Trylogia Profanum. Za nami wszystkimi - Marcin Dudziński - ebook + audiobook + książka

Trylogia Profanum. Za nami wszystkimi ebook i audiobook

Marcin Dudziński

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kontynuacja Trylogii Profanum, w której rozwiązują się losy bohaterów powieści Przeciwko bratu oraz Z moich kości.

Częstochowie wciąż nie dane jest zaznać spokoju. Mimo skandalu i wcześniejszych zarzutów biskup Stanisław Walter wciąż pociąga za sznurki. Jego brat, komendant miejski policji Jerzy Walter, zniknął bez śladu, a wraz z nim brutalna tajemnica jego przeszłości. Na wolności wciąż pozostaje również seryjny morderca, który terroryzował miasto w upalne lato.

W targanej żywiołami Częstochowie krzyżują się losy osób, które próbują powstrzymać panoszące się tam zło. Marek Marczuk chce za wszelką cenę odnaleźć Jerzego i powstrzymać zabójcę. Prokurator Edyta Lichota stara się prowadzić śledztwo w atmosferze coraz większych politycznych nacisków. Alicja Drylska na przekór wszystkiemu wraca do rodzinnego miasta, by ostatecznie rozprawić się z biskupem Walterem.

Żadne z nich nie wie, co ich czeka. Dni są coraz krótsze, ciemność ogarnia wszystko. Czy Częstochowa odrodzi się na nowo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 409

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 15 min

Lektor: Marcin Dudzinski

Oceny
4,3 (44 oceny)
20
17
7
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Petunia007

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana trylogia! Fantastyczne odwzorowanie miasta i wplecione smaczki znane tylko mieszkańcom Częstochowy. Znając miasto doskonale mogłam sobie wyobrazić każdą scenę i nawet po skończonej lekturze te miejsca przypominają mi fabułę książki. Polecam! Nie sposób się oderwać od lektury!
00
ewag44
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

dobra książka
00
Ohacisujep

Dobrze spędzony czas

dobra😁
00



Część pierw­sza

Wcze­śniej

Roz­dział 1

Edyta

środa, 26 sierp­nia 2015

– Ależ co pan opo­wiada?! Być może dzia­ła­cie, ale na pewno nie w tej spra­wie! Ile czasu minęło od pierw­szego mor­der­stwa?! Pamięta pan? Jeśli nie, to panu z chę­cią przy­po­mnę, miało miej­sce dwu­dzie­stego dru­giego lipca!

– Bar­dzo dobrze to pamię­tam, pani poseł, pro­szę się nie uno­sić. Mam rów­nież prośbę o trak­to­wa­nie mnie i tele­wi­dzów poważ­nie.

– I ja wła­śnie to robię, panie mini­strze! Czy może pan powie­dzieć Pola­kom, kto zabija w Czę­sto­cho­wie? To już ponad mie­siąc!

– To tylko mie­siąc, pani poseł, pro­szę wziąć to pod uwagę! – Mini­ster spra­wie­dli­wo­ści ner­wowo krę­cił się w fotelu.

– Niech mnie pan nie roz­śmie­sza, panie mini­strze, naprawdę…

– Muszę prze­rwać pań­stwu tę wymianę zdań i popro­sić o powrót do kon­kre­tów – włą­czyła się do dys­ku­sji pro­wa­dząca pro­gram.

Edyta Lichota wyjąt­kowo jej nie zno­siła, ale tym razem pomy­ślała, że dzien­ni­karka dobrze zro­biła, nie pozwa­la­jąc dokoń­czyć swej roz­mów­czyni. Młoda posłanka była dla niej typo­wym przy­kła­dem par­la­men­ta­rzy­sty pierw­szej kaden­cji, który musi jakoś zazna­czyć swoją obec­ność. Pech chciał, że tra­fiła do sej­mo­wej komi­sji spra­wie­dli­wo­ści.

– Panie mini­strze, jak obec­nie wygląda sytu­acja? – zapy­tała dzien­ni­karka. – Kiedy poznamy jakieś kon­krety, usta­le­nia…

– Pani redak­tor, pro­szę o jesz­cze tro­chę cier­pli­wo­ści – odparł spo­koj­nie męż­czy­zna, nie­zra­żony poprzed­nią wymianą zdań. – Zapew­niam, że poszu­ki­wa­nie sprawcy tych mor­derstw, jak i docho­dze­nie do prawdy o tym, co stało się z komen­dan­tem Wal­te­rem, jest dla rządu i dla mnie oso­bi­ście prio­ry­te­tem. Jestem w sta­łym kon­tak­cie z mini­strem spraw wewnętrz­nych oraz pre­mie­rem. Jak wszy­scy wiemy, do Czę­sto­chowy zostali odde­le­go­wani naj­lepsi pro­ku­ra­to­rzy i poli­cjanci w kraju…

– Miło, że tak o mnie mówisz, Leoś – szep­nęła pod nosem Lichota.

Pro­ku­ra­tor ostat­nie kil­ka­na­ście dni spę­dziła w hotelu Accor. Wyna­jęty za pie­nią­dze podat­ni­ków pokój stał się jej dru­gim domem. Zdą­żyła się już dowie­dzieć, że hotel kie­dyś ist­niał pod szyl­dem Patria i był miej­scem spo­tkań szem­ra­nych biz­nes­me­nów, a dan­cingi w tutej­szej restau­ra­cji nazy­wano „pie­kieł­kiem”. Pomy­ślała, że w ostat­nich dwóch deka­dach poprzed­niego wieku pra­wie każde więk­sze mia­sto miało takie miej­sce. Ówcze­sna nazwa hotelu potwier­dzała, że naj­lep­sze inte­resy i najwięk­sze skan­dale rodziły się wła­śnie na ojczyź­nia­nym łonie i za tak zwane pań­stwowe pie­nią­dze.

– Jak we wszyst­kich tego typu spra­wach suk­ces zależy od wspól­nej pracy wielu pod­mio­tów – kon­ty­nu­ował mini­ster. – Dobrze byłoby, gdyby opo­zy­cja rów­nież poma­gała, a nie prze­szka­dzała…

– Jak to we wszyst­kich tego typu spra­wach?! – wykrzyk­nęła posłanka. Tak ener­gicz­nie zmie­niła pozy­cję, że Lichota pomy­ślała, że kobieta zaraz wysko­czy z tele­wi­zora. – Jakich spra­wach, panie mini­strze? A kiedy to mie­li­śmy w tym kraju seryj­nego zabójcę, który w kilka tygo­dni rytu­al­nie zamor­do­wał cztery osoby, w dodatku w jed­nym mie­ście? Może panu się myli rze­czy­wi­stość z jakimś fil­mem?

– Pani redak­tor – zwró­cił się do pro­wa­dzą­cej poiry­to­wany czło­nek rządu, roz­kła­da­jąc ręce – widzi pani? I to jest wła­śnie to, co nazy­wam prze­szka­dza­niem. Opo­zy­cja bije pianę, wykrzy­kuje swoje wyświech­tane hasła, tylko nic z tego nie wynika.

– Jesz­cze mniej wynika z pań­skich dzia­łań… – zdą­żyła wtrą­cić posłanka, zanim pro­wa­dząca prze­jęła stery.

– Po raz kolejny muszę pań­stwu prze­rwać. Panie mini­strze, jak pan wie, w kraju toczy się dys­ku­sja o tym, dla­czego mor­der­stwa miały miej­sce aku­rat w Czę­sto­cho­wie. W żad­nym z dotych­cza­so­wych wywia­dów nie odniósł się pan do tej kwe­stii. Czy sądzi pan, że to może mieć jakieś zna­cze­nie? Rytu­alne zabój­stwa… tuż u stóp Jasnej Góry…

– Pani redak­tor, pani pyta poważ­nie?

– Jak naj­bar­dziej. Sądzę, że opi­nia publiczna chce poznać pań­skie zda­nie.

– No dobrze, skoro pyta pani poważ­nie, to ja poważ­nie odpo­wiem, choć dla mnie aku­rat ta kwe­stia jest nie­zwy­kle gro­te­skowa – zaśmiał się pod nosem mini­ster. – Fakt, że te czyny miały miej­sce w Czę­sto­cho­wie, nie ma żad­nego zna­cze­nia. To rów­nie dobrze mogłoby się zda­rzyć w War­sza­wie czy Kiel­cach. Wów­czas wszy­scy mówi­liby, że w sto­licy jest nie­bez­piecz­nie, że mafia, że pora­chunki gan­gów, a w Kiel­cach mamy powrót do słyn­nych „scy­zo­ry­ków”.

– No tak, ale Czę­sto­chowa nie miała do tej pory łatki mia­sta nie­bez­piecz­nego, peł­nego, jak pan to nazwał, pora­chun­ków mafij­nych – odparła dzien­ni­karka.

– Nie jest chyba tajem­nicą, jak wiel­kie wpływy w mie­ście ma Kościół. – Posłanka znów była szyb­sza i nie pozwo­liła dojść męż­czyź­nie do głosu. – Powszech­nie rów­nież wia­domo o skan­dalu oby­cza­jo­wym, który doty­czy biskupa Sta­ni­sława Wal­tera, nota­bene brata zagi­nio­nego komen­danta. Może tutaj jest coś na rze­czy, może opi­nia publiczna słusz­nie się nie­po­koi.

– Ale co chce pani przez to powie­dzieć? – spy­tał mini­ster.

– No nie wiem, pan na pewno ma wię­cej infor­ma­cji, w końcu pań­skiej par­tii bar­dzo po dro­dze z kle­rem…

– Roz­strze­lała się pani, ale wydaje mi się, że strzela pani na oślep. Pra­gnę jedy­nie przy­po­mnieć, że w tym aku­rat mie­ście to nie my rzą­dzimy – odpa­ro­wał atak.

– Nie zmie­nia to faktu, że…

– Jesz­cze się trzy­masz, Leoś – ponow­nie szep­nęła Lichota, kiedy posłanka cią­gnęła swój wywód. Pro­ku­ra­tor miała ochotę zmie­nić kanał. Dys­ku­sja była bez­pro­duk­tywna i Edyta cie­szyła się, że nie musi w niej uczest­ni­czyć. Po kolej­nej burz­li­wej wymia­nie zdań zde­cy­do­wała, że jed­nak prze­łą­czy pro­gram. Wybrała następny z dostęp­nych kana­łów infor­ma­cyj­nych.

– A już za chwilę przed­sta­wimy pań­stwu mate­riał naszego repor­tera Jacka Obla­ciń­skiego, który ostat­nie kilka dni spę­dził w Czę­sto­cho­wie, roz­ma­wiał z miesz­kań­cami i nie­licz­nymi piel­grzy­mami, któ­rzy zde­cy­do­wali się zostać pod Jasną Górą po nie­daw­nym świę­cie maryj­nym. Z repor­tażu wyła­nia się obraz mia­sta ogar­nię­tego stra­chem. Czy Czę­sto­chowa już zawsze będzie żyła z pięt­nem okrut­nych mor­derstw? Wra­camy tuż po prze­rwie, pro­szę zostać z nami.

Lichota zde­cy­do­wała, że nie skusi się na repor­taż. Powoli miała dość tego tematu. Mimo że skom­pli­ko­wane wątki kilku czę­sto­chow­skich spraw były cie­kawe i sta­no­wiły dla niej nie­małe zawo­dowe wyzwa­nie, to po kil­ku­na­stu godzi­nach pracy chciała odpo­cząć. Zda­wała sobie sprawę, że jest dopiero na początku drogi, a przed nią jesz­cze wiele podob­nych dni, narad, prze­słu­chań, wywia­dów i ana­liz, od któ­rych jej umysł i tak nie uciek­nie.

Na liście kana­łów zna­la­zła sta­cje radiowe. Wybrała ostat­nią z nich. Spo­kojne bal­lady, ever­gre­eny, zawsze dzia­łały. Przy nich mogła się wyci­szyć.

Docho­dziła dzie­siąta wie­czo­rem. Lichota uło­żyła się na środku dużego łóżka i zamknęła oczy. Szorty i biały T-shirt musiały jej zastą­pić ulu­bioną piżamę, któ­rej w pośpie­chu zapo­mniała zabrać z War­szawy.

Po kil­ku­na­stu minu­tach chwy­ciła tele­fon. Wybrała numer mini­stra spra­wie­dli­wo­ści. Leon Bury ode­brał po pierw­szym sygnale.

– Oglą­da­łaś? – zapy­tał.

– No prze­cież wiesz, że tak – odpo­wie­działa kokie­te­ryj­nym tonem, który był zare­zer­wo­wany tylko dla niego. Poza Leonem Burym nikt nie sły­szał Edyty Lichoty mówią­cej w ten spo­sób. – Nie­źle cię wymę­czyła.

– Przy­zwy­cza­iłem się, jak wiesz. A wyobraź sobie, że po pro­gra­mie ucię­li­śmy sobie cał­kiem przy­jemną poga­wędkę. Po zej­ściu z anteny zmie­niła się z pindy w cał­kiem fajną babkę. Oka­zało się nawet, że zga­dzamy się w kilku spra­wach.

– Poli­tyka…

– Życie, Edyta, życie.

– Bura­sku… ale nie oka­zała się faj­niej­sza ode mnie, co? – zapy­tała zalot­nie.

– Nie spo­tka­łem jesz­cze faj­niej­szej od cie­bie.

– Poza żoną, mój miły, poza żoną – prych­nęła.

– Zostawmy ten temat, prze­cież wiesz…

– Wiem, wiem… – zawie­siła głos. – A tak w ogóle, to możesz roz­ma­wiać?

– Jesz­cze mogę. Pod­je­cha­łem na chwilę do mini­ster­stwa po jedną rzecz. Kie­rowca czeka na dole, zaraz do niego scho­dzę. Wła­ści­wie to mia­łem do cie­bie dzwo­nić. Sły­sza­łaś już, że wzięli się za nasze przy­wią­za­nie do Kościoła, prawda?

– Dzi­siaj. Ta pinda ci to zarzu­ciła.

– No wła­śnie. I nie prze­staną. Ale ty, jakby co, nie ruszaj tego biskupa. Jak poczu­jesz jakiś smród, to zatkaj nos i naj­pierw przyjdź z tym do mnie. Będziemy myśleć, co zro­bić. Musimy z nimi dobrze żyć, okej?

– Okej, jasne – odparła sucho.

– Dzięki. A ogól­nie to jak ci tam?

– Świet­nie, wszy­scy mnie tu nie­na­wi­dzą, boją się i kła­mią. Czyli bez nie­spo­dzia­nek. Zasta­na­wiam się, czy komen­dant jesz­cze żyje, czy szu­kamy już tylko trupa.

– I do czego doszłaś?

– Sama nie wiem, a ty?

– Mam nadzieję, że żyje – wes­tchnął.

– Mnie jest wszystko jedno. Chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej się tego dowie­dzieć, ale odno­szę wra­że­nie, że bawimy się tutaj w pod­chody, zamiast współ­pra­co­wać.

– No to wal­nij pię­ścią w stół.

– Codzien­nie to prak­ty­kuję – zaśmiała się.

– A ten komen­dant z woje­wódz­kiej? Współ­pra­cuje?

– Grze­gorz Krupp? Tak, z nim jest w porządku.

Na chwilę zapa­dła cisza, po czym Lichota kon­ty­nu­owała już zupeł­nie innym tonem:

– A wiesz, co ja teraz robię? – zapy­tała. Ponow­nie uwo­dzi­ciel­sko.

– Co?

– Leżę na łóżku… w samych spoden­kach, cien­kiej koszulce… lekko prze­świ­tu­ją­cej… a pod spodem nie mam nic. Leżę, taka sama, taka grzeczna, taka…

– Jezuu, prze­stań, bo ze scho­dów spadnę!

– Nie podoba ci się to, co mówię? – nęciła.

– Nawet nie wiesz, jak bar­dzo mi się to podoba.

– Paznok­cie u stóp mam poma­lo­wane tak, jak lubisz. – Popa­trzyła na czarny lakier i poru­szała pal­cami. – Wyobra­żasz to sobie?

– Szcze­rze mówiąc, to w tej chwili wydaje mi się, że ten obraz wyświe­tla mi się na wszyst­kich ścia­nach w tym gma­chu.

Zachi­cho­tała.

– A kiedy mnie w końcu odwie­dzisz? Dałeś mi taki fajny pokój i tak sama mam tu spać?

– Posta­ram się, wiesz, że ciężko teraz o takie manewry.

– Chyba coraz cię­żej, już nawet nie pamię­tam, kiedy był ostatni raz…

– Muszę koń­czyć, Edyta, naprawdę. Myślę o tobie. Naro­bi­łaś mi ochoty.

– To dobrze, Bura­sku, to dobrze… – Zaśmiała się raz jesz­cze.

Jed­nak kiedy się roz­łą­czyli, poczuła falę nara­sta­ją­cej tęsk­noty i bólu, który spra­wił, że nie zasy­piała szczę­śliwa. Następ­nego dnia wyła­do­wała swą złość na współ­pra­cow­ni­kach i lokal­nych funk­cjo­na­riu­szach poli­cji. Ani razu się nie uśmiech­nęła.

Smu­tek, który ją opa­no­wał, przy­kryty maską bez­względ­nej i twar­dej kobiety, znała tylko jej nowa przy­ja­ciółka, towa­rzyszka ostat­nich dni i kom­panka wielu kolej­nych.

Czę­sto­chowa obej­mo­wała Edytę Lichotę i wraz z każ­dym płyt­kim noc­nym odde­chem wtła­czała w jej płuca cięż­kie powie­trze.

Frag­ment pro­to­kołu z prze­słu­cha­nia Anny Sztern

Data: środa, 26.08.2015, godzina 10.30

Prze­słu­chu­jąca: pro­ku­ra­tor Edyta Lichota

Obecny: Leszek Hara­tyk

Edyta Lichota: To jak to było z tym listem do Jerzego Wal­tera? Pro­szę nam powie­dzieć coś wię­cej na ten temat.

Anna Sztern: Zna­la­złam go w kore­spon­den­cji.

Edyta Lichota: Kiedy?

Anna Sztern: W zeszłym roku. Jakoś w poło­wie listo­pada.

Edyta Lichota: Co zawie­rał?

Anna Sztern: Mam zacy­to­wać?

Edyta Lichota: Oczy­wi­ście. Jeśli da pani radę.

Anna Sztern: Nie cał­kiem.

Edyta Lichota: Pro­szę się skon­cen­tro­wać.

Anna Sztern: Ktoś pytał, czy komen­dant Wal­ter go pamięta. Mówił, że nie tak miało być. Wła­ści­wie tylko tyle.

Edyta Lichota: Ktoś? Czyli kto?

Anna Sztern: Pod­pi­sał się jako „E”.

Edyta Lichota: Okej. I co pani zro­biła z tym listem?

Anna Sztern: Scho­wa­łam do torebki.

Edyta Lichota: Nie zanio­sła go pani do komen­danta Jerzego Wal­tera?

Anna Sztern: Nie. To zna­czy, tak. Tylko nie od razu.

Edyta Lichota: Czyli kiedy?

Anna Sztern: Póź­niej. O wiele póź­niej. Może za późno.

Edyta Lichota: Pro­szę mówić kon­kret­niej.

Anna Sztern: Jede­na­stego sierp­nia.

Edyta Lichota: Pięć dni przed jego znik­nię­ciem… to cie­kawe. A dla­czego aku­rat wtedy?

Anna Sztern: Sama nie wiem. Pomy­śla­łam, że to jed­nak może mieć jakieś zna­cze­nie.

Edyta Lichota: Ponow­nie pro­szę o kon­krety. Jak pani myśli, kto mógł napi­sać ten list?

Anna Sztern: Pomy­śla­łam, że być może ten Eryk Oruba, o któ­rym sły­sza­łam w pracy. Sko­ja­rzy­łam fakty.

Edyta Lichota: I jak komen­dant zare­ago­wał, kiedy wrę­czyła mu pani list?

Anna Sztern: Wściekł się, że tak długo trzy­ma­łam go w tajem­nicy.

Edyta Lichota: No wła­śnie. Przy­znam, że mnie też to zasta­na­wia. Wkłada pani służ­bową kore­spon­den­cję do torebki i wynosi ją pani z komendy. Czę­sto się to pani zda­rza?

Anna Sztern: Nie, ni­gdy. To był pierw­szy raz.

Edyta Lichota: To dla­czego pani to zro­biła?

Anna Sztern: Pomy­śla­łam, że to głupi żart, wie pani, takie rze­czy się zda­rzają. Potem o nim zapo­mnia­łam. Zna­la­złam go przy­pad­kiem.

Edyta Lichota: Aku­rat wtedy, kiedy zro­biło się gło­śno o Eryku Oru­bie? Chce pani powie­dzieć, że to taki zbieg oko­licz­no­ści?

Anna Sztern: No, tak wyszło…

Edyta Lichota: A dla­czego Jerzy Wal­ter się wściekł?

Anna Sztern: Już mówi­łam, że zde­ner­wo­wał się, że wcze­śniej mu o tym nie powie­dzia­łam.

Edyta Lichota: Zro­bił coś jesz­cze?

Anna Sztern: Powie­dział mi, żebym się sku­piła na wyko­ny­wa­niu mojej pracy. Miał rację.

Edyta Lichota: A gdzie jest teraz ten list?

Anna Sztern: Nie mam poję­cia. Komen­dant zabrał go ze sobą.

Edyta Lichota: No to może wie pani, gdzie jest komen­dant?

Anna Sztern: Bar­dzo bym chciała, ale nie­stety nie wiem. Modlę się za niego.

Edyta Lichota: Modli się pani… A długo się zna­cie? Od kiedy pani tu pra­cuje?

Anna Sztern: Znam go od szes­na­stu lat.

Edyta Lichota: I jaki to jest czło­wiek?

Anna Sztern: Doświad­czony. Spra­wie­dliwy. Pro­fe­sjo­nalny. To dobry szef.

Edyta Lichota: A mimo to nakrzy­czał na panią. Ponoć darł się tak, że ściany się trzę­sły.

Anna Sztern: No tak… Był bar­dzo zde­ner­wo­wany tymi mor­der­stwami, miał tyle na gło­wie.

Edyta Lichota: Jak pani sądzi, dla­czego znik­nął?

Anna Sztern: Nie wiem.

Edyta Lichota: Może jest w to wszystko jakoś zamie­szany?

Anna Sztern: Nasz komen­dant? Ale niby jak?

Edyta Lichota: To ja tu zadaję pyta­nia.

Anna Sztern: Nie wiem, nie wydaje mi się to moż­liwe. Ja naprawdę nic nie wiem. Jestem tylko sekre­tarką, która zro­biła głu­potę. Czy mogę już iść?

Roz­dział 2

Pro­fa­num

czwar­tek, 10 wrze­śnia 2015

Nie wiem.

Nie widzę. Sze­roko otwie­ram oczy, wypa­truję, ale nie potra­fię się­gnąć wzro­kiem dalej niż do jutrzej­szego świtu.

Nie sły­szę. Cho­wam się w ustron­nym miej­scu, sku­piam myśli i wytę­żam słuch, ale nawet wtedy moją ciszę wypeł­nia jedy­nie hałas powszech­nie zna­nych fak­tów.

Stra­ci­łam swoją tajem­nicę. Zmar­no­wa­łam dro­go­wskaz, który dał mi Pan. Mie­sią­cami cho­wa­łam przed świa­tem klucz do prawdy.

Dzi­siaj sądzę, że od zawsze byłam ślepa.

Kim jestem teraz, kiedy treść listu do komen­danta Wal­tera znana jest już nie tylko mnie samej? Kim byłam, gdy ukry­wa­łam zawartą w kil­ku­na­stu sło­wach prze­strogę? Dla­czego czuję się tak, jak­bym stała pomię­dzy Jerzym Wal­te­rem a Ery­kiem Orubą? Czy wła­śnie tam widzi mnie pro­ku­ra­tor Lichota?

Nie wiem.

Dla­czego mor­derca nie­win­nych, Rzeź­nik ze świę­tego mia­sta, to ten sam czło­wiek, który spa­lił nasz sklep z dewo­cjo­na­liami? Co naprawdę ozna­czają krzyże cel­tyc­kie na jego przed­ra­mio­nach?

Czy mro­wie­nie, które czuję pod­czas każ­dej modli­twy, to lęk przed karą, wstyd przed Wszech­mo­gą­cym czy wprost prze­ciw­nie, sygnał, że moje życie ma dla Niego szcze­gólne zna­cze­nie?

„Bło­go­sła­wieni czy­stego serca, albo­wiem oni Boga oglą­dać będą”, powie­dział Pan, a ja go nie usłu­cha­łam. Wpu­ści­łam do serca zło, które pozba­wiło mnie szczę­ścia. Nabra­łam podej­rzeń, złych domy­słów, szu­ka­łam wytłu­ma­cze­nia w mrocz­nym języku kart. Odpo­wie­dzią była śmierć nio­sąca swą ostrą kosę. Śmierć jedna po dru­giej. Każda tak samo okrutna jak poprzed­nia.

Dawa­łam fał­szywe świa­dec­two, ukry­wa­jąc list. Wąt­pi­łam.

Chcę przy­wró­cić czy­stość swej wiary, odzy­skać ostrość zmy­słów.

Wcho­dzę do pracy. Do budynku komendy, który od lat jest moim dru­gim domem. Wydaje mi się, że odkąd nie ma w nim komen­danta, ten dom jest pusty. Tego wra­że­nia nie zmie­nia nawet panu­jący gwar i dono­śne głosy osób, któ­rych wcze­śniej ni­gdy tu nie było.

Kory­ta­rze, mimo że odno­wione, to jed­nak ciemne, przy­po­mi­na­jące te szpi­talne. Można odnieść wra­że­nie, że pokoje kryją cho­rych, woła­ją­cych o pomoc, a nie tych, któ­rzy powinni ją nieść. W isto­cie wszy­scy jeste­śmy cho­rzy w tych dniach. Pod­stęp­nie wsz­cze­piono nam bak­te­rię, któ­rej dzia­ła­nia jesz­cze nie pozna­li­śmy. Wiemy jedy­nie, że sza­leje w naszych orga­ni­zmach, dając nie­po­ko­jące objawy stra­chu, nie­pew­no­ści i wza­jem­nej nie­uf­no­ści. Jeste­śmy niczym wie­kowy, duży pies porzu­cony przez pana gdzieś na roz­staju dróg. Przy­gar­nięci przez obcych ludzi nie potra­fimy odzy­skać zaufa­nia, nie umiemy zro­zu­mieć, co stało się z naszym opie­ku­nem. Tęsk­nimy mimo bólu. Szu­kamy śla­dów mimo roz­go­ry­cze­nia i żalu. Pró­bu­jemy nie dowie­rzać fak­tom, które każ­demu z nas łączą się w jego wła­sną, prze­ra­ża­jącą całość.

Ja sama zmu­szam się, żeby nie brać za prawdę tej wer­sji wyda­rzeń, w któ­rej komen­dant jest współ­twórcą cha­osu, w któ­rym żyjemy, że stoi w jego cen­trum. Sta­ram się w to wie­rzyć, ale nic już nie wiem. Nie widzę dalej niż jutro. W sło­wach nie sły­szę prze­kazu ani prawdy.

Nie wiem.

Pod­cho­dzę do biurka tylko po to, by zosta­wić na nim torebkę. Mimo pię­trzą­cych się doku­men­tów jesz­cze nie czas na pracę. Wrócę tu za kil­ka­na­ście minut. Tele­fon jesz­cze nie dzwoni. Patrzę na drzwi do opusz­czo­nego gabi­netu Jerzego Wal­tera i dociera do mnie, że gdyby nagle się w nich poja­wił, nie poczu­ła­bym się ani tro­chę bez­piecz­niej.

Dla­tego wyrzu­cam myśli o nim i sku­piam się na sobie. Chcę dążyć do prawdy i gło­sić ją.

Idę do naczel­nika Marka Mar­czuka, jedy­nej osoby, z którą roz­ma­wiam otwar­cie. Mamy ciche poro­zu­mie­nie od dnia, w któ­rym Edyta Lichota pod­słu­chała naszą roz­mowę, kom­pro­mi­tu­jąc zarówno mnie, jak i jego. Mam wra­że­nie, że zawarte w krót­kim liście Eryka Oruby słowa „ja o wszyst­kim pamię­tam” znaj­dują się teraz w ustach budzą­cej grozę pro­ku­ra­tor. Pod­świa­do­mie sły­szę, jak stra­szy mnie nimi, pro­wa­dząc śledz­two. W dodatku nawet pod­czas prze­słu­cha­nia, nie powie­dzia­łam jej całej prawdy. Prawdy, którą teraz chcę ujaw­nić naczel­ni­kowi.

Popy­cham lekko uchy­lone drzwi, cicho pukam, a on, kiedy tylko mnie zauważa, ener­gicz­nym gestem zapra­sza do środka. Nie wiem, jak to robi, że wciąż potrafi się uśmie­chać.

– Mogę na chwilkę? – pytam.

– Śmiało, póki jesz­cze nie porwali mnie na spo­tka­nia – odpo­wiada pogod­nie. Poka­zuje, żebym zamknęła drzwi. – Co tam?

Chcę od razu przejść do rze­czy, ale pierw­sze słowa przy­cho­dzą mi naj­trud­niej, nawet wtedy, kiedy jestem zde­cy­do­wana.

– Mogę usiąść? – Mimo że wcale tego nie potrze­buję, przy­cho­dzi mi do głowy, iż w ten spo­sób dam sobie jesz­cze kil­ka­na­ście sekund na zebra­nie myśli.

– Pew­nie… jak się masz?

– Okej – odpo­wia­dam. Sia­dam i przy­su­wam się do biurka. Będę mówić cicho.

Naczel­nik Mar­czuk nie patrzy na mnie. Prze­rzuca wzrok z ekranu na kla­wia­turę.

– Cho­lera – prze­klina pod nosem i widzę, jak kasuje część tek­stu. – Już koń­czę, jesz­cze tylko jedno zda­nie.

Po chwili klika ostatni raz i odwraca się do mnie. Odzy­wam się, nie cze­ka­jąc już dłu­żej.

– Panie naczel­niku, muszę panu coś powie­dzieć. Powin­nam to chyba zro­bić dawno temu.

– To zna­czy?

– Cho­dzi o biskupa Wal­tera… Pan wie, że został oczysz­czony z zarzu­tów…

– Tak, wczo­raj wyszedł z aresztu. Ale co ty masz z tym wspól­nego, Anka?

– Ja zna­łam te kobiety, roz­ma­wia­łam z nimi – mówię pra­wie szep­tem, tak jak zamie­rza­łam.

– Jakie kobiety? Te, które wyko­rzy­sty­wał?

– Tak, te, które wyco­fały swoje oskar­że­nia, nagle zmie­niły zda­nie.

– No i co w związku z tym? Jakie to ma zna­cze­nie, że je zna­łaś?

– Pamięta pan na pewno te ano­ni­mowe listy, które dosta­wał komen­dant Wal­ter w zeszłym roku…

Pochyla się, mimo­wol­nie popra­wia prze­dzia­łek.

– Anka, a skąd ty w ogóle o nich wiesz? – Na jego twa­rzy maluje się zdu­mie­nie. – Prze­cież poza mną i Jur­kiem…

– Bo to ja je wtedy pisa­łam – odsła­niam całą prawdę. Kłam­stwa przy­nio­sły śmierć. Chcę wie­rzyć, że prawda to zmieni.

Otwiera sze­rzej oczy. Dotych­cza­sowe zasko­cze­nie zastę­puje cał­ko­wity szok.

– Ty je pisa­łaś… – powta­rza, jakby chciał usły­szeć to raz jesz­cze.

– Ja – potwier­dzam i żeby zabić ciszę, któ­rej się boję, zaczy­nam opo­wia­dać wszystko ze szcze­gó­łami. O mszy, na któ­rej pierw­szy raz zoba­czy­łam Aldonę, dziew­czynę w czer­wo­nej bluzce, i pozna­łam jej los z ust wścib­skich przy­ja­ció­łek. O tym, jak wiele dowie­dzia­łam się od sio­stry Miriam i o zmo­wie mil­cze­nia, która pano­wała od dawna. O stra­chu, jaki trawi księży i zakon­nice. Powie­dzia­łam, w jaki spo­sób, wraz z doku­men­tami do pod­pisu, pod­rzu­ca­łam listy komen­dan­towi.

Po ciszy, która i tak musiała nastą­pić, naczel­nik wypo­wiada słowa, po któ­rych czuję dygot na całym ciele, taki sam, jaki czuję przy każ­dej modli­twie.

– To od cie­bie się to wszystko zaczęło – stwier­dza i nabiera powie­trza, by kon­ty­nu­ować. – Jasny gwint… zawsze zasta­na­wia­łem się, co by było, gdyby Jurek nie dostał tych listów. Czy dowie­działby się o tym, co robi jego brat. Czy w ogóle odkry­li­by­śmy, co przy­da­rzyło się Ali­cji Dryl­skiej… – prze­rywa nagle. Zmie­szany patrzy na mnie, jakby spraw­dzał, czy znam to nazwi­sko.

– Ali­cji Dryl­skiej? – pytam, nie wie­dząc, o kogo cho­dzi.

– Nie­ważne. Zostaw to – ucina. – Powiedz mi lepiej, czemu aku­rat teraz mówisz mi o tym, co zro­bi­łaś?

– Pomy­śla­łam, że może to mieć jakieś zna­cze­nie, że to wszystko jest być może ze sobą powią­zane, być może będzie to dla was jakaś wska­zówka, cokol­wiek, nie wiem… A poza tym jestem wście­kła i zbul­wer­so­wana tym, że biskup wyszedł na wol­ność. Nie mogę tego zro­zu­mieć. Chcia­ła­bym coś zro­bić…

– Lichota wie o listach?

– Nie wie. – Prze­ły­kam ślinę.

– Nie pytała o tę kwe­stię na prze­słu­cha­niu?

– Nie wie – powta­rzam. – Wtedy uzna­łam, że to nie ma zna­cze­nia.

Rozu­mie mój prze­kaz. Ner­wowo pociera czoło.

– Panie naczel­niku, ja chcia­łam dobrze, czu­łam, że poma­gam. Ktoś musiał zadzia­łać w imie­niu tych kobiet. Tak sobie myślę, że może te wszyst­kie sprawy są jakoś połą­czone. Te mor­der­stwa, znik­nię­cie naszego komen­danta, biskup na wol­no­ści…

– Anka, ty nie jesteś od tego! Nie myśl o tym! I tak sporo już nabro­iłaś – unosi się, a chwilę póź­niej ner­wowo śmieje. – Cho­lera, jak się tak dobrze zasta­no­wić, to zawsze mia­łaś klucz do wszyst­kiego! Tamte ano­nimy, potem ten list od Oruby…

– Ja nie sądzi­łam…

– Dobra, dobra. Prawa nie zła­ma­łaś. Po pro­stu nikomu nawet do głowy nie przy­szło, że możesz coś wie­dzieć. A ty się na przy­szłość zasta­nów, czy warto mieć takie tajem­nice. I nie rób z sie­bie super­bo­ha­terki w prze­bra­niu asy­stentki komen­danta. Zobacz, do czego to pro­wa­dzi!

„Super­bo­ha­terki”, śmieję się w duchu na dźwięk słowa, któ­rym kie­dyś sama sie­bie okre­śla­łam.

– Chcia­ła­bym, żeby Sta­ni­sław Wal­ter odpo­wie­dział za swoje czyny. Może cho­ciaż teraz mogę coś zro­bić. Mogę dotrzeć do tych kobiet, może je prze­ko­nać, że warto dalej wal­czyć.

– Nie mie­szaj się w to! Poza tym… prze­cież nie ta sprawa jest teraz naj­waż­niej­sza, prawda?

– A co, jeśli jest? Prze­cież tego nie wiemy – ośmie­lam się skon­tro­wać. Zaska­kuję go kolejny raz w ciągu ostat­nich kilku minut.

– Anka, bo się pognie­wamy! Nie znasz prze­biegu postę­po­wa­nia ani żad­nych usta­leń i naj­le­piej będzie, jeśli tak pozo­sta­nie. Ostatni raz powta­rzam, nie mie­szaj się. Dzię­kuję za infor­ma­cję o listach, sko­rzy­stamy z niej, jeśli uznamy to za słuszne. Masz moją gwa­ran­cję, że nie użyję tej wie­dzy prze­ciwko tobie. Ale trzy­maj się z dala od śledz­twa i rób swoją robotę. Lichota i tak patrzy ci na ręce, nie sądzisz?

– Okej, ale jedno chcia­ła­bym wie­dzieć – odpo­wia­dam.

Wzdy­cha, jakby miał mnie już dosyć.

– Co takiego?

Decy­duję się pod­jąć ryzyko po raz ostatni w tej roz­mo­wie. Naj­wy­żej wyjdę bez odpo­wie­dzi. Czuję jed­nak, że muszę spró­bo­wać. Jego wcze­śniej­sza reak­cja dała mi do myśle­nia.

Chcę widzieć i sły­szeć wię­cej. Chcę wie­dzieć i rozu­mieć. Ponow­nie czuję mro­wie­nie pod skórą. Teraz jed­nak odbie­ram je pozy­tyw­nie, jak sygnał od Pana.

To ode mnie wszystko się zaczęło. To ja nio­słam świa­tło.

Ja, Anna Sztern. „Pani Ania”.

– Prawda za prawdę, panie naczel­niku. Kim jest Ali­cja Dryl­ska?

Roz­dział 3

Ali­cja

pią­tek, 11 wrze­śnia 2015

Sza­ro­sine wrze­śniowe niebo wygrało walkę z pro­mie­niami słońca. Żaden z nich nie zdo­łał się prze­bić przez gęstą war­stwę chmur. Cał­ko­wity zmrok zapadł nad Sztok­hol­mem jesz­cze przed dzie­więt­na­stą. Aura spra­wiła, że Ali­cja Dryl­ska wolała pozo­stać w domu, odpu­ściła sobie nawet spa­cer z Helen. Córeczka od rana popła­ki­wała i była czymś roz­draż­niona. Tak jakby nie­mowlę pod­świa­do­mie rozu­miało, że mama pod­jęła decy­zję i zamie­rza oznaj­mić ją tacie. Helen po raz pierw­szy w swoim krót­kim życiu poczuła, jak cięż­kie powie­trze wdziera się do przy­tul­nego i cie­płego wnę­trza, psu­jąc i zagęsz­cza­jąc atmos­ferę.

Deszcz zaczął kro­pić tuż po zmierz­chu. Po dwóch godzi­nach przy­brał na sile i wraz z lek­kim wia­trem cicho szu­miał za oknem. Jesień na dobre zago­ściła w sto­licy Szwe­cji.

Ali­cja wbiła kolana w miękką poduszkę kanapy, prze­wie­siła się przez opar­cie i nie­mal poło­żyła na sze­ro­kim para­pe­cie, ukła­da­jąc brodę na zewnętrz­nej stro­nie dłoni. Kro­ple mia­rowo stu­kały w bla­chę po dru­giej stro­nie szyby. Przez kilka chwil Ali­cja naśla­do­wała ten rytm cichymi ude­rze­niami pal­ców. Zamknęła oczy i wyłą­czyła się, wsłu­chu­jąc się w swój wewnętrzny głos.

– Uspo­ko­iła się – powie­dział Hen­rik, wyry­wa­jąc ją z zadumy. – Może zaśnie.

Ali­cja odwró­ciła się. Ogar­nęła wzro­kiem prze­stronny salon. Połą­czona z nim kuch­nia, z powodu bie­gną­cych w ścia­nach rur, znaj­do­wała się pół metra wyżej. Dwa drew­niane schodki, roz­cią­ga­jące się na całą dłu­gość pomiesz­cze­nia, doda­wały wnę­trzu nowo­cze­sno­ści i stylu. Poza tym w środku pano­wał bała­gan i chaos, wła­ściwy dla miesz­kań mło­dych rodzi­ców, z któ­rych jedno było w dodatku wiecz­nie roz­tar­gnio­nym arty­stą. Pośrodku salonu stał wózek, przez który, nie wie­dzieć czemu, Hen­rik nie­dbale prze­rzu­cił swój sza­lik. Na sto­sach kar­tek, teczek i innych tajem­ni­czych dla Ali­cji doku­men­tów spo­czy­wała butelka z mle­kiem. Żeby posta­wić ją bez­po­śred­nio na bla­cie, musia­łaby zrzu­cić wszyst­kie papiery na pod­łogę. Już dawno się pod­dała i prze­stała pro­sić Hen­rika o to, by nie wyno­sił swo­jej pracy poza gra­nice gabi­netu. Sama nie jestem lep­sza, pomy­ślała. Wie­działa, że dwa otwarte lap­topy – jeden na pod­ło­dze, drugi (o zgrozo!) na prze­wi­jaku – i kilka pomię­tych gazet na kana­pie to jej dzieło. Przyj­rzała się jed­nemu z kom­pu­te­rów i ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że wciąż leci na nim jakiś film. Widocz­nie wyci­szyła dźwięk, zamiast zatrzy­mać odtwa­rza­nie. Sobie mogła rów­nież przy­pi­sać pie­lu­chy wysy­pu­jące się z roze­rwa­nej paczki na jadal­nia­nym stole.

Mała Helen zdo­mi­no­wała ich życie. I mimo że córeczka była dla praw­niczki naj­waż­niej­sza na świe­cie, to nie tylko ona pochła­niała jej myśli. Nad­cho­dząca jesień, wci­ska­jąca swój mokry jęzor do wnę­trza, przy­po­mniała Ali­cji o dniach, w któ­rych każda ze spa­da­ją­cych z nieba kro­pel spra­wiała jej ból. Wia­do­mo­ści z Czę­sto­chowy, które ostat­nio bacz­nie śle­dziła w tajem­nicy przed swym part­ne­rem, przy­po­mi­nały jej, że od pew­nych spraw w swoim życiu ni­gdy nie uciek­nie. Że jed­nej z nich ni­gdy nie zamknęła.

– Puk, puk, kocha­nie. Jesteś tutaj ze mną? – Hen­rik pod­szedł bli­żej i uważ­nie się jej przy­pa­try­wał.

– Tak… tak… jestem – odpo­wie­działa, na powrót kon­cen­tru­jąc się na ich małym świe­cie. – Mówisz, że zasnęła?

– Powie­dzia­łem tylko, że się uspo­ko­iła – odparł nieco zdzi­wiony.

– Nie wiem, jak to robisz, że przy tobie zawsze prze­staje pła­kać – wes­tchnęła.

– Ali­cja, a gdzie ty byłaś przed chwilą? Bo na pewno nie tutaj, z nami. – Lekko się uśmiech­nął. – Prak­ty­ko­wa­łaś jedną z two­ich słyn­nych eks­pre­so­wych drze­mek z otwar­tymi oczami?

Chcia­łaby mu powie­dzieć, że tak było. Wzięła jed­nak głę­boki wdech i oznaj­miła coś innego.

– Muszę z tobą poroz­ma­wiać, Hen­rik. – Zabrzmiało to poważ­niej, niż pla­no­wała.

Usiadł koło niej i pod­cią­gnął rękawy bluzy. Patrzył na nią prze­ni­kli­wie, z tro­ską, tak jakby samym tym patrze­niem chciał jej pomóc pora­dzić sobie z tym, co ją gry­zie, czym­kol­wiek by to było.

– Whaz­zup? – powie­dział, naśla­du­jąc reklamę, z któ­rej nie­dawno śmiali się do łez. Poczuła się dziw­nie, wie­dząc, że za chwilę zepsuje mu humor.

– Sta­ni­sław Wal­ter został oczysz­czony z zarzu­tów – wystrze­liła.

Uśmiech znik­nął mu z twa­rzy. Chciał odpo­wie­dzieć od razu, ale nie potra­fił. Nie był przy­go­to­wany na roz­mowę na ten temat. Widać było, że zabra­kło mu słów w każ­dym z trzech języ­ków, w któ­rych się komu­ni­ko­wali. Oparł się i zało­żył ręce za głowę.

– Czy­ta­łam w czę­sto­chow­skiej gaze­cie… – Czuła, że musi prze­rwać ciszę.

– Wra­casz do tego? – spy­tał cicho.

– No, tak jakby…

– Ale po co ci to? – zapy­tał, patrząc przed sie­bie, w jeden punkt na ścia­nie.

Chwy­ciła go za rękę.

– Hen­rik, prze­cież wiesz, że nie wra­cam… tak naprawdę to zawsze ze mną jest…

– Okej, to rozu­miem, to oczy­wi­ste. Minęło zbyt mało czasu.

– No wła­śnie… dzie­sięć mie­sięcy.

– Tak. Ale nie poj­muję, co tak naprawdę chcesz mi powie­dzieć. Dowie­dzia­łaś się, że biskup unik­nął kary. I co?

Teraz wzięła głę­boki wdech.

– I chcę ujaw­nić prawdę. Chcę go oskar­żyć.

– Co? Är du galen?! – pod­niósł głos, pomie­szał języki. Robił tak zawsze wtedy, kiedy się iry­to­wał.

Zdała sobie sprawę, że wła­ści­wie ni­gdy nie zacho­wał się tak w sto­sunku do niej.

– Nie, Hen­rik, nie zwa­rio­wa­łam. Biję się z myślami od wczo­raj. Mia­łam wolną chwilę, odpa­li­łam kom­pu­ter i weszłam na stronę gazety. Bez żad­nego zamiaru, bez planu. Nie bój się, nie jestem maso­chistką i nie szu­kam new­sów o bisku­pie. Ale to był jeden z pierw­szych arty­ku­łów. Prze­czy­ta­łam. I od tego czasu nie mogę o nim zapo­mnieć.

– To zapo­mnij! – naka­zał jej, jakby to mogło odnieść jaki­kol­wiek sku­tek.

– Krew się we mnie zago­to­wała, Hen­rik! Wście­kłam się! – Ona rów­nież się unio­sła. – I jeśli się boisz, że wszystko nagle wró­ciło, to nie­stety tak jest!

– I co? – Przy­su­nął się do niej. – Co dokład­nie zamie­rzasz z tym zro­bić? Chcesz tam wró­cić czy jak? Co to, do licha, zna­czy, że chcesz go oskar­żyć?

– Wszyst­kie kobiety wyco­fały pozwy. Pew­nie im zapła­cił czy coś. Jest wolny. Czy­sty jak łza, rozu­miesz?! A mnie kasą nie prze­kona. Ja sama zade­cy­do­wa­łam, że zamy­kam sprawę.

– Zade­cy­do­wa­li­śmy! To była wspólna decy­zja, pamię­tasz? – pra­wie krzyk­nął. Spoj­rzeli w stronę łóżeczka. Nie dobiegł stam­tąd żaden głos. – Mamy spo­kój, dobre życie, dziecko, nasz świat! I teraz chcesz to zbu­rzyć? Chcesz wpu­ścić tu Wal­tera raz jesz­cze?

– A ty chcesz, żeby ten gwał­ci­ciel cho­dził wolno po uli­cach? Nie wku­rza cię to?

– Wku­rza, uwierz mi, że gdy­bym mógł, udu­sił­bym go gołymi rękami. Cza­sem jak piszę mocną scenę, to wyobra­żam sobie, że mój boha­ter mor­duje wła­śnie jego. Też muszę sobie z tym jakoś radzić, Ala!

– A ja sobie z tym nie radzę! – Ude­rzyła dło­nią w udo i wstała. – I nie mam wyima­gi­no­wa­nych postaci i wymy­ślo­nych świa­tów, w któ­rych mor­duję, kogo chcę!

– Ale masz Emmę – odparł, wspo­mi­na­jąc o tera­peutce.

– Wiem, ale to jest pro­ces. To nie działa tak, że poga­dam sobie z nią raz na tydzień i będę jak nowa. I wiesz co jesz­cze? Jej nie zgwał­cili, ona nie wie, jak to jest. Sama mówi, że jest dla mnie tylko ścianą, od któ­rej odbi­jam naj­gor­sze z emo­cji. Pró­buję się przy­zwy­czaić do ich obec­no­ści. Wszystko, co naj­waż­niej­sze, dzieje się we mnie, w środku!

– Masz mnie… – odparł. – Jestem, zawsze…

– Wiem, słońce, wiem – rów­nież ści­szyła głos. Helen zaczęła gry­ma­sić. – I jesteś dla mnie naj­waż­niej­szy. Ty i Helen. Ale to, co się stało, to też jest część mnie, część mojego życia… naszego życia, Hen­rik.

– Tę część zamknę­li­śmy…

– Naj­wi­docz­niej nie do końca. Nie ja. Tylko myśla­łam, że mi się udało.

– Ali­cja… – zawie­sił głos, pod­niósł się i sta­nął koło niej. – Aluś, Alice, skar­bie… wiesz, że powrót do sprawy Wal­tera to nie jest jedy­nie powrót do tego, co ci zro­bił, prawda? Zda­jesz sobie z tego sprawę? – Spoj­rzał jej w oczy. Kiw­nęła głową, ale on kon­ty­nu­ował: – Nie wia­domo, do czego może dopro­wa­dzić oskar­że­nie biskupa. A jak pod­nie­sie kwe­stię znik­nię­cia Juliana? – Wypo­wia­da­jąc ostat­nie słowa, uczy­nił sym­bol cudzy­słowu w powie­trzu. – Myślisz, że jego brat, ten glina, znowu ci pomoże?

– Nie pomoże.

– O! Czyli jest jesz­cze coś, o czym mi nie mówisz!

– On znik­nął.

– Jak to znik­nął? Uciekł, roz­pły­nął się w powie­trzu, wypa­ro­wał?

– Nikt nie wie, co się stało. Był czło­wiek i nie ma czło­wieka. Wszyst­kie media w Pol­sce o tym huczą. Pew­nie gdy­by­śmy mieli czas na prze­glą­da­nie netu i oglą­da­nie tele­wi­zji, to dowie­dzie­li­by­śmy się o tym i ze szwedz­kich mediów. Agu­ero mi tro­chę opo­wie­dział…

– I naprawdę chcesz się w to pako­wać? Pomyśl tylko!

– Myślę, Hen­rik! Może, kurwa, ni­gdy nie prze­sta­łam myśleć! Chciał­byś, żeby to było takie pro­ste, ale to nie jest pro­ste! – powie­działa to na tyle gło­śno, że Helen posta­no­wiła włą­czyć się do dys­ku­sji. Mała zaczęła pła­kać.

– Świet­nie… – mruk­nął Hen­rik.

Ali­cja pod­nio­sła córeczkę i przy­tu­liła do piersi.

– I co ci to wszystko da? – spy­tał. – Spra­wie­dli­wość? Czy po pro­stu chcesz, żeby coś się działo? Powiedz, bo ja, do cho­lery, nie rozu­miem!

– Nie wiem! Nie wiem, co mi to da, ale wiem, że chcę to zro­bić. Czuję, że muszę. Z każdą godziną coraz bar­dziej.

Hen­rik poki­wał głową. Był bar­dzo zde­ner­wo­wany.

– Nie godzę się na to – powie­dział. – Rozu­miesz? Ja-się-na-to-nie-go-dzę – dokoń­czył, sta­wia­jąc akcent na każ­dej syla­bie ostat­niego zda­nia. Minął ją bez słowa i wyszedł do przed­po­koju.

Patrzyła, jak wkłada buty, płaszcz i wycho­dzi z miesz­ka­nia.

– Prze­myśl to – rzu­cił jesz­cze, sto­jąc w drzwiach.

Chwilę potem pode­szła do okna i patrzyła, jak ner­wowo kręci się pod budyn­kiem, mok­nąc w stru­gach desz­czu.

Helen prze­stała pła­kać, ale wciąż była nie­spo­kojna. Ali­cja deli­kat­nie gła­skała córeczkę po gło­wie.

– Wszystko będzie dobrze. Mamu­sia wszystko prze­my­ślała – powie­działa do niej i poca­ło­wała ją w poli­czek.

Dziecko zła­pało palec matki i ści­snęło naj­moc­niej w swoim życiu.

Frag­ment pro­to­kołu z prze­słu­cha­nia Zenona Dryły

Data: ponie­dzia­łek, 31.08.2015, godzina 10.30

Prze­słu­chu­jąca: pro­ku­ra­tor Edyta Lichota

Obecny: Leszek Hara­tyk

Zenon Dryła: Jak długo to potrwa?

Edyta Lichota: Tak długo, aż skoń­czymy, panie Dryła.

Zenon Dryła: O dwu­na­stej pro­wa­dzę zaję­cia. Jeśli mie­li­by­śmy się nie wyro­bić, to wolał­bym to wie­dzieć teraz. Muszę zadzwo­nić i odwo­łać. Prze­pro­sić…

Edyta Lichota: Nikogo nie musi pan prze­pra­szać. Zdą­żymy.

Zenon Dryła: No, mam nadzieję.

Edyta Lichota: Panie Dryła, pro­szę powie­dzieć, co robił pan dwu­dzie­stego pierw­szego lipca tego roku.

Zenon Dryła: Nie rozu­miem. Jak to, co robi­łem?

Edyta Lichota: Pro­szę nam po pro­stu opo­wie­dzieć, jak prze­bie­gał ten dzień.

Zenon Dryła: Prze­cież już wam o tym opo­wia­da­łem! Znowu każe­cie mi wra­cać do tam­tych dni?! Serca nie macie, cho­lera?

Edyta Lichota: Taką mamy pracę. Zresztą ze mną pan jesz­cze nie roz­ma­wiał. Pro­szę mówić. Szyb­ciej skoń­czymy.

Zenon Dryła: To był nor­malny dzień. Nic szcze­gól­nego. Do osiem­na­stej byłem w mojej szkole tenisa. Potem wró­ci­łem do domu i spę­dzi­łem wie­czór z żoną. I tyle.

Edyta Lichota: A pana syn? Co on wtedy robił?

Zenon Dryła: (wes­tchnię­cie, długa pauza) O pięt­na­stej miał przyjść na mały spa­ring z kolegą, ale się nie sta­wił. Dzwo­ni­łem do niego, ale nie odbie­rał. Zresztą ten kolega też pró­bo­wał i nic. Nie mia­łem czasu się tym przej­mo­wać, pomy­śla­łem, że poga­dam z nim następ­nego dnia. Bo wie­cie, on wie­czo­rami to w pubie pra­cuje i późno wraca… (pauza)… wra­cał… zanim to się stało… kurwa…

Edyta Lichota: Potem już pan do niego nie dzwo­nił?

Zenon Dryła: Nie. A co? Jesz­cze tego nie wie­cie? Prze­cież chyba spraw­dzi­li­ście już bil­lingi, co nie? Rano się dowie­dzia­łem, co się stało. Od was zresztą!

Edyta Lichota: Pro­szę odpo­wia­dać na pyta­nia.

Zenon Dryła: Trzy­ma­cie mnie tu jak jakie­goś podej­rza­nego!

Edyta Lichota: Nikt nie powie­dział, że jest pan podej­rzany.

Zenon Dryła: Ale tak się czuję!

Edyta Lichota: A ma pan powody?

Zenon Dryła: Zwa­rio­wała pani?!

Edyta Lichota: Zadam pyta­nie ina­czej. Czy mamy powody, żeby trak­to­wać pana jak podej­rza­nego w spra­wie mor­der­stwa pań­skiego syna i trzech innych osób?

Zenon Dryła: Nie, nie macie!

Edyta Lichota: Czy mówi panu coś nazwi­sko Filip Kań­ski?

Zenon Dryła: Nie.

Edyta Lichota: Kry­stian Kubera?

Zenon Dryła: Też nie.

Edyta Lichota: A takie nazwi­ska, jak Arka­diusz Mar­czyń­ski, Jan Kubera i Artur Kań­ski coś panu mówią?

Zenon Dryła: Nie, nic mi nie mówią.

Edyta Lichota: Szybko pan odpo­wiada. Niech się pan tak nie spie­szy, zdąży pan na zaję­cia o dwu­na­stej. Pro­szę się jesz­cze raz zasta­no­wić, jest pan cał­ko­wi­cie pewien, że nie zna pan tych osób?

Zenon Dryła: Tak, jestem cał­ko­wi­cie pewien.

Edyta Lichota: I ni­gdy pan ich nie widział?

Zenon Dryła: Skoro ich nie znam, to ich nie widzia­łem, to chyba logiczne, prawda?

Edyta Lichota: To cie­kawe, bo ponoć ktoś widział was razem.

Zenon Dryła: Kpi sobie pani ze mnie, pani pro­ku­ra­tor? Czy to jeden z waszych testów?! Kim w ogóle jest ten czło­wiek obok pani?! Dostał zada­nie, żeby się nie odzy­wać czy co?

Edyta Lichota: Leszek Hara­tyk, kolega z pracy.

Zenon Dryła: I kim jest pan Leszek?

Edyta Lichota: Kolegą z pracy.

Zenon Dryła: Pięk­nie się pan uśmie­cha pod nosem, panie kolego. Jakby co, z panem też mogę poroz­ma­wiać. Jak widać kon­wer­sa­cja z panią pro­ku­ra­tor śred­nio mi wycho­dzi.

Edyta Lichota: Idzie nam cał­kiem nie­źle, panie Dryła. Wróćmy do pana kole­gów, na pewno się nie zna­cie?

Zenon Dryła: Nie… nie znamy się.

Edyta Lichota: A może kie­dyś się zna­li­ście?

Zenon Dryła: Chyba w innym życiu, bo w tym to raczej nie pamię­tam.

Edyta Lichota: Pro­szę nam opo­wie­dzieć o inte­re­sach, które pro­wa­dził pan w latach dzie­więć­dzie­sią­tych.

Zenon Dryła: To zna­czy?

Edyta Lichota: Han­dlo­wał pan z Rosja­nami.

Zenon Dryła: Ow­szem, ale co to ma do rze­czy?

Edyta Lichota: To się jesz­cze okaże. Co pan dokład­nie robił?

Zenon Dryła: Sprze­da­wa­łem wyroby ze stali, tak zwane „nie­rdzewki”. Naroż­niki, płyty, takie tam.

Edyta Lichota: Docho­dowy biz­nes, co nie?

Zenon Dryła: Nie narze­ka­łem.

Edyta Lichota: To czemu pan zmie­nił zaję­cie?

Zenon Dryła: Bo prze­sta­łem być kon­ku­ren­cyjny. Nie tylko w Czę­sto­cho­wie jest huta.

Edyta Lichota: I prze­rzu­cił się pan na tenis.

Zenon Dryła: Gra­łem od dziecka. Potem posta­no­wi­łem zająć się tym zawo­dowo. Otwo­rzy­łem wła­sną szkołę.

Edyta Lichota: Na tym też da się zaro­bić?

Zenon Dryła: Da się.

Edyta Lichota: Bingo Bistro i restau­ra­cja Zakwasy to pana knajpy, prawda?

Zenon Dryła: Ow­szem.

Edyta Lichota: Tylko pogra­tu­lo­wać. Muszę się tam kie­dyś wybrać.

Zenon Dryła: Zapra­szam. Pani kole­dzy już nas odwie­dzali.

(Pro­ku­ra­tor Edyta Lichota wyj­muje zdję­cie i poka­zuje je prze­słu­chi­wa­nemu).

Edyta Lichota: A zna pan to miej­sce?

Zenon Dryła: Klub Tori?

Edyta Lichota: Czyli zna pan.

Zenon Dryła: Chyba każdy zna.

Edyta Lichota: Był pan tam kie­dyś?

Zenon Dryła: Kie­dyś byłem. Dawno temu. Wtedy to jesz­cze był Wakans.

Edyta Lichota: Z kole­gami pan cho­dził?

Zenon Dryła: Samemu do Wakansu to tylko kurwy cho­dziły, pani pro­ku­ra­tor. (śmiech) Ow­szem, cho­dzi­łem tam ze zna­jo­mymi. Kole­gami, kole­żan­kami…

Edyta Lichota: A czy był pan tam z Arka­diu­szem Mar­czyń­skim, Janem Kuberą i Artu­rem Kań­skim?

Zenon Dryła: Jesz­cze raz pani mówię, że nie znam i nie zna­łem tych osób.

Edyta Lichota: Ma pan świa­do­mość, że tutaj trzeba mówić prawdę?

Zenon Dryła: Całą prawdę i tylko prawdę, jak na spo­wie­dzi, pani pro­ku­ra­tor. (śmiech)

Edyta Lichota: A jak pan myśli, czemu zgi­nął pana syn?

Zenon Dryła: (pauza) Zna­lazł się w złym miej­scu w złym cza­sie. Miał pecha, że aku­rat w pobliżu tego poje­ba­nego rzeź­nika! Pew­nie aku­rat wtedy, kiedy ten szu­kał kogoś do zarżnię­cia. Sta­wiam, że mój Kon­rad był ide­al­nym celem. Nie znam bar­dziej roz­tar­gnio­nej osoby niż on. Cały czas z łbem w komórce. Zde­rzyłby się z samym dia­błem, zanim w ogóle by zauwa­żył, że wszedł do pie­kła. Pew­nie tak samo napa­to­czył się temu Zeltowi. W ogóle to zamiast tra­cić czas na tę bez­pro­duk­tywną roz­mowę, powin­ni­ście go szu­kać!

Edyta Lichota: To prze­słu­cha­nie nie prze­szka­dza nam w poszu­ki­wa­niu Doriana Zelta.

Zenon Dryła: Coś słabo wam idzie. A swo­jego komen­danta też szu­ka­cie?

Edyta Lichota: A co? Wie pan, gdzie on jest?

Zenon Dryła: Ja? A skąd ja mam to wie­dzieć? Śmie­szy mnie tylko to, że sami sie­bie nie umie­cie ochro­nić.

Edyta Lichota: Skoro już jeste­śmy przy komen­dan­cie Jerzym Wal­te­rze. To też był pana zna­jomy, prawda?

Zenon Dryła: No teraz to pani prze­szła samą sie­bie! Takiego absurdu dawno nie sły­sza­łem!

Edyta Lichota: A czy któ­ryś z pań­skich kole­gów go znał?

Zenon Dryła: Mówi pani o tych kole­gach, któ­rych nie znam, tak? A to pro­szę ich o to zapy­tać.

Edyta Lichota: Nie omiesz­kam, panie Dryła.

Zenon Dryła: Czy to wszystko, pani pro­ku­ra­tor? Mogę już iść?

Edyta Lichota: Tak, to wszystko. Bar­dzo panu dzię­kuję. Pro­szę mi wie­rzyć, że ta roz­mowa nie była bez­pro­duk­tywna, jak był pan łaskaw oce­nić. Wiele się od pana dowie­dzia­łam.

Zenon Dryła: Nie­zmier­nie mnie to cie­szy. Pro­szę już nas nie nękać. Potrze­bu­jemy z żoną spo­koju.

Edyta Lichota: Pro­szę pozdro­wić żonę. Sły­sza­łam od funk­cjo­na­riu­sza Sol­nicy, że bar­dzo ją pan chroni.

Zenon Dryła: Funk­cjo­na­riusz Sol­nica… co za postać! Jego też pro­szę pozdro­wić!

Edyta Lichota: Nie omiesz­kam. Dzię­kuję panu bar­dzo, panie Dryła. Prze­słu­cha­nie zakoń­czone, zdąży pan na zaję­cia.

Roz­dział 4

Sta­ni­sław

pią­tek, 11 wrze­śnia 2015

Sła­wo­mir Maj zatrzy­mał się na przy­stanku tuż przed budyn­kiem Trój­kąta. Włą­czył świa­tła awa­ryjne.

– Prze­jedź się gdzieś. Bądź w pobliżu – powie­dział Sta­ni­sław Wal­ter, wysia­da­jąc z samo­chodu.

– Ile to potrwa? – zapy­tał kanc­lerz.

– Tyle, ile będzie trzeba. – Biskup zatrza­snął drzwi.

Maj odje­chał chwilę póź­niej. Włą­czył się do ruchu, wymu­sza­jąc pierw­szeń­stwo. Dopiero po kilku minu­tach opa­no­wał wście­kłość, która naro­sła w nim po ostat­nich sło­wach prze­ło­żo­nego.

Nie­za­do­wo­le­nie kanc­le­rza nie sta­no­wiło dla Sta­ni­sława Wal­tera pro­blemu. Biskup czuł się wyśmie­ni­cie. Z wielu wzglę­dów nie mógł się wprost docze­kać nad­cho­dzą­cego spo­tka­nia. Przede wszyst­kim dla­tego, że będzie nie­spo­dzie­wane dla jego roz­mówcy i to on przej­mie nad nim pełną kon­trolę. Rów­nież dla­tego, że miał szczerą nadzieję, że ta roz­mowa przy­nie­sie mu nowe infor­ma­cje w spra­wie brata. Hie­rar­cha prze­jął się nagłym znik­nię­ciem Jerzego nie z tro­ski o jego los, ale dla­tego, że nie miał poję­cia, co się stało. Fakt, że nie wie­dział, co dzieje się z bra­tem i kto, jeśli w ogóle ktoś, stoi za jego zagi­nię­ciem, był dla biskupa sygna­łem, że mia­sto, o któ­rym kie­dyś wie­dział wszystko, teraz kryje przed nim tajem­nice. Miał świa­do­mość, że odzy­ski­wa­nie daw­nej pozy­cji musi potrwać. Trak­to­wał to jed­nak jak pro­ces, który prze­cież zawsze cenił bar­dziej niż osią­gnię­cie celu.

Kolej­nym kro­kiem było spo­tka­nie z naczel­ni­kiem wydziału kry­mi­nal­nego. Wcho­dząc do budynku komendy, zde­cy­do­wał, że każda spę­dzona tu chwila będzie dla niego przy­jem­no­ścią.

Satys­fak­cję przy­nio­sło mu już pierw­sze, prze­ra­żone spoj­rze­nie dyżur­nego funk­cjo­na­riu­sza.

Pochy­lił się do okienka i przed­sta­wił, przy­bie­ra­jąc ujmu­jąco miły wyraz twa­rzy.

– Tak, wiem, kim pan jest… to zna­czy ksiądz… ksiądz biskup oczy­wi­ście – zare­cho­tał głu­pio poli­cjant. – W jakiej spra­wie…

– Był­bym nie­zmier­nie wdzięczny, gdyby naczel­nik Marek Mar­czuk zna­lazł dla mnie teraz czas. – Uła­twił zada­nie dyżur­nemu, który spra­wiał wra­że­nie, jakby dokoń­cze­nie zda­nia było ponad jego siły. – Czy byłoby to moż­liwe?

– Już dzwo­nię, chwi­leczkę… – wydu­kał funk­cjo­na­riusz i wci­snął jedną z cyfr na apa­ra­cie.

– Gość do naczel­nika – powie­dział i po chwili jego twarz przy­brała kolor czer­wo­nej słu­chawki, którą przy­kła­dał do ucha. – Musi mieć czas… – syk­nął. Sta­ni­sław nie spusz­czał z niego wzroku. Obser­wa­cja bez­rad­no­ści wymie­sza­nej ze stra­chem przy­nio­sła mu kolejną por­cję rado­ści. – Biskup przy­szedł… – Poli­cjant odwró­cił się ple­cami do Wal­tera, jakby chciał się ukryć. – Tak, ten… – wes­tchnął. – No prze­cież mówię, że ten! – wykrzy­czał nagle. Potem mil­czał przez chwilę. Biskup cze­kał cier­pli­wie.

– Jest? Może? Okej! Prze­każę. Jasne. Dzięki… – Funk­cjo­na­riusz odwró­cił się i z widoczną ulgą zako­mu­ni­ko­wał: – Naczel­nik już idzie!

– Ser­decz­nie panu dzię­kuję – odparł Wal­ter.

Mar­czuk poja­wił się nie­całą minutę póź­niej. Spra­wiał wra­że­nie zakło­po­ta­nego nie­spo­dzie­wa­nym naj­ściem, co dla Sta­ni­sława sta­no­wiło trze­cią już przy­jem­ność pod­czas tej wizyty.

– Księże bisku­pie – powie­dział naczel­nik i już w pierw­szej chwili ner­wowo popra­wił prze­dzia­łek. – Zapra­szam za mną, wygod­niej będzie, jeśli poroz­ma­wiamy u mnie. Bo jak rozu­miem, biskup życzy sobie…

– Och tak, był­bym zaszczy­cony, gdyby naczel­nik poświę­cił mi kilka minut swo­jego cen­nego czasu.

Mar­czuk zapro­sił go do środka. Prze­mie­rzali kory­ta­rze w mil­cze­niu, aż do momentu, w któ­rym minęli ele­gancką kobietę w czar­nym kostiu­mie. Wycho­dziła aku­rat z jed­nego z poko­jów. Spoj­rzała na nich z zain­te­re­so­wa­niem. Wal­ter zauwa­żył gry­mas rysu­jący się na twa­rzy naczel­nika.

– Pozwolę sobie zatrzy­mać panów na chwilę – ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie kobieta i zro­biła dwa kroki w ich kie­runku. – Biskup Wal­ter, jeśli się nie mylę, prawda? – zaga­iła bez waha­nia.

– Zaiste – odparł duchowny.

– Tak sądzi­łam! Mam pamięć do twa­rzy, a twarz Waszej Eks­ce­len­cji okra­siła ostat­nio wiele por­tali. – Ciętą ripo­stą od razu poka­zała Wal­te­rowi, z kim ma do czy­nie­nia. Bez­ce­re­mo­nial­nie wycią­gnęła do niego rękę. – Pro­ku­ra­tor Edyta Lichota. Nie mie­li­śmy oka­zji się poznać – powie­działa. Uści­snął jej dłoń. Zano­to­wał, że była wąska i chłodna. – Uda­je­cie się, pano­wie, na roz­mowę? – zwró­ciła się do Mar­czuka.

– Tak, biskup wła­śnie zło­żył nam wizytę.

– Ow­szem, wyra­zi­łem nie­śmiałe życze­nie krót­kiego spo­tka­nia, a naczel­nik łaska­wie na nie przy­stał – dodał Wal­ter, odczu­wa­jąc ogromną satys­fak­cję z prze­sad­nie sztucz­nego tonu swej wypo­wie­dzi.

– Świet­nie! Mnie­mam więc, że będę mogła do panów dołą­czyć. Z chę­cią przy­słu­cham się tej roz­mo­wie. Szcze­rze mówiąc, to już dawno chcia­łam poznać księ­dza biskupa. – Na suro­wej twa­rzy pro­ku­ra­tor poja­wił się lekki uśmiech.

– Nie ma naj­mniej­szego pro­blemu, prawda, panie naczel­niku?

– Ależ oczy­wi­ście… – odparł zmie­szany Mar­czuk. – Zapra­szam do mnie. Czego się pań­stwo napi­je­cie?

– Bar­dzo dzię­kuję za tę miłą pro­po­zy­cję, sądzę jed­nak, że nasza roz­mowa wystar­cza­jąco mnie upoi. – Słowa biskupa spra­wiły, że twarz poli­cjanta wykrzy­wił gry­mas.

– Ja rów­nież podzię­kuję. Komi­sarz Sol­nica poczę­sto­wał mnie kawą dosłow­nie przed chwilą. Inną sprawą pozo­staje jej smak, ale prze­cież przede wszyst­kim liczą się chęci.

– W gabi­ne­cie mam wodę – dodał Mar­czuk.

– Woda wystar­czy. – Lichota zamknęła tę część roz­mowy.

Sta­ni­sław pomy­ślał, że nie­pla­no­wane spo­tka­nie zmieni nieco cha­rak­ter roz­mowy, którą chciał odbyć. Szybko doszedł jed­nak do wnio­sku, że może uczy­nić ją jesz­cze cie­kaw­szą.

– Kiedy to my się ostat­nio widzie­li­śmy, panie naczel­niku? – ode­zwał się, gdy już usie­dli. – Jeśli dobrze pamię­tam, to spo­tka­li­śmy się… – tu prze­rwał na moment, obda­rza­jąc roz­mów­ców sze­ro­kim uśmie­chem – …pod mostem. Nie­praw­daż?

Mar­czuk popra­wił się w fotelu. Wyglą­dało to tak, jakby nagłe ukłu­cie w pośla­dek zmu­siło go do gwał­tow­nego pod­nie­sie­nia się.

– Tak… dosko­nale biskup pamięta, miało miej­sce takie spo­tka­nie.

– Towa­rzy­szyło nam wtedy kilka osób, jeśli dobrze koja­rzę.

– Zga­dza się.

Lichota uważ­nie ich obser­wo­wała.

– Wody? – zapy­tał naczel­nik, się­ga­jąc po szklany dzba­nek sto­jący na skraju biurka. Nikt się nie ode­zwał, więc nalał tylko sobie. Jed­nym hau­stem opróż­nił połowę szklanki.

– Dobrze, że te upały się skoń­czyły – powie­dział.

Sta­ni­sław Wal­ter wie­dział, że stara się jakoś wypeł­nić moment nie­zręcz­nej ciszy. Nie zamie­rzał mu jed­nak uła­twiać zada­nia.

– Pamięta pan, że pod­czas naszego spo­tka­nia rów­nież nie bra­ko­wało wody?

– Lało jak z cebra, to prawda – odparł Mar­czuk.

– Widzę, że to był dla obu panów bar­dzo ważny dzień – wtrą­ciła się Lichota. Lekki uśmiech przy­lgnął do jej twa­rzy na dobre od momentu powi­ta­nia. Spo­glą­dała na nich posą­gowo, a Sta­ni­sła­wowi wyda­wało się, że nie mru­gnęła dotąd ani razu. Z uzna­niem pomy­ślał o jej pew­no­ści sie­bie. Nie wie­dzieć czemu, czerń jej źre­nic przy­po­mniała mu tę, którą ostatni raz widział w oczach Doriana Zelta.

– Ma pani cał­ko­witą rację, pani pro­ku­ra­tor. Czyta nas pani nie­mal jak otwartą księgę. Chyba musimy, że się tak wyrażę, zmniej­szyć nieco czcionkę, bo odszy­fruje pani wszystko, zanim zdo­łamy poroz­ma­wiać o tym, po co tu przy­sze­dłem.

– No wła­śnie, w jakiej spra­wie biskup do nas przy­szedł? – spy­tał Mar­czuk.

– Tak… – Wal­ter roz­ło­żył sze­roko ręce i ścią­gnął wargi. – Chyba nie będzie dla pań­stwa zasko­cze­niem, jeśli powiem, że chciał­bym mieć naj­śwież­sze infor­ma­cje o losie mojego brata. Nie wiem, czy wie­cie, że Jerzy to wła­ści­wie jedyna rodzina, jaką mam… poza oczy­wi­ście ogromną rodziną wier­nych die­ce­zjan, nad któ­rymi roz­ta­czam swą opiekę, będąc nie­jako wysłan­ni­kiem naszego Pana…

– Die­ce­zjan i die­ce­zja­nek, księże bisku­pie – dopo­wie­działa pro­ku­ra­tor. – W dzi­siej­szych cza­sach nie wypada zapo­mi­nać o żeń­skich for­mach. O kobie­tach w ogóle.

– Ależ ma pani cał­ko­witą rację, prze­pra­szam za ten mały lap­sus. Zapew­niam, że ni­gdy nie zapo­mi­nam o naszych die­cen­zjan­kach.

– Nie wąt­pię. – Lichota uśmiech­nęła się nieco sze­rzej, a Sta­ni­sław poczuł na ten widok przy­jemny dreszcz.

– Cie­szy mnie to – odparł. W peł­nej nie­do­po­wie­dzeń roz­mo­wie czuł się jak ryba w wodzie.

– Robimy wszystko, żeby odna­leźć Jerzego – stwier­dził Mar­czuk po chwili ciszy. – Mamy kilka tro­pów, nie­stety trudno nam mówić o szcze­gó­łach, nawet mimo pań­skiego oczy­wi­stego pokre­wień­stwa.

– Rozu­miem. – Wal­ter kiw­nął głową. – Pro­szę mi wyba­czyć śmia­łość pyta­nia, ale pozwolę sobie je jed­nak zadać. Dla­czego nie może pan zdra­dzić mi szcze­gó­łów?

– To stan­dar­dowa pro­ce­dura, wie­dza ope­ra­cyjna pozo­staje tajem­nicą orga­nów ści­ga­nia.

– Czyli, jeśli dobrze rozu­miem to, co chce mi pan powie­dzieć, nie wie­cie nic wię­cej ponad to, co można prze­czy­tać w gaze­tach, usły­szeć w pro­gra­mach infor­ma­cyj­nych bądź od naszych dro­gich wier­nych die­ce­zjan… i die­ce­zjanek. – Zro­bił mały ukłon w stronę Lichoty, która odpo­wie­działa mu tym samym.

Czę­ścią tego pro­cesu była gra. Wieczna gra czło­wieka z czło­wie­kiem. Bliź­niego przed bliź­nim. Lubił ją.

– Tego nie powie­dzia­łem. Wręcz prze­ciw­nie, wiemy coraz wię­cej. Jurek jest moim przy­ja­cie­lem, o czym ksiądz biskup z pew­no­ścią wie. Oso­bi­ście zależy mi na jak naj­szyb­szym jego odna­le­zie­niu. Jed­nak jeśli chce biskup wie­dzieć coś wię­cej, to my rów­nież będziemy zmu­szeni zadać kilka pytań.

– Co i tak zamie­rza­li­śmy uczy­nić – włą­czyła się Lichota. – Wie­dza Waszej Eks­ce­len­cji może oka­zać się bez­cenna zarówno dla mnie, jak i dla naczel­nika Mar­czuka. Mnie­mam, że ksiądz biskup nie ma nic prze­ciwko roz­mo­wie w for­mie prze­słu­cha­nia spi­sa­nego do akt sprawy.

– Zro­bię wszystko, co przy­służy się odna­le­zie­niu mojego brata – odpo­wie­dział i pierw­szy raz potarł kąciki ust. Posta­no­wił, że dal­sza część jego wypo­wie­dzi będzie miała inny ton i zabrzmi jak pre­ten­sja, nie­mal pogróżka. – Dro­dzy pań­stwo, bar­dzo sobie cenię prze­bieg naszej roz­mowy i wza­jemny sza­cu­nek, z jakim się do sie­bie odno­simy, ale wydaje mi się, że to taki płasz­czyk pozo­rów, pod któ­rym kryją się nie naj­lep­sze inten­cje. Bio­rąc powyż­sze pod uwagę, z przy­kro­ścią muszę stwier­dzić, że nie mogę tego zaak­cep­to­wać. Powiem więc, że jestem szcze­rze zdzi­wiony wszyst­kim, co dzieje się w mie­ście. Mam nadzieję, że posia­dają pań­stwo wystar­cza­jące kom­pe­ten­cje, by odna­leźć mojego brata, już nawet nie chcę doda­wać, że żywego, i to jak naj­szyb­ciej! – Tu zadrżał mu głos. Fakt, że nie uda­wał, sta­no­wił zasko­cze­nie rów­nież dla niego samego.

– Pro­szę się nie uno­sić, w śledz­two zaan­ga­żo­wani są naj­lepsi funk­cjo­na­riu­sze – Mar­czuk natych­miast odparł atak biskupa.

– To nie pierw­szy raz, kiedy ludzie zni­kają bez śladu w tym mie­ście, prawda, panie naczel­niku? – kon­ty­nu­ował Wal­ter, przy­wo­łu­jąc pozby­cie się Juliana.

– Co ksiądz biskup ma na myśli? – zapy­tał, nad wyraz pew­nie, poli­cjant.

– Już pan naczel­nik dobrze wie co. Ludzie zni­kają. Nie wie­dzieć czemu, naj­czę­ściej wła­śnie na pań­skiej war­cie.

– Są też tacy, któ­rzy nie zni­kają, tylko wyjeż­dżają, prawda? To aku­rat może być cza­sem zba­wienne. Choć prze­cież jakieś ślady zawsze pozo­stają…

– W ten spo­sób nie będziemy roz­ma­wiać, panie naczel­niku. – Wal­ter wstał i skie­ro­wał się w stronę drzwi. – Znajdź­cie mojego brata. Od tego jeste­ście! A nie od tego, żeby tuszo­wać ślady, któ­rych nie zdo­łał zatrzeć nawet deszcz!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki