Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Każdy pisarz marzy o historii, która zmieni świat. Nie każdy chce za nią zapłacić adekwatną cenę.
Tom Borg, król gatunku nordic noir, od trzech lat nie może napisać ani słowa. Kiedy piękna nieznajoma wprowadza go w podziemny świat sztokholmskiej nocy, blokada pęka razem z wystrzałem, który czyni z niego głównego podejrzanego o morderstwo.
Uciekając przed policją, Tom odkrywa, że ktoś od dawna gra z nim w szachy. Nekrologi, Nicole, pistolet z jego własnej powieści, każdy ruch był zaplanowany. Bo są ludzie, którzy wierzą, że właściwa historia może zmienić losy świata. I że pisarz jest wart każdej ofiary.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 419
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Twórca
Historia prawdziwa
Fikcja to kłamstwo, za pomocą którego mówimy prawdę.
– Albert Camus
Życie naśladuje sztukę o wiele bardziej niż sztuka – życie.
– Oscar Wilde
Jest jak w bajce.
Parafianie śpiewają tak niebiańsko, że na krótki moment napięcie opada, a okrutna codzienność blaknie. Kościół Świętego Jana, położony w centrum Sztokholmu, wypełniony jest po brzegi. Nic Castillo siedzi pośród żałobników, wokół niego rozbrzmiewa Hymn 368, który na tę uroczystość wybrali rodzice ofiar:
Niech stwórczy wiatr ogarnie mnie,
to boże tchnienie życia,
niech ciałem, duszą stanę się
wtem mnie oczyści i uzdrowi.
Castillo jednak nigdy już nie będzie do końca sobą, nie oczyści się, nie uzdrowi. Nie po tym, czego był świadkiem na Gotlandii. Dręczy go poczucie winy – nie powstrzymał mężczyzny nazwanego przez media bombiarzem z Visby. Niepojęty czyn tego zwyrodnialca jest hukiem, który stale dudni mu w uszach – tego dudnienia nie da się uciszyć.
The Big Bang. Castillo mógł temu zapobiec.
Był tak cholernie blisko.
Cholernie blisko, żeby powstrzymać tego dupka, którego ścigał przez ostatnie siedem lat, szaleńca, który nie dalej jak trzy tygodnie temu wysadził w powietrze dwudziestu jeden młodych ludzi na kursie kreatywnego pisania w Visby. Dwie osoby leżą właśnie w trumnach przed ołtarzem, dwie dziewiętnastolatki, które o niczym bardziej nie marzyły niż o tym, by zostać pisarkami.
Teraz nie napiszą już nawet jednego słowa.
Znalezione przez policję ślady jednoznacznie wskazują na to, że ten sukinsyn wciąż przebywa na Gotlandii. Koledzy mają pełne ręce roboty na wyspie, Castillo jest tu więc sam. Nie dał rady przekonać dawnych przełożonych, że tajemnicze kondolencje z wypisanymi ruchami szachowymi, przesyłane do różnych zakątków kraju przy okazji pogrzebów ofiar, mają jakieś znaczenie.
Gotlandia to jednak błędny trop. Niestety tylko on zdaje sobie z tego sprawę. A może właśnie całkiem traci rozum? Czyżby obsesja na punkcie zamachowca z Visby zabiła w nim intuicję? W każdym razie zakończyła jego karierę. Jeszcze przed opuszczeniem Gotlandii musiał zdać odznakę i broń służbową.
Enigmatyczne szachowe kondolencje zaprowadziły go tutaj, do Kościoła Świętego Jana. Castillo nie ma żadnych wątpliwości: ten dupek gdzieś tu jest. Zlustrował obecnych wzrokiem już trzy razy, ale nigdzie go nie znalazł. Nikt poza Castillem nie wie, jak wygląda sprawca – tylko on na sekundę przed wybuchem w Visby widział tę wyrazistą twarz. Nigdy jej nie zapomni. I to właśnie tej twarzy szuka teraz niestrudzenie wśród zgromadzonych.
Jego wzrok, jak zawsze, zatrzymuje się, gdy napotyka tę kobietę. Siedzi trzy rzędy przed nim, po skosie. Jej długie rude włosy lśnią niczym płomienie i na krótką chwilę Castillowi robi się ciepło w środku, mimo przeszywającego zimna panującego w świątyni.
Kątem oka rejestruje śnieg padający za oknem i zastanawia się, czy burza, która tak głośno zawodzi wokół kościoła, jest stwórczym wiatrem. Szczerze w to wątpi. Jest on raczej zimny, surowy i ostry.
I wtedy to się dzieje. Kiedy w pieśni powracają słowa „stwórczy wiatr”, bajka zamienia się w koszmar. Castillo nagle obserwuje sytuację jak przez odwróconą lornetkę, z nieskończonej odległości. Duchowny, który w momencie rozpoczęcia pieśni stał plecami do zgromadzenia, odwraca się wreszcie na ambonie. Przed sobą w żelaznym uścisku trzyma dziecko. Drobną dziewczynkę, na oko siedmioletnią.
W Castillu gotuje się krew, aż po opuszki palców. Miał rację. To bombiarz z Visby w przebraniu pastora.
Czemu, czemu nie zmusił przełożonych, żeby go posłuchali?
Teraz jest sam. Sam przeciwko największemu złu i najgłębszej rozpaczy, z jakimi kiedykolwiek miał do czynienia.
Big Bang Blues.
Fałszywy pastor jedną ręką przyciska pistolet do skroni dziewczynki, drugą zakrywa jej usta. Krzyczy obleśnym, drżącym głosem, który od trzech tygodni niesie się echem po głowie Castilla:
– Nadszedł Dzień Sądu!
Bombiarz mocniej przyciska pistolet do skroni dziewczynki. Ta wybałusza oczy w ciemności.
Kim ona jest? Skąd pochodzi? Wisi w uścisku zamachowca z Visby, jej oczy krzyczą przerażeniem. Całe zgromadzenie wstrzymuje oddech. Bestia się wydziera:
– Wynoście się stąd! Wszyscy won! Inaczej ją zastrzelę.
W pierwszej chwili ludzie zwlekają. Zaraz jednak ze swojego miejsca podnosi się kobieta z niemowlakiem na rękach i rusza do wyjścia, tłumiąc płacz. Gdy zaraz potem w nawie głównej wszyscy zaczynają przepychać się w kierunku drzwi, rozpętuje się chaos. Rudowłosa kobieta, niczym pochodnia na wietrze, także zostaje porwana przez tłum, który niesie ją w stronę wyjścia.
Castillo widzi za sobą po przekątnej uchylone drzwi. Przygląda się fałszywemu pastorowi i zgromadzeniu wybiegającemu z kościoła i dociera do niego, że ma zaledwie sekundę. Kuli się za ostatnimi uciekającymi i niepostrzeżenie wchodzi na zakrystię. Intuicyjnie drzwi zostawia otwarte. Pomieszczenie jest surowe: tylko stół, kilka krzeseł, szafa.
Ostrożnie wygląda przez uchylone drzwi.
Potwór bezszelestnie znika z pola widzenia, razem z dziewczynką. Słychać głośne uderzenia młotkiem, jakby był Wielki Piątek. Po paru sekundach Castillo się orientuje, że mężczyzna zabija od środka wejście, a przy tym najwyraźniej wciąż trzyma dziewczynkę w szachu. Potem nie słychać nic, zapada złowieszcza cisza, aż odzywają się tłumione szlochy dziecka.
Pastor znów pojawia się w polu widzenia Castilla. Jedną ręką obejmując szyję dziewczynki, ustawia kamerę między kościelnymi ławami. Po uporaniu się z tym znów przyciska pistolet do jej skroni, spogląda w obiektyw i rozpoczyna coś w rodzaju długiego monologu.
– Pojmałem to dziecko w jego najlepszych latach. Gdy jego umysł wciąż jest żwawy i twórczy. Zanim zostało splamione pożądaniem czy egoizmem albo zmuszone do tego, żeby się przystosowało.
Dość tego. Castillo wystarczająco nasłuchał się tych bzdur w Visby. Morderca ma chore przesłanie dla świata i nie odpuści, dopóki go nie zreferuje.
Suicide by terror. Nadawanie własnej śmierci jakiegoś pozornego znaczenia.
Terrorysta cofa się nawą główną. Z pistoletem przy skroni dziewczynki porusza się w stronę ambony. Nie przestaje prawić i ciągnie małą po schodach, po czym wydziera się na całe gardło:
– Stwórcza siła, która kryje się w tej małej istocie, pozostanie już w niej na zawsze, zachowana i zakonserwowana. To dziewczę zostanie…
Castillo wyłącza słuch.
Siła tworzenia, piszący młodzi ludzie.
Ten mężczyzna nie jest po prostu szalony. To coś więcej. Ale w tej chwili jego motywacja nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, żeby go powstrzymać.
Głowa dziewczynki wystaje nad górną krawędź ambony. W świetle, które wpada do świątyni przez pobliskie okno, jej włosy przypominają aureolę. Ambona w Kościele Świętego Jana to miejsce na podwyższeniu bez martwych punktów. W jakiś sposób jednak Castello musi uratować tę dziewczynkę. I ma poczucie, że coś widział, gdy wchodził do środka.
Wielkanocny zmierzch zapada coraz szybciej. Za witrażem buczy zimny, surowy wiatr, jakby cierpiał wraz z dzieckiem. Castillo przesuwa wzrokiem po wnętrzu, próbuje sobie przypomnieć, co to było.
W mroku nad amboną dostrzega coś, co jakby wysuwa się w jego stronę. Deski rusztowania, które robotnicy w miarę możliwości starali się ukryć. Kiedy Castillo wszedł do kościoła, natychmiast zwróciły jego uwagę. Mógłby się wdrapać na rusztowanie zaraz przy drzwiach i dotrzeć do desek, które prowadzą aż do ambony.
Bydlak ciągnie kazanie. Wzrok dziewczynki słabnie. Pistolet nie odsunął się od jej skroni ani o milimetr.
Castillo raczej bez problemu dostanie się na rusztowanie, ważne jednak, żeby zrobić to bezgłośnie. Ściąga buty, ostrożnie się wspina.
Oszołom bredzi dalej. Nie patrzy w kierunku Castilla, wodzi wzrokiem między kamerą a rzędami pustych ławek.
Castillo podciąga się na deski. Drżenie przechodzi przez całą konstrukcję. Ryzyko, że gdzieś po drodze coś skrzypnie, jest duże.
Na razie słychać jednak tylko paplaninę tego maniaka i ciche pojękiwanie dziewczynki. Castillo kładzie się i zamiera. Opiera brodę o drewno, czuje pieczenie w tchawicy. Groteskowe kazanie cichnie. Castillo nie życzy sobie żadnych przerw. Nie ma nic gorszego od ciszy.
Potem jednak paplanina znów nabiera tempa:
– Trzeba złożyć w ofierze to młode życie, byście wszyscy ujrzeli drzemiącą w nim siłę, byście nigdy więcej nie poświęcali tego, co wyjątkowe, dla tego, co przeciętne.
Castillo ostrożnie czołga się do przodu. Siedem metrów do ambony. Najważniejszy odcinek do pokonania w jego życiu. Deski uginają się niepokojąco. Ale bezdźwięcznie. Przynajmniej na razie.
Przesuwa się centymetr po centymetrze. Widzi zdobioną płaskorzeźbę na ambonie, z ptakami i bliżej nieokreślonymi istotami, które wyglądają, jakby wyłaniały się z samiuteńkiej ściany. Widzi świece w dużych, masywnych metalowych świecznikach stojących na posadzce. I widzi spojrzenie zwrócone w jego stronę.
Został nakryty. Wciąż jednak pozostaje zbyt daleko, żeby móc cokolwiek zrobić. Ale wzrok, który go dosięgnął, należy do dziewczynki. Mała widzi Castilla i… jakby cicho błaga o pomoc. To wtedy do niego dociera, że jest gotów poświęcić dla niej wszystko.
Naprawdę wszystko.
Z determinacją czołga się naprzód. Morderca jakiś czas temu zaczął się powtarzać. Jego głos brzmi coraz osobliwiej, a skoro ten bydlak zaczyna tracić animusz, to nie ma też powodu, by przeciągać tortury.
Zabije więc tę dziewczynkę.
Castillo jest już blisko. Po skosie do ambony zostało mu do pokonania jakieś pół metra. Dziewczynka przestała zawodzić i nie spuszcza z niego oczu.
Były policjant przysuwa się jeszcze z dziesięć centymetrów. Ambona jest już w jego zasięgu. Przez kilka sekund leży płasko, z zamkniętymi oczami, i wstrzymuje oddech.
Obłąkańcze kazanie się urywa.
Zapada grobowa cisza.
Castillo unosi powieki. Spodziewa się, że ten bydlak zabije dziewczynkę, patrząc mu prosto w oczy.
Zamachowiec zastygł jednak w bezruchu, pistolet opuścił w kierunku klatki piersiowej dziewczynki. Castillo podnosi się, kuca. Dziewczynka wciąż na niego patrzy. Światło trzech wysokich świeczników migocze w kręgach na sterczących metalowych kolumnach, cała scena faluje, jakby piekło czekało na ich przyjście. Ale Castillo jest już gotowy. Gotowy, żeby zrobić to, co trzeba.
Nigdy nie miał silniejszego poczucia rzeczywistości niż teraz.
Pastor zwraca wzrok ku górze.
Palcem wskazującym naciska spust i krzyczy na całe gardło.
Wtedy Castillo rzuca się z rusztowania.
W locie łapie pistolet, odchyla go, słyszy, jak broń uderza o posadzkę. W pędzie chwyta pastora za kark, wali jego twarzą o ścianę ambony, tak że płaskorzeźba – długi ptasi dziób – wbija się głęboko w oko mężczyzny.
Castillo napotyka wzrok uratowanej dziewczynki. Rozpędzony, wypada za krawędź ambony i czuje, że wszystko jest już dobrze.
Kiedy spada w kierunku posadzki kościoła, nie opuszcza go poczucie, że wszystko, naprawdę wszystko jest już dobrze. Nawet wtedy, gdy świeczniki przebijają mu pierś, wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
Ostatnią rzeczą, którą słyszy, kiedy osuwa się na podłogę i widzi, jak świecznik przebija mu pierś na wylot, jest głos dziewczynki.
– Cięcie!
To jednak nie tamta dziewczynka, ale brodaty mężczyzna wychodzi z uniesionymi rękami i krzyczy:
– Kurna, ale to było dobre. Idealnie, do cholery.
Fałszywy pastor pocieszająco kuca koło małej i wyciera sobie z oka sztuczną krew. Jednocześnie dwie kobiety zbliżają się do ambony, żeby zabrać dziecko. Obie mają na sobie kurtki z nadrukiem „Tom Borg” na plecach.
Brodacz podchodzi do podnoszącego się z ziemi Castilla i przybija mu piątkę.
Wtem ściany kościoła się zapadają. Zza plastikowego witraża wyłania się maszyna do robienia wiatru, która w nieskończoność wzbija w powietrze drobne białe kawałki plastiku. Cała ekipa – kamerzyści, dźwiękowcy, makijażystki, scenarzyści – w podobnych kurtkach wiwatują za powaloną scenografią.
Przy ambonie zbierają się cztery osoby. Brodacz zwraca się do mężczyzny, który wygląda jak starsza wersja Castilla, i bardziej stwierdza, niż pyta:
– Był to chyba finał godny Toma Borga, prawda?
Mężczyzna, który – jak wszystko na to wskazuje – jest Tomem Borgiem, przeczesuje dłonią brązowe włosy, uśmiecha się i kiwa głową.
– Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego zakończenia.
– No cóż, Big Bang Blues to po prostu twoja najlepsza książka – stwierdza reżyser.
Obecna w tym gronie kobieta, która najwyraźniej wie, o czym mowa, wtrąca:
– Nie mogę pojąć, że miałeś odwagę zabić swojego bohatera, Nica Castilla.
– A czy jest jakieś bardziej logiczne zakończenie niż śmierć? – pyta Tom Borg.
Aktorowi grającemu Nica Castilla z pomocą techników udało się właśnie pozbyć rekwizytów z piersi. Jego rudowłosa sympatia przyłącza się do grupki i energicznie go obejmuje. Mężczyzna odciąga Toma Borga na stronę i szepce:
– Mam nadzieję, że w twojej następnej książce znajdzie się dla mnie jakaś rola. Mimo że już nie żyję.
Tom Borg tylko się uśmiecha.
Reżyser ryczy:
– It’s a wrap!
Potem obejmuje Borga i mówi:
– Wiesz chyba, że zawsze jestem do usług, jeśli chodzi o twoje historie, Tom. Potwornie ekscytująco byłoby się dowiedzieć, co takiego teraz piszesz.
Tom Borg uśmiecha się jeszcze szerzej.
Ale ten uśmiech nie sięga wcale oczu.
Moce tworzenia, myśli. Stwórczy wiatr.
Sztokholm, wtorek 6 czerwca 2021 roku
Tom Borg naciągnął kaptur na falowane orzechowe włosy i obszedł skupisko podekscytowanych turystów, którzy tłoczyli się przy Nybrokajen. Chociaż zapadł już wieczór, wciąż było dwadzieścia siedem stopni, a w powietrzu dało się wyczuć nadzieję i odświętny nastrój. Lada chwila powinna przejechać tędy dorożką rodzina królewska ze swoją świtą, machając uprzejmie do ludu, jak nakazywała tradycja Święta Narodowego. Długie kolejki do ogródków restauracji wiły się wzdłuż Strandvägen, ludzie tłoczyli się na pomostach i stukali kieliszkami różowego wina na statkach.
Jeden wielki koszmar.
Tom zaklął pod nosem. Powinien był się wcześniej zorientować, co to za dzień, ale od świtu siedział przy biurku. Siedział, lecz nie pisał. Choć wyłączył telefon i nie surfował po internecie, nie udało mu się napisać ani jednego słowa. Znowu.
Pot spływał mu pod okulary przeciwsłoneczne, ale Tom nie miał odwagi ich zdjąć. Były jego zaporą przed światem zewnętrznym. Na samą myśl, że ktoś go może rozpoznać, oczy zaczynały go niemiłosiernie piec. Mimo że – jeśli pominąć falowane włosy i głęboko osadzone ciemnobrązowe oczy – nie zwracał na siebie uwagi wyglądem, ludzie często go zatrzymywali, by poprosić o zdjęcie.
Cały Lennart, żeby zaprosić go do siebie właśnie w ten wieczór. Oczami wyobraźni Tom widział, jak przyjaciel sączy osiemnastoletnią whisky single malt i ukradkiem śmieje się z tej jego drogi krzyżowej. Przyjaciel bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ostatnią rzeczą, o jakiej Tom chwilowo marzy, jest odgrywanie święcącego triumfy pisarza, którym od dawna wcale się nie czuje. Za każdym razem, kiedy ktoś chciał sobie zrobić z nim selfie, poprosić o autograf lub choćby zamienić kilka słów o ostatniej książce, rozdźwięk między pochwałami a wewnętrzną pustką coraz wyraźniej mu doskwierał. Męczyło go to nawet bardziej niż radzenie sobie z podejrzanymi telefonami i mejlami od różnych szaleńców z całego świata.
Już wcześniej dopadał go brak weny, ale spadki formy nigdy nie trwały tak długo i nie były tak głębokie jak po sukcesie Big Bang Blues.
Trzy miesiące. Tyle minęło od nakręcenia finałowej sceny filmu. Wydawnictwo, agentka, producent filmowy i publiczność z coraz większą niecierpliwością czekali na kolejną powieść „króla nordic noir”. W roli króla Tom czuł się jeszcze bardziej nieswojo niż Karol XVI Gustaw, który – jeśli sądzić po narastającym harmidrze – już się zbliżał bulwarem Strandvägen.
Jasne, był uprzywilejowany i oczywiście rozumiał, co mówi jego wewnętrzny głos: nie ma co narzekać, brak weny to zdecydowanie problem pierwszego świata. Bez pisania Tom był jednak nikim i miał stanowczo za dużo czasu na rozpamiętywanie, jakim – we własnym odczuciu – jest potwornym niedołęgą. Że jest tak bezwartościowy, jak zawsze mu się wydawało. Pisanie było dla niego jedyną ochroną przed tym uczuciem. Teraz jednak, gdy po raz pierwszy w życiu chciał napisać coś, co głęboko poruszy ludzi, kompletnie stracił siły twórcze.
Czy nie ma do zaprezentowania nic lepszego? Nie ma w sobie kompletnie nic wartościowego, co mógłby stworzyć, ponad czystą i prostą literaturę rozrywkową?
Próbował wszystkiego, żeby wyjść z dołka: codziennie biegał wokół Södermalmu i pokonywał dwa kilometry kraulem niemal w takim tempie jak w młodości na zawodach. Wybrał się do ciepłych krajów, ograniczył o połowę spożycie alkoholu i czas przed ekranem, nawet poszedł na psychoterapię. Nic to jednak nie pomogło na jego niemoc twórczą. Nawet poprawiające nastrój lekarstwa, które przepisała mu psychiatrka, nie przyniosły widocznego efektu. Czasem obawiał się o swoje życie. Brak weny mógł zabijać, tak naprawdę. Nie żeby porównywał się z Hemingwayem czy Virginią Woolf, ale uważał, że rozumie dręczący ich mrok. Miał jednak trójkę wspaniałych dzieci, które powstrzymywały go od snucia tak konkretnych planów.
Po raz tysięczny wrócił myślami do zupełnego zalążka szkicu. Chciał napisać thriller, który skłoniłby czytelników, żeby podeszli na serio do katastrofy klimatycznej, brakowało mu jednak słów. Na razie udało mu się tylko sklecić krwawą scenę otwarcia, rozgrywającą się w jacuzzi, w klubie ze striptizem. Gdzie ofiarą jest być może minister środowiska. Nie miał nic więcej. Niby jak zrobi z tego całą książkę? Zakończenie Big Bang Blues, którego ekranizacja miała wejść do kin jesienią, wyszło mu tak sugestywne: odebrał życie swojemu bohaterowi, Nicowi Castillowi. Najwyraźniej jednak także samemu sobie jako pisarzowi.
Oczywiście kochał swoje dzieci ponad wszystko, ale robiły się już duże i całkiem samodzielne. Jego ukochana mama też radziła sobie bez niego, choć to akurat wynikało z demencji tak zaawansowanej, że kobieta równie dużo czasu spędzała w rzeczywistości, co w świecie wyobraźni i tylko czasem go rozpoznawała, mimo że odwiedzał ją co niedzielę. Od czasu rozwodu nie był też w poważnym związku. Jedyną rzeczą, która szła mu jeszcze dobrze, był kanał na YouTubie z materiałami dotyczącymi ochrony klimatu. Wewnętrzna pustka i szalejąca wokół burza oczekiwań dusiły go.
Na barce mieszkalnej Lennarta powiewała flaga, drastycznie różna od żółto-niebieskiego morza chorągiewek. Trójkolorowa: niebiesko-biało-zielona. Tom uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd tego dnia wstał z łóżka. Jasna sprawa, że Lennart wciągnął na maszt barwy Republiki Jämtlandii. Jeśli istniał ktoś, kto stanowił uosobienie słów „pod prąd”, z pewnością był to właśnie Lennart. Poeta, wynalazca, członek Akademii Szwedzkiej, kobieciarz, człowiek zawsze mówiący prawdę i trzymający się na uboczu.
Odgłos końskich kopyt i kół powozu zbliżył się. Kiedy Tom się odwrócił, księżniczka Victoria pomachała do niego pośród masy ludzi i uśmiechnęła się, ukazując lśniąco białe zęby.
Dotarłszy do barki, którą Lennart nazywał Titanikiem, Tom nacisnął dzwonek przy zakratowanej furtce. Do środka, na przedni pokład, prowadziła rampa dostosowana dla osób na wózkach inwalidzkich. Barka była równie oryginalna, co jej właściciel. Została zbudowana na jednym poziomie o powierzchni stu dwudziestu metrów kwadratowych i miała kilkanaście mniej lub bardziej symetrycznych dobudówek – Lennart albo zrobił je osobiście, albo przynajmniej narysował ich plany.
Nad dzwonkiem wisiała własnoręcznie wykonana tabliczka: Lennart Stagnelius.
Po paru sekundach uchylił się mały lufcik na prawo od drzwi prowadzących na rufę. Tom pomachał do kamery monitoringu niemal równie uprzejmie, jak księżniczka.
Metalowa furtka otworzyła się, a z głośnika koło skrzynki pocztowej dobiegł bas Lennarta:
– Wchodźże, obywatelu o jedynym słusznym usposobieniu!
Na ławce w północno-zachodniej części Djurgården siedział mężczyzna z lornetką. Kierował ją w stronę miasta, ku trzepoczącym szwedzkim flagom, orszakowi królewskiemu i rzędom statków i jachtów zakotwiczonych wzdłuż Strandvägen. Kiedy mężczyzna opuścił lornetkę, widać było wyraźnie, że lewa powieka przesłania mu połowę oka. Zrobił kilka notatek na iPadzie i znów uniósł lornetkę.
Potem zobaczył kogoś wchodzącego na pokład barki mieszkalnej, w okularach przeciwsłonecznych i bluzie z kapturem. Mężczyzna z opadającą powieką dostrzegł dwie postaci poruszające się wewnątrz. Przez chwilę je obserwował, po czym opuścił lornetkę i odłożył ją na ławkę.
Wszystko szło zgodnie z planem. Wrócił do iPada, dokończył notatkę i zmienił obraz na ekranie. Pojawił się kwadrat złożony z mniejszych kwadratów, osiem na osiem pól, na przemian czarnych i białych.
Przejechał dłonią po ekranie, na szachownicę wysypały się figury i ustawiły we właściwych miejscach.
Nie odkładając tabletu, mężczyzna znów uniósł lornetkę. Teraz dokładnie już widział obu mężczyzn na barce. Ściskali się.
Mężczyzna z opadającą powieką uśmiechnął się, odchylił i zamyślił przez chwilę nad własnym życiem. W zasadzie powinien się wycofać, według regulaminu był zdecydowanie za stary. Dał się jednak przekonać. Po raz ostatni. Fakt faktem, wciąż miał wystarczająco dużo werwy, żeby sprostać największemu wyzwaniu w swojej długiej karierze.
Bo w zasadzie tylko ono się liczyło.
Krótkie piknięcie tabletu przywołało go do rzeczywistości. Na szachownicy pojawiło się okienko z tekstem. Instrukcja: „Wybierz poziom”.
Z ogromnym spokojem przejechał na liście do pozycji „arcymistrz”.
Potem znów uniósł lornetkę.
Barka przyciągała ją jak pocisk samonaprowadzający.
Lennart siedział na wózku inwalidzkim w saloniku z oknami wychodzącymi na wszystkie strony świata. Stół na barce był nakryty dla dwóch osób: biały obrus, śledzie na cztery sposoby, gotowane młode ziemniaki, piwo, ser i wódka.
– Musiałeś dawać po drodze autografy? – Uśmiechnął się i zmrużonymi oczami przyjrzał się Tomowi przez brudne okrągłe okulary.
– Tylko rodzinie królewskiej – odparł przyjaciel, ściągając kaptur i przeczesując dłonią zwichrzone włosy. – Widzę, że czekasz na jakiegoś dostojnego gościa – dodał, zdjął bluzę i uścisnął Lennarta.
– Czyżby uszło twej uwadze, że średnia temperatura na Ziemi podniosła się o półtora stopnia zeszłego roku? – wymamrotał Lennart i wygładził dłonią obrus na stole. – Wyrażenie „zlany potem” nabiera właśnie nowego znaczenia.
– Czasem bym chciał, żebyś był równie oszczędny w słowach, jak twoja poezja – odparł Tom. – To przez te antydepresanty tak koszmarnie się pocę. Nigdy nie brakowało mi morsowania tak mocno jak tego lata.
– Przeprosiny przyjęte. – Lennart skinął i rzucił okiem na zegarek z dewizką, który wyjął z kieszeni kamizelki. – Jeśli wyrzucisz snusa i umyjesz ręce, to zaproszę cię na ucztę godną wieczoru takiego jak ten.
Tom tak właśnie zrobił, po czym usiadł naprzeciwko przyjaciela, a ten z szerokim uśmiechem oświadczył:
– Wprawdzie święto Jämtlandii wypada dwunastego marca, ale jeśli masz odzyskać wenę, to musisz jeść i pić. Skål!
Tom uniósł zamglony kieliszek wódki.
– Jak to wszystko przygotowałeś?
Lennart prychnął i poprawił materiałową serwetkę, którą miał zawiązaną wokół szyi.
– Mam zdolną opiekunkę domową.
– Kolejna kobieta dała się zwieść twojemu nieprzeniknionemu urokowi? – odparł Tom.
Z krzywym uśmiechem na ustach Lennart skinął głową w stronę regału z książkami.
– Jedyną, którą w zeszłym tygodniu czarowałem, była Ai-da.
Na półce między Biblią i Spowiedzią szaleńca Augusta Strindberga stało pozbawione rąk popiersie, a kobiece oblicze wydawało się przerażająco ludzkie.
– Ai-da ma pamięć niemalże lepszą od mojej – wyjaśnił Lennart. – Ai-do, jak nazywa się ostatnia książka Toma Borga?
Robot zwrócił na nich swoje błękitne oczy i zadziwiająco ludzkim, kobiecym głosem odpowiedział:
– Ostatnia książka Toma Borga nosi tytuł Big Bang Blues i ukazała się ponad trzy lata temu. Przez sześć miesięcy znajdowała się na szczycie listy bestsellerów „New York Timesa” i była najlepiej sprzedającym się tytułem w czterdziestu trzech krajach.
– Dziękuję, Ai-do – powiedział Lennart i znów zwrócił się do Toma: – Rozpoznajesz ten głos?
– Brzmi znajomo.
Lennart uśmiechnął się zadowolony.
– To moja ulubiona aktorka, Eva Röse. Jak z pewnością wiesz, jest ona prezydentką Republiki Jämtlandii. I zdajesz sobie oczywiście sprawę z tego, że nasza republika jest co najmniej równie rzeczywista, co parada królewska tam na zewnątrz? A tak na marginesie, jak wiedzie się królowi kryminałów?
Tom wyznał, że wciąż nie dostrzega najmniejszego choćby promyczka w swoim kreatywnym regresie.
Lennart, zmartwiony, pokiwał głową i nacisnął pilota, tak że zanurzona w blacie stołu taca wykonała pół obrotu.
– Koniecznie musisz spróbować śledzi w sosie musztardowym. I nalej nam porządną kolejkę. Ten kryzys wymaga solidnego paliwa i dla ducha, i dla ciała.
– Nigdy się tak nie zablokowałeś? – spytał Tom.
Lennart poprawił okulary i na szkłach przybyła mu jeszcze jedna tłusta plama.
– Męczą mnie co najwyżej skurcze nóg. Swoją drogą, to potworne utrapienie. Skål!
– Tak czy siak piszesz góra pięć słów dziennie – prychnął Tom i uniósł kieliszek.
– Są to słowa w najwyższym stopniu precyzyjne – odparł Lennart, opróżnił swój kieliszek i zaprezentował krzywy uśmiech. Na jego widok Tom zawsze się zastanawiał, czy winny tego jest ten sam uraz, który przykuł Lennarta do wózka. W wyjaśnienia przyjaciela, jakoby był to dawny uraz wojenny, wierzył w równie małym stopniu, jak w to, że Lennart naprawdę był spokrewniony z poetą romantycznym Erikiem Johanem Stagneliusem. Obie te historie działały jednak skutecznie na kobiety, podobnie jak dystyngowana, wysmagana słońcem twarz Lennarta, na której ten krzywy uśmiech – według niego samego – był szparą w murze, przez którą przedostawało się światło. Początkowo Tom nie wierzył w zapewnienia, że wózek inwalidzki Rosynant jest równie silnym magnesem na kobiety, co kabriolet Ferrari. Od tamtego czasu dostał jednak na to więcej dowodów, niż był w stanie zliczyć.
– O jakich to groźbach śmierci opowiadałeś? – spytał ni stąd, ni zowąd Lennart.
– Właściwie nie wiem, czy można to nazwać groźbami śmierci. Ot, taki sobie mejl z tradycyjnym w formie nekrologiem, z krzyżem i tak dalej, cała rodzina pogrążona w żałobie po śmierci Toma Borga. Pogrzeb odbył się rzekomo w Kościele Świętego Jana. I umarłem najwyraźniej już trzy lata temu. Data śmierci pokrywa się z datą wydania Big Bang Blues.
– Jeśli umarłeś tak dawno temu, to raczej trudno to uznać za bieżące zagrożenie.
– To pewnie tylko jeszcze jeden świr wśród moich czytelników. Nic dla policji. Niedający się wyśledzić mejl. Porozmawiajmy o czymś innym.
– Wróćmy więc do blokady pisarskiej – podsunął Lennart, zacierając ręce. – Udało ci się wpaść na to, kto taki kąpie się w jacuzzi w klubie ze striptizem?
Tom pokręcił głową, ale zarazem powiedział:
– Może minister środowiska?
– A to czemu? – wyrwało się Lennartowi. – Myślisz, że on, jeśli w ogóle takim resortem kierowałby jakiś mężczyzna, podejmowałby takie ryzyko?
– Nie zapominaj, że mieliśmy ministra sprawiedliwości, który regularnie chodził na prostytutki – odparł Tom. – Przede wszystkim chciałbym podkreślić wagę kryzysu klimatycznego w bardziej efektywny sposób niż poprzez swoją działalność na YouTubie. Naprawdę mocna powieść dotrze głębiej do ludzkiej świadomości niż moje pogadanki. Morderstwo w jacuzzi jest dobrym wstępem. Niestety nie udało mi się napisać nic więcej.
– Musisz zmierzyć się z rzeczywistością – stwierdził Lennart. – Za dużo siedzisz w czterech ścianach, prawdziwe życie zastąpiłeś Wikipedią i Google Maps. W przeciwieństwie do naszego drogiego kolegi po fachu Woltera musisz opuścić swój ogródek. Być w dwóch miejscach jednocześnie, i w świecie wyobraźni, i w rzeczywistości. Czytałeś o falach, które zmieniają się w cząsteczki i odwrotnie, w zależności od tego, czy człowiek się im przygląda czy też nie?
Tom przytaknął.
– Nie wiedziałem, że interesujesz się fizyką kwantową. Ale z pewnością rozumiesz, że nie mam najmniejszej ochoty iść do klubu ze striptizem.
Lennart zamruczał twierdząco.
– Nie trzeba zasiadać w Akademii, żeby móc sobie wyobrazić coś takiego. Chociaż twój research już wcześniej pozostawiał wiele do życzenia. Jeśli musisz iść do klubu, to dobrze by było się jakoś zamaskować. Zostało ci chyba jeszcze trochę wyobraźni?
Tom wzruszył ramionami.
– W mieście istnieją trzy legalne kluby. Ale jak już mówiłem: nie udało mi się nawet dojść do tego, czy minister środowiska ma być szantażowany czy niesłusznie podejrzany o morderstwo.
– Wyjdź do ludzi i nadstaw uszu – powiedział Lennart i przejechał ręką po lśniącej łysinie. – Odważ się. Zanurkuj w tym szambie. A skoro mowa o gównianej robocie, masz w planach jakieś wystąpienia?
– Jedynie wieczór autorski jutro wieczorem. W rocznicę wydania Big Bang Blues.
– Dobrze, że wspierasz branżę księgarską – oświadczył Lennart. – Ci tak zwani giganci internetowi równie chętnie sprzedają prezerwatywy, co książki. A właśnie, kiedy masz kolejne spotkanie ze swoją uroczą wydawczynią?
– Ze Smoczycą? Jutro rano, nawet mi nie przypominaj.
– A poza tym? Masz na oku kogoś nowego? Wszystko jedno, jakiej płci.
– Nie. Szlag trafił moją kreatywność także na tym polu.
Lennart uśmiechnął się krzywo.
– W zeszły poniedziałek spotkałem twoją byłą z banalnie przystojnym chłopaczkiem, który wyglądał, jakby dopiero co osiągnął wiek zgody.
– Dzięki za inspirujący posiłek – prychnął Tom i zaczął sprzątać ze stołu. – Muszę wracać do domu i zabierać się za pisanie.
– A więc nawet i ja mogę uznać, że zostałem zepchnięty na dalszy plan – powiedział Lennart. – Ale przecież mam teraz ciebie, Ai-do, czyż nie?
Wycofał się od stołu i odwrócił do absurdalnego androida.
– Ja zawsze tu dla ciebie jestem – odparł kobiecy głos.
– Ale ona chyba nie pozmywa, co? – rzucił Tom, świdrując wzrokiem pozbawionego kończyn robota. Potem wsunął pod wargę woreczek ze snusem i podwinął rękawy.
– Ani nie założy skarpet uciskowych – skrzywił się zawstydzony Lennart. – Jak wiesz, opiekunki domowe nie mogą się zbliżać do moich pięknych łydek.
– Zrobi się – oświadczył Tom i ukucnął przed przyjacielem. W ogromnym skupieniu włożył Lennartowi na stopy wąskie pończochy i podciągnął je do kolan. Następnie pod czujnym nadzorem swojego przyjaciela oraz jego robota zajął się zmywaniem. Kiedy wytarł ostatni kieliszek, Lennart powiedział:
– Dobrze, już dobrze, biegnij do tej swojej klawiatury. Ai-da obiecała, że zaśpiewa mi arię, a potem rozegra ze mną partyjkę szachów. Twarda z niej zawodniczka, co mi schlebia. A do tego nie napisałem jeszcze dzisiaj swoich pięciu słów.
Kiedy Tom zszedł na ląd, wypluł snusa do wody. Z wnętrza Titanica doszedł do niego słaby głos Lennarta:
– Czy ty nie mówiłeś przypadkiem o zaangażowaniu na rzecz klimatu?
Wtedy jednak zadzwonił telefon Toma. Lolo, jego była żona.
– Cześć, przystojniaku – zaczęła. – Jak było u Lennarta?
Tom popatrzył na balkon na szóstym piętrze po drugiej stronie Strandvägen, gdzie Lolo przeprowadziła się po rozwodzie, nad jej designerskim butikiem i przynależną do niego szwalnią z magazynem. Była żona stała w kimonie oparta o barierkę i machała jak księżniczka. W drugiej dłoni trzymała coś, co jak Tom zgadywał, było kieliszkiem szampana.
– Nawet w Święto Narodowe nie mogłeś się jakoś przyzwoicie ubrać? – spytała.
– Chodzę w ubraniach twojej marki – odparł. – Minimum dwadzieścia sztuk takich zalega w szafie.
– Wkrótce wypuszczę nową kolekcję koszul. Może znów chciałbyś zostać modelem?
– Jasna sprawa – powiedział Tom, dziwiąc się ironii, jaką udało mu się wykrzesać. – Tamta kampania reklamująca bluzy była prawdziwym strzałem w dziesiątkę.
– Tak, tak, jakoś sobie radzę – zaćwierkała Lolo nieporuszona, odwróciła się i pomachała, żeby umięśniony, wytatuowany mężczyzna w bokserkach wyszedł na balkon.
– Ty się nigdy nie zmienisz – stwierdził Tom i się rozłączył.
Ponurym krokiem ruszył w stronę miasta, mając nadzieję, że nikt go nie rozpozna.
Research to słowo klucz. Rzeczywistość była mu potrzebna, żeby tworzyć fikcję.
Naprawdę musiał się zanurzyć w tym szambie.
Noce o tej porze roku nie są szczególnie długie. Ona jednak potrzebuje ciemności. Ciemność jest jej sprzymierzeńcem.
Kuca w krzakach za filarem mostu. Po przekątnej nad jej głową sporadycznie przemyka jakiś pojazd, który znacznie przekracza dozwoloną prędkość i zdecydowanie łamie przepisy.
Jak to z taką łatwością przychodzi nocą.
Motocykl nadjeżdża na pełnym gazie z Södermalmu. Hałas jest ogłuszający. Kiedy cichnie, dociera do niej coś, czego od dawna nie słyszała.
Cykanie świerszczy.
Dopiero wtedy uświadamia sobie, ile czasu minęło, odkąd słyszała je po raz ostatni. Tak naprawdę. Nigdy nie potrafiła rozróżnić świerszczy, koników polnych, cykad, ale teraz grają, nie ma znaczenia, które dokładnie.
W powietrzu nie zostało też zbyt wiele komarów. Kiedyś po nocnych przejażdżkach samochodem całe godziny upływały jej na odskrobywaniu owadów z przedniej szyby. Teraz nie ma takiej potrzeby. Ponad osiemdziesiąt procent owadów zniknęło z powierzchni Ziemi.
Z Långholmen zniknęli także ludzie zrzeszeni w Nattvandrarna – nocni wędrowcy zapewniający bezpieczeństwo.
Społeczeństwo ogarnął nowy niepokój.
Noce stały się niebezpieczne.
A ona jest częścią nocy.
Akurat to miejsce było niebezpieczne już przed ponad trzydziestoma laty. Dokładnie tutaj, gdzie właśnie kuca, było wręcz ekstremalnie niebezpiecznie. I to w biały dzień.
Sztokholm, sierpień 1993 roku. Letni festiwal miał zostać ukoronowany pokazem nowego szwedzkiego myśliwca Gripen. Coś jednak poszło nie tak, pilot się katapultował, a samolot runął wprost na Långholmen. Rozbił się dokładnie w tym miejscu. Ludzie tłoczyli się wtedy na Moście Västerbron, kilka osób doznało poparzeń, łączne szkody mimo wszystko okazały się niewiarygodnie małe.
Kobieta sama pamięta, jak z paczką kumpli z liceum stała na Söder Mälarstrand. Pamięta, jak samolot osobliwie się obracał, lecąc w stronę zielonej wyspy. Pamięta uderzenie gorąca, kiedy kula ognia wystrzeliła ponad drzewa.
Teraz nie było widać już nawet śladu tamtego nieszczęścia, jeśli nie liczyć małego pomnika – minimalistycznej rzeźby w kształcie papierowego samolotu.
Odrywa wzrok od dzieła sztuki, czeka, coraz bardziej wtapia się w ciemność. Pojedyncze latarnie oświetlają promenadę wijącą się poniżej boiska na Långholmen i dalej pod most.
Słyszy przecinające się głosy i unosi wzrok. Ktoś na moment przełożył przez barierkę szwedzką flagę, która powiewa na nocnym wietrze. Nagle kobieta słyszy, jak te głosy fałszują, próbując odśpiewać szwedzki hymn:
Du gamla du fria, du fjällhöga nord, du tysta, du glädjerika sköna.
Kobieta krzywi się, czeka, aż ta patriotycznie usposobiona grupka powracająca z obchodów Święta Narodowego znajdzie się poza zasięgiem jej słuchu, i oczyszcza umysł. Pozwala sobie wejść w stan medytacji, gdzie nie ma żadnych wątpliwości, nic nie jest kwestionowane, nic nie jest analizowane. Staje się jak lwica.
Kiedy księżyc wygląda zza chmur i obdarza roślinność wokół kobiety wyraźnym światłem, w niej pojawia się taka sama jasność. Absolutna jasność. Wyłącznie w takich momentach tym dwóm ja, które w sobie nosi, udaje się ze sobą połączyć.
Nagle na ścieżce koło boiska Långholmen pojawia się postać. Kobieta unosi małą latarkę na podczerwień i robi zbliżenie na twarz.
W dawnym więzieniu na Långholmen mieści się obecnie hotel.
To tam mężczyzna rezerwuje „pojedynczą celę” z niedorzeczną wręcz regularnością. Jego partnerka przychodzi tam za każdym razem, wbrew zdrowemu rozsądkowi. I tak się to po prostu ciągnie.
Ale teraz jest noc.
Noc daleko poza granicami prawa.
Mężczyzna wchodzi pod most i gdy wyłania się spod niego na słabe światło księżyca, z uśmiechem mija kobietę.
Ona czuje, jak skacze jej adrenalina. Poprawia obcisły czarny strój treningowy i naciąga na głowę różową kominiarkę.
Kiedy wyskakuje z krzaków, jej umysł jest całkowicie pusty. Mimo to przez moment widzi oczami wyobraźni złotego węża wijącego się wokół złotego nożyka. Potem wszystko nabiera wyraźnych konturów.
Wyrazistości szczególnej dla takiego polowania.
Mężczyzna odwraca się na odgłos kroków. Kobieta go dopada, zanim uśmiech zdąży zniknąć z jego ust. Trafia go pierwszymi kopnięciami.
W brzuch – mężczyzna zgina się wpół.
W krocze – pada na kolana ze stłumionym westchnieniem.
Skronie – osuwa się na bok.
Wlepia w nią spojrzenie, podnosi się z powrotem, sprawia wrażenie, jakby nie mógł pogodzić się z tym, że zbiera cięgi od kobiety.
Ta sama historia co zwykle.
Napastniczka bierze zamach, żeby zadać decydujący cios. Odległość i moment uderzenia muszą zgrać się idealnie. Krok do przodu, cała jego uwaga skupiona na jej prawej dłoni, dokładnie tak, jak powinno być. Ręka jednak znika za jej plecami. Obraca się i trafia go po skosie prawym łokciem w kość nosową.
The spinning elbow.
Mężczyzna pada, osłania się rękami, po czym zatrzymuje się na czworakach z krwią kapiącą na żwir ścieżki. Jego wzrok jest bardziej zamglony, kiedy teraz na nią patrzy i syczy:
– Kim ty, kurwa, jesteś?
Odpowiada:
– Mów mi Ronda.
Wtedy ręce mężczyzny się pod nim uginają i uderza twarzą o ziemię. Nie rusza się nawet o centymetr.
Ronda ani razu nie odwróciła twarzy do kamery monitoringu. Teraz też tego nie robi.
Spojrzenie padające spod różowej kominiarki składa się z jednego niebieskiego i jednego zielonego oka.
Jest utkwione w niewielkim pomniku.
Myśliwcu, który zmienił się w papierowy samolot.
Sztokholm, środa 7 czerwca
Było to jedno z tych śmiesznych spotkań o wczesnym poranku, na które Cecilia Oxenstråhle tak nalegała. Tom Borg usiadł koło swojej agentki Saschy Fischer i obserwował dyrektorkę literacką wydawnictwa znajdującą się po drugiej stronie solidnego tekowego stołu. Ta zazwyczaj ponura kobieta rozpromieniła się w uśmiechu i wyciągnęła błyszczącą książkę w twardej okładce z imieniem i nazwiskiem Toma zapisanymi dużymi złotymi literami. Na okładce widać było aktora, odtwórcę roli Nica Castilla, a w tle – jego rudowłosą partnerkę i stojącego tyłem pastora z długolufowym pistoletem w dłoni.
– Mamy tu wydanie jubileuszowe, które dzięki Bogu przyszło z drukarni dzisiaj rano, w samą porę na wieczorne podpisywanie książki. Prezentuje się imponująco, prawda?
Entuzjazm opadł równie szybko, jak wybuchł. Cecilia Oxenstråhle bez słowa wróciła do leżącej przed nią kartki. Był to draft, a raczej szkic, do którego napisania Tom zmusił się po wizycie u Lennarta.
Z każdą sekundą tej pełnej napięcia ciszy coraz jaśniejsze stawało się to, że tekst nie trzyma poziomu. Nie bez powodu autorzy nazywali Cecilię Smoczycą.
Tom czuł się w jej gabinecie równie nieswojo, co wtedy, gdy przyszedł tu po raz pierwszy trzynaście lat wcześniej. Wymienił spojrzenia z Saschą. Jeśli ta niecierpliwiła się lub denerwowała, to nijak nie dawała tego po sobie poznać. Sekundy mijały. Słychać było tylko klikanie legendarnego srebrnobiałego długopisu Cecilii i deszcz smagający parapet.
Tom wyjrzał przez okno, popatrzył na nieruchome szwedzkie flagi – zwisały ciężko jak mokre prześcieradła. Stwórczy wiatr zelżał, po czym całkiem ustał. Dopóki nie zacznie znowu dąć, Tom będzie tak samo martwy jak bohater jego książek, Nic Castillo. Na moment przed oczami stanął mu dziwaczny nekrolog, datowany na dzień wydania Big Bang Blues. Nieco obły krzyż na zaokrąglonym pagórku tuż nad nazwiskiem zmarłego.
Jego własnym.
Przeniósł wzrok na regały uginające się pod książkami. Stały tam jego powieści, tuż obok dzieł noblistów, biografii sław i ostatniego sukcesu Oxenstråhle – książki do trzymania na stoliku w salonie: Sto jeden najlepszych kawiarni w Szwecji.
Cecilia upuściła manuskrypt i popatrzyła na niego znad okularów do czytania.
– To nie przejdzie, Tom. W ciągu trzech miesięcy napisałeś dwie niepełne strony.
– Ale już odzyskał wenę. – Sascha się uśmiechnęła. – Moim zdaniem sam pomysł jest świetny, a teraz, kiedy Tom zaczął wreszcie pisać, jestem pewna, że już szybko mu pójdzie!
– Kim jest ten mężczyzna w basenie i co dokładnie łączy go ze striptizerką? – drążyła Cecilia, po czym ściągnęła okulary do czytania tak, że zadyndały na sznureczku jak u emerytki na czarno-białej jedwabnej bluzce.
– Wiesz, że wpadłem w dołek – odparł. – Nie mam w sobie jeszcze jasności co do tego mężczyzny w basenie. Minister środowiska jest może trochę mało prawdopodobny.
Smoczyca pokiwała głową.
– Nie mógłbyś wpleść kryzysu klimatycznego w jakiś nieco elegantszy sposób? Ten pomysł nie wydaje mi się wiarygodny. No wiesz, topowy polityk w klubie ze striptizem w nowoczesnym thrillerze post-MeToo?
– Próbowałem – odparł Tom. – Moim zdaniem antypatia do głównego bohatera może podkreślić naszą najstraszliwszą zbrodnię: to, że dalej lekceważymy kryzys klimatyczny i skazujemy swoje dzieci na śmierć.
– Kilku producentów filmowych i telewizyjnych już wykazało tym zainteresowanie – wtrąciła Sascha. – Jeśli podpiszemy dziś umowę, jestem przekonana, że Tom odnajdzie w sobie iskrę.
Sascha zaprezentowała cięty uśmiech, który w komplecie ze zmrużonymi zielonymi oczami i kruczoczarnymi włosami nadawał jej zarówno dzikość, jak i ostry wygląd.
– Muszę mieć zdecydowanie więcej niż to, co tu jest, oboje o tym wiecie – stwierdziła Cecilia. – Wciąż uważam, że uśmiercenie Nica Castilla było kiepskim pomysłem. To postać twojego życia. Czytelnicy kompletnie stracili dla niego głowę. Preordery wydania specjalnego Big Bang Blues biją wszelkie rekordy. Powinieneś wskrzesić Castilla. Tak jak było to z Sherlockiem Holmesem, z Bobbym w Dallas. Tak jak było z Jezusem?
Tom uśmiechnął się i pokręcił głową.
– Daj mi trochę czasu. Wszystko się ułoży.
– Wpadłeś już na to, skąd wziąć inspirację?
– Może powinienem zrobić research. W którymś z klubów ze striptizem w tym mieście. Wyjść ze swojej strefy komfortu. Zanurkować w tym szambie.
Zmarszczka na czole Cecilii zarysowała się nagle od nasady włosów po grzbiet nosa, a zarazem w spojrzeniu wydawczyni zamigotała pewna ciekawość.
– Tylko na serio musisz uważać. To naprawdę jak wsadzanie głowy w paszczę lwa.
– Moja była żona zaopatrzyła mnie w pokaźną garderobę tego rodzaju – powiedział Tom i uniósł kaptur bluzy.
– Chodzenie do klubów ze striptizem nie jest przecież nielegalne – zauważyła Sascha. – Zresztą Tom już wcześniej robił kontrowersyjny research. To warunek konieczny, żeby wiarygodnie przedstawić ten parszywy świat, w którym żyjemy.
– Okej – zdecydowała Cecilia. – Jeśli doprecyzujesz streszczenie i pokażesz mi pierwsze pięćdziesiąt stron powieści, podpiszemy umowę. Prześlę ci uwagi i radziłabym ci je przeczytać. I to uważnie.
– Jak wspomniałam, mamy też innych zainteresowanych – wtrąciła dziarsko Sascha.
– A więc co proponujesz? – spytała Cecilia.
– Osiemdziesiąt procent zaproponowanej zaliczki i podpis tu i teraz.
Cecilia włożyła okulary do czytania i przyjrzała się umowie.
– Jak już mówiłam, dla Toma będzie moim zdaniem najlepiej, jeśli będzie miał jakiś konkretny punkt odniesienia. – Sascha przeszła do ataku.
Tom już chciał zaprotestować, ale zanim cokolwiek powiedział, Sascha położyła mu dłoń na ręce i posłała spojrzenie mówiące – nawet jeśli w dość łagodny sposób – żeby się nie odzywał.
Dziesięć minut później doszli do porozumienia.
– Mimo wszystko wyślę ci uwagi do tych kilku zdań, które napisałeś – oświadczyła Cecilia Oxenstråhle.
Ręką, z której jakby właśnie odpłynęła cała krew, Tom podpisał umowę.
Olivia Woolf zamrugała, żeby soczewki dobrze się ułożyły. Kiedy napotkała swój wzrok w łazienkowym lustrze, wyglądała, jakby zaraz z błękitnych oczu miały spłynąć jej łzy.
Ktoś od dłuższego czasu pukał do toalety. Teraz jednak to pukanie stało się bardziej natarczywe.
– Zaraz się zesram!
Olivia wytarła oczy i odpuściła sobie uwagę: „Mamy chyba więcej niż jeden kibel”, bo uświadomiła sobie, że druga toaleta najpewniej także jest zajęta. Zamiast tego po prostu otworzyła drzwi.
Jedenastoletni Frej wpadł do środka i usiadł na sedesie, nie zważając na otwarte drzwi. Olivia je zamknęła i pospiesznie ruszyła do przestronnej, choć nieco chaotycznej wielkomiejskiej kuchni. Jej mąż Peter i Tor, bliźniak Freja, jedli właśnie przy nieco ufajdanym stole. Peter, z łyżką w jednej ręce i poranną gazetą w drugiej, popatrzył na Olivię i oświadczył z uśmiechem:
– Skończyły się jajka i sok, ale skoczyłem na dół do 7-Eleven i kupiłem.
– Dzięki, miło z twojej strony – rzuciła Olivia, podeszła do Tora i pocałowała go w potarganą grzywkę, po czym ruszyła dalej w kierunku ekspresu do kawy. Z głębi mieszkania dobiegł odgłos spuszczanej wody i wkrótce w kuchni zameldowała się też siedemnastoletnia Alice, oczywiście bez słowa i bez choćby najmniejszego zamiaru, żeby zabrać się do jedzenia.
Mimo wszystko w ostatnim roku nieco się rozpogodziła. Okres między piętnastym a szesnastym rokiem życia bez wątpienia kwalifikuje się do najbardziej porąbanych, jakie ludzkość ma do zaoferowania. Teraz jednak – na tyle, na ile przenikliwy matczyny wzrok Olivii był w stanie to rozstrzygnąć – w oczach jej pierworodnej, przypominających kształtem migdały, zagościł nowy blask. Czy mogła zacząć się z kimś spotykać? Może ten cały Alexander nie był już tylko jej kolegą?
Olivia przyłożyła kubek do ust, żeby upić pierwszy tego dnia łyk życiodajnej kawy, kiedy zobaczyła, że Frej wychodzi z toalety i uderza brata pięścią w ramię. Tor odpowiedział mu na to ciosem z główki prosto w klatę.
– Natychmiast przestańcie! – upomniała ich Olivia i odstawiła kubek.
Frej pochylił się z jękiem, a jego szalona czupryna przewróciła paczkę z płatkami kukurydzianymi, tak że rozsypały się po podłodze.
– Zajmę się tym – zaoferował Peter. I bardziej z przyzwyczajenia niż z entuzjazmem ukucnął i zaczął zgarniać płatki. Olivia pochyliła się do bliźniaków i powiedziała rzeczowo spokojnym głosem:
– Dzieciaki, konflikty naprawdę da się rozwiązywać bez przemocy.
Tor nadepnął na płatek, przeoczony przez dobrodusznego ojca, a Frej głośno beknął.
– Oooch! – westchnęła Alice. – Cholerne bachory. Nie wyrobię, kuźwa, w tym domu!
Wstała tak raptownie, że krzesło poleciało do tyłu.
– Ależ Alice! – zawołała Olivia. – Musisz przecież coś zjeść na śniadanie. Tak dla odmiany.
– Do lunchu są jeszcze cztery godziny – wtrącił zatroskany Peter.
– Kupię sobie coś dobrego w kawiarni przy rynku. Nie martwcie się.
– Wracasz dziś po szkole do domu? – spytała Olivia.
– O tym właśnie zamierzałam z wami porozmawiać – odparła Alice.
– No to słuchamy – powiedział Peter.
– Po lekcjach idę do Alexandra. Tam zjem. Jego tata ma coś ugotować.
– Fajnie!
– Tylko bądź ostrożna – wtrąciła Olivia.
Gorączkowe ruchy Alice nagle ustały. Zdumiona popatrzyła na mamę.
– Ostrożna? Co chcesz przez to powiedzieć?
Olivia ugryzła się w język. Trochę za późno. Zaczęła więc niepewnie:
– Alexander jest bądź co bądź… mężczyzną…
– Jeeezuu – zawyła Alice i trzasnęła za sobą drzwiami.
Olivia stała skonsternowana. Wyszedł z tego nędzny substytut rozmowy, którą powinny odbyć już dawno temu. Peter położył dłoń na jej ramieniu i uśmiechnął się łagodnie.
Tor i Frej wypadli do przedpokoju, rycząc na całe gardło:
– Dlaczego nic nie mówicie? Teraz znów się spóźnimy!
Olivia popatrzyła na zegarek. Fakt, spóźnią się. Znowu.
– Mamy wuef! – wydzierał się Tor.
– Już was spakowałem – odparł Peter. – Stroje sportowe macie w plecakach.
– Oooch – jęknął Frej, otwierając drzwi.
Tor przepchnął się obok rodziców tak energicznie, że niemal się wywrócili.
– Stójcie! – zawołał Peter.
Bliźniacy zatrzymali się w otwartych drzwiach. Wybałuszyli na rodziców oczy. Tor – niebieskie, Frej – zielone.
– Przytulas! – zarządziła Olivia i uklęknęła.
Bracia zrobili kilka kroków z powrotem przez próg i uścisnęli mamę. Przy okazji przytulili też tatę.
Drzwi wejściowe drżały jeszcze długo po wyjściu dzieciaków.
Olivia i Peter wrócili do stołu w kuchni. On wyciągnął do niej rękę.
– Mimo wszystko świetny z nas team, skarbie.
Olivia przytaknęła i uśmiechnęła się, gdy mąż pogłaskał ją po ręce. Spodziewała się, do czego zmierza ten poranek. Peter głęboko westchnął i rzekł:
– Dzisiaj będę starał się przekonać ludzi, że pieluchy na nietrzymanie moczu są naprawdę trendy. Przydałby mi się więc kopniak na rozpoczęcie dnia, który później na bank będzie zalatywać szczynami.
– Istnieją też inne prace, poza copywritingiem, Peter – odparła Olivia i położyła dłoń na jego ręce.
– Nie dla ludzi w moim wieku. Kiedy ma się czterdzieści sześć lat, nie sposób zacząć od nowa w tym przeklętym kraju!
Westchnął i strzepnął sobie płatek kukurydziany z rękawa koszuli.
– I takie stało się moje życie. Zmieniam fakty w fikcję. Rozpływam się nad pieluchami.
– Jesteś jak Midas – spróbowała Olivia. – Wszystko, czego dotkniesz, zmienia się w złoto. – Przesunęła dłonią po jego ręce i ścisnęła dobrze zarysowany biceps.
– Kiedy musisz się zbierać? – spytał Peter.
– Za piętnaście minut.
Spojrzenie Petera się zmieniło. Troskliwy mąż i supertata zniknął. Patrzył na nią teraz w inny sposób. Wzrokiem, który na początku ich związku tak bardzo się jej podobał. Wzrokiem niosącym zapowiedź brutalnego, a zarazem satysfakcjonującego seksu. Zaczęła jednak mieć już dość BDSM. Peter nie. Wręcz przeciwnie.
Powinna była wymknąć się razem z bliźniakami. Teraz jednak było już za późno.
Peter oświadczył:
– Skoro zmuszają cię do brania podwójnych zmian, wolno ci chyba zachować pewną elastyczność w kwestii przychodzenia do pracy. Na pewno znajdziesz jakieś pół godziny.
Olivia odpowiedziała uśmiechem, który był równie ambiwalentny, jak się wydawał. Był to jeden z tych poranków, kiedy naprawdę czuła się tak, jakby mieszkały w niej dwie zupełnie inne osoby.
– Daj mi kilka minut – poprosiła.
Peter zaprezentował jej swój wilczy uśmiech i ruszył w stronę sypialni.
Gdy Olivia tam dotarła, on zdjął już koszulę i krawat. Kucał teraz przy komodzie odwrócony do niej plecami. Usłyszała brzdęk czterech elementów służbowego wyposażenia, które na przestrzeni lat zgłosiła jako zaginione. Kiedy Peter się odwrócił, w rękach trzymał po dwie pary kajdanek. Olivia dostrzegła pomiędzy nimi złoty łańcuszek ze złotym wisiorkiem w kształcie węża wijącego się wokół noża.
– Zdejmij przynajmniej ten wisiorek – poprosiła, ściągając bluzkę i rajstopy.
Peter odłożył kajdanki i zaczął majstrować przy zapięciu łańcuszka. Nagle jednak przerwał.
– Co ci się stało w łokieć?
Olivia w samych tylko majtkach i staniku zbliżyła się do męża, szybko zerknęła na opuchniętą prawą rękę, pokręciła milcząco głową i chwyciła Petera za klamrę paska.
– Sprawiasz wrażenie, jakbyś potrzebował trochę pomocy – powiedziała.
– To naprawdę pyszne – pochwaliła Alice i uśmiechnęła się nieśmiało do Toma, dokładając sobie risotto z krewetkami.
– Dziękuję – odparł. – Teraz, kiedy ja i Alexander zostaliśmy peskatarianami, fajnie trochę się wysilić, szczególnie kiedy mamy tak miłe towarzystwo.
Alice uśmiechnęła się szerzej i przebiła odwłok krewetki.
– Właściwie co to takiego ten peska…
– …tarianizm – dokończył za nią Alexander zachrypłym głosem siedemnastolatka i poirytowany pokręcił głową do Toma. Potem zwrócił się do Alice i wyjaśnił: – Tata lubi trudne słowa. Znaczy to tyle co sztokholmski wegetarianizm, tak jakby. Zero mięsa, ale jemy ryby i owoce morza.
– Jak dzisiaj było w szkole? – spytał Tom.
– Mega chill – odparł Alexander.
– Wszystkie oceny są już w zasadzie wystawione, więc mamy sporo luzu – przyznała mu rację Alice i jeszcze raz zaprezentowała swój czarujący uśmiech.
Naprawdę wyglądali razem uroczo – kolejna rzecz, której wypowiedzenia na głos dzieci nigdy by mu nie wybaczyły.
Po raz pierwszy od wielu lat Tom widział w powichrowanej nastoletniej sylwetce Alexandra coś łagodnego i posłusznego, nawet jego głos odnalazł nowe nuty.
– Czytałam Big Bang Blues – powiedziała Alice i upiła łyk ekologicznego soku jabłkowego. – Nie czaję, jak można wpaść na tak okropny pomysł. Wysadzić w powietrze dwadzieścia jeden młodych osób!
Tom napotkał jednocześnie wzburzony, a zarazem zafascynowany wzrok Alice.
– Autorzy kryminałów uchodzą za najsympatyczniejszych, z kolei poeci są znacznie bardziej agresywni.
– Jak twój przyjaciel Lennart. – Alexander uśmiechnął się drwiąco, a następnie pochłonął trzecią dokładkę. – On chyba służył z Legią Cudzoziemską w Algierii, co?
– Tak w każdym razie twierdzi, ale tak zupełnie między nami, ma bujniejszą wyobraźnię ode mnie. A naprawdę agresywny robi się tylko wtedy, kiedy ktoś krytykuje mieszkańców Jämtlandii i Akademię Szwedzką.
Na moment zapadło milczenie. Towarzyszyło mu jedynie nieznaczne napięcie.
– A tak swoją drogą, widziałam na YouTubie pański materiał o opakowaniach jednorazowych – podjęła rozmowę Alice. – Kiedy oglądałam go dziś koło drugiej, było już dwanaście tysięcy wyświetleń.
– Niestety prawdziwych widzów jest coraz mniej, a coraz więcej spamu i fejkowych kont – odparł Tom.
Po obiedzie dzieciaki poszły do pokoju Alexandra. Tom wstawił brudne naczynia do zmywarki i pomyślał o czekającej go wieczorem chałturze w księgarni. Bo była to chałtura. Skuteczny sposób na wydojenie krowy, która całkiem przestała dawać mleko.
Kiedy Tom włączył zmywarkę, zadzwonił jego telefon.
Estelle, środkowe dziecko.
– Cześć, tato, jak się masz?
– W porządku. A ty?
– Mały kryzys, jak zwykle pod koniec semestru. Mógłbyś przelać mi tysiąc koron na szwedzkie konto? Nie mam butów na zakończenie roku.
– Ale przecież dostałaś już trzy tysiące w zeszłym tygodniu – zaoponował i wszedł do gabinetu.
– Tato, jest inflacja, a korona stoi nisko. Do tego było sporo imprez i przyjęć pożegnalnych. Nie mogę przecież dać przyjaciołom byle czego…
Właśnie, upomniał się Tom. Taka jest cena posłania córki do prywatnej szkoły w Szwajcarii. Normalny prezent za kilkaset koron zmienia się w „byle co”. Na szczęście jego druga córka, Florence, radziła sobie sama, pracując w Ugandzie jako wolontariuszka dla Lekarzy bez Granic.
– Dobrze, Estelle, załatwię to – zakończył, usiadł przy biurku i włączył komputer, który na spółkę z portretem Franza Kafki częściowo przesłaniał mu widok na trasę dojazdową do Sztokholmu. Mieszkanie na Fjällgatan było koszmarnie drogie, ale mimo wszystko należało do inwestycji, z których był najbardziej dumny. Widok z niego rozciągał się od Gamla stan, przez Zatokę Nybroviken, Skeppsholmen, Strandvägen, Djurgården, aż daleko po maszty w Nacce.
Fakt, że mając taki widok, nie może pisać, tylko potęgował wyrzuty sumienia.
Miał wszystko, ale nic nie mógł.
Ekran komputera zamigotał. Pojawiła się nieznana mu sieć o nazwie Chernobog z prośbą o hasło. Tom wstał, wyszedł na korytarz i zapukał do drzwi Alexandra.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy ty znowu bawisz się w jakieś sztuczki z internetem?
– Tak, sorry. Obiecałem, że przetestuję go dla mamy. Już wyłączam.
Kiedy Tom wrócił do komputera, normalna domowa sieć znów działała. Wyskoczyło mu jedenaście nowych mejli. Jeden z nich był od wydawczyni Cecilii Oxenstråhle z linkiem do jego mikroskopijnego skryptu. Inny przysłała jego starsza córka – Florence.
Przelałeś może pieniądze na szczepienia i ofiary trzęsienia ziemi?
Tom głośno zaklął. Jak mógł o tym zapomnieć? Odpisał, że już to robi.
Potem zamknął pocztę, włączył Requiem Mozarta i wyjrzał przez okno. Słońce świeciło na statki i ludzi. Poruszali się po mieście w ten letni wieczór, mali jak mrówki, i jakby tylko czekali, aż on w swojej wyobraźni przydzieli im jakąś tajemnicę albo pokieruje nimi zgodnie z własnym widzimisię. Zawsze to potrafił, chciał tego, kochał to. Dlaczego teraz stało się to tak trudne? Przykra odpowiedź brzmiała tak, że przyświecał mu teraz cel wyższy niż tylko dostarczenie ludziom rozrywki. Blokada oznaczała, że za tą fasadą nic się nie kryje.
Zaczął czytać to, co dotychczas napisał.
