13 osób interesuje się tą książką

Opis

Druga zasada skrzydłowego: nigdy nie okazuj komuś, jak bardzo go pragniesz.

Lex nienawidzi Gabi. Gabi nienawidzi Leksa. Ale spoko, przynajmniej odwzajemniają swoją nienawiść, prawda? Chłopakowi zależy wyłącznie na przetrwaniu kilku tygodni, podczas których będzie uczył nową pracownicę tajników działania spółki Skrzydłowych, po czym ją spławi. Kiedy jednak zaczynają razem pracować, ich sprzeczki i napięcie seksualne wykraczają poza wszelką skalę, dlatego Lex nie jest już pewien, czy woli udusić Gabi, czy może oprzeć ją o najbliższy stół i się z nią zabawić.

Gabi skrywa tajemnicę nie tylko przed swoim wrogiem, ale też przed najlepszym przyjacielem. Granica się zaciera, gdy zamiast złoczyńcy, za jakiego zawsze go miała, dostrzega w Leksie kogoś więcej. Nie podoba jej się to, że ten facet ją pociąga – przecież żaden student informatyki nie powinien mieć tak seksownego ciała ani tak dobrze wyglądać w okularach. „Lex Luthor” jest jednak kobieciarzem. Jest niebezpieczny. Gabi powinna trzymać się od niego z daleka. 
Choć przecież zawsze pragnęła dreszczyku emocji.

Rachel van Dyken jest autorką bestsellerowych romansów, których akcja rozgrywa się w epoce regencji lub w czasach współczesnych. Jej powieści znajdują się na listach „New York Timesa”, „Wall Street Journal” i „USA Today”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Matchmaker’s Replacement
Copyright © 2016 by Rachel Van Dyken All rights reserved Copyright © for Polish edition Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2019 Wszelkie prawa zastrzeżone This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z O.O.
Redakcja: Patrycja Siedlecka
Korekta: Agata Polte
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Przygotowanie okładki: Paulina Klimek
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-8178-160-2
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.

Mojemu synowi. Nigdy się nie ożenisz! HA,HA!Nie, ale poważnie...

PROLOG

LEX

2012 rok – pierwszy rok studiów

Kampus Uniwersytetu Waszyngtońskiego

Bożonarodzeniowa impreza bractwa Zeta Psi, pierwsza w nocy

Salon spowijał gęsty dym. Osoba, która umieściła maszynę dymiącą w pokoju pełnym spoconych facetów, powinna sczeznąć w piekle.

– Gdzie są laski? – zapytałem mojego przyjaciela Iana, który zastanawiał się, czy w przyszłym roku ubiegać się o członkowstwo w bractwie Zeta Psi. Był jednak gwiazdą sportu, więc nie wiedział, czy wystarczy mu czasu. Zaproszono nas, jak głosiła wieść na kampusie, na „imprezę roku”. – To festiwal kiełbasek! – stwierdziłem zniesmaczony.

Ian zmarszczył brwi.

– Może dojdą z opóźnieniem?

– Nikt nie lubi... dochodzić z opóźnieniem. Dochodzenia nie powinno się odkładać na później. – Klepnąłem go w plecy. – Uczysz się o tym, gdy stajesz się mężczyzną...

– Palant. – Popchnął mnie w oślepiający dym, który tak gryzł w oczy, że od razu zapragnąłem wyjąć soczewki. Istniało prawdopodobieństwo, że jeśli nie wyjdę z zadymionego pomieszczenia, niechcący pocałuję faceta, a takie zabawy mi nie pasowały.

– Chodźmy.

– Dobra.

Ian odstawił piwo na pobliski stolik, po czym ruszył za mną. Gdy zaczęliśmy przeciskać się przez tłum, ktoś zagrał na trąbce, a potem wbiegła setka dziewczyn ubranych w czerwono-zielone świąteczne bikini.

– Juuhuu! – krzyczały. Dziewczyny z bractwa zawsze się wydzierały, ale tym razem te piski mi nie przeszkadzały, ponieważ szły w parze z niemal nagimi, podskakującymi laskami. Uśmiechnąłem się cwaniacko, gdy Ian wykrztusił pod nosem:

– Niech Bóg nas błogosławi.

Ruszył w kierunku dziewczyn.

– Zaczekaj, mały. – Złapałem go za koszulkę i pociągnąłem do tyłu. – Nie idziemy do nich, to one mają podejść do nas. Pamiętasz zasady? – Nigdy nie musiałem się starać, by zdobyć dziewczynę. Nie zamierzałem zmieniać przyzwyczajeń, tylko dlatego że Ian obawiał się, iż najlepsze okazy wyrwie ktoś inny.

– Nasze fiuty czekały już ponad trzy godziny, a ty jeszcze mnie wstrzymujesz?

Przewróciłem oczami.

– To nauka.

W podręczniku stworzonym na własny użytek, a zatytułowanym: „Podstawy zaliczania” napisałem, że nigdy nie będziemy podbijać do dziewczyn.

– Co jest nauką?

– Seks. – Kiwnąłem głową w kierunku dziewczyn, które już wydawały się znudzone otaczającymi ich chłopakami i ruszyły w naszą stronę. Jedna z nich miała na sobie czerwone stringi pasujące do króciutkiej spódniczki z Mikołajem, czerwony koronkowy stanik, a na głowie przekrzywioną, superuroczą czapkę Mikołaja. Druga przebrała się za niegrzeczną reniferzycę – jej nadgarstki zdobiły małe opaski, a na szyi wisiał dzwonek.

– Hej. – Niegrzeczna reniferzyca zatańczyła i pomachała. – Zagrasz na moim dzwonku?

Niemal się zgodziłem, no bo hej, chciała, żebym zagrał na jej dzwonku. Okazałbym się idiotą, gdybym nie zabrał laski na górę albo do innego pokoju czy nawet spiżarni, by przekonać się, na ilu dzwonkach mógłbym zagrać. Pragnąłem jednak większego wyzwania.

Może jako geniusz komputerowy potrzebowałem skomplikowanego zadania lub przynajmniej czegoś wymagającego od mnie więcej niż tylko otwarcia ust. Nie zamierzałem pytać, czy chciała być na dole, na górze czy może wolała raz tu, raz tam.

– Ian. – Wbiłem mu łokieć. – Weź te urocze młode damy na drinka, a ja skoczę... po coś do samochodu? – Kiepska wymówka, ale jako gwiazda drużyny futbolowej UW Ian sobie poradzi. Poza tym lubił dzielić się miłością, nawet jeśli zaspokajanie dwóch dziewczyn na raz nie należało do najłatwiejszych zadań.

– Dobra... Coś z... samochodu. – Którym nie przyjechaliśmy. Niemniej przyjaciel połapał się w sytuacji, bo objął dziewczyny umięśnionymi ramionami i odszedł, uśmiechając się cwaniacko.

Przewróciłem oczami, gdy laski zachichotały, przywierając do niego, jakby był Russellem Wilsonem[1]. Chociaż, jeśli kumpel nadal będzie tak grał, to wszystko jest możliwe.

Szybko omiotłem wzrokiem pomieszczenie. Pozostałe dziewczyny wyglądały identycznie. W morzu czerwieni oraz zieleni dostrzegłem tylko łatwe laski, gotowe rozłożyć nogi przed umięśnionym chłopakiem z zabójczym uśmiechem. Jednego i drugiego miałem na pęczki. Nie zyskałem przydomku „Lex Luthor”, dlatego że byłem dżentelmenem noszącym koszule na guziki, który używał w sypialni słów „proszę” i „dziękuję”.

Byłem złoczyńcą.

Z Ciemnej Strony.

Niegrzecznym.

Chłopakiem, którego dziewczyny przyprowadzały do domu, żeby wkurzyć ojca, chociaż plan spalał na panewce, ponieważ należałem do Mensy[2]... mimo że nie wyglądałem jak stereotypowy geniusz. Większość dziewczyn miała mnie za mrocznego, złowieszczego, jeżdżącego na motocyklu frajera, który jakimś cudem nie wyleciał jeszcze ze studiów. Nie wiedziały jednego: miałem więcej szarych komórek w małym paluszku i więcej pieniędzy na koncie, niż byłyby w stanie sobie wyobrazić... lub policzyć na dziesięciu palcach.

Marszczyłem brwi, przedzierając się przez gęsty tłum napędzanych hormonami studentów. Niemal wpadłem na niewysoką, przebraną za elfa dziewczynę w masce. Bacznie przyjrzała mi się wielkimi, szmaragdowymi oczami.

– Przepraszam. – Opuściłem wzrok na jej dekolt, który był... jak powiew świeżego powietrza. Idealny. Panna nie ukazywała zbyt wiele ciała. Pozostawiała co nieco wyobraźni. Spodobało mi się to. Pachniała miętą pieprzową.

Mięta była moją słabością.

A może cycki były moją słabością.

Zwilżyłem wargi językiem, gdy mrugała zszokowana i zdezorientowana, jakby niepewna, czy stał przed nią przyjaciel czy wróg.

Ha, przynajmniej w jakiejś części stanowiłem połączenie jednego i drugiego. Dziś jednak chciałem stać się najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała. Wysunęła różowy języczek, zwilżyła wargi, a mój fiut drgnął z zazdrości. Policzki dziewczyny zabarwił jaskrawoczerwony rumieniec, jakby wyczuła moje myśli. Codziennie dawałbym jej się pobawić moją laską cukrową.

Było w niej jednak coś dziwnie znajomego, jakbyśmy się już spotkali... Ale to najstarszy frazes znany ludzkości. Prawda wyglądała jednak tak, że nawet jeślibym ją znał, to wciąż zanurzałbym się w niej po same jaja. Była olśniewająco piękna.

– Lex. – Wyciągnąłem rękę, od razu łamiąc zasadę z naszego podręcznika. Facet nie powinien wyciągać dłoni jako pierwszy. Sprawiał tym wrażenie miłego, przez co laski od samego początku zakładały, że marzył o stałym związku. Opracowaliśmy z Ianem zasady, gdy dotarło do nas, że świat uniwersyteckiego seksu potrzebował kogoś, kto przejąłby stery i strategicznie kierował kobiety do obustronnie zadowalających spotkań bez zobowiązań. Nigdy nie podchodziłem do dziewczyn, nigdy się nie przedstawiałem, a już na pewno nie ściskałem dłoni laskom, kiedy mogłem ssać ich sutki.

Zmarszczyła brwi. Powoli, metodycznie, mocno ujęła moją rękę.

– Gabrielle, ale przyjaciele mówią mi Gabi.

Gabi? Dorastałem z Gabi. Niemożliwe, by koścista, nieśmiała Gabi, którą torturowaliśmy z Ianem, przemieniła się w stojącą przede mną wizję seksu. Poza tym tamta dziewczyna powinna być w ostatniej klasie liceum i zapewne jeszcze nie wyrosła.

– A jak mówi do ciebie twój chłopak? – Przybliżyłem się.

– Sara. – Drgnęły jej wargi.

– Hę?

Śmiech elfki dotknął mnie tam, gdzie nie powinien. Była to automatyczna reakcja fizyczna – bliskość dziewczyny doprowadzała mnie do szaleństwa, chociaż nie rozumiałem, dlaczego tak się działo.

– Umawiał się ze mną i Sarą w tym samym czasie. Pomylił się, kiedy całował mnie na dobranoc.

– Kurna. – Pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem. – Kopnęłaś go w sprzęt?

– I ugryzłam w język – powiedziała i uśmiechnęła się jak dzika kotka. – Jestem agresywna.

– Feminizm. – Przytaknąłem. – Wspieram ten ruch... przysięgam. – Przyłożyłem dłoń do serca. – Mam nadzieję, że chodził dziwnie przez cały rok.

– Ech. – Wzruszyła ramionami. – Niezbyt było w co kopać.

– Zostaniemy przyjaciółmi? – wypaliłem roześmiany.

Również się zaśmiała. Ktoś ją popchnął i wpadła mi w ramiona. Przywarła delikatnymi palcami do moich bicepsów, a biustem do klatki piersiowej.

Zaparło mi dech. Uniosła twarz.

Przepadłem.

Postradałem rozum, zapomniałem o zasadach ze swojego podręcznika i stawiając wszystko na jedną kartę, pocałowałem ją delikatnie, jakbyśmy znali się całe życie, a nie cztery minuty i trzydzieści sześć sekund. Splotła słodki język z moim tak agresywnie, że momentalnie mnie zaskoczyła. Przeczesywała palcami moje króciutkie włosy, aż w skórze głowy oraz całym ciele rozpalił się żar.

Jęknąłem, unosząc ją, gdy pogłębiła pocałunek. Co, do licha? Dlaczego tak mi się poszczęściło? Oderwaliśmy się od siebie, by zaczerpnąć powietrza. Policzki wciąż miała zaczerwienione, co mnie rozbawiło.

– Jesteś urocza – wyznałem. – Seksowna, ale urocza. Jak to możliwe?

– Gdybym była Sarą, powiedziałabym, że jestem niesamowita w łóżku.

– Och, tak?

– Tak, ale jestem sobą, więc zapewne zbyt niewinna ze mnie dziewczyna, by znać pełnię swojej niesamowitości.

– Niewinność jest okej – zapewniłem. Stałem się opiekuńczy względem uroczej, żywo reagującej na mnie panny, którą obejmowałem.

Zmarszczyła brwi. Odsunęła się i stanęła, kiedy zamrugały światła, a po chwili zgasły.

– Nie chcę już być niewinna – szepnęła mi do ucha.

Jasny gwint!

Szybko rozejrzałem się po ciemnym pokoju. Z tanich głośników dudniła muzyka techno, która ustawała co kilka sekund.

– No cóż... – Złapałem ją za biodra i nachyliłem się, wiodąc ustami po płatku jej ucha. – Znalazłaś odpowiedniego faceta.

– Też tak myślę.

Chwyciłem Gabi za rękę, a potem poprowadziłem na górę. Wydawałem się spokojny, chociaż w duchu przybijałem sobie piątkę, a mój fiut wywijał koziołki.

Mocniej uścisnąłem rękę, ciągnąc dziewczynę po schodach. Niemal unosiłem się w powietrzu, a laska biegła za mną. Okazało się, że jej śmiech oraz zarumienione policzki to dla mnie za wiele.

Dotarliśmy do sypialni w dziesięć sekund.

Drzwi były zamknięte. Otworzyłem je, zatrzasnąłem, po czym oparłem o nie dziewczynę. Przywarłem wargami do jej szyi.

– Co, do cholery?! – zawołał zza nas Ian.

Rozdzieliliśmy się z Gabi.

– O kurna – powiedziałem, śmiejąc się zadyszany. – Sorki, stary, nie wiedziałem, że tu jesteś.

– Gabs! – krzyknął przyjaciel. – Co ty, do DIASKA, wyprawiasz?! – Półnagiemu Ianowi towarzyszyły dwie niemal gołe dziewczyny. W ciągu wielu lat naszej przyjaźni nigdy nie widziałem go tak wściekłego. On się nie złościł.

Ostrożnie się cofnąłem, unosząc ręce.

– Ian? Co się stało, stary?

– Gabs! – znów krzyknął. – Wiesz kto to? – Wskazywał na mnie palcem, jakbym był przestępcą.

– Ian, nie wtrącaj się! – Gabi podniosła głos, kładąc dłonie na biodrach. – Idź sobie!

– Idź? – zapytał, następnie głośniej powtórzył: – IDŹ?! – Podszedł do niej ciężkim krokiem. – Dlaczego tu jesteś? Kazałem ci zostać w domu, odrobić lekcje. Obiecałaś po tym, co stało się z Markiem...

– Markiem? – powtórzyłem, gdy w końcu niewyraźnie zaczęło do mnie docierać, że to była ta Gabi. Gabi, z którą się wychowałem, która w zeszłym tygodniu zadzwoniła zapłakana do Iana i skarżyła się, że były chłopak ją zdradzał. – O kurwa! – Cofnąłem się. Była chociaż pełnoletnia?

Przewróciła oczami.

– Mam osiemnaście lat.

Dzięki Bogu!

– Nieważne. – Kumpel chyba zaraz puści pawia. – Nie możesz tu być, Gabs. Jestem twoim przyjacielem. – Nasze spojrzenia się spotkały, a on przekazał swoim więcej, niż musiałem wiedzieć. To była Gabs – dziewczyna, która przychodziła na każde urodziny Iana, gdy był młodszy, która kibicowała mu na wszystkich jego meczach. Ta sama Gabs, w którą rzucałem kamieniami, zanim przeprowadziliśmy się na drugi koniec miasta.

Przysiągłem Ianowi, że nie tknę tej Gabi nawet za milion dolarów. Jednakże złożyłem tę obietnicę, gdy mieliśmy jedenaście lat.

Dziewczyna była nie tylko zakazana.

Była też nietykalna. Tylko ona mogła zniszczyć przyjaźń moją i Iana, tworząc między nami przepaść tak szeroką oraz głęboką, że nigdy bym z niej nie wypełznął.

– Spoko. – Szybko uniosłem ręce. – Nic się nie stało.

– Nic się nie stało? – Gabi prędko odwróciła głowę i spiorunowała mnie wzrokiem.

Miałem dwie możliwości: mogłem zgrywać dżentelmena, zapewnić ją, że nie byłem okropnym facetem, że tylko starałem się chronić dziewczynę, która zasadniczo była jedyną rodziną, jaką miał mój przyjaciel, albo mogłem skłamać i sprawić, by uznała mnie za okropną osobę. Dziewczyna taka jak ona, a zresztą niemal każda przedstawicielka płci pięknej, pragnęła dżentelmena, pragnęła wierzyć, że wszyscy mężczyźni są dobrzy, że trzeba dać im tylko szansę. Gabi patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na groźnego psa w schronisku, gdy chce się go pogłaskać.

Mogłem się poddać pieszczocie.

Lub kąsać jak ogar piekielny.

Dziewczynie takiej jak Gabi należało zaserwować to drugie... jeśli chciałem, by między mną a Ianem wciąż panował pokój. Westchnąłem. Potrzebowałem swojego przyjaciela, czasami chyba nawet bardziej niż on mnie. Cholera, potrzebowałem go tak, jak on Gabi. Niech to szlag.

Nie miałem wyboru.

– Do diabła. – Wybuchnąłem śmiechem. – Pójdę na dół i wyrwę inną laskę. Przecież są miliony takich jak ona. – Puściłem do niej oko, złapałem za tyłek, po czym przyciągnąłem do siebie. Opryskliwie przyznałem: – Między nami doszło do czegoś prawdziwego, ale wołają mnie też inne cycuszki.

Niemal się zrzygałem, wychodząc z pokoju. Opuściłem imprezę, nie oglądając się nawet na mijanych ludzi ani na jedyną dziewczynę, która skusiła mnie, bym zapragnął... czegoś więcej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

LEX

Cztery lata później

Ostatni rok studiów

– O tam. – Przywarła piersiami do moich pleców, gdy wskazała książkę, która, tak się złożyło, leżała z sześćdziesiąt centymetrów nad dziewczyną. – Ta z niebieskim grzbietem.

Uśmiechając się pod nosem, przeczytałem na głos tytuł.

– Tysiąc i jeden sposobów na zaspokojenie mężczyzny?

– Właśnie ta. – Wyobraziłem sobie, czy naprawdę powiedziała to zachrypniętym głosem? Objęła mnie w pasie. – O, przepraszam. Wydawało mi się, że widziałam kolejną książkę, która mnie... podekscytowała. Pomyliłam się. – Zabrała rękę z mojego krocza oraz pustej półki znajdującej się w jego pobliżu.

Parsknąłem, zdejmując książkę. Wciąż się nie odwróciłem.

– Wiesz, miło jest się ze mną uczyć.

– Słyszałam – mruknęła jak kotka.

No jasne. Miałem legendarną reputację. Za dnia byłem typowym komputerowcem, spędzałem większość czasu w pracowni, ucząc wykładowców kodowania. Kurna, nawet adoptowałem psy, rozdawałem ulotki Greenpeace’u i dawałem datki na schroniska dla bezdomnych.

A nocą?

– To... – Miękkimi, wilgotnymi wargami pieściła mój prawy biceps. – Co ty na to?

Seksualne napięcie przerwał irytujący głos pewnej kobiety.

– Uzależnienie od seksu można poznać po tym, że delikwent czyha w sekcji z Kamasutrą na laski, których nie będzie musiał oceniać w łóżku albo – Boże, uchowaj – dawać im instrukcji.

– Gabs. – Odwróciłem się, mocno zaciskając dłonie w pięści oraz zęby, gotów na walkę lub by przykryć sprzęt, jeśli znów spróbuje mnie kopnąć między nogi.

– Przytyłaś? – rzuciłem.

– Hm, nie wiem. Pomogli ci w przychodni dla ubogich pozbyć się tych wszy łonowych?

Dziewczyna, której imię zapomniałem, jak zresztą niemal każdej, zabrała książkę i szybko się oddaliła, gdy Gabi posłała mi wymowne spojrzenie.

– Tak tylko mówię, ale to ona poprosiła mnie o pomoc. – Nie wiedziałem dlaczego, do licha, wyjaśniałem cokolwiek pomiotowi szatana. Może stało się tak, ponieważ patrzyła, jakby od wylądowania w areszcie dzieliła mnie tylko jedna zła decyzja.

Gabi zacisnęła miękkie, różowe wargi w cienką linię i zmrużyła oczy.

– Spóźniłeś się.

– Tak się składa, że – podszedłem do niej – przyszedłem wcześniej. Zobaczyłem damę w potrzebie, więc posłużyłem jej pomocą. Wiesz, jak to jest. Nic nie poradzę na to, że nieustannie przyciągam do siebie estrogen.

– Tak. – Wskazała na taboret stojący przy regale. – Są takie spragnione uwagi... i tak bardzo głupie. Nie potrafiła wymyślić lepszej wymówki? Dlaczego nie powiedziała, że ma lęk wysokości i nie zapytała, czy mógłbyś podać jej tę książkę?

Przewróciłem oczami.

– Gabs, wiem, że jesteś tak mała, iż wszystko wydaje ci się bardzo, bardzo przerażające, ale taboret ma tylko trzydzieści centymetrów. Jeśli tamta laska się go obawiała, to zapewne obawia się też wszystkiego o podobnych wymiarach. – Pochyliłem się, uśmiechając ironicznie. Uniosłem jej włosy, by szepnąć do ucha: – Kogo próbuję nabrać? Uwielbiam, kiedy dziewczyny krzyczą w moim łóżku.

Gabi popchnęła mnie w pierś. Mocno.

– Ohyda! Zarażaj kogoś innego. – Wzdrygnęła się i oddalając z tupotem, zawołała przez ramię: – Po prostu miejmy to już z głowy, dobra?

– Spoko. – Ruszyłem za nią z prędkością niepełnosprawnego żółwia, z obawą stawiając każdy krok zbliżający mnie do stolika, przy którym dziewczyna położyła swój różowy plecak oraz rozłożyła zakreślacze.

U niej wszystko musiało znajdować się na swoim miejscu.

Było to zachowanie tak typowe dla Gabi, że z trudem zapanowałem nad sobą, by się nie uśmiechnąć lub nie roześmiać. Gdybym okazał radość, mogłaby pomyśleć, że przynajmniej lubię ją jako przyjaciółkę, co nie było prawdą.

Była dla mnie zupełnie zakazana. Oznaczało to, że gdy tylko przed czterema laty odszedłem od niej, stała się dla mnie nikim. Uznałem ją za androgenicznego, bezpłciowego, bardzo brzydkiego kolesia, brata, kozę.

Poza tym przyjaźń między dziewczynami a chłopakami zdarzała się... nigdy. Ergo, teoria o kozie. Jeśli będę myślał o Gabs jak o zwierzęciu albo bezpłciowym człowieku, to nie padnę ofiarą jej uroku ani nie zdecyduję się z nią przyjaźnić. Zapragnąłbym zapewne czegoś więcej, przespałbym się z nią i wszystko zepsuł, ostatecznie czując do niej niemal równie wielką nienawiść, jaką wypełniałem samego siebie.

Błędne koło.

Nie zamierzałem się tak zapętlić.

Gabs ssała końcówki włosów. Miała taki obrzydliwy nawyk. Potem wyciągnęła kartki.

– Dobra, więc wzięłam się do roboty i przejrzałam wszystkie zgłoszenia mężczyzn, po czym zestawiłam je z danymi klientek, które już mieliśmy w bazie. Zaimportowałam je do nowego programu, ale nie wiem, jak to ma wypalić przy planie zajęć twoim i Iana.

– Uroczo. Tak samo mówisz w łóżku?

– Lex – warknęła, podsuwając mi kartki. Były zapisane mnóstwem liczb. Byłem uzależniony od liczb, stanowiły mój narkotyk. Kochałem je. Najpierw zauważyłem, że Gabi nie namieszała nic z danymi, więc nie miałem powodu, by zwolnić ją ze Skrzydłowych. Dziewczynę zatrudnił Ian, by mogła opłacić studia. Wiedział, że potrzebowała funduszy, ale była zbyt dumna, by przyjąć je od któregoś z nas w prezencie – nie żebym cokolwiek jej proponował.

Zamiast tego przyjaciel dał jej pracę.

W mojej spółce.

Dobra, byliśmy partnerami, niemniej i tak się wkurzyłem. Olała formularze z McDonalda oraz Starbucka, które zostawiłem w jej kuchni. Zażądałem nawet spłaty przysługi, którą winny był mi Microsoft po stażu odbytym u nich latem. Dziewczyna odmówiła!

Ianowi i mnie został już tylko jeden semestr studiów.

Semestr, podczas którego spadło na mnie przekleństwo. Musiałem wytrzymywać z Gabi nie tylko dlatego, że przyjaźniła się z Ianem, lecz także dlatego, że on, odkąd związał się kilka tygodni temu z Blake, nie wyrabiał się z niczym.

Jęknąłem, gdy cyfry zlały mi się przed oczami. Skrzydłowi byli dokładnie tym, czym się wydawali. Ian wymyślił tę usługę po wypadku, który wydarzył się podczas pierwszego sezonu, kiedy grał w drużynie Seahawks. Pomagaliśmy jako skrzydłowi dziewczynom, ale tym dobrym, a nie takim, które obmacywały mnie w księgarni, odnaleźć swoje szczęśliwe zakończenie.

Powstrzymywaliśmy je przed zniżeniem się do związku z totalnymi idiotami.

Jednocześnie pomagając im zdobyć pewność siebie.

Wiem, wiem, zasługuję na Purpurowe Serce. Może z tego powodu noce spędzałem z tyloma... dupami. Istniała granica tego, ile dobra mogła znieść moja dusza, nim wybuchnąłbym brokatem czy motylkami, co wcale nie byłoby fajne.

Ian z Blake wymyślili, byśmy poszerzyli klientelę o mężczyzn. Mimo że chciałem odmówić, ponieważ miałbym o wiele więcej roboty, wiedziałem, że mieli rację. Na samym moim kierunku było mnóstwo facetów, którzy nigdy nie byli na randce, więc dzięki nim wiedziałem, że wyświadczaliśmy społeczeństwu przysługę.

Szybko zmodyfikowałem program, byśmy mieli bazę danych lub pulę wolnych kobiet oraz mężczyzn, a następnie poumawiałem spotkania z najbardziej beznadziejnymi przypadkami. Ich również wyłowił program.

– Lex? – Gabi pstryknęła mi przed nosem palcami. – Słuchasz mnie?

– Nie. – Odsunąłem jej rękę. – Czytałem. I chociaż nie chcę wypowiedzieć tych słów...

– Mam rację? – Uśmiechnęła się promiennie, po czym przygryzła dolną wargę.

Stęknąłem. Mruknąłem pod nosem:

– Masz rację. Co oznacza, że albo musimy zatrudnić kogoś jeszcze, albo weźmiesz na siebie nowe zadania.

– Nowe zadania? – Zmarszczyła ciemne brwi, okręcając długie, kasztanowe pasma włosów wokół palców. – Yyy, nie taka była umowa.

– Uległa zmianie. – Wstałem, zgniotłem papiery i wyrzuciłem je do kosza. – Jeśli wezmę na siebie choćby jedną osobę więcej, odbędzie się to kosztem studiów. – Dobra, skłamałem, ale nie chciałem spędzać całego dnia z klientami, ponieważ byłbym zbyt zmęczony na „dodatkowe zajęcia”. – Musisz popracować z niektórymi kolesiami.

– Nie! – Gabi pospiesznie wstała. – Wiesz, że nie mogę tego zrobić!

– Wiem? – Spojrzałem ponad nią na cycatą blondynę, która zerkała na mnie i puściła do mnie oko.

– O nie, nie ma mowy. – Gabs wskoczyła na krzesło i ujęła moją twarz w dłonie. – Spójrz na mnie.

– Patrzę – powiedziałem celowo znudzonym tonem, próbując wbić wzrok w stojącą za nią Cycatą.

– Lex! – Pacnęła mnie w policzek. – Skup się, przestań myśleć dolnym mózgiem, niech krew ponownie popłynie ci do góry.

Wybuchnąłem śmiechem.

– Chyba coś ci się pomyliło...

Zakryła mi usta dłonią. Zauważyłem, że kciuk miała pomazany różowym zakreślaczem pachnącym truskawkami. No jasne.

Szeroko otworzyła zielone oczy.

– Nie mogę spotykać się z klientami płci męskiej ani ich uczyć, ani...

Przewróciłem oczami, odsuwając jej rękę.

– Wyszkolę cię w tydzień, Gabi. Przecież to nic trudnego. Będziesz miała do czynienia z kujonami szukającymi kujonek, z którymi będą mogli spłodzić małe kujonki, a te następnie również spłodzą małe kujonki, które zapewne stworzą pewnego dnia dość robotów, by sprowadzić na świat apokalipsę. – Nie wspomniałem, że trening będzie dotyczył także uwodzenia oraz innych zadań. Byłem dość pewny, że jeśli miałaby szansę, to prędzej by umarła, niż zgodziła się na ten plan. Tak czy siak zmuszę ją, by zrezygnowała. Przynajmniej pomachałem jej przed nosem nadzieją, aby ostatecznie, gdy się wycofa, wina spadła tylko na nią, jakby samodzielnie podjęła tę decyzję. Widzicie? Jestem prawdziwym dżentelmenem, gdy tylko tego chcę.

Zacząłem się oddalać, ale Gabi uczepiła się moich pleców jak jakaś małpka i wbiła stopy w moje boki.

– Stój!

Odchyliłem głowę, przywalając jej w podbródek.

– Aua! – krzyknęła.

– Przepraszam!

– Nieprawda!

– Skąd wiesz? – Gromadziła się wokół nas publiczność. – Złaź ze mnie!

– Dopiero gdy obiecasz, że nie będę musiała się puszczać! – syknęła.

Spojrzał na nas pracownik biblioteki. Świetnie.

Ściszyłem głos, jednocześnie próbując poluzować ucisk jej nóg na mojej talii.

– Nie puszczasz się, a pomagasz. Uwierz mi, Gabi, to wielka różnica.

Odwróciłem głowę, a dziewczyna w tym samym czasie się nachyliła, więc musnęła wargami moje ucho.

Zamarłem.

Ona też.

Czas się zatrzymał.

Dwa razy odetchnąłem głęboko.

– To tylko praca, Gabs. Jeśli sobie nie poradzisz, znajdę kogoś innego. – Oto przedstawiłem idealny plan. Mogłem ją zwolnić, jeśli odmówi wykonywania obowiązków, dzięki czemu oboje poszlibyśmy w swoją stronę. Do granic szaleństwa doprowadzała mnie bliskość jej skóry pachnącej truskawkami, a zawsze czerpałem dumę z faktu, że ciężko było mnie złamać.

Dopóki nie pojawiła się Gabi.

– Nie. – Uszczypnęła mnie w szyję. – Połowa firmy należy do Iana. Po prostu...

– Już zawsze będziesz używać tego argumentu? To twój plan awaryjny? Będziesz biegać po pomoc do Iana za każdym razem, gdy napotkasz jakieś trudności?

Oddychała spazmatycznie.

Mam cię, słoneczko.

– Tak myślałem. Słuchaj, jestem zmęczony i potrzebuję seksu, więc jeśli nie masz ochoty mnie zaspokoić, to proszę, zejdź ze mnie i wróć do domu.

Zsunęła się. Jędrne piersi dziewczyny pomachały mojemu ciału na pożegnanie, kiedy zirytowany zacisnąłem zęby.

Odwróciłem się z nikczemnym uśmiechem.

– Zaczynasz jutro – rzuciłem.

Policzki jej poczerwieniały. Obstawiałem, że się wycofa. Powinna, przecież była niewinna i rzadko się umawiała. Cholera, nawet moja babcia miała w tych sprawach większe doświadczenie niż Gabi.

Żółw miał większe doświadczenie.

Przyjaźniliśmy się z tym samym facetem, a kiedy rzeczony facet się upił, wyznał powód, dla którego był tak opiekuńczy w stosunku do naszej drogiej, kochanej Gabi. Dziewictwo. Była dziewicą.

Zasadniczo oznaczało to, że poniesie błyskawiczną klęskę w tej robocie, a ja udokumentuję każdą chwilę, po czym poinformuję Iana, iż dziewczyna musi znaleźć sobie inną pracę.

Idealny plan?

O tak.

– Znaczy... – Puściłem do niej oko. – Chyba że wolisz zacząć już dziś. – Zwilżyłem wargi językiem i przechyliłem głowę. – Mój rekord to czterdzieści osiem sekund. Obstawiam, że z tobą zajęłoby mi to tylko dwadzieścia.

W stronę mojej głowy poleciał podręcznik.

Chyba otrzymałem odpowiedź.

– Wiesz... – Kiwałem się na piętach. – Zawsze możesz aplikować do McDonalda. Ludzie są mi winni przysługi, więc mogę się upomnieć, Gabs. Nie pasujesz do Skrzydłowych.

Nozdrza jej zafalowały.

– Potrzebuję tej pracy, Lex. Tylko u was zarobię dość, aby...

Uniosłem brwi.

– Aby... Gabs? Kupić więcej butów? To że jeszcze nie uregulowałaś czesnego, jest do ciebie niepodobne.

– Drań! – wrzasnęła, rzucając we mnie kolejną książką. Uchyliłem się. – Znów zhakowałeś moje konto?

– Ja? – Niewinnie wzruszyłem ramionami. – Szczerze, jestem zaskoczony, że jeszcze nie włamał się na nie jakiś pięciolatek. Zdajesz sobie sprawę z tego, że „hasło” jako hasło to zasadniczo rozkładanie wycieraczki z napisem „Witaj”?

– Nienawidzę cię.

– A ja ciebie, słoneczko. – Uśmiechnąłem się złośliwie. – A teraz leć, jak zawsze, poskarżyć się Ianowi, a ja, jak zwykle, postoję na zewnątrz, gdy kobiety będą padać mi do stóp.

Odeszła rozwścieczona.

Nie wiedziała o tym, i nigdy nie miała się dowiedzieć, ale cząstka mnie odeszła wraz z nią, bo przy każdej kłótni czułem, jakby pękała część mojej duszy.

Ha, może to dlatego coraz bardziej jej nienawidziłem.

Gabrielle Sava odbierała mi duszę.

Szlag, gdy skończy się semestr, będę demonem lub wampirem.

Cycata blondynka znów puściła do mnie oko. Pomachałem jej. Uśmiechając się, utkwiłem wzrok w krągłym, kształtnym ciele. Zdecydowałem się dziś wbić w nie zęby.

– Zatem zostanę wampirem – szepnąłem i podszedłem do dziewczyny.

ROZDZIAŁ DRUGI

GABI

Nienawidzę go.

NIENAWIDZĘ GO!

Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę. Powtarzałam te słowa w myślach jak mantrę, gdy rankiem szłam do niedorzecznie drogiego domu, położonego nad niedorzecznie ładnym jeziorem. Przed budynkiem stał niedorzecznie krzykliwy czerwony mercedes.

Lex to straszny palant.

Wyświadczyłabym społeczeństwu przysługę, gdybym podpaliła jego auto.

Poważnie.

Znajdowało się w nim zapewne tak dużo płynów ustrojowych i zarazków, że gdyby pojazd brał udział w wypadku, wszyscy ludzie znajdujący się na autostradzie złapaliby wirusa, co rozpoczęłoby epidemię, która dotknęłaby całe miasto.

Przeszedł mnie dreszcz.

Zaszufladkowałam Leksa do dwóch pudełek.

W pierwszym umieściłam Leksa z dzieciństwa – przyjaciela, który spędzał czas ze mną i z Ianem, zanim przeprowadził się na drugi koniec miasta, po czym więcej go nie widziałam. Jeździł ze mną do szkoły, a kiedy chorowałam, dał mi pudełko chusteczek. To nic, że ukradł je z biurka nauczyciela. Chodzi o to, że Lex z dzieciństwa był idealnym materiałem na męża.

Kto kryje się w pudełku numer dwa?

Lex dupek, czyli oblicze mężczyzny, z którym zaraz miałam się spotkać. Był to Lex, na którego natknęłam się, gdy miałam osiemnaście lat i który natychmiast tak mnie oszołomił swoją niemal boską urodą, że zabrakło mi słów. Był wytworem mojej nadaktywnej, smutnej, napędzanej hormonami wyobraźni.

Z zewnątrz jawił się jako idealny mężczyzna.

Zamyślony, o uwodzicielskim spojrzeniu.

O bicepsach wielkości mojej głowy.

Na jego widok pomyślałam, że gdybym przeczesała palcami krótko ścięte włosy, to doznałabym spełnienia, zanim by mnie dotknął.

Nieważne. Przeszło mi już. Przeszło jak cholera.

Wielu osiemnastolatków miewało głupie zauroczenia, prawda?

Teraz, kiedy patrzyłam w jego oczy o barwie burzowego nieba, dostrzegałam tylko syfilis lub rzeżączkę, a i tak byłam wspaniałomyślna. Facet był chodzącą chorobą weneryczną, ponadto poważnie grał na każdym moim nerwie. Zachowywał się jak dupek. Mówiąc prosto z mostu, bez zbędnego cukrzenia. Należał do tej kategorii facetów, którzy potrafili powiedzieć dziewczynie, że w sukience wygląda grubo czy odmówić zjedzenia pieczywa z koszyka podanego w restauracji. Rozumiecie? Nawet nie umiał dostosować się do etykiety obowiązującej przy posiłku! Skręcało mnie na samą myśl o nim.

W zeszłym roku postąpiłam głupio, gdy poprosiłam Iana, by poszedł ze mną na zakupy, bo oznaczało to, że, oczywiście, musiał dołączyć do nas również Lex. Usłyszałam wtedy, bez żadnych ogródek, że gdybym przestała rano pić mleko czekoladowe, to zmieściłabym się w mniejszy rozmiar.

Uśmiechnął się wtedy.

Pogłębiły się jego dołeczki.

Nawet skrzyżował ręce na klatce piersiowej, jakby chciał przekazać: „Słuchaj, wyświadczyłem ci przysługę, poklep mnie po ramieniu”.

Zamiast tego kopnęłam go w jaja i gdy próbowałam nabić mu śliwę, przyłożyłam Ianowi.

O co chodzi? A o to, że Lex jest diabłem.

Przebywałam z nim tylko, gdy było to absolutne konieczne, a i wtedy Ian przeważnie robił za bufor między nami. Teraz jednak bawił się w uwijanie gniazdka miłosnego z moją dawną współlokatorką Blake, więc musiałam radzić sobie sama.

Lex otworzył drzwi, gdy agresywnie zapukałam w nie po raz trzeci. Czarne dresowe spodnie wisiały nisko na jego biodrach, klasyczną koszulkę z logo Marinersów[3] miał rozpiętą pod szyją, a na jego nosie znajdowały się okulary w czarnej oprawce, zza których oczy mężczyzny wydawały się tak pociągające, że nie powinno to być zgodne z prawem.

– Słoneczko – przywitał mnie, szerzej się uśmiechając i krzyżując umięśnione ręce.

– Kretyn. – Uśmiechnęłam się słodko. – Nowe okulary? Grubsze szkła?

– Żebym mógł cię lepiej widzieć. – Pochylił się i zmrużył oczy. – O, tu są. – Wyciągnął rękę do mojego cycka.

Tak mocno strzeliłam go po łapie, że aż zapiekła mnie dłoń.

– Raczej nie tak powinnaś traktować klientów. – Potrząsnął ręką. Wrócił do salonu i zostawił szeroko otwarte drzwi. Dobre wychowanie było mu zupełnie obce.

Zgrzytając zębami, zatrzasnęłam drzwi, po czym zdjęłam buty, ponieważ wiedziałam, że jeśli wejdę dalej w obuwiu, facet nie da mi spokoju.

Niezły z niego dziwak.

Szokujące, że chociaż zaliczał tyle panienek, kłopotał się używaniem środków dezynfekujących do sprzątania. Prócz tego zawsze nosił wyprasowane ciuchy. Wszystko u niego było nieskazitelne.

Nawet jego oddech.

Niech go szlag.

Pił tyle samo kawy, co pracownicy Starbucksa, a mimo to w jego oddechu nie było jej czuć.

Patrzenie na Leksa, na jego twarz, niemal bolało, gdy miało się świadomość, że idealna aparycja nie odzwierciedlała jego osobowości. Ani odrobinę!

Miał niebezpieczną, nikczemnie pociągającą urodę, jak bohater książek z gatunku paranormal romance.

Kiedy śniłam, że rozjeżdża go samochód, czasami wyobrażałam sobie, że był szlajającym się po mieście wampirem, ubranym tylko w ulubione, czarne dresowe spodnie, a jego skóra mieniła się w świetle latarni, gdy czekał, aż dziwki ustawią się w rzędzie, żeby mógł dziabnąć sobie co nieco.

Przy głowie przeleciał mi ołówek.

– Hej. – Lex uniósł brwi. – Mamy dużo roboty i muszę cię przygotować na spotkanie z dwoma klientami. Śnij na jawie o laskach w wolnym czasie.

– Nie jestem lesbijką.

Przygryzł wargę, rozsiadając się wygodnie na krześle. Powoli powiódł po mnie wzrokiem, zaczynając od niedopasowanych skarpetkach, na głowie skończywszy.

– Jeśli tak twierdzisz, Gabs.

Nie zabiję go. Nie zamorduję.

– Wiesz – zaczęłam, rzucając torebkę na stolik przed nim – założenie, że wszystkie tak się ubierają, jest obraźliwe. – I co? Miałam na sobie znoszony biały T-shirt oraz dziurawe dżinsy, i chyba nie zmyłam wczoraj tuszu z rzęs. To mój środek odstraszający na Leksa. Nie znosił niechlujstwa.

– Obraźliwe – przytaknął. – Prawdą jest też – wyjął ołówek zza ucha i przesunął nim moją torebkę jak najdalej od siebie – że nie umarłabyś, gdybyś raz na jakiś czas włożyła coś innego niż dżinsy czy T-shirt, Gabs – westchnął. – Powtórz: sukieee...

Wyrwałam ołówek z jego ręki, złamałam go i oddałam.

– Wkładam sukienki, tylko nie na spotkania z tobą. Sukienki są twoim kryptonitem, zwłaszcza czarne miniówki. Nie chcę, byś wyobrażał mnie sobie, „biorąc” prysznic.

Parsknął.

– Chciałabyś.

– Tak. Co wieczór przed pójściem spać modlę się, żeby Lex o mnie marzył, gdy będzie sobie zwalał, ponieważ któraś dziewczyna znów nie postępowała w łóżku według jego zasad. „Niech to szlag, kieruj się podręcznikiem!” – powiedziałam, jak najlepiej naśladując Leksa. Tylko raz słyszałam, jak instruował dziewczynę, a uraz pozostanie mi do końca życia. Co ty, do licha, robisz? Wydaje ci się, że mnie zaspokoiłaś? Jest wykres! Uch.

Przewrócił oczami.

– Bardzo śmieszne, podręcznik powstał nie bez powodu. Masz w ogóle jakiekolwiek pojęcie, ile lasek gubi się, gdy krzyczę, by zmieniły pozycję? Chodzi o to, żeby się pospieszyły, wiesz?

Byłam rozdarta wewnętrznie – nie wiedziałam, czy odczuwałam fascynację czy obrzydzenie.

– To – zmieniłam temat – zacznijmy szkolenie, bo mam tyle pracy domowej z chemii organicznej, że będę ją odrabiać przez dziesięć lat.

Lex westchnął, wyciągając rękę.

– Nie. – Skrzyżowałam ręce na piersiach. – Nie potrzebuję pomocy.

Dobra, potrzebowałam jej. Rozpaczliwie potrzebowałam pomocy, a Lex nie był tylko dosyć mądry – kiedy się przykładał ukazywał prawdziwy geniusz. Nie chciałam jednak, by pomógł mi z pracą domową, bo w moim przypadku chemia organiczna przypominała czytanie w obcym języku.

Odchrząknął.

Nie ruszyłam się.

W końcu wstał, przeszedł na drugą stronę stolika i wyciągnął z mojej torebki podręcznik do chemii.

– Który rozdział?

– Lex...

– Jeśli mam ci wyjaśnić chemię organiczną, to mogłabyś przynajmniej zwracać się do mnie per profesorze Lex.

– Posłuchaj uważnie, Lex. – Podeszłam do niego, po czym wyrwałam mu książkę. – Nie potrzebowałam twojej pomocy, kiedy w zeszłym roku niemal oblałam biologię i, za cholerę, nie potrzebuję jej teraz. Odklepmy tylko szkolenie, żebym mogła wrócić do domu i cierpieć w spokoju, dobrze?

– Dobra. – Bez ostrzeżenia chwycił mnie za ramiona i posadził na blacie wyspy oddzielającej salon od kuchni. – Do tej pory pomagaliśmy znaleźć idealnego partnera tylko kobietom. Zasadniczo odgrywaliśmy skrzydłowego, aby idioci tego świata dostrzegli dziewczyny, które cały czas mieli przed nosem.

Dlaczego stoi tak blisko? Musimy się dotykać? Nakazałam ciału nie reagować na bliskość mężczyzny, ale Lex działał niczym magnes, nawet jeśli był z niego szatan. Mój mózg ledwie funkcjonował, gdy ten koleś trzymał wielkie dłonie na moich ramionach.

– Dobra. – Przełknęłam z trudem ślinę. – A odkąd zdecydowaliście, że będziecie też pomagać facetom, mam takie samo zadanie, tylko z drugą płcią. Muszę dopilnować, by klienci stali się pewni siebie, żeby zdobyli dziewczynę, która do tej pory widziała w nich tylko materiał na przyjaciela lub, co gorsza, zupełnie ich nie dostrzegała.

– Ciekawe, jak to jest – Lex wciąż mnie nie puścił – kiedy nikt cię nie dostrzega... Może następnym razem rób notatki?

Kolejna obelga.

– Lex. – Głośno wypuściłam powietrze. – Weź się do roboty.

– Słusznie. – Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, po czym Lex potarł grzbiet nosa pod okularami. Nie był to seksowny gest. Naprawdę nie był aż tak seksowny. – Wręczamy nowym klientom kwestionariusz, spotykamy się z nimi w miejscach publicznych, ostatecznie przyciągamy do nich uwagę za pomocą uczuć takich jak zazdrość czy ciekawość. Tutaj wkraczasz do akcji ty. Kiedy dziewczyna zobaczy naszego klienta z inną, uzna go za pociągającego, więc taki też się dla niej stanie.

– To takie łatwe?

– Tak jakby. – Pochylił się. – Ale nie możesz być do kitu.

– Być do kitu?

– W niczym. – Zbliżył głowę, aż jego usta znalazły się tuż nad moimi. Zaczynał mnie przerażać. Uciekłabym, ale byłam uwięziona.

– Lex, odgryzę ci język, jeśli mnie pocałujesz. Przysięgam.

– Wiedziałabyś – zabrał jedną dłoń z mojego ramienia i przyłożył mi ją do ust – gdybym naprawdę cię całował. To, moja kumpelko bez gustu, jest trening.

Opuścił głowę.

Przywarł ustami do moich, a po chwili się wycofał.

– Tak. – Pokręcił głową. – Gabs, musisz otworzyć usta odrobinę bardziej. Chłopcy są głupi. Zawsze zakładają, że im więcej używasz języka, tym lepszy jest pocałunek, chociaż prawda wygląda zupełnie inaczej. Niemniej i tak musisz rozchylić usta, a nie zamykać je jak Fort Knox.

– Co się dzieje? – Próbowałam się od niego odsunąć.

Lex przewrócił oczami.

– Gabs, uwierz mi, to tylko interesy. Możesz nawet trzymać przez cały czas rękę na moim sprzęcie.

– Że co?! – ryknęłam.

– Żebyś nie miała wątpliwości co do tego, że mnie nie podniecasz. – Groźnie wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Poważnie, nie mam nic przeciw.

– Ale ja mam!

– Hej! – Zaśmiał się. – Tylko próbuję pomóc.

– Macanie twojego penisa nie jest pomocą, Lex!

– Dziwne, bo przeważnie jednak jest.

– Co za okropny dzień.

– Przez deszcz? – Zmarszczył brwi.

– Nie...

– Pada.

– Przestań! – Popchnęłam go. – Pospiesz się i wystaw mi ocenę za całowanie, żebym mogła iść się pouczyć.

– Całowanie, trzymanie się za ręce, obejmowanie, tulenie, śmianie się i puszczanie oka to tylko kilka umiejętności, w których musisz osiągnąć perfekcję – wyrzucał z siebie mnóstwo okropnych, wprowadzających w otępienie słów.

– Pospiesz się – zrzędziłam pokonana, próbując wyprzeć ze świadomości fakt, że stał przede mną przystojny dupek, który obrażał mnie za każdym razem, gdy nabierał powietrza.

– Ach... – Lex uniósł dłonie. – Nie można pospieszać pocałunku.

– A co z namiętnym pocałunkiem?

– Namiętny pocałunek nie jest pospieszny, jest zapamiętały. Kurna, nie masz o tym zielonego pojęcia?

Rumieniec rozlał mi się na policzkach.

– Z iloma chłopakami się całowałaś, Gabs?

– Z mnóstwem! – Pięcioma. Całowałam się z pięcioma.

– Czerwienisz się nawet na szyi, gdy kłamiesz. – Lex ujął mnie za podbródek i ponownie przywarł ustami do moich. – Rozchyl.

Wzdychając przy jego twarzy, rozsunęłam usta. Przemknął po nich swoimi.

Odsunął się, skrzywiony z irytacji.

– Trochę szerzej, Gabs. Faceci chcą mieć do ciebie dostęp.

Miałam otwarte oczy.

On też.

Nie chciałam, by założył, że mi się to podobało, chociaż zapewne tak właśnie uważał. Tylko że mając otwarte oczy, doświadczałam surowych emocji, ponieważ patrzyłam na niego, kiedy i on mnie obserwował w chwili bliskości.

Przeszył mnie dreszcz.

– Zimno ci? – Wrócił jego uśmieszek.

– Jestem zimna jak kostka lodu. – Spiorunowałam go wzrokiem, stając, zanim on zdjąłby mnie z wyspy.

– Czytasz mi w myślach. – Poważnie skinął głową. – Teraz zrzuć postawę złośnicy i pozwól, że nauczę cię, jak się całować.

– Umiem się całować! – Nie wiem, co mnie naszło. Może chciałam mu udowodnić, że mam jakieś umiejętności, a może napędzał mnie stres wywołany obecną sytuacją. Żeby opłacić czesne, potrzebowałam jego pomocy, co bardzo mi się nie podobało, ale mimo to splotłam dłonie na karku chłopaka i podskoczyłam. Nasze miednice się zderzyły, gdy pożerałam jego wargi z całą namiętnością, jaką mogłam z siebie wykrzesać. Tym razem zamknęłam oczy i cała oddałam się pocałunkowi.

Lex warknął i popchnął mnie na wyspę. Uderzyłam tyłkiem o blat, a dupek wcisnął język do moich ust, ręce zanurzył we włosach i zdjął gumkę, by je rozpuścić. Zmienił pozycję, pod innym kątem domagając się wargami druzgoczącego pocałunku, i mocniej pociągnął mnie za włosy.

Ścisnęłam materiał T-shirtu, przyciągając Leksa, przez co niemal wpadłam do zlewu.

Wtem, gdy ogarnęła mnie obawa, że całkowicie zatracę się w pocałunku, który miał zapewne pozostać najlepszym w moim życiu, przygryzłam wargę chłopaka.

Nie odniosłam tym jednak zamierzonego skutku, o nie. Myślałam, że dobrze postąpiłam. Że wkurzę Leksa, że puści mnie i da mi święty spokój.

Nic takiego się nie stało.

W ogóle.

Odsunął się, sycząc. W jego oczach tlił się ogień. Przez ułamek sekundy, który zdawał się wiecznością, tkwił przy mnie, a ja czekałam. Oboje byliśmy na emocjonalnym skraju. Lex zwilżył wargi językiem, po czym uderzył niczym wąż. Złączył wargi z moimi w dzikim pocałunku, siniacząc mi usta i pozostawiając swój ślad na mojej duszy.

Poczułam jego erekcję i uświadomiłam sobie, że muszę go kopnąć lub się wyrwać, ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że Lex stanie się dla mnie kimś więcej niż znienawidzonym wrogiem.

Popchnęłam go tak mocno, jak tylko mogłam.

Zatoczył się w tył, pierś mocno poruszała mu się w rytm oddechu.

– Dlaczego, do cholery, mnie odepchnęłaś?

– Powiedziałeś, że cię nie podniecam! – odparłam, wskazując na jego krocze.

Uśmiechnął się znacząco.

– Zanim mnie ugryzłaś. Wszystko się może zdarzyć, gdy do gry wchodzą zęby, słoneczko.

– Przestań tak mnie nazywać. – Zeskoczyłam z wyspy i pospieszyłam po torebkę. – To skończyliśmy? Zdałam?

Lex stanął przede mną, dotarło do mnie ciepło buchające z jego ciała, gdy się pochylił i szepnął:

– Miałaś rację. Wiesz, jak całować.

Zrobiłam wielkie oczy, odwracając się, by spojrzeć mu w twarz.

– To komplement?

– Nie – cofnął się – prawda. Prawda nie jest komplementem. – Przechylił głowę, bacznie mi się przyglądając. – Nic nie wiesz o facetach, prawda?

Zamykając oczy, ucisnęłam nasadę nosa.

– Tak często dostaję przez ciebie bólu głowy, że powinnam kupić zapas aspiryny.

Wzruszył ramionami, jego mina wyrażała zupełny brak zainteresowania.

– Wychodzę. Możemy trenować jeszcze jutro, nawet cały dzień, jeśli chcesz. Mam rano jedne zajęcia laboratoryjne, ale muszę przed nimi odrobić zadania, bo w przeciwnym razie będę się stresować – powiedziałam.

– Świetnie. – Lex wziął telefon i uśmiechnął się do niego.

– Zatem widzimy się jutro? – zapytałam.

Nie odpowiedział, był zajęty komórką.

– Lex. Puszczalska poczeka. Pasuje ci jutro?

– Tak. – Westchnął. – Wyślę ci e-mail z listą klientów. Musisz nauczyć się jej na pamięć. Jutro zrobimy badania krwi i dostaniesz pigułki antykoncepcyjne...

– CO?! – ryknęłam.

– Ha. – Rzucił telefon na blat. – Żartuję, Gabs. Jeny, serio myślałaś, że każę ci się puszczać?

– Tak!

– Nie martw się. Zajmiemy się sutenerstwem, tylko jeśli dostaniemy dobrą ofertę.

– Do widzenia, Lex.

– Narka, słoneczko.

ROZDZIAŁ TRZECI

LEX

Nie odczytywałem żadnej wiadomości.

Wpatrywałem się tylko w zablokowany ekran i zmyślony SMS. Udawałem, że komuś odpisuję, aby przegonić Gabs.

Plan mający na celu wprawienie dziewczyny w zakłopotanie, by się wycofała i zwiała z krzykiem, obrócił się przeciw mnie i poszedł z przepełnionym pożądaniem dymem.

Spodziewałem się, że kiedy pocałuję Gabs, zmyje się, spanikuje, zacznie krzyczeć. Kurde, nawet przeszło mi przez myśl, że może będą musieli przyjść mi na ratunek policjanci. Myliłem się – odwzajemniła pocałunek.

Niech to szlag.

Czy znów będą musiały minąć cztery lata, żebym zapomniał o dotyku jej ust?

Kiedy trzasnęły drzwi, westchnąłem z ulgą. Pocałunek wytrącił mnie z równowagi, sprawił, że moje czarne serce opłakiwało utratę zmysłowych ust dziewczyny. Nie liczyłem jednak na więcej. Wierzcie mi, nie miałem za grosz nadziei, że to Gabs okaże się tą, którą zainteresuję się na tyle długo, by wypowiedzieć słowo „związek”, gdy przechadzalibyśmy się po parku, niosąc cholerny koszyk piknikowy.

Po prostu nie byłem przyzwyczajony do dziewczyn, które tak całowały.

Z taką namiętnością.

Nigdy nie inicjowałem pocałunku. Zawsze to mnie całowano, więc doświadczyłem wielu, żaden jednak nie wywołał u mnie takiego oślepiającego pożądania, ograniczającego logiczne myślenie w moim nad wyraz skomplikowanym mózgu.

Nie zrozumcie mnie źle. Ciągle myślałem o seksie, chociaż mój umysł zaprzątały również wzory, kody, pomysły oraz lista rzeczy do prania.

Kurna, nie wstyd mi przyznać, że dziewczyna, z którą ostatnio spałem, prawie pomogła mi rozwiązać problem głodu na świecie. W pewnym momencie tak bardzo mi się nudziło, że chyba zasnąłem.

Nawet wtedy nie wykopała mnie z wyrka.

Ponieważ była równie egoistyczna jak ja. W grupie kobiet zawsze można było znaleźć kilka, które wykorzystywały mnie w takim samym stopniu lub nawet znaczniejszym, niż ja je.

Seks był dla mnie czymś w rodzaju wzoru, który znakomicie potrafiłem zastosować. Orgazm zaś uważałem za równanie, które opanowałem do perfekcji, a kiedy przystojniak wie, gdzie polizać, kiedy przerwać, jak ssać... Cóż, wieść szybko się niesie.

Aż człowiek się zastanawia, co inni faceci robią w łóżku, skoro na świecie jest tak wiele niezaspokojonych kobiet.

– Hej. – Wszedł Ian i trzasnął drzwiami. – Była Gabi?

O, jak najbardziej. Przechyliłem głowę, bacznie obserwując stolik. Tak, zapewne utrzymałby ciężar dwóch osób. Gabi zadźgałaby mnie ołówkiem, gdyby znała moje myśli.

Ale mnie ugryzła.

To było seksowne.

Mimo że warga szczypała, jakby przypalał ją ogień piekielny.

– Tak, była, całowaliśmy się. – Sięgnąłem po butelkę wody i przyłożyłem ją do ust, gdy dostrzegłem, że Ian przetworzył moje słowa.

– Że co? – Przytrzymał się krawędzi blatu. – Całowaliście się?

– W ramach treningu. – Drobne kłamstwo, białe kłamstwo, wszystko jedno. Wyciągnąłem rękę po teczkę leżącą na stoliku i podsunąłem przyjacielowi kartkę z wierzchu, na której wypisałem nazwiska osób od niedawna zainteresowanych usługami Skrzydłowych. – Nie mam czasu, by zajmować się tymi bzdurami i wiem, że ze względu na Blake nie chcesz pracować za wiele z klientkami. – Przerwałem na chwilę. Zdjąłem okulary. – Ian, biznes za szybko się rozrasta, a program sam się nie napisze. – Szczerze powiedziawszy, strasznym utrapieniem było ustatkowanie się Iana. Wcześniej żonglował w jednym tygodniu trzema klientkami, które potrzebowały swojego „żyli długo i szczęśliwie”. Było to absurdalne, biorąc pod uwagę, jak wysoką osiągał skuteczność. Podczas gdy ja tylko odwalałem swoje i przechodziłem do kolejnego zadania, on niemal zawsze musiał oświecić dziewczyny, że ich relacja miała charakter ściśle profesjonalny. W niektórych przypadkach kończyło się to płaczem.

Żadna z moich klientek nie pałała do mnie tego rodzaju uczuciami.

Zapewne dlatego, że nie byłem tak empatyczny jak Ian. Kiedy drukowałem informacje o dziewczynie i zaczynałem z nią pracować, wiedziała, że chodzi tylko o interesy. Wykonywałem zadanie, po czym się żegnałem.

Przyjaciel zerknął na kartkę i gwizdnął.

– Widzę, że źle oszacowaliśmy liczbę facetów zainteresowanych związkiem – przyznał. – Chętnych jest o wiele więcej...

– W pierwszej chwili nieźle się zdziwiłem – wtrąciłem. – Kto chciałby zaangażować się w związek z jedną osobą? W naszym wieku?

Ian spiorunował mnie wzrokiem.

– Ty się nie liczysz, bo bzyknąłeś się z połową kampusu, zanim jeszcze zacząłeś drugi rok studiów. Większość chłopaków z listy nigdy nawet nie miała dziewczyny na poważnie, że już nie wspomnę o więcej niż dwóch partnerkach w łóżku – powiedziałem.

Im więcej o tym myślałem, tym bardziej się irytowałem. Zakładaliśmy spółkę z myślą, że osiągniemy umiarkowany sukces. Nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że rozpoczynamy pierwszorzędną usługę randkową w Seattle. Chociaż pomoc skrzydłowych oferowaliśmy jedynie znajomym z UW, to nasza aplikacja przypominała nieco Tindera, z tym że była bezpieczniejsza i bardziej zajefajna. Miała też system ocen oraz ostrzeżeń. Była dostępna dla każdego, kto chciał za nią zapłacić. Zasadniczo grzebaliśmy w przeszłości każdego użytkownika i wymagaliśmy, by podawał prawdziwe nazwisko, datę urodzenia oraz, tak, numer ubezpieczenia społecznego. Nie ma za co, świecie! Nasza apka stanowiła przeciwieństwo prywatności. Nie tylko wysyłała powiadomienie, gdy znajdowałeś się w tym samym miejscu, w którym przebywały osoby z twojej listy ulubionych, ale też od razu wyświetlała dane dotyczące tych osób, takie jak: praca, wiek, zainteresowania i informacja o tym, jak dany użytkownik spędził miniony weekend. Wydawało się, że w świecie pełnym ludzi pragnących prywatności trafiała ona na koniec listy, gdy chodziło o randkowanie.

Kobiety kochały naszą aplikację, bo umożliwiała im poznanie osoby ze zdjęcia. Niedługo później dowiedzieliśmy się, że większość facetów korzystających z niej chciała się ustatkować i podobało im się, iż szybko mogli sprawdzić, czy interesująca ich dziewczyna wybierała się nazajutrz na mszę.

– Dzięki – Ian przewrócił oczami – za jakże wspaniały komplement. – Odsunął krzesło, po czym usiadł. – Naprawdę uważasz, że Gabs poradzi sobie z facetami? Nie miała wielu chłopaków.

– Właśnie – odetchnąłem z ulgą – dostrzegłeś mój punkt widzenia. Zadzwonię powiedzieć jej, że nie jest nam potrzebna.

– Hola, hola, hola. – Kumpel wstał. – Potrzebuje tej pracy. Tylko dzięki niej zarobi na czesne. Porządnie się przyłóż, by przygotować ją do tej roboty. – Rzucił nasz podręcznik na stolik i wskazał go palcem.

Co, do cholery?!

– Mam tylko tydzień – wymamrotałem przez zęby. – Dziś się całowaliśmy. Wiesz, ile czasu potrzeba, by zrobić z kogoś guru od związków? Weź też pod uwagę, że mnie nienawidzi i, no, ten... któreś z nas umrze w tym tygodniu. Stawiam, że doleje mi trucizny do kawy. – Raczej nie przekonałem przyjaciela, że zatrudnienie Gabs było złym pomysłem. – Możliwe, że umrę. – Za daleko się posunąłem?

– Nie dramatyzuj. – Ian mnie zbył. – Poza tym nienawiść jest obustronna. Przynajmniej się w tobie żałośnie nie zadurzyła... prawda? – Skupił na mnie wzrok.

– Prawda – powtórzyłem, znów odczuwając wyrzuty sumienia z powodu zajścia, które miało miejsce na pierwszym roku studiów. Wstałem i się przeciągnąłem. Czas na zmianę tematu. Nie chciałem, by patrzył mi na ręce, zwłaszcza że nic nie zrobiłem. – Przyjdzie Blake?

– Po treningu. Będziemy oglądać Grę o Tron. Piszesz się?

– Nie. – Pocałunek wprawił mnie w dziwny nastrój, co oznaczało, że musiałem spędzić trochę czasu z komputerem. Pozostało mi tylko doprowadzić Gabi do takiego szału, że sama postanowi zrezygnować z pracy, aby uchronić się przed atakiem histerii. – Idę popracować.

Zszokowany wyraz twarzy przyjaciela nie pomógł.

– Przez pracę rozumiesz zastąpienie okularów peleryną i wyście na miasto, żeby powiedzieć jakiejś biedaczce, że ocalisz świat, tylko jeśli się z tobą prześpi?

– Miało to miejsce tylko raz. – Przewróciłem oczami. – W Halloween.

– Wciąż się liczy. Uwierzyła ci.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Wiadomo, że mi uwierzyła. Kostium był odpowiedni.

– To ty miałeś na sobie lycrę. Dobra robota. – Pokręcił głową, odchodząc. – Spróbuj powstrzymać paluchy przed włamaniem się do rządowych baz danych. Nie uśmiecha mi się kolejna wizyta FBI.

– To zdarzyło się tylko raz! – krzyknąłem za nim.

– Dziwne. Brzmi jak twoje MO[4]! – odparł równie głośno, pokazując mi środkowy palec, po czym zniknął w salonie.

Nie poświęcając mu uwagi, wbiegłem na górę po dwa schody naraz i otworzyłem drzwi do pokoju, który Ian żartobliwie nazywał moją Fortecą Samotności.

Jedynym światłem w ciemnym pomieszczeniu była poświata bijąca z trzech ekranów. Strzeliłem kostkami, trochę się rozciągnąłem. Usiadłem w skórzanym fotelu, a w myślach przewijały mi się wizje, w których przejmowałem kontrolę nad światem.

Nieprawda.

Dobra, przynajmniej nie zawsze, ale moc, jaką hakerzy dzierżyli w palcach, uzależniała.

Trzymałem się z dala od nielegalnych rzeczy. Przegiąłem tylko raz – gdy przypadkiem natknąłem się na coś, co wkurzyło pewną agencję rządową na tyle, że wystosowała ostrzeżenie, a następnie zaproponowała mi pracę.

Odmówiłem.

Byłem wtedy na pierwszym roku studiów, więc nie chciałem pracować dla garniaków.

– Cóż dziś uczynimy? – zapytałem, brzdękając palcami o blat biurka. Z jakiegoś powodu z moich myśli nie znikał obraz Gabs. Najpierw widziałem ją, gdy przygryzała wargę. Następnie słyszałem jęk, który wydała, gdy ją obejmowałem, kiedy całowaliśmy się w kuchni. Przez to wszystko mój mózg stworzył nadzwyczaj obrazową wizję, w której zdejmowała T-shirt i przyzywała mnie, zaginając palec. Niech to szlag.

Nie tego potrzebowałem.

Spojrzałem na zegarek – była dopiero dziesiąta. I tym oto sposobem znów skupiłem się na podręczniku. Ian chciał, bym udzielił Gabi praktycznych lekcji? Aby udowodnić, że dziewczyna nadaje się do tej pracy? Będę musiał odrobinę zmienić plan treningu. Dlaczego miałbym ułatwić jej zadanie, dając przewodnik, którego nauczyliśmy się z Ianem na pamięć na pierwszym roku? Uśmiechnąłem się, mimo że miałem drobne wyrzuty sumienia z powodu kantowania Gabs, zanim jeszcze zaczęła pracę.

Wisi mi to. To jej wina.

Gdyby odrobiła zadania, mógłbym nauczyć ją dziś wszystkiego. Ale czmychnęła jak myszka, a ja miałem się stresować szukaniem wolnej chwili, by szkolić ją przez resztę tygodnia. Podczas każdej spędzonej z nią sekundy dziewczyna osuszała mnie z supermocy, a przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Istniała ilość dobra, które mógł znieść złoczyńca, nim zapragnąłby ostro zaatakować kogoś Freeze Gunem. W małych dawkach. Mogłem znieść ją tylko w małych dawkach.

– Hmm... – Szybko otworzyłem uczelniany ethernet i stukając w klawiaturę, wpisałem login Gabi, następnie złamałem jej hasło. Szukałem planu zajęć.

Odnalazłem go już po chwili. Marszcząc brwi, zapoznałem się z liczbą zajęć, na które się zapisała – wzięła na siebie niemal tak dużo pracy jak ja. Teoretycznie nie powinna kończyć studiów razem z nami, ale prócz standardowych zajęć, uczęszczała też na letnie kursy oraz zrobiła praktykę wymaganą na kierunku przygotowującym do studiów medycznych, dlatego, jeśli zaliczy wszystkie przedmioty, zdobędzie dyplom już za kilka miesięcy.

Z ciekawości zhakowałem jej konto studenckie, a następnie otworzyłem zakładkę z ocenami z tego semestru.

Z biologii miała cztery minus. Cholera, balansowała na krawędzi zaliczenia. Taka ocena to niemal dwója. Z przedmiotu kierunkowego.

Następna była chemia organiczna.

Trzy plus.

Naprawdę będzie musiała ostro zakuwać, jeśli miała nadzieję poprawić stopnie.

Chemię organiczną ogarniałem nawet we śnie. Rozważałem pewien pomysł... Gdybym pomógł Gabi, pomógłbym zarazem sobie, bo dziewczyna miałaby czas na szkolenie.

Ułatwiało to mój szatański plan: miałem pomóc jej poprawić oceny, zdobyć zaufanie, po czym sprawić, by zrezygnowała z pracy. Były bowiem tylko dwie możliwości: zrezygnuje albo zabije mnie we śnie.

Wolałbym to pierwsze. Łatwo mi było jej unikać, ponieważ nie musieliśmy się codziennie widywać. Nie pragnąłem być stroną pokrzywdzoną w nieszczęśliwym wypadku, który polegałby na tym, że Ian odciąłby mi jedno jajo za patrzenie na Gabs w sposób, który w ogóle mu się nie podobał.

Już tak na nią patrzyłem.

Ponieważ to Gabi.

Niech mnie piekło pochłonie.

Wbiłem wzrok w migający kursor.

Teoretycznie kierowałem się czystym egoizmem.

Poradzę sobie z tym.

Porwałem kluczyki oraz telefon, kazałem głupiemu ciału przestać radośnie mruczeć, bo nie czekała nas zabawa.

Planowałem raczej pracę charytatywną na rzecz osoby, której los nie obdarował hojnie inteligencją.