Nie obiecuj mi jutra - Gabriela Gargaś - ebook + audiobook

Nie obiecuj mi jutra ebook i audiobook

Gabriela Gargaś

4,6
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość zawsze pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie.


Michał to wybitny neurochirurg, perfekcyjny na sali operacyjnej, lecz w życiu prywatnym zagubiony i samotny. Wie jednak, że nie wszystko można załatwić za pomocą precyzyjnego cięcia skalpela.
Maria, jego pacjentka, zmaga się z chorobą. Potrafi być ostra w słowach, ale w relacjach z innymi okazuje niezwykłą wrażliwość. Dla Michała staje się kimś więcej niż kolejnym przypadkiem medycznym – jest przypomnieniem, że za każdą diagnozą kryje się człowiek, jego historia i miłość, która nie chce odejść.
Wtedy w jego życiu pojawia się Arleta – kobieta pełna energii, z dystansem do świata i ironią wobec życia. Ich relacja rodzi się powoli, od zwykłej rozmowy po uczucia obciążone etyką zawodową i demonami przeszłości.
Równolegle toczy się historia Aleksa i Laury, których losy udowadniają, że serce rzadko wybiera odpowiedni czas na miłość. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 25 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
4,6 (5 ocen)
3
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
NataloveCzytanie86

Dobrze spędzony czas

Książki Gabrieli Gargaś zawsze biorę w ciemno i jeszcze nigdy nie zdarzyło się żebym tego pożałowała. Tym razem bardzo mocno przyciągnęła mój wzrok, kolorowa, kwiatowa okładka, która jest zachwycająca. Jest to poruszająca powieść obyczajowa, która opowiada o stracie, trudnych wyborach, tęsknocie, złamanych sercach bohaterów o poszukiwaniu miłości, rozliczaniu się z przeszłością i o niedotrzymywaniu złożonych obietnic. Michał jest wybitnym neurochirurgiem, który spełnia się zawodowo, a prywatnie jest dosyć samotnym mężczyzną. Maria to jego pacjentka, kobieta nie przebiera w słowach, ale jest też wrażliwa w relacjach z ludźmi. Arleta to kobieta pełna energii, bywa ironiczna jeśli zajdzie taka koniecznośc. Dorota, Matylda, Alek i Laura to kolejni bohaterowie książki, jest tu ich całkiem sporo, mają oni swoje problemy, każdy z nich jest inny tak jak i my w prawdziwym życiu jesteśmy różni. Przeżywają swoje mniejsze i większe życiowe dramaty i w pewnym sensie coś ich wszystkich łączy, bowie...
00
Grazia58

Nie oderwiesz się od lektury

przepiękna
00



Copyright © by Gabriela Gargaś, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: vero.nick

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-169-8

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Rozdział 1

Arleta weszła do gabinetu Michała Błaszkiewicza, neurochirurga znanego ze swojej oschłości, ale i profesjonalizmu. Gabinet pachniał środkami dezynfekującymi: spirytusem medycznym, chlorowaną wodą do dezynfekcji rąk, a gdzieś w tle unosił się jeszcze ledwie wyczuwalny zapach sterylnych opatrunków. Na biurku leżały stosy dokumentacji, a komputer cicho brzęczał, wyświetlając obraz ostatniego badania.

Doktor spojrzał na nią bez emocji.

– Ma pani badanie MRI? – zapytał obojętnie.

– Mam – odpowiedziała, po czym zaczęła szukać płytki w swojej przepastnej torbie.

Torba Arlety przypominała istną otchłań bez dna. Kobieta zanurzyła w niej rękę, natrafiając na przedmioty, które dawno powinny znaleźć się gdzie indziej. Najpierw wyciągnęła starą, samotną skarpetkę, potem paczkę podpasek, a zaraz za nimi pojawił się lizak o nieokreślonym smaku, oblepiony paprochami.

Doktor chrząknął, dając znak, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. Arleta poczuła, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. Zestresowana, zaczęła przeszukiwać torbę jeszcze gorliwiej. W końcu natrafiła na poszukiwaną płytkę, jednak ku jej przerażeniu była do niej przyklejona zużyta guma do żucia.

Zawstydzona, próbowała dyskretnie odkleić gumę, ale ta nie chciała współpracować. W końcu Arleta, nie mając wyboru, podała płytkę doktorowi.

– Przepraszam za bałagan… – wyszeptała z zakłopotaniem.

Błaszkiewicz uniósł brew, przyjmując płytkę z wyraźnym niesmakiem, po czym bez słowa włożył ją do komputera, starając się ignorować całą sytuację.

– Słucham panią. Niech mi pani w tym czasie opowie o swoich dolegliwościach.

– Mam dyskopatię z przepukliną prawostronną, która uciska na jakiś nerw i stąd to drętwienie w nodze – powiedziała z lekkim napięciem w głosie.

Lekarz uniósł ponownie brew.

– Sama pani siebie zdiagnozowała? – zapytał, jakby rozmawiał z jakąś wariatką.

– Google, różne artykuły. Zrobiłam sobie nawet ten test unoszenia nogi. – Uśmiechnęła się lekko. – Przyszłam, by pan doktor wyleczył mi dupsko.

– Dyskopatia L5-S1 nie jest na poziomie dupska – stwierdził sucho, przesuwając obraz na ekranie.

– Ale ja czuję, że pośladek mi drętwieje. I noga. I powłóczę nią, jak… – Zawahała się na chwilę, szukając sposobu, by go rozbawić. – Jak staruszka po przejściach.

– To dlatego, że przepuklina na poziomie L5-S1 uciska nerw kulszowy. Może dawać promieniujący ból do pośladka, tylnej części uda, łydki, a nawet do stopy. – Jego głos brzmiał rzeczowo, jakby odczytywał definicję z podręcznika. Zerknął na monitor, a potem na nią. – Korzystała pani z fizjoterapii?

– Tak. Pół roku.

– To nic więcej nie poradzimy. Zalecam operację. Ucisk jest do tego stopnia silny, że może prowadzić do trwałego uszkodzenia nerwu kulszowego, co skutkowałoby przewlekłym bólem, osłabieniem mięśni, a nawet utratą czucia w kończynie dolnej – dodał, patrząc na nią z powagą.

Arleta aż się wzdrygnęła.

– Nie ma mowy.

– Jeśli pani tego nie zrobi, dolegliwości będą się nasilać. Może dojść do niedowładu, a nawet do trwałego uszkodzenia nerwu.

– Niech mnie pan nie straszy.

– Nie straszę, tylko informuję. – Skrzyżował ręce na piersi. – Mikrodiscektomia jest mało inwazyjnym zabiegiem, który pozwala uwolnić ucisk na nerw i zminimalizować objawy. Ale jeśli będzie pani zwlekać, może dojść do poważnych konsekwencji.

– Czyli?

– Utrata czucia, osłabienie siły mięśniowej, a w najgorszym przypadku zespół ogona końskiego, który może prowadzić do nietrzymania moczu i kału.

Arleta przełknęła ślinę.

– Jaka jest umieralność?

Błaszkiewicz spojrzał na nią bez cienia rozbawienia.

– Przy mikrodiscektomii? Minimalna. To jeden z najczęściej wykonywanych zabiegów neurochirurgicznych. Jeśli jednak nie zrobi pani nic, ryzykuje pani jakością swojego życia.

Zacisnęła usta. Operacja? Nigdy. Ale myśl o tym, że mogłaby nie kontrolować własnego ciała, była jeszcze gorsza.

Arleta czuła, jak powoli ogarnia ją panika. Operacja? To brzmiało jak coś, co dotyczy innych ludzi – starszych, schorowanych, ale nie jej. Jej? Kobiety, która jeszcze niedawno biegała na siłownię i śmiała się z ludzi narzekających na kręgosłup?

– Minimalna to znaczy jaka? – Spojrzała na lekarza, czując, jak serce zaczyna jej walić szybciej.

– Pyta mnie pani o statystyki? – Uniósł brew.

– Tak.

– Śmiertelność przy mikrodiscektomii to mniej niż jeden przypadek na kilka tysięcy.

– Czyli ktoś jednak umiera – wyszeptała, wpatrując się w niego.

– Pani też może umrzeć w każdej chwili. Zachłysnąć się i zakrztusić, może panią samochód potrącić.

– Aha, czyli teraz będziemy się bawić w filozofię?

Błaszkiewicz nie zareagował na sarkazm. Był lodowaty i rzeczowy, jakby miał już do czynienia z tysiącami pacjentów, którzy próbowali unikać rzeczywistości, zamiast się z nią zmierzyć. W duchu przewrócił oczami.

Co za kobieta mi się trafiła? Ja rozumiem, człowiek się boi, ale ona… ona urwała się z choinki.

– Uśpią mnie?

– Tak.

– Jezuuuu. – Arleta złapała się za głowę. – Nigdy nie byłam usypiana.

– Zawsze musi być ten pierwszy raz.

– A jak się obudzę?

– To się pani obudzi.

– Ale jak nie?

Westchnął, jakby miał przed sobą wyjątkowo upartą pacjentkę.

– Nie jest pani jedyną osobą, która boi się narkozy. Ale jeśli to panią uspokoi, przed operacją przejdzie pani dokładne badania, a anestezjolog dobierze najlepsze rozwiązanie. Śpiących pacjentów wybudzamy codziennie. To nie cud, to medycyna.

– Ile to będzie trwało?

– Sam zabieg? Około godziny.

– Czyli godzina, podczas której moje życie będzie w rękach ludzi, których w ogóle nie znam?

– Właśnie tak działa każda operacja.

Arleta przymknęła oczy i odchyliła głowę na oparcie krzesła. Czuła, że poci się jej kark.

O nie, nie uśpią mnie. Nie ma mowy. Może dało się to obejść? Może jakiś kręgarz by pomógł? Albo ktokolwiek, kto nie będzie jej pakował pod skalpel?

– A co, jeśli się obudzę w trakcie?

– Nie obudzi się pani.

– A jeśli jednak?

– To nie film sensacyjny.

Otworzyła oczy i spojrzała na niego.

– Czy pan kiedyś miał operację?

– Nie.

– No właśnie!

– Ale operowałem setki pacjentów. Wszyscy przeżyli.

– Wszyscy?

– Tak.

Zamilkła na chwilę. Nie wiedziała, czy bardziej ją uspokoił, czy wkurzył.

– Proszę nie panikować.

– Mam chore dupsko, które doprowadzi mnie do utraty życia. Jak mam nie panikować?

– Ma pani chory kręgosłup, który trzeba operować.

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Był zimny, irytująco rzeczowy i pozbawiony emocji. Ale mówił logicznie. I to ją jeszcze bardziej dobijało.

– Dobra. – Wzięła głęboki oddech. – Niech mi pan powie, co dokładnie będą mi robić.

– Mikrodiscektomia polega na usunięciu fragmentu dysku, który uciska nerw. Robimy to przez małe nacięcie. Po zabiegu ból powinien się zmniejszyć, a objawy neurologiczne ustąpić.

– Czyli jak się uda, to wrócę do normalnego chodzenia?

– Taki jest plan.

– A jak się nie uda?

– Proszę mi zaufać, jestem bardzo dobry w tym, co robię.

Patrzyła na niego jeszcze chwilę, analizując każde jego słowo.

– Wie pan co, szczerze, słyszałam ten tekst od kilku facetów i za każdym razem się przejechałam.

Błaszkiewicz uniósł kącik ust. Może nawet na ułamek sekundy coś w jego oczach się rozjaśniło.

– Tylko że ja nie chcę pani poznać na gruncie prywatnym, rozumie pani, i to pewnie jest różnica między nimi a mną.

– Tylko że brednia w ustach faceta pozostaje wciąż brednią.

– Decyzja należy do pani.

– Wiem.

Rozdział 2

Matylda siedziała na kanapie w swoim niewielkim mieszkaniu, rozmasowując bolące łydki po kolejnym wyczerpującym dyżurze na oddziale neurochirurgii. Miała trzydzieści dwa lata i choć podobała się mężczyznom, wciąż nie znalazła tego jedynego, z którym mogłaby zbudować trwały związek. Coraz silniej odczuwała instynkt macierzyński, ale z kim miałaby mieć dziecko? Skoro faceci, z którymi się spotykała, mieli jakiś defekt. Jeden był chorobliwie zazdrosny, drugi okazał się emocjonalnie niedojrzałym Piotrusiem Panem, który wolał spędzać czas przy grach niż z nią, a kolejny po prostu bał się jakiejkolwiek odpowiedzialności. Matylda zaczynała się zastanawiać, czy problem nie tkwi przypadkiem w niej samej, czy może po prostu przyciąga do siebie niewłaściwych facetów jak magnes.

Włączyła Netflixa, licząc na chwilę wytchnienia. Wybrała film romantyczny, choć wiedziała, że to tylko pogłębi jej melancholię. Gdy na ekranie para wyznawała sobie miłość, poczuła, jak łzy napływają jej do oczu.

Dlaczego ja nie mogę tego doświadczyć? – pomyślała, ocierając policzek.

Nagle jej telefon zaczął dzwonić. Spojrzała na wyświetlacz – mama. Westchnęła, nie mając ochoty na rozmowę, ale odebrała.

– Cześć, mamo – starała się, by jej głos brzmiał neutralnie.

– Cześć, kochanie! – usłyszała radosny głos matki. – Chciałam cię zaprosić na obiad w niedzielę.

Matylda poczuła, jak ściska ją w żołądku. Wiedziała, co to oznacza – spotkanie z rodzeństwem, które miało już swoje rodziny, podczas gdy ona czuła się wybrakowana.

– Mamo, mam dyżur – skłamała, starając się, by jej głos brzmiał przekonująco.

– Szkoda. – W głosie matki słychać było zawód. – Będzie Michał z dzieciakami i Klaudia z Przemkiem.

Oczywiście, że będą – pomyślała Matylda z goryczą. Wszyscy mają swoje życie, a ja?

– Klaudusia rodzi za miesiąc – kontynuowała mama. – Może mogłabyś ją obejrzeć, sprawdzić, czy wszystko w porządku?

Matylda zacisnęła zęby. Czy bycie pielęgniarką oznacza, że będzie badała siostrę? No nie.

– Mamo, nie jestem położną – odpowiedziała, starając się ukryć irytację.

– Wiem, pielęgniarką. Masz doświadczenie.

– To nie to samo – burknęła Matylda, starając się zachować spokój, choć w środku kipiała.

– A nie ma u ciebie tam jakiegoś przystojnego lekarza? – zapytała nagle mama, zmieniając temat.

Matylda poczuła, jak narasta w niej złość.

Dlaczego każda rozmowa musi schodzić na moje życie prywatne? – pomyślała z goryczą.

– Mamo, to szpital, nie biuro matrymonialne – odparła chłodno.

– Ale może ktoś by się tobą zainteresował. Taka ładna dziewczyna, a ciągle sama.

– Mamo, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. – Matylda starała się zachować spokój, choć w środku kipiała.

– Martwię się o ciebie. Chciałabym, żebyś była szczęśliwa.

– Jestem szczęśliwa – skłamała, choć sama nie była pewna, czy jeszcze pamięta, jak to jest być naprawdę szczęśliwą.

Po chwili niezręcznej ciszy mama westchnęła.

– No dobrze, nie będę cię męczyć. Odpoczywaj. Ale…

– Dziękuję, mamo. Dobranoc. – Matylda rozłączyła się, czując mieszankę ulgi i frustracji.

Dlaczego każda rozmowa musi kończyć się na moim życiu osobistym? – zastanawiała się, odkładając telefon. Czy bycie samotną to naprawdę taki wielki problem?

Wróciła do oglądania filmu, ale romantyczne sceny tylko potęgowały jej poczucie pustki.

Może mama ma rację? Może powinnam coś zmienić? – myślała, choć nie miała pojęcia, od czego zacząć. Czy naprawdę potrzebuję kogoś, by być szczęśliwą? – zastanawiała się nadal, czując, jak łzy napływają jej do oczu. A może powinnam nauczyć się być szczęśliwa sama ze sobą?

Z tymi myślami zasnęła na kanapie, a film dalej odtwarzał się w tle, pozostawiając ją w objęciach niespokojnych snów.

Samotność była jej niechcianym towarzyszem, a pragnienie posiadania dziecka stawało się coraz silniejsze. Jednak myśl o samotnym macierzyństwie przerażała ją. Wiedziała, że to ogromne wyzwanie, z którym nie jest pewna, czy by sobie poradziła.

Zamknęła oczy, próbując uspokoić myśli.

Może kiedyś los się odmieni – pocieszała się w duchu, choć coraz trudniej było jej w to wierzyć.

Matylda miała za sobą kilka związków, ale to relacja z Jędrzejem na zawsze pozostanie w jej pamięci. To była jej największa miłość, choć niestety jednostronna. Poznali się pewnego deszczowego popołudnia w małej kawiarni na rogu ulicy.

Tamtego dnia po długim dyżurze w szpitalu Matylda postanowiła zrelaksować się przy filiżance kawy. Weszła do przytulnego lokalu, gdzie aromat świeżo mielonej kawy mieszał się z zapachem ciepłych ciastek. Podchodząc do lady, zauważyła młodego baristę o ciepłym uśmiechu i błyszczących oczach.

– Dzień dobry, co mogę dla pani przygotować? – zapytał uprzejmie.

Matylda poczuła, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. Zawsze była nieśmiała w kontaktach z nieznajomymi, zwłaszcza z mężczyznami.

– Poproszę latte z syropem waniliowym – odpowiedziała cicho, unikając jego wzroku.

Barista skinął głową i zabrał się do pracy. Matylda sięgnęła do torebki po portfel, ale z przerażeniem odkryła, że go nie ma. Przeszukała wszystkie kieszenie, lecz bez skutku. Serce zaczęło jej bić szybciej, a na czole pojawiły się krople potu.

W tym momencie barista postawił przed nią filiżankę z aromatyczną kawą.

– Proszę, latte z syropem waniliowym – powiedział z uśmiechem.

Matylda spojrzała na niego z zakłopotaniem.

– Jejku, zrobił pan kawę, a ja… – zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle. – Zapomniałam portfela. – Było jej tak głupio, że myślała, że spłonie ze wstydu.

Barista zauważył jej zmieszanie i uśmiechnął się łagodnie.

– Nie szkodzi – odparł spokojnie. – Może pani zapłacić następnym razem.

Matylda poczuła, jak jej twarz oblewa się rumieńcem.

– Naprawdę przepraszam, to pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się coś takiego – tłumaczyła się nerwowo.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Jędrzej – przedstawił się z uśmiechem.

Matylda uścisnęła jego dłoń.

– Matylda – odpowiedziała nieśmiało.

I tak zaczęła się ich znajomość.

Matylda coraz częściej odwiedzała kawiarnię, a ich rozmowy stawały się coraz dłuższe i bardziej intymne. Ona zakochała się po uszy, wierząc, że Jędrzej jest tym jedynym.

Matylda zaangażowała się tak mocno, jak tylko kobieta może się zaangażować. Ich związek trwał kilka miesięcy, podczas których Matylda czuła, że znalazła swoją bratnią duszę.

Jednak pewnego wieczoru, gdy siedzieli razem w jej małym mieszkaniu, Jędrzej wydawał się nieobecny.

– Jędrzeju, czy coś się stało? – zapytała z troską.

Jędrzej spojrzał na nią, bawiąc się nerwowo filiżanką herbaty.

– Matyldo, musimy porozmawiać – zaczął niepewnie.

Serce Matyldy zamarło. Poczuła, że coś jest nie tak.

– O czym? – zapytała, starając się zachować spokój.

Jędrzej westchnął głęboko.

– Chcę czegoś innego w życiu – oznajmił, unikając jej wzroku.

Matylda poczuła, jak jej serce tym razem zaczęło bić coraz szybciej.

– Czego? – zadała pytanie szeptem.

Jędrzej podniósł na nią wzrok.

– Wolności – odpowiedział. – Seks z tobą jest… okej.

Matylda poczuła, jakby ktoś uderzył ją w twarz.

– Okej? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Wiesz, co to znaczy usłyszeć „okej”? Nie „odjazdowy”, a „okej”?

Jędrzej spuścił wzrok.

– Przepraszam, nie chciałem cię zranić – powiedział cicho. – Szalenie cię lubię, ale… lecę do Tajlandii.

Matylda poczuła, jak świat wali jej się na głowę.

– Do Tajlandii? – zapytała, starając się powstrzymać łzy.

Jędrzej skinął głową.

– Tak. Chcę podróżować, poznawać świat – wyjaśnił. – Nie jestem gotowy na stały związek.

Matylda poczuła, jak jej serce pęka na milion kawałków.

– Ach tak… – powiedziała cicho, choć w środku czuła się, jakby ktoś wyrwał jej serce.

Jędrzej podszedł do niej i delikatnie pocałował ją w czoło.

– Przepraszam – szepnął, po czym wyszedł, zostawiając ją samą z jej bólem.

Matylda usiadła na kanapie, tuląc się do poduszki i pozwalając łzom płynąć swobodnie. Wiedziała, że musi pozwolić mu odejść, choć jej serce krwawiło.

Okazało się, że jej uczucia nie były w pełni odwzajemnione. Jędrzej traktował ją z sympatią, ale nie podzielał jej głębokiego zaangażowania. Zwłaszcza że ona próbowała cały czas ratować ten związek, poświęcając się i starając się spełniać wszystkie oczekiwania Jędrzeja. Jednak z czasem zrozumiała, że miłość nie może być jednostronna, a jej uczucia nie wystarczą, by utrzymać relację.

Rozstali się teoretycznie w przyjaźni, ale dla Matyldy była to bolesna lekcja o tym, że czasem nawet największa miłość nie wystarcza, jeśli nie jest odwzajemniona.

To doświadczenie nauczyło ją, że w związku ważna jest równowaga uczuć i zaangażowania obu stron.

Mimo bólu, jaki przeżyła, Matylda nie straciła wiary w miłość i wciąż miała nadzieję, że kiedyś spotka kogoś, kto pokocha ją tak samo mocno jak ona jego.

A teraz była sama.

Matylda często powtarzała sobie, że nie każdy musi mieć kogoś u boku. Starała się cieszyć swoją niezależnością i wolnością. Jednak były chwile, gdy czuła pieczenie w mostku, uczucie, którego nie potrafiła zidentyfikować. Czy to był smutek? Żal? A może samotność? To przypominało jej o pustce, która pojawiła się po odejściu Jędrzeja.

W takich momentach zastanawiała się, czy kiedykolwiek znajdzie kogoś, kto pokocha ją tak mocno, jak ona potrafiła kochać. Czy jej przeznaczeniem było życie w samotności? Te myśli nawiedzały ją zwłaszcza wieczorami, gdy wracała do pustego mieszkania po długim dniu pracy.

Mimo to Matylda nie traciła nadziei. Wierzyła, że gdzieś tam jest ktoś, kto doceni jej ciepło, empatię i oddanie. Ktoś, kto sprawi, że pieczenie w mostku zniknie, zastąpione przez uczucie spełnienia i miłości.

Rozdział 3

Lena weszła do domu, od razu wyczuwając w powietrzu charakterystyczny zapach dymu tytoniowego. Zmarszczyła brwi i podążyła za wonią, która prowadziła ją do kuchni. Tam, przy otwartym oknie, stała jej babcia Maria, zaciągając się papierosem. Jej włosy, ozdobione różowymi pasemkami, lśniły w promieniach słońca, a w lewym nozdrzu błyszczał mały kolczyk.

– Babciu, czy ty palisz? – zapytała Lena, krzyżując ramiona na piersi.

Maria, nieco zaskoczona, szybko zgasiła papierosa w popielniczce i wydmuchała ostatni kłąb dymu przez okno.

– Nie, skądże znowu – odpowiedziała z niewinnym uśmiechem.

Lena westchnęła, podchodząc bliżej.

– Babciu… – zaczęła z wyrzutem.

Maria uniosła ręce w obronnym geście.

– To jedyna przyjemność, jaka mi została – powiedziała, patrząc na wnuczkę z figlarnym błyskiem w oku.

Lena nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jej babcia zawsze była nietuzinkową osobą. Kiedy rodzice Leny zmarli, to Maria przejęła opiekę nad wnuczką. Mimo upływu lat zachowała młodzieńczego ducha i odwagę do wyrażania siebie. Maria przez całe życie była wykładowczynią na filologii polskiej na uniwersytecie. Studenci ją uwielbiali za niezwykłą umiejętność przekazywania wiedzy w sposób pasjonujący i żywy. Jej wykłady były legendarne: pełne humoru, anegdot i celnych uwag na temat życia, literatury oraz relacji międzyludzkich. Wśród studentów krążyły opowieści o jej nietypowych metodach nauczania i ekscentrycznym stylu ubierania się. Maria nosiła kolorowe sukienki, wyrazistą biżuterię, a jej różowe pasemka były znakiem rozpoznawczym, który od lat budził uśmiechy sympatii.

W życiu prywatnym Maria była równie charyzmatyczna, co na sali wykładowej. Potrafiła słuchać, doradzić i wesprzeć w każdej sytuacji. Dla Leny była nie tylko babcią, lecz także najlepszą przyjaciółką i mentorką. Czasem zastanawiała się, jak jej babcia to robiła, że mimo upływu lat wciąż zachowała w sobie tyle energii, radości życia i niezależności. Maria zawsze odpowiadała na te pytania krótko: „Sekret tkwi w tym, by nigdy nie przestać być sobą”.

– Naprawdę musisz palić? – zapytała Lena, siadając przy stole.

Maria wzruszyła ramionami.

– Kochanie, życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie małych przyjemności – odparła, siadając naprzeciwko. – Poza tym czy różowe pasemka i kolczyk w nosie to niewystarczająca oznaka mojej młodzieńczej duszy?

Lena zaśmiała się, przypominając sobie, jak kilka miesięcy temu Maria wróciła od fryzjera z różowymi pasemkami. Wnuczka początkowo była zaskoczona, ale szybko doceniła odwagę i styl babci. Różowe włosy stały się symbolem jej niezależności i chęci wyróżnienia się z tłumu.

– Babciu, jesteś niesamowita – powiedziała Lena z uśmiechem.

Maria machnęła ręką, jakby odganiała komplement.

– Och, przestań – odpowiedziała z przekąsem. – Po prostu nie chcę być starą, nudną, zgorzkniałą babą.

Lena spojrzała na nią z czułością.

– I nigdy nią nie będziesz – zapewniła.

Maria wstała, podeszła do szafki, po czym wyciągnęła z niej pudełko z herbatą.

– Napijemy się herbaty? – zapytała, odwracając się z uśmiechem.

Lena skinęła głową.

– Chętnie – zgodziła się.

Podczas gdy Maria przygotowywała napar, Lena zastanawiała się, jak wiele zawdzięcza swojej babci. Jej odwaga, niezależność i chęć łamania stereotypów były inspiracją nie tylko dla niej, lecz także dla wielu osób w ich otoczeniu. Maria pokazywała, że wiek to tylko liczba, a prawdziwa młodość tkwi w sercu i duszy.

– Babciu, widziałaś nowego sąsiada? – zapytała, siadając obok.

Maria uniosła brwi, nie odrywając wzroku od magazynu.

– Może być w twoim wieku – dodała Lena z figlarnym uśmiechem.

Maria parsknęła śmiechem.

– Daj spokój, ten osiemdziesięcioletni stary dziadek? – rzuciła z przekąsem.

Lena spojrzała na nią z udawanym oburzeniem.

– Babciu, ty masz osiemdziesiąt dwa lata – przypomniała.

Maria machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę.

– Ale ja nie wyglądam na swój wiek – stwierdziła z dumą.

Lena zachichotała.

– Widziałam, jak na ciebie patrzy – powiedziała, szturchając babcię łokciem.

Maria wzruszyła ramionami.

– Może ma zaćmę – odparła z uśmiechem.

***

Kilka dni później Maria siedziała w swoim salonie, popijając kawę i przeglądając najnowszy numer magazynu o modzie. Jej różowe pasemka lśniły w świetle poranka, a kolczyk w nosie dodawał jej młodzieńczego uroku. Nagle usłyszała pukanie do drzwi.

– Kogo tam niesie? – mruknęła do siebie, wstając i kierując się do wejścia.

Otworzyła drzwi i ujrzała pana Stanisława, nowego sąsiada. Mężczyzna, mimo swoich osiemdziesięciu lat, prezentował się nienagannie. Wysoki, szczupły, z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. Ubrany w elegancką marynarkę i spodnie w kant, trzymał w ręku kapelusz.

– Dzień dobry, pani Mario – przywitał się z uśmiechem. – Zauważyłem, że przed pani drzwiami stoi torba ze śmieciami. Czy mogę ją wyrzucić?

Maria spojrzała na wspomnianą torbę, po czym przeniosła wzrok na Stanisława.

– Śmieci to ja sobie sama potrafię wyrzucić – odparła stanowczo.

Mężczyzna nie dał się zbić z tropu.

– Wiem, chciałem tylko pomóc – powiedział z uprzejmością.

Maria zmrużyła oczy, przyglądając mu się podejrzliwie.

– Ja sobie sama pomogę – odpowiedziała, zakładając ręce na piersi.

Stanisław uśmiechnął się pod nosem.

– Zadziorna – skomentował cicho.

Maria uniosła brew, słysząc jego słowa.

– Co pan powiedział? – zapytała.

– Nic, nic – odparł szybko. – Może chciałaby pani napić się herbaty?

Maria prychnęła.

– Herbatka? Wieje nudą – odpowiedziała z przekąsem. – Ja jestem młodzieżowa. Nie pijam herbatki ze starszymi panami.

Stanisław roześmiał się serdecznie.

– W takim razie może kawa? – zaproponował z błyskiem w oku.

Maria zastanowiła się przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami.

– Kawa brzmi lepiej – przyznała. – Ale najpierw muszę wyrzucić te śmieci.

Wsunęła stopy w kolorowe klapki, chwyciła torbę i ruszyła w stronę schodów. Stanisław nie zamierzał się poddawać i poszedł za nią.

– A pan co? – zapytała, odwracając się.

– Potowarzyszę pani – odparł z uśmiechem.

Maria westchnęła.

– Namolny pan jest – stwierdziła, ale w jej głosie nie było złości.

Schodzili razem po schodach, a ich rozmowa toczyła się lekko i swobodnie. Maria opowiedziała co nieco o sobie, a Stanisław słuchał z zainteresowaniem, wtrącając zabawne komentarze.

Gdy dotarli do śmietnika, Maria wrzuciła torbę do pojemnika i otrzepała ręce.

– No, to załatwione – powiedziała z satysfakcją.

Stanisław spojrzał na nią z podziwem.

– Muszę przyznać, że ma pani energię godną pozazdroszczenia – stwierdził.

Maria uśmiechnęła się szeroko.

– To te różowe pasemka – zażartowała. – Dodają mi wigoru.

Oboje się roześmiali, a ich śmiech odbijał się echem od ścian budynku.

– To co z tą kawą? – zapytał Stanisław, gdy ruszyli z powrotem w stronę mieszkania.

Maria spojrzała na niego z ukosa.

– Może być kawa – odpowiedziała z udawaną niechęcią. – Ale ostrzegam, że nie jestem łatwą rozmówczynią.

Stanisław uśmiechnął się szeroko.

– Lubię wyzwania – odparł z błyskiem w oku.

Rozdział 4

Arleta spóźniła się do pracy całe osiem minut. Pracowała obecnie w korporacji w dziale marketingu, gdzie planowała strategie reklamowe chipsów, pralinek i tego typu rzeczy. Nie cierpiała swojej pracy, jednak podjęła ją, bo jej biznes splajtował. Wcześniej robiła kubki, wazony z gliny, ale nie wyrabiała z kasą, by opłacić pracownię, pracownika, rachunki, podatki i składki do ZUS-u. Od roku tkwiła w robocie, która sprawiała, że miała mdłości już od wejścia.

Magda, jej szefowa, stała przy biurku. Magda była psychopatką. I to był fakt, a nie żaden wymysł. Ta kobieta była ucieleśnieniem tego, czego Arleta nie cierpiała najbardziej w korporacjach: agresji przykrytej sztucznym uśmiechem, fałszu skrywanego pod maską profesjonalizmu i niezdrowej ambicji, która pożerała wszystko wokół. Miała dokładnie trzydzieści siedem lat, choć jej twarz sugerowała co najmniej dekadę więcej. Czas odbijał się na niej w postaci drobnych zmarszczek wokół oczu i ust, które pojawiały się wyłącznie wtedy, kiedy kogoś upokarzała.

Jej strój był jak ona sama: z pozoru perfekcyjny, choć zawsze dobierała w ubiorze jakiś szczegół, który psuł całą harmonię. A to zbyt jaskrawa szminka, a to przesadnie obcisła garsonka albo zbyt wysokie szpilki, w których, chwiejąc się, próbowała udowodnić swoją dominację.

W pracy Magda znana była jako terrorystka emocjonalna. Każdy, kto kiedykolwiek miał z nią styczność, znał to spojrzenie: lodowate, pełne pogardy, gotowe zniszczyć za najmniejszy błąd. Nieustannie tworzyła atmosferę niepokoju, przerywanego od czasu do czasu teatralnymi wybuchami wściekłości, po których następowała cisza gęsta od strachu. Arleta podejrzewała, że Magda żywi się cudzymi kompleksami i wątpliwościami, jak wampir wysysa krew ze swoich ofiar.

W życiu prywatnym nie wiodło się jej lepiej. Każdy facet, z którym próbowała ułożyć sobie życie, znikał po kilku miesiącach, najwyraźniej niezdolny znieść jej obsesji kontroli i ciągłego dyrygowania. W firmie szeptano też o tym, w jaki sposób zdobyła stanowisko. To nie były tylko plotki. Magda faktycznie dostała tę posadę dzięki romansowi z dyrektorem działu, który szybko awansował ją, a potem równie szybko się jej pozbył ze swojego życia, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Teraz wyżywała się na wszystkich dookoła, jakby winą za swoje prywatne niepowodzenia chciała obarczyć cały świat.

– Spóźniłaś się – rzuciła oschle, patrząc na zegarek.

– Wiem. Mam problemy z kręgosłupem, byłam u lekarza – odpowiedziała Arleta, starając się zachować spokój.

– A co mnie to obchodzi? – Magda uniosła brwi, jakby właśnie usłyszała najbardziej absurdalną wymówkę świata.

– Wiem, że całe gie, ale takie jest życie… – Arleta poczuła, jak narasta w niej frustracja. Jak ją ta kobieta wkurzała.

W korporacji panowała atmosfera rodem z Mordoru. Codzienne stand-upy, na których każdy musiał raportować swoje postępy, przypominały bardziej spowiedź niż konstruktywną rozmowę.

– Arleta, ile leadsów wygenerowałaś w tym tygodniu? – zapytał Paweł z działu sprzedaży podczas spotkania, które odbyło się chwilę potem.

– Siedem – odpowiedziała, choć wiedziała, że to i tak za mało.

– Tylko siedem? Musimy podkręcić tempo, inaczej nie osiągniemy targetu. – Paweł pokręcił głową z dezaprobatą.

Arleta miała dość korporacyjnej nowomowy, która zdominowała ich codzienność. Call, deadline, brief – te słowa stały się jej codziennym koszmarem. Czuła się, jakby żyła w świecie absurdów, gdzie liczyły się tylko liczby, a człowiek był jedynie trybikiem w wielkiej machinie.

Podczas brainstormingu Magda wpadła na pomysł, aby zorganizować event promujący nowe chipsy o smaku wasabi.

– Zróbmy flash mob w centrum miasta! – zawołała z entuzjazmem.

– Flash co? – zapytała Arleta, nie kryjąc zdziwienia.

– No, taki spontaniczny występ, żeby przyciągnąć uwagę – wyjaśniła Magda, jakby to było oczywiste.

Arleta westchnęła. Wiedziała, że to kolejny z tych pomysłów, które brzmią dobrze tylko na papierze.

Codzienność w korporacji była pełna takich niedorzeczności. Arleta tęskniła za czasami, gdy mogła tworzyć własne projekty, bez konieczności tłumaczenia się z każdego kroku. Jednak teraz była uwięziona w świecie targetów, KPI i ASAP-ów, marząc o chwili, gdy znów będzie mogła robić to, co kocha.

Pod koniec dnia kręgosłup Arlety bolał tak mocno, że czuła zdrętwienie w nodze. Z trudem wstała od biurka i skierowała się do firmowej kuchni, licząc na chwilę wytchnienia. Na miejscu zastała Magdę i Beatę, które żywo dyskutowały o najnowszych zabiegach kosmetycznych.

– Słyszałaś o tej nowej metodzie powiększania ust? Już nie kwas hialuronowy, teraz wszyscy robią lip lift – powiedziała Beata z entuzjazmem.

– Lip lift? A co to takiego? – zapytała Magda, poprawiając nieskazitelnie ułożone włosy.

– To chirurgiczny zabieg, który polega na skróceniu odległości między nosem a górną wargą, co unosi usta i sprawia, że wyglądają pełniej. Efekt jest podobno bardziej naturalny i trwały niż po kwasie – wyjaśniła Beata.

Na widok Arlety obie przerwały rozmowę, obrzucając ją niechętnym spojrzeniem.

– O, spóźnialska się pojawiła przy ekspresie – rzuciła Magda z sarkazmem.

– Magda, skończ, miałam dziś trudny dzień – odpowiedziała Arleta, starając się zachować spokój.

Magda i Beata wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym kontynuowały rozmowę, jakby Arleta była niewidzialna.

– Słyszałaś, że Marek z działu sprzedaży znowu nie wyrobił targetu? – zaczęła Beata, ściszając głos.

– Nic nowego. A Meggie? Podobno znowu spóźniła się z projektem – dodała Magda, przewracając oczami.

Ale to są cipuliny – pomyślała Arleta, czując narastającą irytację.

Atmosfera w firmie stawała się coraz bardziej toksyczna, a takie rozmowy były na porządku dziennym. Obgadywanie współpracowników, krytykowanie za plecami – wszystko to wpływało na morale zespołu.

Przypomniała sobie, że takie zachowania mogą być uznane za mobbing, który negatywnie wpływa na funkcjonowanie pracowników i całej firmy. Jednak w tej chwili nie miała siły ani ochoty na konfrontacje. Postanowiła wrócić do swojego biurka i skupić się na pracy, marząc o chwili, gdy będzie mogła opuścić to miejsce i zająć się tym, co naprawdę kocha.

Rozdział 5

Aleks był ojcem siedemnastoletniej Elwiry i piętnastoletniego Czarka. Jego relacja z dziećmi była silna, choć ich nastoletni wiek bywał dla niego wyzwaniem. Dorota, jego żona, była miłością jego życia. Jednak dwa lata temu ich świat wywrócił się do góry nogami, gdy wypadek pozostawił Dorotę sparaliżowaną od pasa w dół, skazując ją na życie na wózku inwalidzkim. Choć Aleks nadal kochał ją tak samo, zauważał, że stała się inna.

A może to nastąpiło jeszcze przed wypadkiem? Może nie chciał sam przed sobą się do tego przyznać? Żeby teraz było mu łatwiej.

Tego poranka, gdy słońce nieśmiało przebijało się przez zasłony, Aleks wszedł do sypialni, gdzie Dorota siedziała na łóżku i patrzyła w sufit.

– Hej, zrobić ci śniadanie? – zapytał z troską w głosie.

Dorota spojrzała na niego z irytacją.

– To, że jeżdżę na wózku, nie znaczy, że sama sobie nie poradzę – warknęła.

Jej ostry ton był dla niej formą obrony, próbą zachowania resztek niezależności w sytuacji, która odebrała jej tak wiele.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji