Szmelc - S.J. Lorenc - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Szmelc ebook i audiobook

Lorenc S.J.

1,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Przyjechał, aby odnaleźć dawnego nauczyciela. Nieoczekiwanie sam stał się poszukiwany

Lucjan „Lucy” Stanisławski, wzięty fotograf modowy, ucieka przed problemami osobistymi do Berlina. Tam realizuje się zawodowo, a jego życie wydaje się poukładane. Przynajmniej do dnia, w którym otrzymuje tajemniczą kartkę pocztową od swojego dawnego nauczyciela fotografii Pawła Zmory z prośbą o przybycie.

Gdy tylko dociera do Warszawy, okazuje się, że jego mentor kilka dni wcześniej zaginął bez śladu. Lucy wprowadza się do mieszkania Zmory i przejmuje część jego obowiązków w wydawnictwie Fabryka.

Już w pierwszych dniach dopadają go nie tylko demony przeszłości, ale też niespodziewane problemy. Rzeczywistość miesza się z obrazami z dawnych zdjęć, a Lucy pogrąża się w sytuacji bez wyjścia. Wszystkie tropy zdają się prowadzić do starego analogowego aparatu Zmory.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 48 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mike781

Nie polecam

Galimatias czyli wielka bzdura.
00



PROLOG

Lucy poczuł, że ktoś uporczywie mu się przygląda. Nie widział kto, bo jedną nogą był ciągle we śnie, który starał się za wszelką cenę zapamiętać, ale to wrażenie było aż fizycznie namacalne. Śniło mu się… No właśnie – co? A miał cudowny sen, niczym film, który jest tak dobry, że aż nie chcesz, żeby się kończył. Obrazy uciekły bezpowrotnie, a on powoli otworzył oczy.

Na krawędzi łóżka siedziały dwa koty. Czarny i rudy. Ten pierwszy, gdy tylko spotkali się wzrokiem, natychmiast zeskoczył na podłogę, a chwilę potem Lucy usłyszał, jak zwierzę wciąga swój gruby koci tyłek pod łóżko. Tak, przypomniał sobie. To był ten strachliwy. Drugi bandyta nadal siedział i z zainteresowaniem mu się przyglądał. Przynajmniej tak pozornie to wyglądało. Lucy od pierwszego spotkania zauważył, że rudzielec ma jakiś dziwny wzrok. Nie było w jego spojrzeniu zupełnie nic. Kompletna pustka, brak jakichkolwiek uczuć.

Zanim wziął klucze od mieszkania, wiedział, jak się nazywają oba koty. Rudy był po prostu Rudym, a ten drugi miał jakieś normalne imię, ale i tak na nie nie reagował. Można nawet powiedzieć, że nie reagował na nic, co się do niego mówiło, i po kilku dniach Lucy przemianował go najpierw na Czarnego, a potem na Czarnka. Ale kociak dalej miał go w dupie i w sumie na jedno wychodziło. Chował się na każdy głośniejszy dźwięk, a pojawiał się tylko wtedy, gdy Lucy nakładał kocie żarcie do misek. Pojawiał się, to znaczy stawał za rogiem i głośno zawodził, aż obie miski z jedzeniem znalazły się na podłodze.

– Pojebane z was kociaczki – powiedział Lucy na głos. – Ale wasz właściciel też do normalnych nie należy. Co nie?

Przeszedł go zimny dreszcz. Czemu tu, u Zmory, było tak niemiłosiernie zimno? Naciągnął na siebie kołdrę, zrzucając przy okazji Rudego na podłogę, i postanowił, że da sobie jeszcze krótką chwilkę, zanim się niechętnie zbierze i wstanie. Może i dobrze, że było tak rześko, bo nie musiał się obawiać, że znów zaśnie. W swoim berlińskim mieszkaniu zaraz po przebudzeniu włączał telewizor i raz, że ktoś z nim był i do niego mówił, a dwa, że ten ktoś pilnował, żeby się ponownie nie pospał. Zmora z jakiegoś powodu nie miał telewizora. Nawet zwykłego, cholernego radia nie było. Lucy miał swój tablet z podstawowym pakietem telewizyjnym, ale urządzenie leżało na stole w kuchni i w tej chwili na pewno nie miał zamiaru po nie iść.

Na krawędzi łóżka znów pojawił się rudy kot i zaczął na niego patrzeć. Może nie tyle na niego, ile w jego kierunku. Kocur gapił się, ale tak, jakby nowy lokator był zupełnie przezroczysty albo w ogóle go tu nie było. Patrzył przez niego na wskroś, gdzieś na ścianę zaraz za łóżkiem. Lucy’emu wydawało się, że po tych kilkunastu dniach już się do tego przyzwyczaił, ale teraz wytrzymał zaledwie niecałą minutę i zaczął się podnosić. Postawił obie stopy na podłodze i zaklął po niemiecku. Była przeraźliwie zimna.

– Kurwa mać – dodał tym razem w ojczystym języku.

Wyrko było ustawione w rogu pokoju, u zbiegu ścian, i zawsze wstawało się z niego lewą nogą. Jak właściciel mógł tu normalnie żyć i cokolwiek robić, skoro każdy dzień zaczynał od wstawania z lewej nogi? Lucy podreptał do kuchni, klepiąc bosymi stopami po podłodze, i uruchomił tablet. Wybrał kanał z wiadomościami, pogłośnił i włączył ekspres do kawy, żeby się nagrzał. Poszedł umyć zęby i gdy wrócił, sięgnął do szafki po kawę. Torebka była zupełnie pusta. Został w niej tylko zapach. „Tak to właśnie jest, gdy się wstaje lewą nogą”, pomyślał. Przeszukał szafki, ale bez specjalnego przekonania, bo wiedział, że to jedyna kawa, jaka tutaj była. „Jak mam tu jeszcze trochę zostać, to chyba najwyższa pora, żeby wybrać się na zakupy”, stwierdził. Otworzył śmietnik i zajrzał do środka. Na wierzchu leżało kilka zużytych trójkątnych filtrów z kawą. Jakby sypał trochę mniej, to by starczyło jeszcze na dzień, może nawet dwa. Skarcił się w duchu i wybrał ten, który najlepiej rokował. Rozprostował go i włożył do żółtego ekspresu. Dolał wody i uruchomił. Po kuchni rozniósł się zapach kawy.

Wyjął dwie miski ze zmywarki, otworzył torebkę z kocim żarciem i podzielił mniej więcej po równo. Rudy już stał tuż za nim, a Czarnek tymczasem cicho zawodził zza rogu. Rytuał się rozpoczął, jak co rano. Lucy odsunął się pod okno i chwilę obserwował, jak oba sierściuchy wsuwają śniadanie. W międzyczasie nakapało akurat tyle, żeby starczyło na prawie pełen kubek. Nalał i usiadł przy stole. Kawa – jak na drugie parzenie – nie była wcale taka wstrętna, jak się spodziewał.

Przysunął do siebie tablet z włączoną telewizją. W wiadomościach jak zwykle były wyłącznie same złe informacje. Autobus spadł z nasypu na granicy polsko-niemieckiej. Jedenaście osób nie żyje, siedem w stanie ciężkim jest w szpitalu. Rośną napięcia w Korei, Pjongjang strzela testowymi rakietami balistycznymi na wszystkie strony. W Zatoce Meksykańskiej zatonął tankowiec. Oczywiście pełny po brzegi. Katastrofa ekologiczna. Pożary w Kalifornii. Zjarało się prawie całe Los Angeles. To ostatnie było akurat częstym i powtarzającym się regularnie wydarzeniem. Posłuchał chwilę, którym znanym aktorkom i aktorom tym razem spaliły się chałupy, bo tylko o nich mówiono, i przełączył na inny kanał.

– Nie wiadomo, jak dokonano tej przerażającej zbrodni – mówił wprost do kamery jakiś zaangażowany, młody dziennikarz w okularkach. Był cały w pąsach i nie ulegało wątpliwości, że to jego pierwszy materiał o czymś innym niż spóźniające się pociągi. – Ciało zostało znalezione przez przypadkowego przechodnia około piątej rano, tu, w tym parku. Na razie nie udało się ustalić tożsamości kobiety. Policja nie chce podawać żadnych szczegółów, ale udało mi się porozmawiać z ratownikiem medycznym z wezwanej na miejsce zdarzenia karetki.

Lucy już sięgał, żeby przełączyć na kolejny kanał, gdy coś przykuło jego uwagę.

– Prawdopodobnie się wykrwawiła – mówił nagrany wcześniej ratownik. – Miała ucięte obie nogi. Równiuteńko. Jedną tuż nad kolanem, a drugą w połowie uda. Dla mnie to wygląda, jakby ktoś użył takiego… superostrego noża elektrycznego albo piły mechanicznej. Wie pan, o czym mówię?

– No tak, ale mówił pan, że tu, na miejscu, nie ma śladów krwi ani żadnych narzędzi – przerwał mu niewidoczny dziennikarz.

– Tak, to wygląda bardzo dziwnie. Nie ma krwi, a cięcie jest wykonane jak od linijki. Pod równym kątem. Tak to przynajmniej wygląda – ciągnął ratownik, wyraźnie ledwo przytomny po nocnym dyżurze.

Lucy już jednak nie słuchał. Z tyłu, za ratownikiem, stał niedbale rozłożony parawan, taki jak używane przez policję po śmiertelnych wypadkach samochodowych. Obraz za ratownikiem był nieostry, ale całkiem wyraźnie było widać tułów kobiety i obie ucięte pod tym samym kątem nogi. Było dokładnie tak, jak mówił ten ratownik. Jedna tuż nad kolanem, a druga w połowie uda. Oba cięcia wykonano wzdłuż jednej linii. Lucy zatrzymał obraz i powoli cofnął tak, żeby móc się dokładnie przyjrzeć. Nie było niestety możliwości powiększenia, ale zrobił zrzut ekranu i uruchomił dalej wiadomości.

Podczas gdy podniecony dziennikarz paplał coś do kamery, Lucy przełączył się do aplikacji ze zdjęciami i odszukał wykonany przed chwilą zrzut. Powiększył obraz za plecami ratownika i wytężył wzrok. Szybko wstał i podbiegł do biurka. Otworzył szufladę i wyjął stos zdjęć polaroidowych. Zaczął je gorączkowo przeglądać, rzucając już obejrzane za siebie na podłogę. Pamiętał, że dołożył tutaj fotografie, które sam ostatnio zrobił. Zmora strzelał polaroidy od dłuższego czasu, używając różnych modeli aparatów w różnych formatach, i większość miał szczegółowo poopisywane i poukładane. Była też ściana. Ściana przez duże Ś. Tam zdjęcia były poprzyczepiane i ułożone według jakiegoś wzoru. Wyglądało to naprawdę niesamowicie i kojarzyło mu się z thrillerem policyjnym, w którym główni bohaterowie robią sobie taki schemat, żeby sprawdzić powiązania różnych osób i zdarzeń i ostatecznie wyjaśnić całą zagadkę. Trochę zdjęć, pewnie zrobionych ostatnio, leżało też po prostu luzem w szufladzie i Lucy był prawie pewien, że to, którego teraz szukał, musiał wrzucić gdzieś tutaj.

– Ale dlaczego miałoby, kurwa mać, leżeć na wierzchu? – zawołał zniecierpliwionym głosem, a za sobą usłyszał Czarnka zrywającego się z przerażeniem do biegu.

Wtedy przypomniał sobie, że może ma je w torbie. Oczywiście było na samym wierzchu. Lucy wziął z namaszczeniem fotografię w niesymetrycznej białej ramce i wrócił do stołu. Ciągle się w nią wpatrując, sięgnął po kubek z przestygniętą kawą. Zaskoczyło go, że napój jeszcze nie zrobił się wstrętny. Zdjęcie przedstawiało dwie zgrabne kobiece nogi, bez rajstop, w eleganckich, ale niewiarygodnie brzydkich czarnych tegorocznych sneakersach. Zrobił je pod kątem tak, żeby było widać głównie buty i żeby „wpadało w oko”. Tak jak ona go poprosiła… Lewa noga była widoczna tuż za kolano, a prawa do połowy uda. Położył fotkę obok tabletu. Gdyby nie różny format, kąt i brak ostrości na zrzucie ekranu z wiadomości, oba elementy stanowiłyby całość. Tam były okaleczone zwłoki, a tu brakujące elementy ciała. Lucy poczuł, że zaczyna się nieprzyjemnie pocić – jednocześnie na zimno i na cuchnąco. Tak jak zazwyczaj ma to miejsce, gdy ktoś jest śmiertelnie przerażony.

ZDJĘCIE | 1

Lucy nigdy wcześniej nie był w tym nowym wydawnictwie, w którym teraz pracował Zmora. Wiedział, że jego przyjaciel odsunął na dalszy plan swoje artystyczne aspiracje wkrótce po tym, gdy on sam wyprowadził się do Niemiec. Podobnie jak Lucy Zmora musiał mieć regularne dochody, by opłacać rachunki. Akurat ze swoim nazwiskiem i renomą nie miał większego problemu ze znalezieniem roboty, szczególnie że pracowali już wcześniej w innym konglomeracie wydawniczym. Ten nowy, o mało wdzięcznej i nieco mylącej nazwie Fabryka, zatrudnił Zmorę prawie od razu. On sam twierdził potem, że zrobili to tylko po to, by móc się chwalić, że mają uznanych artystów jako fotografów do swoich gównianych modowych sesyjek.

Chyba faktycznie był to główny powód, bo do robienia zdjęć modnych ciuszków i powielania sesji z zagranicznych wydań tych samych czasopism mogli zatrudnić kogoś równie dobrego – albo nawet lepszego. I zapewne za dużo mniejsze pieniądze. No ale w tej branży liczy się prestiż. Tak czy inaczej Zmora nie narzekał, miał regularne wpływy na konto i jednocześnie wystarczająco dużo czasu, żeby zajmować się swoją ukochaną fotografią analogową. Dziedziną, która – podobnie jak jej zwolennicy i wyznawcy – była już od lat na wymarciu.

Budynek, w którym znajdowało się wydawnictwo, w środku wyglądał jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Ściany były obdrapane, a w krytycznych miejscach pociągnięto je dodatkową warstwą farby olejnej, przez którą wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Najwyraźniej nikt nie przejmował się również dopasowaniem kolorów. Gdzieniegdzie wisiały zachowane w socrealistycznej stylistyce plakaty zachęcające do wydajnej pracy i sztuczne, plastikowe kwiaty. Może i miało to swój urok i robiło wrażenie na przyjezdnych gościach z zagranicy. W całości wyglądało to, jakby wystrój odtworzono na podstawie rysunków i zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat. Łącznie z wszechobecną dwucentymetrową warstwą kurzu.

Tuż przy wejściu stał rozpadający się kontuar. Po jego drugiej stronie siedział umundurowany ochroniarz, który oglądał jakiś program na ukrytym pod blatem telewizorze. Mężczyzna sam wyglądał, jakby stanowił część tej rekonstrukcji. Sądząc po wieku, był chyba na emeryturze i prawdopodobnie miał spore problemy ze słuchem, bo telewizor nie tyle grał, ile donośnie ryczał.

– Dzień dobry! – krzyknął Lucy, próbując przebić się przez dźwięk telewizora, ale ochroniarz nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. – Też mi ochrona, nie ma co… – bąknął pod nosem.

Spojrzał na wiszącą nad ochroniarzem tablicę i zaczął szukać, na którym piętrze znajduje się Fabryka. Z tego, co zauważył, w budynku zainstalowały się same agencje reklamowe, studia DTP i tym podobne podmioty. Nigdzie jednak nie było informacji o żadnym wydawnictwie.

– Halo! – Postanowił jeszcze raz spróbować i nawiązać kontakt z ochroniarzem. – Fabryka to na którym piętrze?

– Trzecim. I czemu się pan tak wydzierasz? – odparł ochroniarz opryskliwie.

– Jest winda? – Lucy zaryzykował jeszcze jedno pytanie, a tamten kiwnął mu głową, określając mniej więcej jej lokalizację.

Lucy wzruszył ramionami i podszedł do stalowych drzwi za rogiem. Nacisnął guzik. Czekał dobre dwie minuty, gdy ochroniarz znów przemówił zza winkla:

– Winda jest, ale nie działa. Jutro będzie serwis. Schodami trzeba.

Lucy chciał coś powiedzieć, ale dał sobie spokój. Rozejrzał się po licznych tabliczkach wskazujących drogi ewakuacyjne i znalazł drzwi prowadzące na klatkę schodową. Schody były długie i niewygodne. Stopnie sprawiały wrażenie, jakby ktoś zrobił je dla żartu. Każdy był wyczuwalnie innej głębokości i wysokości. Lucy musiał cały czas patrzeć pod nogi, żeby się nie potknąć.

„Powinni robić tu zawody, kto szybciej wbiegnie na najwyższe piętro – i czy w ogóle mu się uda”.

Korytarz na trzecim piętrze również wyglądał bardzo oryginalnie. Pod sufitem wisiały stare jarzeniówki, z których tylko część się paliła, a reszta migotała z charakterystycznym donośnym buczeniem. „Jak w horrorze albo w jakiejś grze”, pomyślał. Na szczęście pierwsze drzwi były szeroko otwarte, a w środku znajdowała się już zupełnie współczesna recepcja, ze współczesną recepcjonistką.

– Dzień dobry. Ja do pana Pawła Zmory – powiedział Lucy, przyglądając się dziewczynie. Była do kogoś bardzo podobna, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć do kogo.

– O, to masz problemik. – Dziewczyna, nie wiedzieć czemu, od razu przeszła na „ty”.

Lucy był trochę zaskoczony. Miał pod czterdziechę i co prawda ubierał się, jakby grał w jakimś garażowym zespole: glany, bomberka, dżinsy z dziurami – Kasja, jego dawna dziewczyna, nazywała taki niby odmładzający rodzaj outfitu „dzidzia piernik” – recepcjonistka była jednak na oko ledwo po dwudziestce i to przejście na „ty” było dla niego trochę szokujące. Zmora kiedyś, jak razem łazili po górach, stwierdził, że młodość kończy się wtedy, gdy mijana na szlaku gówniarzeria nie odpowiada na twoje „cześć” inaczej niż „dzień dobry”.

– A jak duży ten problemik?

– Pan Paweł zniknął nam jakiś czas temu i nie wiemy, co się z nim dzieje.

– Jak to zniknął? – Lucy miał wrażenie, że jest w ukrytej kamerze.

– Dzień dobry, Magdalena Strąk. – Za plecami usłyszał niski, ale jednocześnie bardzo kobiecy głos.

Gdy się obrócił, pierwsze, co zrobił, to skupił się całym sobą, żeby nie wytrzeszczyć oczu. Babka wyglądała jak typowa modliszka. Czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt lat, krótkie włosy uczesane tak, jakby przed chwilą wyszła od fryzjera. Do tego celebrycki uśmiech z aż nazbyt białymi zębami, które śmiało prezentowała co najmniej do szóstek. Jednak największe wrażenie robił wyeksponowany do granic przyzwoitości zrobiony biust, skrywany przez dwa symboliczne paski czarnej kiecki – sukienki z gatunku tych, których bardziej nie ma, niż są. Lucy dał radę zwalczyć wytrzeszcz oczu, ale za to mimowolnie rozdziawił usta.

– Jestem tutaj w Fabryce naczelną. Właściwie to prezeską, ale tytuł został mi jeszcze z czasów, gdy mieliśmy tylko jedno czasopismo – dodała, uśmiechając się, bo najwyraźniej właśnie takiej reakcji się po nim spodziewała. – Czy mogę jakoś panu pomóc, panie…

– Lucy… Znaczy Lucjan. – Mówiąc to, mimowolnie strzelił obcasami glanów. – Szukam mojego przyjaciela, Pawła Zmory. Wiem, że tu pracuje.

– Proszę za mną. – Naczelną wyraźnie cieszyło jego zawstydzenie, chociaż gdy podał cel swojej wizyty, na krótką chwilę jakby zmarkotniała.

Gdy za nią ruszył, dostrzegł kątem oka, że dziewczyna z recepcji ma z niego niezły ubaw. Naczelna przeszła kilka kroków korytarzem i weszła do niewielkiej salki konferencyjnej. Był tam długi, pusty stół, na którym leżał pilot, obok stało kilka krzeseł, a z sufitu przy zwiniętym ekranie zwisał luzem kabel od rzutnika.

– Napije się pan czegoś? – zapytała, siadając.

Lucy pokręcił przecząco głową i usiadł u szczytu stołu, bokiem do kobiety, tak żeby nie gapić się mimowolnie w jej dekolt.

– Cały czas mam wrażenie, że musieliśmy się już gdzieś wcześniej spotkać…

– To raczej niemożliwe. Na pewno bym panią zapamiętał.

– Pan Lucjan… Piękne i rzadko spotykane imię, tak à propos.

– Dziękuję bardzo.

– Tak. Teraz sobie przypominam. Paweł Zmora chyba opowiadał mi o panu kilka razy. Pracowaliście razem, tak?

– No, zanim doszło do współpracy, to powiedziałbym, że był raczej moim mentorem i nauczycielem. Znamy się od piętnastu lat, czy jakoś tak. Teraz, przez ostatnie dwa, w zasadzie się nie widywaliśmy, ale byliśmy w regularnym kontakcie.

– Tak? – Naczelna słuchała go zawodowo. Całą sobą.

– Wyprowadziłem się do Berlina i tam zacząłem zarabiać jako fotograf modowy.

– O, czyli pan też z branży. Miło spotkać kolejnego artystę.

– To prawda. Mam na koncie kilka sukcesów. Było też parę okładek w prestiżowych czasopismach, ale myślę o sobie raczej jak o rzemieślniku. Fotografia modowa to coś, co przy odrobinie talentu każdy może opanować i…

– Och, proszę nie być takim skromnym. Paweł zresztą też tak mówił o sobie.

– Właśnie. – Lucy przypomniał sobie, jaki jest cel jego wizyty. – Ta przemiła dziewczyna w recepcji mówiła, że nikt nie wie, gdzie on jest…

Naczelna westchnęła głęboko, unosząc wzrok ku sufitowi, a Lucy walczył ze sobą, by nie sprawdzić, czy jej biust nie wydostał się ze skrawków zakrywającej go sukienki.

– Paweł czasami znikał… Oczywiście nie wtedy, gdy na miejscu była ustawiona robota, znaczy sesje, ale teraz nie ma go już od paru dni i trochę zaczęliśmy się niepokoić. Dodzwonić się do niego nie możemy, bo nie odbiera komórki…

– Tak, Paweł zawsze był bardzo analogowy – wtrącił Lucy z uśmiechem i zauważył, że jego głos brzmi wyjątkowo nienaturalnie.

– Od pewnego czasu dziwnie się zachowywał. Zazwyczaj był oazą spokoju, a przez parę ostatnich tygodni sprawiał wrażenie rozdrażnionego, zauważyłam nawet, jak wydzierał się na naszego producenta. A nic podobnego, proszę mi wierzyć, nigdy wcześniej nie miało miejsca…

Drzwi sali konferencyjnej się uchyliły i do środka wsadził głowę młody facet z ogromnymi zakolami i dredami.

– Przyszła już ta druga modelka i ci youtuberzy mówią, że właśnie o kogoś takiego im chodziło. – Facet zupełnie się nie przejmował, że ktoś tu rozmawia, ale chyba tak to działało, bo naczelna nie wyglądała na zniesmaczoną.

– Dobrze, dowiedz się, jak oni sobie to wyobrażają, i niech zaczną ich pudrować. Będę za parę minut.

Dredziarz zniknął tak błyskawicznie, jak się pojawił, a naczelna komicznie i nieświadomie zatrzepotała rzęsami.

– Przepraszam pana. Mamy tu dzisiaj sesję z takimi dwoma śmieszkami z internetu i panowie średnio co piętnaście minut mają nowy pomysł, jak to ma wyglądać.

– A ile mają odsłon?

– Jak wrzucają filmik, to w tydzień sześć, siedem milionów.

– Grubo…

– Grubo. Takie czasy. W zeszłym tygodniu mieliśmy tu sesję z jednym pisarzem, którego notabene bardzo lubię i cenię… Zresztą nie tylko ja, bo z każdym kolejnym tytułem jest zawsze w pierwszej dziesiątce… Nagroda Nike i tak dalej…

– Siedem tysięcy egzemplarzy na rok – przerwał jej Lucy, zgadując, ile średnio sprzedaje książek.

– Nie, no bez przesady. – Naczelna się roześmiała. – Ale maksymalnie dziesięć, dwanaście tysięcy i wtedy jest już mowa o ogromnym sukcesie.

Kobieta zamyśliła się i mimowolnie zaczęła poprawiać dwa cienkie paski skrywające jej biust. Lucy nie czuł się z tym komfortowo.

– Panie Lucjanie… – Naczelna wyrwała go z rozmyślań.

– Proszę mi mówić Lucy.

Kobieta dziwnie się na niego spojrzała, ale zaraz potem tajemniczo się uśmiechnęła.

– Lucy, gdzie się zatrzymałeś?

– Mam hotel w Śródmieściu – odpowiedział, przełykając ślinę. – Pokój z podwójnym łóżkiem…

– Paweł ma w domu dwa koty. Przez ostatnie parę dni był u nich nasz inny fotograf, Witek, ale może ty wziąłbyś klucze od jego mieszkania i trochę tam pobył? Wiesz, dopóki on się nie znajdzie? Paweł, ponieważ czasami wyjeżdżał, awaryjnie zostawił nam dwa komplety. Z tego, co słyszę, jesteście przyjaciółmi i mam wrażenie, że mogę ci zaufać. Koty pewnie też.

– Jasne, nie ma sprawy. Bardzo chętnie.

– Tak jak wspominałam, to nic nowego, że Paweł gdzieś się zaplątał. Dusza artysty pewnie wymusiła na nim jakiś nowy projekt i w zasadzie super, ale jakby jeszcze kogoś o tym poinformował… – W jej głosie przez chwilę rozbrzmiała wyraźnie słyszalna nuta pretensji.

– Tak, on zawsze tak miał. Wpadał na jakiś pomysł i wtedy choćby skały sra… Znaczy wtedy cała reszta mogła nawet spłonąć. On musiał natychmiast, od razu zacząć to, co mu strzeliło do głowy.

Kobieta przyglądała mu się ze słabo ukrywanym rozbawieniem i bawiła się pilotem od rzutnika leżącym na stole.

– Na długo przyjechałeś?

– Paweł chciał, żebym mu w czymś pomógł. Nie pisał dokładnie, o co chodzi, ale zakładałem, że będę tutaj przynajmniej dwa tygodnie.

– No i świetnie. Masz tu numer telefonu, bezpośrednio do mnie, i jakby się pojawił albo coś by się działo, to dzwoń, proszę. – Gdy wręczyła mu wizytówkę, podniosła się i wyciągnęła do niego dłoń. – Miło było poznać. – Miała męski, wzbudzający respekt uścisk. Idealnie pasował do jej niskiego głosu. – Klucze i adres Pawła są w recepcji, a jak masz ochotę popatrzeć, to sesję dla tych zuchów robimy w studiu dwa, na końcu korytarza.

Gdy wyszła, odczekał chwilę i zdzielił się otwartą dłonią w czoło.

– Mam, kurwa, pokój z podwójnym łóżkiem… Ja pierdolę – skarcił się przyciszonym głosem.

Dał sobie chwilę, żeby dojść do siebie, i wrócił do recepcji. Dziewczyna musiała zostać uprzedzona przez naczelną, bo bez słowa dała mu klucze i kartkę z ręcznie zapisanym adresem. Lucy doskonale wiedział, gdzie mieszka Zmora, bywał u niego wiele razy, ale nie chciał już wchodzić w żaden kontakt z recepcjonistką. Szczególnie że nadal miała przylepiony do twarzy ten sarkastyczny, porozumiewawczy uśmiech.

W pierwszym odruchu chciał uciekać, ale postanowił jednak zajrzeć do studia dwa. Rozejrzał się i ruszył w głąb korytarza, skąd dochodziły liczne głosy i śmiechy.

– Chcesz może bilet na imprezę radia NRF? – odezwała się dziewczyna z recepcji, gdy tylko zaczął iść. – Mam tu pojedynczą wejściówkę. Nagroda w konkursie, ale zwycięzca jej nie odebrał.

– A kiedy to? – zapytał autentycznie zainteresowany.

– Dzisiaj wieczorem w klubie…

– Tak, pamiętam, gdzie to się zazwyczaj odbywało. Bardzo chętnie, ostatni raz byłem parę lat temu. Dziękuję. – Wziął bilet od dziewczyny i nim ruszył do studia, uśmiechnął się do niej i zasalutował trzymaną wejściówką.

– Proszę się nie martwić. Paweł zawsze się znajduje! – krzyknęła za nim.

Lucy obrócił się, kiwnął jej głową i jeszcze raz się uśmiechnął.

Poszedł do studia i stanął w drzwiach. W środku rozgrywała się typowa apokalipsa. Chłopcy z YouTube’a wymyślili sobie, że będą mieli modelkę przypominającą dominę. Pejcze, obroże, skórzane czapki i dużo lateksu. Krótko mówiąc: katastrofa. Zdjęcia robił ten sam facet, który zajrzał do nich w trakcie spotkania. Trzeba przyznać, że całkiem sprawnie poruszał się w studiu. Sam sobie ustawiał i korygował tło, lampy i całą resztę. Gdy spotkali się wzrokiem, Lucy kiwnął mu głową, ale został zignorowany. Z twarzy dredziarza biła wyraźna, nieuzasadniona niechęć.

Samo studio nie robiło większego wrażenia. Spora przestrzeń, ale sufit był tak nisko, że największa lampa, tak zwana parasolka, prawie go dotykała. Ściany przepisowo pomalowano na neutralny szary kolor, tak żeby nie odbijały światła, a okna zasłonięto szczelnymi, również szarymi żaluzjami. Znał to wszystko bardzo dobrze. W pomieszczeniu kręciło się kilka osób odpowiedzialnych za stylizację modeli.

– Nikt nam teraz nie napisze w komentarzach, że wyglądamy jak parka. – Lucy usłyszał, jak jeden z youtuberów mówi do drugiego.

Naczelna przejęła niewdzięczną rolę najwyraźniej nieobecnego producenta i starała się złagodzić charakter całej sesji.

– Panowie, te zdjęcia mają być opublikowane w miesięczniku dla kobiet. Nie możemy pociągnąć tego w taki sposób, jak to sobie wymyśliliście…

– My to najbardziej byśmy z panią redaktor… – zarechotał jeden z nich.

– A czemu nie możemy tego pociągnąć, jak chcemy? – zapytał drugi.

– Bo Fabryka nie ma w swoim portfolio magazynu pornograficznego…

Lucy stwierdził, że chyba nic tu po nim i lepiej się zebrać i wymeldować z hotelu, żeby nie policzyli mu kolejnej doby.

ZDJĘCIE | 2

Gdy jechał już taksówką ze swoimi gratami, naszło go na wspominki – cóż to za przypadek sprawił, że w ogóle się tu znalazł. Właściwie należało mówić o całej serii przypadków.

Gdy piętnaście lat temu skończył szkołę fotograficzną, jego promotor doradził mu, żeby znalazł sobie albo jakąś agencję i się pod nią podczepił, albo kogoś znanego, komu mógłby asystować. Patrona, który nie tylko może go czegoś nauczy, ale przede wszystkim pokaże, gdzie i z kim należy pracować, żeby zaistnieć na tym niewdzięcznym rynku.

– Mój drogi Lucjanie – powiedział mu wtedy na odchodne – zdjęcia już potrafisz robić, i to całkiem niezłe, ale zanim ktoś się na nich pozna, czeka cię kilka lat zapierdalania z mopem i noszenia lamp tym, co już dawno mają to za sobą.

Lucy nie do końca wtedy wiedział, co jego promotor ma na myśli, ale był nauczony, żeby nie dyskutować ze starszymi i bardziej doświadczonymi.

Zaczął od agencji, ale długo tam nie zabawił. Z nikim nie miał kontaktu, dostał jedynie loginy na serwer i pouczenie, jak ma tagować zdjęcia. To drugie było bardzo istotne, bo osoby zajmujące się sprzedażą nie były w stanie przejrzeć tysięcy fotografii, które spływały każdego dnia na agencyjny serwer. Poza tym w tagach musiała znaleźć się również informacja, kto dane zdjęcie zrobił, żeby można było mu za nie zapłacić. Całą tę wiedzę przekazała mu dziewczyna oddelegowana do zajmowania się nowymi fotoreporterami. Swój wykład wygłosiła na agencyjnym korytarzu i trwał on niespełna trzy minuty. Potem musiał już radzić sobie sam.

Stare agencyjne wygi pchały się prosto do rządowych instytucji oraz na oficjalne konferencje prasowe. W pierwszym miejscu zarabiali, bo foty polityków sprzedawały się lepiej niż kłamstwa, które opowiadali w czasie kampanii, a w drugim głównie się żywili. Na takie konferencje do roboty przychodzili głównie pismacy, natomiast fotografowie robili po kilka zdjęć na starcie, a potem dyskretnie oblegali stolik z poczęstunkiem. Po paru tygodniach latania z aparatem dostał maila, że sprzedało się jego pierwsze zdjęcie. Przejście dla pieszych w centrum miasta do artykułu w gazecie internetowej. Pamiętał, że je zrobił, bo starał się uchwycić cudownie hipsterskie i kolorowe małżeństwo z dzieckiem. Zarobił siedemnaście złotych trzydzieści sześć groszy i tego samego dnia zaczął się rozglądać za kimś znanym, kto mógłby zostać jego mentorem czy promotorem, zwał jak zwał.

Paweł Zmora był wtedy na absolutnym topie. Regularnie raz do roku wydawał fotoksiążkę z kolejnym projektem. Hype na te albumy ze zdjęciami napędzał sobie bardzo sprytnie, bo były to niskonakładowe wydania, które oficjalnie można było nabyć w dniu wystawy i potem jeszcze tylko przez parę tygodni. Już po pierwszym roku kosztowały sto procent więcej, a po kilku latach osiągały astronomiczne ceny. Lucy sądził, że Zmora robi to specjalnie i nie dopuszcza do dodruków, bo dzięki temu coraz więcej osób o nim mówiło i zabijało się o wydruki jego fotografii, na których miał właściwy zarobek. Internetu jako miejsca publikacji swoich prac w ogóle nie uznawał. Na wernisażach zawsze było pełno ludzi, ale wystawy były popularne także później, a kolejny pik miał miejsce w trakcie finisażu.

W mieszkaniu, do którego Lucy właśnie podążał, Zmora zrobił w pełni wyposażoną ciemnię. Ukochał szczególnie papiery barytowe i naprawdę osobiście robił sygnowane i limitowane odbitki autorskie. Zarabiał krocie na ich sprzedaży, szczególnie po wystawach, których starał się mieć przynajmniej dwie, trzy w ciągu roku. W pewnym momencie odezwała się do niego duża agencja z zagranicy. Nie było to Magnum, ale też spora i licząca się firma: VU z Paryża. Zmora żył jednak wtedy jak pączek w maśle i stwierdził, że nie lubi, a już na pewno do niczego nie potrzebuje żadnych Francuzów.

Nim się poznali, Lucy znał jego prace i bardzo je cenił. Prawdę mówiąc, nie chciał nawet próbować u nikogo innego. Po nieudanym starcie w agencji stwierdził, że jak mu się nie uda zdobyć zaufania Zmory, to spróbuje szczęścia w fotografii ślubnej. Na początek zaczął uczęszczać na wszystkie wydarzenia, na których mógł spotkać Zmorę, i robił to tak wytrwale, aż w końcu wrósł w krajobraz, nieustannie widziany przez swojego przyszłego mentora. Kupował jego książki, brał autografy, a co najważniejsze: coraz częściej z nim rozmawiał. Stawał się jednością ze starszym kolegą.

Przełom w ich relacji nastąpił już w pierwszym roku. Na pewno dopisało mu szczęście, bo fotografię analogową szybko i intensywnie zaczęła wypierać fotografia cyfrowa. Doszło do tego, że Zmora sam poprosił go kilkukrotnie o pomoc. Był co prawda starszy jedynie o piętnaście lat, ale cały ten cyfrowy świat zdecydowanie go przerastał. Nie chodziło nawet o samo robienie zdjęć, bo tu zmieniło się najmniej, ale nie ogarniał formatów plików, sposobów magazynowania, tagowania, przesyłania… a cyfrowe ciemnie typu Lightroom czy Capture One były dla niego już kompletną czarną magią.

Pracowali razem przez kilka lat i nawzajem się od siebie uczyli. Lucy żył wtedy całkiem nieźle z fotografowania imprez, którego jednak szczerze nie znosił. Gdy przyniósł klientowi pierwszą relację z targów samochodowych, gdzie śmielej eksperymentował z głębią ostrości i agresywnym kadrowaniem, usłyszał, że foty są nieostre i nie bardzo widać, kto na nich jest. A pan prezes na pewno chciałby mieć jakieś ładne ujęcia z hostessami. Zmora śmiał się z tego przez dwa dni, a Lucy zrozumiał, że tam pieniądze, a tu nauka i przyszłość. Starszy kolega bardzo go polubił i okazywał mu autentyczny szacunek. Nie ukrywał się ze swoją ułomnością w obsłudze komputerów i sprzętu cyfrowego, czasami więc trudno było określić, kto jest czyim asystentem.

Lucy już w drugim roku ich współpracy zorganizował swoją pierwszą wystawę. Przedstawił w dużych formatach zdjęcia z licznych koncertów. Fotografowanie muzyki to była jego pasja. Na wernisażu byli sami znajomi, wszyscy przepisowo zachwyceni, ale oczywiście nikt nie chciał niczego kupić. Jego patron powiedział mu potem, że jego fotografie są świetne i bardzo mu się podobają, ale żeby Lucy, będąc w czasie koncertu w fosie, rozejrzał się dokoła. Obok są inne osoby, które robią takie same zdjęcia pod tym samym kątem i w tym samym czasie, bo można tam przebywać zazwyczaj tylko przez pierwsze trzy, cztery utwory. Dodatkowo używają najpewniej dokładnie takiego samego sprzętu i szkieł. W żadnym razie nie są to warunki do oryginalnych ujęć.

– Zrób zdjęcia publiczności, butów muzyków… Kurwa, nie wiem, kabli… Kogo obchodzą te szarpidruty? – mówił Paweł. – Znam wielu fotografów i sporo z nich ma jakiegoś zajoba. Jeden chodzi i robi zdjęcia w podczerwieni, drugi aparatem na kręcącym się wysięgniku, trzystasześćdziesiątki czy jakoś tak, inny znowuż nawala foty jakichś rozpierniczonych, opuszczonych budynków…

– Urbex?

– Może i urbex, nie wiem, co za diabeł, ale koncerty… Tu jest naprawdę małe pole do popisu.

– A jakaś oryginalna obróbka? – próbował ratować się Lucy.

– Jaka znowu obróbka? Chcesz robić zdjęcia czy pieprzone grafiki? – Zmora już wtedy konsekwentnie traktował cały cyfrowy świat jak jedno wielkie zło i przekleństwo.

Nie chodziło tylko o ten, który był związany z fotografią. Rachunki płacił na poczcie, gotówką, telefon komórkowy odbierał sporadycznie, a gdy tylko mógł, zamykał się w swojej domowej ciemni i wdychał opary odczynników w czerwonym lub oliwkowym świetle, dopieszczając kolejne odbitki i eksperymentując z nowymi papierami fotograficznymi. Nawet ta prośba o pomoc, którą do niego wysłał, była napisana na zwykłej kartce pocztowej ze znaczkiem. Gdzie tam jakieś maile? Tylko Poczta Polska, i to najlepiej bez daty, żeby za cholerę nie było wiadomo, kiedy to napisał, a kiedy wysłał. Tydzień, a może miesiąc temu? Lucy wrócił wtedy, w zeszłym tygodniu, do swojego mieszkania na Kreuzbergu po kilkudniowej sesji wyjazdowej dla Adidasa i wyjął ze skrzynki pocztowej plik reklamówek, rachunków oraz kartkę pocztową.

Zmora wybrał taką, na której było napisane: „Z okazji przejścia na emeryturę”. Chodziło oczywiście o to, że nigdy do końca nie pogodził się z ucieczką przyjaciela do Berlina i okazywał mu to przy każdej nadarzającej się okazji. Z drugiej strony znajdowały się, niewyraźnie zapisane, tylko dwa zdania: „Lucy, wpierdoliłem się w grubą aferę. Musisz mi pomóc” – i podpis: „PZ”. Daty oczywiście brakowało, a żeby uprościć całą sprawę, stempel pocztowy był kompletnie nieczytelny. Lucy westchnął. Cóż, i tak po rajdzie z Adidasem zamierzał zrobić krótką przerwę. Załatwił najważniejsze sprawy i następnego dnia był już w pociągu do Warszawy. Stwierdził, że odwiedzi starego przyjaciela i sprawdzi, w co tym razem próbuje on go wkręcić.

ZDJĘCIE | 3

Wyjrzał przez okno pędzącej taksówki. Powinni być na miejscu za kilka minut. Taryfiarz, który go wiózł, wyglądał jak Mamed Chalidow. Groźny i skupiony. Cały czas przyglądał mu się we wstecznym lusterku. Lucy czuł narastający dyskomfort.

– Może jednak spojrzałby pan czasami na drogę? – odezwał się w końcu, gdy tamten bez zwalniania przeleciał po raz kolejny przez skrzyżowanie na czerwonym świetle.

Taksówkarz nie odpowiedział, ale przynajmniej przestał się na niego gapić. Chwilę jechali w ciszy i spokoju, aż facet zaczął coś gmerać przy radiu i włączył jakieś dalekowschodnie rąbanie. Taki mandżurski bądź kazachski odpowiednik disco polo. „Zemsta, kurwa”, pomyślał Lucy, ale już się poddał. Na szczęście prawie dojeżdżali na miejsce.

Taksówka zatrzymała się tuż przed wejściem do budynku, w którym Zmora miał mieszkanie. Lucy w rewanżu za niezapomnianą przejażdżkę wyliczył facetowi dokładną kwotę, którą pokazywał licznik, i wysiadł. Brak napiwku nie spotkał się z aprobatą kierowcy, który nie był nawet uprzejmy wyjść z pasażerem i pomóc z walizą. Klapa bagażnika automatycznie się otworzyła, uruchomiona ze środka samochodu, a gdy tylko Lucy chwycił swój bagaż, „Mamed” ruszył z piskiem opon, zamykając zrywem drzwi bagażnika.

– Ja pierdolę – skomentował pod nosem Lucy, a z pobliskiego krzewu wzniosła się chmura wystraszonych wróbli.

Ruszył w kierunku budynku, zastanawiając się jednocześnie, czy tego pierwszego dnia po przyjeździe uda mu się spotkać choć jedną normalną osobę.

Wdrapał się na piętro, otworzył drzwi do mieszkania i wszedł do środka.

– Halo! Jest tu ktoś? – krzyknął, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi.

Mieszkanie Zmory wyglądało tak, jak je zapamiętał, będąc tu ostatnim razem. Przy drzwiach na wieszaku wisiała ukochana kurtka jego przyjaciela, kontraktowa M65, a w powietrzu unosił się mało dyskretny zapach kociej kuwety. Wszystko wyglądało tak, jakby za chwilę Zmora miał wyjść z któregoś z pomieszczeń i serdecznie się z nim przywitać.

Dopiero gdy Lucy zaczął się przechadzać po dwupokojowym mieszkaniu, zauważył kilka istotnych zmian. Nadal były dwa pokoje, łazienka, WC i kuchnia z dwoma wejściami, ale na przykład w ciemni, przystosowanej z garderoby, nie było powiększalnika. Trochę go to zaskoczyło, ale stwierdził, że może Zmora zaczął po prostu korzystać z zewnętrznego laboratorium. Czasami, gdy kończyły im się odczynniki, używali ciemni w Bronx Studio, ale jego mentor zawsze wolał swoją własną, tę u siebie w domu. Jedna ze ścian była od góry do dołu wypełniona polaroidowymi zdjęciami. Między niektórymi z nich ciągnęły się czerwone nitki przymocowane do wbitych w ścianę pinezek. Wyglądało to, jakby Zmora zmienił zawód i teraz pracował jako śledczy. Lucy zauważył również, że brakowało telewizora, a sufit przy stole jadalnym był cały osmalony.

– No, szanowny panie, jakaś gruba imprezka tu pękła.

Rudy kot spał na kanapie, ale Lucy nigdzie nie widział tego drugiego. Sprawdził, czy mają jedzenie, ale typ z dredami musiał wpaść tu dzisiaj rano, bo wszystkie kocie miski były prawie pełne. Fotograf przy okazji poczuł, że sam jest głodny, i otworzył lodówkę.

– No pewnie. Po chuj trzymać żarcie w lodówce? – bąknął pod nosem, ale nie był specjalnie zaskoczony, że nie było tam prawie nic do jedzenia.

W większości wypełniały ją kasety Polaroida, Fuji, różne negatywy oraz wycofany ze sprzedaży kodakowski Ektachrome. Lucy przypomniał sobie, jak Zmora się wściekł, gdy jego ulubiony film do slajdów przestał być produkowany praktycznie z dnia na dzień. Coś tam mieli na chwilę wznowić, bo ludzie zaczęli protestować i wypisywać petycje, ale nie pamiętał już, jaki był koniec tej afery. W każdym razie wyglądało na to, że Zmora był solidnie zabezpieczony, bo w lodówce znajdowało się ze sto pięćdziesiąt rolek.

– Masz tu, bracie, niezły majątek…

Z innych nowości znalazł jeszcze kilka starannie opisanych pudeł ze zdjęciami z Polaroida. Wszystko było datowane i równo poukładane. Wyglądało to na nowy projekt, bo fotografie miały pojedyncze kopie, ale z datowania wynikało, że robił codziennie jedną. Lucy przejrzał szybko pudła i doszedł do wniosku, że jest tu chyba znacznie więcej niż jeden projekt. Postanowił, że później dokładnie obejrzy zdjęcia, i otworzył ostatni, najświeższy pod względem datowania karton. Odbitki walały się luzem i najwyraźniej były dopiero w trakcie katalogowania. Ołówkiem naniesiono daty i po szybkim przejrzeniu Lucy stwierdził, że ostatnie były sprzed niecałych dwóch tygodni. Odłożył pudło i kontynuował inspekcję.

Aparatów w mieszkaniu było kilka w różnych miejscach. Tu następowało zauważalne zaburzenie zazwyczaj wszechobecnej pedanterii Zmory. Ich właściciel najwyraźniej chciał je mieć cały czas pod ręką i Lucy znajdował je w bardzo nietypowych miejscach. Były tu między innymi dwa składane Polaroidy SX-70, Fujifilm Instax na minikasety i jeden większy na panoramiczne. W zasadzie cały sprzęt służył do fotografii natychmiastowej. Lucy nie widział tu żadnego średnioformatowego aparatu czy choćby zawsze używanych przez jego przyjaciela trzydziestekpiątek. „Ciekawa sprawa”, pomyślał i przypomniał sobie, że jak zaglądał na sesję w Fabryce, to na biurku tego dredowego kolesia też chyba leżał aparat Polaroida. Może razem coś robią?

– Robią czy nie, na pewno jedzą coś od czasu do czasu – zwrócił się do pilnującego go rudego kota.

Sprawdził, czy ma gotówkę, i postanowił pójść do pobliskiego sklepu po coś jadalnego.

ZDJĘCIE | 4

Gdy wrócił z zakupami, przed drzwiami naprzeciwko jego mieszkania stała młoda dziewczyna i próbowała trafić kluczem do zamka. Od razu było widać, że jest w sztok pijana. Lucy dyskretnie zerknął na zegarek. Dochodziła trzynasta. Dziewczyna usłyszała jego kroki i podniosła głowę. Bez słowa, kiwając się lekko na boki, zaczęła mu się uważnie przyglądać. Wyglądała na dwadzieścia parę lat – tak bliżej trzydziestki. Miała ciasno upięte włosy i niepokojąco małe oczy wbite głęboko w twarz. Nie był to efekt wywołany jej stanem, tylko raczej taka uroda. Ubrana była w znoszone adidasy, dresy i biały podkoszulek, spod którego wyłaniały się liczne tatuaże.

– Może pomogę? – Lucy nie czuł do dziewczyny niechęci, raczej coś w rodzaju współczucia. Wyjął jej z ręki klucze, przekręcił w zamku i otworzył drzwi do jej mieszkania. – Proszę bardzo – powiedział, wykonując jednocześnie dłonią zapraszający gest.

Dziewczyna nadal nic nie mówiła, tylko świdrowała go wzrokiem. Trudno było stwierdzić, czy jest ładna, czy brzydka, bo alkohol trochę rozlał jej rysy, ale niewątpliwie miała w twarzy coś wulgarnego. Opierała się o ścianę, cały czas uważnie mu się przyglądając.

– Ja cię, kurde, skądś znam… Kolejny fotograf? – zapytała niespodziewanie składnie, gdy oddał jej klucze i zaczął otwierać swoje drzwi.

– A kiedy widziała pani tego poprzedniego? Tego, co tu mieszka na stałe? – zainteresował się Lucy i odwrócił w kierunku dziewczyny.

Ona momentalnie dostrzegła jego zaciekawienie i jej twarz rozjaśnił koślawy uśmiech.

– Wam się wszystkim wydaje, że zrobicie pstryk, pstryk i sprawa jest załatwiona. – Teraz już było słychać ponad wszelką wątpliwość, że dziewczyna porządnie bełkocze.

– Jaka sprawa?

– Ty już dobrze wiesz, kochanieńki. – Pogroziła mu pijacko palcem. – Pstryk, pstryk i załatwione. A to wcale nie jest tak. Wcale, a wcale… Możecie sobie te swoje aparaciki wsadzić głęboko w…

– Proszę mi powiedzieć, kiedy pani ostatnio widziała Pawła Zmorę. Jest pani jego sąsiadką, tak? – Lucy przysunął się o krok do dziewczyny i podjął rozpaczliwą próbę, żeby się czegokolwiek dowiedzieć.

– Ja pierdolę, ile pytań. – Dziewczyna nagle się zachwiała i straciła równowagę.

Lucy w ostatniej chwili zdążył do niej doskoczyć i chwycić ją pod ramię, zapobiegając upadkowi.

– Gdzie z łapami!? – Wyszarpnęła rękę z zaskakującą siłą. Spojrzała na niego z teatralnym, nieukrywanym oburzeniem.

Zaskoczony Lucy nie wiedział, co odpowiedzieć. Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż dziewczyna przeturlała się po ścianie i gdy już wydawało się, że wleci do środka bez podpórek, w ostatniej chwili złapała zgrabnie futrynę i wykonując półobrót, znalazła się w mieszkaniu.

– Wspomnisz moje słowa, kochanieńki. Nic tymi jebanymi zdjęciami nie załatwicie. Pstryk, pstryk – dodała jeszcze, zamykając mu drzwi przed nosem.

ZDJĘCIE | 5

Lucy lubił to miejsce. Może nawet nie tyle „lubił”, ile darzył sentymentem. Pewnie ze względu na nie tak dawne i dość częste wizyty z Kasją. „Częste” przynajmniej do czasu, gdy Kasja Wilk zaszła w ciążę i wszystko pierdolnęło. Kiedy byli tu razem po raz ostatni? Dwa, dwa i pół roku temu? To musiało być jakoś parę tygodni przed jego wyjazdem do Berlina.

Zakaz, bo tak nazywał się klub, w tygodniu funkcjonował jako restauracja, w której rezerwacje należało robić z bardzo dużym wyprzedzeniem. Właściciele świetnie wymyślili wystrój lokalu, bo przypominał on trochę kluby z czasów amerykańskiej prohibicji. Drzwi wejściowe były stare i metalowe, z odchodzącą całymi płatami farbą, a ledwo widoczny napis w ich górnej części głosił: „Magazyn ciał”. W drzwi trzeba było energicznie zapukać i dopiero wtedy z hukiem otwierała się klapka na wysokości twarzy. Przychodzących lustrował wielki łysy facet i po chwili otwierał. Wieczorami odbywały się tu koncerty jazzowe, a oprócz tego Zakaz wynajmowano na różne wydarzenia. „Iwenty”, jak się teraz mawiało. Zabierano wtedy stoliki, a ogromna przestrzeń przekształcała się w salę koncertową. Na tyłach tego ogromnego parkietu wygradzano loże. Było to od dawna najbardziej reprezentacyjne miejsce w całym mieście. Jeden z takich eventów miał się odbyć właśnie tutaj. Nagrody Radia NRF.

Lucy zamówił piwo i przepchał się przez rosnący tłum w kierunku sceny. Jako pierwszy miał grać szwedzki zespół postpunkowy – bardzo ich lubił, ale nie miał dotąd okazji zobaczyć na żywo, jak grają. „Jeśli będę jeszcze kiedyś w Fabryce, muszę koniecznie podziękować tej dziewczynie z recepcji”, pomyślał. Sprawiła mu naprawdę miłą niespodziankę. Gdy po powrocie z zakupami do mieszkania Zmory sprawdził, kto gra, i okazało się, że wieczór rozpoczynają właśnie oni, aż krzyknął z radości. No dobrze, może nie tyle krzyknął, ile zaklął paskudnie z niedowierzania.

Ze sceny zeszli techniczni, a na ich miejscu pojawił się typek z dredami, którego widział dzisiaj w studiu dwa w Fabryce.

„Kurde, czy naprawdę w całym mieście jest tylko jeden fotograf?”, pomyślał, gdy tamten wyjął z torby aparat. Typ z dredami ustawił parametry w urządzeniu i strzelił na próbę kilka zdjęć pustej sceny, a potem widowni. Lucy odruchowo machnął do niego, ale facet, mimo że widzieli się dosłownie kilka godzin wcześniej, a teraz stał zaledwie parę metrów od niego i patrzył mu prosto w oczy, udał, że go nie zna. Typowe. „Artysta, jebany fotograf, kurwa jego mać”, pomyślał Lucy i skarcił się, że pokazał typowi, że w ogóle go pamięta. Rozejrzał się nienaturalnie po sali, byle tylko nie patrzeć na dredziarza. Ludzie cały czas się schodzili, a po kilkunastu minutach parkiet przed sceną był już nabity do granic możliwości.

Światła nagle zgasły i bez żadnej zapowiedzi zaczął się koncert. Jako pierwszy pojawił się perkusista. Usiadł i zaczął wybijać jednostajny rytm na bębnie. Potem dołączali kolejni muzycy. Gitary, bas i saksofon. Na końcu pojawił się wokalista. Młody facet, rozebrany do pasa, cały w tatuażach, z wydatnym piwnym brzuchem i niepasującymi okularami przeciwsłonecznymi. Lucy dopiero teraz zauważył, że przy jego mikrofonie stały kilka otwartych piw i litrowa butelka whisky. No tak, kolejny zdolny, ale muzyk ze skłonnością do autodestrukcji. Może dadzą radę jakimś cudem machnąć jeszcze ze dwie płyty, a potem zaczną się odwyki i awantury wśród członków zespołu.

– Jak się dziś czujecie? – krzyknął wokalista po angielsku, a cała widownia wydarła się niezrozumiale, ale na pewno bardzo entuzjastycznie.

– Rozumiem, że dobrze – ciągnął dalej, a zespół nadal wybijał parę pierwszych nut z nadchodzącego utworu. – A ja dziś czuję się jak gówno i zrobię wszystko, żebyście też się tak poczuli! – Ostatnie słowa wykrzyczał do ruszającego pełną parą utworu i płynnie przeszedł w śpiew.

Lucy był pod wrażeniem. Mimo że wokalista sprawiał wrażenie porządnie nawalonego, genialnie wchodził w interakcje zarówno z zespołem, jak i publicznością. Ze stojącymi przy mikrofonie piwkami poradził sobie w ciągu pierwszych dwóch utworów, po czym zabrał się za flaszkę i wyglądało na to, że dopiero się rozkręca. Ciekawy był w tym całym jazgocie saksofon. Grający na nim muzyk ewidentnie świetnie się bawił, a w pewnej chwili – co Lucy od razu pokochał – zaczął odpowiadać wokaliście i starał się powtarzać na swoim instrumencie rytm śpiewanych przez niego fraz. Bardzo to było skuteczne – ludzie oszaleli.

Jeśli chodzi o kontakt z widownią, to była pełna kooperacja. Teksty nie były specjalnie skomplikowane i nawet osoby, które miały z nimi styczność po raz pierwszy, darły gardło do krwi. Słowa, mimo że proste, były też niczego sobie. Traktowały głównie o wszelkiego rodzaju używkach, ale także o problemach łóżkowych wynikających z ich stosowania, o braku akceptacji w społeczeństwie, o odmiennych stanach świadomości, o halucynacjach, o samotności w tłumie… Frontman chyba trochę wzorował się na Marku E. Smicie, nieżyjącym już wokaliście The Fall. Obaj mieli podobną manierę pozornie niechlujnego deklamowania tekstów i ogromny dystans do siebie. Obaj też wyglądali niczym żuliki sprzed sklepu nocnego z alkoholem. Lucy był ciekaw, czy facet poradzi sobie z litrową whisky, ale ten na szczęście odstawił ją po paru porządnych pociągnięciach i skupił się na robocie. Tarzał się po scenie, dyskutował z publicznością i świetnie się bawił.

Lucy widział kiedyś koncert Killing Joke, który zaczął się od wyznania wokalisty, że żaden z członków zespołu nigdy, mimo czterdziestu lat na scenie, nie miał kiedykolwiek wrażenia, że idzie do pracy. Ten facet, którego miał tuż przed sobą, też najwyraźniej czerpał ogromną przyjemność z tego, co robi. W pewnej chwili w przerwie między utworami zapytał, udając szept, czy ktoś nie ma przypadkiem jakiegoś jointa, którym mógłby go poratować. Po chwili ciszy na scenę poleciał nieśmiało jeden blant. Wokalista schylił się, podniósł go i schował, po czym teatralnie skłonił się w podziękowaniu. Zaraz potem poleciały drugi, trzeci, aż na scenę spadł grad skrętów ze wszystkich stron. Zespół, mimo że właśnie miał zaczynać kolejny utwór, przestał grać, a muzycy pokładali się ze śmiechu. Wokalista podziękował jeszcze raz, zebrał kilka jointów i schował do kieszeni dresów z paskami, po czym zapowiedział ostatnie dwa utwory.

Gdy znów zaczęli grać, Lucy poczuł, że ktoś klepie go w ramię. Obejrzał się – tuż za nim szczerzył się do niego lekko otyły facet w nawet zabawnej wędkarskiej czapeczce. Lucy na migi pokazał mu, że nie ma się gdzie przesunąć, i odwrócił się z powrotem w stronę sceny. Po chwili znowu poczuł klepanie w plecy.

– Jak dotkniesz mnie jeszcze raz, gościu, to chyba pierdolnę ci w ryj! – wykrzyczał do tamtego, mając jednocześnie pewność, że i tak go nie słychać.

Wędkarz odpuścił, ale gdy skończył się drugi zakontraktowany bis i zespół zszedł ze sceny, okazało się, że dalej stoi tuż za Lucym.

Redakcja: Julia Zając

Korekta: Barbara Szymanek, Maria Kiczka-Nowaczyk

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce: archiwum Mariusza Banachowicza

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-14-4