Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 28.07.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
19 osób interesuje się tą książką
Mówili, że bogowie to mit. Że giganci są tylko bohaterami opowieści snutych przy dogasających ogniskach. Kłamali.
Bogowie nie umarli – jedynie śpią, uwięzieni w śmiertelnych ciałach, rozproszeni po całym świecie i czekający na iskrę, która ich przebudzi. A mój ojciec jest najbardziej bezwzględny z nich wszystkich.
Nauczył mnie posłuszeństwa. Przelewania krwi. Tego, bym w odpowiedniej chwili stała się jego bronią. Teraz wysyła mnie na Uniwersytet Endiru – miejsce pełne potomków pradawnych rodów i zabójczych sekretów – żebym odzyskała Mjölnir, legendarny młot. Jeśli zawiodę, wszyscy, których kocham, zginą.
Ale Aric Erikson nie był częścią planu. Dziedzic wrogiego rodu. Zdystansowany, niebezpieczny i w pewien sposób… znajomy. Odgrodził się lodowym murem, a im głębiej próbuję go rozpracować, tym trudniej mi odróżnić, gdzie kończy się kłamstwo, a zaczynam ja.
Od końca świata dzieli mnie tylko misja, na którą się nie pisałam, i mężczyzna, którego nigdy nie miałam pokochać.
Ale jeśli ja jestem iskrą, może on jest lontem. A bogowie? Wkrótce się przebudzą. I będą wściekli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Fallen Gods
Copyright © 2024 by Rachel Van Dyken
Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: LJ Anderson
Projekt oprawy: Elizabeth Turner Stokes
Projekt wyklejki: Kateryna Vitkovska
Ilustracje: © soulscience/CG Trader
© kyoshino/GettyImages
© Anna Bliokh/GettyImages
© xamtiw/GettyImages
© Juggernaut69/Getty
© phanasitti/ Getty
© JanDix/DepositPhotos
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-317-3
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
Z dedykacją dla mojego dziadka Gjengstø (Jacobsena), który wiedział, że lektura tych wszystkich książek poświęconych mitologii nordyckiej kiedyś mi się opłaci. Dzięki Tobie poznałam swoje norweskie korzenie. Bardzo Cię kocham, dziadku – dziękuję za wszystkie opowieści, którymi się ze mną podzieliłeś. I choć nie możesz zobaczyć, jak piszę własne, bo nie ma Cię już z nami, wiem, że jesteś ze mnie dumny. Świeć jasno w Helheimie.
W tej książce bohaterowie mitów żyją pośród śmiertelników… i knują, jak przejąć nad nimi władzę. Dlatego ta historia zawiera elementy, które nie muszą odpowiadać każdemu, takie jak: rany, krew, śmierć, tonięcie, przemoc fizyczna, alkohol, dosadne słownictwo, niebezpieczne sytuacje i sceny erotyczne – od czułych pocałunków po napędzany gniewem seks. Pojawiają się też wątki żałoby, utraty członków rodziny i wojny. Jeśli jesteś wrażliwy na takie treści, proszę, miej to na uwadze.
Witamy na Uniwersytecie Endiru, gdzie bogowie sieją zamęt, a z mgły wyłaniają się runy. Weź sylabus. Czeka cię tydzień powitalny z piekła rodem.
REY
Zrobiłbyś to? – szepczę, nie mogąc znieść drżenia we własnym głosie.
Stoimy pośrodku kampusu. Zimny wiatr muska moje rozgrzane policzki i dodaje mi odwagi, by powtórzyć pytanie:
– Uciekłbyś ze mną, wiedząc, że świat się skończy? Wiedząc, że wszystko spłonie?
Jeszcze kilka tygodni temu nie przyszłoby mi do głowy, że będziemy prowadzić taką rozmowę. Teraz powietrze między nami jest tak zimne, że jego oddech zamienia się w lodowatą mgiełkę. W innym życiu mogłoby mi się to wydać poetyckie. Teraz tylko przypomina mi o tym, z kim mam do czynienia.
Gigantem.
Bezwzględnym.
Potężnym.
Wszechwładnym.
Aric przestępuje z nogi na nogę, a cisza między nami rozciąga się jak przepaść, której żadne z nas nie jest w stanie przeskoczyć.
Może nie powinnam była się w to angażować. Nie po tym, jak dowiedziałam się, co naprawdę doprowadziło do wojny między Bogami a Gigantami. Mam wrażenie, że to już koniec.
– Wahasz się – ledwo udaje mi się wydusić.
Spojrzenie jego ciemnych oczu napotyka moje. Zaciska szczękę.
– Nie mogę ci tego obiecać – odpowiada w końcu. – Dopóki to wszystko się nie skończy.
Chciałam tylko, żeby powiedział „tak”. Do niczego bym go nie zmuszała. Po prostu chciałam wiedzieć, że byłby gotowy zaryzykować – dla mnie.
Łagodny szelest liści pradawnych drzew przypomina nam o tym, gdzie się znajdujemy… i o co toczy się gra.
– Czyli to już postanowione? Zrobimy to? – Czuję, jak płoną mi policzki, ale muszę się upewnić. Ten jeden ostatni raz.
Aric przesuwa językiem po dolnej wardze, a jego szczęka znów się napina, jakby nie chciał powiedzieć za dużo. W powietrzu wiruje kilka zbłąkanych płatków śniegu, a jego oczy ani na moment nie odrywają się od moich.
Kręcę głową. Jedno z nas musi być silne.
– Nie potrzebuję zimna. – Nawet w moich uszach brzmi to żałośnie. – Nie chcę go.
– Ale ja wciąż potrzebuję twojego ciepła – odpowiada i wiem, że mówi szczerze. Ale to już mi nie wystarcza. Śnieg osiada na jego szerokich barkach, które tak wiele musiały udźwignąć.
– Jedno z nas zginie – mówię wreszcie.
I w głębi duszy wiem…
Że to będę ja.
REY
Tydzień wcześniej
Kartka, którą trzymam w dłoni, jest tak zmięta i wilgotna od potu, że mam wrażenie, jakby atrament wżerał mi się w skórę. Ale nie to mnie najbardziej przeraża.
Mimo tego, jak ją traktował, nie widziałam mojej macochy płaczącej. Ani razu. Przez te wszystkie lata Laufey była jak twierdza – niezłomna, nieprzenikniona. Przez cały ten czas, kiedy się nad nią znęcał i kiedy chorowała.
Aż do dziś. Do dnia moich osiemnastych urodzin.
Na początku myślałam, że chodzi o tę „przysługę”, o którą mnie wreszcie poprosił. Wiedziałam, że wcześniej czy później to zrobi, choć modliłam się, żeby było inaczej.
Jednak tym razem chodzi o coś więcej.
Jakby przez lata coś w sobie dusiła, oszczędzając łzy właśnie na tę chwilę.
Dziś Laufey wreszcie pękła.
– Proszę, Rey, nie rób tego – szlocha rozpaczliwie. – Znajdziemy inne wyjście.
Nie mogę jej spojrzeć w oczy. Była moją jedyną bezpieczną przystanią, nie licząc Rowena. Chroniła mnie. A teraz ja muszę chronić ją. Nie jest moją biologiczną matką, ale jedyną, jaką mam. Jej łzy ranią mnie do żywego.
Rozglądam się po wystawnym domu ojca i po raz pierwszy w moim nędznym życiu żałuję, że nie mogę tu zostać. Ale to niemożliwe. Ojciec powierzył mi misję – i obiecał spełnić każde moje życzenie, jeśli wyjdę z niej zwycięsko.
Żołądek mam zaciśnięty w supeł, ale nie mogę się przejmować własnym strachem, gdy stawką jest zwrócenie wolności Laufey.
– Wiem, o czym marzysz, Rey. O dniu, w którym wreszcie się ode mnie uwolnisz – odzywa się mój ojciec, niewzruszony histerią Laufey. – Wiem, że to pragnienie pożera cię żywcem.
Jego słowa sączą mi się w skórę jak kwas i nawet nie próbuję im zaprzeczyć. Unoszę tylko głowę, napotykam spojrzenie jego ciemnych oczu i prostuję lekko ramiona.
Na jego twarzy pojawia się lodowaty uśmiech. Przenoszę wzrok na siwe włosy związane w charakterystyczny, niski kucyk, czarną opaskę na prawym oku, granatowy trzyczęściowy garnitur, laskę, krawat i dwa wisiorki: jeden w kształcie młota, drugi – głowy jego największego wroga.
Ludzie zabijają się o jego towarzystwo na imprezach.
Ojciec zerka na swojego ochroniarza, opartego o framugę drzwi po mojej lewej stronie, i kiwa głową. Rowen zbliża się bez słowa. Jest tylko kilka lat starszy ode mnie, wyższy od ojca, a bary ma chyba dwa razy szersze niż on. Tryska młodością i siłą, jednak zawsze wydaje się słabszy od niego. Pewnie dlatego, że wykonuje każde jego polecenie bez szemrania.
Świetnie go rozumiem. Sama też czuję się malutka w cieniu mojego ojca.
Żołądek ponownie mi się skręca, gdy Rowen obejmuje Laufey w pasie i podnosi ją do góry. Moja macocha osuwa się na jego szeroką pierś i pozwala się wyprowadzić korytarzem do swoich prywatnych pokoi.
Ojciec nie zwraca na nich najmniejszej uwagi.
– Masz tydzień, żeby odnaleźć młot Thora – zwraca się do mnie ostro. – Pozbądź się każdego, kto stanie ci na drodze. Zniszcz ich wszystkich za to, co nam zrobili, Rey. Wszystkich Eriksonów, co do jednego. Ale nie musisz się spieszyć. Niech cierpią – dodaje władczo.
– Skąd wiesz, że ma go Aric? Sigurd jest potężniejszy. Dlaczego Giganci mieliby go powierzyć komuś innemu?
– Po prostu wiem. – Podnosi głos, a ja staram się nie wzdrygnąć. – Bo jego rodzice go ukryli. Potrafię się uczyć na błędach. – Zaciska szczękę. – A twoim zadaniem nie jest zadawanie pytań, tylko wykonywanie poleceń.
Przytakuję. Nie mam innego wyjścia, jeśli chcę pozostać przy życiu. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby go o coś pytać. Przynajmniej nie powiedział, że to wszystko moja wina.
Przed wyruszeniem na misję dobrze byłoby poprosić Laufey o radę, skoro sama jest Gigantką, ale ojciec nigdy mi na to nie pozwoli. Laufey tak bardzo boi się jego gniewu, że wychodzi z pokoju na byle wzmiankę o Eriksonach. Sama myśl o tym, co ojciec może jej zrobić pod moją nieobecność, przyprawia mnie o mdłości.
Ledwo powstrzymuję dreszcz, gdy nachyla się i gładzi mój policzek, po czym całuje mnie w czoło. Gest jest całkowicie pozbawiony ciepła.
– Jestem z ciebie dumny. Wiesz o tym, prawda? Ze wszystkich moich dzieci… tylko ty się do czegoś nadajesz.
Wiem, że to miał być komplement, ale dla mnie brzmi raczej jak klątwa.
Ojciec cofa się i opuszcza rękę.
– Rowen za chwilę podstawi auto. Weź swoje rzeczy i ruszajmy. Czekałem na tę chwilę już wystarczająco długo.
A później odchodzi, postukując laską o marmurową podłogę w rytmie, który każe mi iść za nim.
Zaciskam zęby i chowam zmięty liścik od Laufey głęboko do kieszeni dżinsów. Nie zdążyłam go przeczytać, ale wcale nie muszę. Na pewno błaga mnie, żebym zrezygnowała z udziału w misji.
Sięgam po nowiutki plecak i zarzucam go sobie na ramię. Ojciec ma rację – lepiej mieć to jak najszybciej z głowy.
Parę minut później siedzimy oboje na tylnej kanapie smukłego czarnego Mercedesa. Rowen pewnym ruchem skręca na autostradę prowadzącą z Bellevue w stanie Waszyngton do Everett, gdzie mieści się Uniwersytet Endiru, moja uczelnia.
Wpatruję się w krople deszczu bębniące o przednią szybę i gorączkowo pracujące wycieraczki. Nagle rozlega się klakson i mam ochotę wrzasnąć na tego, kto go nacisnął, ale nawet nie wie, jakie ma szczęście. Chciałabym, żeby moim największym zmartwieniem było spotkanie kiepskiego kierowcy na drodze.
Ale ból pozostaje bólem – nie interesuje go, kogo dotyka. Po prostu jest. A świadomość, że gdzieś indziej ktoś cierpi jeszcze bardziej niż ja… pozwoliła mi przetrwać ostatnie dwa lata.
Tkwię po uszy w tym bagnie przez mojego ojca – przez to, kim jest, do czego jest zdolny i do jakich okrucieństw posunęły się obie strony tej wojny. Niektórzy powiedzieliby, że urodziłam się wyjątkowa.
Bzdura.
Prawda jest taka, że znalazłam się tutaj właśnie dlatego, że nie ma we mnie nic wyjątkowego. A przynajmniej nic, co miałoby znaczenie w oczach tej jednej, konkretnej osoby.
Serce zaczyna mi walić na wspomnienie ciepłych brązowych oczu. Nie, nie ciepłych. Przesuwam palcem po delikatnych bliznach na kostkach i zmuszam się, by skupić się na drodze.
Rowen podchwytuje mój wzrok w lusterku wstecznym, po czym natychmiast odwraca spojrzenie. Jakie to typowe. Patrzę na jego gęste, falujące blond włosy, których końce muskają ramiona, jakby widok kogoś silnego mógł pomóc mi zapomnieć o tym, jak bardzo popękani jesteśmy wewnątrz.
Nie pamiętam, odkąd właściwie Rowen jest moim najbliższym przyjacielem. Po prostu się nim stał – jednego dnia go nie było, a drugiego krążył wokół mnie jak księżyc. Wprowadził się do nas trzy lata temu, pewnie zaraz po skończeniu szkoły średniej, ale nigdy nie rozmawialiśmy o naszych zainteresowaniach, urodzinach, ani w ogóle na żaden z tematów, które poruszają normalni ludzie, żeby poczuć się mniej samotni. Wystarczyło, że mieszkaliśmy pod wspólnym dachem, w domu mojego ojca. Trauma zbliża szybciej niż wspólnie spędzony czas.
A teraz, po dzisiejszym dniu, pewnie już nigdy go nie zobaczę.
Serce opada mi na samo dno żołądka, gdy ojciec rozkłada gazetę, jakby telefony i media społecznościowe w ogóle nie istniały. Co kilka sekund odchrząkuje i poprawia krawat prawą dłonią – tą z tatuażami, które informują o tym, kim jest, pod warunkiem że ktoś zna znaczenie run na wszystkich pięciu jego śmiertelnie niebezpiecznych palcach.
Jednak nawet dla przypadkowego obserwatora te symbole wyglądają mrocznie i złowieszczo. A ojcu właśnie o to chodzi. Lubi skupiać na sobie uwagę.
Wiem, do czego są zdolne te ręce – potrafią rządzić, wzbudzać strach, zadawać ból. I czasem zastanawiam się, o czym świadczy fakt, że moim pierwszym dziecięcym marzeniem było obcięcie mu tych palców.
Odebranie źródeł dumy i chluby. Jeden. Po. Drugim.
Wzdycham i znów patrzę w okno. Wkładam dłoń do kieszeni i ściskam liścik, zgniatając go coraz bardziej.
Lawirujemy między samochodami. Jedziemy coraz szybciej. Za szybko. Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyśmy mieli teraz wypadek. Czy to by cokolwiek zmieniło? Pewnie nie.
Legendy nigdy nie umierają.
A moja rodzina jest właśnie tym – legendą.
Wiem, kim jesteśmy. Skąd pochodzimy. Wpajano mi to od urodzenia. Dlatego wiem też, że ojciec nigdy nie odpuści. Tym bardziej, że tylko ja mogę zdobyć to, na czym najbardziej mu zależy.
I wiem na pewno, że doprowadza go to do szału. Bo mój ojciec nie jest ani cierpliwy, ani łagodny, a świadomość, iż będzie musiał przekazać chociaż cień kontroli komuś innemu, by osiągnąć swój cel – to dla niego piekło w najczystszej postaci.
Uśmiecham się na tę myśl. Może nie tylko ja jestem wkurzona takim obrotem spraw. Może właśnie to, że mój ojciec jest ode mnie zależny, jest moim urodzinowym prezentem.
Przyjmuję go, chociaż ze wstydem.
Staram się nie wściekać, że zaryzykował życiem własnej córki, by odzyskać to, czego nas pozbawiono – co nam ukradziono – i kurczowo trzymam się tej jednej myśli: że jestem potrzebna samemu Odynowi.
Aż do zeszłego roku nie wiedział nawet, gdzie Eriksonowie ukryli Mjölnir. Właśnie wtedy okazało się, że jestem ostatnim pionkiem po jego stronie planszy. Ostatnią deską ratunku.
Potrzebuje mnie, w przeciwieństwie do ludzi, których kocham – i dlatego siedzę teraz w tym samochodzie.
– Masz dokładnie tydzień. I ani dnia dłużej – odzywa się wreszcie głosem chrapliwym, szorstkim, pełnym gniewu. Jak zawsze.
Nie rusza mnie to. Przynajmniej nie na zewnątrz. Ale w środku? W środku szaleje burza.
– Rozumiem – odpowiadam spokojnie.
Patrzę na deszcz ściekający chaotycznie po szybie. To jedyna stała rzecz w moim życiu, pogrążonym w chaosie. Woda uderza w szkło nieustannie, bezlitośnie, ale w końcu przestanie. Wszystko się kiedyś kończy.
Samochód pnie się krętą drogą w górę, zapuszczając się coraz głębiej w wiecznie zielony las. W dzieciństwie ojciec opowiadał mi historie o takich miejscach i mrozie czającym się między drzewami, ostrzegając, że pierwsze przymrozki nie oznaczają początku, lecz bolesny koniec. Są znakiem, że Bogowie się budzą – złaknieni zemsty.
Przechodzi mnie dreszcz. Kładę dłonie na kolanach, starając się uspokoić oddech. Wreszcie mam jakiś cel – chociaż trzeba przyznać, że dość diaboliczny – i nie mogę zawieść. Patrzę na strzeliste sosny i dziki krajobraz spowity ponurą mgłą. Nawet przez ulewę widać, jak bajkowa mgła snuje się między drzewami, ślizgając się po zielonym mchu i cienkiej warstewce szronu. Nagle uświadamiam sobie, jak tu pięknie. Jak spokojnie.
Na pewno lepiej niż w Bellevue.
Nie znoszę miejskiego brudu, zgiełku.
A jeszcze bardziej tego, co oznacza tam nasze nazwisko.
Las gęstnieje w miarę, jak zbliżamy się do jeziora Stevens – do domu Eriksonów, rodziny, wokół której będę musiała krążyć w Endirze, bo to oni założyli uczelnię, która stanie się moim nowym więzieniem.
Oczywiście ich najstarszy syn, Aric, też tam będzie. Bo przecież nie wystarczy, że tylko on wie, gdzie ukryto młot Thora. Nie, moje życie to boska opera mydlana pełna rodzinnych dramatów i planów zemsty, z byłym narzeczonym na dokładkę.
Jeśli można tak nazwać faceta, z którym byłam zaręczona przez jedno popołudnie.
Na samo wspomnienie Arica żołądek skręca mi się w supeł. Chociaż od tamtej pory minęły lata, porusza mnie myśl o tym, że znów go zobaczę. Nie będę mogła schodzić mu z drogi. Pozostaje mi tylko traktować go jak powietrze.
Zatrzymujemy się na czerwonym świetle w Everett.
Ojciec mruczy poirytowany, jakby światło specjalnie chciało nas spowolnić. Nie rozumie, że świat już dawno przestał kręcić się według wskazówek jego wiekowego Rolexa.
Obok nas zatrzymuje się czarny Land Rover Defender; silnik ryczy, a mnie aż ściska z zazdrości o tę moc skrywającą się pod maską. Szyby w aucie są opuszczone i choć niewiele jestem w stanie zobaczyć, mam świadomość, że głośna muzyka – do kompletu z muskularnym ramieniem wystającym przez okno – doprowadza mojego ojca do szału.
Uśmiecham się, gdy ojciec wierci się na fotelu i burczy coś pod nosem. Mała rzecz, a cieszy.
Nauczyłam się czerpać satysfakcję nawet z najdrobniejszych zwycięstw.
Kiedy światło zmienia się na zielone, tamten samochód rusza pierwszy i nas wyprzedza. Jedziemy w tym samym kierunku i ojciec zaczyna swój zwyczajowy monolog o braku szacunku i „tej dzisiejszej młodzieży”. Słyszałam go już milion razy. Nie robi na mnie wrażenia.
Gdy dobiega mnie szelest składanej gazety, wiem, że jesteśmy blisko celu. Z każdym trzaskiem papieru moje ciało coraz bardziej się napina.
A potem on się odwraca. Wiem o tym, bo powietrze wypełnia ciężki, ziemisty zapach. Na ułamek sekundy zaciskam powieki, po czym zwracam się w jego stronę.
Samochód się zatrzymuje, ale ja nie śmiem odwrócić wzroku. Świadczyłoby to o braku szacunku, a jeśli chcę wysiąść z tego auta, muszę pokazać, że znam swoje miejsce. Gazeta leży zapomniana na jego prawym udzie.
Zaciska palce na złotym kruku, wieńczącym laskę, z którą nigdy się nie rozstaje. Bębni o niego wytatuowanym kciukiem, wybijając złotym pierścieniem monotonny rytm. Wiem, że robi to celowo – chce zwrócić na siebie uwagę. Niewiele osób na tym świecie wie, jaką moc skrywa jego laska. To relikt z naszego świata – w środku znajduje się miecz z asgardzkiej stali. Jest częścią mojego ojca. Ma ją zawsze przy sobie.
– Chyba nie muszę ci przypominać, jakie to ważne, Rey – mówi, gładząc palcami wolnej ręki swoją zaplecioną w warkoczyki, ozdobioną klejnotami siwą brodę. Z każdym ruchem jego napięcie maleje, podczas gdy moje sięga zenitu. – Wiesz, nigdy nie chciałem mieć dzieci. A już na pewno nie… – krzywi się. – Ciebie.
I znów przypomniał mi, jak niewiele dla niego znaczę.
Bo choć mnie potrzebuje, uwielbia mi pokazywać, gdzie jest moje miejsce.
Nie dorastam mu nawet do pięt.
Podobnie jak Laufey, Rowen i reszta osób w jego życiu, nigdy nie byłam wystarczająco dobra. Jestem tylko „żałosną bękartką”, jak sam to określił.
– Rozumiem – mówię cicho.
Większość dzieci słyszy od swoich rodziców, że ma błyszczeć.
Mnie od urodzenia kazano trzymać się w cieniu.
Ale teraz wreszcie nadeszła moja kolej, żeby zabłysnąć. Właściwie nie mam wyboru.
Ojciec kiwa głową.
– A jednak sobie poradziłaś, choć moja żona uparcie próbowała wyplenić z ciebie wszystko, czego cię nauczyłem. Masz siedem dni, by udowodnić, że cię nie doceniałem. – Kładzie mi dłoń na podbródku. Czuję, jak drżą mi usta. Nie płacz. Nie skrzyw się. – Wszyscy będą cię uwielbiać. Jakżeby inaczej? – Uśmiecha się ze złośliwą satysfakcją.
Wie, że ma rację – będą mnie uwielbiać, bo nie mają innego wyjścia. Przyciągnie ich mój Dar Eteru – rodzaj pradawnego uroku, starego jak krew, która krąży w moich żyłach. Ludzie nie lgną do mnie z własnej woli. Po prostu muszą to robić.
Właśnie to jest najgorsze. Jedyny dar, jaki otrzymałam od ojca, jest w istocie przekleństwem.
– Dziękuję – szepczę, gardząc sobą jak nigdy. – Za to, że mogę ci służyć.
Jego nozdrza rozszerzają się z zadowoleniem. Pochyla się tak blisko, że czuję chłód jego oddechu na swoim uchu.
– Zapomniałaś o ostatniej części.
Nie drżę.
Nie krzyczę.
Nie protestuję.
W środku jestem pusta.
Oblizuję wargi i mówię to, czego ode mnie oczekuje:
– Ojcze Odynie.
– Grzeczna dziewczynka. Owocnych łowów.
REY
Kiedy zatrzymujemy się przed uczelnią, ojciec nie wyciąga ręki w stronę klamki. Jak zwykle czeka, aż Rowen otworzy mu drzwi. Lokaj, ochroniarz, chłopiec na posyłki – w zależności od tego, jaką przydzieli mu rolę.
Poprawiam swój długi czarny płaszcz i zakładam markowe okulary przeciwsłoneczne, jakby były jedyną zbroją potrzebną mi, żeby wkroczyć do obozu wroga.
Niesławny ród Eriksonów odcisnął swoje piętno na całym kampusie. Mają nawet swój pomnik przed centrum studenckim – widziałam jego zdjęcie w broszurze dołączonej do listu z informacją o moim przyjęciu na studia. Założyciel uczelni, Sigurd, obejmuje czule swoich wnuków – Arica i Reeve’a – wpatrzonych z uwielbieniem w jego promienny uśmiech.
Reeve’a, młodszego z braci, spotkałam na kilku wydarzeniach towarzyskich i wiem już, że wolałabym skoczyć z klifu niż udawać, że się z nim przyjaźnię.
Jego starszy brat, Aric, nie zawracał sobie głowy pozorami.
Odzywał się do mnie tylko wtedy, gdy musiał, ograniczając się do gniewnych burknięć i ostrych spojrzeń, które każdego pozbawiłyby resztek pewności siebie.
Z wyjątkiem tamtego jednego razu.
Momentu, który – jak zdążyłam sobie od tamtego czasu wmówić – nic nie znaczył. To była zwykła pomyłka. Chwila słabości. Na którą nie mogłam sobie pozwolić już wtedy, ani tym bardziej teraz.
Eriksonowie są jak ogień i woda. Reeve gada bez końca; aż masz ochotę błagać, żeby wreszcie się zamknął. Aric przeciwnie – praktycznie go nie widać… gdy nagle łapiesz się na tym, że nie możesz przestać myśleć, jak brzmiałoby twoje imię wypowiedziane jego głosem.
I ta jego twarz. Boleśnie piękna.
Szczęka jak wyrzeźbiona w granicie. Włosy ciemne i falujące – takie, jakie styliści próbują stworzyć na potrzeby reklam perfum. Z tą różnicą, że u niego układają się naturalnie, z niedbałą elegancją, która sprawia wrażenie luksusu, chociaż nic nie kosztuje.
– Posłuchaj mnie uważnie, Rey – zwraca się do mnie ojciec, nie podnosząc głosu. – Znajdź młot, albo nie masz po co wracać.
– Rozumiem – odpowiadam, kiwając głową. Powiedziałabym wszystko, byle tylko zakończyć wreszcie to pożegnanie.
Przez całą noc ojciec wbijał mi do głowy plan:
Znajdź młot.
Zabij każdego, kto stanie ci na drodze.
Przywieź młot do domu.
W jego ustach brzmiało to dziecinnie prosto. I może takie się okaże, bo od małego wiem, kim jesteśmy.
W przeciwieństwie do Eriksonów.
Oni trzymali się władzy instynktownie, od dziesiątków lat krążąc wokół naszej rodziny, choć nie mieli pojęcia dlaczego. Sądzili, że chodzi wyłącznie o interesy – rywalizację o wpływy, dziedziczenie fortun, nadwątlone sojusze.
Prawda sięgała jednak głębiej. Spływała krwią. Emanowała boskością.
Ostatnim dziełem Odyna w wojnie między Bogami a Gigantami nie było zwycięstwo, tylko unicestwienie.
Wymazał im pamięć.
Wszystkim.
Z wyjątkiem siebie, rzecz jasna.
A także garstki osób, które miały pamiętać.
Rowena.
Laufey. Oraz tych, którzy – tak jak ja – zostali przez niego „obdarzeni” wiedzą.
Dla nas prawda jest obrożą.
Odyn nigdy nie pozwala nam zapomnieć, kim jesteśmy – wodzi nas za nos obietnicą wolności, której nigdy nie zamierza spełnić.
– Jeśli ci się nie uda, nie tylko ty na tym ucierpisz. – Wyciąga rękę po niebieski plecak, który dał mi dziś rano, leżący między nami na siedzeniu. – Masz tu wszystko, czego potrzebujesz. Przestudiuj uważnie informacje i nie zapominaj, kto zapłaci za twoją ewentualną porażkę.
Gardło zaciska mi się tak mocno, że mogę tylko skinąć głową.
Jeśli Aric spróbuje mi przeszkodzić, nawet nie zdąży mrugnąć. Nie poczuje ostrza wślizgującego mu się pomiędzy żebra, aż będzie za późno. Aż pozbawię go wszystkiego.
Zrobię to, bo ojciec ma rację. Nigdy się nie myli, gdy w grę wchodzą losy świata i naszych wrogów.
Może w głębi duszy wcale tak bardzo się od niego nie różnię – jestem równie bezwzględna i gotowa zrobić wszystko, żeby dostać to, czego chcę.
Przez ułamek sekundy wstyd zaciska mi gardło, a zaraz po nim, jak zawsze, przychodzi poczucie winy. Ale dam radę.
Muszę dać radę.
Zgniatam w dłoni liścik od Laufey, aż bolą mnie palce, po czym zostawiam go w kieszeni. To nie jest odpowiedni czas, żeby się rozklejać. Powtarzam sobie w myślach, że muszę się skupić wyłącznie na tym jednym zadaniu. Bo nie ma już odwrotu.
Jak na komendę, Rowen otwiera drzwi samochodu.
– Grzeczna dziewczynka – powtarza ojciec i wysiada.
Sięgam po plecak, ale Rowen jest już przy mnie – otwiera drzwi i wyciąga mi go z ręki, jakby nic nie ważył. Nasze spojrzenia krzyżują się tylko na ułamek sekundy, lecz to wystarczy. Dostrzegam w jego oczach rezygnację. Wstyd. Milczące poczucie przegranej, która nie rozdziera cię od środka, tylko zalega w piersi i gnije.
Uśmiecham się do niego półgębkiem. Nieszczerze. Jest dobrze. Wszystko gra.
Ojciec powiedział mi kiedyś, że rodzina Rowena służy nam od pokoleń – jakby to miało czynić ich los bardziej szlachetnym. Jakby kajdany przekazywane z ojca na syna były rodzajem dziedzictwa. Przechadzaliśmy się wtedy plażą, fale lizały brzeg, a ja zapytałam, jak długo będzie trwać ich pokuta.
Pochylił się, nabrał garść piasku i odparł:
– Do samego końca.
– Twojego? – zapytałam.
– Świata.
I tyle. Dożywocie bez prawa apelacji. Wierność wyryta w kościach.
A później wytarł dłonie o spodnie i odszedł, wbijając laskę w piasek przy każdym kroku – ostro, z rozmysłem, jakby chciał, żeby plaża to zapamiętała.
Koniec rozmowy.
Wtedy zrozumiałam, że Laufey, ja i cała reszta otoczenia mojego ojca jedziemy na tym samym wózku. Nigdy się od niego nie uwolnimy, chyba że sam nas wypuści.
A Rowen? Akceptuje swój los bez szemrania. Bo czuje, że zawiódł. I nosi na swoim ciele blizny, które mogą to potwierdzić.
Z opowieści, które słyszałam od najmłodszych lat, wynika, że nie zawsze tak było. W którym momencie popełniliśmy błąd? Kiedy wszystko zaczęło się sprowadzać do tego, kto ma więcej władzy, pieniędzy? Odkąd to nasz świat stał się tak cholernie skorumpowany? Nigdy o to nie zapytałam.
Ale chyba przestałam się bać odpowiedzi. Teraz boję się tylko jednego: że to i tak nie będzie miało znaczenia. Nie po tym wszystkim. Prawda nikogo nie ocali. A już na pewno nie mnie.
Rowen czeka przy otwartym bagażniku. Podchodzę do niego z udawanym spokojem.
Na parking wjeżdżają kolejne samochody. Niektórzy rodzice płaczą, inni szamoczą się z walizkami, w roztargnieniu tuląc swoje dzieci. Cała ta scena jest zbyt głośna, zbyt zwyczajna. Może dlatego ojciec nagle pochyla się i obejmuje mnie ramieniem – jakby próbował udawać człowieka.
Zamieram. Jego ciepło jest mi obce, nieproszone. Jakbym nagle znalazła się w skórze innej osoby.
Pojedyncze klepnięcie w plecy, a potem robi krok do tyłu, błyskając śnieżnobiałym uśmiechem, który nigdy nie sięga oczu.
– Postaram się za tobą zatęsknić, córko.
Tak, to już brzmi bardziej jak pożegnanie, którego mogłabym się spodziewać po Odynie.
Odwraca się bez słowa i wsiada do auta. Drzwi zamykają się z cichym kliknięciem brzmiącym w moich uszach jak wyrok śmierci, od którego nie mogę się odwołać. Czuję, jak ciężko osiada mi w piersi.
Rowen wyciąga z samochodu torby i wielki kufer. Nie patrzy mi w oczy. Właściwie nie patrzy na nic.
Gdy stajemy na chodniku, szyba po stronie pasażera opuszcza się nieznacznie.
– Tik-tak, Rowen – rzuca mój ojciec, po czym znów zamyka okno.
– Uważaj na siebie – zwracam się do Rowena, gdy ten stawia bagaże na ziemi. Nie mogę powstrzymać drżenia głosu ani uczucia, że wchodzę do pustego grobu, który ojciec wykopał specjalnie z myślą o mnie. – W tym miejscu nasze drogi się rozchodzą. Żyj dalej. Nie pisz.
Nie chcę być dla niego okrutna, ale lepiej skończyć to teraz, zanim zbyt mocno się zaangażuję. Wiem, do czego jestem zdolna. Będę chciała pociągnąć go za sobą w otchłań, a w chwili słabości – kardynalnego grzechu w mojej rodzinie – poproszę, żeby mnie ocalił.
Rowen skoczyłby za mną w ogień. Jak zawsze. I zapłaciłby za to cenę równie wysoką, jak wtedy, gdy stracił wszystko.
Drapie się po bliźnie biegnącej przez całe prawe ramię. Nic nie mówi, ale widzę po zaciśniętej szczęce, ile kosztuje go to milczenie. Patrzę na jego blizny. Nie wiem, przez co przeszedł, ale wiem, że stracił wszystko, łącznie z tym, co czyniło go sobą.
Tylko tyle mi zdradził. Do dziś nie wiem, jak wysoka była ta cena. Wiem jedynie, że poczucie winy, które go od tamtej pory zżera, musi być ogromne, skoro nadal pracuje dla mojego ojca… zamiast poderżnąć mu gardło we śnie.
Żołądek mi się zaciska, gdy widzę, jak blednie, uświadamiając sobie, co robi. Wiatr rozwiewa mu jasne włosy, a jego spojrzenie napotyka moje. Jest obdarzony niezwykłą urodą – i stanowi prawdziwy symbol poświęcenia. Zgodził się służyć naszej rodzinie do końca życia, a wciąż nie zdradził, co zrobił mój ojciec, by zasłużyć na taką lojalność.
Czuję pod powiekami piekące łzy.
Rowen zawsze był moją bezpieczną przystanią. A teraz… zmuszam go, żeby żył w świecie, w którym nie możemy już na sobie polegać.
Patrzy na niebieski plecak pełen sekretów mojego ojca. Wiem, co sobie myśli. Uciekaj. Ale to nie wchodzi w grę. Ojciec i jego… ludzie są bezlitośni. Bezwzględni.
No i jest jeszcze Laufey, moja macocha.
Boję się, że ojciec zaraz zapyta, czemu tak długo. Zgarniam więc torby z chodnika i łapię za uchwyt od kufra. Żegnam Rowena skinieniem głowy. To wszystko, na co mogę sobie pozwolić.
– Było wspaniale – kłamię.
Było strasznie.
Gorzej niż w siódmym kręgu piekła. A za chwilę wkroczę do kolejnego – tyle że bez Rowena u boku.
Jego oczy robią się tak wielkie, jakby miały mnie pochłonąć.
– Wrócisz, prawda?
Pierwszy raz, odkąd ojciec wziął mnie na stronę kilka tygodni temu, chce mi się płakać. Jeszcze nie tak dawno byłam względnie szczęśliwa, szykując się do podjęcia studiów psychologicznych na Uniwersytecie w Seattle. Pozwoliłam sobie nawet na lekką ekscytację: nowy początek, może nawet prawdziwa wolność. Wyzwolenie się spod jarzma ojca, intensywnej nauki, niekończących się treningów sztuk walki. Aż tu nagle zmusił mnie, żebym przyjęła ofertę Endiru.
Serce rozpadło mi się wtedy na kawałki.
Przez chwilę wierzyłam, że te dwa lata tortur, głodu i siniaków miały być dla mnie karą za to, że odrzucił mnie jeden z Eriksonów. Że moje upokorzenie domagało się pokuty. Że nawet przeklęty Dar Eteru miał sprawić, by nikt mną już nie wzgardził, przy okazji raniąc mojego ojca. Jakże się myliłam.
Ale to już nieważne. Jestem tu i mam robotę do wykonania.
Dlatego przybieram fałszywie pogodny ton i uśmiecham się półgębkiem.
– Oczywiście. Nigdy nie zostawiłabym mojego najlepszego przyjaciela.
Rowen nie odwzajemnia uśmiechu.
– Do zobaczenia po drugiej stronie, tak?
Nie jestem głupia. On też nie.
Zdaje sobie sprawę z ryzyka. Blizny na jego ciele są żywym dowodem na to, co się dzieje, kiedy sprawy nie układają się po naszej myśli.
– Po drugiej stronie – powtarzam łamiącym się głosem. – Podobno nie jest tam wcale tak najgorzej.
Może śmierć naprawdę będzie dla nas jedynym wybawieniem.
Rowen przełyka ślinę, a potem uśmiecha się szeroko, przekonująco.
– Pewnie mają tam chociaż frytki tak tłuste, że można od nich dostać zawału.
Boże, ileż bym dała, żeby przyjechać tu, siedząc obok niego, słuchając jego sucharów i pozbywając się ciężaru strachu z piersi. Już samo jego towarzystwo wystarczyłoby, żebym poczuła się lepiej.
– Uwielbiam frytki – mówię w końcu.
– Dopilnuję, żeby były ekstra chrupiące, kiedy znów się zobaczymy.
Wygładzam niewidoczne zagniecenie na kaszmirowym swetrze, desperacko przeciągając chwilę pożegnania. Zostało mi do powiedzenia już tylko: „powodzenia” i „nie umieraj”, ale szczęście nigdy mi nie dopisywało, a przedwczesna śmierć raczej nas nie ominie.
– Zanudzisz się beze mnie – rzucam.
Rowen unosi rękę, jakby chciał dotknąć mojej twarzy, ale w ostatniej chwili opuszcza ją i zaciska w pięść.
– Na pewno. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
– Chyba nie tylko twoją – droczę się z nim.
Ciszę rozdziera dźwięk klaksonu. Podskakujemy oboje. Ojciec zadał sobie trud, żeby się pochylić do przodu i go nacisnąć, a to oznacza, że jest wściekły.
Rowen pochyla głowę.
– Po drugiej stronie, gdzie nie ma wojny – mówi i przykłada dłoń do prawej strony twarzy i przeciąga nią w dół po policzku aż do piersi, odwracając dłoń w starożytnym geście oddania hołdu Bogom. – Z nimi.
– Tylko życie – szepczę wysuszonymi ustami.
– Tylko życie. Poluj dobrze, córko...
Kręcę głową.
Nie. Nie chcę, żeby te słowa padły. Nie zniosłabym ich brzmienia. Wszystko i tak już wydaje się zbyt ciężkie. Zbyt niewłaściwe.
Może dlatego, że właśnie takie jest.
– Wszystko będzie dobrze – mówię.
Nie mogę znieść łatwości, z jaką przychodzą mi kolejne kłamstwa.
A jeszcze bardziej tego, że chcę w nie wierzyć.
ARIC
Od zaciskania zębów rozbolała mnie szczęka. Przeciągam dłonią po jednodniowym zaroście, jakbym mógł w ten sposób zetrzeć napięcie ze skóry. Powinienem pójść pobiegać. Wziąć prysznic. Ogolić się. Udawać, że jestem gotów na najazd nowych i powracających studentów, którzy zaraz zaleją kampus.
Zamiast tego stoję jak słup soli.
Od dobrego kwadransa wpatruję się w okno, w pętlę drogi przed bramą Endiru. Robię to tak długo, że mój oddech zostawia na szybie warstewkę mlecznej mgły.
Patrzę. Czekam.
Na nią.
Ostatnią osobę, którą miałbym ochotę znów oglądać.
Dwa lata temu, tamtego dnia na plaży, popełniłem błąd – okazałem jej życzliwość. A ona poszła prosto do swojego ojca. Przed końcem tygodnia moi rodzice już nie żyli.
Miałem nadzieję, że sczezła w piekle.
Kiedy w zeszłym tygodniu zobaczyłem jej nazwisko na liście przyjętych studentów, zamarłem. Mój brat, Reeve, stał za mną i czytał mi przez ramię. Wiedziałem, że też to zauważył – odsunął się o parę kroków, jakby spodziewał się, że czymś rzucę.
Co, oczywiście, tylko jeszcze bardziej mnie wkurzyło. Nie jestem agresywny. Zazwyczaj.
Nasz dziadek to przebiegły drań. Nic na tym kampusie nie dzieje się bez jego zgody. Więc skoro ona miała tu przyjechać, on musiał na to pozwolić. Zależało mu na tym. Pytanie tylko – dlaczego?
Opieram się ramieniem o framugę okna i dalej czekam. Nie było sensu wypytywać o to staruszka – i tak odpowiada tylko wtedy, kiedy mu pasuje. Na razie chciałem tylko spojrzeć na kobietę, która rozdarła moją rodzinę na strzępy, by upewnić się, że nie czuję do niej niczego oprócz nienawiści.
Nagle, jakbym przywołał ją myślami, przed bramą zatrzymuje się długi czarny samochód. Wysiada z niego Rey Stjerne; krople deszczu połyskują w jej ciemnych włosach.
Widzę ją tylko przez chwilę, zanim odwraca się do mnie plecami – ale to wystarczy.
Kiedy widziałem ją ostatnio, miała nieujarzmione ciemne loki, podarte dżinsy i za dużą bluzę z logo NYU, z plamą musztardy na rękawie. Dziwne, że takie drobiazgi zapadają nam czasem w pamięć.
A teraz? Wygląda całkiem inaczej. Włosy ściągnięte w gładki kok tak mocno, że aż boleśnie. Wielkie okulary przeciwsłoneczne. Usta zaciśnięte w lodowatą kreskę. Długi czarny płaszcz, ciemne dżinsy z szeroką nogawką, buty na obcasie, miękki szary sweter. Każdy element stroju – starannie dobrany.
Wypuszczam powietrze z płuc. Po raz pierwszy od tygodni napięcie w szczęce odrobinę ustępuje. Łatwo będzie ją znienawidzić w tej wersji.
Patrzę dalej. Bagażnik się zamyka. Rey i jej ojciec obejmują się, po czym on wraca do auta. Ona zostaje z kierowcą, stoją razem na chodniku. Zbyt blisko siebie.
Przecieram dłonią zaparowaną szybę i przez moment mam wrażenie, że słyszę jej głos dryfujący w powietrzu, jakby mógł przeniknąć przez okno na piętrze. Chociaż nie widzieliśmy się dwa lata, nigdy nie zapomnę głosu Rey.
To głos pełen sprzeczności – miękki i delikatny, kiedy nie powinien taki być, i ostry jak brzytwa, gdy tego potrzebuje. Taki, który rozdziera cię na kawałki, a ty i tak czujesz wdzięczność… do momentu, aż zorientujesz się, że jest już za późno, i że właśnie się wykrwawiasz.
Dreszcz przebiega mi po plecach. Mogę nie przeżyć tego semestru.
Właściwie nie wiem, dlaczego wciąż ich obserwuję. Nie powinno mnie to w ogóle obchodzić. I naprawdę nie obchodzi. Robię to ze zwykłej ciekawości.
Z tej wysokości Rey wygląda na drobniejszą, niż to sobie zapamiętałem. Wręcz filigranową.
Stoi lekko odwrócona od kierowcy, jakby myślami była już gdzie indziej. On coś do niej mówi, ale ona się nie śmieje, ani nawet nie uśmiecha. Kiwa tylko głową z rękami w kieszeniach płaszcza.
Na kampus zaczynają się zjeżdżać inni studenci – rodzice ciągną walizki, przytulają swoje dzieci zbyt długo i cykają rodzinne fotki. Ona jednak zachowuje się inaczej. Brakuje jej tej skrępowanej, lekko przerażonej energii, którą emanuje cała reszta. Jest spokojna. Niewzruszona. Jakby nie przyjechała na studia, tylko na pogrzeb.
Kierowca przysuwa się do niej. Rey ani drgnie. Nawet nie pochyla się w jego stronę.
Unosi tylko głowę i omiata wzrokiem budynki. Jej spojrzenie nie sięga mojego okna, ale i tak się cofam.
Nie żebym się przed nią ukrywał.
Zwykły odruch.
Wszystko w postawie Rey wydaje się znajome: czujność, kontrola, chłód. Potwór w przebraniu anioła.
Nie patrzę na nią, kiedy podchodzi do budynku. Ojciec zawsze mi powtarzał, żeby nie przyglądać się burzom – szczególnie takim z ludzką twarzą.
Za późno skorzystałem z jego przestrogi.
Gdy ostatnio zignorowałem sygnały ostrzegawcze, zapłaciłem za to najwyższą cenę. Moi rodzice są tylko wspomnieniem – obróceni w proch i ciszę.
A człowiek odpowiedzialny za tę ciszę wychował Rey.
Wypuszczam powietrze powoli, aż moje ramiona wreszcie się rozluźniają, i zerkam na telefon. To dopiero pierwszy dzień, a ja już mam jej serdecznie dość. Może będzie mnie ignorować tak skutecznie, jak ja zamierzam ignorować ją.
Co ona, u diabła, robi w Endirze? Akurat ona? Córka samego antychrysta?
Nienawidzę jej ojca.
Nienawidzę jej.
Gardzę wszystkim, co reprezentuje ich rodzina – i wszystkim, co zrobiła mojej. Czy naprawdę wciąż im mało? Muszą mi odebrać jedyne miejsce, w którym czuję się jak u siebie?
Kiedy Rey się odwraca, promień słońca przebija się przez chmurę za jej plecami, otulając ją blaskiem nie z tego świata. Podnosi wzrok i przez sekundę mam wrażenie, że patrzy na mnie. Prześwietla mnie na wylot. Ale nie – przecież się cofnąłem. Nie mogła mnie zobaczyć.
Planuję zachować dystans. I będę się modlić, żeby ona zrobiła to samo. Odzyskanie równowagi wiele mnie kosztowało. Nie zamierzam z niej tak łatwo zrezygnować.
Jedno jest pewne: Rey Stjerne powinna się smażyć w piekle.
I może tak się stanie.
Jeśli będę trzymał się od niej z daleka. Jeśli nie stracę nad sobą kontroli.
Chociaż, sądząc po tym, jak wali mi serce – jakby przeczuwało, co się święci – żadne z tych „jeśli” nie wydaje się zbyt prawdopodobne.
REY
Samochód ojca znika w oddali, ale nie odwracam głowy. Zamykam oczy, próbując się skoncentrować. Jestem odpowiednio przygotowana. Powietrze się zmienia – subtelnie, lecz niezaprzeczalnie – i czuję, że nadciąga burza.
Otwieram oczy, gdy mija mnie grupka studentów. Muszę się stąd zabrać, zanim lunie deszcz.
Biorę bagaże i kieruję się w stronę akademików. Ciągnę za sobą kufer; kółka szurają po kamieniach, jakby nienawidziły tego miejsca tak samo jak ja.
Nagle zrywa się wiatr, zwiewając mi kosmyki włosów na twarz. Jezioro po mojej lewej pozostaje niewzruszone – gładkie, bez ani jednej zmarszczki.
Przesuwam wzrokiem wzdłuż linii brzegu i zatrzymuję go na budynkach kampusu. Tym razem naprawdę je widzę. Są nie z tego świata.
Kampus Endiru wyrasta z krajobrazu, jakby nie został wzniesiony, tylko wydobyty. Budynki z lat osiemdziesiątych minionego wieku zostały wciśnięte pomiędzy inne, nie wiadomo jak stare. Większość tych gmachów wykuto z jakiegoś czarnego kamienia, wygładzonego przez upływ lat. Jeśli wierzyć mitom, to właśnie one zostały wzniesione przez Bogów albo Gigantów jako ostatnie, zanim świat rozpadł się na kawałki. Za nimi piętrzą się góry – ogromne, nieustępliwe – niczym strażnicy pilnujący czegoś zbyt starego, by miało swoją nazwę i zbyt groźnego, by o tym zapomnieć.
Mój ojciec twierdzi, że najstarszej budowli nie da się zbadać metodą datowania węglowego, ale zważywszy na źródło, odkładam to do szufladki „może prawda, może ściema”. Zresztą mniejsza z tym. To miejsce jest tak stare, że dostaję od niego wysypki.
To nie jest zwyczajny kampus.
Podobnie jak większość studentów, którzy po nim chodzą – nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.
Niektórzy z nich, jak Aric, znaleźli się tu z powodów, których nigdy nie pojmą. A reszta? W większości są to spadkobiercy funduszy powierniczych, udający, że nie zawdzięczają swojej obecności w tym uświęconym miejscu własnemu pochodzeniu.
Przemierzam kamienną ścieżkę, dźwigając bagaże, i potykam się, kiedy jedno z kółek kufra wpada w szczelinę. Spoglądam w dół i w jednym z kocich łbów dostrzegam znak w kształcie runy Thurisaz. Cudownie. Jestem tu raptem od paru minut, a już wita mnie runa zniszczenia.
Ojciec zawsze mi powtarzał, że run jest dwadzieścia sześć, a każda posiada inne znaczenia i moce. Ludzie, rzecz jasna, znają tylko dwadzieścia cztery. Niezależnie od ich liczby akurat na tę konkretną nie mam najmniejszej ochoty wpadać.
Nie potrzebuję przypomnienia, jak niebezpieczna jest moja misja.
Odruchowo rozglądam się, czy przypadkiem nie uruchomiłam jakiejś pułapki, ale nie – owiewa mnie tylko kolejny powiew chłodnego wiatru. Dzięki Bogom.
Czy tak będzie wyglądał cały semestr? Wieczne roztrząsanie, co jest bezpieczne, a co nie? Oglądanie się przez ramię, wątpienie we wszystkich i wszystko? Nie spodziewałam się, że nawet powietrze będzie tu pachnieć inaczej. Ojciec zapewnił mnie, że w torbie, którą od niego dostałam, jest wszystko, czego potrzebuję do wykonania misji. Jednak już po paru minutach spędzonych w Endirze mam wrażenie, że minął się z prawdą.
Może dlatego nigdy nie postawił stopy na kampusie.
Ciekawe.
Czy to miejsce jest na niego – na nas – uodpornione?
Omijam runę i kręcę głową. Nie przyszło mi na myśl, żeby go o to zapytać, ale teraz nie daje mi to spokoju. Zaciskam palce na paskach toreb, chwytam rączkę kufra i ruszam w stronę akademika. Wszędzie kręcą się studenci, uśmiechający się pod kolorowymi transparentami powitalnymi, jakby to miejsce miało odmienić ich życie.
Zaśmiałabym się, gdyby zostały mi chociaż resztki poczucia humoru.
Jakiś chuderlawy rudzielec wpada na mnie i mruczy:
– Oj, sorry.
Po czym omiata mnie spojrzeniem od stóp do głów. Nie. Tylko nie dzisiaj.
Lubię myśleć, że potrafię panować nad emocjami, więc tylko przechylam głowę i robię to, w czym jestem najlepsza – oczarowuję go.
– Nic się nie stało. To ja się zagapiłam.
Otwiera szerzej swoje brązowe oczy.
– Ano tak, jasne, okej. Ale serio, przepraszam. Jak masz na imię? Jesteś tu nowa?
Uśmiecham się.
– Na pewno jeszcze się zobaczymy.
Chłopak mruży oczy, jakby na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje.
– Racja. Na przyszłość będę bardziej uważał.
– Chodzenie to niebezpieczny sport.
Parska śmiechem, odwraca się na pięcie i natychmiast potyka się o własne nogi.
Zdaniem ojca to dar, że ludzie tracą przy mnie głowę. A ja mam ochotę go zapytać, jak czułby się, gdyby nie wiedział, czy dana osoba naprawdę go lubi. Oczywiście, on to wie. Bo jego wszyscy się boją.
– Już nawiązujesz nowe przyjaźnie? – dobiega mnie zza pleców znajomy głos. – Co dalej? Adoptujesz szczeniaczka, żeby wzbudzić ogólną sympatię, a potem go porzucisz?
Cudownie.
Nie muszę się nawet odwracać.
– Reeve.
Książę tabloidów i brat Arica; urodzony bohater nagłówków, nieodpowiedzialny do szpiku kości. Typ kolesia, który zamienia każdą imprezę w strefę działań wojennych, sam jednak wychodząc zawsze bez szwanku. Nie jest groźny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa – po prostu interesuje go wyłącznie dobra zabawa. Jego własna.
Odwracam się w jego stronę powoli, jakbym wcale się nie spieszyła. Jasnobrązowe włosy wydają się równie niesforne, jak ich właściciel. Zielone oczy wwiercają się we mnie, a w jego uśmiechu kryje się cień prowokacji. Aż się prosi o słowną potyczkę – czuję to w kościach.
Czeka na odpowiedź, więc nachylam się w jego stronę.
– Buu!
Reeve chichocze.
– Niezłe. Ale nic nie jest straszniejsze niż ukończenie studiów i pójście do prawdziwej roboty. – Chowa dłoń do kieszeni, w drugiej trzyma iPada, i jeszcze buja się na piętach. – Twoje uszy już nie wydają się takie wielkie. Gratulacje.
Kręcę głową.
– A ty, niestety, nadal masz niewyparzony jęzor.
Uśmiecha się jeszcze szerzej, udowadniając, że się nie pomyliłam.
– Jakoś nikt nie narzeka.
– Było miło, ale muszę lecieć. Jutro zaczyna się tydzień adaptacyjny. Ale musimy to kiedyś powtórzyć. – Macham mu niedbale i idę dalej, ciągnąc za sobą bagaże.
Powietrze rozdziera przenikliwy gwizd. Zatrzymuję się i odwracam. No bez jaj.
– Dali ci cholerny gwizdek?
– Życie bywa niesprawiedliwe, wiem. Tylko w ten sposób zdołali mnie namówić, żebym pomagał świeżakom w adaptacji. – Ostentacyjnie wsuwa go sobie z powrotem między wargi.
Piorunuję go wzrokiem.
– No dalej, dmuchaj.
Natychmiast go wyjmuje.
– O rany, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale skoro nalegasz…
– Nie mam czasu na bzdury – warczę.
Reeve uśmiecha się szeroko i unosi iPada.
– W takim razie zaczynajmy. Odhaczę cię tylko na liście. Witamy na pierwszym roku, Rey Stjerne.
A więc tak to będzie wyglądać.
– Wymawiasz moje imię jak przekleństwo.
– No.
– Twoje wcale nie jest lepsze.
– A jednak. – Parska, stuka w ekran i zaczyna czytać: – „Na Uniwersytecie Endiru wierzymy, że świat stoi przed tobą otworem. Już na pierwszym roku zrozumiesz, jak daleko jesteś w stanie zajść, jeśli zainwestujesz w siebie i swoją przyszłość. Zachwyć się cudownym łańcuchem górskim, pięknym lasem otulającym kampus, majestatycznym jeziorem Stevens…” – przerywa i znów unosi na mnie wzrok. – Serio chcesz tego słuchać? I tak masz przed sobą długi dzień, a ten tekst tylko cię zirytuje.
Przynajmniej zostały mu resztki instynktu samozachowawczego.
– Daruj sobie, proszę.
– Ooo. – Kładzie dłoń na piersi i puszcza do mnie oko. – Nauczyłaś się mówić „proszę”. Trochę ci to zajęło.
– A ty nauczyłeś się czytać. Oboje dorośliśmy. Zrobiliśmy wielki krok do przodu. Żaden cel nie jest zbyt błahy, by do niego dążyć.
– Mówiłem ci już, jaka jesteś czarująca? Nie? Cóż, to wspaniale, że twój psychopatyczny tatuś wydał kupę forsy, żeby wcisnąć cię do Endiru zamiast na którąś z uczelni daleko od nas. – Wzdycha teatralnie. – Szkoda tylko, że zajęłaś komuś miejsce. Jakiś biedny prymus siedzi teraz w domu i łamie sobie głowę nad tym, dlaczego same szóstki na świadectwie i wolontariat w schronisku dla psów nie wystarczyły.
Serce podchodzi mi do gardła. Nigdy o tym nie pomyślałam. Uśmiecham się krzywo.
– Życie to nie bajka. Ocali kolejnego szczeniaczka i mu przejdzie.
– Potwór z ciebie.
– Żeby tylko. – Cały swój ból przelewam w ton głosu, który przypomina zwierzęcy pomruk. I dobrze.
Reeve nic nie mówi. Może już samo jego milczenie jest odpowiedzią – jakby wiedział, w co mój ojciec mnie zmienił. Ale oczywiście nie może tego wiedzieć.
Spogląda na ponury budynek, przed którym stoimy.
– Jeśli przez następne pięć minut będziesz dla mnie miła, pomogę ci wtaszczyć bagaże na górę. – Pstryka palcami. – A, i zanim zapomnę: zalecamy, żeby wszyscy studenci zostawiali na noc uchylone okna. Świeże powietrze pozwala tutejszym duchom ulotnić się bez wyrządzania szkód. – Postukuje palcem w brodę. – Chociaż… ty powinnaś mieć je zamknięte.
Oddycham głęboko. O Bogowie, zapomniałam już, jaki potrafi być wkurzający.
– Całe szczęście, że nie wierzę w duchy.
Wzrusza ramionami.
– Zaczekaj do rana. Może uwierzysz.
Wysportowany chłopak o ciepłej, brązowej skórze, ubrany w bluzę Endiru, przebiega obok nas, wymierzając Reeve’owi pstryczka w ramię.
– Impreza już się rozkręca.
– Za nic jej nie przegapię – rzuca Reeve, przybijając mu szybką piątkę, a później koleś znika w tłumie. Cała wymiana trwała może dwie sekundy, ale widać, że Reeve robił to setki razy.
Odwraca się do mnie z tym swoim luzackim uśmiechem.
Przygryzam wnętrze policzka; wkurzam się, że on ma przyjaciół i życie, a ja nie.
– A ty boisz się duchów, Reeve? – pytam drwiąco.
– Troszeczkę. – Przytakuje, znów skupiając uwagę na mnie. – A może po prostu udzielam standardowego ostrzeżenia dla wścibskich świeżaków, żeby nie zrobili sobie kuku. Sama też się do nich zaliczasz.
– Wiem. No to dajesz. Byle szybko, bo zaczynam się nudzić.
– Aleś ty milutka.
– Wzajemnie.
– To była ironia.
– No coś ty?
Reeve przewraca oczami.
– Dobra, słuchaj uważnie. Zasada numer jeden: po północy trzymaj się z daleka od jeziora. Brzmi jak zabobon, ale wielu dało się podpuścić. – Wzrusza ramionami, jakby los tych głupców kompletnie go nie obchodził. – Nie wiemy, czy woda w jeziorze jest taka ciemna, że tracą w niej orientację, ale większość z nich już nie wypływa.
– Cudownie. – Pływam nieźle, ale lęk przed utonięciem i tak trzyma mnie z dala od upiornych akwenów.
Reeve puszcza moją uwagę mimo uszu.
– Zasada numer dwa: nie wchodź do Komnaty Ormira bez zaproszenia. Władze stanowe uznały to miejsce za zabytek i chcemy, żeby nim pozostało, nawet jeśli można tam walnąć na zawał.
– Walnąć na zawał, zapamiętam. Komnata Ormira, wstęp tylko z przewodnikiem. – Kiwam głową. – Czy Ormir to nie jest przypadkiem inna wersja imienia Ymir, pierwszego Giganta w mitologii nordyckiej?
Wypatruję sygnału, że Reeve wie więcej, niż powinien.
Ojciec uwielbiał się przechwalać, że to on uśpił wszystkich Bogów i Gigantów, odbierając im wspomnienia, by tymczasowo zakończyć wojnę. Wielki mi wybawca. Ale nie zaszkodzi sprawdzić, czy rzeczywiście nikt nic nie pamięta. Mnie samej nie mieści się w głowie, że mogłabym zapomnieć, kim jestem – chociaż na samą myśl o tym robi mi się dziwnie ciepło na sercu.
– Skup się, Rey. Dzielimy się wyłącznie przydatnymi faktami. – Znowu puszcza mi oczko, a ja mam ochotę kopnąć go w goleń. – I jeszcze jedno: wiem, że trudno będzie ci się oprzeć, ale proszę, nie pij wody z jeziora. Ludzie gadają, że ma magiczne właściwości, ale to bzdura. Jest trująca jak diabli, a każdy, kto się jej napił, przypłacał to co najmniej trzydniowym stanem katatonii i sraczką wszechczasów. Krótko mówiąc, nie polecam. A właściwie… zapomnij o tym, co powiedziałem. Pij na zdrowie, córko Odyna.
Kręgosłup mi sztywnieje, a żołądek próbuje się wdrapać do gardła. Reeve nie może wiedzieć, kim jest mój ojciec. Kim jest naprawdę. Przecież zdał mój wcześniejszy test…
– A co to ma wspólnego z moim pochodzeniem? – pytam spokojnie.
Reeve mruga raz, drugi. W końcu parska śmiechem.
– Chyba nie będziesz się wypierać, że twój tatuś jest najsłynniejszym mafijnym bossem na Zachodnim Wybrzeżu, co? Pewnie wrzucił dziś do wody co najmniej trzech gości w betonowych bucikach, i to przed lunchem. – Wykonuje ręką niedbały gest. – Nic dziwnego, że odziedziczyłaś po nim… joie de vivre.
Ulga jest tak silna, że aż kręci mi się w głowie i parskam śmiechem.
– Czas pokaże.
Reeve też się śmieje.
– Brakowało mi tych naszych przekomarzanek, córciu ojca chrzestnego.
– Mój ojciec prowadzi legalne interesy – kłamię bez zająknięcia.
Nagle powietrze gęstnieje.
Uśmiech Reeve’a ulatnia się, jakby go nigdy nie było – maska opada. Jego postawa się nie zmienia, ale temperatura tak, jakby ktoś nagle wyłączył ogrzewanie.
Nachyla się w moją stronę.
– Twoje ręce cuchną przelaną przez niego krwią.
Nawet nie drgnie mi powieka. I nie odwracam wzroku.
– Twoje też, Erikson. Wasza rodzina wcale nie jest lepsza. – Dumnie wysuwam podbródek. – Masz dla mnie jeszcze jakieś cięte rady, zanim grzecznie wtaszczysz na górę ten ciężki kufer?
– Tylko jedną – mamrocze.
Rozgląda się, czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym znów się nachyla. Spojrzenie jego zielonych oczu twardnieje – jakby szron pokrył coś, co jeszcze chwilę temu płonęło.
– Trzymaj się jak najdalej od Arica. Czas nie sprawił, że zmiękło mu serce.
Prostuje się, chwyta rączkę mojego kufra i bez słowa taszczy go w stronę akademika.
Ruszam za nim bez pośpiechu, przyglądając się budynkowi wykutemu w zboczu góry – masywnemu, mrocznemu, częściowo pochłoniętemu przez drzewa. Nie wygląda, jakby został zbudowany, tylko jakby wyrósł spod ziemi, a później ktoś go zawłaszczył. Jakby czekał na tę chwilę od zawsze.
Tak jak ja.
Wchodzę do środka.
I nie ma już odwrotu.
REY
Kurczowo zaciskam spocone dłonie na pasku plecaka i udaję wyluzowaną, kiedy Reeve prowadzi mnie przez szerokie, podwójne drzwi do wewnętrznego foyer. Tam czeka kolejny zestaw zamków. Sięgam do torby po kartę dostępu dołączoną do sylabusa, ale Reeve wyprzedza mnie i przykłada swoją do czarnego czytnika przy futrynie. Zapala się zielone światełko, a zamek otwiera się z wesołym piknięciem, w komiczny sposób kontrastując z niewzruszoną miną Reeve’a.
W środku zauważam nad zamkiem płaskorzeźbę przypominającą runę Algiz. Ciekawy wybór.
– W tygodniu cisza nocna obowiązuje od północy. W weekendy? Nie daj się złapać po drugiej. – Mruga do mnie, jakby robił mi przysługę. – Twój opiekun piętra to kawał sztywniaka.
Zatrzymuje się; w jego oczach tańczą psotne iskierki.
– I to ja nim jestem. Nie chciałem, żeby napięcie cię zabiło.
Skinieniem podbródka wskazuje róg nad drzwiami.
– Poza tym są tu kamery. Wszędzie. Dlatego staraj się popełniać zbrodnie we własnych czterech ścianach.
Kiwam głową, zdejmuję okulary przeciwsłoneczne i zaczepiam je o kołnierz szarego swetra.
– Jestem tu tylko w jednym celu, Reeve. Ale zapamiętam. Na pewno zamorduję cię we własnym łóżku, jeśli wejdziesz mi w drogę.
Rusza dalej, pozwalając, by drzwi zatrzasnęły się za nami.
– Muszę przyznać – ciągnie Reeve – że wciąż mnie intryguje, dlaczego jesteś akurat tutaj, skoro twój ojciec bez trudu mógłby się kogoś pozbyć, żeby zrobić ci miejsce na Harvardzie albo Yale. Załatwia takie sprawy podczas przerwy na lunch, co nie?
Przełykam gorycz. Ma sporo racji… i właśnie dlatego mnie wkurza. Wróg nie powinien mieć racji. Zaciskam zęby, kiedy wciska guzik windy, która rusza w górę.
– To nie w stylu mojej rodziny – kłamię bez wahania.
Może to nie w moim stylu, ale mój ojciec spędził ostatnie lata, torturując jedną osobę po drugiej w ciemnym półświatku mafii, żeby zdobyć informacje, które potem przekazał mnie.
– Mafioska – odkasłuje Reeve.
– Oligarcha – burczę.
Reeve unosi rękę.
– Czy „syndykat przestępczy” brzmi przyjaźniej? Pytam dla kolegi.
Przewracam oczami dokładnie w chwili, gdy drzwi windy się rozsuwają.
– Jesteś jednym z najbardziej irytujących ludzi na tej planecie, a przecież ledwo cię…
Zderzam się ze ścianą.
Nie ze ścianą.
Z człowiekiem.
Bardzo ciepłym i wysokim.
Wypuszczam powietrze i zataczam się do tyłu.
To on.
Nie powinnam skupiać się na tym, jak wspaniale pachnie – świeżo jak powietrze po deszczu, jak morze. Rześko i chłodno jak sama woda.
Z jego strony – zero reakcji. Ani śladu zaskoczenia. Twarz chłodna, ciało promieniuje ciepłem. W końcu spuszcza wzrok i przechyla głowę. Staram się zachować kamienną twarz.
Jego napięta szczęka i zmrużone oczy świadczą o tym, że mnie rozpoznał. Jak miałby zapomnieć dziewczynę, której tak ostentacyjnie i bezceremonialnie dał kosza? Cały świat wiedział o naszej drobnej katastrofie sojuszniczej. Większość nastolatków przeżywa odrzucenie w gronie znajomych i rodziny – moje trafiło do lokalnych wiadomości: Zła krew? Zerwane zaręczyny potomków rekinów biznesu: Eriksonów i Stjerne’ów.
Patrzę mu prosto w oczy – ciemnobrązowe jak mokra kora albo gorzka kawa – i czekam. Nadal nic, poza rytmicznym tyk-tyk-tyk w jego szczęce. Równie dobrze mogłabym być plamą farby na ścianie za jego plecami – tyle dla niego znaczę.
Moje serce przyspiesza, chociaż nie powinno. Zdradzieckie licho.
Więc czekam.
Aric milczy. Jego twarz pozostaje bez wyrazu.
Patrzy na mnie tak, jakby widział jedynie pyłek.
Góruje nade mną – musi mieć ze dwa metry wzrostu, albo i więcej. Już sama jego obecność przytłacza. Iskrzy. Jego spojrzenie jest ostre i analityczne, jakby już postanowił, że nie jestem warta jego czasu. Albo, co gorsza – że może jednak jestem.
Falujące, kruczoczarne włosy opadają mu na szerokie ramiona w tym rodzaju pozbawionej wysiłku perfekcji, która nie powinna istnieć nigdzie poza snem… albo koszmarem. Pełne usta – tak bezwstydnie kuszące, że nie wiadomo, czy rzuci mi komplement, czy wbije sztylet w serce.
Wysokie kości policzkowe i oczy koloru ziemi po deszczu – ciemne, głębokie; takie, od których nie ma ucieczki, kiedy się w nie wpadnie – czynią go niemal nieludzkim. Siła natury opakowana w furię. A te łukowate brwi? Wątpię, by kiedykolwiek miały czelność unieść się w czymkolwiek choćby zbliżonym do rozbawienia.
Jest wściekły jak burza zamknięta w butelce i co gorsza – nie ma pojęcia dlaczego.
Przez ułamek sekundy cień dezorientacji i zawahania przemyka mu po twarzy, ale potem jego szczęka znów wygląda, jakby była wykuta z żelaza.
Nachyla się w moją stronę. Puls mi skacze, zdradzając mnie.
Wreszcie pochyla się tak, żeby zrównać się ze mną wzrokiem. Uśmieszek na jego ustach sprawia, że mam ochotę odsunąć się o krok.
– Zgubiłaś się, czy znowu chcesz się sparzyć?
REY
Wpatruję się w niego. Niewzruszona. Milcząca. W końcu to ja mam go rozłożyć na łopatki.
Poza tym ojciec nauczył mnie, że mądrzej jest obserwować niż wdawać się w pyskówki, nawet jeśli słowa Arica tną jak brzytwa. Nie ma w nim śladu delikatności tamtego chłopaka z plaży, który wzbudził we mnie nadzieję na coś prawdziwego. Jest nieczuły. Ale czegóż innego mogłam się spodziewać po Aricu, jeśli nie chłodu, który ścina duszę?
Zmuszam się do uśmiechu.
Pokazuję zęby.
Aric może próbować mnie onieśmielić, ale ja dokładnie wiem, kim jestem i na co mnie stać.
– Niestety, jest ze mną – odzywa się niespiesznie Reeve, ledwo odrywając wzrok od iPada. – Pomagam jej się zadomowić. Procedury, dodatkowe punkty do dyplomu, bla, bla, bla.
Ton Reeve’a kompletnie przeczy ostrzeżeniu, którego udzielił mi wcześniej. Zero gniewu, tylko nuda.
Aric burczy coś pod nosem i ociera się o mnie barkiem, przeciskając się obok. Cholera, silny jest. Ale to przecież żadne zaskoczenie. Nic, co dotyczy Arica, nie powinno mnie już zaskakiwać.
– Ciebie też miło znowu widzieć – rzucam przesadnie radosnym tonem. Świetnie. Już zdążył mnie wytrącić z równowagi.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
