Szeptem o nas - Marcin Firmanty - ebook
NOWOŚĆ

Szeptem o nas ebook

Marcin Firmanty

0,0

Opis

Najważniejsze słowa wypowiada się szeptem

Tomek wyjechał z rodzinnego Bukowca, próbując zostawić za sobą konflikty i brak akceptacji ze strony bliskich. Po latach wraca na pogrzeb babci Marii i szybko orientuje się, że dom, w którym mieszkała, skrywa znacznie więcej niż pamiątki.

Wśród pożółkłych kartek starego zielnika coraz bardziej zagłębia się w nieznaną dotąd stronę życia Marii. Wkrótce dociera do niego, że zainteresowania babci wykraczały daleko poza zwykłe zielarstwo, a pozostawione przez nią ślady prowadzą do zjawisk, których nie da się racjonalnie wyjaśnić.

W tym samym czasie Tomek poznaje Oskara, chłopaka pracującego w lokalnej kwiaciarni. Ich znajomość stopniowo przeradza się w bliskość, która sprawia, że po raz pierwszy od dawna mierzy się z emocjami, które tłumił przez lata.

Powrót do Bukowca miał być tylko krótkim pożegnaniem. Dla Tomka staje się początkiem zmian, jakich nie da się już zatrzymać. Bo czasem miejsce, przed którym uciekamy, okazuje się jedynym, w którym możemy być sobą.

Szepty milczenia są najcięższe. Jeśli ich nie uwolnisz, zakorzenią się w tobie na zawsze. Tomek przełknął ślinę. Babcia zawsze mówiła zagadkami, ale to… to brzmiało niemal jak ostrzeżenie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 218

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­log Za póź­no na wszyst­ko

Te­le­fon za­dzwo­nił do­kład­nie wte­dy, kie­dy dźwięk dzwon­ka jest naj­bar­dziej iry­tu­ją­cy – ani zbyt wcze­śnie, by moż­na było go zi­gno­ro­wać jako po­ran­ne za­bu­rze­nie ci­szy, ani na tyle póź­no, by mógł za­ło­żyć, że to ktoś zna­jo­my dzwo­ni z bła­hą spra­wą.

Zer­k­nął na ekran, nie­chęt­nie od­ry­wa­jąc wzrok od lap­to­pa. Od go­dzi­ny ga­pił się w pu­sty do­ku­ment, usi­łu­jąc wy­krze­sać z sie­bie cho­ciaż odro­bi­nę mo­ty­wa­cji, by do­koń­czyć ra­port, któ­ry po­wi­nien był wy­słać już wczo­raj.

Mat­ka.

Nie ode­brał od razu.

Nie dla­te­go, że nie chciał, ale dla­te­go, że w jego gło­wie jesz­cze przed pierw­szym sy­gna­łem po­ja­wi­ło się to zna­jo­me ukłu­cie, ten we­wnętrz­ny głos, któ­ry mó­wił mu, że je­śli od­bie­rze, je­śli po­zwo­li so­bie usły­szeć to, co ma mu do po­wie­dze­nia, coś się zmie­ni – i nie bę­dzie już dro­gi po­wrot­nej.

Nie dzwo­ni­ła bez po­wo­du.

Ni­g­dy nie dzwo­ni­ła, je­śli nie mu­sia­ła.

W koń­cu ze­brał się w so­bie i się­gnął po te­le­fon, ode­brał.

Nie zdą­żył nic po­wie­dzieć, nie zdą­żył na­wet po­my­śleć, co miał­by po­wie­dzieć, kie­dy po dru­giej stro­nie usły­szał jej głos – ten sam, co za­wsze, su­chy, po­zba­wio­ny emo­cji, nie­mal me­cha­nicz­ny, jak­by in­for­mo­wa­ła go o czymś tak zwy­czaj­nym, że nie wy­ma­ga­ło to żad­nej re­ak­cji.

‒ Bab­cia nie żyje.

Nie od­po­wie­dział.

Nie dla­te­go, że nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

Pierw­sza myśl, któ­ra przy­szła mu do gło­wy, była zbyt pu­sta, zbyt obo­jęt­na, zbyt oczy­wi­sta.

Nie czuł nic.

Nie było szo­ku.

Nie było na­głe­go wstrzą­su, fali emo­cji, bólu, któ­ry po­wi­nien prze­wa­lić się przez jego cia­ło w tej jed­nej, roz­dzie­ra­ją­cej se­kun­dzie, gdy zro­zu­miał sens tego, co wła­śnie usły­szał.

Było tyl­ko to dziw­ne, obez­wład­nia­ją­ce uczu­cie, że już wcze­śniej wie­dział, że to się wy­da­rzy.

Że to było nie­unik­nio­ne.

Że mu­sia­ło się wy­da­rzyć w ten spo­sób – z dy­stan­su, przez te­le­fon, bez moż­li­wo­ści po­że­gna­nia.

– Sły­szysz mnie? ‒ mó­wi­ła da­lej mat­ka, jej głos nie zmie­nił się ani o ton. – Po­grzeb w so­bo­tę. Je­śli chcesz przy­je­chać, wiesz do­kąd.

„Je­śli chcesz przy­je­chać”.

Nie: „Po­wi­nie­neś być”.

Nie: „Mu­sisz tu być”.

Tyl­ko ten su­chy, neu­tral­ny ko­mu­ni­kat, któ­ry po­zo­sta­wiał de­cy­zję jemu, ale jed­no­cze­śnie su­ge­ro­wał, że to nie jest coś, co po­win­no wy­ma­gać za­sta­no­wie­nia.

Oczy­wi­ście, że mu­siał tam być.

Nie miał in­ne­go wy­bo­ru.

Nie dla­te­go, że czuł po­trze­bę.

Nie dla­te­go, że czuł się zo­bo­wią­za­ny.

Dla­te­go, że wie­dział, że nie­za­leż­nie od tego, co dzia­ło się mię­dzy nimi przez te wszyst­kie lata, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo chciał­by się od tego od­ciąć, ta hi­sto­ria nie skoń­czy się, do­pó­ki do niej nie wró­ci.

Do­pó­ki nie spoj­rzy na dom, któ­ry przez lata pró­bo­wał wy­rzu­cić ze wspo­mnień.

Do­pó­ki nie sta­nie twa­rzą w twarz z mat­ką, z oj­cem, z tym wszyst­kim, co zo­sta­wił za sobą, kie­dy wy­jeż­dżał z Bu­kow­ca, prze­ko­na­ny, że to nie jest jego miej­sce.

– Do­brze. – To było je­dy­ne, co po­wie­dział.

I za­nim zdą­żył usły­szeć co­kol­wiek wię­cej – za­nim mat­ka zdą­ży­ła do­dać coś jesz­cze, za­nim zdą­żył wci­snąć w tę roz­mo­wę co­kol­wiek, co mo­gło­by za­brzmieć bar­dziej ludz­ko, bar­dziej nor­mal­nie – roz­łą­czy­ła się.

Ci­sza, któ­ra na­sta­ła po­tem, była gło­śniej­sza niż wszyst­ko, co po­wie­dzie­li.

Sie­dział bez ru­chu, pa­trząc na ekran te­le­fo­nu, któ­ry wciąż po­ka­zy­wał jej imię, jak­by nie chciał go jesz­cze usu­nąć, jak­by ta roz­mo­wa wciąż wi­sia­ła gdzieś mię­dzy nimi, nie­peł­na, nie­do­koń­czo­na, choć prze­cież od po­cząt­ku taka mia­ła być.

Bab­cia nie żyje.

Nie żyje.

Już za póź­no na wszyst­ko.

Za póź­no na roz­mo­wy.

Za póź­no na sło­wa, któ­re po­win­ny były zo­stać wy­po­wie­dzia­ne wcze­śniej.

Za póź­no na co­kol­wiek.

Ale i tak mu­siał tam po­je­chać.

Roz­dział I Szep­ty prze­szło­ści

To­mek sie­dział przy oknie, ob­ser­wu­jąc, jak au­to­bus mo­zol­nie wspi­na się wą­ską, krę­tą dro­gą przez las. Po obu stro­nach szo­sy pię­trzy­ły się biesz­czadz­kie wzgó­rza, na­gie o tej po­rze roku, je­dy­nie gdzie­nie­gdzie po­kry­te pla­ma­mi ciem­no­zie­lo­nych so­sen. Stycz­nio­we nie­bo było oło­wia­ne, a w po­wie­trzu uno­sił się lek­ki za­pach wil­got­nej zie­mi i dymu z ko­mi­nów.

Ta­blicz­ka przy dro­dze in­for­mo­wa­ła, że do Bu­kow­ca – mia­stecz­ka, w któ­rym do­ra­stał – zo­sta­ło za­le­d­wie pięć ki­lo­me­trów. To­mek wes­tchnął ci­cho, prze­su­wa­jąc pal­cem po zim­nej szy­bie. Kie­dy wy­jeż­dżał stąd kil­ka lat temu, był pe­wien, że na za­wsze. Bu­ko­wiec był dla nie­go cia­sny, dusz­ny od nie­wy­po­wie­dzia­nych słów i spoj­rzeń, któ­re mó­wi­ły wię­cej niż same roz­mo­wy. Był mia­stecz­kiem, gdzie praw­da za­wsze była czymś, o czym się szep­ta­ło, ni­g­dy nie mó­wi­ło gło­śno.

Wy­je­chał, bo nie wi­dział tu dla sie­bie przy­szło­ści. Bo nie mógł być sobą. A te­raz wra­cał. Nie z wła­snej woli, ale z po­czu­cia obo­wiąz­ku – i żalu, któ­ry ści­snął go za gar­dło, gdy usły­szał wia­do­mość.

Bab­cia nie żyje.

To sło­wa, któ­re na­wet te­raz, po kil­ku­na­stu go­dzi­nach po­dró­ży, wciąż brzmia­ły w jego gło­wie. Jesz­cze ty­dzień temu dzwo­nił do niej, jak co pią­tek. „No i jak tam, Tom­ku?” – za­py­ta­ła po­god­nym gło­sem, jak­by roz­mo­wa była tyl­ko ko­lej­ną kart­ką wy­rwa­ną z ru­ty­ny. „Nie gło­dzisz się tam, w tym mie­ście? A cie­pło się ubie­rasz? Bo wiesz, jak zima w stycz­niu po­tra­fi czło­wie­ka po­dejść”.

Śmiał się wte­dy, tłu­ma­cząc, że prze­cież nie ma już pię­ciu lat. Ale jej cie­pły ton spra­wiał, że przez chwi­lę na­praw­dę czuł się zno­wu jak dziec­ko – bez­piecz­ne, chro­nio­ne przed świa­tem za wy­so­kim pło­tem bab­ci­ne­go ogro­du.

Nic nie wska­zy­wa­ło, że to ich ostat­nia roz­mo­wa. Że kil­ka dni póź­niej są­siad­ka znaj­dzie ją na we­ran­dzie, bez ży­cia, z fi­li­żan­ką nie­do­pi­tej her­ba­ty przy zmar­z­nię­tych dło­niach.

– Ser­ce – po­wie­dział le­karz su­cho, jak­by to tłu­ma­czy­ło wszyst­ko.

Ale Tom­ko­wi nie tłu­ma­czy­ło nic.

Bab­cia za­wsze była nie­znisz­czal­na. Twar­da jak ko­rze­nie sta­rych drzew w le­sie za do­mem, a jed­no­cze­śnie de­li­kat­na, gdy zry­wa­ła dla nie­go mię­tę na ból brzu­cha albo ru­mia­nek na uspo­ko­je­nie. W dzie­ciń­stwie wie­rzył, że wie wszyst­ko – skąd nad­cho­dzi bu­rza, jak roz­po­znać, że czło­wiek kła­mie, i dla­cze­go cza­sem naj­lep­sza od­po­wiedź to mil­cze­nie.

Za­mknął oczy, a wspo­mnie­nia wró­ci­ły z siłą, któ­ra nie­mal ode­bra­ła mu od­dech.

Let­nie po­po­łu­dnie, zło­ci­ste świa­tło roz­le­wa­ją­ce się po ogro­dzie. To­mek, może dzie­się­cio­let­ni, sie­dzi na scho­dach we­ran­dy, zmę­czo­ny po ca­łym dniu bie­ga­nia po łą­kach. Bab­cia krzą­ta się przy grząd­kach, z któ­rych za­wsze uno­sił się lek­ki, ko­ją­cy za­pach ba­zy­lii, me­li­sy i ma­cie­rzan­ki.

– Co tak sie­dzisz? – pyta z uśmie­chem, ocie­ra­jąc dło­nie o far­tuch. – Chodź, po­móż mi.

Bez sło­wa pod­cho­dzi, a ona wkła­da mu w ręce kil­ka ło­dy­żek świe­żej mię­ty.

– Zgnieć ją pal­ca­mi – in­stru­uje, a gdy on robi to nie­pew­nie, bab­cia po­trzą­sa gło­wą. – Moc­niej, Tom­ku. Mię­ta nie jest kru­cha, tyl­ko uda­je. Jak czło­wiek, co boi się po­ka­zać, jaki jest na­praw­dę.

To­mek po­słusz­nie za­ci­ska pal­ce. Aro­mat ude­rza go w noz­drza – ostry, orzeź­wia­ją­cy, nie­mal elek­try­zu­ją­cy.

– Wi­dzisz? – Bab­cia sia­da obok, zmę­czo­na, ale za­do­wo­lo­na. – Im bar­dziej coś tłu­misz, tym moc­niej to w to­bie sie­dzi. Ale wy­star­czy odro­bi­na od­wa­gi, żeby wszyst­ko wy­pu­ścić na po­wierzch­nię.

Wte­dy nie ro­zu­miał. Te­raz te sło­wa wra­ca­ły do nie­go jak echo.

Au­to­bus za­trzy­mał się z sy­kiem na ma­łym pla­cu w cen­trum Bu­kow­ca. Mia­stecz­ko wy­glą­da­ło do­kład­nie tak, jak je za­pa­mię­tał – kil­ka skle­pów z wy­bla­kły­mi szyl­da­mi, ap­te­ka, pie­kar­nia i ko­ściół z gó­ru­ją­cą nad da­cha­mi wie­żą. Przy przy­stan­ku stał po­mnik sprzed kil­ku de­kad, na któ­rym li­te­ry były już tak star­te, że trud­no było od­czy­tać de­dy­ka­cję. Czas się tu za­trzy­mał.

To­mek za­ci­snął usta i się­gnął po ple­cak. Ni­g­dy nie przy­pusz­czał, że wró­ci w ta­kich oko­licz­no­ściach – bez niej.

Na par­kin­gu, tuż obok pie­kar­ni, cze­kał sa­mo­chód jego ro­dzi­ców – ele­ganc­kie, gra­fi­to­we Vo­lvo XC90. Auto ide­al­nie pa­so­wa­ło do ich sty­lu ży­cia: duże, bez­piecz­ne, wy­ra­fi­no­wa­ne, z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi, któ­re sku­tecz­nie od­dzie­la­ły ich świat od resz­ty mia­stecz­ka. W Bu­kow­cu każ­dy wie­dział, że kto jeź­dzi ta­kim sa­mo­cho­dem, nie mar­twi się o ko­niec mie­sią­ca.

Obok auta sta­ła jego mat­ka – He­le­na. Mimo zbli­ża­ją­cych się pięć­dzie­sią­tych uro­dzin wciąż przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia prze­chod­niów. Wy­so­ka, smu­kła, ubra­na w dłu­gi, ciem­no­zie­lo­ny płaszcz z weł­ny, spię­ty w ta­lii cien­kim pa­skiem. Jej blond wło­sy, sta­ran­nie uło­żo­ne w mięk­kie fale, były ide­al­nie przy­pró­szo­ne si­wi­zną – nie z za­nie­dba­nia, lecz z pre­cy­zyj­nej de­cy­zji, by sta­rzeć się w spo­sób ele­ganc­ki. Na no­sie mia­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, choć nie­bo było po­chmur­ne, co tyl­ko po­tę­go­wa­ło wra­że­nie dy­stan­su.

He­le­na za­wsze wie­dzia­ła, jak wy­glą­dać nie­na­gan­nie – nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści. Sty­lo­wa, peł­na po­wa­bu, ema­no­wa­ła pew­no­ścią sie­bie, któ­rą wy­pra­co­wa­ła przez lata. To­mek wie­dział, że lu­dzie w mia­stecz­ku pa­trzą na nią z mie­sza­ni­ną po­dzi­wu i za­zdro­ści. „Pani He­le­na, kla­sa sama w so­bie” – mó­wi­ły ko­bie­ty w skle­pie, ści­szo­nym gło­sem, ko­men­tu­jąc jej wyj­ścia do ko­ścio­ła, za­wsze w ide­al­nie do­bra­nych bu­tach i rę­ka­wicz­kach.

Kil­ka kro­ków da­lej, opar­ty o ma­skę auta, stał jego oj­ciec – Je­rzy. Wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny męż­czy­zna po pięć­dzie­siąt­ce, z krót­ki­mi si­wie­ją­cy­mi wło­sa­mi i lek­ko za­ry­so­wa­ną szcze­ci­ną na twa­rzy. No­sił ciem­ne je­an­sy, skó­rza­ne buty i kurt­kę, któ­ra wy­glą­da­ła na dro­gą, choć bez krzy­kli­we­go logo. Wszyst­ko w jego po­sta­wie – od swo­bod­nie skrzy­żo­wa­nych ra­mion po uważ­ne, lek­ko zmru­żo­ne oczy – su­ge­ro­wa­ło czło­wie­ka, któ­ry za­wsze kon­tro­lu­je sy­tu­ację.

Ro­dzi­ce Tom­ka nie byli ty­po­wy­mi miesz­kań­ca­mi Bu­kow­ca. Od lat pro­wa­dzi­li ro­dzin­ny biz­nes – Za­kład Sto­lar­ski Bu­ko­wiec, któ­ry z cza­sem roz­rósł się w coś znacz­nie więk­sze­go. To nie był już zwy­kły tar­tak. Fir­ma pro­du­ko­wa­ła wy­so­kiej ja­ko­ści me­ble na za­mó­wie­nie, ele­men­ty ar­chi­tek­to­nicz­ne i pre­fa­bry­ka­ty drew­nia­ne. Do­star­cza­li je do ho­te­li, pen­sjo­na­tów, a na­wet za gra­ni­cę.

Po­ło­wa mia­stecz­ka żyła dzię­ki nim. Sto­la­rze, kie­row­cy, księ­go­we – każ­dy znał ko­goś, kto pra­co­wał dla „Bu­kow­ca”. A kto nie pra­co­wał, ten przy­naj­mniej ro­bił tam in­te­re­sy. W Bu­kow­cu o Je­rzym i He­le­nie mó­wi­ło się z sza­cun­kiem, ale też z pew­ną ostroż­no­ścią. Bo mie­li nie tyl­ko pie­nią­dze – mie­li wła­dzę.

I wła­śnie dla­te­go nikt ni­g­dy gło­śno nie mó­wił o Tom­ku.

***

Był ich je­dy­nym dziec­kiem. Dłu­go wy­cze­ki­wa­nym sy­nem, któ­re­mu od naj­młod­szych lat wy­zna­czo­no dro­gę – so­lid­ne wy­kształ­ce­nie, stu­dia, może kie­dyś prze­ję­cie fir­my. Wszyst­ko mia­ło być ide­al­ne, tak jak ich ży­cie.

Ale To­mek ni­g­dy nie pa­so­wał do tej ukła­dan­ki.

Po­cząt­ko­wo ro­dzi­ce tłu­ma­czy­li to jego in­tro­wer­tycz­ną na­tu­rą. Ci­chy, wraż­li­wy chło­piec, któ­ry wo­lał czy­tać książ­ki i po­ma­gać bab­ci w ogro­dzie, za­miast bie­gać po bo­isku z ró­wie­śni­ka­mi. Po­tem przy­szedł czas li­ceum, kie­dy róż­ni­ce prze­sta­ły być nie­win­ne.

To­mek do dziś pa­mię­tał tam­ten wie­czór. Im­pre­za u ko­le­gi z kla­sy, mu­zy­ka dud­nią­ca w tle, świa­tła mi­go­czą­ce na ścia­nach sa­lo­nu. Był roz­luź­nio­ny, może na­wet tro­chę pi­ja­ny, kie­dy jego naj­lep­szy przy­ja­ciel – Bar­tek – ob­jął go ra­mie­niem i po­wie­dział coś, co To­mek ode­brał zu­peł­nie ina­czej, niż po­wi­nien.

Chwi­la wa­ha­nia. Ser­ce bi­ją­ce szyb­ciej. A po­tem – nie­świa­do­my błę­du – To­mek na­chy­lił się, by go po­ca­ło­wać.

Bar­tek cof­nął się gwał­tow­nie, jak­by ktoś ob­lał go zim­ną wodą.

– Co ty, kur­wa, ro­bisz?! – wy­krzyk­nął, a w jego oczach było coś wię­cej niż za­sko­cze­nie. Była tam od­ra­za.

Na­stęp­ne­go dnia wie­dzia­ła już cała szko­ła.

Nie było jaw­nych wy­zwisk, nie w ta­kim miej­scu jak Bu­ko­wiec. Lu­dzie tu rzad­ko mó­wi­li wprost. Ale szep­ta­li – za ple­ca­mi, na ko­ry­ta­rzach, na przy­stan­ku. „Sły­sza­łaś, co ten To­mek zro­bił?”.

Ro­dzi­ce do­wie­dzie­li się nie­mal na­tych­miast. I choć He­le­na ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła tego na głos, To­mek wi­dział w jej oczach coś, co bo­la­ło bar­dziej niż gniew – za­wód i wstyd.

Od tam­tej pory wszyst­ko sta­ło się ich małą, sta­ran­nie ukry­wa­ną ta­jem­ni­cą.

– Lu­dzie lu­bią ga­dać – po­wie­dział kie­dyś oj­ciec, za­my­ka­jąc ten te­mat raz na za­wsze. – Ale nikt nie bę­dzie mó­wił, je­śli nie damy im po­wo­du.

I rze­czy­wi­ście, nikt nie mó­wił gło­śno. Nie o synu He­le­ny i Je­rze­go, wła­ści­cie­li naj­więk­sze­go za­kła­du w oko­li­cy. Ale wszy­scy wie­dzie­li.

***

Te­raz, gdy To­mek szedł w ich kie­run­ku, mat­ka po­pra­wi­ła pa­sek płasz­cza, pa­trząc na nie­go z chłod­nym za­in­te­re­so­wa­niem, jak­by oce­nia­ła, czy do­brze zniósł po­dróż.

– No, je­steś wresz­cie – rzu­cił oj­ciec za­miast po­wi­ta­nia, nie wy­cią­ga­jąc ręki.

– Cześć, Tom­ku! – He­le­na ob­ję­ła go krót­ko, mu­ska­jąc po­li­czek, jak­by bar­dziej z obo­wiąz­ku niż z po­trze­by bli­sko­ści. – Do­brze, że zdą­ży­łeś. Jak dro­ga? – za­py­ta­ła po chwi­li, a jej głos był spo­koj­ny, nie­mal me­lo­dyj­ny, jak za­wsze, gdy pró­bo­wa­ła za­tu­szo­wać coś, o czym nie chcia­ła mó­wić.

– Dłu­ga – od­parł To­mek su­cho.

To wy­star­czy­ło. Ro­dzi­ce nie byli ludź­mi, któ­rzy drą­ży­li. Ni­g­dy nie byli.

Oj­ciec bez sło­wa wrzu­cił jego ple­cak do ba­gaż­ni­ka Vo­lvo, a mat­ka od­wró­ci­ła się, jak­by całe spo­tka­nie mia­ło być tyl­ko for­mal­no­ścią.

To­mek wsiadł do auta, czu­jąc zna­jo­me ukłu­cie w pier­si. Wró­cił do domu, któ­ry ni­g­dy tak na­praw­dę nie był do­mem.

***

Dom bab­ci stał na skra­ju po­se­sji ro­dzi­ców Tom­ka, od­dzie­lo­ny od ich no­wo­cze­snej pię­tro­wej wil­li wą­skim pa­sem traw­ni­ka i sta­rym, drew­nia­nym pło­tem, któ­ry przez lata po­chy­lał się co­raz bar­dziej, jak­by zmę­czo­ny sta­niem na stra­ży gra­ni­cy mię­dzy dwo­ma świa­ta­mi.

Ro­dzi­ce Tom­ka zbu­do­wa­li swój dom na po­kaz – prze­stron­ny, z wiel­ki­mi okna­mi, ja­sną ele­wa­cją i ide­al­nie przy­strzy­żo­nym ży­wo­pło­tem. Każ­dy de­tal krzy­czał o suk­ce­sie, o tym, że He­le­na i Je­rzy nie tyl­ko tu miesz­ka­ją, lecz tak­że rzą­dzą, w do­słow­nym i prze­no­śnym sen­sie.

Dom bab­ci był jego prze­ci­wień­stwem. Nie­wiel­ki, par­te­ro­wy, z prze­szklo­ną we­ran­dą, któ­rej drew­nia­ne ramy po­kry­wa­ła łusz­czą­ca się bia­ła far­ba. Dach po­ra­stał mech, a wo­kół ro­sły cha­otycz­nie roz­rzu­co­ne zio­ła i krze­wy, któ­re na­wet zimą nie tra­ci­ły swo­je­go dzi­kie­go uro­ku. W dzie­ciń­stwie To­mek uwiel­biał ten dom – pach­ną­cy su­szo­ną mię­tą, la­wen­dą i czymś jesz­cze, trud­nym do zde­fi­nio­wa­nia, jak za­pach sta­rej książ­ki po­łą­czo­ny z le­śnym ru­nem.

Dla He­le­ny to miej­sce było jed­nak po­wo­dem do wsty­du.

– Nie ro­zu­miem, jak mo­żesz sie­dzieć ca­ły­mi dnia­mi w tym ba­ła­ga­nie – mó­wi­ła do mat­ki, ile­kroć prze­kra­cza­ła próg we­ran­dy, ostroż­nie, jak­by nie chcia­ła po­bru­dzić ele­ganc­kich bu­tów. – To wy­glą­da jak ja­kaś zie­lar­ska buda, nie dom.

Bab­cia tyl­ko uśmie­cha­ła się pod no­sem i wra­ca­ła do swo­ich za­jęć – sor­to­wa­nia su­szo­nych li­ści, mie­sza­nia na­le­wek w bu­tel­kach z wy­bla­kły­mi ety­kie­ta­mi, czy­ta­nia po­żół­kłych ksią­żek, z któ­rych po­ło­wa była na­pi­sa­na ar­cha­icz­nym, trud­nym do zro­zu­mie­nia ję­zy­kiem.

– Bo dom to nie miej­sce, gdzie wszyst­ko jest na po­kaz, He­len­ko – od­po­wia­da­ła spo­koj­nie, ni­g­dy nie uno­sząc gło­su. – Dom to miej­sce, gdzie mo­żesz być sobą.

He­le­na ni­g­dy tego nie ro­zu­mia­ła. A może nie chcia­ła zro­zu­mieć.

***

W Bu­kow­cu bab­cię Tom­ka zna­li wszy­scy. Mó­wio­no na nią róż­nie – cza­sem z sza­cun­kiem, cza­sem z prze­ką­sem. Szep­tu­cha. Zie­lar­ka. Ta od ziół.

Przy­cho­dzi­li do niej lu­dzie z ca­łe­go mia­stecz­ka: ko­bie­ty z pro­ble­ma­mi hor­mo­nal­ny­mi, męż­czyź­ni, któ­rzy na­rze­ka­li na bez­sen­ność, mat­ki dzie­ci z prze­wle­kły­mi in­fek­cja­mi. Ale naj­cie­kaw­sze było to, że do bab­ci przy­jeż­dża­li też lu­dzie spo­za Bu­kow­ca – z Rze­szo­wa, Kra­ko­wa, a na­wet z War­sza­wy. Przy­no­si­li opo­wie­ści o cho­ro­bach, lę­kach i pro­ble­mach, któ­rych le­ka­rze nie po­tra­fi­li roz­wią­zać.

– To chy­ba wieszcz­ka ja­kaś – usły­szał kie­dyś To­mek, gdy stał w ko­lej­ce po chleb, a dwie star­sze ko­bie­ty z mia­stecz­ka szep­ta­ły za jego ple­ca­mi. – Tyle lu­dzi do niej jeź­dzi, jak­by cu­dów się spo­dzie­wa­li.

Nie wie­dzie­li, że bab­cia ni­g­dy nie obie­cy­wa­ła cu­dów. Ona po pro­stu słu­cha­ła. Z uważ­no­ścią, któ­rej bra­ko­wa­ło le­ka­rzom i psy­cho­lo­gom. Py­ta­ła o rze­czy, któ­rych nikt inny nie brał pod uwa­gę – o sen, o za­pa­chy, któ­re draż­nią, o to, czy czło­wiek czu­je się bar­dziej zmę­czo­ny rano, czy wie­czo­rem.

– Cia­ło to tyl­ko sko­ru­pa – mó­wi­ła kie­dyś Tom­ko­wi, gdy ra­zem zry­wa­li kwia­ty lipy. – Jak pęk­nie, to wi­dać, co w środ­ku. A lu­dzie naj­czę­ściej pę­ka­ją przez to, cze­go nie chcą po­wie­dzieć na głos.

***

He­le­na nie cier­pia­ła tego wi­ze­run­ku. W mia­stecz­ku była po­wa­ża­ną biz­ne­swo­man, wła­ści­ciel­ką fir­my, któ­ra da­wa­ła lu­dziom pra­cę. Ele­ganc­ką, do­brze ubra­ną, roz­ma­wia­ją­cą o kon­trak­tach i pla­nach roz­wo­ju, a nie o tym, jak na­par z dziu­raw­ca może po­móc na me­lan­cho­lię.

– Lu­dzie się z nas śmie­ją – mó­wi­ła do Je­rze­go, ile­kroć wi­dzia­ła, jak ktoś z obcą re­je­stra­cją par­ku­je przed do­mem bab­ci. – My bu­du­je­my fir­mę, a mat­ka sie­dzi w tej swo­jej chat­ce jak ja­kaś zna­chor­ka.

Je­rzy tyl­ko wzru­szał ra­mio­na­mi. Dla nie­go li­czy­ły się wy­ni­ki fi­nan­so­we i spo­kój w domu. Ale dla He­le­ny re­pu­ta­cja była wszyst­kim.

Dla­te­go ni­g­dy nie po­go­dzi­ła się z tym, kim była jej mat­ka. I dla­te­go ni­g­dy nie za­ak­cep­to­wa­ła w peł­ni tego, kim był jej syn.

***

To­mek za­trzy­mał się przed bram­ką pro­wa­dzą­cą do domu bab­ci. Za­rdze­wia­łe za­wia­sy za­skrzy­pia­ły, gdy ją uchy­lał, a pod bu­ta­mi za­chrzę­ści­ły zmar­z­nię­te ga­łąz­ki.

Dom wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go za­pa­mię­tał, choć wy­da­wał się bar­dziej opusz­czo­ny, jak­by wraz z bab­cią ule­cia­ło z nie­go ży­cie. Na we­ran­dzie sta­ło pu­ste krze­sło bu­ja­ne, to samo, na któ­rym spę­dza­ła let­nie wie­czo­ry, po­pi­ja­jąc her­ba­tę z mię­ty.

Za­raz obok, pod oknem, tkwi­ła drew­nia­na skrzyn­ka na li­sty – za­wsze prze­peł­nio­na ulot­ka­mi, któ­re bab­cia od­kła­da­ła na ster­tę i spa­la­ła w pie­cu.

– Re­kla­my są jak złe my­śli – ma­wia­ła z prze­ką­sem. – Le­piej się ich po­zbyć, za­nim za­czną za­le­gać w gło­wie.

To­mek po­ło­żył dłoń na gał­ce drzwi, ale nie na­ci­snął. To nie był tyl­ko dom. To było wspo­mnie­nie ży­cia, któ­re ni­g­dy nie pa­so­wa­ło do świa­ta jego ro­dzi­ców.

I te­raz stał mię­dzy dwie­ma rze­czy­wi­sto­ścia­mi – jed­ną, w któ­rej mu­siał uda­wać, i dru­gą, któ­rą na­uczył się tłu­mić.

Za ple­ca­mi usły­szał głos mat­ki.

– Tom­ku! – He­le­na, sto­ją­ca przy SUV-ie, za­pię­ła płaszcz pod samą szy­ję, jak­by chłód był czymś, co moż­na po­ko­nać ele­gan­cją. – Chodź, nie ma sen­su tam te­raz stać.

Jak zwy­kle. Dla He­le­ny dom bab­ci był tyl­ko pu­stym bu­dyn­kiem.

Dla Tom­ka – je­dy­nym miej­scem, w któ­rym kie­dy­kol­wiek czuł się na­praw­dę sobą.

***

Dom ro­dzi­ców Tom­ka był rów­nie chłod­ny jak ich re­la­cje. Wy­so­kie su­fi­ty, ja­sne ścia­ny, me­ble w od­cie­niach bie­li i sza­ro­ści. Wszyst­ko ide­al­nie do­bra­ne, bez śla­du przy­pad­ko­wo­ści. Na­wet stół w ja­dal­ni – ma­syw­ny, dę­bo­wy, wy­ko­na­ny na za­mó­wie­nie w ich wła­snym za­kła­dzie – wy­glą­dał ra­czej jak eks­po­nat niż miej­sce do wspól­nych po­sił­ków.

Ko­la­cja była ci­cha. Mat­ka kro­iła pie­czo­ne­go ło­so­sia z pre­cy­zją chi­rur­ga, oj­ciec prze­wra­cał wi­del­cem sa­łat­kę, jak­by to mia­ło przy­spie­szyć je­dze­nie. To­mek jadł bez ape­ty­tu, wpa­trzo­ny w swo­ją por­cję, choć my­śla­mi był zu­peł­nie gdzie in­dziej.

W domu bab­ci.

– My­śla­łam – za­czę­ła He­le­na, od­kła­da­jąc sztuć­ce z lek­kim stu­kiem – że po po­grze­bie mo­gli­by­śmy od razu za­brać się za po­rząd­ko­wa­nie rze­czy mamy.

To­mek uniósł wzrok.

– Tak od razu?

– A na co mamy cze­kać? – wtrą­cił Je­rzy, nie pa­trząc na syna. – Dom stoi pu­sty. Trze­ba go po­sprzą­tać, przej­rzeć, co war­to za­trzy­mać, a resz­tę… – Mach­nął ręką, jak­by „resz­ta” była ni­czym wię­cej niż sto­sem sta­rych ga­zet.

– To nie są zwy­kłe rze­czy – mruk­nął To­mek, od­kła­da­jąc wi­de­lec. – To jej ży­cie.

He­le­na wes­tchnę­ła, jak­by prze­wi­dzia­ła tę re­ak­cję.

– Tom­ku, nie dra­ma­ty­zuj. Dom mamy to ru­ina. Z każ­dym ro­kiem tyl­ko bar­dziej się roz­pa­da. Na­praw­dę chcesz, żeby stał i stra­szył?

– Nie stra­szył. To jest jej dom.

– Był, synu – po­pra­wił go oj­ciec, się­ga­jąc po kie­li­szek wina. – Te­raz to tyl­ko pro­blem.

To­mek po­czuł zna­jo­me na­pię­cie w kar­ku.

– „Pro­blem”? Se­rio, tato? To miej­sce, w któ­rym się wy­cho­wa­łaś – zwró­cił się do mat­ki. – W któ­rym spę­dzi­łem pół dzie­ciń­stwa.

He­le­na spoj­rza­ła na nie­go chłod­no.

– Tak, i wła­śnie dla­te­go wiem, ile to miej­sce jest war­te. I nie mó­wię o sen­ty­men­tach. Dom bab­ci to sta­ra cha­ta z drew­na, któ­re za kil­ka lat za­cznie gnić. Na­wet re­mont nie ma sen­su.

To­mek mil­czał.

– Poza tym… – do­da­ła, ob­ra­ca­jąc w pal­cach kie­li­szek – nie wiem, czy chciał­byś tam miesz­kać. Może cię to dzi­wi, ale nie każ­dy pa­trzył na ten dom z ta­kim za­chwy­tem jak ty.

– Bo się go wsty­dzi­łaś – rzu­cił, za­nim zdą­żył ugryźć się w ję­zyk.

Ci­sza była jak ude­rze­nie. Oj­ciec uniósł brwi, mat­ka znie­ru­cho­mia­ła.

– Pro­szę cię – od­par­ła He­le­na z lo­do­wa­tym spo­ko­jem – to nie kwe­stia wsty­du. To kwe­stia tego, że mama żyła w swo­im świe­cie. Zio­ła, na­pa­ry, lu­dzie przy­jeż­dża­ją­cy z ca­łej Pol­ski, jak­by była ostat­nią na­dzie­ją.

– Bo dla wie­lu była.

– Bzdu­ra. To były tyl­ko baj­ki dla na­iw­nych. – He­le­na skrzy­wi­ła się lek­ko. – Może i umia­ła po­móc na prze­zię­bie­nie czy bez­sen­ność, ale opo­wie­ści o tym, że le­czy­ła de­pre­sję her­ba­tą z dziu­raw­ca, były śmiesz­ne.

– Dla cie­bie były śmiesz­ne, bo to nie pa­so­wa­ło do two­je­go wi­ze­run­ku – po­wie­dział To­mek ci­cho.

Mat­ka za­ci­snę­ła usta.

– Nie o to cho­dzi. Po pro­stu lu­dzie uwiel­bia­ją wie­rzyć w rze­czy, któ­re nie wy­ma­ga­ją wy­sił­ku. Wy­pij na­par i wszyst­ko bę­dzie do­brze. Ale to tak nie dzia­ła.

– A co dzia­ła, mamo? Igno­ro­wa­nie pro­ble­mów i uda­wa­nie, że ich nie ma?

Je­rzy odło­żył wi­de­lec z hu­kiem.

– Do­bra, wy­star­czy. Przy­szli­śmy tu zjeść ko­la­cję, a nie roz­trzą­sać sta­re spra­wy.

To­mek od­su­nął ta­lerz.

– Dla was to za­wsze były „sta­re spra­wy”.

***

He­le­na wsta­ła od sto­łu, wy­pro­sto­wa­na, jak­by jej cia­ło au­to­ma­tycz­nie przyj­mo­wa­ło pozę ko­goś, kto ni­g­dy nie prze­gry­wa dys­ku­sji.

– Ju­tro po po­grze­bie przyj­dzie czas na de­cy­zje. I le­piej, żeby były roz­sąd­ne.

Po tych sło­wach za­bra­ła ta­lerz i znik­nę­ła w kuch­ni, zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie za­pach dro­gich per­fum, któ­re, jak wszyst­ko u niej, były per­fek­cyj­nie do­bra­ne.

Oj­ciec pod­niósł wzrok na Tom­ka.

– Je­śli chcesz coś stam­tąd za­brać, zrób to szyb­ko. Bo ja nie za­mie­rzam przez ko­lej­ne mie­sią­ce pil­no­wać pu­stej ru­de­ry.

***

To­mek sie­dział jesz­cze przez chwi­lę, pa­trząc na wy­ga­sa­ją­ce świe­ce na środ­ku sto­łu.

W ich świe­cie wszyst­ko mu­sia­ło być prak­tycz­ne, opła­cal­ne, po­zba­wio­ne zbęd­nych emo­cji. Dom bab­ci był tego prze­ci­wień­stwem. Żył wła­snym ży­ciem, peł­nym wspo­mnień, za­pa­chów i cie­pła, któ­re ni­g­dy nie pa­so­wa­ło do per­fek­cyj­nie wy­pra­so­wa­nych lnia­nych ob­ru­sów i krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków w tym domu.

Ale To­mek wie­dział jed­no: je­śli po­zwo­li im sprze­dać ten dom, nie zo­sta­nie mu nic z miej­sca, któ­re kie­dyś na­zy­wał praw­dzi­wym do­mem.

***

Po ko­la­cji, gdy brzęk od­kła­da­nych ta­le­rzy ucichł, a ro­dzi­ce za­mknę­li się w sa­lo­nie, przed te­le­wi­zo­rem, To­mek po­czuł, że dłu­żej nie wy­trzy­ma w tych czte­rech ścia­nach.

Bez sło­wa wstał od sto­łu, chwy­cił kurt­kę z wie­sza­ka i wy­szedł na po­dwór­ko. Chłod­ne stycz­nio­we po­wie­trze ude­rzy­ło go w twarz, orzeź­wia­jąc go po dusz­nej at­mos­fe­rze ko­la­cji. Przez chwi­lę po pro­stu stał na gan­ku, pa­trząc na ciem­nie­ją­ce nie­bo nad Bu­kow­cem.

I wte­dy ją zo­ba­czył.

Szklar­nia bab­ci.

Sta­ła na ty­łach ogro­du, czę­ścio­wo skry­ta za bez­list­ny­mi krze­wa­mi po­rze­czek. Za­po­mnia­na, za­nie­dba­na, z szy­ba­mi ma­to­wy­mi od bru­du i mchu. W dzie­ciń­stwie to miej­sce tęt­ni­ło ży­ciem – peł­ne zie­le­ni, za­pa­chu wil­got­nej zie­mi i ci­chych roz­mów z bab­cią, któ­ra go­dzi­na­mi tłu­ma­czy­ła mu, któ­re zio­ła są na co.

Te­raz wy­glą­da­ła jak re­likt prze­szło­ści.

To­mek pod­szedł bli­żej. Po­czuł zna­jo­me ukłu­cie w pier­si. Drzwi były lek­ko uchy­lo­ne, jak­by ktoś przed chwi­lą tam wszedł i za­po­mniał je za­mknąć.

– Nie­moż­li­we… – mruk­nął pod no­sem, po­py­cha­jąc skrzy­pią­ce drew­no.

W środ­ku ude­rzył go za­pach stę­chli­zny, zmie­sza­ny z lek­ką nutą ziół, któ­re daw­no stra­ci­ły świe­żość. Ro­śli­ny zwię­dły, do­nicz­ki były po­przew­ra­ca­ne, a na po­pę­ka­nych ka­fel­kach pod­ło­gi peł­no było wy­sy­pa­nej zie­mi.

Prze­szedł mię­dzy za­ro­śnię­ty­mi sto­ła­mi, aż jego wzrok przy­cią­gnę­ło coś na pół­ce pod oknem.

Sta­ry, skó­rza­ny ze­szyt.

Ziel­nik bab­ci.

Się­gnął po nie­go ostroż­nie, jak­by się bał, że do­tyk spra­wi, iż ze­szyt roz­pad­nie się w pył. Skó­ra była po­pę­ka­na, kart­ki po­żół­kłe, a na pierw­szej stro­nie wid­nia­ło ręcz­nie na­pi­sa­ne zda­nie, któ­re nie­mal wy­rwa­ło mu od­dech:

Szep­ty mil­cze­nia są naj­cięż­sze. Je­śli ich nie uwol­nisz, za­ko­rze­nią się w to­bie na za­wsze.

To­mek prze­łknął śli­nę. Bab­cia za­wsze mó­wi­ła za­gad­ka­mi, ale to… to brzmia­ło nie­mal jak ostrze­że­nie.

Wte­dy po raz pierw­szy usły­szał ci­chy dźwięk.

De­li­kat­ny, le­d­wie sły­szal­ny szept, jak po­dmuch wia­tru prze­ci­ska­ją­cy się przez nie­szczel­ne okno.

– Nie ucie­kaj zno­wu…

To­mek od­wró­cił się gwał­tow­nie, ale za nim była tyl­ko pust­ka.

To mu­sia­ła być wy­obraź­nia.

***

Opadł na drew­nia­ną skrzyn­kę, któ­ra kie­dyś słu­ży­ła bab­ci za sto­łek do pra­cy. Ziel­nik spo­czy­wał na jego ko­la­nach, cięż­ki nie tyl­ko od kar­tek, ale i od wspo­mnień, któ­re z każ­dą stro­ną wra­ca­ły co­raz wy­raź­niej.

W dzie­ciń­stwie ze­szyt ten wy­da­wał mu się czymś ma­gicz­nym – skarb­ni­cą ta­jem­nej wie­dzy, do któ­rej do­stęp mia­ła tyl­ko bab­cia. Czę­sto sie­dział obok niej, kie­dy za­pi­sy­wa­ła ko­lej­ne re­cep­tu­ry, no­tu­jąc nie tyl­ko pro­por­cje i na­zwy ro­ślin, lecz tak­że drob­ne ob­ser­wa­cje:

Me­li­sa po­ma­ga się uspo­ko­ić, ale je­śli ser­ce bije ze stra­chu, po­trze­ba cze­goś wię­cej – roz­mo­wy i świa­tła.

Po­krzy­wa daje siłę, ale sama siła to za mało, je­śli nie wiesz, po co ją masz.

To nie były tyl­ko wska­zów­ki dla cia­ła – to była mapa dla za­gu­bio­nych dusz.

To­mek prze­wró­cił kil­ka kar­tek, aż jego wzrok za­trzy­mał się na ry­sun­ku mię­ty – tej sa­mej, któ­rą bab­cia za­wsze zry­wa­ła, gdy jako dziec­ko wra­cał do domu z po­dra­pa­ny­mi ko­la­na­mi lub smut­kiem, któ­re­go nie po­tra­fił na­zwać.

‒ Zgnieć ją pal­ca­mi, Tom­ku. Zo­ba­czysz, jak pach­nie, kie­dy prze­sta­nie uda­wać, że jest sil­na ‒ mó­wi­ła, po­da­jąc mu świe­żo ze­rwa­ną ga­łąz­kę. I rze­czy­wi­ście, wy­star­czy­ło de­li­kat­nie po­trzeć li­ście, by aro­mat stał się in­ten­syw­niej­szy, nie­mal przy­tła­cza­ją­cy. – To samo jest z ludź­mi – tłu­ma­czy­ła wte­dy, sie­dząc na scho­dach we­ran­dy. – Uda­ją twar­dych, do­pó­ki ży­cie ich nie przy­ci­śnie. Ale do­pie­ro wte­dy wi­dać, co w nich na­praw­dę sie­dzi.

Wów­czas te sło­wa wy­da­wa­ły się Tom­ko­wi je­dy­nie cie­ka­wost­ką. Te­raz brzmia­ły jak pro­roc­two.

Prze­wró­cił ko­lej­ną kart­kę. Obok szki­cu dziu­raw­ca wid­nia­ła no­tat­ka:

Na smu­tek skry­wa­ny, ale ostroż­nie – bo w nad­mia­rze ser­ce sta­je się zbyt wraż­li­we na świa­tło.

Pa­mię­tał, jak bab­cia pa­rzy­ła mu her­ba­tę z dziu­raw­ca, gdy wra­cał po cięż­kim dniu w szko­le. Nie py­ta­ła o oce­ny, nie wy­py­ty­wa­ła o ko­le­gów.

– Pij – mó­wi­ła tyl­ko. – I po­myśl, co na­praw­dę cię gry­zie. Bo smu­tek rzad­ko bie­rze się z jed­ne­go po­wo­du.

To było po pierw­szej więk­szej kłót­ni z mat­ką. To­mek miał wte­dy czter­na­ście lat i za­czy­nał ro­zu­mieć, że jego „in­ność” to nie tyl­ko kwe­stia gu­stu czy cha­rak­te­ru. To coś, co mo­gło spra­wić, że sta­nie się obcy we wła­snym domu.

Bab­cia chy­ba to wy­czu­ła.

– Lu­dzie boją się tego, cze­go nie ro­zu­mie­ją – po­wie­dzia­ła wte­dy, sta­wia­jąc przed nim pa­ru­ją­cy ku­bek. – Ale jesz­cze bar­dziej boją się tych, któ­rzy nie boją się być sobą.

To­mek prze­wra­cał ko­lej­ne kart­ki, a każ­da z nich była jak drzwi do prze­szło­ści.

Przy la­wen­dzie prze­czy­tał: Na lęki noc­ne. Kie­dy gło­wa nie chce mil­czeć, a ser­ce bije za szyb­ko.

Przy me­li­sie: Dla tych, któ­rzy nie po­tra­fią od­po­cząć, na­wet gdy wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Ale to przy pio­łu­nie za­trzy­mał się na dłu­żej.

Ga­łąz­ka, choć za­su­szo­na, za­cho­wa­ła swój cha­rak­te­ry­stycz­ny, lek­ko sre­brzy­sty od­cień. Obok niej bab­cia za­pi­sa­ła jed­no zda­nie, pod­kre­ślo­ne na czer­wo­no:

Na za­po­mnie­nie tego, co boli, ale ostroż­nie – bo za­po­mnieć moż­na też sie­bie.

To­mek prze­łknął śli­nę.

Pio­łun.

To wła­śnie on po­ja­wił się w tam­tym naj­gor­szym okre­sie – po im­pre­zie w li­ceum, po tam­tym nie­szczę­snym po­ca­łun­ku, któ­ry zmie­nił wszyst­ko.

[…]

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.

Szep­tem o nas

isbn: 978-83-8423-639-0

© Mar­cin Fir­man­ty i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Aga­ta Sa­wic­ka-Kor­gol

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

ilu­stra­cje: Mar­cin Fir­man­ty

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.

Spis treści

Pro­log – Za póź­no na wszyst­ko

Roz­dział I – Szep­ty prze­szło­ści

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa