Tam, gdzie prowadzi serce 2 - Eliza Nowak - ebook
NOWOŚĆ

Tam, gdzie prowadzi serce 2 ebook

Eliza Nowak

5,0

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość jest siłą, która pokona nawet śmierć

Bajkowy rejs po Adriatyku kończy się tam, gdzie nikt się nie spodziewa – przed ołtarzem
spływającym krwią. Emilia Miaris, zamiast wymarzonej przyszłości u boku Maksymiliana
Branda, podejmuje dramatyczną walkę o przetrwanie. Swoje i nienarodzonego jeszcze
dziecka.
Maks znika bez śladu, a świat Emi rozpada się na kawałki. W tych najtrudniejszych chwilach
oparciem są dla niej bliscy oraz Aleksander Jaworski – kiedyś przyjaciel ze szkoły; teraz
komisarz policji.
Jednak mroczne tajemnice rodziny Brandów nie dają o sobie zapomnieć. Sprawiają, że
niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku.
Ponadto, w ręce Emilii trafia zagadkowy przedmiot od narzeczonego, zdający się skrywać
prawdę o jego losie.
Czy Emi zdąży ją odkryć, zanim przeszłość upomni się o najwyższą cenę?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 335

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewajagielka

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo polecam
00
zaczytAnka1985

Nie oderwiesz się od lektury

MIAŁ BYĆ ŚLUB, JEST PORWANIE... Recenzja „Tam, gdzie prowadzi serce. Tom II” – @tam_gdzie_prowadzi_serce Wyobraź sobie dzień, który ma być najszczęśliwszym w Twoim życiu. Masz na sobie welon, pod sercem nosisz upragnione dziecko, a przed ołtarzem czeka miłość Twojego życia. I nagle, w ułamku sekundy, to wszystko zostaje brutalnie odebrane. Maks znika, porwany przez niebezpiecznych ludzi. Choć serce Emilii krwawi, dla maleństwa musi wziąć się w garść. Na szczęście w tym bagnie nie jest sama. Ma przy sobie totalnie pokręconych rodziców (ich kryzys wieku średniego, tatuaże i pikantne SMS-y to złoto!), przyjaciółkę oraz... jego. 🕵️‍♂️ Komisarz Aleksander Jaworski – gliniarz o gołębim sercu.To nieocenione wsparcie i ramię do wypłakania. Okazuje się, że Aleks to znajomy Emilii z czasów szkoły średniej. Los rzuca ich wspólnie w podróż do Chorwacji, do niedoszłej teściowej, Marty. Każde kolejne niebezpieczne zdarzenie zbliża ich do siebie.Aleksander od początku ma w sobie nutę tajemnicy, a...
00
Villanelle_lu

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogę się doczekać kontynuacji. Cudowna książka ❤️
00
grazynkaiwanicka2010

Nie oderwiesz się od lektury

Aaaaa kiedy będzie kolejna część tak nie można polecam
00



Tam, gdzie prowadzi serce

Tam, gdzie prowadzi serce. Tom II

Copyright © Eliza Nowak 2026

Wydanie I, Warszawa

ISBN: 978-83-68604-67-2

Redakcja i korekta: Katarzyna Jabłońska

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk, Joanna Karyś

Ilustracja na okładce, opracowanie graficzne okładki: Paweł Surman

Wektory: Paweł Surman

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/tam_gdzie_prowadzi_serce

instagram.com/wydawnictwopostepu/

instagram.com/postepstudio/

instagram.com/glosy_do_reklam/

youtube.com/@WydawnictwoPostepu

Książka dostępna także w wersji audiobooka i ebooka.

OD AUTORKI

Mówią, że najtrudniej jest zamknąć za sobą drzwi, ale prawda jest inna. Najtrudniej jest stanąć przed nowymi, nie wiedząc, co czeka po drugiej stronie.

Dziękuję, że znów jesteś tu ze mną. Usiądź wygodnie, odetchnij głęboko i pozwól, by opowieść na tych stronach poprowadziła Cię przez kawałek mojej duszy.

Ta podróż należy do nas.

Dopóki bije serce... żadna historia nie zna swojego końca.

Eliza Nowak

Rozdział 1

Głos. Męski, bezbarwny. Urywane słowa, brzmiące jak przefiltrowane przez watę: Ciśnienie stabilne… Przygotować… skalpel.

Skalpel.

Coś zimnego przebiegło mi po kręgosłupie. Chciałam krzyknąć, błagać, żeby przestali, ale z gardła nie wydobyło się nic. Tylko wewnętrzny wrzask odbił się od ścian czaszki i zadudnił w mojej głowie.

Kolejny dźwięk. Brzdęk metalu o metal.

Światło. Zbyt jaskrawe, oślepiające, jakby ktoś przyłożył mi słońce do twarzy.

Migawka: krzyk. Nie mój. Kobiecy? Męski? Nie potrafię rozpoznać.

Potem uderzenie. Tracę grunt pod nogami. Chwila ciemności… I huk! Głośniejszy niż wszystkie inne dźwięki razem wzięte.

Pistolet. To był wystrzał.

Wracam. Gdzieś obok mnie szumi aparatura. Krótkie, rytmiczne piknięcia. Czyjeś kroki oddalające się od stołu.

I znów cisza.

Rozdział 2

– Pacjentka wymagała natychmiastowej operacji. – Lekarz mówił spokojnie, ale oschle, jakby odcinał od siebie emocje z chirurgiczną precyzją. – Pocisk utkwił w kości miednicy. Usunęliśmy go wraz z fragmentami uszkodzonych tkanek. Straciła sporo krwi, jednak transfuzja nie była konieczna.

Tata zamarł, czekając na jedno słowo, którego bał się najbardziej. W głowie wciąż dudniło mu to samo pytanie: Przeżyła?

– Muszę przyznać – kontynuował lekarz – że pańska córka miała sporo szczęścia.

– Szczęścia? – wychrypiał. – Z przestrzeloną miednicą?!

Doktor spojrzał na niego uważnie.

– U kobiet w ciąży powiększona macica bywa… pewnego rodzaju tarczą ochronną.

– W ciąży? – Głos rodzica wybrzmiał niczym echo w pustym korytarzu. – Że co?!

– Pańska córka jest w pierwszym trymestrze. Pocisk trafił poniżej dna miednicy. Nie uszkodził tętnic, nie ma też śladów krwawienia do jamy brzusznej. Po konsultacji z położnikami mogę powiedzieć, że stan płodu i pacjentki jest stabilny. Przynajmniej na razie.

Ojciec przymknął powieki.

– Bogu dzięki… – wyszeptał, choć serce prawie wyskoczyło mu z piersi.

– Za chwilę zostanie wybudzona z narkozy. Proszę być przy niej.

– Oczywiście, panie doktorze.

– I jeszcze jedno: pacjentka jest pod całodobowym nadzorem policji. Wejść na salę mogą tylko najbliżsi.

Te słowa zabrzmiały bardziej jak ostrzeżenie niż informacja. Tata poczuł, że zagrożenie wciąż wisiało w powietrzu.

– Rozumiem – odparł twardo.

Medyk zerknął na zegarek.

– Muszę wracać na oddział. W razie pytań, proszę zgłosić się do mojego gabinetu. Pokój dwanaście.

– Panie doktorze… szczerze. Mogą wystąpić jakieś komplikacje?

Lekarz zawahał się, a w jego oczach przemknął cień niepewności.

– Ryzyko zawsze istnieje. Ale musi pan być dobrej myśli.

Ojciec poczuł lodowaty skurcz żołądka. To nie była odpowiedź, która koiła. To była odpowiedź, która podsycała strach.

– Dziękuję.

– Do widzenia.

– Do widzenia, doktorze… – szepnął.

Rozdział 3

Mój mózg próbuje rejestrować dźwięki z otoczenia. Są ledwo słyszalne, jakby z uporem maniaka chciały się przebić przez pancerną szybę. Nic nie czuję. Nie mogę się poruszyć, otworzyć oczu ani wydobyć z siebie najcichszego dźwięku. Niczego nie mogę.

Mam pełną świadomość tego, że moje ciało przestało mnie słuchać. Nie współgra ze mną. A może gra własną, plugawą melodię, niczym rozstrojona orkiestra, w której muzycy brzdękają na instrumentach, lecz całość nie brzmi jak należy.

Po krótkiej analizie stwierdzam jedno: moje serce bije.

Oddycham. Może faktycznie nie mogę się teraz poruszyć, ale wszystko wskazuje na to, że…

ŻYJĘ!

Tylko dlaczego nic nie pamiętam? Co się stało?!

– Proszę mnie natychmiast wpuścić! – Głos Sofii odbił się od zimnych, białych kafelków na ścianach korytarza.

– Tłumaczę pani, procedury są nieubłagane. Najpierw dowód tożsamości. – Policjant mówił spokojnie, choć jego dłoń powędrowała w stronę kabury.

Sofia zauważyła ten drobny, kontrolowany gest. Jakby mężczyzna był gotów w każdej chwili sięgnąć po broń. Jej serce zawrzało, jednak nie zamierzała się cofnąć.

– Człowieku, w dupie mam wasze procedury! Za tymi drzwiami leży moja ciężko ranna córka!

– Bez okazania dokumentu nie wejdzie pani do środka. Bardzo mi przykro.

Gdzieś z końca korytarza dobiegł trzask migawki aparatu. Ktoś robił zdjęcia. Może dziennikarze? A może ktoś, kogo nie powinno tu być?

– Nie mam przy sobie żadnego cholernego dokumentu! – Kobieta walnęła dłonią w metalowe drzwi. – Która matka zabiera dowód na ślub własnego dziecka?!

Drzwi nawet nie drgnęły. Jedynie echo uderzenia poniosło się dalej, dołączając do dźwięku karetek dobiegającego zza okna.

– Szanowna pani…

– Co tu się dzieje, Sofio? – zapytał Adriano, który właśnie pojawił się na korytarzu. Twarz miał bladą, a oczy podkrążone. – Jesteś po badaniach?

– Owszem. Nic mi nie jest! – Jej głos zadrżał. – Bądź tak łaskaw i powiedz tym panom, że jestem twoją żoną i matką Emilii Miaris. I że wchodzę, proszę ja cię. Teraz.

– Spokojnie, kochanie. Panowie na pewno cię wpuszczą, ale najpierw przywieziemy twój portfel.

– Wykluczone. – Zacisnęła pięści.

Na korytarzu zrobiło się nienaturalnie cicho. Policjanci wymienili spojrzenia, jakby coś ustalali.

– Sofio, nie czas na kłótnie. Daj mi chwilę, zaraz to załatwię.

– Co z nią?! – warknęła, patrząc w stronę sali.

– Żyje. To najważniejsze.

– Szanowni państwo… – odezwał się ponownie policjant, lecz kobieta mu przerwała:

– Daj pan spokój! Obiecuję, że zaraz usiądę na krzesełku i będę czekać, aż ten cholerny plastik z moją twarzą trafi w pańskie ręce.

Funkcjonariusz skinął głową.

– Dziękujemy za wyrozumiałość.

– Obudziła się? – Głos Sofii stał się nagle cichszy, bardziej ludzki.

– Szanowna pani…

– Dobrze. Już dobrze. – Przetarła oczy, jakby chciała wymazać ten obraz ze swojej pamięci.

– Proszę wybaczyć porywczość mojej żony – rzekł ze spokojem Adriano. – Dzień był… ciężki.

– My się wcale nie gniewamy – odparł jeden z policjantów.

– Przyzwyczajeni jesteśmy. Taka praca – dodał drugi.

– Współczuję – szepnęła Sofia, wiedząc, że to i tak nic nie znaczy.

Mąż chwycił ją za rękę.

– Kochanie, niebawem ktoś do ciebie przyjedzie. Wytrzymaj jeszcze chwilę.

– Jasne. Łatwo powiedzieć…

Miarowy dźwięk pikającego kardiomonitora stawał się coraz wyraźniejszy. Powoli podniosłam powieki. Obraz nie był na tyle klarowny, żebym mogła dostrzec szczegóły otoczenia, ale zarys sylwetek dwóch nachylających się nade mną postaci był już ostry.

– Adrian, obudziła się! Zobacz! – Usłyszałam mamę, która mocno ścisnęła moją dłoń.

Jej rękę dało się rozpoznać po liczbie pierścionków noszonych na prawie każdym palcu, zazwyczaj po kilka sztuk. Tak było i tym razem.

– Widzę, kochanie. I apeluję, żebyś mówiła o dwa tony ciszej, bo przecież stoję obok ciebie, nie na drugim końcu szpitala.

– Adriano, proszę ja cię!

Nie mogą sobie darować.

– Cześć, skarbie. Mama i ja jesteśmy przy tobie. – Był to łagodny głos ojca.

Jedyne co teraz czułam, to niepohamowana chęć poznania prawdy. CO SIĘ WŁAŚCIWIE STAŁO?

Chciałam coś powiedzieć, ale mój język jakby na dobre skleił się z podniebieniem. Wyartykułowałam tylko kilka przypadkowych dźwięków, kompletnie niewspółgrających ze sobą. Zupełny bełkot.

– Nic nie musisz mówić. Odpoczywaj. Wyłącznie to się teraz liczy – kontynuował Adriano.

Każde kolejne mrugnięcie powodowało wyostrzenie widzianego obrazu. Mogłam dokładnie dostrzec pełne łez spojrzenie matki i przekrwione od płaczu oczy ojca. Ten widok nie wróżył niczego dobrego.

Obróciłam delikatnie głowę w stronę niemiłosiernie pikającego ustrojstwa, na którym w rzędzie rysowały się (jedne pod drugimi) linie zapisu EKG wraz z kolorowymi liczbami. Następnie zerknęłam na plątaninę kabli podpiętych do mojego ciała. Było tego naprawdę sporo.

Do jasnej cholery! Myśl kobieto! Co pamiętasz?! Na pewno pamiętasz wszystko! Tylko weź się w garść!

No pewnie… Marzenia ściętej głowy… Niestety, to nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać…

Też coś! Przypomnij sobie i już!

Fajnie! Świetnie! Genialnie!

Szkopuł w tym, że nic nie pamiętam. Jakby ktoś celowo wcisnął guzik resetu w moim mózgu.

A może zadam inne pytanie: co pamiętasz?

Co pamiętam? Hmmm… Co ja pamiętam…?

Wiem! Pamiętam, jak jechałam z Rosie i Brunem autem. Był też Maks: elegancko ubrany, chyba w garnitur. Wyjątkowo przystojny. Jak ja go kocham…

I co dalej? No, skup się! Pełna koncentracja!

Nie wiem… Naprawdę nie wiem… Jakieś urywki…

Kościół… Ciemna furgonetka… Pisk opon… Mężczyźni w kominiarkach…

Boże!

Nie wiem… Nic już nie pamiętam…

Emi, dawaj! Wysil się bardziej!

Głośny huk… Krzyki… Krew… Maks! Porwali Maksa!

– Adriano, wezwij lekarza! – krzyknęła Sofia z przerażeniem w oczach.

– Już biegnę!

– Podaliśmy córce leki uspokajające. W takich sytuacjach musimy reagować na epizody silnego pobudzenia. U pacjentów po ciężkim urazie, szczególnie gdy zaczynają odzyskiwać świadomość, mogą wystąpić gwałtowne reakcje stresowe organizmu. Oczywiście kierujemy się zasadą ochrony życia, ale na ten moment naszym priorytetem jest ratowanie życia matki.

– Zdajemy się na pana, doktorze. Niech pan robi, co tylko będzie konieczne.

– Pani Emilia musi pozostać w szpitalu, aż wróci do pełni sił. Natomiast, jeśli w tym czasie będzie potrzebowała wsparcia psychologicznego, zapewniamy również i taką opiekę w naszej placówce.

– Sądzę, że będzie konieczna. Córka jest we wczesnej ciąży, a jej narzeczony został uprowadzony. Policji nie udało się dotąd schwytać porywaczy. Emilia nie jest jeszcze wszystkiego świadoma. Niedługo będziemy musieli ją o tym poinformować. Chyba ma prawo wiedzieć.

– Oczywiście. Dlatego tym bardziej potrzebuje teraz wsparcia osób bliskich. Nic nie zastąpi obecności, wysłuchania czy nienarzucającej się pomocy rodziców. Pacjentka jest jednak dorosła, więc może też chcieć porozmawiać o swoich obawach i problemach z osobą postronną.

– Będziemy mieli to na uwadze, prawda Sofio?

– Prawda, prawda.

– Dobrze. Córka powinna dziś przespać całą noc. Jest pod stałym nadzorem medycznym. Może jednak pójdziecie państwo do domu, wyśpicie się i wrócicie jutro rano.

– Wykluczone. Nie zmrużę oka ani na minutę, mając świadomość, w jakim jest stanie. Teraz nic innego się nie liczy.

– Ale odpoczynek też jest istotny – przekonywał dalej lekarz. – Nic tak nie usuwa zmęczenia fizycznego i psychicznego jak sen.

– Dziękuję za dobre rady, jednak żadna siła mnie stąd nie ruszy.

– Sofio – zdołał wtrącić się Adriano – porozmawiamy o tym jeszcze.

– Nie sądzę – żachnęła się.

– Panie doktorze, nie zabieramy więcej czasu. Naprawdę, dziękujemy za wszystko.

– Żaden problem. Proszę o siebie zadbać. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Po raz kolejny do moich uszu natarczywie wdzierało się – dobrze mi już znane – miarowe pikanie. Tym razem jednak skutecznie zagłuszyło je głośne wycie syreny karetki, która musiała znajdować się gdzieś w pobliżu.

Otworzyłam oczy. Panował półmrok. Było duszno i cholernie chciało mi się pić. Chyba nigdy nie byłam aż tak spragniona. Miałam spierzchnięte wargi. Gdybym tylko mogła się podnieść i poszukać wody, piłabym ją bez końca. Niestety, moje ciało zachowywało się, jakby było przygwożdżone do łóżka jakąś niewidzialną siłą. Pozostało mi jedynie oblizać usta, mimo, że każda cząstka mojego organizmu domagała się wody, a na języku panowała kompletna Sahara. Przełknęłam resztki śliny, aby choć trochę nawilżyć gardło. Efekt był mizerny.

Czułam się, jak wyrwana z korzeniami roślina, rzucona na wysuszoną ziemię w momencie górowania słońca. Nie miałam żadnej kontroli nad sobą i ciężko było mi się z tym pogodzić. W końcu nigdy nie zdarzało mi być tak bezsilną. Aż do teraz…

Mój mózg uparcie wysyłał sygnały do mięśni, do ścięgien, do wszystkich kości, żeby wreszcie wzięły się do roboty i ruszyły „swoje leniwe cztery litery”. Ale impuls tylko krążył bez celu i po chwili wracał do głowy. Byłam zdana na łaskę kogoś, kto wreszcie się zlituje i poda mi butelkę wody – najlepiej z korkiem niekapkiem, jak dla niemowlaka.

Obróciłam głowę w stronę monitora z nadzieją, że uda mi się dostrzec godzinę. Niestety, to ustrojstwo nie wyświetlało zegara, a ja już dawno straciłam całkowicie poczucie upływającego czasu.

Jak długo tu leżę? Jeden dzień? Dwa? Trzy? A może tydzień lub nawet kilka tygodni? Nie wiem, kiedy zasypiam ani o której się budzę. Czy sen jest jedynie drzemką, czy początkiem kolejnego dnia? Nie mam pojęcia, jaka jest data!Nigdzie w pobliżu nie wisi zegar, a nawet jeśli, to mój wzrok do niego nie sięga. Pozostaje czekać.

O losie!

Chociaż nigdzie mi się nie spieszyło, myśli w mojej głowie galopowały, jak konie na wyścigach. Miałam wrażenie, że pędząc tak szybko, niemal roztaczają wokół chmurę kurzu i pyłu.

Wpatrzona w sufit, powoli sklejałam w całość zdarzenia ostatnich dni, które wreszcie zaczęły się krystalizować. Przypominałam sobie wszystko. Godzina po godzinie, minuta po minucie, aż w końcu sekunda po sekundzie. Wtedy łzy same napłynęły potokiem do oczu.

Maks! Porwali Maksa! Czy on w ogóle jeszcze żyje?

Może policja już namierzyła tych zbirów… i jego?

Dlaczego ktoś chciał zrobić nam krzywdę?

Dlaczego?!

Kurwa mać! Przecież ja w ciąży jestem!

Jestem?!

A może już nie jestem?!

Zostałam postrzelona! W brzuch!

O Boże!

To jest jakiś koszmarny i popieprzony sen, z którego za chwilę się wybudzę!

To się nie może dziać naprawdę!

Budź się, Emilio Miaris! Kurwa! Budź się!

Kardiomonitor, jak na zawołanie, zaczął wydawać z siebie coraz szybsze i głośniejsze dźwięki. Ułamek sekundy później, drzwi otworzyły się z impetem, światło rozbłysło, a tuż nad sobą zobaczyłam przejęty wzrok pielęgniarki.

– Pani Emilio, słyszy mnie pani?! Proszę się uspokoić, wszystko będzie dobrze.

Zanim zdążyłam zareagować, wstrzyknęła coś do kroplówki.

Znów zapadłam w sen.

Rozdział 4

– Dzień dobry, pani Emilio. Widzę, że udało się pani przespać – odezwała się czarnowłosa pielęgniarka, „na oko” po trzydziestce. Podeszła do okna i odwróciła się w moją stronę. – Dziś jest piękna pogoda. Może odsłonię rolety?

– Okej…

Jezusie! Wreszcie udało mi się wydukać jakieś słowo! Odzyskałam kontrolę nad ustami!

– Długo czekaliśmy, aż się pani odezwie. Zawołam lekarza.

Długo?! Jak kurwa długo?!

– Co z moim dzieckiem? – Z trudem zebrałam myśli, aby zadać to, najbardziej trapiące mnie, pytanie.

– Wszystko dobrze. Lekarz wkrótce osobiście odpowie pani na wszelkie pytania.

„Strzeliła” termometrem w moje czoło, zapisała wynik na karcie i zamknęła za sobą drzwi.

Nie minęła nawet minuta, gdy te otworzyły się ponownie. Do sali, gęsiego wkroczyło sporo osób, lecz jedynie szpakowaty mężczyzna w średnim wieku zabrał głos:

– Dzień dobry. Nazywam się Edward Mojecki. Jestem pani lekarzem prowadzącym. Cieszę się, że wreszcie mamy okazję porozmawiać.

Mówił spokojnie, pewnie, bez wywyższania się, a mimo to, w każdym słowie wybrzmiewał autorytet.

– Dzień dobry – wydukałam, przecierając dłonią oczy.

Odzyskałam możliwość ruchu! Brawo ja!

– Pani Emilio, przeprowadziliśmy wszystkie niezbędne badania, by ocenić stan pani oraz dziecka. Chciałbym teraz wyjaśnić, co dokładnie się wydarzyło oraz jakie to ma konsekwencje dla was obojga. – Zerknął w kartę, którą trzymał w ręku, po czym dodał: – W wyniku postrzału, w rejonie miednicy doszło do uszkodzenia niektórych tkanek i struktur. Natychmiast podjęliśmy działania, aby opanować sytuację. Przeprowadziliśmy zabieg chirurgiczny, dzięki któremu zatrzymaliśmy krwawienie oraz ustabilizowaliśmy panią. Na szczęście, nie doszło do krwotoku wewnętrznego w jamie brzusznej. Wyniki badań pokazują też, że płód nie został uszkodzony. Oczywiście, monitorujemy sytuację.

Oddech gwałtownie mi przyspieszył.

– Czy moje dziecko jest bezpieczne?! – wypaliłam niczym z armaty.

– Rozumiem obawy, ale teraz priorytetem jest pani zdrowie. Choć sytuacja jest poważna, mamy doświadczenie w takich przypadkach i zrobimy wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo pani i utrzymać tę ciążę. Proszę nie martwić się na zapas. – Jego głos wyrażał profesjonalizm, ale i szczere zaangażowanie. – Zastosowaliśmy również, profilaktycznie, antybiotykoterapię, aby zapobiec zakażeniu rany pooperacyjnej. Niemniej, najważniejszym elementem leczenia na tym etapie jest pani spokojna rekonwalescencja.

– Dobrze. Postaram się nie panikować – odparłam z delikatnym uśmiechem. – Panie doktorze, czy mogę w końcu wstać z tego madejowego łoża? Czuję, że odcisnęłam się w nim na dobre...

– Owszem. Proszę powoli rozpocząć pionizację i spacerować po sali. Oczywiście w asyście pielęgniarek. Przypominam, że jest pani świeżo po operacji, więc żadnej brawury.

– Obiecuję! Zero maratonów! – Uniosłam dwa palce w geście przysięgi.

– Miło widzieć, że humor pani nie opuszcza.

– Taaa, powiedzmy, ale to raczej moje mechanizmy obronne – mruknęłam. – Panie doktorze, czy ma pan jakieś wieści o moim narzeczonym, Maksymilianie Brandzie? Czy wiadomo gdzie on jest? Bardzo się martwię…

– Pani Emilio, przykro mi, ale w tej sprawie nie mogę pomóc. Wykracza to poza moje kompetencje. Policja udzieli wszelkich informacji. Wiem tylko, że została pani przydzielona ochrona i nikt poza personelem medycznym oraz najbliższą rodziną nie ma wstępu do tej sali. Proszę również jej nie opuszczać. Jeśli będzie pani czegokolwiek potrzebowała, proszę użyć tego przycisku. – Wskazał czerwony guzik, znajdujący się obok łóżka. – Wszystko jest w zasięgu ręki, w tym także łazienka.

– Dobrze… Jeszcze jedno pytanie: który dzisiaj?

– Dwudziesty pierwszy lipca, piątek.

– Leżałam tu nieprzytomna tydzień?! – załamał mi się głos.

– Niecały tydzień. Ale proszę się tym nie martwić. W tej sytuacji czas działał na pani korzyść, wspomagając regenerację.

– Muszę natychmiast porozmawiać z policją. Czy może przyjść ktoś, kto zajmuje się moją sprawą?

– Poinformuję odpowiednią osobę. Tymczasem, proszę się przygotować, bo na korytarzu czekają rodzice, których musieliśmy wyprosić z sali przed obchodem.

– Moi rodzice tu są?!

– Oczywiście. Ciężko było ich od pani odciągnąć. Siedzą tutaj odkąd panią przywieziono. Tylko raz pozwolili się namówić na nocleg poza szpitalem.

– O Boże!

– Zdaję sobie sprawę, że to wszystko może wydawać się teraz trudne. Jeśli będzie potrzebowała pani wsparcia psychologicznego, mamy specjalistów gotowych do pomocy.

– Bardzo dziękuje, panie doktorze. Zapamiętam.

– Proszę odpoczywać.

– Cóż, tak się składa, że w tej chwili akurat nie mam nic lepszego do roboty.

– Do zobaczenia, pani Emilio. – Uśmiechnął się, chyba trochę rozbawiony moją odpowiedzią

– Do zobaczenia, doktorze. – Machnęłam ręką na pożegnanie.

Ledwie drzwi zamknęły się za lekarzem, a już po chwili stanęli w nich moi rodzice.

Mama, dotąd zawsze pełna energii i wigoru, teraz była kompletnie wykończona. Jej twarz przerażała niemal trupią bladością. Oczy miała zaczerwienione, a usta mocno zaciśnięte. Wyglądała jak upiór, starający się powstrzymać łzy. Spoglądała na mnie z niepokojem, który bezlitośnie zmienił jej łagodne rysy w coś kanciastego i mało atrakcyjnego. Z całego ciała zaś emanował lęk, nie tylko przed tym, co się stało, ale również przed tym, co się jeszcze mogło wydarzyć.

Adriano szedł za nią wolno, wręcz bardzo wolno, jakby w jego krokach było więcej lat niż w metryce. Wystarczyło zaledwie tych kilka dni, żeby czas go prześcignął i pomachał złowieszczo na odchodne, zostawiając głębokie zmarszczki na czole i zmęczenie w oczach. Na ramiona ojca działała też nieubłagana siła grawitacji, ciągnąc je ku dołowi. Z resztą cała jego postawa zdradzała wyczerpanie i brak energii.

Rodzice stanęli po dwóch stronach łóżka. Tata trzymał ręce w kieszeniach spodni i, lekko zdezorientowany, nie bardzo wiedział, co zrobić z nogami. Mama za to, mrugała powiekami tak szybko, jakby desperacko próbowała obudzić się z trwającego właśnie koszmaru.

O cholera! Muszę coś wymyślić, żeby rozładować atmosferę, bo jest tak gęsta, że mogłaby samego konia udusić…

– Witaj, kochanie. Jak się czujesz? – Sofia uśmiechnęła się lekko, próbując zachować pozory normalności, w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia. – Wszystko w porządku? Nic cię nie boli? – bombardowała mnie szeregiem pytań.

Już wiem!

– Mamo, tato… Wydaje mi się, że jestem robotem.

– Co?! Jakim robotem? – Tatuś natychmiast odzyskał przytomne spojrzenie, nie dając wiary temu, co właśnie usłyszał.

– No, takim terminatorem z supermocami. Zobaczcie, ile mam podłączonych kabelków i rurek.

– Skarbie, chyba rzeczywiście masz więcej mocy niż my! – Nieco stłumiony śmiech matki, był niczym powiew świeżego powietrza w tej dusznej i pełnej napięcia przestrzeni.

– Tylko nie próbuj latać, bo jeszcze spadniesz na łeb, na szyję. – Ojciec podchwycił mój żart i wyszczerzył zęby w coś, co miało przypominać uśmiech. Niestety wyglądało bardziej jak ironiczny grymas.

– A wiesz, że tatuś chciał kiedyś być superbohaterem, a dokładnie Batmanem? – W oczach mamy pojawił się błysk, zupełnie jakby opowiadała najzabawniejsze wspomnienie świata. – Pamiętam, gdy pewnego razu przebrał się za…

Tata zerknął na nią wymownie. Najwyraźniej uświadomił sobie, że żona zamierza ujawnić coś, czego córka nie powinna usłyszeć.

– Sofio, naprawdę…? To nie czas i miejsce na tego typu historie. – Pokręcił głową, próbując opanować zalewająca go falę wstydu. – Nie sądzisz, że…

– Adriano, proszę ja cię! To bardzo ważne, żeby Emi wiedziała, że też miałeś swoje momenty! Do dziś mam przed oczami, jak usiłowałeś się zmieścić w ten obcisły kostium, a my musieliśmy ci pomóc wyjąć nogi z…

Mama próbowała ukryć rozbawienie, choć ewidentnie miała z tym ogromne trudności. W końcu jednak wyszeptała miękkim, pełnym sentymentu głosem:

– Ach, to było coś… Próbowałeś skakać przez krzesła w ogrodzie, aż połamałeś jedno z tych, które kupiliśmy na rocznicę.

Ojciec westchnął z rezygnacją i rzucił:

– Dobra, dobra, już nie opowiadaj o mojej superbohaterskiej karierze. Jeśli tylko Emi zechce, w każdym momencie mogę zademonstrować, jak zmieniam się w Batmana.

W sali zapadła cisza, po czym wszyscy wybuchli śmiechem. Wtedy mały kawałek normalności na chwilę powrócił w mroku ostatnich dni.

– Pewnie… – odparłam. – Właśnie sobie wyobraziłam, jak biegasz po szpitalu w obcisłym stroju Człowieka Nietoperza. Myślę, że mogłoby to być całkiem ciekawe widowisko… Nie tylko dla mnie.

Tata wybałuszył oczy ze zdziwienia, a potem spojrzał na żonę, szukając ratunku.

– Kochanie, tak się cieszymy, że nie straciłaś poczucia humoru. – Mama natychmiast wykorzystała moment i przytuliła się czule do mojego ramienia.

Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to szeroko się uśmiechnąć z zaciśniętą szczęką.

– Powiedz, córciu, może jesteś głodna albo chcesz się czegoś napić?

– Mamuś, dobrze, że pytasz. Jestem okropnie spragniona…

– Adrian, podaj proszę torbę. Mam w niej wodę. – Sofia spojrzała na męża, który niemal natychmiast rzucił się, by wykonać polecenie. Poruszał się przy tym tak szybko, jakby ktoś właśnie wcisnął mu guzik z napisem: „Patrzcie, jak zapierdalam”.

– Proszę. – Mama, drżącą dłonią, wyciągnęła butelkę z korkiem niekapkiem.

– Zbawienie! – odetchnęłam z ulgą.

Z każdym łykiem czułam, jak energia powoli do mnie wraca. Niestety, jedna trzystumililitrowa butelka była zaledwie kroplą w morzu pragnienia.

– Pomału, kochanie. Dawno nie miałaś niczego w ustach.

– Mamuś, marzyłam o wodzie, odkąd otworzyłam dziś oczy. Proszę nie pouczaj mnie, tylko daj jeszcze jedną – powiedziałam, wymachując ostentacyjnie pustą butelką.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. – Wzięła kolejną i podstawiła mi pod usta.

Zawartość także tej butelki zniknęła błyskawicznie, a ja poczułam, że moje ciało powoli odżywa. Woda była niczym cudowny eliksir, który przywracał siły i nawilżał wysuszone gardło.

– No! To teraz możemy wreszcie poważnie pogadać – oznajmiłam, pełna determinacji, unosząc się nieco wyżej na łóżku.

Rodzice znieruchomieli, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem, jakby nie wiedzieli – śmiać się, czy płakać.

– Co masz na myśli, mówiąc: poważnie? – spytał tata, nieco oszołomiony.

– O wszystkim! – odpowiedziałam z pełnym przekonaniem. – Ale najpierw… powiedzcie mi, czy już wiadomo, gdzie, do cholery, może być Maks?!

Rozdział 5

Mama i tata wymienili się spojrzeniami, szukając w sobie nawzajem odpowiedzi, która mogłaby choć trochę załagodzić napiętą sytuację. Zauważyłam, że Adriano, zwykle opanowany, nagłe stał się nerwowy i blady. Sofia za to, nie potrafiła ukryć narastającego lęku i tak widocznego w jej oczach.

– Bo widzisz, kochanie… – Ojciec wciąż brzmiał, jakby nie do końca docierało do niego, co się dzieje.

Nie mogłam już dłużej powstrzymać buzujących we mnie emocji.

– Tato! – Mój ton nie pozostawiał wątpliwości. – Chcę wiedzieć, co się wydarzyło? Chcę wiedzieć, co z Maksymilianem? Co z nami?!

Każde słowo niosło za sobą narastający niepokój i choć starałam się mu nie poddać, serce biło mi coraz szybciej.

Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi! Nie wytrzymam tego dłużej!

– Proszę, nie próbujcie mnie na siłę chronić. Powiedzcie wreszcie, czy macie jakiekolwiek informacje o Maksie? Czy już coś wiadomo? Na przykład, gdzie może być teraz? – dopytywałam z nieskrywaną irytacją. – Przecież nie możecie mi wmawiać, że nic się nie stało, tylko po to, by mnie oszczędzić.

Głos mi drżał, ale stłumiłam łzy. Musiałam wiedzieć. Musiałam zrozumieć, co się stało.

Mama zacisnęła dłonie na poręczy łóżka i spuściła wzrok. Po chwili znów spojrzała na mnie, lecz tym razem inaczej. Jedno było pewne – nawet ona nie rozumiała w pełni tego, co się wydarzyło.

Wreszcie ciszę przerwał tata:

– Nie mamy jeszcze żadnych wiadomości od policji, kochanie… – Jego głos był łagodny, a zarazem przesycony napięciem. – Proszę cię, zrozum: to jest niezwykle trudne… Dla nas wszystkich. Na razie musimy uzbroić się w cierpliwość.

– Cierpliwość?! – powtórzyłam, niemal krzycząc, bo to słowo brzmiało, jak frazes w obliczu przerażającej niewiedzy. – Żadna CIERPLIWOŚĆ mi nie pomoże, jeśli ktoś w końcu nie znajdzie Maksa!

Ojciec zamilkł, a mama nawet nie próbowała wydobyć z siebie choćby słowa. Ich twarze wyrażały jednocześnie zmieszanie i bezradność. Przeszywało mnie to jak lodowaty wiatr.

I wtedy zrozumiałam:

Oni nie wiedzą więcej niż ja! Niech to szlag!

Moje serce biło jak szalone, a adrenalina pulsowała w każdej żyłce. Po raz pierwszy poczułam, że cała ta burza emocji wywołana była jednym pragnieniem: chciałam dowiedzieć się, gdzie jest Maks i zakończyć ten koszmar niewiedzy.

Tylko, jak mam to zrobić, skoro jestem przykuta do szpitalnego łóżka? Muszę natychmiast porozmawiać z kimś kompetentnym!

– Kochani, czy mogę was prosić o coś ważnego? – zapytałam bez chwili wahania.

Tata spojrzał na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.

– Mów śmiało, kochanie…

– Przyprowadźcie tutaj policjanta przydzielonego do mojej sprawy. Najlepiej już!

– Skarbie… – zaczął drżącym głosem, zmuszony stawić czoła tematowi, którego za nic w świecie nie chciał poruszyć. – Wiesz przecież, że wszystko jest w rękach służb. One robią, co mogą. Teraz powinnaś skupić się na sobie i dziecku, a nie martwić na zapas.

Wiedziałam, że te słowa miały mnie uspokoić, ale w moim sercu nie było miejsca ani na spokój, ani na odrobinę ulgi. To, co spotkało Maksa, było najważniejsze! W tamtej chwili zapewnienia rodziców brzmiały niczym echo z odległej galaktyki. Owszem, docierały do mnie, lecz odbijały się bez najmniejszej mocy sprawczej.

– Skupić się na sobie i dziecku?! – powtórzyłam szorstko, z narastającym rozgoryczeniem i gniewem. – A co z Maksem? Jak niby mam się skupić na sobie, skoro mój umysł pracuje na najwyższych obrotach, wciąż zastanawiając się, co się dzieje z moim narzeczonym? Jeśli nie będziemy działać, jeśli nie znajdziemy choćby jednego tropu, nic nie wskóramy! Maksymilian został porwany! Minął już tydzień, a czas ucieka nieubłaganie…

Miałam nadzieję, że rodzice zrozumieją, iż moja niecierpliwość nie wynika z buntu czy kaprysu, tylko z nieodpartej potrzeby działania. Za wszelką cenę pragnęłam poznać prawdę. Nie potrafiłam czekać w milczeniu. Nie mogłam, ot tak, pogodzić się z tą piekielną niepewnością.

W końcu głos zabrała mama:

– Kochanie, wiem, że ta sytuacja jest dla ciebie ogromnym ciężarem, ale pamiętaj: nie jesteś sama w tej walce. Śledczy zrobią wszystko, co w ich mocy. Trzeba im zaufać.

Jej słowa nie przyniosły mi żadnej ulgi. Czułam, że stawianie wszystkiego na jedną kartę, na kartę zaufania, zdecydowanie nie wystarczało. Potrzebowałam radykalnych działań, nie zaś pustych słów, które nie zmieniały niczego.

Tata wziął głęboki oddech. W jego oczach pojawiła się nieoczekiwana determinacja.

– Dobrze, zrobię to! Zaraz skontaktuję się z policją. Daj mi chwilę – oznajmił, zupełnie jakby nagle stał się gotowy do podjęcia konkretnych kroków.

Nareszcie!

Wyjął telefon z kieszeni spodni, a jego palce niemal automatycznie zaczęły przesuwać się po ekranie.

Po chwili uniósł wzrok. Bez słowa, zamyślony ruszył w stronę drzwi. Nim ktokolwiek spostrzegł, zniknął za ich skrzydłami, rozpuszczając się w cieniu, który wypełnił po nim pustą przestrzeń.

– Emilio – Mama delikatnie ścisnęła moją dłoń. – Wszystko się jeszcze ułoży, zobaczysz. To tylko kwestia czasu.

– Chciałabym w to wierzyć… – wyszeptałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Wiem, kochanie – Uśmiechnęła się niemrawo. – Możesz na nas liczyć. Zawsze będziemy przy tobie.

– A jeśli… – Nie dokończyłam zdania.

– Skup się na tym, co możesz tu i teraz – powiedziała, gładząc mnie po ramieniu. – Oddychaj, bądź silna, a resztę zostaw policji.

– Ale minęło tyle dni… i powoli zaczynam tracić nadzieję – przyznałam cicho.

– To normalne. – Mama przyciągnęła mnie bliżej. – Nawet kiedy wszystko wokół wydaje się beznadziejne, w środku, w tobie, wciąż tli się iskierka, która nie gaśnie. To ona prowadzi cię przez najciemniejsze chwile, podtrzymuje, gdy upadasz, i daje siłę, byś szła dalej. Pamiętaj też, że masz rodzinę, przyjaciół…

Wtedy mnie olśniło.

Jasna cholera!

Telefon!

Gdzie jest mój telefon?!

Adriano nie kazał długo na siebie czekać. Szybko pojawił się z powrotem, a na jego twarzy malowała się nadzieja, jakby coś, co dotąd wydawało się niemożliwe, nagle stało się realne.

– Emilio, rozmawiałem z funkcjonariuszem, który zajmuje się twoją sprawą i chcę cię uspokoić. Jutro przyjedzie do szpitala osobiście, a jeśli lekarz wyrazi zgodę, przeprowadzi przesłuchanie.

– I świetnie! Może wreszcie poznam jakieś konkrety – odpowiedziałam, choć w głębi duszy nie czułam większego przekonania.

– Na pewno, kochanie. Wszystko się wyjaśni, zobaczysz…

– Mam taką nadzieję…

Panie Boże, obdarz nas mocą! Mnie i tego małego szkraba, którego noszę pod sercem. Wiem, że jestem pełna niepokoju i lęku, ale maluszek musi być silny, żeby przetrwać to, co najgorsze i doczekać lepszych dni! W końcu powiadają, że po każdej burzy wychodzi słońce… Nieprawdaż?

– Mamo, tato… czy mogę mieć do was jeszcze jedną prośbę?

– Tak, skarbie? – Mama pogładziła mnie po dłoni.

– Proszę… idźcie do domu, zjedzcie coś dobrego i wypocznijcie – dodałam cicho, starając się ukryć zmęczenie.

– Nie ma mowy – stanowczo zaprotestowała.

– Błagam… Potrzebuję chwili samotności, żeby zebrać myśli i ułożyć je w głowie. To ważne, bo nie chciałabym niczego pominąć podczas składania zeznań.

– Sofio, nie naciskaj. – Tata obszedł łóżko, chwycił ją pod ramię i szepnął na ucho: – Dajmy jej trochę czasu.

– Zatem już sobie idziemy, proszę ja cię. Ale córciu… gdybyś tylko czegokolwiek…

– Tak, wiem. Będę dzwoniła – dokończyłam za nią. – À propos dzwonienia… Nie wiecie może, gdzie mój telefon?

– No jak to, gdzie? Włożyliśmy go do szuflady, w tej szafce. – Adriano wskazał wzrokiem mebel.

– Czy możecie mi go podać? Jest w ogóle naładowany?

– Pewnie! – Ojciec wyjął mojego iPhone’a i dał mi do ręki. – Wyłączyłem go, bo abonent był chwilowo niedostępny – rzucił z lekką ironią.

Ehhhhh.

– Tak był, ale już nie jest.

– Jasne. Odpoczywaj, zbieraj myśli. My, tymczasem, zameldujemy się tu bladym świtem.

– Tato, nie przesadzaj.

– Co? Blady świt to najlepsza pora, żeby zacząć dzień pełen nowych wrażeń!

– Wtedy ludzie jeszcze śpią, tylko wy, jak zwykle, ruszacie na najwyższych obrotach.

– I bardzo dobrze! – odpowiedział, zerkając na mnie radośnie. – Kto rano wstaje, temu Pan Bóg…

– …daje nadmiar energii, żeby mógł uprzykrzyć życie wszystkim tym, którzy bez pomocy nie potrafią nawet podnieść się z łóżka, prawda? – przerwałam mu, uśmiechając się przez zaciśnięte zęby.

– Zdecydowanie! – przytaknął. – Ale tak na serio: jutro zaczynamy trening pionizacji! Zgodnie z zaleceniami lekarza.

– I taka opcja podoba mi się bardziej niż wczesnoporanna pobudka.

– Zatem jesteśmy umówieni. Nauczymy córcię chodzić! – dorzuciła mama.

– Chodzić?! – Uniosłam brwi. – Myślałam, że mówimy o wstawaniu, a nie o kursie dla niemowląt!

– A cóż to za różnica? – Tata puścił mi oczko. – Wstawanie to dopiero początek. Cała reszta to już czysta przyjemność.

– Oczywiście – odpowiedziałam sarkastycznie. – Już widzę, jak bladym świtem uczę się stawiać pierwsze kroki, zamiast po prostu odpoczywać…

– Pamiętaj, to jedynie rozgrzewka przed powrotem do formy! – Mama głaskała mnie po głowie.

– Tylko nie mówcie, że zaczniemy od rozciągania…

– Nie, tym razem możemy sobie darować stretching – odezwała się rozbawiona.

– Jasne, ale następnym już nie! – Przewróciłam oczami. – Wtedy chyba będę musiała nauczyć się latać…

– I to się nazywa prawdziwa motywacja! – oznajmił z dumą tata.

Rodzice ucałowali mnie w czoło i powoli ruszyli do wyjścia.

– Trzymaj się, kochanie – powiedziała mama. – Obiecujemy, że nie zafundujemy ci żadnych wczesnych pobudek.

– Nie uwierzę, póki nie zobaczę – odrzekłam, patrząc na nich z półuśmiechem.

Niemal jednocześnie pomachali mi na odchodne.

– Do zobaczenia! – Odmachałam ręką, w której niecierpliwie ściskałam telefon. Byłam bardzo ciekawa, co znajdę w iPhonie po mojej tygodniowej absencji.

Przytrzymałam boczny przycisk. Logo Apple’a wyświetlało się przez długie dziesięć sekund, po czym zniknęło, a ekran natychmiast zalała lawina powiadomień. Miałam setki wiadomości od Róży. Zaczęłam klikać je jedna po drugiej. Zawierały masę pytań, przeplatanych stwierdzeniami i rozpaczliwymi prośbami o kontakt takimi jak: „Co się dzieje?”, „Dlaczego ktoś chciał zrobić Wam krzywdę?”, „Co z dzieckiem?”, „Gdzie Maks?”, „Nie chcą mnie do Ciebie wpuścić, a Twoi rodzice milczą jak zaklęci.”, „Jak się czujesz?”, „Dlaczego nie odczytujesz wiadomości?”, „Na litość boską – ODEZWIJ SIĘ W KOŃCU!”.

Po chwili zaczęłam odczytywać kolejne wiadomości. Tym razem od innych (mniej lub bardziej bliskich) znajomych: „Czy to prawda?”, „Te wydarzenia to faktycznie twój ślub?”, „Jestem w szoku i nie mogę w to uwierzyć!”, „Czy naprawdę jesteś w niebezpieczeństwie?”, „Jak twoje zdrowie?”, „Cała Polska o tym mówi…”.

Poszczególne słowa, przenikały do moich myśli, wirując w nich szaleńczo, przez co tętno nabrało rozpędu.

Chwila, chwila! Jak to, do kurwy nędzy, CAŁA POLSKA O TYM MÓWI?!

Drżącymi rękami wpisałam w wyszukiwarkę frazę: „Porwanie na ślubie”. W ułamku sekundy wyświetliła się cała lista artykułów, dotyczących jednego tematu: zamachu na nas.

O mój Panie przenajświętszy!

Zaczęłam scrollować kolejne nagłówki. Brzmiały jak złowrogie zwiastuny nadchodzącej katastrofy. W pierwszym odruchu chciałam wyłączyć telefon, ale zamiast tego zamknęłam oczy. Próbowałam odciąć się od wirtualnego świata i wrócić do iluzji normalności, gdzie wszystko było w najlepszym porządku. Tylko, że wszystko było dalekie od porządku, nawet najmniejszego. I choć poczułam się jak zalękniony ptak, który dopiero co stracił wolność, nie miałam wyjścia – musiałam stawić czoła temu, co szykował wszechświat. Niezależnie od ceny.

Zerknęłam ponownie na ekran telefonu, z którego – niczym potwory – wyłaniały się ciągi wyrazów zapisanych wytłuszczonym drukiem: „Zamach na ślubie – są ranni”, „Porwanie pana młodego”, „Zamaskowani mężczyźni z bronią przeprowadzili zamach. Na ślubie padły strzały”, „Córka słynnej projektantki postrzelona w swój Wielki Dzień”, „Znany biznesmen porwany na własnym ślubie”.

Niemal we wszystkich artykułach pojawiały się słowa: „zamach”, „porwanie”, „strzały”. Ja zaś miałam wrażenie, że wraz z Maksem, staliśmy się głównymi bohaterami jakiegoś budżetowego filmu sensacyjnego z gangsterskimi porachunkami w tle. Mimo, że walczyłam ze sobą, by nie zgłębiać tego informacyjnego ścieku, nie mogłam oderwać się od analizowania medialnych doniesień o nas. Owszem, wiele artykułów opisywało suche fakty, zgodne z tym, co zapamiętałam. Pojawiały się jednak i takie, które były pełne kłamliwych spekulacji oraz historii wyssanych z palca przez tak zwanych „zaufanych przyjaciół rodziny”.

Chwyt marketingowy poniżej pasa! Hieny i harpie jedne!

Obgryzając skórki, czytałam wszystko po kolei. Z każdym artykułem świadomość, że tkwię w samym centrum szalejącej burzy – rosła. Ta lawina informacji jedynie potęgowała mętlik w mojej głowie. Na domiar złego, zamiast odpowiedzi, rodziły się następne pytania. Tylko jedna kwestia była stuprocentowo pewna:

MOJE ŻYCIE, JUŻ NIGDY, NIE BĘDZIE WYGLĄDAŁO TAK JAK KIEDYŚ.

Chociaż leżałam w łóżku, wszystko bolało mnie, jakbym właśnie przebiegła maraton. Moje ciało było zmęczone, a umysł stawał się coraz bardziej zamglony. Na szczęście, charakter walczył ostatkiem sił, przemawiając do rozsądku, by się nie poddawał.

Ten cholerny zamach, to nie tylko moja sprawa! Dotyczy wszystkich ludzi bliskich memu sercu. Tych których szanuję, kocham i o których się troszczę, a którzy byli świadkami tej tragedii. Za nic w świecie nie pozwolę, żeby prawda przeszła mi koło nosa.

Tu i teraz obiecuję sobie, że będę walczyła: o nowe życie, o Maksa, o wszystko, co stało się celem nieznanych sprawców…

Przecież się nie poddam!

Nie mogę!

NIGDY!

PRZENIGDY!

Wiedziałam, że zanim odwiedzi mnie policja, muszę wykonać jeszcze jedno wyczerpując zadanie – zadzwonić do przyjaciółki i dowiedzieć się, co pamięta z tego koszmarnego dnia. Miałam nadzieję, że takie mikrośledztwo zapewni mi jakiejkolwiek poczucie kontroli w tej sytuacji.

Wzięłam głęboki oddech, aby uspokoić rozszalałe nerwy, nacisnęłam ikonę kontaktu do Róży, przyłożyłam iPhone’a do ucha i czekałam na połączenie. Przed oczami znów mignęły mi obrazy tamtego dnia, a każdemu z nich towarzyszyły: chaos, strach oraz smutek. Ułamki sekund wydawały się wiecznością. I wtedy w słuchawce odezwał się jej głos:

– Emilia?! – krzyknęła. – Emilia, czy to ty?! – powtórzyła głośniej, jakby usłyszała ducha.

– Tak, to ja – odpowiedziałam najspokojniej jak potrafiłam, choć serce waliło mi niczym młot.

– Dzięki Bogu! Wreszcie się odzywasz! – odetchnęła z ulgą. – Odchodziłam już od zmysłów!

– Jestem w szpitalu, ale to już zapewne wiesz.

– Tak, tylko tyle powiedzieli mi twoi rodzice.

– Musisz im wybaczyć. Próbują mnie chronić i chyba sami nie do końca wiedzą, co komu mogą mówić.

– A ty? – wypaliła – Jak się czujesz? Przecież zostałaś ranna…

– Jestem po operacji, bo ten zamaskowany świr postrzelił mnie w miednicę.

– O Boże! Co z dzieckiem?

– Żyje i ma się dobrze. Dzielne jest, w końcu odziedziczyło geny po mnie, więc nie mogło być inaczej. Już teraz pokazuje, że nie da sobie w kaszę dmuchać – zażartowałam, aby rozładować atmosferę.

– To naprawdę wspaniała wiadomość, Emi. – Zaśmiała się, lecz jej ton zdradzał niepokój.

Na chwilę zapanowała cisza, którą natychmiast przerwałam, gdy łzy same napłynęły mi do oczu.

– Rosie, posłuchaj uważnie: jutro spotykam się z policją. To będzie moje pierwsze przesłuchanie. Czy możesz mi opowiedzieć, jak to wyglądało z twojej perspektywy? No wiesz… Od momentu, kiedy dotarliśmy pod kościół.

– Emi… To był jakiś koszmar.  – Głos Róży łamał się, jakby nie wiedziała, od czego zacząć.

– Spokojnie. Oddychaj powoli, policz do dziesięciu i opowiedz po kolei, wszystko co pamiętasz. Z każdym, nawet najmniejszym szczegółem. – Próbowałam ją uspokoić, jednak sama walczyłam, by utrzymać miarowy oddech.

– Dobrze, postaram się.

– Świetnie, więc od początku…

– Przyjechaliśmy pod kościół i wysiedliśmy z auta. Podeszłam do ciebie, żeby poprawić tren od welonu. Bruno stał z Maksem z drugiej strony i pomagał mu z garniturem. Właśnie wtedy… – urwała, przełykając głośno ślinę – …wtedy podjechała ta furgonetka. Byłam przekonana, że to znowu ci namolni paparazzi, którzy od kogoś dostali cynk, gdzie odbędzie się ślub. Ale… – zawahała się, po czym dodała szeptem: – To byli oni… Bandyci. Ubrani na czarno, zamaskowani, a każdy z nich miał broń wycelowaną w naszą stronę.

Tym razem ja przełknęłam głośno ślinę, nie przerywając jej opowieści.

– Maks próbował dobiec do ciebie, ale nie zdążył. Trafili cię jako pierwszą. Ochroniarze Maksa odpowiedzieli ogniem, ale chybili, bo tamci schowali się za zaparkowanymi samochodami. A ty… ty osunęłaś się na ziemię, a twoją białą suknię zalała krew.

Głos mojej ukochanej Róży zadrżał. Poczułam, że po policzkach spływają mi łzy.

– Krew… krew… – jąkała się – …krew była wszędzie. Stałam jak sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć, rozumiesz? Ani kroku. Stałam tam jak jakaś cholerna mrożonka.

– Róża, to nie twoja wina – próbowałam ją pocieszyć. – Nie mogłaś nic zrobić. Mów, proszę, dalej.

– Nagle, Maks popchnął mnie z całej siły. Upadłam, ale wiem, że zrobił to celowo, żeby mnie uratować. Potem pochylił się nad tobą i zaczął uciskać ci ranę na brzuchu. Bruno dobiegł zaraz po nim. I wtedy… – przerwała, łapiąc nerwowo powietrze – …ten skurwiel znowu strzelił. Maks dostał w plecy i upadł obok ciebie. Wydaje mi się, że stracił przytomność, bo leżał bez ruchu.

Moje serce przyspieszyło.

– A potem? – spytałam cicho.

– Dwóch z nich podbiegło do nas. Jeden mierzył we mnie i Bruna, a drugi zaciągnął Maksa do furgonetki. Wszystko działo się tak szybko…

– Co z ochroniarzami? – dopytywałam.

– Zostali ranni już na samym początku strzelaniny. Nie mogli nic zrobić. Policja mówiła, że obaj trafili do szpitala – odpowiedziała. – Ich życiu podobno nic nie zagraża. Jeden ma przestrzelony obojczyk, drugi ramię. Pewnie wkrótce wrócą do domów.

– Dzięki Bogu. – Poczułam lekką ulgę. – A ci bandyci? Zauważyłaś coś szczególnego w ich wyglądzie?

– Nie, Emi… – westchnęła z rezygnacją. – Powiedziałam już policji wszystko. Byli dobrze zbudowani, zamaskowani, ubrani na czarno. Nic więcej… – urwała nagle. – Chociaż… Sama nie wiem… – kontynuowała ostrożnie. – Teraz, kiedy to wszystko sobie odświeżam, kojarzę tatuaż u jednego z nich.

– Tatuaż? Gdzie? – zapytałam natychmiast.

– Na dłoni – odparła. – Na grzbiecie ręki. Wyglądał jak symbol: kółko z koroną i dużą literą „m” w środku. Ale to wszystko działo się tak szybko, że nie jestem pewna.

– To ważne, Różo. Nawet najmniejszy szczegół może pomóc. Opisz go dokładniej: kolor, wielkość…

– Okej, spróbuję. Miał może z pięć centymetrów średnicy. Wydaje mi się, że był czarny, bez innych kolorów. Taki okrąg, jakby pierścień, wypełniony tuszem, a w środku ta litera „m”. Na górze były kontury korony. Nie widziałam zbyt wielu detali, bo ten zbir trzymał broń, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego zamaskowanej twarzy.

– Która to była ręka? – dopytywałam.

– Prawa – odpowiedziała bez zawahania. – Tak, zdecydowanie prawa.

– Dobra, pamiętasz coś jeszcze? Ich samochód, głosy, sposób poruszania się? – drążyłam niczym kret tunel w ziemi.

Róża zamilkła. Najwyraźniej próbowała cofnąć się myślami do tamtej chwili. W końcu powiedziała:

– Samochód był czarny, błyszczący. Nowa fura, ale numerów nie widziałam. A ich głosy… Ci dwaj, co podeszli bliżej, mówili coś, ale to było mało wyraźne, bo kominiarki zakrywały im usta. Jeden z nich miał niski, ochrypły głos. Trochę jakby za dużo wypił albo wypalił w swoim życiu.

– Powiedziałaś o tym policji?

– Na przesłuchaniu zapomniałam tylko o tatuażu.

– To idź drugi raz i opowiedz im o tym.

– Dobrze, jeszcze dziś pojadę na komisariat.

– Różyczko, moja kochana, dziękuję ci. Naprawdę. Za wszystko: że mi to opowiedziałaś i że mi pomagasz – Starałam się panować nad głosem. – Wiem, że to nie było łatwe.

– Emi, gdybym mogła cofnąć czas… – wyszeptała. – Zrobiłabym więcej, próbowałabym ich powstrzymać. – Nagle zaczęła szlochać.