.

Bez słowa minął go i wyszedł z pomieszczenia socjalnego. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym stuknięciem, ale tym razem nie było w tym teatralnego trzasku.

Korytarz redakcji pachniał starym papierem, kawą i kurzem. Neonowe światła migotały, jakby i one miały dość tego miejsca.

Jeszcze chwila i naprawdę kogoś zabiję...

Wyszedł przed budynek. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz, jakby miasto samo próbowało go otrzeźwić. Redemption o tej porze było brudne, głośne i zmęczone — tak jak on.

Old Redemption...

Ostatnie miejsce, w które chciał dziś jechać. Miejsce, gdzie ludzie znikali szybciej niż nadzieja na lepsze jutro. Gdzie prawo było tylko sugestią, a życie miało śmiesznie niską cenę.

Wyciągnął telefon.

Jedna nieodebrana wiadomość od Matta.

„Stary, uważaj na siebie. Coś mi się tu nie podoba. Zaczekaj na mnie przed redakcją.”

Josh prychnął cicho.

— Mnie też nie — mruknął do siebie, po czym ruszył w stronę Old Redemption, nie wiedząc, że ta dzielnica nie tylko da mu temat.

Da mu coś, po czym nie będzie już tym samym człowiekiem.

Rozdział 3 – Pakt ze złym

3 marca

Komisariat policji

Martyrdom Square 34

East Redemption

Godzina 9:58

Porucznik Anthony Ripper wziął łyk białej herbaty, którą zrobił sobie jeszcze będąc w domu. Nie pijał kawy — słyszał, że wypłukuje magnez. Tym bardziej nie podchodziła mu kawa z automatu, którą uwielbiali tutejsi gliniarze.

Upił kolejny łyk, spoglądając przez okno gabinetu komendanta policji.

To miasto było jego.

Było w nim coś, co nie pozwalało zasnąć, ale jednocześnie niosło ukojenie. Niemal namacalny pył historii osiadał na każdej z ulic.

Historii bez happy endu.

Jednak była i druga strona — pozytywna, bardziej szczęśliwa.

Tutaj się urodził, poznał żonę, wybudował dom. Miasto nauczyło go, że możliwości są ograniczone tylko wtedy, jeśli nie zrzucisz najpierw własnych ograniczeń.

Obok niego na krześle siedział młody człowiek ubrany w jeansy i szarą bluzę z kapturem z napisem RCPD. Ripper zapomniał, jak miał na imię, chociaż kiedyś już mu się przedstawiał.

Bez żadnego ostrzeżenia drzwi gabinetu otworzyły się na oścież. Do pomieszczenia wszedł komendant Higgins, niosąc w ręku teczki.

— Dziękuję, że zaczekałeś, Anthony.

Po chwili, jakby od niechcenia, spojrzał w stronę chłopaka siedzącego na krześle.

— Przywlokłeś mi kogoś do gabinetu, Ripper?

Na to pytanie chłopak wstał i z pełną powagą zaczął się przedstawiać.

— Oficer Dominic Abler, panie komendancie.

— Wzywałem cię?

— Tak, panie komendancie.

Higgins spojrzał na Anthony’ego.

— Nie przypominam sobie.

Ripper przewrócił oczami i głośno westchnął.

— To ogórek, komendancie.

— Aaa... świeżak — wykrzyknął radośnie Higgins. — Dlaczego poprosiłeś o pracę na tym komisariacie, Abler?

— Nie prosiłem, panie komendancie. Dostałem tu przydział.

Ripperowi podobało się jego zdyscyplinowanie. W oddziałach prewencji panowała wojskowa atmosfera. Pielęgnował ją po dziś dzień. Czasami potrafiła ratować życie.

Drzwi do gabinetu otworzyły się ponownie.

— Halloway, spóźniłeś się — zaczął rugać go Higgins. — W tym momencie powinienem wyrzucić cię stąd na zbity pysk.

— Przepraszam, komendancie. Cholerne korki na mieście. To się więcej nie powtórzy.

— To poważna sprawa. Nie wzywam was na herbatkę. Jeśli nie masz nic przeciwko, przydałoby się dorosnąć.

Mark i Anthony znali się od dziecka. Dorastali w tej samej dzielnicy. Halloway był bystry, dobrze znał się na ludziach. Widział winy wymalowane na duszach osób, które napotykał.

Ripper miał ogromną umiejętność wpływania na ludzi i zbierania informacji. Zadawał trafne pytania i oczekiwał trafnych odpowiedzi.

Uzupełniali się i lubili, jednak podejście do życia mieli zupełnie inne. Anthony dużo ćwiczył, aby utrzymać się w formie. Pomimo wieku cieszył się doskonałą kondycją fizyczną i dbał o siebie. Poniekąd zatrzymał swój zegar biologiczny.

Po Hallowayu widać było, że zrzucenie paru kilo byłoby dla niego błogosławieństwem.

— A więc, Abler — zaczął komendant — czemu w ogóle zdecydowałeś się na pracę w policji?

— Zawsze czułem, że to moje powołanie, panie komendancie.

— A wcześniejsza emerytura nie ma z tym nic wspólnego? — zapytał Higgins, chichocząc pod nosem.

Chłopak rozejrzał się zdezorientowany po zgromadzonych w gabinecie.

Halloway też uśmiechnął się lekko.

— Mam tu twoje akta — powiedział Higgins, po czym wypuścił je z ręki w teatralnym geście.

Uderzyły o blat biurka.

— Guzik mnie obchodzą. Sam ocenię twoją przydatność do służby, więc radzę się pilnować.

— Tak jest, komendancie.

— Teraz słuchajcie uważnie. Jutro ma się pojawić u nas detektyw z Greenhills. Ma pomóc nam uporać się ze statystykami, ponieważ współczynnik rozwiązanych spraw jest żałosny.Pojutrze zaczynamy z nim współpracę.

— Co to za jeden? — zapytał Ripper.

— Podobno prawdziwy geniusz, jeśli chodzi o dochodzenia. Abler, jutro o dziesiątej masz tu przyjść.

— Tak jest.

— To będą twoi przełożeni. Możesz się odmeldować.

Abler wstał, wyprostował się i wymamrotał jakieś słowa pożegnania, po czym wyszedł z gabinetu.

— Co to ma wspólnego z nami? — zapytał Halloway.

Higgins spojrzał na nich, jakby nie zrozumiał pytania.

— No, ten detektyw z Greenhills — dołączył się do pytania Ripper.

— Och, cieszę się, że zapytałeś, Mark — powiedział Higgins, przejeżdżając palcami przez swoje siwe włosy.

— Więc?

— Formułuję specjalną grupę, która rozwiąże każdą sprawę. Nazwę was brygadą złych. A wiecie dlaczego?

Ripper, wiedziony doświadczeniem, zaczynał wyczuwać aluzję.

— Bo jesteście bandą najgorszych policjantów, jakich kiedykolwiek widziałem. Jesteście niezdolni do wykonywania jakiejkolwiek pracy.

Anthony tylko przewrócił oczami.

Mark się uśmiechnął.

Higgins się nakręcił.

— Ripper, kiedy zaczniesz pracować tak, jak się powinno?

— Cóż — odparł spokojnie Ripper — kiedy ostatni raz pracowałem tak, jak się powinno, łatałem dziury po kulach na werandzie.

Higgins zmarszczył brwi.

— Zatrzymanie Loona było wiekopomną chwilą w dziejach tego wydziału. Miałeś jaja i tupet. Byłeś bohaterem...

— A prawie zostałem męczennikiem.

— Tak wygląda ta praca. Jeśli masz się w niej hamować, to rzuć na biurko gnata i blachę.

Halloway zachichotał pod nosem.

— Coś cię śmieszy, Halloway? Powiedziałem coś śmiesznego?

Detektyw podniósł dłonie do góry w obronnym geście.

— Właściwie to tak — zaczął mówić. — To wszystko jest śmieszne. Nazwa, sytuacja, ogórek, ale najbardziej śmieszy mnie rzucanie blachą.

— Tak?

— Znamy się ile? Dwadzieścia lat? Może trochę mniej? Masz najmniejszą liczbę policjantów na ulicach od tego czasu, więc na litość Boga i ludzi... Higgins, o czym ty, chłopie, pierdolisz?

— To, że jest brak ludzi w szeregach, nie oznacza, że będę tolerował gównianą robotę. O tym możemy pogadać, jak wytrzeźwiejesz.

— Spoko — mruknął Mark.

— Twoje zdanie lata mi koło wafla. I tak tylko siedzisz w dyżurce.

— Ja chętnie wrócę w teren. Daj mi sprawę. Może tę, o którą proszę.

Higgins zrobił się czerwony na twarzy.

— To nie jest dobry moment na tę rozmowę. Dobrze wiesz, że akurat do tej sprawy nie mogę przydzielić ciebie. To konflikt interesów.

— Masz rację. Lepiej niech leży w archiwum i czeka, aż ktoś się tym zajmie tak, jak powinien.

Ripper rozumiał przyjaciela doskonale.

Wiedział, że jego upadek moralny jest sumą wydarzeń nocy, w której zabito mu brata. Widział i czuł ból przyjaciela. Nic z tym jednak nie mógł zrobić.

— Mark, trochę przeginasz — upomniał go Ripper.

— Serio? — zapytał Halloway z buntowniczą miną. — Pozwól, że wytłumaczę ci, co się tu dzieje. Góra dobiera się nam do komendanta. Żądają rezultatów. Mam rację?

Higgins nie odpowiedział.

— Czyli mam rację — powiedział, uśmiechając się do komendanta.

— Macie się zebrać w grupę. Ty, Anthony, Abler i ten gość z Greenhills. Chciałbym, żebyśmy dobrze wypadli. Złapali z nim paru przestępców, niekoniecznie z wyższej półki. Proszę o zbyt dużo?

Ripper nie odezwał się słowem, wpatrzony w okno intensywnie o czymś myślał. Halloway patrzył prosto w oczy Higginsowi.

Ich spojrzenia spotkały się zdecydowanie za późno.

— Chcę wrócić na dyżurkę — oznajmił Halloway.

— Mark, zaczekaj. Ripper, chcę, żebyś dowodził tą grupą. Wiem, że nie popełniam błędu. Jutro o siódmej macie się spotkać przed komendą. Przeszkolcie Ablera. Ma mi nie przynieść wstydu, kiedy zaczniecie pracować z tym gościem.

Ripper pożegnał się z komendantem skinieniem głowy i skierował się w stronę drzwi. Przypomniał tylko Higginsowi, że Ablerowi kazał przyjść na jednostkę trzy godziny później.

Halloway wygodniej rozsiadł się na krześle, sugerując, że on stąd się nie ruszy.

Powietrze w gabinecie stało się ciężkie.

Halloway wiedział, że doprowadził do kłopotliwej sytuacji. Od najmłodszych lat hipokryzja i cwaniactwo budziły w nim agresję. Na osiedlu, na którym dorastał, jeżeli ktoś coś powiedział, musiał słowa poprzeć czynami.

Czcze gadanie było karane z zabójczą prędkością.

— Mark — komendant wypowiedział jego imię na głos z lekkim westchnięciem. — Tkwimy po oczy w gównie. Jeśli ta współpraca nie wypali, zostanę zwolniony.

— To przyjdzie ktoś inny na twoje miejsce — przerwał mu Halloway.

— Jesteś, kurwa, okropny.

— Nie jesteś lepszy. Wsadziłeś mnie za biurko, żebym za nim zgnił. Przypomnij mi, ile razy prosiłem o inny przydział?

— Prosiłeś o sprawę, której nie możesz dostać, a posadziłem cię za biurkiem, bo policyjny psycholog stwierdził, że nie nadajesz się do pełnienia służby. Przeczytać ci, co napisała na twój temat?

— Wali mnie to. Teraz jestem zdolny do pełnienia służby, jak pali ci się dupa?

— Słuchaj — powiedział Higgins już łagodniej. — Jeśli ta współpraca wypali, dam wam sprawę zabójstwa twojego brata.

— Dasz?

— Tak. Ablerowi albo temu drugiemu. Będziesz mu pomagał, ale po cichu.

— To już jest jakiś pomysł — odparł Halloway, patrząc badawczo na swojego przełożonego.

— Ale z tym z Greenhills musi wypalić i musisz przestać chlać, do cholery. To dwa konieczne warunki.

Halloway jedynie skinął głową w geście poparcia.

— W tej brygadzie to ty jesteś tym złym — odparł Higgins. — Masz zielone światło na wszystko. Tylko ugadaj to z Anthonym.

— Mamy umowę?

Komendant kiwnął głową, mając nadzieję, że Mark uwierzył w jego kłamstwo.

Rozdział 4 – Powitanie

3 marca

Venal Street

Old Redemption

Godzina 10:24

— Chyba napiszę o Hotelu Granicznym — powiedział Matt, mrużąc oczy. — W ogóle trzymamy się razem czy rozdzielamy?

Josh spojrzał ponuro przed siebie.

Pójście we dwóch do starej dzielnicy było o wiele bezpieczniejszym wyjściem. Z drugiej strony oznaczało jednak ślęczenie do późnej godziny w biurze, aby artykuł chociaż przypominał coś więcej niż wypracowanie nastolatka.

— Rozdzielmy się. Shitter powiedział mi, że wszystko jest zgodnie z umową. Czyli pracuję maksymalnie cztery godziny.

— To ja lecę do Hotelu, a ty?

Josh po dłuższej chwili wskazał palcem koniec ulicy.

— Idę tam — oznajmił przyjacielowi.

— Tam nic nie ma, ale dokądkolwiek zmierzasz — powodzenia.

Mężczyźni pożegnali się szybko, po czym Josh ruszył w wędrówkę w dół ulicy Venal.

Im dalej wchodził w trzewia tego miasta, tym bardziej ponuro i niebezpiecznie wyglądała okolica.Jako temat swojego artykułu, Josh wybrał posiadłość z numerem 61. Był to zdewastowany budynek, który jakiś czas temu pełnił funkcję sierocińca.

Niestety strawił go pożar.

Gdyby stało się to w innej części miasta, władze odbudowałyby budynek. Jednak z racji tego, że usytuowany był on w dzielnicy biedy, tak się nie stało.

Jak twierdziła prasa, miasto skierowało wzrok na nieużytek dopiero wtedy, kiedy zamordowano w nim młodą dziewczynę.

Nancy Riteer, córka lekarza, który był właścicielem kliniki umiejscowionej na tak zwanych „Wzgórzach”. Redemption Hills — piękna kraina bez przemocy i niedostatku. Mieszkali tam ludzie prawi, dobroduszni… i obrzydliwie bogaci.

Z powodu niechęci do obcych odwiedzających ten obszar miasto kipiało od plotek i teorii spiskowych na temat wzgórz.

Na Wzgórzach podobno mieszkali ludzie, którzy naprawdę rządzili tym miastem.

Jedni nazywali to teorią spiskową.

Inni — faktem.

Ludzie wierzyli też w to, że w mieście władzę trzyma ktoś inny.

Każda dzielnica miała swojego boogeymana pod łóżkiem, którego się bała. W wielu przypadkach słusznie, bo potwór był bardzo realny. Mieszkańcy miasta stwierdzili, że każdy gangster odpowiada przed jedną osobą, która ma władzę absolutną. Jest niczym okrutny średniowieczny król, który stoi ponad prawem.

Ta uliczna legenda miała swoje korzenie, ale nikt nie pamiętał dokładnie gdzie.

Stek bzdur...

Ze sprawy Nancy wiadomo niewiele. Wedle relacji świadków ciało dziewczyny znaleziono właśnie w tym nieużytku. Od jej śmierci minął dokładnie rok.

Sprawcy, bądź sprawców, nie odnaleziono lub wymierzono im sprawiedliwość na własną rękę.

Josh postanowił przypomnieć czytelnikom o tym wydarzeniu i przy okazji dołożyć cegiełkę do zburzenia tego miejsca.

Jego oczom ukazał się spory budynek z dużym placem. Josh uwielbiał budynki z historią — stare i opuszczone. Bał się tylko ich lokatorów.

Z niemałym wysiłkiem pokonał żelazną bramę, ignorując wszelkie ostrzeżenia i zakazy widniejące na plastikowej tabliczce przykręconej do ściany.

Kiedy wreszcie jego nogi dotknęły podłoża, skierował się pośpiesznie w stronę drzwi dawnego sierocińca, mając nikłą nadzieję, że być może są otwarte.

Przecinając plac zieleni, poczuł dyskomfort.

Przez chwilę był przekonany, że ktoś go obserwuje.

Przystanął na moment, wsłuchując się w otoczenie. Powoli rozejrzał się na boki, jednak wokół niego nie było widać nikogo. Kakofonia miasta uderzyła go swoim bogactwem — odgłosy pracy silników samochodowych, muzyki puszczanej za głośno kilka ulic dalej, imprezy w sąsiednim budynku, która najprawdopodobniej zakończy się mordobiciem.

To tylko twoja wyobraźnia...

Nie ma tu nic poza kurzem i sadzą...

Kilkoma susami pokonał ostatnie kroki dzielące go od drzwi i nacisnął klamkę. Jak łatwo się domyśleć, zamek nie ustąpił.

Kurwa mać...

Na szczęście okazało się, że szyba w jednym z okien na parterze była kompletnie wybita.

Dziennikarz nie wahał się ani chwili i chwycił dłonią wystający kawałek kamiennego parapetu. Jęknął z wysiłku, starając się podnieść ciężar swojego ciała.

Po kilkunastu sekundach Josh upadł na plecy, leżąc na drewnianym parkiecie.

Jego uwaga skupiła się na wnętrzu rozległego holu. Budynek, pomimo upływu lat, wciąż wyglądał schludnie. Płaskorzeźby na ścianach przedstawiały biblijne sceny i na pierwszy rzut oka nic nie odbiegało od przyjętej normy opuszczonego budynku.

Josh złapał za aparat, aby sfotografować biblijną scenę, w której Chrystus upada po raz trzeci.

Blask flesza oświetlił na moment ciemne pomieszczenie i przez ułamek sekundy dziennikarz mógł przysiąc, że widział czyjąś sylwetkę.

Szybko skierował w to miejsce strumień światła padającego z latarki.

Nikogo tam nie było.

Ty i te twoje cholerne przywidzenia...

Wziął kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić.

Czuł, że coś obserwuje go z mrocznych zakamarków opuszczonego sierocińca.

Jego boogeyman również był straszliwie realny.

Jednak artykuł sam się nie napisze...

Korytarz górnej kondygnacji był zaprzeczeniem przepychu, jaki panował w holu, jakby ktoś przeznaczył wszelkie fundusze na dobre pierwsze wrażenie. Zaglądając do pokojów dziecięcych, można było odnieść wrażenie, że ten przytułek pełnił funkcję bardziej więzienia aniżeli sierocińca.

Prycze porozstawiane po kątach pokoi sugerowały, że w jednym malutkim pokoiku mieszkało od czwórki do nawet szóstki podopiecznych.

Najbardziej interesowało go pomieszczenie, które znajdowało się przed nim — jedno z większych pomieszczeń, które kiedyś służyło za bawialnię.

W bladym świetle latarki Josh rozpoznał litery, które ktoś niechlujnie nabazgrał na drzwiach czerwoną farbą. Minęło kilka sekund, zanim zaniepokojony scenerią umysł Josha złożył litery w słowa.

Tu diabeł mówi dzień dobry...

Za tymi drzwiami dokładnie rok temu zamordowano Nancy.

Dziennikarz szarpnął za klamkę. Jednak, podobnie jak ta w drzwiach wejściowych, nie ustąpiła. Zaklął siarczyście pod nosem.

Trudno, tyle musi wystarczyć. Nie będę narażał swojego zdrowia dla jakiegoś głupiego...

Potok myśli dziennikarza przerwał dźwięk, który zmroził mu krew w żyłach.

Nie był to krzyk.

Nie był to odgłos kroków.

Był to dźwięk bardziej subtelny.

Sprawiający, że jego głos nie mógł uformować się w krzyk.

Był to dźwięk mechanizmu zamka oznajmiającego, że ktoś po drugiej stronie właśnie otworzył drzwi.

Rozdział 5 – Złoczyńca

3 marca

Komisariat policji

Martyrdom Square 34

East Redemption

Godzina 10:27

Ripper poślizgnął się delikatnie, schodząc po marmurowych schodach. Zawsze zastanawiał się, jak to możliwe, że żaden z policjantów nie zakończył na nich swojej służby, gdyż stanowiły one śmiertelną pułapkę dla każdego, kto miał pod stopą podeszwę.

— Poruczniku — usłyszał, jak ktoś woła zza jego pleców.

— Abler, tak? Co się dzieje?

— Zastanawiam się, czy ma pan dla mnie jakieś rady na pierwszą służbę?

Ripper westchnął delikatnie, uśmiechając się jedynie pod nosem. Zapomniał już, jak to jest być młodym.

— Na początek mów mi Ripper. Wszystko na luzie, mamy i tak na tyle stresującą pracę, że tyranie się tytułami jest niewskazane.

— To wszystko? — zapytał lekko skołowany.

— Masz dziewczynę?

— Narzeczoną — sprostował Dominic.