Ty jesteś prawem - Piergiorgio Pulixi - ebook + książka
NOWOŚĆ

Ty jesteś prawem ebook

Pulixi Piergiorgio

0,0

Opis

Jak zagłosujesz, wiedząc, że stawką jest czyjeś życie?

Nowy thriller autora „Wyspy dusz”.

Thriller o sprawiedliwości, która wymyka się spod kontroli, i cenie, jaką płaci ten, kto pozwala tłumowi decydować o winie.

We Włoszech pojawia się seryjny morderca, który zaprasza wszystkich do udziału w swojej grze. Jego ofiary to przestępcy, którym udało się uniknąć kary. Związani, pozbawieni zębów, pokazani w brutalnych nagraniach wideo zatytułowanych „Ty jesteś prawem”. Widzowie anonimowo decydują, czy człowiek na ekranie ma przeżyć. Kilka kliknięć wystarczy, by wyrok stał się faktem.

Śledztwo trafia w ręce Vita Stregi oraz dwóch inspektorek: impulsywnej Mary Rais i przenikliwej Evy Croce. Między Sardynią a Mediolanem rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym stawką jest nie tylko życie kolejnych ofiar, lecz także odpowiedź na pytanie, gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna zemsta.

Ty jesteś prawem to bezkompromisowy, intensywny thriller o świecie, w którym jeden anonimowy głos może stać się wyrokiem.

„Cios prosto w brzuch – powieściowa transpozycja rzeczywistości, w której żyjemy każdego dnia.” –Tuttolibri

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 425

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:Un colpo al cuore

Redaktor prowadzący: Wojciech CiurajWydawca: Wojciech Ciuraj Redakcja: Sylwia Zazulak Korekta: Magdalena Kawka Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Ilustracja na okładce: © Peter D. / Stock.Adobe.com, © Mulderphoto / Stock.Adobe.com

Copyright © 2021 by Piergiorgio Pulixi Published in agreement with Piergiorgio Nicolazzini Literary Agency (PNLA), Italy on behalf of United Stories Agency, Italy through Book/lab Literary Agency, Poland.

Copyright © 2026, Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece

Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k. Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-790-7

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Dla Alessandra Tridella i Susy Merico, wspaniałych księgarzy i przyjaciół

Prawo jest równie straszliwe jak życie.

– Salvatore Satta, Il giorno del giudizio

Prolog

P rzewodnicząca sądu apelacyjnego była bezsilna. Zamknięty w sali narad skład orzekający przez ponad dwie godziny próbował znaleźć rozwiązanie. Stracili tylko czas. Przepisy prawa nie pozwalały na żadne inne rozstrzygnięcie. Kiedy wróciła na salę sądową, wyglądała tak, jakby przez te dwie godziny postarzała się i wychudła. Było jasne, że to orzeczenie pozostawi w niej nieusuwalne ślady.

Mimo panującego na sali duszącego upału otuliła się wilgotną od potu togą, jakby chciała się pod nią ukryć, i pochyliła się w stronę mikrofonu. Zdołała wydobyć z siebie tylko zduszony jęk. Podniosła do ust szklankę, którą podał jej sekretarz, i zwilżyła usta. Ciepława, niemal nienadająca się już do picia woda spowodowała, że jej żołądek się ścisnął.

Wśród udręczonej upałem publiczności zapadła gęsta cisza. Wszyscy, audytorium i adwokaci, patrzyli na przewodniczącą, a ona wyglądała na słabą i bezbronną.

Kobieta złapała za długopis, aby ukryć drżenie rąk. Nie takiego końca procesu oczekiwała. Była wściekła. Nerwowym gestem otarła wilgotne od gniewu i bezsilności oczy i spojrzała na ofiarę. Minęło prawie piętnaście lat, odkąd zaczął się ten koszmar. Dziewczyna była wtedy zaledwie siedmiolatką. Została znaleziona na ulicy przez patrol policyjny. Była przerażona. Funkcjonariusze uznali jej stan za tak poważny, że zabrali ją na pogotowie. Lekarze stwierdzili liczne sińce, ślady powtarzających się urazów fizycznych oraz jedną z chorób przenoszonych drogą płciową. Miała siedem lat. Druga klasa podstawówki. Ucieleśnienie czystości. Inspektor1 prowadzący śledztwo odkrył, że dziewczynka była systematycznie wykorzystywana seksualnie przez konkubenta matki, kiedy ta była w pracy. Pierwszego gwałtu dopuścił się, gdy dziecko miało cztery lata. Dziewięć miesięcy po rozpoczęciu śledztwa inspektor poszedł na zwolnienie lekarskie z powodu zespołu stresu pourazowego. Pewnej nocy żona znalazła go w kuchni z lufą Beretty przyłożoną do gardła. Na stole leżała teczka z aktami sprawy dziewczynki; porozrzucane zdjęcia były wilgotne od łez. Kobiecie cudem udało się odwieść męża od samobójstwa, ale nigdy tak naprawdę się nie pozbierał i poszedł na wcześniejszą emeryturę.

Tego ranka gwałciciel w towarzystwie dwóch adwokatów siedział kilka metrów od ofiary. Nie sprawiał wrażenia potwora, jakim był. Od chwili rozpoczęcia ostatniej fazy procesu ani razu nie spojrzał na dziewczynę, tak jakby w ogóle nie istniała. Nie okazywał żadnych emocji.

Sędzia przeniosła wzrok z młodej kobiety na oprawcę i przemówiła. Kiedy pozostali członkowie składu nie usłyszeli zwyczajowej preambuły, odwrócili się gwałtownie. Przewodnicząca ich zignorowała. Wiedziała, że komentarze w takiej sytuacji są niedopuszczalne. Powinna ograniczyć się do zwykłego odczytania dokumentu, ale w tym momencie kobieta i matka zwyciężyły nad sędzią.

– Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się ogłosić tak trudnego werdyktu. Skład orzekający zrobił wszystko, co w jego mocy, aby znaleźć rozwiązanie, które naprawiłoby długą serię błędów wymiaru sprawiedliwości… Nie udało się.

Dziewczyna zbladła. Przyłożyła dłonie do ust, jakby chciała stłumić krzyk. Matka objęła ją, aby słowa sędzi nie porwały jej niczym wściekła fala.

Mężczyzna nawet nie mrugnął. Pozostał niewzruszony. Chociaż wszyscy obecni w sali oddychali z wysiłkiem pod warstwą słonego potu, on wyglądał świeżo i pachnąco jak róża, jakby w jego żyłach płynęła krew gada.

Prokurator reprezentujący oskarżenie zaczął kręcić głową z niedowierzaniem, zdejmując togę w geście protestu.

Przewodnicząca spojrzała na dziewczynę i wyrzuciła z siebie jednym tchem:

– W imieniu narodu włoskiego przepraszam za tę ciężką niesprawiedliwość, której wszyscy jesteśmy świadomi…

Zanim publiczność zdążyła wybuchnąć chóralnym oburzeniem, sędzia oznajmiła, że przestępstwo uległo przedawnieniu. Postępowanie trwało osiem lat w pierwszej instancji, a następnie ugrzęzło na sześć lat w sieci procesowych opóźnień, czekając na wyznaczenie terminu apelacji. Kiedy akta w końcu trafiły na biurko sędziów, przedawnienie już nastąpiło. Żegnaj, sprawiedliwości.

Oskarżony, który w pierwszej instancji został skazany na dwanaście lat – z czego odsiedział tylko parę miesięcy z powodu błędów popełnionych przez prokuraturę – uścisnął dłoń swoim adwokatom i po raz pierwszy zwrócił się w stronę dziewczyny i swojej byłej partnerki. Przyglądał się im przez kilka sekund, a potem się uśmiechnął.

Karabinierzy musieli go wyprowadzić przez przejście zarezerwowane dla sędziów, aby zapobiec samosądowi.

W piątym rzędzie ław przeznaczonych dla publiczności siedział wysoki, ale poza tym niewyróżniający się niczym szczególnym mężczyzna. Kiedy wyprowadzano oskarżonego, wstał. Przez dłuższą chwilę patrzył na zrozpaczoną dziewczynę, jakby chciał wchłonąć cały jej ból, po czym opuścił salę. Dotarł do samochodu zaparkowanego dwie przecznice od trybunału. Wsiadł, zdjął perukę, odkleił sztuczne wąsy, które nosił podczas całego procesu, i zamienił okulary korekcyjne na przeciwsłoneczne. Podarł fałszywe dokumenty, których użył, aby dostać się do sądu. Nie będą mu już potrzebne. Uruchomił silnik i pojechał do dzielnicy mieszkalnej położonej nieco poza centrum. Zaparkował przy ulicy z domkami szeregowymi; świeżo skoszone trawniki, zadbane klomby, mieszczańska idylla. Otworzył bagażnik, wyciągnął z niego sportową torbę, którą zarzucił sobie na ramię. Rozejrzał się i zatrzymał przed domem stojącym przy ulicy równoległej do tej, przy której zostawił samochód. Włożył nitrylowe rękawiczki, wyjął z kieszeni pęk kluczy, otworzył drzwi wejściowe i wszedł do środka. Nie, to nie był jego dom.

Rozpiął torbę, nie zawracając sobie głowy przeszukiwaniem wnętrza domu; był już w nim dwa dni wcześniej, wiedział, że właściciel mieszka sam i nie ma zwierząt domowych. Założył elastyczną kominiarkę i pewnym krokiem skierował się w kierunku sypialni pedofila, który niecałe pół godziny wcześniej uniknął odpowiedzialności karnej. Otworzył szafę wnękową przed łóżkiem małżeńskim i zamknął się w środku.

Dla zabicia czasu wyciągnął z torby sporą szkatułkę na biżuterię z intarsjowanego drewna orzechowego. W świetle małej latarki otworzył ją i przyjrzał się zawartości.

Uśmiechnął się.

Włożył rękę do środka i przesunął palcami po drobnych przedmiotach, które wydawały delikatne, mineralne skrzypienie, jak ocierające się o siebie muszelki.

Szkatułka nie zawierała jednak muszelek, ale zęby.

Ludzkie zęby.

Mężczyzna uzbroił się w cierpliwość i czekał, aż gwałciciel wróci do domu.

CZĘŚĆ I

Ukryte prawdy

Komuś się wydaje, że prawo ma coś wspólnego ze sprawiedliwością? Prawo jest tym, co mamy, ponieważ nie możemy mieć sprawiedliwości.

– William McIlvanney, Laidlaw

1

Waterfront, Belfast, Irlandia Północna

Odzwyczaiła się już od pozostawania niezauważoną. Odkąd pozwoliła włosom powrócić do naturalnego koloru – lśniącej tycjanowskiej czerwieni – w Cagliari gapili się na nią, jakby była kosmitką lub elfką, która właśnie wyskoczyła z kart powieści fantasy. Ale w ciągu tych kilku tygodni spędzonych w Irlandii doświadczyła czegoś zupełnie przeciwnego – niewidzialności. Nikt nie zatrzymywał się na dłużej niż pół sekundy, żeby na nią spojrzeć. Była jedną z wielu. I właśnie tego potrzebowała Eva Croce. Anonimowości i samotności. Powrotu do domu, do korzeni, aby nabrać sił przed kolejną zimą duszy, ponieważ za kilka tygodni nadejdzie rocznica. Druga. To było niesamowite, jak szybko minęły te dwa lata. Ale jeszcze bardziej niepojęte było to, że przetrwała tę stratę. To właśnie dręczyło ją najbardziej: że dawała radę iść naprzód pomimo bólu. Czas go nie złagodził. Sprawił tylko, że stał się cichszy. Ale był obecny. Croce wiedziała, że to zło jest niezniszczalne i będzie jej towarzyszyć, gdziekolwiek się uda. Mogła tylko przestać uciekać i zaakceptować jego istnienie.

Biegnąc po promenadzie wzdłuż rzeki Lagan, pozostawała pod wrażeniem zmian, jakie zaszły w architekturze tej części Belfastu. Jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej była to dzielnica fabryk i stoczni, teraz zamieniła się w symbol nowoczesności z futurystycznym nabrzeżem. Zatrzymała się przy balustradzie. Łapiąc oddech, patrzyła na pozostałości stoczni, w której zbudowano najbardziej tragiczny transatlantyk w historii. Zachód słońca rozjaśniał niebo ponad wieżowcami w Titanic Quarter, przypominając pożar o rdzawofioletowych płomieniach. Zatraciła się w tym niebie; takie bywało tylko nad Irlandią.

Miała właśnie ruszyć dalej i zakończyć swój codzienny dwunastokilometrowy jogging, kiedy zawibrował jej telefon i rozległa się muzyka kapeli rockowej Muse. Eva spojrzała na urządzenie spoczywające w opasce na ramieniu i uśmiechnęła się, widząc hasło na wyświetlaczu. Zapisała ten numer jako „Pitbull Rais”. Wydział śledczy, Cagliari. Poprawiła słuchawki bezprzewodowe i odebrała.

– A dzień dobry, pani inspektor.

– Dobry, kurwa, dobry. Kiedy ty w końcu wracasz? Minął już prawie miesiąc, jak cię nie ma.

– Nie miesiąc, tylko dwa tygodnie. Rais, co się dzieje? Stęskniłaś się?

– Akurat. Nie masz pojęcia, jak tu dobrze, gdy cię nie ma. Chodzi o to, że… Poczekaj chwilę. No oczywiście, że musiało mi zajechać drogę to mitologiczne bydlę.

– Mitologiczne bydlę? – zapytała zdezorientowana Eva.

– Ciało człowieka z głową kutasa – odpowiedziała Rais, naciskając klakson.

Usta Croce rozchyliły się w uśmiechu. Za nic by się nie przyznała, ale tęskniła za szorstką ironią i cierpkim charakterem partnerki.

– No to mów, ile elfów udało ci się złapać na tej twojej północy – kontynuowała Rais.

– Przestań i przejdź do rzeczy. Zakładam, że nie dzwonisz z tęsknoty, czy się mylę?

– Nie, nie mylisz się. Potrzebuję porady.

– Och, w końcu zdecydowałaś się na terapię? Znam dobrą i tanią psychiatrę, masz coś do pisania? Podam ci namiary.

– Ha, ha, ha, bardzo zabawne.

– Kto mieczem wojuje…

– Touché. A więc tak: dziś rano otrzymaliśmy dziwne zgłoszenie. Ostrzegam cię, że jeśli niedawno jadłaś, to po tym, co ci zamierzam powiedzieć, możesz zwymiotować.

– Aż tak?

– Posłuchaj. Dziś rano dzwoni do nas kobieta. I mówi, że kiedy otworzyła drzwi, aby wyjść do pracy, znalazła na wycieraczce torbę. A w torbie… bururum bururum…

– Weź przestań.

– Dwadzieścia osiem ludzkich zębów.

2

Titanic Quarter, Belfast, Irlandia Północna

Eva poczuła, że cierpnie jej skóra.

– Że co?

– Dobrze usłyszałaś. Dwadzieścia osiem zębów, tylko z grubsza umytych, na niektórych pozostała tkanka z dziąseł. Obrzydliwe, uwierz mi.

Eva skrzywiła się z obrzydzeniem.

– I co dalej? – zapytała.

– Jak myślisz, komu powierzyli taką sprawę? Oczywiście, że czarnej owcy z dochodzeniówki. No więc zaniosłam ten worek na medycynę sądową. Prezent w sam raz na przedwczesną gwiazdkę. Klęli tak, jakby Cagliari spadło do niższej ligi. Słyszałaś kiedyś o autopsji stomatologicznej?

– Zapomniałaś, że pracujemy razem w zabójstwach?

– Wyparłam to.

– Rais… – westchnęła Eva.

– W każdym razie właśnie trwa sekcja jamy ustnej. Stomatolog sądowy bawi się teraz w składanie łuku zębowego. Ze wstępnego badania wynika, że zęby należą do tej samej osoby. Mężczyzny. Niezbyt przyzwyczajonego do szczoteczki i pasty, jeśli cię to interesuje. Brakuje czterech. Zębów mądrości, z tego, co mi mówią.

– Chryste.

– Poczekaj, najlepsze przed tobą. Według specjalisty na zębach są ślady zadrapań i mikropęknięcia, które sugerują, że ktoś je wyrwał, że tak powiem, w mało ortodoksyjny sposób, kiedy ofiara jeszcze żyła. Jeden po drugim.

– Co? Jest tego pewien?

– Nie. Ale twierdzi, że takie ma przeczucie i pracuje nad dowodami. Mówił o badaniach z użyciem światła ultrafioletowego, laserów i różnych takich technologicznych dziwactwach, których nie rozumiem.

– Jasna cholera.

– Widzisz, jakie figle potrafi płatać senne Cagliari?

– I co robisz?

– Powiadomiłam dyżurnego prokuratora i dał mi konieczne minimum swobody. Biolog sądowy zajmuje się DNA, ale to trochę potrwa. Dentysta chciałby otrzymać kartę leczenia dentystycznego lub choćby parę zdjęć pokazujących położenie zębów, dla porównania.

– To znaczy, że znasz już tożsamość tej osoby?

– Nie. Ale wiesz, jak jest. Zastanawiałam się, dlaczego właśnie ta kobieta otrzymała taki prezent, więc ją sprawdziłam. No i okazało się, że w dzieciństwie była wykorzystywana seksualnie przez partnera swojej matki. I właśnie zakończył się proces przeciwko jej gwałcicielowi, który trwał prawie piętnaście lat. Dziewczyna ma teraz dwadzieścia dwa lata.

– Zamknęli gościa?

– W normalnym kraju może by go zamknęli. Ale nie. Proces ciągnął się tak koślawo, że w końcu nastąpiło przedawnienie.

– I dodałaś dwa do dwóch.

– Właśnie. A facet nie odbiera ani telefonu, ani domofonu.

– Ciekawy zbieg okoliczności.

– Jeśli można tak powiedzieć.

– Facet ma kogoś?

– Nie. Sukinsyn mieszka… chyba w tej chwili lepiej powiedzieć „mieszkał”, sam.

– Udało ci się już znaleźć jego dentystę?

– Nie jestem amatorką, Croce. Wysłałam pięciu ludzi, aby obdzwonili wszystkie gabinety w mieście, zaczynając od położonych najbliżej jego domu i miejsca pracy. Znalazłam go w niecałą godzinę. Jeden z moich ludzi właśnie jedzie odebrać kartę dentystyczną i być może kilka starych zdjęć rentgenowskich, aby się upewnić, że znalezione zęby należą do tego faceta.

Mara Rais nie miała łagodnych manier i nie pasowała do stereotypu funkcjonariuszki policji, ale była naprawdę świetną śledczą. To jednak niekoniecznie oznaczało lepsze perspektywy na awans. W jej przypadku było wręcz przeciwnie; inspektorka widniała na czarnej liście kwestury2 w Cagliari. Eva dobrze o tym wiedziała, bo sama też się na niej znalazła.

– A dziewczyna? Sprawdziłaś czy…

– Alibi ma żelazne, to samo dotyczy jej najbliższych.

– Okej. Gdzie jesteś teraz?

– Jadę do jego domu.

– Sama?

– Razem z moją Berettą dziewięć milimetrów.

– Nie podoba mi się to.

– Obiecuję, że wezwę posiłki, jeśli zauważę coś niepokojącego. Jak się z tobą rozłączę, od razu poproszę prokuratora o zgodę na przeszukanie. Okoliczności są wystarczająco pilne, żebym mogła wejść, nie?

Croce zastanawiała się w milczeniu przez kilka sekund. Patrzyła na rzekę. Spokojną taflę przecinała łódź z czterema wioślarzami, a woda odbijała kolory zachodu słońca. Wyglądało to tak, jakby łódź przepływa przez strumień lawy.

– Jesteś tam?

– Jestem. Nie ma wątpliwości, że to dziewczyna była prawdziwą adresatką tego, ekhm, prezentu? – zapytała Eva.

Próbowała przypomnieć sobie coś, co usłyszała na kursie z profilowania kryminalnego. Szczegół. Wiedziała, że dotyczył zębów, ale w tej chwili nic więcej nie mogła wydobyć z pamięci.

– Nic nie wskazuje, by było inaczej. Mieszka w wolnostojącym domu razem z matką. Zatem zakres poszukiwań zawęża się do dwóch kobiet. Jednak wczoraj, po tym absurdalnym wyroku, spędziły resztę dnia razem u krewnych.

– Okej. Słuchaj, mam złe przeczucia. Jutro wsiadam do pierwszego dostępnego samolotu i wracam. Ty bądź ostrożna i nie…

– Ej, ale ja nie dzwoniłam w tej sprawie. Chciałam tylko poznać twoją opinię na temat…

– I tak bym wróciła. Napiszę do szefa. Mówię ci, że mam złe przeczucia, Rais. Więc posłuchaj mnie jeszcze raz i nie wchodź sama do tego domu.

– W najgorszym razie znajdę zwłoki.

– Albo jakiegoś szaleńca, który zrobi sobie naszyjnik z twoich zębów.

Tym razem to Cagliaryjce zabrakło słów.

– Wiesz, co oznacza wyrwanie dwudziestu ośmiu zębów? Masz pojęcie, ile czasu to zajmuje i jak zimną krwią trzeba się wykazać? Ktokolwiek to był, nie jest zwykłym przestępcą – kontynuowała Eva, mając nadzieję, że przestraszy Marę.

– Zadzwonię do kogoś z naszych – zdecydowała Mara.

– Dawaj znać na bieżąco. Idę kupić bilety.

Eva rozłączyła się, zanim koleżanka zdążyła cokolwiek dodać. Wyszukała na smartfonie połączenia na Sardynię. Znalazła lot o świcie; po międzylądowaniu w Londynie byłaby w Cagliari wczesnym popołudniem. Kupiła bilet. Wysłała wiadomość głosową do naczelnika wydziału, że następnego dnia, tydzień przed przewidzianym terminem, wróci na służbę. Potem puściła w słuchawki Starlight i pobiegła do hotelu. Bas i perkusja chłopaków z Muse podnosiły adrenalinę.

3

Dzielnica Barracca Manna, Cagliari

Gdyby ją zapytano, jakie słowo najlepiej opisuje pracę detektywa, Mara Rais odpowiedziałaby: czekanie. W śledztwie zdarzały się turbulencje i wydarzenia powodujące skoki adrenaliny, ale w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków jej praca charakteryzowała się przestojami, biurokracją, kiepską kawą, niekończącymi się obserwacjami i wyczerpującym oczekiwaniem. Dla kogoś tak impulsywnego jak ona była to koszmarna tortura.

Rozmowa telefoniczna z dyżurnym prokuratorem nie przebiegła tak, jak oczekiwała.

– Szczerze mówiąc, pani hipoteza wydaje mi się dość naciągana. Nie ma żadnego związku między…

W tym momencie Mara przestała słuchać prokuratora, doskonale wiedząc, do czego ten zmierza.

– Z tego, co na razie wiemy, może to być żart w złym guście – podsumował prokurator.

„Tchórz bez jaj”, pomyślała Rais.

– Słyszała mnie pani, dottoressa3?

– Oczywiście. A więc? – odparła z irytacją inspektorka.

– Więc poczekajmy, aż będziemy mieli jakieś bardziej przekonujące dowody, na przykład identyfikację dentystyczną. Jeśli się pojawi, proszę do mnie zadzwonić, a ja zezwolę pani na wejście.

„Jak tu go winić?”, myślała Mara, rozłączając się. „Drań jest pedofilem. Jeśli ktoś się nim zajął, to facet dostał to, na co zasłużył. Po co się spieszyć ze śledztwem w sprawie takiego gnoja?”

Tyle tylko, że niepokoił ją sposób, w jaki popełniono zbrodnię – jeśli rzeczywiście ją popełniono. Wyrwanie dwudziestu ośmiu zębów wymagało zimnokrwistości jaszczura. Nie podobała jej się myśl, że ktoś taki pozostaje na wolności w jej mieście.

– Co robimy, dottoressa? – zapytał dowódca patrolu, o który poprosiła i który miał jej pomóc w ewentualnym przeszukaniu. Razem obejrzeli dom z zewnątrz, pukali, dzwonili domofonem, sprawdzali na wszelkie możliwe sposoby, czy ktoś jest w środku, ale bez rezultatu.

– Na razie nic. Prokurator nie pozwolił nam wejść. Musimy poczekać na informacje z medycyny sądowej.

– Ile to zajmie?

– Nie wiem. Może to potrwać pół godziny, a może dwie. Na razie zostańcie tutaj, na wypadek gdyby sytuacja się zmieniła. Jeśli centrala wezwie was do czegoś pilniejszego, możecie jechać.

– Jasne, rozumiem.

Mara wysłała ich jeszcze do okolicznych domów, aby wypytali, czy sąsiedzi zauważyli coś w ciągu ostatniej doby. Sama zajęła się sprawdzeniem, czy w okolicy wejścia do willi znajdują się kamery monitoringu. Nie znalazła żadnej, więc wróciła do samochodu i zajęła się przeglądaniem najnowszego numeru „Vanity Fair”. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale tęskniła za partnerką. Bez niej, nie mając nikogo innego, przy kim mogłaby wyrzucić z siebie nadmiar emocji, czuła się jak szybkowar tuż przed eksplozją. Spokojna i refleksyjna Eva łagodziła jej porywczość, uśmierzała gniew, zanim Mara zdążyła wybuchnąć i wpędzić się w kłopoty, co przed przeniesieniem rudej do Cagliari zdarzało się wielokrotnie.

Czytając artykuł rozprawiający o rocznym celibacie Brada Pitta, Rais wybuchnęła śmiechem i rzuciła magazyn na tylne siedzenie.

„Sciadau4… Nie jesteś sam, drogi Bradzie. Co tam celibat. Ja to wręcz powróciłam do dziewictwa”, pomyślała, zastanawiając się nad swoją sytuacją uczuciową po rozwodzie. Opieka nad małą córką z pewnością nie ułatwiała poszukiwań adoratora.

Spojrzała na zegarek i westchnęła. Minęło zaledwie pięć minut. Prokurator uzasadnił swoją ostrożność tym, że obrońcy pedofila zwracali szczególną uwagę na procedury i nie chciał się narazić na kłopoty ze strony przełożonych. Bzdury. Rais wiedziała, że kiedy trzeba było przyspieszyć sprawę, prokuratorzy nie robili uników i znajdowali sposób na obejście sztywnych reguł. Ale problemem była ona, inspektorka z wydziału śledczego, Mara Rais. Dwa lata wcześniej jej kariera zjechała na boczny tor, ponieważ naraziła się kwestorowi. Nie mogąc całkiem się jej pozbyć, szef przeniósł ją do eksperymentalnej sekcji do spraw zbrodni nierozwiązanych, zawodowy czyściec dla gorących głów. Jednak to, co w założeniu miało być karą, okazało się odpłatą. Wraz z Croce – kolejną odrzuconą gwiazdą policji – rozwiązała zagadkę morderstwa Dolores Murgii. Sprawa przyciągnęła uwagę mediów, co dało obu policjantkom znacznie więcej niż klasyczne piętnaście minut sławy. Tyle tylko, że w trakcie śledztwa nadepnęły na odcisk potężnym osobistościom miasta i naraziły się na wrogość tych, którzy w taki czy inny sposób mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Rais wzięła kilka miesięcy urlopu, aby uspokoić nerwy i zregenerować się po sprawie, która uderzyła w kwesturę w Cagliari jak tsunami. Kiedy wróciła do służby, stary kwestor zdążył spakować walizki, a sekcja spraw nierozwiązanych przestała istnieć. Mara odzyskała swoje biurko w sekcji zabójstw i przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, ale niechęć wobec niej i Croce nie wygasła. Wręcz przeciwnie, upływ czasu nawet ją pogłębił. Prokuratura podchodziła ze skrajną ostrożnością do współpracy z tymi dwiema policjantkami, które nie bały się naruszyć delikatnej równowagi sił i prowadziły trudne śledztwo z „instytucjonalną niewrażliwością”, jak to określił prokurator okręgowy. O resztę zadbał były mąż Mary, wzięty adwokat, który reprezentował podejrzanego o morderstwo, co rzuciło się cieniem na jej relacje z sędziami i kolegami z policji.

Kiedy jej żołądek zaczął się buntować, że minęła już pora kolacji, Rais postanowiła odpuścić sobie obserwację i wrócić do domu, ale w tym momencie jej plany pokrzyżował dzwonek telefonu. Numer na wyświetlaczu należał do zakładu medycyny sądowej.

– Dottoressa, na szczęście pani ludzie zrobili mi ortopantomografię, która…

– Ortopantomografię? – wyrwało się Marze.

– Panoramiczne zdjęcie rentgenowskie łuków zębowych – przyszedł jej z pomocą dentysta. – Co pozwoliło mi dokonać porównania z…

– Dottore, proszę się streszczać. Czy to są jego zęby, czy nie?

– Powiedziałbym, że na dziewięćdziesiąt procent tak.

Rais poczuła dreszcz. Poprosiła, by jak najszybciej przesłali prokuratorowi mailem wyniki badań. Następnie z nieukrywaną satysfakcją poinformowała go o wszystkim. Tym razem nie miał wyjścia i dał jej zielone światło. Mara wezwała mundurowych, którzy na szczęście nie zostali wysłani gdzie indziej, i nakazała im wyważyć drzwi.

– Co pani myśli tam znaleźć? – zapytał jeden z policjantów.

– Bezzębnego wilka – odpowiedziała Rais, odpinając kaburę.

4

Cathedral Quarter, Belfast, Irlandia Północna

Podróż do Irlandii rozpoczęła dwa tygodnie wcześniej w Cork, w południowej części wyspy, od wizyty u matki. A więc niezbyt dobrze. Kobieta nigdy nie doszła do siebie po śmierci swojej wnuczki. Znów zaczęła brać duże dawki psychotropów, a gniew, frustrację i niezgodę wyładowywała na Evie, z którą nigdy nie miała dobrych relacji. Każde spojrzenie było aktem oskarżenia. Każde słowo kroplą jadu. Eva miała zostać u matki przez dwa tygodnie, ale nie wytrzymała nawet doby. Dzień później wypożyczyła motocykl i odjechała bez pożegnania. Pod wpływem młodzieńczego impulsu, któremu nigdy wcześniej nie uległa, przejechała na motocyklu całe wschodnie wybrzeże, zatrzymując się tylko na kilka dni w Dublinie i Newcastle, a następnie udała się do Belfastu. Dwa tygodnie samotności i ciszy. Ponad tysiąc kilometrów po malowniczych bocznych drogach, kołysana rześkim wiatrem północnego morza. Przejechała przez kilka hrabstw, pozostawiając za sobą wyniosłe zamki, bezkresne wrzosowiska i oceany złotych pól, małe porty i rybackie wioski, nieliczne latarnie morskie, klify wyrzeźbione przez wiatr i morze. Siły zbierała w przytulnych i wesołych gospodach z pubami, gdzie łatwo było zapomnieć o sobie i o powodach, które ją tam zaprowadziły. Podróżowała z niewielkim bagażem. Przynajmniej tym fizycznym. Ciążyła jej pamięć i poczucie winy. Ale ta wyprawa w pewien sposób pozwoliła Evie pogodzić się z przeszłością. Teraz jednak czuła, że czas wracać. Praca była jej pokutą. Barycentrum jej egzystencji.

„Potraktuj telefon od Rais jako znak od losu”, pomyślała po powrocie do hotelu, gdy gorąca woda prysznica rozluźniała mięśnie napięte po biegu. „Poza tym nie możesz wciąż uciekać”.

Wysuszywszy włosy, spojrzała w lustro. Odsłoniła wargi i przyjrzała się swoim zębom. Obserwując mleczną fluorescencję łuku zębowego, przypomniała sobie torebkę z dwudziestoma ośmioma zębami i poczuła dreszcz.

5

Dzielnica Barracca Manna, Cagliari

Z nich dwóch Eva był wrażliwsza. W tym momencie Rais chciałaby mieć ją przy sobie, ponieważ ten dom był prawdziwą tajemnicą. Upewniwszy się, że w środku nikogo nie ma, wraz z mundurowymi dokładnie przeszukała mieszkanie. Niczego nie znaleźli. Z czystej kuchni nie dochodził żaden zapach, jakby nie była używana od kilku dni. Sypialnia była w idealnym stanie, łóżko jak w świeżo posprzątanym pokoju hotelowym. Pozostałe pomieszczenia tak samo – wszystko w idealnym porządku. A jednak, gdy Rais postawiła tam stopę, ogarnęło ją jakieś pierwotne, irracjonalne przeczucie, którego nie potrafiła zinterpretować. Wyczuwała w tym wnętrzu coś sztucznego. Jakby coś nienazwanego kłębiło się pod powierzchnią schludności. Coś brudnego. Czuła wokół siebie przemoc i śmierć. Unosiły się jeszcze w powietrzu, tak wyraźne, że niemal namacalne. Jakby do środka dostał się lodowaty powiew przyprawiający o dreszcze.

Przechodziła z pokoju do pokoju, szukając echa tego, co – czuła wyraźnie – tam się wydarzyło. Croce dzięki swojej wrażliwości potrafiłaby lepiej nazwać te wrażenia; już wcześniej nie raz wykazywała się tym talentem.

– Dottoressa, nic nie znaleźliśmy. Możemy już iść? – zapytał jeden z funkcjonariuszy stojący w salonie.

– Dajcie mi jeszcze kilka minut – odpowiedziała.

Sami tworzymy to, co widzimy. Filtrujemy rzeczywistość poprzez nadbudowy, uprzedzenia i subiektywne przekonania, a to uniemożliwia nam dostrzeżenie tego, czego szukamy. Zamknij oczy i otwórz serce, Rais. W tej pracy wzrok nie zawsze działa na naszą korzyść.

To były słowa, które kiedyś usłyszała od partnerki. Rais wysłała ją wtedy do diabła, uznając to za psychoterapeutyczny bełkot. Teraz jednak wydały jej się znaczące. Miała wrażenie, że zachowuje się jak idiotka, ale postanowiła posłuchać rady koleżanki i uchyliwszy drzwi do sypialni, zamknęła powieki. Silne poczucie czegoś brudnego, które odczuwała od pierwszej chwili, kiedy tam weszła, nasiliło się jeszcze bardziej, jakby koncentryczne kręgi przemocy rozprzestrzeniające się po całym domu miały swoje centrum właśnie w tym miejscu.

– To się wydarzyło tutaj – szepnęła, przerażona dźwiękiem własnego głosu.

Bez żadnego logicznego powodu podniosła jedną z poduszek ułożonych na podwójnym łóżku.

– Chryste… – wymamrotała, gdy ponownie otworzyła oczy.

Pod poduszką leżał jeszcze jeden ząb.

Wciąż był pokryty krwią.

6

Pływalnia Cozzi, viale Tunisia, Mediolan

Pływanie stało się życiową koniecznością. Nawet zapach chloru, dla wielu nieprzyjemny, był dla niego niczym zew, sygnał budzący nieodparte pragnienie rzucenia się w to płynne lustro. Przed zanurzeniem odczuwał dreszcz ekscytacji, gdy ciało, które przygotowywało się do działania, uwalniało adrenalinę i endorfiny. Ta chwila zawieszenia między powietrzem a wodą miała w sobie coś magicznego. Była jak narkotyk. Albo orgazm. Opracował dla niej całą ceremonię: kiedy stał na trampolinie, zamykał oczy i wstrzymywał oddech, aby w pełni rozkoszować się katartycznym uczuciem. Dzięki potężnemu wyrzutowi nóg przez kilka sekund unosił się w powietrzu, a potem, gdy już znalazł się w wodzie, ogarniał go głęboki spokój, poczucie bezpieczeństwa i wyciszenia, prawie jakby był noworodkiem zanurzonym w płynie owodniowym. Znikał świat i jego problemy. Myśli cichły i łagodniały. Była tylko siła mięśni torujących sobie drogę w aksamitnej wodzie, piana bulgocząca wokół niego, żywe kolory pasów wyznaczających tory, gęsta niebieska siatka na dnie ogromnego basenu oraz odgłosy z wnętrza hali, które włączały się i wyłączały w zależności od ruchów głowy.

Uśmiechał się, upojony tym stanem, świeży i lekki. Było to niemal mimowolne. Tę przyjemność trudno byłoby mu opisać słowami. W wodzie nawet czas tracił znaczenie. Odmierzał go liczeniem „zrobionych” basenów, ruchami rąk, dudniącymi w uszach uderzeniami serca i zaczerpywaniem oddechu. Dlatego pojawiał się na pływalni o świcie lub późną nocą, kiedy jedynymi obecnymi byli dozorca i sprzątacze, którym co miesiąc dawał hojne napiwki za wyrozumiałość, jaką okazywali wobec jego porannych lub nocnych eskapad. Kochał samotność. I nienawidził dzielić się z innymi emocjami, które dawało mu pływanie. Nawet przepłynięcie tylko kilku długości basenu ładowało mu energię na cały dzień. Dlatego nie zrezygnowałby z tego za żadne skarby świata. To był jego rytuał oczyszczenia.

Jak zwykle godzina minęła zbyt prędko.

Niechętnie wyszedł z wody. Szerokie ramiona. Sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów ciała umięśnionego i wyrzeźbionego przez pływanie, unerwionego pulsującymi żyłami, nadal widocznymi po wysiłku fizycznym. Krótkie, kręcone, gęste i ciemne włosy. Kilkucentymetrowy, zadbany zarost, lekko oprószony siwizną na wysokości podbródka. Twarz o regularnych i kanciastych rysach. Śniada skóra sprawiała, że Vito Strega wyglądał raczej na kogoś pochodzącego z Karaibów niż z Włoch. Był to dar Olety, jego matki, haitańskiej pieśniarki soul-jazzowej, urodzonej i wychowanej w Nowym Orleanie, którą jego ojciec – admirał włoskiej marynarki wojennej – poznał podczas ćwiczeń w Stanach Zjednoczonych, zakochał się i przekonał do wyjścia za niego i opuszczenia Luizjany.

Włożył szlafrok frotte i kiedy dotarł do szatni, otworzył swoją szafkę. Szukając żelu pod prysznic, palcami musnął służbowy pistolet. W ostatnim czasie, po kolejnych groźbach ze strony psychopatów, których w przeszłości aresztował, zawsze chodził uzbrojony. Kontakt z metalicznym chłodem broni natychmiast przegonił endorfiny i lekkość wywołane pływaniem i przywrócił pamięć o rzeczywistości. Samotnej, wypełnionej podejrzliwością i brakiem miłości.

Niewielu uwierzyłoby, że przechodził tak trudny okres. Kilka miesięcy temu awansował do rangi wicekwestora5 i dzielił swój czas pracy między Mediolanem a Rzymem, gdzie przez jeden tydzień w miesiącu wykładał psychologię stosowaną w analizie przestępczości kandydatom do UACV, prestiżowej jednostki specjalizującej się w badaniu przestępstw z użyciem przemocy6. Przestępczy umysł, traktat z zakresu kryminologii, który napisał kilka lat wcześniej, został przetłumaczony w ponad dwudziestu krajach i był wykorzystywany jako podręcznik akademicki na licznych włoskich i zagranicznych uczelniach. Wszystko wskazywało na to, że Vito Strega był człowiekiem sukcesu, kryminologiem i policjantem o już wysokiej randze, a przecież dopiero u progu błyskotliwej kariery.

Ale pozory myliły. Nie wierzył już ani w swoją pracę, ani w to, czego uczył młodych policyjnych detektywów. Zwłaszcza wobec nich czuł się winny, miał wrażenie, że pomaga im zanurzyć się w otchłań, z której nie ma powrotu.

Ostatnie prowadzone przez niego śledztwo głęboko go naznaczyło. Mimo że minął ponad rok od rozwiązania sprawy, nadal nie doszedł do siebie. To, co odkrył na temat własnego partnera z sekcji zabójstw – o którego śmierć został niesłusznie oskarżony – sprawiło, że jego kompas moralny oszalał. Stracił wiarę w słuszność tego, co robił. A praca w tamtych latach zabrała mu wszystko, co można było zabrać, zaczynając od żony, teraz już byłej. Próbował zapewnić ofiarom minimum sprawiedliwości, mimo że w jego oczach słowo „sprawiedliwość” z każdym dniem traciło na znaczeniu. Ponadto Strega z trudem aklimatyzował się w otaczającym go społeczeństwie, gdzie wszyscy, począwszy od kolegów i przełożonych, epatowali niezłomną pewnością siebie, podczas gdy on zdawał sobie sprawę, że z każdym dniem wie coraz mniej, a wraz z upływem czasu jego wątpliwości tylko się mnożyły. Dlatego tak ważne stało się dla niego pływanie. Wysiłek fizyczny pomagał mu złagodzić napięcie. Był świadomy, że to tylko tymczasowy środek łagodzący. Wcześniej czy później będzie musiał podjąć decyzję. Definitywną.

Po wyjściu z pływalni zatrzymał się w małej orientalnej restauracji na rybny ramen, który go rozgrzał, a następnie Strega ruszył pieszo w kierunku domu. Miał ochotę z kimś pogadać. Zaczął myśleć, do kogo mógłby zadzwonić, kiedy uświadomił sobie, że zna mnóstwo ludzi, ale nie ma ani jednego przyjaciela, z którym byłby na tyle blisko, aby podzielić się swoim niepokojem. Ta konstatacja sprawiła, że na jego twarzy pojawił się uśmiech – smutny, podobny do neonów chińskich salonów masażu pobłyskujących wzdłuż ulicy.

7

Nieznana lokalizacja

Toaletka z lustrem w stylu retro nie pasowała do industrialnego wnętrza. Klęczący mężczyzna, zajęty malowaniem twarzy i szyi białym podkładem, ewidentnie nie przejmował się estetyką. Obok niego leżała ciemna skórzana maska i pomarańczowa peruka. Miał na sobie obszerną patchworkową tunikę z surowej wełny, co sprawiało, że wyglądał jeszcze bardziej monumentalnie. Jego ogromne jak bochny dłonie nie nadawały się do robienia makijażu. Ani do chirurgii jamy ustnej.

Od czasu do czasu spoglądał na półprzytomnego mężczyznę leżącego na fotelu dentystycznym, przywiązanego do siedziska skórzanymi pasami. Fotel wyglądał, jakby go skradziono z muzeum stomatologii; ponad stuletni, ale w idealnym stanie. Na stalowej tacy z narzędziami leżały duże kleszcze, których użyto do „operacji”, wciąż pokryte krwią. Nie pozostał natomiast żaden ślad uzębienia.

– Zaciśnij zęby, już prawie koniec – powiedział mężczyzna, nie odrywając wzroku od lustra. – Ups, przepraszam. Dwuznaczność niezamierzona.

Na dźwięk chrapliwego, głębokiego śmiechu pedofil zdołał pokonać odrętwienie i rozejrzał się dookoła, próbując zrozumieć, gdzie się znajduje. Miejsce przypominało opuszczoną halę. Wysokie ściany wyłożono czymś, co wyglądało na materiał dźwiękoszczelny.

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło od jego porwania. Musiał dostać mieszankę leków otępiających, aby z bólu nie stanęło mu serce. Wstrzyknięto mu również środek rozluźniający mięśnie, który uniemożliwiał stawianie oporu, pozostawiając go jednak całkowicie przytomnym i świadomym. Substancja, którą mu podano, nie uodporniła go na cierpienie, drastycznie osłabiła tylko zdolność ruchu. Czuł każdą sekundę tej tortury.

Próbował jeszcze się wyrywać, ale zemdlał na widok krwi, która pokrywała go niczym druga skóra.

Kiedy odzyskał przytomność, odkrył, że siedzi na krześle ustawionym tyłem do ściany. Nadal był związany, a jego usta zakrywała skórzana maska. Wciąż czuł nieprzerwany, przeszywający ból. Naprzeciwko, niczym kat, wpatrywała się w niego cyfrowa kamera umieszczona na statywie i podłączona do laptopa, przy którym nieznajomy coś majstrował. Wykorzystując całą energię, jaka mu pozostała, więzień odwrócił się, szukając drogi ucieczki.

Wtedy zobaczył zdjęcia przyklejone do ściany.

Przedstawiały uśmiechnięte twarze wszystkich dziewczynek, które zgwałcił.

8

Róg via Scarlatti i via Macchi, Mediolan

Mediolan w środku nocy wyglądał jak plenerowa galeria sztuki eksponująca setkami obrazy Edwarda Hoppera. Miasto przenikała ta sama alienująca samotność, otaczała je aura zawieszenia, niepewności, melancholii, rezygnacji i rozczarowania, którą amerykański artysta potrafił wydobyć i uwiecznić w swoich dziełach. Nawet atmosfera oczekiwania była ta sama. Człowiek czuł, że coś się wydarzy i czekał jak zahipnotyzowany na możliwy zwrot akcji, na jakiś mały miejski dramat, te jednak zdarzały się rzadko. To obserwator musiał puścić wodze fantazji i roić o egzystencjalnych zwrotach akcji dla tych ruchomych płócien. Zupełnie jakby miasto samo zapraszało do wejścia w życie innych ludzi, do spojrzenia w ich wnętrza, do zanurzenia się w otchłań samotności obserwowanych, która w jakiś sposób odzwierciedlała samotność obserwujących.

Stredze bliższa była noc niż dzień, uwielbiał gubić się w tych nocnych portretach, gdy z gramofonu rozbrzmiewał aksamitny jazz albo melancholijny blues, dzięki którym czuł się mniej samotny. Ze szklanką czegoś mocniejszego w ręku podziwiał widok roztaczający się z mansardy eleganckiego, zabytkowego budynku z początku dwudziestego wieku, wzniesionego na rogu via Scarlatti i via Macchi. Największym atutem znajdującego się tam mieszkania było dwuipółmetrowej wysokości okno, które nocą zamieniało się w ogromną ramę obrazu metropolii.

Domostwo policjanta odzwierciedlało w każdym calu dręczący go egzystencjalny chaos. Ściany były zakryte książkami mnożącymi się jak mech na pniach zimowego lasu. Kolekcja ponad trzech tysięcy płyt winylowych wypełniała półki, ale w niczym nie osłabiało to obsesji Stregi, który kupował kolejne albumy, jakby były lekarstwem dla duszy. Na nielicznych pustych fragmentach ścian powiesił plakaty filmów Hitchcocka i czarno-białe zdjęcia muzyków soulowych, aby ukryć pod nimi podartą tapetę. Kazał zburzyć ściany działowe, przekształcając mieszkanie w loft. Spał na dużym futonie rzuconym przed kominkiem, chociaż miał sypialnię na antresoli. Meble, choć gustowne, nie były wybrane według konkretnego projektu, Vito kupował je podczas swoich wypraw na targ antykwaryczny przy Naviglio Grande. Stare, zabytkowe przedmioty wyglądały tak, jakby pochodziły z dziewiętnastowiecznej powieści, i gdyby jakiś gość przekroczył próg tego mieszkania, odniósłby wrażenie, że czas się tu cofnął. Nowoczesne wyposażenie podkreślałoby samotność policjanta, czułby się jak obcy we własnym domu; meble z dawnych czasów przywracały mu poczucie pewnej intymności, jak gdyby mógł wyczuć aurę i echo dawnych użytkowników. Całe wnętrze emanowało aurą przemijalności i faktycznie miało być tymczasowym rozwiązaniem po burzliwym rozstaniu i bolesnym rozwodzie. Jednak z dwóch miesięcy zrobiło się kilka lat i w końcu Strega musiał przyznać sam przed sobą, że pomysł szukania innego mieszkania w Mediolanie pociągał go równie mocno, jak kolostomia bez znieczulenia.

Upił łyk destylatu i kontynuował obserwację miejskiego akwarium. Mieszkanie oświetlało jedynie kilka świec zapachowych. Aromat wanilii słabł, a dopalające się płomyki dawały światło jak z obrazów Caravaggia. Na zewnątrz strużki drobnego deszczu powlekały powietrze niczym ogromna pajęczyna. Za oknami sąsiednich budynków dostrzegł kilka osób pochylonych nad telefonami komórkowymi, zajętych przeglądaniem cudzego życia. Zastanawiał się, czy media społecznościowe nie stały się nowym Valium, pozwalającym przetrwać miejską alienację. Wirtualne połączenie jako antidotum na realne rozłączenie. Niepokoił go ten paradoks.

Sofia zastukała do drzwi okiennych w kuchni.

Strega otrząsnął się z zadumy, odstawił szklankę i wpuścił kobietę do środka. W rzadkim przypływie czułości wślizgnęła mu się w ramiona. Pachniała dymem.

– Hej, wszystko w porządku? Zmarzłaś.

Nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego, domagając się pieszczot i odrobiny ciepła po nocnym spacerze. Ona również była nocnym zwierzęciem.

– Chcesz coś do picia? – zapytał. – Ja łyknąłem trochę armaniaku.

Posłała go do diabła. Była abstynentką.

Usiedli obok siebie na kanapie przed oknem i zapatrzyli się na ulice pełne świateł, deszczu i samochodów. Dali się otulić gładkim nutom delikatnego jazzu.

– Muszę zrobić sobie przerwę. – Zdobył się na odwagę.

Spojrzała na niego z oburzeniem.

– Nie, skarbie. Nie od ciebie – wyjaśnił. – Od tego miasta. Od pracy.

Odchyliła głowę do tyłu, jakby chciała go zignorować lub powstrzymać przed kontynuowaniem tej rozmowy, którą prowadzili już zbyt wiele razy.

– Mam mnóstwo urlopu do wykorzystania, a pieniądze nie są problemem, mamy ich pod dostatkiem. Po prostu chcę trochę odpocząć i zrozumieć, czego naprawdę chcę, to wszystko. Wiesz, odpocząć przez kilka tygodni. Miałabyś ochotę pojechać ze mną?

W odpowiedzi Sofia poszła spać do sypialni, zostawiając mu futon.

– To chyba oznacza „nie” – skomentował Strega. Dopił armaniak i przygotował się do snu. A przynajmniej do próby zaśnięcia.

Kiedy wrócił z łazienki, zastał ją wpatrzoną w telefon komórkowy.

Strega usłyszał, jak urządzenie wibruje, i gdy podszedł do niego, obdarzając ją po drodze pieszczotą, zauważył, że Sofia groźnie wpatruje się w rozświetlony ekran.

– Mogę wziąć? – zapytał.

Kontynuowała torturę milczenia.

Strega odblokował urządzenie i zobaczył wiadomość na WhatsAppie otrzymaną kilka minut wcześniej z nieznanego numeru. Zaciekawiony otworzył. Zawierała link do czegoś, co sądząc po ikonce, wyglądało na film.

Zaintrygował go tytuł. Ty jesteś prawem.

– Cóż, z pewnego punktu widzenia można tak powiedzieć – mruknął rozbawiony. Zanim kliknął w link, sprawdził, czy antywirus w telefonie komórkowym działa.

– Co powiesz? Otwieramy? – zapytał Sofię.

Głucha cisza.

– Jak chcesz, gaduło. Zobaczmy, co to takiego.

Czarna kotka o jaskrawozielonych oczach przytuliła się do niego, a potem wpatrzyła w mały ekran eksponujący ujęcie mężczyzny przywiązanego do krzesła, z piersią pokrytą krwią.

Po kilku sekundach w kadrze pojawił się kolejny mężczyzna, w masce, i stanął za siedzącym.

Sofia poczuła, jak Strega wstrzymuje oddech.

9

Nieznana lokalizacja

Wszystko wskazywało na film z gatunku horror.

Tylko że to nie była filmowa fikcja.

W centrum kadru znajdował się mężczyzna, którego poszukiwała Mara Rais. Był przywiązany do krzesła i ubrany w kaftan bezpieczeństwa, który uniemożliwiał mu ruchy. Twarz od nosa w dół zakrywała mu skórzana maska zaciskająca szczękę i kneblująca usta; bardzo podobna do tych używanych w starych szpitalach psychiatrycznych z początku ubiegłego wieku w celu uciszenia najbardziej niespokojnych pacjentów. Gardło i klatkę piersiową mężczyzny pokrywała zaschnięta krew. Jego oczy były zamglone jak pod wpływem silnych środków. Ścianę za jego plecami pokrywały fotografie uśmiechniętych dziewczynek.

W kadr weszła kolejna postać i stanęła za więźniem. Dysproporcja fizyczna była niezwykle wyraźna, ten drugi człowiek musiał mierzyć niemal dwa metry. Położył ręce na ramionach spętanego mężczyzny i spojrzał prosto w obiektyw. Emanował spokojem i poczuciem całkowitego panowania nad sytuacją. Jego tożsamość była ukryta pod postrzępioną pomarańczową peruką, której długie włosy opadały na masywne plecy, oraz ciemną skórzaną maską o demonicznych rysach. Odkryte fragmenty twarzy miał pomalowane na biało, usta zakrywał makijaż złośliwego klowna. Nieznajomy nosił luźną tunikę z surowej wełny, złożoną z wielobarwnych rombów, zdartą i szorstką, jakby dopiero co zabrał ją ze starego strychu lub śmietnika. Ponury i tragiczny kostium. Kiedy się odezwał, było jasne, że zastosował urządzenie zniekształcające głos.

– Przede wszystkim wybaczcie, że naruszam waszą prywatność – zaczął – ale sprawa jest nadzwyczaj poważna. Prawdę mówiąc, to nawet nie ja naruszyłem wasze dane. Ja po prostu je kupiłem. W internecie można kupić całe bazy danych zawierające poufne informacje, takie jak adresy e-mail, numery telefonów, hasła do serwisów społecznościowych. Nazywa się to data breach. Setki tysięcy urządzeń padło ofiarą infiltracji. Jeśli oglądacie ten film, to znaczy, że również padliście jej ofiarą i być może nie wiedzieliście o tym aż do teraz. Ale moim celem nie jest wygłoszenie wykładu o bezpieczeństwie w sieci. Chcę tylko was zapewnić, że nasza rozmowa i wszystko, co z niej wyniknie, nie narazi was na żadne konsekwencje prawne. Istnieją raje informatyczne, raje danych, podobne do rajów podatkowych. Znajdują się one w innych państwach, na innych kontynentach i możecie być pewni, że są doskonale chronione przed włoską policją. A nawet gdyby jakimś cudem policji udało się dotrzeć do tych serwerów, będzie już za późno, ponieważ wkrótce skasuję wszystko, co dotyczy naszej sprawy.

Nieznajomy poklepał więźnia po ramieniu.

– Jestem tutaj z powodu tego człowieka i chcę wam w związku z nim opowiedzieć o przerażającej nieudolności prawa. Ten pan tutaj nazywa się Daniele Truzzu. Wygląda jak człowiek, aktualnie może nieco sponiewierany, ale człowiek. Tymczasem ten ktoś jest potworem. To pedofil. Jest bezsprzecznie winny, co zostało potwierdzone przez sądowe wyroki i ugody, które zawarł, płacąc wysokie odszkodowania. Tak, uniknął kary za wiele swoich przestępstw. I tak, jest odpowiedzialny za krzywdę wielu dzieci – powiedział, wskazując na ścianę pokrytą zdjęciami.

Palec wskazujący zatrzymał się na fotografii jednej z dziewczynek.

– Systematycznie wykorzystywał córkę swojej partnerki. Pierwszy raz zgwałcił dziewczynkę, gdy miała cztery lata. Trwało to do chwili, gdy skończyła siedem lat. Kilka dni temu ten pan po raz kolejny uciekł od odpowiedzialności. Za pierwszym razem jego adwokaci powołali się na błędy prokuratury. Proceduralna sztuczka. Z powodów formalnych dowody unieważniono, a pedofil pozostał na wolności. Wszystko trzeba było powtórzyć. Za drugim razem minęło zbyt wiele czasu, aby cokolwiek dało się zrobić. Przedawnienie. Piętnaście lat procesów i przedawnienie. Zgodnie z literą włoskiego prawa ten pan jest wolnym człowiekiem.

Nieznajomy zrobił teatralną pauzę.

– Zastanawiacie się zapewne, dlaczego doszło do czegoś tak rażąco niesprawiedliwego. Przecież sądy powinny być instytucją gwarantującą bezpieczeństwo. Prawo powinno chronić jednostkę przed przemocą. Tak to wygląda w teorii. Jednak obecnie prawo chroni jedynie ustanowiony porządek, czyli państwo, i czyni to poprzez kodyfikację niesprawiedliwości i nierówności, dyskryminację bezbronnych grup społecznych, deptanie godności ludzkiej i moralny gwałt na ofiarach. To nie jest kwestia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. To zawsze i wyłącznie kwestia władzy. Kto posiada władzę, zarządza również sprawiedliwością. Sposób, w jaki państwo realizuje swoją władzę karzącą, jest całkowicie nieadekwatny w stosunku do poszczególnych przypadków. Na przykład takiego jak ten. Przyczyny? Przeciążone biura. Braki kadrowe. Nadmierne obciążenie procesami. Przepisy nakazujące priorytetowo traktować sprawy z udziałem tymczasowo aresztowanych. Procesy oskarżonych odpowiadających z wolnej stopy schodzą na dalszy plan i w połowie przypadków kończą się przedawnieniem, tak jak w przypadku naszego przyjaciela. To jest wypaczenie praworządności, to powoduje codzienną, nieustannie się powtarzającą niesprawiedliwość. Moim zdaniem nadszedł czas, aby powiedzieć „dość”.

Mężczyzna zdjął maskę zakrywającą usta więźnia, odsłaniając przerażający widok zakrwawionej i zdeformowanej twarzy.

Gwałciciel próbował wydobyć ze zmasakrowanych ust jakieś słowa. Dźwięki były niezrozumiałe i przerażające.

Oprawca uniósł mu podbródek dwoma palcami, aby gwałciciel spojrzał w szklane oko kamery.

– Nie możemy dłużej akceptować nieudolności systemu sądowego kłócącego się z zasadami demokracji – kontynuował mężczyzna metalicznym głosem. – Jak widzicie, ukarałem już tę osobę. Jeśli dziś wieczorem wtrąciłem się w wasze życie, to tylko po to, aby zapytać, czy według was moja interwencja była wystarczająca, czy też kara powinna być surowsza. Ponieważ wszyscy jesteśmy ofiarami nieudolności włoskiego systemu prawnego, to wam i wyłącznie wam przysługuje prawo do wydania wyroku i ostatecznego skazania tego zwierzęcia. To wy musicie zdecydować, czy skorzystać z uprawnień karnych państwa, któremu zabrakło odwagi. W jaki sposób? Na końcu tego nagrania znajdziecie link, który przeniesie was na platformę do głosowania. Jeśli zagłosujecie „tak”, dacie mi zielone światło do wymierzenia kary głównej. Jeśli zagłosujecie na „nie”, puszczę go i włos mu z głowy nie spadnie. Macie trzy godziny na oddanie głosu. Aby zapewnić demokratyczny charakter głosowania, po upływie tego czasu na stronie pojawią się wyniki głosowania, a po kilku sekundach platforma zostanie skasowana, znikną również wszystkie przesłane głosy. Dane są anonimowe i zaszyfrowane. Nie jesteście w żaden sposób zagrożeni.

Nieznajomy z powrotem założył maskę na zdeformowaną twarz swojego więźnia.

– Biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy w naszym kraju, sprawiedliwość nie należy już do prerogatyw państwa, ale wyłącznie do ofiar. A tam, gdzie ofiary nie mogą same wymierzyć sprawiedliwości, to społeczność, z której się wywodzą, musi wziąć na siebie to brzemię i przywrócić równowagę. Spójrzcie głęboko w siebie i zadajcie sobie pytanie, czy konieczne jest podjęcie bardziej zdecydowanego działania w imię sprawiedliwości. Wystarczy jedno kliknięcie. Wystarczy sekunda waszego czasu, aby naprawić ogromną krzywdę. A jeśli tak jak ja uważacie, że system powinien się zmienić, udostępnijcie ten link wśród waszych kontaktów. Zachęćcie ich do udziału. Trzy godziny. Tak czy inaczej, usłyszycie jeszcze o mnie i… o nim – zapewnił nieznajomy, mierzwiąc włosy pedofila.

Po kilku sekundach oprawca wyszedł z kadru i transmisja się zakończyła, pozostawiając adres strony internetowej.

Film trwał mniej niż trzy minuty. Został wysłany najpierw do dziesięciu tysięcy osób, które otrzymały go jako anonimową wiadomość e-mail lub esemes. Inni znaleźli go na Messengerze, WhatsAppie, Instagramie, Twitterze, Snapchacie i w sieciach społecznościowych. Zanim policja pocztowa7 zorientowała się, co się dzieje, wiadomość była już masowo rozpowszechniana. Po pięciu minutach zniekształcony cyfrowo głos nieznajomego usłyszało osiemdziesiąt tysięcy osób. Kontynuował swoją podróż od telefonu do telefonu, rozprzestrzeniając się niczym epidemia.

Piętnaście minut po emisji film obejrzało ponad trzysta tysięcy osób. I co najmniej połowa z nich zaczęła głosować.

10

Róg via Scarlatti i via Macchi, Mediolan

Na początku Strega pomyślał, że to żart. Potem, że to kampania promocyjna związana z premierą jakiegoś serialu telewizyjnego lub gry wideo; w końcu, że „marketing partyzancki”, jak nazywali to ludzie od reklamy, stawał się coraz bardziej bezczelny i wszechobecny.

Po głębszym zastanowieniu pozostała mu tylko wątła nadzieja, że to żart lub chwyt reklamowy. Wątpliwości skłoniły go do ponownego obejrzenia film, tym razem okiem kryminologa, a nie zwykłego widza.

„Biegłość w języku prawniczym. Charyzma. Wzrok zawsze skierowany w stronę kamery. Ekstremalna jasność myśli”, ocenił. Przy ujęciu ze zdjęciami eksponowanymi na ścianie zauważył: „Niezwykle zorganizowany i dobrze posługujący się teatralizacją. Stawia na emocje, aby wywołać wybuch mściwego gniewu”.

Kiedy odkryto usta więźnia, Strega stłumił przekleństwo.

„Sadystyczny i okrutny. Ofiara wydaje się pozostawać w stanie zamglenia percepcyjnego, jakby była pod wpływem środków uspokajających. Czyżby przedłużył cierpienie tego człowieka, nie pozwalając mu jednak stracić przytomności?”, zastanawiał się.

Uruchomił film po raz trzeci.

„Nagranie amatorskie, ale sprawna i dobrze przemyślana reżyseria. Niesprawiedliwość dziejąca się pod płaszczykiem legalności jako motyw przewodni całej wypowiedzi. Czy jest ofiarą systemu sądowego, czy potrzebuje moralnego paliwa, aby dać upust swojej manii wielkości i przedstawić się światu jako mściciel? Czy jest narcyzem? Czy potrzebuje uwielbienia i wyznawców?”

– Uspokój się, do cholery – powiedział głośno, jakby chciał uciszyć te rozważania. – To naprawdę może być tylko mistyfikacja.

Strega nie miał konta w mediach społecznościowych. Nie znosił ich. Ale kilka lat wcześniej podczas śledztwa w sprawie zbrodni, która zaczęła się w necie, założył fałszywy profil, aby monitorować parę osób. Wykorzystał teraz tę fałszywą tożsamość, żeby sprawdzić, czy słowa „mściciela” były prawdziwe i czy inni otrzymali tę wiadomość.

Spodziewał się wszystkiego, ale nie wirtualnego szaleństwa, które ten film wywołał.

Jeśli zamiarem tego pomyleńca było podburzenie opinii publicznej, udało mu się aż za dobrze. Policjant zaniemówił w obliczu kolektywnego szaleństwa. Nagranie pojawiło się na profilach dziesiątek osób, i to tylko na jego feedzie. Strega musiał dwa razy przeczytać liczbę wyświetleń, myśląc, że się pomylił. A jednak nie. Film obejrzało prawie czterysta tysięcy osób. Liczba udostępnień rosła z każdą sekundą.

– Jasna cholera – wyszeptał, zagłębiając się w kanapę.

Sofia patrzyła na niego z uwagą.

Próbował zadzwonić do naczelnika wydziału śledczego, swojego bezpośredniego przełożonego, ale numer był zajęty. Próbował połączyć się z kolegami, którzy pracowali z nim w sekcji zabójstw, ale wszystkie linie były zajęte.

„Więc to nie jest żart”.

Ocenił skutki bezpośrednie i bardziej odległe w czasie. Jeżeli to, co mówił ten zamaskowany mężczyzna o swego rodzaju sądzie ludowym, okaże się prawdą, to konsekwencje będą tragiczne, jeśli nie podejmie się szybkich działań. Plan wydawał się banalny w swojej prostocie: nienawiść była pożywką, a społeczna złość ogarniająca kraj sprzyjającą, żyzną glebą. Patogenne z natury media społecznościowe przyspieszą rozprzestrzenianie się zarazy.

„Ten system sam się napędza i sam się powiela, nie da się go zatrzymać, jeśli nie dotrze się do źródła”, pomyślał. „Ale jaki jest cel tego wszystkiego?”

To było niepokojące pytanie.

Pogłaskał kotkę, po czym wstał i przygotował się do wyjścia. Chociaż nie miał dyżuru, czuł potrzebę udania się do kwestury. Zresztą po takim zastrzyku adrenaliny perspektywa snu była kompletnie nierealistyczna.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przypisy

1 Ranga odpowiadająca aspirantowi w polskiej policji lub chorążemu w wojsku.

2 Kwestura (questura) to we Włoszech główna siedziba policji na terenie prowincji (provincia –odpowiednik naszego powiatu). Oprócz zadań typowo policyjnych zajmuje się częścią działań należących do administracji publicznej. Na jej czele stoi wysoki rangą policjant noszący tytuł kwestora.

3 Tak we Włoszech zwyczajowo tytułuje się kobietę posiadającą wykształcenie wyższe na jakimkolwiek poziomie (a więc nie tylko stopień naukowy doktora). Odpowiednik męski: dottore, przed nazwiskiem skracane do dottor.

4Sciadau (sard.) – biedaczek.

5Vicequestore aggiunto to ranga odpowiadająca mniej więcej stopniowi młodszego inspektora w polskiej policji i podpułkownika w wojsku.

6 UACV – Unità di analisi del crimine violento, Jednostka do Spraw Badania Przestępstw z Użyciem Przemocy.

7 Komórka włoskiej policji państwowej powołana pierwotnie do ochrony urzędów i bezpieczeństwa przewozów pocztowych, obecnie wyspecjalizowana głównie do walki z cyberprzestępczością.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

CZĘŚĆ I. Ukryte prawdy

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie