Teraz zaśniesz - C.L. Taylor - ebook + audiobook
Opis

Siedmioro obcych. Siedem sekretów. Jedno zabójcze kłamstwo.

Anna marzy o tym, by zasnąć. Ale wyniszczająca bezsenność, lęki i prześladujące ją wspomnienia tamtej straszliwej nocy sprawiają, że to niemożliwe.

Gdyby tylko nie czuła się tak winna...

Aby uciec od dręczącej ją przeszłości, Anna przyjmuje posadę w hotelu na odległej szkockiej wyspie Rum. Kiedy jednak dołącza do niej siedmioro gości, to, co zdawało się ratunkiem przed światem, zamienia się w śmiertelnie przerażający koszmar.

Każdy z gości, którzy zatrzymali się w hotelu Bay View, skrywa jakąś tajemnicę. Nikt nie mówi prawdy o tym, kim jest i dlaczego znalazł się w tym miejscu. Wśród siedmiorga nieznajomych jest morderca.

Ma innych na oku.

Ktoś położy się spać i nigdy więcej się nie obudzi...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 5 min

Lektor: Anna Szawiel

Popularność


NIE LICZ NA TO, ŻE ZAŚNIESZ, DOPÓKI NIE SKOŃCZYSZ TEJ KSIĄŻKI.

A KIEDY JUŻ JĄ SKOŃCZYSZ… NIE ZAŚNIESZ TYM BARDZIEJ…

KTOŚ JEST BLISKO.

KTOŚ CIĘ OBSERWUJE.

KTOŚ NA CIEBIE CZYHA.

Zaśnij…

Anna marzy o tym, by zasnąć. Ale wyniszczająca bezsenność, lęki i prześladujące ją wspomnienie tamtej straszliwej nocy nie pozwalają jej zapaść w sen. Gdyby tylko nie czuła się tak winna…

Aby uciec od dręczącej ją przeszłości, Anna przyjmuje posadę w hotelu na szkockiej wyspie Rum. Kiedy jednak zjawia się tam siedmioro gości, to, co zdawało się ratunkiem przed światem, zamienia się w śmiertelnie przerażający koszmar.

Każde z nich ma własne powody, by się tam znaleźć. Ale jedno ma powód szczególny. Chce, by Anna zapadła w sen… taki, z którego już się nie obudzi.

Siedmioro obcych. Siedem tajemnic. Jedno zabójcze kłamstwo.

C.L. TAYLOR

Brytyjska pisarka pochodząca z Worcester. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Northumbrii. Po studiach mieszkała dwa lata w Londynie, a następnie trzynaście lat w Brighton. Obecnie mieszka wraz z partnerem i synem w Bristolu.

Karierę literacką rozpoczęła w 2005 roku od wielokrotnie nagradzanych opowiadań publikowanych w gazetach i magazynach dla kobiet, m.in. w „Sun day People” i „Sunday Express”. Jest autorką sześciu thrillerów psychologicznych, które stały się bestsellerami. Zdobyła Dead Good Books Reader Award w latach 2015, 2016, 2017 i 2018, Hearst Big Book Award w roku 2018 oraz Kobo Crime/Thriller w latach 2015 i 2016, a jej książki sprzedały się w łącznym nakładzie przekraczającym milion dwieście tysięcy egzemplarzy i zostały przetłumaczone na ponad dwadzieścia języków. Prawa do ekranizacji jednej z powieści (The Escape) kupiła firma producencka Feel Films, stojąca za sukcesem emitowanego przez BBC serialu Jonathan Strange i Pan Norrell.

cltaylorauthor.com

Tytuł oryginału:

SLEEP

Copyright © C.L. Taylor 2019 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2019

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © Stephen Mulcahey/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-7885-017-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Pamięci mojej pięknej przyjaciółki Heidi Moore

Umrzeć – usnąć –

I nic poza tym – i przyjąć, że sen

Uśmierza boleść serca i tysiące

Tych wstrząsów, które dostają się ciału

W spadku natury. O tak, taki koniec

Byłby czymś upragnionym.

Hamlet, akt III, scena 1William SzekspirPrzełożył Stanisław Barańczak

Rozdział 1

Jeśli to czytacie, to znaczy, że nie żyję. Ktoś prześladuje mnie od trzech miesięcy i jeżeli nie żyję, nie był to wypadek. Powiedzcie policji, żeby porozmawiała z moim byłym chłopakiem, Alexem Carterem, o tym, co wydarzyło się w Londynie. To tam wszystko się zaczęło.

Poniżej podaję listę osób, które przybyły na wyspę Rum w sobotę drugiego czerwca. Jestem niemal pewna, że zabiła mnie jedna z nich.

– Joe Armstrong

– Christine Cuttle

– Fiona Gardiner

– Trevor Morgan

– Malcolm Ward

– Melanie Ward

– Katie Ward

Ich rezerwacje i dane kontaktowe znajdziecie w laptopie w recepcji oraz w aktach medycznych w prawej szufladzie biurka. Wszystko, co wydarzyło się od ich przyjazdu (a także wcześniej), zapisałam na dołączonych kartkach.

Mam nadzieję, że tego nie czytacie. Mam nadzieję, że mój list leży pomięty na dnie kosza i że udało mi się uciec. Nie wiem, co jeszcze dodać. Proszę, powiedzcie moim rodzicom, że ich kocham, a Alexowi, że mam nadzieję, że nic mu nie jest i niech nie czuje się winny z powodu tego, jak potoczyły się sprawy. Żałuję, że w ogóle tu przyjechałam. Żałuję, że się zgodziłam Żałuję wielu rzeczy. Ale najbardziej żałuję tego, że nie mogę cofnąć czasu.

Anna Willis

Pełniąca obowiązki dyrektora hotelu Bay View,

wyspa Rum

PS Bardzo mi przykro z powodu tego, co stało się z Davidem. Proszę, powiedzcie jego rodzinie, że był cudownym człowiekiem, dobrym i zabawnym, i bardzo go lubiłam. Proszę, zapewnijcie ich, że jego śmierć była szybka i bezbolesna.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 2Anna

TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJNiedziela, 25 lutego

Nastrój w samochodzie jest zupełnie inny niż w piątek. W drodze do Brecon Beacons rozmowy i śmiech były tak głośne, że nie słyszałam radia. Kiedy powiedziałam im, że w lutym czeka nas weekendowy wyjazd integracyjny, kręcili nosem i marudzili, ale większość z nich odzyskała dobry humor, gdy tylko wsiedli do samochodu. Teraz, w drodze powrotnej do Londynu, są przygnębieni – fizycznie i psychicznie wykończeni i – prawdopodobnie skacowani. Siedzący obok mnie na miejscu pasażera Mohammed chrapie w najlepsze. Peter, który wczoraj przy kolacji rozbawiał wszystkich, parodiując Michaela Mackintosha, teraz siedzi z głową opartą o szybę i kurtką zarzuconą na ramiona. Obok niego Freddy Laing drzemie ze słuchawkami na uszach i z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Wątpię, czy pamięta, co powiedział o mnie wczoraj wieczorem. Wiem, że był pijany, wszyscy byli pijani, ale to nie tłumaczy tego, co mówił, kiedy myślał, że poszłam spać.

• • •

– Nie wierzę, że ubiega się o stanowisko dyrektora do spraw marketingu. Nie ma szans.

Głos Freddy’ego niósł się przez hotelowy hol aż do biurka, przy którym czekałam zniecierpliwiona, aż recepcjonistka wymieni moją uszkodzoną kartę do pokoju. Od razu wiedziałam, że mówi o mnie. Helen Mackesy, dyrektorka do spraw marketingu, została podkupiona przez konkurencję i zwolnił się etat. Byłam idealną kandydatką na to stanowisko. Niestety, Phil Acres, kierownik działu promocji i marketingu, przebąkiwał, że również jest zainteresowany.

– Laska nie ma pojęcia o e-marketingu – ciągnął Freddy. – Siedzi na swoim stanowisku od tylu lat, że chyba zapuściła korzenie.

Rozległ się niski śmiech, prawdopodobnie Mohammeda. Wiedziałam, że to nie Peter, który miał czterdzieści lat, o osiem więcej niż ja, i zwykle trzymał się na uboczu. Mohammed i Freddy byli w podobnym wieku – mieli po dwadzieścia pięć lat – i siedzieli razem w pracy. Więcej gadali, niż pracowali, ale nigdy ich nie uciszałam. Byli profesjonalistami, nie dziećmi. Dopóki robili, co do nich należy, i nie przeszkadzali innym, udawałam, że niczego nie widzę.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym Freddy parsknął śmiechem.

– Reklama na MySpace! Zajebiste! Taaa, pewnie próbowała wmówić Timowi, że blogi są kolejnym krokiem milowym, jeśli chodzi o marketing w mediach społecznościowych. Blogi na GeoCities!

Znowu ten zimny, okrutny, kpiący śmiech. Poczułam ucisk w żołądku. Ciężko pracowałam na to, żeby być tu, gdzie jestem. Po egzaminach końcowych w liceum rozpaczliwie chciałam studiować projektowanie, ale nie było nas na to stać. Mama pracowała na dwa etaty i przyszedł czas, żebym zaczęła pomagać jej finansowo. Byłam jej to winna. Po dziesiątkach rozmów kwalifikacyjnych i dwóch latach pracy w hotelowym barze w końcu zaproponowano mi stanowisko asystentki do spraw marketingu w firmie software’owej. Moja szefowa, Vicky, była fantastyczna. Wzięła mnie pod swoje skrzydła i nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała. To było dwanaście lat temu, w czasach, gdy e-marketing zaczynał dopiero raczkować, ale pokochałam tę pracę. I nadal ją kocham.

– Panno Willis! – zawołała recepcjonistka, kiedy przecinałam hol, czując, jak krew dudni mi w uszach. – Panno Willis, pani karta!

Usłyszałam okrzyk zdumienia, skrzypienie gumowych podeszew na płytkach i kolejną salwę śmiechu. Kiedy dotarłam do salonu hotelowego, po Freddym i Mo nie było już śladu.

• • •

Mohammed prycha przez sen, wyrywając mnie z zamyślenia; skupiam się na mokrej, lśniącej drodze. Mżawka, która osiadała nam na włosach i twarzach, kiedy po ósmej rano ruszaliśmy w drogę, zmieniła się w grad. Wycieraczki pracują jak szalone, piszcząc za każdym razem, kiedy przesuwają się w lewo. Niebo jest czarne jak atrament i widzę tylko czerwono-pomarańczową smugę świateł samochodu, który jedzie przed nami. W końcu wjeżdżamy na M25. Niedługo będziemy w Londynie. Podrzucę chłopaków na stację metra i pojadę do domu. Nie wiem tylko, czy tego chcę.

Pisk. Świst. Pisk. Świst.

Wycieraczki pracują do rytmu z moim pulsem. Wypiłam za dużo kawy i mam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi za każdym razem, gdy przypominam sobie wczorajsze słowa Freddy’ego. Po tym, jak wyszedł z salonu hotelowego, napędzana złością i oburzeniem szukałam go na parterze, ale w końcu dałam sobie spokój i wróciłam do pokoju, żeby zadzwonić do Alexa, mojego chłopaka.

Nie odebrał po pierwszym sygnale. Ani po drugim. Nie przepada za rozmowami telefonicznymi, ale chciałam usłyszeć jego ciepły głos. Potrzebowałam, żeby ktoś mi powiedział, że wcale nie jestem taka zła, że znam się na tym, co robię, i że wszystko będzie dobrze. Wysłałam mu wiadomość.

Miałam naprawdę kiepski wieczór. Nie musimy rozmawiać długo. Po prostu chcę cię usłyszeć.

Kilka sekund później dostałam odpowiedź.

Sorki, prawie już śpię. Możemy pogadać jutro?

Szorstki ton wiadomości pozbawił mnie resztek wiary w siebie. Ja i Alex oddalaliśmy się od siebie. Czułam to już od jakiegoś czasu, ale byłam zbyt przerażona, żeby podjąć ten temat, bo nie miałam siły naprawiać tego, co się zepsuło, ani głowy do tego, żeby radzić sobie z rozstaniem. Rzuciłam się więc w wir pracy. Czasami zostawałam w firmie dłużej, bo nie mogłam znieść myśli, że po powrocie do domu będziemy siedzieć z Alexem na przeciwnych końcach kanapy, ignorując dzielącą nas przestrzeń, ale czując jej ciężar – tak wielki i prawdziwy, jakby była żywym człowiekiem.

• • •

Może nie powinnam startować na stanowisko dyrektora do spraw marketingu. Może powinnam rzucić pracę, zostawić Alexa i przeprowadzić się na wieś. Mogłabym pracować jako wolny strzelec, kupić małą chatkę i psa, chodzić na długie spacery i wypełniać płuca czystym powietrzem. Zdarzają się dni w firmie, kiedy czuję, że nie mogę oddychać, i to nie tylko przez smog. Na szczycie drabiny powietrze jest rzadsze, a ja trzymam się jej, przerażona, że mogłabym spaść. Gdyby tak się stało, Freddy byłby przeszczęśliwy.

Pisk. Świst. Pisk. Świst.

Do. Domu. Do. Domu.

Kulki gradu, coraz większe, odbijają się od przedniej szyby i spadają z maski samochodu. Podskakuję jak oparzona na czyjeś chrapnięcie, zaraz jednak znowu robi się cicho. Od jakiegoś czasu jadę za tym samym samochodem i utrzymujemy stałą prędkość stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Jest zbyt niebezpiecznie, żeby wyprzedzać, a poza tym czerwone światła przeciwmgielne widoczne z bezpiecznej odległości działają na mnie uspokajająco.

Pisk. Świst. Pisk. Świst.

Do. Domu. Do. Domu.

Słyszę przesadnie głośne ziewnięcie. To Freddy przeciąga się z ramionami nad głową i przez chwilę się wierci.

– Anno? Możemy się zatrzymać na stacji benzynowej? Muszę skoczyć do kibelka.

– Dojeżdżamy do Londynu.

– Możesz zmniejszyć ogrzewanie? – prosi, kiedy odrywam wzrok od lusterka wstecznego i spoglądam na drogę. – Pocę się jak świnia.

– Nie mogę. Nie działa nawiew na przednią szybę i wszystko paruje.

– No to otworzę okno.

– Nie, Freddy!

Czuję, jak ogarnia mnie wściekłość, kiedy pochyla się i sięga do przycisku opuszczania szyby.

– Zostaw to, Freddy!

Wszystko dzieje się w mgnieniu oka. W jednej chwili przede mną jest samochód i ciepła, pokrzepiająca czerwień tylnych świateł, a zaraz potem samochód znika. Jest tylko świetlna smuga i ryk klaksonu – gwałtowny i rozpaczliwy. Jakaś siła ciska mną w lewo, kiedy auto przewraca się na bok, i słyszę tylko chrzęst gniecionej blachy, szczęk tłuczonego szkła i krzyk. Potem nie słyszę już nic.

Rozdział 3

DWANAŚCIE GODZIN PO WYPADKU

Ktoś jest w pokoju. Oczy mam zamknięte, ale wiem, że nie jestem sama. Czuję ciężar czyjegoś spojrzenia, jest jak ukłucie na skórze. Na co czekają? Aż otworzę oczy? Chcę to zignorować i na powrót zapaść w sen, ale żołądek podchodzi mi do gardła, a skóra wydaje się dziwnie napięta. Chce mnie skrzywdzić. Wrogość przykuwa mnie do łóżka niczym łańcuch. Muszę się obudzić. Muszę wstać i uciec.

Ale nie mogę się poruszyć. Coś ciąży mi na piersi i przygważdża mnie do łóżka.

– Anno? Anno, słyszysz mnie?

Głos pojawia się w mojej świadomości i zaraz później znika.

Tak! – mówię, lecz głos rozbrzmiewa wyłącznie w mojej głowie. Nie mogę poruszać ustami. Nie mogę zmusić się do mówienia. Mogę jedynie poruszać oczami.

Ktoś idzie w moją stronę, czuję na sobie spojrzenie zimnych, niebieskich oczu. Nie widzę rysów, nosa ani ust, znajomej topografii twarzy, tylko napiętą, gładką skórę.

– Nie bój się.

Podchodzi bliżej – urywane ruchy, jak w stop-klatce – ruch, bezruch, ruch, bezruch. Coraz bliżej. Zaciskam powieki. To nie dzieje się naprawdę. To sen. Muszę się obudzić.

– Właśnie tak, Anno. Zamknij oczy i zaśnij. Nie walcz z tym. Zapomnij o bólu i poczuciu winy.

Ja śnię. To musi być sen. Jest jednak zbyt realny. Widziałam przecież niebieskie zasłony zawieszone na białym stelażu wokół mojego łóżka, biały koc i rysującą się pod nim wypukłość moich stóp.

Nie! Nie! Przestań!

Krzyczę, ale głos nie opuszcza mojej głowy. Nie mogę się ruszać. Mogę tylko wściekle mrugać – wysyłać milczący sygnał SOS – kiedy czuję, jak ktoś chwyta mnie za nadgarstek. Zamierza mnie skrzywdzić, a ja nie mogę zrobić nic, żeby go powstrzymać.

– Otwórz oczy, Anno. Wiem, że mnie słyszysz. Anno, otwórz oczy.

• • •

Alex?

Jest obok mnie, twarz ma ściągniętą ze zmartwienia, oczy podkrążone, a na brodzie i policzkach widać kilkudniowy zarost.

– Anno?

W grzbiet dłoni mam wbitą igłę. Alex bierze mnie za rękę i kciukiem delikatnie kreśli okręgi na mojej skórze. Ostry ból niczym strzała mknie w górę ramienia.

Przestań. Słowo pozostaje wyłącznie w mojej głowie. Dlaczego nie mogę mówić? Ogarnia mnie fala paniki.

– Odpoczywaj, odpoczywaj. – Alex kładzie mi rękę na ramieniu i przytrzymuje na łóżku.

Alex? Gdzie ja jestem?

Z parawanu otaczającego łóżko zwisa niebieska zasłona, a biały koc jest jak kokon, który uniemożliwia poruszanie się. Na końcu łóżka widzę niewielki pagórek moich stóp. Czy nadal śpię? To nie pozbawiony twarzy nieznajomy zaciska palce na moim nadgarstku, tylko Alex. Skupiam się na swojej dłoni i napinam mięśnie przedramienia. Palce przykurczają się i czuję pod opuszkami miękkość skóry. A więc nie śpię, jestem świadoma.

– Już dobrze – mówi Alex, myląc ulgę w moich oczach ze strachem. Ostrożnie przysiada na łóżku, uważając na moje nogi. – Nie próbuj mówić. Miałaś wypadek. Jesteś w szpitalu Royal Free w Hampstead. Miałaś krwotok wewnętrzny i przeszłaś operację. Musieli… – dotyka szyi – …musieli podłączyć cię do respiratora. Lekarze mówią, że przez kilka dni może boleć cię gardło, ale wyzdrowiejesz. To pieprzony cud, że… – Przełyka z trudem ślinę i odwraca wzrok.

Przeżyłam?

Wspomnienie wraca nagle i z siłą wielkiej ciężarówki wbija się w mój umysł. Zamykam oczy i próbuję odsunąć to wspomnienie, ale nie znika. Byłam w samochodzie. Prowadziłam, padał grad, wycieraczki chodziły w tę i we w tę, w tę i…

Podnoszę ręce i zakrywam twarz, kiedy ciężarówka wbija się w bok samochodu. Pas bezpieczeństwa wrzyna mi się w obojczyk i pierś, gdy szarpnięcie wyrywa mnie do przodu, a zaraz potem obracam się i wiruję, uderzam głową w kierownicę, zagłówek i szybę. Wyciągam ręce, próbując się czegoś pochwycić, szukam zaczepienia, żeby przygotować się na siłę uderzenia. Nic. Wszyscy krzyczą, a ja mogę się tylko modlić.

– Anno, proszę.

Mam mglistą świadomość, że ktoś chwyta mnie za łokcie i ciągnie za ręce, żeby odsunąć je od twarzy.

– Przestań, Anno. Proszę. Przestań krzyczeć.

– Anno? Anno, jestem Becca, pielęgniarka.

Ktoś dotyka moich palców zaplątanych we włosy. Zaciskam je jeszcze bardziej. Nie puszczę. Nie mogę.

– To moja wina? – Głos Alexa pojawia się w mojej głowie i zaraz znika. – Nie powinienem był mówić jej o wypadku. Kurwa. Czy ona przestanie? To naprawdę… Nie mogę… Nie wiem…

– Już dobrze. Już dobrze. Jest zdezorientowana. Jedna z pielęgniarek mówiła, że kiedy obudziła się po operacji, zachowywała się agresywnie. – Ktoś znowu ciągnie mnie za ręce. Czuję zapach kawy. – Anno, kochanie. Boli cię? Możesz otworzyć oczy? Proszę?

– Czemu ona tak krzyczy? Nie może pani czegoś…

– Może pan wcisnąć przycisk alarmowy?

– Przycisk alarmowy? Czemu? Co się…

– Chcę, żeby obejrzał ją lekarz. Może pan wcisnąć…

– Wyjdzie z tego? Spojrzała na mnie. Próbowała coś powiedzieć. Myślałem…

– Anno. Anno, możesz otworzyć oczy? Nazywam się Becca Porter. Jestem pielęgniarką. Leżysz w szpitalu. Boli cię coś?

– Przepraszam. Proszę zaczekać za parawanem. Jestem doktor Nowak. Dziękuję. A więc kogo my tu mamy?

– Anna Willis. Wypadek drogowy. Uszkodzona śledziona. Obudziła się po operacji, narządy wewnętrzne w porządku. Spała przez ostatnią godzinę. Kilka minut temu usłyszałam, jak krzyczy, i…

– Dobrze. Anno, obejrzę twój brzuch, zgoda? Kiedy naciskam tutaj, boli?

Nie. Tam nie boli. Boli tutaj, w głowie.

• • •

Wiem, że gdzieś tutaj są pielęgniarki – słyszę ciche skrzypienie butów na linoleum – ale nikogo nie widzę. Mam wrażenie, że całą wieczność rozglądam się po sali. Większość pacjentów śpi, czyta albo ogląda filmy na iPadach. Wszyscy poza młodą kobietą z naprzeciwka, która nie śpi i wydaje się niespokojna. Jest młodsza ode mnie, dobiega trzydziestki, ma pociągłą twarz i ciemne włosy upięte niedbale w kok na czubku głowy. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, uśmiechnęłyśmy się do siebie i skinęłyśmy sobie głowami, a zaraz potem odwróciłyśmy wzrok. Ale co jakiś czas zerkamy na siebie i coraz bardziej mnie to krępuje. Gardło mam dalej zbyt obolałe, żeby powiedzieć cokolwiek głośniej, a żeby z nią porozmawiać, musiałabym podnieść głos. Mimo wszystko czuję, że powinnam przeprosić. Pewnie była tu zeszłej nocy, kiedy darłam się wniebogłosy. Musiała się nieźle wystraszyć. Wszyscy musieli się wystraszyć. Nie wiedziałam nawet, co się dzieje, dopóki pielęgniarka, Becca, nie obudziła mnie, żeby zmierzyć mi ciśnienie i zapytać, jak się czuję. Po tym, jak podali mi środki uspokajające, zawieźli mnie na rezonans, bo bali się, że operacja się nie udała i znowu mam krwotok. Niewiele pamiętam, tylko biały sufit upstrzony światłami, które przemykały mi nad głową, kiedy wieźli mnie w głąb korytarza, i niskie buczenie rezonansu. Najwyraźniej Alex czekał w szpitalu do końca badania, a gdy upewnił się, że nic mi nie będzie, posłuchał pielęgniarki i wrócił do domu, żeby się zdrzemnąć.

Podziękowałam Becce za opiekę i przeprosiłam, że krzyczałam, chociaż pamiętałam wszystko jak przez mgłę. Przez cały czas miała przyklejony do twarzy miły uśmiech, ale kiedy zapytałam o swoich kolegów z pracy, mina jej zrzedła.

– Nie jestem pewna – odparła. – Wiem, że kierowca ciężarówki trafił do innego szpitala, ale nie mam informacji o twoich kolegach. Spróbuję się czegoś dowiedzieć, dobrze?

Później już jej nie widziałam. Następnym razem ciśnienie mierzyła mi inna pielęgniarka. Poinformowała mnie, że Becca skończyła zmianę i wróci dopiero jutro. Ją też zapytałam, czy wie, co się stało z pozostałymi pasażerami. Odparła, że nie wie, ale zapyta. Kiedy zobaczyłam ją następnego dnia rano, powiedziała, że przeprasza, ale nie miała czasu dowiedzieć się czegoś więcej. Dodała, że niedługo przyjdzie lekarz, który na pewno odpowie na moje pytania. Wtedy zaczęłam panikować. Gdzie byli Freddy, Peter i Mohammed? Leżeli w innej sali? A może ich obrażenia nie były takie poważne? Może wyszli z wypadku bez szwanku, przeszli w szpitalu serię badań i wrócili do domu. Ale… Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy przypomniałam sobie słowa Alexa o tym, że to cud, że przeżyłam.

Słyszę poskrzypywanie kółek na linoleum i odwracam głowę. W drzwiach pojawiła się pielęgniarka z wózkiem.

– Przepraszam. Siostro. – Podnoszę rękę i macham, ale ona nie patrzy w moją stronę, a mój głos jest niewiele głośniejszy od szeptu. Zrozpaczona, odprowadzam ją wzrokiem, kiedy skręca w lewo i idzie dalej.

– Przepraszam! Siostro! – Kobieta w łóżku naprzeciwko krzyczy tak głośno, że wszystkie głowy, również pielęgniarki, odwracają się w jej stronę. Wskazuje na mnie, kiedy pielęgniarka podchodzi, wciąż pchając przed sobą wózek. – Ta pani czegoś potrzebuje.

Uśmiecham się z wdzięcznością i próbuję usiąść, lecz czuję się, jakby ktoś pociął mi mięśnie brzucha, i jedyne, co mogę zrobić, to delikatnie wyciągnąć szyję.

– Wszystko w porządku? – Dopiero teraz widzę, że to Becca, ta, która wczoraj była dla mnie taka miła.

– Proszę – mówię błagalnym głosem. – Odchodzę od zmysłów. Muszę wiedzieć, co się stało z moimi kolegami… z ludźmi… którzy byli ze mną w samochodzie. Muszę wiedzieć, czy nic im nie jest.

Mam wrażenie, że gdy na mnie patrzy, jej oczy zachodzą mgłą. Są jak okiennice, za którymi ukrywa to, co czuje, żebym nie musiała tego oglądać. Spuszcza wzrok na zegarek, który ma przyczepiony do fartucha.

– Twój chłopak przyjedzie za mniej więcej półtorej godziny. Myślę, że lepiej będzie, jeśli on…

– Proszę – błagam. – Proszę, powiedz mi. To zła wiadomość, tak? Możesz mi powiedzieć. Jakoś to zniosę.

Patrzy na mnie, jakby wątpiła, czy rzeczywiście to zniosę, po czym wzdycha i bierze płytki oddech.

– Jeden z twoich kolegów jest w naprawdę ciężkim stanie – mówi cicho. – Ma złamany kark w kilku miejscach.

Zakrywam usta dłonią, próbując stłumić krzyk. Na próżno.

– Ale jego stan jest stabilny – dodaje Becca. – Powinien dojść do siebie.

– Który?

Becca krzywi się, najwyraźniej już żałuje, że zaczęła ze mną rozmawiać. A może to poufne informacje.

– Proszę. Powiedz mi, który.

– Mohammed Khan.

– A pozostali? Peter Cross? Freddy Laing?

Kiedy spuszcza wzrok, łzy napływają mi do oczu. Nie. Nie. Proszę. Proszę, niech oni… proszę…

Becca bierze mnie za rękę i mocno ściska.

– Tak mi przykro, Anno. Robiliśmy, co w naszej mocy.

Rozdział 4Mohammed

Umysł Mohammeda jest szary i mętny, jak gdyby jego żyły i naczynia włosowate nie przewodziły środków przeciwbólowych, lecz gęstą, ciemną mgłę. Mohammed lubi tę mgłę, bo nie tylko uśmierza ból w jego ciele, ale też wprawia w otępienie mózg. Za każdym razem, gdy próbuje uczepić się jakiegoś uczucia – złości, żalu, strachu – te odpływają w oparach mgły. Jako nastolatek zmagający się z burzą hormonów i widmem egzaminów, spoglądał tęsknie na swojego psa, Sonica, który leżał skulony na podłodze obok biurka, i żałował, że nie mogą zamienić się miejscami. Zastanawiał się, jak by to było być psem, znajdować przyjemność w zwykłych rzeczach – jedzeniu, zabawie, czułości – i nie nabijać sobie głowy myśleniem o przyszłości, śmierci, naturze nieskończonego wszechświata, globalnym ociepleniu, wojnach i chorobach. Psu niewiele potrzeba do szczęścia – wystarczyło bieganie po dworze, ganianie za piłką i drapanie się za uszami. A jemu? Musiał mieć towarzystwo kumpli, przesiadywać do późna, oglądać filmy, grać na PlayStation. Psy żyły chwilą – on nie. Uczył się do egzaminów, których wyniki miały zaważyć na jego przyszłości.

Teraz czuje się trochę jak Sonic. Leży i nie myśli, tylko czeka, chociaż sam właściwie nie wie, na co. Dostrzega kątem oka ruch i odwraca głowę. Nie rozpoznaje stojącego w drzwiach niskiego mężczyzny w średnim wieku i garniturze, ale przygląda mu się i zauważa, jak tamten ściąga brwi i przebiega wzrokiem leżące na wznak ciała na metalowych szpitalnych łóżkach. To odwiedzający, który szuka kogoś bliskiego. Lekarze specjaliści wyglądają na pewnych siebie, kiedy wchodzą na oddział. W mglistych oparach myśli Mohammeda pojawiają się dwa nowe uczucia, które zamiast zniknąć, splatają się, wnikają w jego pierś i owijają wokół serca. Rozczarowanie i żal.

Odwraca głowę od drzwi i zamyka oczy, jednym uchem słuchając plaskania skórzanych podeszew na wyłożonej linoleum podłodze; ten dźwięk tak bardzo różni się od miękkich kroków pielęgniarek. Przybiera na sile, a zaraz potem słychać kaszlnięcie.

– Mohammed?

Mohammed otwiera oczy. Niski mężczyzna w garniturze stoi w nogach jego łóżka. Ręce trzyma w kieszeniach, a na jego twarzy malują się niepokój i determinacja. W wydatnym nosie i silnej szczęce jest coś znajomego, ale Mohammed jest zbyt zmęczony, by dociekać, co to takiego.

– Tak, to ja – mówi. – Kim pan jest?

– Mogę…? – Mężczyzna wskazuje stojące obok łóżka krzesło, a on, nie widząc powodu, dla którego miałby mu odmówić, kiwa głową.

– Steve – przedstawia się nieznajomy. Podciąga nogawkę spodni z grubego materiału i siada. Jest przysadzisty; bardziej umięśniony niż gruby, myśli z goryczą Mohammed i odruchowo zerka na własne nogi owinięte szpitalną kołdrą. – Steve Laing, ojciec Freddy’ego.

Mohammed patrzy na niego zdumionym wzrokiem. Przez parę sekund ma kompletny mętlik w głowie. Powiedzieli mu, że Freddy zginął w wypadku. Po co więc Steve Laing miałby przychodzić do szpitala? Chyba że… W jego sercu pojawia się promyk nadziei… Chyba że Freddy wcale nie zginął. Czy lekarze mogli się pomylić? Czy on mógł się pomylić? Może był zbyt otumaniony i źle zrozumiał słowa pielęgniarki. Może…

Nadzieja rozwiewa się, pozostawiając w piersi Mohammeda pustą rozpadlinę. Nikt się nie pomylił. Pamięta, jak płakał, kiedy się dowiedział. Przez długi czas nie mógł się uspokoić. Płakał nie tylko nad Freddym i Peterem, ale też nad sobą.

– Przyniosłem ci czasopisma – mówi Steve Laing. Sięga do torby i kładzie na stoliku stos magazynów filmowych i muzycznych, a także batonik Galaxy, paczkę skittlesów i żelki. – Czekoladki i takie tam.

– Dzięki.

Patrzą na siebie na tyle długo, że sytuacja robi się niezręczna. W końcu ojciec Freddy’ego spuszcza wzrok i opiera dłonie na kolanach.

– Dobrze cię widzieć w takim… – Kręci gwałtownie głową i spogląda na Mohammeda. – Nie, wybacz, stary. Mógłbym ci wciskać kit o tym, jak dobrze wyglądasz i tak dalej, ale to nie w moim stylu. Mówię, jak jest. Zresztą pewnie masz dość tego, że wszyscy chodzą wokół ciebie na paluszkach i powtarzają ci, żebyś myślał pozytywnie. – Milknie, lecz nie na tyle długo, by Mohammed zdążył cokolwiek powiedzieć. – Prawda jest taka, że to, co się stało z tobą, Peterem i moim Freddym, to pieprzona farsa. Tragedia. To nie powinno było się wydarzyć, Mo. Nie powinno się było, kurwa… – Odwraca głowę, gdy łzy napływają mu do oczu.

– Przykro mi – mówi Mohammed przez ściśnięte gardło. – W związku z Freddym. To był naprawdę świetny gość.

– To prawda. – Steve Laing ociera oczy wierzchem dłoni i patrzy na niego. Usta ma zaciśnięte.

– Ja…

Słowa więzną Mohammedowi w gardle. Chce powiedzieć ojcu Freddy’ego, że stara się nie myśleć o jego synu, bo za każdym razem, gdy wyobraża sobie jego śmierć i uświadamia sobie, że nigdy więcej go nie zobaczy, czuje się, jakby opuszczał własne ciało i wirował tysiąc kilometrów nad ziemią, niezwiązany z niczym ani z nikim, przestraszony i pozbawiony wszelkiej kontroli. To właśnie chce mu powiedzieć, ale tego nie zrobi. Bo nie mówi się takich rzeczy, zwłaszcza komuś, kogo dopiero poznałeś.

– Nawet nie wyobrażam sobie, jak musi być panu ciężko.

Steve Laing kiwa głową, ból w jego oczach przygasa. Rozmowa wróciła na bezpieczne tory, zwykłą niewinną wymianę uprzejmości.

– Chodzi o to, Mo… Przyszedłem tu po to, żeby zapytać cię, co właściwie się stało. Nie chodzi mi o szczegóły – dodaje pospiesznie, wyczuwając zakłopotanie młodego człowieka. – Nie chcę, żebyś opowiadał mi o wypadku. Nie, to byłoby okrutne, a ja nie jestem okrutny. Przeżyłeś to raz i nie ma potrzeby, żebyś przechodził przez to znowu. Chyba że… – Urywa.

Serce Mohammeda zamiera w piersi.

– Chyba że co?

– Chyba że będziesz świadkiem w sądzie, ale z tego, co powiedzieli mi twoi rodzice, raczej nie wyjdziesz stąd na czas. – Krzywi się. – Wybacz, stary. Nie chcę być nietaktowny.

– Rozmawiał pan z moimi rodzicami?

– Tak. Twój szef… Tim jakiśtam… skontaktował mnie z nimi. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?

– Nie, oczywiście, że nie.

Po chwili milczenia, która zdaje się trwać całą wieczność, Steve odchrząkuje.

– Próbuję to zrozumieć, Mo. Próbuję pojąć, co się stało. Wiem, że policja prowadzi dochodzenie, ale to moje prywatne śledztwo, dla spokoju ducha.

– Oczywiście.

– Zacznijmy od Anny Willis. Co o niej myślisz?

Mohammed zamyka oczy na ułamek sekundy i zaraz je otwiera.

– Co pan chce o niej wiedzieć?

Steve unosi brwi.

– Wszystko.

Rozdział 5Anna

TRZY TYGODNIE PO WYPADKUŚroda, 14 marca

W ciągu ostatnich trzydziestu minut cmentarz w sercu West Sussex zmienił się z cichej oazy spokoju w siedlisko smutku i rozpaczy. Patrzyłam na siedemdziesięciu, może stu żałobników, wszystkich w czerni, z pochylonymi głowami, spuszczonym wzrokiem i zaciśniętymi ustami, jak szli wysypaną żwirem ścieżką od bramy do otwartych drzwi kościoła. Burczy mi w brzuchu i żeby go uciszyć, przyciskam do niego dłoń zaciśniętą w pięść. Znowu zapomniałam zjeść śniadania.

Po tym, jak pielęgniarka powiedziała mi, że dwóch moich kolegów nie żyje, nie jadłam przez dwa dni. Jak mogłam jeść płatki i popijać herbatę, jak gdyby nic się nie stało? Jak mogłam się śmiać i rozmawiać z pielęgniarkami, kiedy Peter i Freddy leżeli w kostnicy? Zamiast tego płakałam. Płakałam i płakałam, i odwracałam głowę od każdego, kto przychodził mnie odwiedzić. Zaciskałam powieki, żeby nie widzieć twarzy wykrzywionych troską, na którą nie zasługiwałam. Dopiero gdy doktor Nowak zagroził, że jeśli nie zacznę jeść, będą mnie karmić przez rurkę, w końcu zgodziłam się zjeść pół tostu.

– Anno. – Alex dotyka mojego ramienia. – Myślę, że powinniśmy wejść do środka. Zaraz się zacznie.

Droga z mieszkania do samochodu zajęła mi piętnaście minut i teraz, kiedy zaparkowaliśmy, nie chcę wysiadać. W jeździe samochodem przeraża mnie wszystko: ruch, bliskość innych samochodów, gwałtowne skręty na rondach. Ze szpitala do domu udało mi się dotrzeć tylko dlatego, że przez całą drogę miałam zamknięte oczy, a Alex w kółko puszczał moją ulubioną płytę. Kiedy w końcu podjechaliśmy pod dom, czubki palców miałam czerwone i zdrętwiałe, tak mocno ściskałam pas bezpieczeństwa. Teraz przyciskam gorący policzek do chłodnej szyby, ale to nie przynosi ulgi obolałym trzewiom, które podchodzą mi do gardła.

– Nie mogę tam iść, Alex. Co ja… Co mam powiedzieć jego rodzicom?

– To, co zwykle mówią ludzie w takich sytuacjach. Przykro mi z powodu państwa straty i tak dalej, i tak dalej… albo w ogóle nic nie mów. Dzwoniłaś do nich tydzień temu. Nie musisz znów przez to przechodzić.

Potrzebowałam dwóch dni, żeby zebrać się na odwagę i zadzwonić do Maureen i Arnolda Crossów. Byłam szefową Petera. Musiałam z nimi porozmawiać. Ale przecież prowadziłam samochód, który dachował na autostradzie M25 i w którym zginął ich syn. Gdybym była skupiona jak należy, gdybym patrzyła w boczne lusterka zamiast spoglądać na Freddy’ego we wstecznym, zobaczyłabym półtonową ciężarówkę zjeżdżającą wprost na nas z sąsiedniego pasa. Zdążyłabym zareagować. Peter nadal by żył. Gdybym pozwoliła Freddy’emu otworzyć okno, a złość o to, co powiedział poprzedniego wieczoru, nie przyćmiłaby mi umysłu, życie trzech osób i wszystkich tych, którzy je kochali, nie ległoby w gruzach.

Telefon odebrał przyjaciel rodziny państwa Crossów. Powtórzył na głos moje imię i nazwisko, jakby mnie anonsował. Nastała chwila ciszy, po czym usłyszałam cichy kobiecy głos: „Nie chcę z nią rozmawiać”. Kiedy zaraz potem starszy mężczyzna rzucił: „Ja to zrobię”, ze strachu zrobiło mi się słabo. Ojciec Petera. Po tym, jak powiedział: „Halo”, przez kilka sekund nie mogłam wydusić słowa, tak bardzo miałam ściśnięte gardło. „Przepraszam – powtarzałam w kółko. – Tak bardzo, bardzo mi przykro. Nigdy sobie nie wybaczę”. Cisza, która nastała później, ciągnęła się w nieskończoność, a ja przygotowywałam się na wybuch wściekłości. Zasługiwałam na nią. Tymczasem mężczyzna powiedział tylko: „Tęsknimy za nim”. Na dźwięk tych słów łzy popłynęły mi po policzkach. „Oboje za nim tęsknimy – dodał. – Za każdym razem, kiedy dzwoni telefon, myślimy, że to on. Że martwi się rwą kulszową Maureen albo chce się mnie poradzić w sprawie ogrodu. Czasami…” Głos mu się załamał, odchrząknął więc i głośno wydmuchał nos. „Podobno kobieta, która prowadziła ciężarówkę, zasnęła za kierownicą. Nie była pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Po prostu zasnęła na niecałe trzydzieści sekund. Niech mi pani powie, że Peter nie cierpiał – błagał. – Tylko tyle, proszę”.

– Anno. – Alex szturcha mnie delikatnie. – Słyszałaś, co powiedziałem?

– Nie, przepraszam. Ja…

– Oni nie winią cię o to, co się stało. Nikt cię nie wini.

– Ojciec Freddy’ego.

– Był zły. Właśnie zginął jego syn. Wybacz – przeprasza pospiesznie, kiedy gwałtownie odwracam się w jego stronę. – Wiem, wiem.

Po rozmowie z ojcem Petera nie byłam w stanie wykonać drugiego telefonu, więc do Steve’a Lainga zadzwoniłam dopiero następnego dnia. Ręka wciąż mi drżała, kiedy sięgałam po telefon, ale nie byłam już taka przerażona jak poprzednio. Wiedziałam, czego się spodziewać – bólu, smutku, rozpaczy i niedowierzania – dlatego postanowiłam, że tym razem powiem kilka słów pocieszenia – o tym, jak lubiany był Freddy, o jego osiągnięciach – i że będę cierpliwie odpowiadała na pytania Steve’a Lainga.

Tyle że ojciec Freddy’ego nie był taki jak Arnold Cross. Gdy się przedstawiłam, naskoczył na mnie. Jak śmiem wydzwaniać do niego w takiej chwili?! To przez moje zaniedbanie zginął jego syn, moje i firmy, w której pracuję. Czy mam dzieci? Czy mam pojęcie, przez jakie piekło przechodzi rodzic, który przeżył własne dziecko? Próbowałam przeprosić, ale nie dopuścił mnie do słowa. Czy kiedykolwiek wcześniej prowadziłam samochód w takich warunkach? Czy mam jakieś punkty karne? Czy zatrzymywano mnie za przekroczenie prędkości i czy składałam wnioski o odszkodowanie w ubezpieczalni? Mogłam tylko gapić się w biel ściany przede mną, podczas gdy on ciskał gromy i przelewał na mnie złość i żal.

Do Mohammeda i jego rodziców nie zadzwoniłam. Jeszcze w szpitalu zapytałam pielęgniarkę, czy mogłabym wziąć wózek i pojechać go odwiedzić, ale odparła, że Mo nie życzy sobie żadnych gości. Kiedy kilka dni później zapytałam ponownie i powiedziano mi, że Mo nie chce mnie widzieć i lepiej będzie, jeśli nigdy więcej nie poruszę tego tematu.

– Prokuratura nie wniesie oskarżenia przeciwko tobie – mówi teraz Alex. – Szukają haka na kobietę, która jechała ciężarówką.

– Ale może Steve Laing miał rację. Nigdy wcześniej nie jechałam autostradą na oblodzonej drodze i…

– Wracamy do domu. – Alex uruchamia silnik. – Przyjazd tutaj był błędem.

– Nie! – Chwytam dłonią kierownicę. – Muszę to zrobić.

• • •

W ławkach nie ma już miejsc, więc stoimy ściśnięci w tłumie na tyłach kościoła. Alex napiera na moje prawe ramię, a wysoki, łysy mężczyzna bez przerwy trąca mnie w lewe. Mimo pomarańczowego blasku piecyków gazowych, które ustawiono z tyłu, ludzie z przodu są okutani w czapki, palta i szaliki. Tim, mój szef, siedzi w jednej z ostatnich ławek, ale to od kobiety w pierwszym rzędzie nie mogę oderwać wzroku. Widzę tylko tył jej siwej głowy, a ponieważ opiera ją na ramieniu siedzącego obok mężczyzny, domyślam się, że to matka Petera. Znowu ogarnia mnie poczucie winy i czuję pod powiekami palące łzy. To przeze mnie jesteśmy tu dziś i to przeze mnie Peter…

Na moją twarz pada cień i czuję, jakby całe powietrze uleciało mi z płuc. W drzwiach kościoła pojawia się trumna niesiona wysoko na ramionach sześciu posępnych mężczyzn. Wszelkie poszeptywania milkną, jak gdyby ktoś nagle wyłączył głos. Alex ściska moją dłoń i robi krok w tył, pociągając mnie za sobą. Chcę patrzeć na niego, pod nogi, wszędzie, byle nie na lśniącą drewnianą skrzynię, która zdaje się przepływać obok mnie; nie pochylam jednak głowy ani nie spuszczam wzroku. Muszę stawić czoło złu, jakie wyrządziłam. Jestem to winna Peterowi. Ale moja odwaga nie trwa długo. Z chwilą gdy niosący trumnę skręcają w nawę główną, nogi uginają się pode mną.

– Muszę stąd wyjść – mówię do Alexa, szlochając. – Muszę zaczerpnąć powietrza.

– Pójdę z tobą.

– Nie. – Dotykam jego ramienia. – Zaraz wrócę. Po prostu muszę pobyć chwilę sama.

Puszcza mnie, lecz czuję na sobie ciężar jego spojrzenia, kiedy mijam go i zaczynam przeciskać się między żałobnikami.

• • •

Na zewnątrz mimo marcowego chłodu zdejmuję czapkę, kurtkę i szalik, w których się duszę. Oddycham głęboko, wypełniając płuca zimnym powietrzem i pozbywając się wilgotnego, pełnego smutku zapachu kościoła. Ściska mnie w żołądku, czuję na języku smak żółci i przez upiorną chwilę myślę, że zwymiotuję. Oddycham płytko, walcząc z torsjami, i patrzę w bezchmurne szare niebo, czekając, aż miną. Potem ruszam przed siebie. Podchodzę do kolejnych nagrobków, czytam inskrypcje z nazwiskami i datami, zauważam kwiaty albo ich brak. To tylko częściowo odwraca moją uwagę. Za każdym razem, gdy mijam grób kogoś, kto umarł młodo, czuję się zagubiona we mgle smutku i żalu. Jeden grób szczególnie mnie zasmuca. Na nagrobku widnieją imiona i nazwiska mężczyzny i kobiety – Johna i Elizabeth Oakesów. On zmarł w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat w 1876 roku, ona dwadzieścia lat później w wieku siedemdziesięciu sześciu lat. Poniżej widnieją imiona ich dzieci – Alberta, Emily, Charlotte, Edwarda, Marthy i Thomasa. Sześcioro dzieci i żadne z nich nie dożyło piątych urodzin. Grób jest stary i zaniedbany; imiona dzieci porosły mchem, a strzegący go anioł niszczeje. Rysy jego twarzy zatarły się z czasem. Patrzę na zmarzniętą zimną ziemię wokół grobu, szukając stokrotek albo mleczy, z których mogłabym zrobić bukiecik i związać go źdźbłami trawy. Moją uwagę przykuwa kępka przebiśniegów rosnących pod drzewem.

Kucam przy nich, chwytam łodyżkę między kciuk a palec wskazujący i zamieram. Ktoś mnie obserwuje. Czuję na sobie spojrzenie, które ciąży mi na barkach i przygniata do ziemi. Odwracam się, spodziewając się zobaczyć fotografa czającego się za którymś z nagrobków albo dziennikarza w czerni z wypisanym na twarzy udawanym smutkiem. Lokalna prasa nęka mnie, odkąd wyszłam ze szpitala.

Ale ktokolwiek mi się przygląda, nie jest zainteresowany rozmową. Dostrzegam tylko skrawek czarnego płaszcza albo kurtki znikający za rogiem kościoła. Zostawiam w spokoju przebiśniegi – nagle odstręcza mnie myśl, że miałabym je zerwać i pozostawić, aż zwiędną na grobie – i wracam do kościoła. Kiedy zbliżam się do zasłanego liśćmi przedsionka, drzwi się otwierają i Alex wychodzi przy pierwszych dźwiękach All Things Bright and Beautiful.

– Wszystko w porządku? – pyta, patrząc mi w oczy.

– Niezupełnie… Nie.

– Chcesz tam wrócić?

Zerkam w tę stronę, gdzie przed chwilą zniknęła odziana na czarno postać. Nikogo tam nie ma. Tylko rzędy szarych nagrobków – starych i nowych, i… oddech więźnie mi w gardle, kiedy zauważam ją po raz pierwszy: ziejącą w ziemi głęboką dziurę z otaczającym ją zielonym materiałem. Miejsce Petera. Alex odwraca głowę, podążając za moim wzrokiem. Widzę, że drżą mu ręce; przez krótką chwilę myślę, że mnie obejmie. On tymczasem chowa dłonie do kieszeni i dygocze.

– Zimno. Idziemy? – Wskazuje głową parking.

Ostatni raz spoglądam na otwarty grób i w milczeniu kiwam głową, ale Alex jest już w połowie drogi do samochodu.

• • •

Mój chłopak siedzi za kółkiem, pochylony nad telefonem, kiedy chwytam za klamkę drzwi od strony pasażera. Jest pochlapana błotem, podobnie jak cały bok samochodu. Po powrocie do Londynu zapłacę za myjnię. Chociaż tyle mogę zrobić…

Jest tak mały, że prawie go nie dostrzegam.

SEN.

Napisane tuż nad przednim nadkolem, jakby ktoś mokrym palcem wyrył to słowo w zaschniętym błocie.

– Alex. – Gdy pukam w szybę, podnosi wzrok znad telefonu. Na jego twarzy maluje się zaskoczenie, a zaraz potem rozdrażnienie. Przywołuję go skinieniem jednej ręki, drugą wskazując nadkole. – To dziwne.

Wzdycha i otwiera drzwi.

– O co chodzi? – pyta, wysiadając.

– Ktoś napisał coś na samochodzie.

– Co? – W ułamku sekundy rozdrażnienie ustępuje miejsca wściekłości.

– Nie jest uszkodzony. Ale to dziwne. Spójrz.

Podchodzi do mnie i spogląda we wskazane miejsce.

– SEN? – czyta kompletnie zaskoczony.

– Nie sądzisz, że to dziwne?

– Trochę.

– Jak myślisz, co to znaczy?

Wzrusza ramionami.

– Że jakiemuś nastolatkowi się nudziło? W każdym razie to bardziej oryginalne niż BRUDAS.

– Ale wcale nieśmieszne. Ani… nieważne. – Zerkam w stronę kościoła; znowu mam silne przeczucie, że ktoś nas obserwuje, ale na cmentarzu nie ma nikogo.

– Właśnie. Nie ma się czym przejmować. – Alex podchodzi do drzwi od strony kierowcy i chwyta za klamkę. Kiedy spoglądamy na siebie ponad dachem samochodu, uśmiecha się. – To bzdura, głupi napis, który na pewno nie będzie spędzał mi snu z powiek. – Śmieje się. – Spędzał snu z powiek. Czaisz?

– Tak. – Zaciskam powieki i przez całą drogę powrotną do domu zastanawiam się nad znaczeniem tego jednego słowa: SEN.

Rozdział 6Anna

OSIEM TYGODNI PO WYPADKUCzwartek, 26 kwietnia

Czuję się jak balonik na sznurku unoszący się nad chodnikiem. Alex trzyma mnie za rękę, ale nie czuję dotyku jego palców. Nie czuję nic. Ani chodnika pod stopami, ani wiatru na twarzy, ani nawet własnego zmęczonego oddechu. Tony, mój ojczym, idzie przed nami; wiatr targa jego siwymi włosami, powiewają to w jedną, to w drugą stronę. Czarna marynarka Tony’ego jest zbyt opięta w ramionach, dlatego obciąga ją od czasu do czasu. Kiedy nie jest zajęty poprawianiem jej, ogląda się na mnie przez ramię.

– Wszystko dobrze? – pyta bezgłośnie.

Kiwam głową, chociaż mam wrażenie, że nie patrzy na mnie, ale przeze mnie, i zwraca się do kogoś za moimi plecami. Ledwie rozpoznałam kobietę, która rano patrzyła na mnie z lustra, kiedy wkładała białą bluzkę, szary kostium i czarne szpilki – wszystko leżące przed nią na łóżku. Wiedziałam, że kobieta w lustrze to ja, miałam jednak wrażenie, że patrzę na swoją fotografię z dzieciństwa. Widziałam podobieństwo w oczach, ustach, postawie, ale był między nami jakiś rozdźwięk. Zupełnie jakbym była i jednocześnie nie była sobą. Poprzedniej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Podczas gdy skulony obok Alex pochrapywał cicho, tuląc się do poduszki, ja leżałam na plecach i gapiłam się w ciemny sufit. W końcu parę minut po trzeciej zasnęłam, ale nie spałam długo. Obudziłam się z krzykiem o piątej, dysząc i szarpiąc za kołdrę. Znowu śnił mi się szpital i przyglądająca mi się, pozbawiona twarzy osoba.

– Wszystko się ułoży, kochanie – uspokaja mnie mama, która drepcze obok mnie. Policzki ma zaróżowione, a cienka skóra wokół jej oczu pokryta jest siateczką zmarszczek. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, wzięła mnie za prawą rękę, a Alex za lewą. Czułam się jak dziecko, które zaraz oderwie się od ziemi, lecz zamiast radości czułam strach. W pewnym momencie mama pewnie mnie puściła, bo teraz ręce trzyma po bokach, a dłonie ma zaciśnięte w pięści.

– Anno. – Jej dłoń w rękawiczce muska rękaw mojej kurtki. – Tu nie chodzi o ciebie, skarbie. To nie ty jesteś sądzona. Jesteś świadkiem. Po prostu powiedz, co się stało.

„Po prostu powiedz”… Sędziemu, ławie przysięgłych, kierowcy ciężarówki, ludziom, prasie, rodzinom i przyjaciołom moich kolegów. Będę musiała stanąć przed nimi wszystkimi i przeżyć na nowo to, co wydarzyło się osiem tygodni temu. Gdybym nie czuła się taka odrętwiała, byłabym przerażona.

• • •

– Anno!

– Tutaj!

– Panie Laing!

– Panie Khan!

Hałas przytłacza mnie, jeszcze zanim zrobią to ciała. Gdziekolwiek spojrzę, widzę ludzi, którzy wyciągają szyje i ręce – niektórzy trzymają mikrofony, inni kamery – i krzyczą. Ojczym otacza mnie ramieniem i przyciąga do siebie.

– Zróbcie jej trochę miejsca! – Podnosi rękę i odpycha sprzed mojej twarzy kamerę. – Z drogi! Przepuśćcie nas, do cholery, kretyni!

Podczas gdy Tony toruje nam drogę, ja rozpaczliwie szukam wzrokiem mamy i Alexa, którzy utknęli w tłumie przy wejściu do sądu.

– Anno! Anno! – Blondynka po trzydziestce w różowej bluzeczce i czarnej puchowej kamizelce przeciska się w moją stronę i podtyka mi pod nos cyfrowy dyktafon. – Jesteś zadowolona z wyroku? Dwa lata i dwóch twoich kolegów nie żyje?

Patrzę na nią zbyt zszokowana, żeby cokolwiek powiedzieć, ona jednak nie przestaje mnie wypytywać.

– Wrócisz do pracy w Tornado Media? Przyszłaś tutaj ze swoim chłopakiem?

– Podobno nie możesz spać. To prawda? – dopytuje się inny głos.

Odwracam się, żeby zobaczyć, kto zadał to pytanie, ale za plecami mam morze ludzi – dziesiątki mężczyzn w garniturach, fotografów w dżinsach i kurtkach, ciemnowłosą kobietę w jaskrawoczerwonej kurtce, starszą siwą panią z trwałą ondulacją, moją mamę – z czerwonymi policzkami, wyraźnie zaniepokojoną – i stojącą nieco dalej chudą niespokojną sylwetkę mojego chłopaka.

Blondynka po prawej szturcha mnie.

– Anno, czy czujesz się w jakikolwiek sposób odpowiedzialna?

– Że co? – O dziwo, wśród całego tego zgiełku Tony usłyszał jej pytanie. Ktoś wpada na mnie, kiedy mój ojczym zatrzymuje się gwałtownie. – Że co, do cholery?!