Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bogactwo, sekrety i rodzinne rozgrywki
Alice Storm nie jest taka jak jej rodzeństwo. Podczas gdy reszta walczyła o aprobatę rodziców, ich uwagę i niewyobrażalne miliardy, ona odeszła, budując własne życie poza wpływami rodziny. Nic nie mogłoby skłonić jej do powrotu – oprócz nagłej śmierci ojca. Teraz, gdy wróciła na prywatną wyspę rodziny u wybrzeży Rhode Island, planuje nie rzucać się w oczy, oddać ojcu ostatni hołd i wyjechać zaraz po pogrzebie.
Niestety jej ekscentryczny i manipulujący ojciec miał wobec rodziny inne plany. Pozostawił bliskim ostatnie wyzwanie – grę o spadek, która wywróci ich świat do góry nogami. Zasady są proste: muszą spędzić tydzień na wyspie, wykonać przydzielone zadania i odebrać należną część majątku.
Dla Alice tydzień w rodzinnym domu nie będzie jednak łatwy. Każdy zakątek rozległej posiadłości tętni chaosem: starsza siostra ukrywa romans, brat wciąż epatuje nieznośną arogancją, młodsza siostra wzbudza w Alice poczucie winy, a matka nieustannie ocenia swoje dorosłe dzieci chłodnym spojrzeniem. Nad wszystkim czuwa Jack Dean – intrygujący i zdecydowanie zbyt przystojny powiernik jej ojca. Cudem będzie, jeśli Alice uda się przetrwać ten tydzień bez szwanku.
Letnie sztormy to poruszająca powieść o rodzinie, żałobie i cenie, jaką płaci się za wolność.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 570
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
These Summer Storms
Copyright © 2025 by Sarah Trabucchi
All rights reserved
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Monika Skowron, 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Magdalena Kawka
Korekta: Paulina Jeske-Choińska, Lidia Kozłowska
Ilustracja na okładce: Robert Hunt
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Fotografia autorki na skrzydełku: © Chandra Wicke
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-64-2
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Było coś w pociągach.
Gdyby Alice Storm zliczyła minuty swojego życia, nie zaskoczyłoby jej, że prawie jedną trzecią z nich spędziła w drodze:
• Na lśniącym purpurowym rowerze, który był prezentem na siódme urodziny i najcenniejszą zdobyczą, dopóki brat nie posłał go do Zatoki Narragansett, skąd już nigdy go nie wydobyto.
• Na białej łodzi wiosłowej, którą ojciec-kapitan wypływał w morze w każdą sobotę czerwca przez całe jej dzieciństwo, ponieważ upierał się „stawiać czoła przyrodzie, jak Pan Bóg przykazał”.
• W niezliczonych anonimowych czarnych Lincolnach z milczącymi kierowcami, którzy wozili ją z prywatnej szkoły na prywatne zajęcia artystyczne, a potem do apartamentu rodziny Stormów przy Park Avenue, podczas gdy Nowy Jork, stłumiony i przyćmiony, tkwił za oknami.
• Na deskorolce, którą pewnego niedzielnego poranka wjechała w drzewo na pierwszym roku studiów w Amherst – zdeterminowana, by udowodnić, że jest zupełnie zwyczajną osiemnastolatką – co poskutkowało złamaniem ręki w trzech miejscach.
• W helikopterze, który transportował ją do Bostonu, gdzie miała się zameldować, a potem do szkoły w samą porę na egzamin z historii sztuki w połowie semestru, zanim jej koleżanki i koledzy z roku odkryliby, że nie było w niej nic zwyczajnego.
• W prywatnych odrzutowcach, którymi latała dookoła świata za każdym razem, gdy jej ojciec pod wpływem kaprysu wzywał wszystkie dzieci bez względu na to, gdzie przebywały.
• Samolotem pasażerskim, który osiemnaście miesięcy temu zabrał ją do Pragi, podczas gdy w podręcznym bagażu jej chłopaka ukryty był pierścionek zaręczynowy.
• W metrze, którym przemieszczała się tamtego popołudnia, gdy zadzwonił telefon i zaparło jej dech w piersiach – połączenie przychodzące… Elisabeth Storm (nigdy Mama): wyłącznie beżowe ściany i surowe oświetlenie, reklamy kosmetyków do gładkiej cery, niezagracone penthouse’y i ten jeden wiersz Williama Carlosa Williamsa o śliwkach, lodówkach i przebaczeniu, oraz o tych częściach nas samych, które nigdy się nie zmienią.
Mimo to było coś w pociągach.
Pewnie dlatego, że odkryła je sama. Wszystkie pozostałe środki transportu, którymi podróżowała po świecie, należały do kogoś innego. Dzieliła je z kimś innym. Ale pociągi… pozostawały jej tajemnicą.
Nie było w nich planów lotu, żadnego rodzeństwa walczącego o miejsce w środku, żadnych matek zamawiających szampana, żadnych ojców w milczeniu zgrywających sędziów. Nie były niepewne. Zamiast tego twardo podążały po wytyczonych torach, ciężkie i sprawne, niezmienne. Nie można było ich strącić z klifu ani posłać w morze. Cud nowoczesności przeczący wszelkiej technologii, która przyszła po nim. Pociągi. Solidne. Jednolite. Stabilne. Trwałe.
Alice wrzuciła walizkę na półkę bagażową za drzwiami przedziału i zajęła pierwszy wolny rząd. Położyła znoszoną oliwkową skórzaną torbę na miejscu od strony korytarza i wsunęła się na to przy oknie, mając nadzieję, że odjeżdżający we wtorkowy wieczór o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści dwie pociąg regionalny Northeast nagrodzi ją rzędem tylko dla siebie i da ostatnie kilka godzin spokoju przed tym, co miało nastąpić.
Zanim stanie twarzą w twarz z natłokiem rodziny – oraz jednym rażącym, nieodwracalnym brakiem.
Za oknem, na peronie, grupa dwudziestoparolatków, zaśmiewając się i pokrzykując, wytoczyła się z windy wraz z kolekcją worków marynarskich i toreb podróżnych, promiennych uśmiechów, letnich sukienek, szortów i okularów przeciwsłonecznych, tak jakby na zewnątrz wcale nie zapadł wieczór. Może dla nich nie. Może byli w tym wspaniałym momencie życia, gdy nie istniało coś takiego jak zmrok. Zawsze panował dzień, pełen obietnic i pozbawiony strachu.
Za nimi wysypała się pięcioosobowa piegowata, ruda rodzina: nastolatek w bluzie z kapturem i słuchawkach na uszach, bliźniaczki mające nie więcej niż dziesięć lat oraz rodzice obładowani walizami, plecakami oraz płócienną torbą na ramię z napisem „Paris Review”, która kiedyś mogła stanowić literacki wyróżnik, ale teraz służyła do noszenia butelek z wodą i organicznych przekąsek.
Czarna kobieta w średnim wieku, ubrana w przewiewny len, z małą srebrną torbą na kółkach – jedynym dowodem na to, że jej właścicielka podróżowała. Wysoki biały mężczyzna po trzydziestce, ze srogą miną, ze skórzaną torbą podróżną w ręce i plecakiem zarzuconym na ramię. Starszy mężczyzna o rumianych policzkach, w beżowej wiatrówce, popychany na wózku przez pracownika firmy Amtrak w firmowej czerwonej czapce.
Po kolei wsiadają do pociągu.
Alice się myliła; pociąg nie pojedzie pusty. Będzie pękał w szwach – zapakowany kilkuset osobami z Nowego Jorku udającymi się na weekend na północ, pełną atramentowego nieba i zielonoszarego oceanu, o najbardziej magicznej porze roku w Nowej Anglii, kiedy reszta świata wróciła do pracy i szkoły, a mieszkańcy północno-wschodniego rejonu Stanów Zjednoczonych byli rozpieszczeni jednym ostatnim tygodniem w skąpanym słońcem zaciszu, kurczowo trzymając się obietnicy wiecznego lata.
Zapomniała, że to weekend Święta Pracy.
Dziura w pamięci wydawała się niemożliwa, biorąc pod uwagę, że przed sześcioma godzinami zostawiła świeżo pomalowaną i na nowo urządzoną salę lekcyjną na Brooklynie, planując swój ostatni długi letni weekend, gdy czekała na metro. Pilates tego popołudnia. Targ rolny na Grand Army Plaza i ostatnie pomidory heirloom. Governors Island w sobotę z Gabi i Roxanne, które nalegały, by wyszła z pustego mieszkania. Długa niedziela, malowanie w ostatnim blasku lata, zanim szkoła skróci dzień i zabierze światło słoneczne.
Wtedy zadzwonił telefon, a ona zapomniała.
Alice, opierając się o szorstki materiał siedzenia, skupiła się na rozkładzie jazdy ogłaszanym przez szumiące głośniki głosem konduktora z wyraźnym akcentem rodem z Nowej Anglii – Old Saybrook, New London, Wickford – na tyle głośno, żeby ludzie nie wsiadali do złych pociągów, jak miał nadzieję Amtrak – Providence, Back Bay, South Station – na tyle głośno, żeby sobie nie przypominała.
Pociąg zaczął się toczyć, rozległo się pierwsze niezręczne stęknięcie, nim zyskał prędkość i pęd, ciężki, ale gładki. Znajoma otucha.
Następna stacja: New Rochelle.
Wypuściła powietrze. Cztery godziny do tego, co ma się zdarzyć.
– Jesteś z kimś?
Nie powinno jej to dziwić, ale i tak zaskoczyło, wyprostowała się i napotkała poważne spojrzenie szarych oczu mężczyzny, którego widziała wcześniej na peronie – wysokiego i surowego. Teraz, z bliska, zdawał się wyższy. I surowszy.
Ciemne brwi się uniosły, podkreślając pytanie, gdy mężczyzna jednocześnie wskazał podbródkiem miejsce obok niej, gdzie w zapomnieniu leżała jej stara skórzana torba.
Nikogo z nią nie było.
– Nie. – Chwyciła torbę i cisnęła ją na podłogę przy swoich stopach. – Przepraszam.
Niemal nie sposób było usłyszeć odgłosu, jaki wydobył z siebie w odpowiedzi, przez turkot pociągu na torach, biały szum klimatyzacji i szelest niewielkiej torby podróżnej, którą wrzucił na metalową półkę nad ich głowami. Usiadł na miejscu, które uprzątnęła, z kolanami wciśniętymi w tył siedzenia przed sobą.
Innego dnia może przyjrzałaby mu się uważniej, ale nie miała czasu, by się na nim skupiać. W zasadzie nawet trochę ją irytowała jego obecność – przypominał jej, że znowu jest sama, zajmował siedzenie długimi nogami i zdawał się oceniać ją, nie mając pojęcia, jaki miała dzień.
Że przygotowywała się na wiele takich dni.
Pięć dni. A potem zniknie. Przeżyje te pięć dni.
Odchrząknęła i poprawiła się na fotelu, zamykając oczy i próbując zatracić się w rytmicznym dudnieniu kół, gdy pociąg wystrzelił z tunelu w Queens i zostawili Nowy Jork za sobą.
Po godzinie jazdy parli na wschód południowym wybrzeżem Nowej Anglii i Alice, nie mogąc spać ani skupić się na książce, którą wrzuciła do torby, wybiegając z mieszkania po południu, ani na telefonie, który padł, wyglądała przez okno na czarną jak smoła ciemność, tam, gdzie zatoka Long Island Sound leżała cicho, spokojnie, niewidoczna w oddali, ponad słonymi mokradłami wybrzeża Connecticut.
I tak nie sposób byłoby tego zobaczyć przez późną porę i ciemne niebo, ale widok miał konkurencję – jarzeniówki rzucające na szybę odbicie wnętrza wagonu, oblewające bladym blaskiem półki wzdłuż korytarza, zagracone śpiworami, walizkami i dużą torbą z żarówiastą różową lamówką oraz rakietą do pickleballa wciśniętą do bocznej kieszeni. Pośród całego tego podróżnego bałaganu dwie nastolatki śmiały się z chłopaka o kręconych włosach zwisającego z fotela przed nimi z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Innego wieczoru Alice mogłaby się uśmiechnąć na widok obrazka, jaki tworzyli – perfekcji schyłku lata. Ale dzisiaj jej uwagę przykuło inne odbicie. Jasny, lśniący prostokąt świecący na kolanach jej sąsiada.
Telefon miał otwarty na jakiejś aplikacji społecznościowej, którą można nieskończenie skrolować.
Powinien to wyłączyć. Skrolowanie bez końca ogłupia. Ogłupiało ją, zanim wsiadła do pociągu, szukając zastrzyku dopaminy z tutoriali makijażowych i filmików z kotami… odtrutki na telefon odebrany od mamy – pierwszy raz od pięciu lat, gdy wybrała numer Alice.
Towarzysz podróży zatrzymał skrolowanie, a ona zobaczyła niemożliwie wielki nagłówek na ciemnym tle. Bez problemu odczytała tekst w zwierciadlanym odbiciu.
Kciuk mężczyzny zatrzymał się nad linkiem.
Nie – kibicowała mu w myślach, nie mając pewności, czy będzie potrafiła odwrócić wzrok, choć znała kryjącą się tam historię. Znała ją, odkąd się urodziła. Franklin Storm wszedł do garażu rodziców w North Boston w wieku siedemnastu lat i zmienił informatykę oraz świat dzięki sumie 1107 dolarów oraz swojemu marzeniu. Robił duże i małe komputery, roznosił je po domach i szkołach, umieszczał je w kieszeniach i na nadgarstkach użytkowników na całej kuli ziemskiej.
Tak brzmiał pierwszy akapit. Następne będą o jego firmie, przepastnej kolekcji dzieł sztuki, działalności filantropijnej, o jego uroku, ryzykanckich skłonnościach (naprawdę, nikogo nie powinien dziwić wypadek szybowcowy). A potem będzie o jego rodzinie.
Pojawią się zdjęcia, pewnie z siedemdziesiątych urodzin, zrobione minionego kwietnia – te z działu „Timesa” poświęconemu stylowi życia, które Alice przejrzała. Cytaty. Przypis bez zdjęcia o dziecku (niezaproszonym). Przypomnienie o tym, dlaczego tak się stało.
Nie otwieraj.
Nie otworzył. Alice znów mogła oddychać.
Tłumiąc impuls, by kazać mu poczytać książkę czy coś, sięgnęła do torby na podłodze i wyjęła gazetę. Nie trzymała w rękach papierowej prasy, odkąd była dzieckiem, gdy stertę periodyków dostarczano codziennie rano do rodzinnego apartamentu.
Wygładziła dłonią stronę tytułową porannego „New York Timesa” wydrukowanego zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej, która natychmiast się przedawniła w świecie, gdzie (rzekomo) WIADOMOŚCI Z OSTATNIEJ CHWILI przychodziły przez cały dzień o każdej porze bezpośrednio do ulubionego prostokąta danej osoby, o, tu. A potem znikały, zamienione bezzwłocznie w przeszłość, by zrobić miejsce przyszłości – zmiana była tak szybka, że teraźniejszość ledwie zdążyła zaistnieć.
Dlaczego kupiła dziennik? Alice tarła kciukiem litery, tatuując się tuszem wczorajszych wiadomości – czyli tego, co było przed. Jutrzejsza gazeta będzie o tym, co nastąpi po.
Góra zgiętej pierwszej strony będzie poświęcona śmierci jej ojca – najważniejszemu wydarzeniu tygodnia. Roku.
I dłużej – dla Alice (i jej terapeutki).
Przesunęła wzrokiem po nagłówku o inflacji. Po innym o kryzysie bezdomności w Nowym Jorku. Po trzecim o rewolucji w energetyce słonecznej. Opowieści, które były ważniejsze od tego, co będzie miało do powiedzenia jutrzejsze wydanie.
Opowieści, których nie mogła czytać, ponieważ kątem oka widziała, jak jej sąsiad odwrócił telefon i pokazał czerń lśniącej gładzi czarnego obsydianu, bez żadnego odbicia, jedynie z wirującą niczym oko cyklonu srebrną literą S.
Lata temu, kiedy była młoda, emblematowi towarzyszyły słowa – powtarzane w kółko w reklamach telewizyjnych, w audycjach radiowych i drukowanych materiałach promocyjnych. Cały świat je znał.
Storm Inside™
Świat nie znał wszystkich szczegółów. Nie wiedział nawet o połowie.
Zanim wyzyskiwacze wieku pozłacanego zmienili oblicze amerykańskiego biznesu, opierając go na stali, bankowości i ropie naftowej, Cornelius Vanderbilt, znany jako Komodor, odmienił amerykańskie podróże, gdy przejął i skonsolidował ponad tuzin małych linii kolejowych i zbił fortunę, jaką udało się zgromadzić tylko nielicznym spoza grona rodziny królewskiej. (Co komu po tytułach, skoro można mieć pociągi?)
W 1870 roku Cornelius Vanderbilt II – uprzywilejowany wnuk Corneliusa Vanderbilta, pierwowzoru – zrobił to, co robią młodzi bogaci mężczyźni, dopóki są młodymi bogatymi mężczyznami: wykorzystał pieniądze, władzę i wpływy dziadka, żeby ułatwić sobie urządzanie imprez dla przyjaciół.
Młody Cornelius wraz z bratem założył Przedsiębiorstwo Kolejowo-Parowcowe Newport i Wickford, nadzorując ledwie trzy i pół mili torów głównej linii kolejowej łączącej Nowy Jork i Boston z portem w Wickford w Rhode Island, sennym miasteczkiem o szalenie pożądanym położeniu geograficznym. Wickford leżało na zachodnich obrzeżach Zatoki Narragansett, estuarium o powierzchni 380 kilometrów kwadratowych, które oddzielało zachodnią część Rhode Island na kontynencie od wschodniej części stanu, półwyspu, gdzie najbogatsze nowojorskie dziewiętnastowieczne rodziny zbudowały nazbyt wystawne rezydencje, które miały pozostać znakiem rozpoznawczym turystyki Rhode Island i amerykańskiego kina na ponad stulecie.
To właśnie Vanderbiltowie umieścili Wickford na mapie, i to dość dosłownie, wyrywając cenne grunty rolne i widoki na ocean od niczego niepodejrzewających mieszkańców Rhode Island (pierwszorzędne włości to nie jest domena wyłącznie miliarderów obecnych czasów) i kładąc tory, które zapewnią najłatwiejszą i najbezpieczniejszą podróż do Newport nowojorskiej elicie wraz z jej psami, służbą i tajemnicami. Otworzyło to też dostęp do zbioru małych prywatnych wysepek rozsianych po zatoce.
Tej konkretnej środy przed Świętem Pracy, gdy regionalny pociąg Amtrak numer 1603 na północny wschód przekroczył granicę Rhode Island, Alice przyszło do głowy, że gdyby Vanderbiltowie przyjrzeli się wyświechtanemu kasztanowemu dywanowi i tapicerce z domieszką poliestru, opłakiwaliby oddanie transportu kolejowego w ręce ludu i zapłaciliby komuś, by puścił to wszystko z dymem. Wyzyskiwacze wyzyskiwaliby wyzyskiwaczy. Tego była pewna. W końcu wychował ją jeden z nich.
Alice cicho powiedziała „przepraszam” w stronę długich nóg na miejscu przy korytarzu, po czym zabrała bagaże i ruszyła do jednych z trojga drzwi, które otworzą się na podwyższonym peronie sennego miasteczka niebędącego już węzłem przesiadkowym dla sławnych i bogatych.
Wpatrując się w świeżo naładowany telefon, zignorowała czerwone bąbelki w rogu każdej regularnie używanej aplikacji. Czternaście nowych wiadomości głosowych. Sześćdziesiąt trzy nowe maile. Sto dwadzieścia nowych wiadomości tekstowych.
Otworzyła apkę do wspólnych przejazdów, zatrzymując kciuk nad zielonym kwadratem i czekając, aż SOS u góry ekranu zmieni się w słupki wskazujące zasięg. I próbowała nie nadawać drugiego dna owemu SOS.
– Też tu wysiadam.
Obróciła się na te słowa do stojącego obok mężczyzny. Wysokiego, poważnego, z długimi nogami i odmóżdżoną od skrolowania głową. Miły głos, cichy i głęboki, którego ludzie chcą słuchać. Alice nie zauważyła tego wcześniej.
– Słucham?
– Mówię to, żebyś nie myślała, że cię śledzę.
To było miłe zapewnienie. Jednak Alice Storm, trzecie dziecko pionierskiego geniusza Franklina Storma, zmarłego w wieku siedemdziesięciu lat, przez całe życie była śledzona.
Pociąg zaczął zwalniać.
– Tak powiedziałby ktoś, kto mnie śledzi.
Kącik jego prostych, poważnych ust się zadarł. Ledwie.
– Słowo harcerza.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, konduktor przeszedł przez automatyczne drzwi.
– Wickford?
Zabrzmiało to jak Wickfahd. Alice nie mogła się powstrzymać i uśmiechnęła się na dźwięk z dzieciństwa.
– Tak.
– Dobre miejsce na weekend Święta Pracy – zauważył konduktor.
Jej uśmiech zbladł.
– Pewnie, że tak – odparł mężczyzna, który jej nie śledził.
– Zjecie homara?
Homarah.
Pociąg stanął i drzwi ciężko się otworzyły, niczym poruszane współczesną broną.
– Pewnie, że zjemy.
Alice, zaskoczona, że mężczyzna użył liczby mnogiej, znów spojrzała na niego. On na nią nie patrzył.
Konduktor wskazał podbródkiem na peron kolejowy.
– Szczęściarze. Udanego weekendu.
– Dziękuję – powiedziała Alice, wychodząc na peron.
Jej sąsiad odpowiedział:
– Panu też.
Słowa zgubiły się w rytmie kół, miarowych i niezawodnych, które już ruszyły dalej na północ. Alice się zawahała, patrząc, jak pociąg odjeżdża, i przez jedną szaloną chwilę zastanawiała się, co by się stało, gdyby za nim pobiegła, jak w filmie, wybiła się na krańcu peronu i złapała za koniec ostatniego wagonu. I przejechała tak całą drogę do Bostonu. Bohaterski sznyt, powiedziałaby Gabi.
Alice westchnęła. Pomijając prawdopodobieństwo, że złapie za koniec przyspieszającego pociągu (zerowe prawdopodobieństwo, na marginesie), nawet gdyby jej się udało, nic by to nie zmieniło. Fakty pozostałyby takie same, a mianowicie, że jej rodzina już założyła, że Alice się nie pojawi, a ona nie chciała dawać im tej satysfakcji.
Na szczęście jej telefon pokazał dwie kreski i szybko zorganizowała sobie przejazd. Było za daleko, by przejść się do doków, i za późno, by zaczekać gdzieś w środku – wszystko w spokojnym miasteczku zamykało się po dziesiątej, nawet w ostatni tydzień lata.
Postawiła bagaż w snopie jasnożółtej latarni ulicznej – sama stanęła z dala od światła, żeby uniknąć tutejszych owadów tańczących wokół ogromnego znaku „Nie śmiecić” – i przygotowała się na dwadzieścia minut czekania na przydzielonego kierowcę, obserwując, jak garstka innych pasażerów wsiada do samochodów zaparkowanych wzdłuż ulicy. Kilka zadowolonych uścisków i podekscytowanych powitań oraz zatrzaśniętych bagażników później ulica była niemal pusta, zostały tylko dwa samochody i jeden SUV na odległym końcu, ciemnym i cichym.
Alice została sama.
Prawie sama. Niecałe dziesięć metrów dalej jej sąsiad stał pod własną latarnią – stawiając czoła owadom – z telefonem w dłoni.
Spoglądając w jej stronę, podniósł prostokąt, jakby to miało coś znaczyć.
– Moja podwózka… nie przyjechała.
– Nie szkodzi.
– Nie chcę, żebyś myślała…
– Że mnie śledzisz.
Przytaknął. Raz. Z przekonaniem.
– Właśnie.
– Dobrze ci idzie zbijanie mnie z tropu.
– To dobrze.
Minęło kilka minut. Jej kierowca, Benny, miał przyjechać za siedemnaście minut szarą Hondą. Co oznaczało, że Alice znajdzie się w przystani za dwadzieścia pięć minut, a na wyspie za godzinę. Jeśli jej się poszczęści, wszyscy będą spali, a przynajmniej powinni, bo będzie prawie druga w nocy.
Proszę, niech już wszyscy śpią.
W oddali zagrzmiało, niemal tak daleko, że prawie niesłyszalnie. Była to ciężka obietnica bliskiej burzy, przechodzącej letnią nocą nad wodą pręgami błyskawic, huczącym grzmotem i deszczem, który od pierwszych kropel przemoczy do suchej nitki, a potem – kiedy mija – zostawia po sobie przejrzyste niebo i jasne gwiazdy.
Tata uwielbiał letnie sztormy.
Ta myśl ukłuła ją nagle i Alice zrobiła głęboki wdech – zwykła myśl, na którą nie było miejsca w jej nietuzinkowej, jakkolwiek by ją nazwać, relacji z ojcem. Chcąc od niej uciec, spojrzała na dziwnego towarzysza, wciąż wpatrującego się w telefon. Miał na sobie szare eleganckie spodnie, co było dziwne. Normalni ludzie nie chodzili ubrani w biznesowe stroje w środku nocy w South County. Zwłaszcza w pierwszym tygodniu września przy prawie dwudziestu czterech stopniach i maksymalnej wilgotności nadciągającej z oceanu oddalonego o pięć minut. Niemniej były to szare spodnie i biała koszula na guziki, a jedynym ukłonem w stronę pory dnia i roku oraz lokalizacji były podwinięte rękawy odsłaniające przedramiona. Alice to zauważyła, rzecz jasna wyłącznie w ramach artystycznej obserwacji.
Jedno z przedramion mogło się pochwalić plamą czarnego tuszu, choć z daleka nie wiedziała, co przedstawia. Zachodziła w głowę, czy ludzie, dla których tak się ubrał, wiedzieli o tatuażu. Ukrywanie części siebie – to akurat było Alice znajome.
Podniosła wzrok na jego twarz i przesunęła spojrzeniem po ostrej linii nieugiętej szczęki.
– Byłeś harcerzem? – zawołała, choć dzieliła ich spora odległość.
Natychmiast się obejrzał, jakby czekał, aż się odezwie. Nie umknęła mu aluzja do słów wypowiedzianych przez niego w pociągu. Skinął głową, co mniej spostrzegawczy obserwator mógłby uznać za zawód, i odparł:
– Niestety nie.
– Udawanie umundurowanego oficera to dość poważne naruszenie prawa.
Położył rękę na klatce piersiowej.
– Przepraszam.
– Nie jestem zła, tylko rozczarowana.
Błysnęły białe zęby, a on odwrócił wzrok i spojrzał w cichą jednokierunkową ulicę, jakby trzymał kciuki, by skręcił w nią samochód i powstrzymał go od podjęcia złej decyzji. Gdy auto nie przyjechało, powiedział:
– A jeśli powiem ci, że tak czy siak potrafię rozpalić ognisko?
– W takim razie podpalacz.
– Nie. – Pokręcił głową. – Jeszcze lepiej idzie mi gaszenie pożarów.
Biorąc pod uwagę, że Alice właśnie miała wejść w ogień, było to właśnie to, co należało wtedy powiedzieć.
– W takim razie możesz zaczekać tu ze mną… jeśli masz ochotę.
Innego dnia o innej porze nigdy nie zaproponowałaby czegoś takiego. Dwanaście lat jeżdżenia nowojorskim metrem wyostrzyło jej instynkt samozachowawczy w obecności nawet najprzystojniejszych mężczyzn. A jeśli metro tego nie zrobiło, to jeszcze dwa miesiące temu istnienie przystojnego mężczyzny, za którego zamierzała wyjść, skłoniłoby ją do niezwykle ostrożnego postępowania w obecności tego człowieka.
Jednak pewna lekkomyślność tkwiła w tej chwili, w ciemności, w środku nocy, w miejscu, które jakimś cudem było jednocześnie niepokojąco bliskie jej prawdziwemu życiu, jak i totalnie od niego dalekie. Z tym mężczyzną, być może ostatnim człowiekiem, który będzie jej towarzyszył przez dłuższą chwilę, a który nie wiedział, kim ona jest, a zwłaszcza dlaczego tu jest.
Co jej szkodziło?
Zaproszenie zawisło między nimi w powietrzu przesyconym słoną wodą i nadchodzącą burzą. Długonogi ani drgnął, czas się ciągnął, aż Alice pomyślała, że towarzysz odmówi, a ona nie będzie miała innego wyboru, jak tylko wejść prosto do morza z zażenowania.
– Zamierzasz podłożyć ogień?
Już to zrobiłam.
– Nigdy nie wiadomo.
Kiedy się ruszył, zrobił to nagle, bez wahania. Długimi krokami przemierzył dystans między nimi z miarowym, spokojnym wdziękiem, po czym usiadł na ławce obok niej z opanowaniem, o które wielu osobom byłoby trudno o tak późnej porze.
Jak pociąg. Jakby była zaplanowaną stacją.
Uśmiechnęła się, a on spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– To do mnie?
Nie tym razem.
– Właśnie myślałam o pociągach.
Zerknął na tory za nią.
– Żałujesz, że wysiadłaś?
– Skąd wiesz?
– Może mam podobne poczucie.
Przez ułamek sekundy zastanawiała się dlaczego, ale poczuła, że lepiej o to nie pytać, wiedziała bowiem, że to sprowokuje jego pytania. Zamiast tego postanowiła zacząć nowy temat w zalegającej między nimi ciszy.
– Przez pociągi zaczynam myśleć o Duke’u Ellingtonie. Był…
– Wiem, kim był Duke Ellington.
– Jesteś muzykiem?
– A ty?
– Nie, ale mój ojciec… – Przerwała. Nie chciała tu ojca.
Przystojny nieznajomy tego nie zauważył.
– Dlaczego przez pociągi myślisz o Duke’u Ellingtonie?
– Ruszył w trasę koncertową po całym kraju prywatnym wagonem z pełną orkiestrą.
– Hmm – wydał z siebie cichy odgłos. Alice to się spodobało. – Suzafony nie mieszczą się na górnej półce pociągów regionalnych Amtrak.
– Chyba nie mieli suzafonu.
– Skoro tak mówisz – stwierdził.
Nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się z lekkim zaskoczeniem. W tym człowieku było coś swobodnego, uspokajającego i wprawnego. Był to taki rodzaj faceta, którego ma się ochotę nieco rozruszać, sprawić, żeby trochę się rozerwał.
Tyle że nie była to odpowiednia pora na rozrywkę.
Zerknęła na telefon. Benny przyjedzie za dziesięć minut. Odepchnęła od siebie niepoprawne myśli i pozostał jej jazz.
– Większość osób nie wie, że orkiestra Duke’a Ellingtona osiągnęła szczyt tutaj. W Rhode Island.
– Myślisz, że prywatne wagony zatrzymywały się tutaj? W Wickford? – Przesadził z wymową, tak jak konduktor w pociągu. Słowo zabrzmiało przeciągle i płasko, brakowało „r”.
– Tak. Kilka razy.
– I co my z tego mamy? Tylko ciepławe hot dogi i nieświeżą kawę.
– Upadek cywilizacji – powiedziała cicho, rozmyślając o licznych podróżach do tego miejsca, które odbyła w swoim życiu. O drogich samochodach, helikopterach, żaglówkach. Oparła się wspomnieniom, zamiast tego odwróciła się do kogoś, kto świetnie ją rozpraszał. Solidnego i wysokiego, z przedramionami, które…
Tatuaż przedstawiał kompas. Geometryczny i piękny, strzałki przedłużały się długimi, cienkimi liniami do nadgarstka i łokcia. Skomentowała to.
– Nie jesteś stąd.
Nie musiał odpowiadać. Miała rację. Każdy by to zauważył. Był totalnie obcym człowiekiem przyjeżdżającym do miasteczka – nic w nim nie wskazywało, że wychował się wśród wodorostów, soli i bud z małżami na plaży. Był zbyt poważny. Zbyt wygładzony.
Podniósł rękę. Zawahał się.
– Masz… farbę we włosach.
Odgarnęła włosy i odepchnęła jego rękę, skrępowana i poruszona tym, jak łatwo poznał, że to farba, tak jakby wiedział, gdzie była tego ranka, zanim poszła na zajęcia, zanim zadzwoniła matka i wszystko się zmieniło, wtedy, gdy był jeszcze zupełnie zwykły dzień, obecnie tak odległy. Należący do przeszłości.
Do tego, co było przed.
Odchrząknął.
– Powinienem się przedstawić – powiedział, wyciągając rękę, tak jakby byli zwykłymi ludźmi robiącymi zwykłą rzecz. – Jestem…
– Nie kończ.
Posłuchał.
– Dlaczego nie?
– Bo wtedy…
Wtedy będzie musiała się przedstawić. I wtedy się dowie. I potem będzie dziwnie. A nie było dziwnie. Cóż, może było dziwnie, ale nie tak dziwnie, jak dziwnie kończyła się każda inna interakcja w jej życiu.
Storm jak Franklin Storm?
Storm jak Storm Technology?
Storm jak Storm Inside™?
Tak – odpowiadała zawsze ze śmiechem, jakby to była najmądrzejsza i najbardziej oryginalna uwaga, jaką kiedykolwiek słyszała – choć tak naprawdę miała na myśli: Nie. To nie tak. To mój ojciec. Nie myśl o tym. Nie zapamiętuj tego. Pozwól mi być kimś przeciętnym. O pospolitym nazwisku.
A potem udawała, że jest kimś innym. Bo kto inny zawsze był bardziej interesujący od prawdy, która brzmiała tak: Nieważne, jak bardzo się starała, najciekawszą rzeczą w Alice Storm zawsze okazywało się jej nazwisko. Była zarysem osoby przyćmionym opowieściami o ojcu – ekscentrycznym geniuszu, odważnym miliarderze, działaczu wizjonersko zmieniającym świat. A potem była przesłonięta historią o tym, co mu zrobiła – jak go zdradziła, jak ją wygnał. Albo o tym, jak sobie na to zasłużyła, bo przecież powinna być mądrzejsza.
Znów grzmot w oddali, teraz głośniejszy. Bliższy. Oczywiście.
– Nazwiska tylko komplikują sprawy – powiedziała w końcu, patrząc mu w oczy. Zobaczyła jego uważne spojrzenie spod zmarszczonych brwi, tak jakby próbował zrozumieć.
– Wiem, że to brzmi teatralnie, ale moje życie jest wystarczająco skomplikowane w tym tygodniu. Jest szansa, że moglibyśmy… to pominąć?
Zrozumiał.
– Jasne. – Zerknął na telefon. – Mój samochód zaraz będzie.
Zrobiła to samo.
– Mój też – skłamała. Benny nie ruszył się od czasu, gdy ostatnim razem sprawdzała.
– Późno już – stwierdził. – Jedziesz do hotelu?
– Nie. – Wahanie się przeciągało. – A ty?
– Zatrzymuję się w Quahog Quay.
Uniosła brwi, słysząc o motelu, który był charakterystycznym punktem Wickford, odkąd prąd zawitał w South County i rozświetlił migocący neon ogłaszający wolne pokoje. Nikt nigdy nie zatrzymywał się w Quahog Quay.
– Dlaczego?
– Dlaczego w Quahog Quay? Czy w ogóle dlaczego, w bardziej egzystencjalnym sensie?
– Zakładam, że wybrałeś Quahog Quay ze względu na sprytną nazwę.
Nie zawahał się.
– Nie mogłem się oprzeć aliteracji.
Alice uśmiechnęła się i przechyliła głowę na bok, rozgrzana nie tylko letnim wieczorem.
– Wiesz w ogóle, co to jest quahog?
– Zakładam, że to coś, czego nie powinno się omawiać w miłym towarzystwie.
Zaśmiała się.
– A co z egzystencjalnym sensem? Dlaczego tu przyjechałeś?
Pauza.
– Do pracy.
– Pierwszorzędne centrum biznesu w Quahog Quay, jak słyszałam.
– Stawiam na porządny faks. – Gdy jego uśmiech rozbłysnął w ciemności, coś zaczęło się w niej tlić: pożądanie. I nagle, z ciężkim łomotem, dopadło ją coś innego: podejrzliwość.
Spojrzała mu prosto w oczy.
– Jesteś dziennikarzem?
– Nie.
Nie miała żadnego powodu, by mu wierzyć, mimo to…
– Słowo harcerza?
– Mam rozpalić ognisko, by to udowodnić?
Grzmoty w oddali sprawiły, że spojrzała w niebo.
– A uwiniesz się z tym przed burzą?
– Chyba będę ci coś winien.
– Trzymam za słowo.
Kiedy znów na niego spojrzała, w jego oczach kryło się coś, czego nie widziała od jakiegoś czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że za tym tęskniła.
– Dobrze.
Podobało jej się to słowo, krótkie i pewne, jakby ów człowiek składał obietnice i ich dotrzymywał. Jak gdyby miał być obok wystarczająco długo, by ich dotrzymać. Nagle znalazł się bliżej i coś się zmieniło, przez co zaczęła zachodzić w głowę, co by się stało, gdyby miała jeszcze noc dla siebie, zanim stawi czoła… nieuniknionemu.
Następny grzmot, przypomnienie, że szalone myśli o przygodzie na jedną noc z idealnym nieznajomym są tylko szalonymi myślami. Alice Storm nie była osobą, która działała pod wpływem szalonych rozmyślań.
Miała ojca, który tak postępował, i tylko spójrzcie, do czego go to doprowadziło.
ZMARŁ W WIEKU SIEDEMDZIESIĘCIU LAT.
Słowa ją przytłoczyły, nieskładne i niepożądane; nienawidziła ich za to. Żałoba nie powinna budzić takich uczuć, prawda? Powinna sprawiać, że ma się ochotę krzyczeć, płakać i rozdzierać szaty. A nie, że człowiek czuje taką pustkę. Tak jakby Alice chciała wypełnić ją czymkolwiek innym, tylko nie smutkiem.
Jak gdyby chciała ją zapełnić tym mężczyzną.
W oddali trzasnęły drzwi auta.
Odchrząknęła i zerknęła znów na telefon.
– Cholera.
– Co się stało?
Pokręciła głową.
– Wszechświat. Anulowano mój przejazd.
Szary SUV skręcił w Main Street.
Długonogi powiedział:
– To po mnie.
– Dzięki za dotrzymanie towarzystwa.
Sama nie wiedziała, dlaczego czuła się tak, jakby jego odjazd był stratą. Jakby ten mężczyzna był przystanią w czasie sztormu.
– Wszystko w porządku?
Nie istniał powód, by zauważył, że u niej wcale nie było w porządku, mimo to czuł…
– Czy… podrzucić cię gdzieś?
– Teraz zdecydowanie brzmi to tak, jakbyś mnie śledził.
– Dobrze, a co, jeśli nie chcę, by kto inny cię śledził?
To było bardzo przyzwoite stwierdzenie, o którym przypomni sobie czule za około godzinę, kiedy szczegółowo zrelacjonuje zły dzień (delikatnie ujmując) swojej najlepszej przyjaciółce. Będzie to wspomnienie w rodzaju: A potem naprawdę przystojny, bardzo porządny gość spytał mnie, czy nic mi nie będzie, jak zostanę sama. A ja się zastanawiałam, co by odpowiedział, gdybym stwierdziła: Zdecydowanie nie, musisz zostać tu ze mną i mnie chronić. A potem pozwolić, żebym wspięła się na ciebie jak na drzewo.
Gabi roześmiałaby się, po czym Alice opowiedziałaby jej o reszcie dnia – o tym, że jej podwózka się wycofała, o głośnym i tłocznym pociągu oraz nieodebranych połączeniach z prośbą o komentarz, i wywiadach, których nigdy nie udzieli. Oraz o telefonach od ludzi, którzy powinni zadzwonić, ale tego nie zrobili. I jakimś cudem wszystko będzie zdawało się lepsze, gdy się rozłączy.
Tyle że nie był to ten rodzaj złego dnia, który dałoby się naprawić rozmową telefoniczną. To był jeden z tych okropnych dni, co zdarzają się raz w życiu. Ponieważ pech – przejazd, pociąg, wiadomości i nieodebrane połączenia – piętrzył się i wiódł do czegoś jeszcze gorszego.
Mój tata nie żyje.
Słowa uwięzły jej w gardle.
Mój tata nie żyje, a nie rozmawialiśmy od pięciu lat i nie wiem, jak mam się czuć.
Nie mogła powiedzieć czegoś takiego do obcego. Zamiast tego zrobiła krok w jego stronę, przechyliła głowę i spróbowała wywołać inne uczucia.
– Jeśli mnie podrzucisz… to co będzie potem?
Coś błysnęło w jego oczach. Gorąco.
Poczuła się dobrze.
Ale obok tego gorąca pojawił się również żal. Albo jakaś pokrewna emocja. Jakby przyzwoity facet nie chciał być taki przyzwoity, ale i tak będzie.
Samochód zatrzymał się obok nich. Wskazała na niego podbródkiem.
– Dam sobie radę. Miło było poznać.
– Nie poznaliśmy się – powiedział. – Żadnych nazwisk, pamiętasz?
– Może się poznamy – odparła. – Któregoś dnia.
Nie dojdzie do tego, jednak Alice i tak zachowa tę myśl niczym wspomnienie.
Rozbłysk błyskawicy.
Policzyła. Jeden… dwa… trzy… cztery.
Ciężkie dudnienie grzmotu.
– Pięć mil – powiedział.
Tym razem nie spojrzała na samochód.
– Powinieneś jechać, zanim…
Zanim podejmę złą decyzję.
– Masz rację. – Nie ruszył się.
Ani drgnęli, zamarli w bezruchu niczym oblepiająca ich słona wilgoć. Czy zamierzał ją pocałować? Czy ona zamierzała pocałować jego? Na pewno nie. To nie było w stylu Alice Storm, nie w przestrzeni publicznej, w Wickford w Rhode Island, na widoku, przed tysiącami owadów i kierowcą Kii Sedony z licznikiem na desce rozdzielczej.
Mimo to… kusiło ją. Jeden pocałunek. Jedna nietypowa decyzja. Jedna skradziona chwila. Jedno ostatnie wytchnienie, dzika szamotanina, by uniknąć nieuniknionego.
Kolejny pomruk, tym razem w jego piersi, zginął w znacznie głośniejszym huku ponad nimi. Potężny trzask rozrywający niebo na kawałki i deszcz nagle lejący się zewsząd ciężkimi strugami. Ciemność przecięta błyskiem pioruna tak jasnym i bliskim, że powinni byli poczuć jego żar; a potem jej imię, wykrzyczane z odległości, która wydawała się ledwie kilkoma centymetrami.
– Alice!
Obróciła się.
Rażący błysk nie pochodził od pioruna. To był flesz aparatu.
– Alice! – Fotograf, zmięty i nieogolony, znów krzyknął, jakby czekał na pociąg godzinami. A może czekał?
Ponowne wołanie. Drugi mężczyzna biegł z odległego końca ulicy, tam gdzie stały trzy pogrążone w ciemności samochody. Patrzyły. Szukały czegoś, co warto sfotografować.
Skąd wiedzieli? I dlaczego ona nie wpadła na to, że tu będą? W końcu w tym tygodniu istniały dwa tematy. Jedno ze Stormów przepada, drugie powraca.
– Alice! Czy wciąż nie miałaś kontaktu z ojcem? Dlaczego nie przyjechałaś razem z bratem i siostrami? Rozmawiają z tobą? Czy jesteś mile widziana w domu?
Odpaliły się lata treningu. Głowa w dół. Nie zbaczać z kursu. Ale nie było żadnego kursu. Benny i jego Honda zostawili ją na pastwę losu i stała, sama jak palec, w świetle latarni, w deszczu, przed zamkniętym dworcem kolejowym, otoczona siłami wroga.
Zagubiona.
– Proszę. – Podniosła dłoń, wiedząc, że to daremne. – Nie…
Zanim zdążyła dokończyć – choć co właściwie zamierzała powiedzieć? – już była w ruchu, popchnięta przez „nieharcerza” (ale, szczerze mówiąc, jednak dobrego druha), zasłonięta jego szerokimi ramionami, otoczona przemokłą od deszczu białą bawełną jego koszuli.
– Cofnijcie się – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie cofnęli się, rzecz jasna. Zdjęcia córki Franklina Storma były dziś warte więcej niż roczne dochody tego przyzwoitego faceta, i paparazzi o tym wiedzieli. Więcej fleszy. Lał deszcz, a Alice czuła się trochę tak, jakby tonęła.
– Kim jest twój chłopak?
– To coś poważnego?
– Niech to szlag. – Mężczyzna, który zdecydowanie nie był jej chłopakiem, brzmiał poważnie. – Wsiadaj do auta.
Deska ratunku.
Obróciła się, żeby zabrać bagaż, ale on chwycił ją za rękę, mocno, z przekonaniem.
– Nie. – To słowo sprawiło, że stanęła jak wryta. – Wsiadaj do auta, Alice.
Wypowiedział jej imię tak, jakby powtarzał je przez całe życie, a ona bezzwłocznie go posłuchała, bez zaskoczenia zauważając, że kierowca już otwiera jej tylne drzwi. Usłyszała za plecami, jak Długonogi warknął:
– Powiedziałem: cofnąć się.
Znów grzmot zagłuszający to, co się stało, a co wywołało przenikliwy pisk i cienkie: „Co, do chuja?!”, gdy wsiadała do auta.
Kierowca spojrzał ponad nią i stwierdził:
– Należało się tym dupkom.
Gdy znalazła się w środku, schyliła głowę i czekała, aż jej niespodziewany wybawiciel wepchnie torby do bagażnika i wsiądzie razem z nią. Kierowca obrócił się z ekscytacją w oczach.
– Domyślam się, że nie chce pani jechać tam, gdzie pokazuje apka.
– Jeszcze nie – padła zwięzła odpowiedź jej towarzysza, którego imienia wciąż nie poznała. Powinna go zapytać. Ale może jeśli sobie odpuści, to on też jej odpuści. Tak samo jak całą resztę. Na przykład: Dlaczego paparazzi czekają na ciebie w sennym miasteczku Rhode Island w środku nocy? Dlaczego nie rozmawiasz z rodziną? A skoro już przy tym jesteśmy, to kim jest twoja rodzina?
– Myśli pan, że damy radę ich zgubić?
Szeroki uśmiech – kierowcy będą stawiać mu piwa po grób dzięki tej historii.
– Przygłupy są z Nowego Jorku. Ani trochę nie znają Rhode Island.
– W takim razie zgubmy ich.
– Się robi.
Samochód ruszył z piskiem opon z podjazdu, prawie zahaczając faceta, który zeskoczył mu z drogi. Silnik zawył, gdy kierowca dodał gazu.
– To do motelu?
– Najpierw ją podrzucimy.
To była propozycja, na którą w końcu odpowiedziała, gdy tylko oderwała wzrok od jego zaciśniętej pięści – na końcu przedramienia z kompasem, ociekającej deszczem w świetle latarni, z zaczerwienionymi knykciami. Jakby kogoś uderzył.
Później przypisze to szalonemu połączeniu żałoby i samotności, że spodobały jej się te knykcie, otarte i brutalne. Ale w tamtej chwili? Kiedy obrócił pięść i otworzył dłoń, szorstko rzucając: „Trzymaj”, podobało jej się to z innych powodów. Zwłaszcza gdy rozpoznała małe prostokąty w jego dłoni. Parę zewnętrznych kart SD.
Spojrzała na nie, a on powiedział:
– Z aparatów.
I tyle. Nic więcej. Żadnych nacisków, by zdradziła, kim jest, choć, szczerze mówiąc, była mu to winna, zważając, że popełnił dla niej drobną napaść.
Było coś atrakcyjnego w mężczyźnie, którego zdawało się nie obchodzić, kim ona jest ani dlaczego wprowadziła chaos w jego życie.
– Wszystko w porządku? – spytał po raz drugi, odkąd wysiedli z pociągu.
Nie. Ale to pomaga.
– Dokąd, kochanieńkah? – Tym razem to kierowca, z miejscowym akcentem.
Właśnie, dokąd zmierzała tak pewna swojej drogi, tak przekonana, że wybrała właściwą ścieżkę? Teraz… nic nie miało sensu. Nie liczyło się nic prócz tej chwili. Była w niebezpieczeństwie, ale to się skończyło. I jutro wszystko wróci, ale tej nocy tylko to się liczyło.
On się liczył.
Sięgnęła, ale nie po karty SD. Zamiast tego wsunęła dłoń w jego rękę, czując pod palcami małe prostokąty i ciesząc się gorącym dotykiem, twardym i pewnym. Solidnym. Jak pociąg.
W przeciwieństwie do całej reszty.
– Do Quahog Quay.
To nie był spacer wstydu.
Tak, Alice wyślizgnęła się spod ciężkiego ramienia zarzuconego na jej biodro i potem ani drgnęła, przywierając do skraju za małego łóżka w pokoju numer trzy motelu Quahog Quay, wpatrując się w drzwi, przez które wpadli kilka godzin wcześniej w zdyszanej plątaninie przemokniętych od deszczu ciał i bagażu (dosłownie i w przenośni).
Gdy była pewna, że on się nie obudzi, zebrała swoje rozrzucone ubrania, jakby to były niewybuchy, i zakradła się do łazienki, po czym zamknęła za sobą drzwi, jak gdyby włamywała się do sejfu.
I tak, kiedy wyszła z łazienki, gdy już umyła twarz i wyczesała sól i morze z włosów, zignorowała go, przystojnego, półnagiego i śpiącego, i wymknęła się wprost na słońce. Spoglądało o szóstej rano na zatokę, złocistą i piękną, obiecując wypalić resztki minionej nocy.
Przeszła pół kilometra z taniego motelu do doków, chcąc dotrzeć tam, zanim zobaczy ją kapitan portu albo ktoś inny w tym małym, pełnym gaduł miasteczku – ale nie dlatego, że się wstydziła. Przynajmniej nie dlatego, że wstydziła się przygody na jedną noc, która, choć nie leżała w naturze Alice, okazała się naprawdę świetna – pod wieloma, także nieoczywistymi względami.
Dorastając, Alice Storm nauczyła się podejrzliwości wobec ludzi, którzy pojawiali się znikąd. Istniało mrowie zagrożeń, od oczywistych (zdjęcia i plotki o rozpuszczonych bogatych dziewuchach były najchodliwszym nowoczesnym towarem, im paskudniejsze, tym lepsze) po podstępne – urocze, mądre pasożyty, które zrobią wszystko, powiedzą cokolwiek, byle tylko znaleźć się blisko bogactwa i władzy.
Franklin nauczył wszystkie swoje dzieci, by wystrzegały się jakiejkolwiek uprzejmości, którą rzekomo dostawały za darmo, co poskutkowało swego rodzaju brakiem umiejętności w relacjach interpersonalnych. Pierwszy przejaw fascynacji, dzięki któremu zawiązywały się szybkie przyjaźnie i zapierające dech w piersiach romanse, był dla reszty świata, dzieci Stormów nie mogły mu ufać, więc Alice szybko przywdziała zbroję – zwłaszcza gdy chodziło o seks.
Przez lata wybierała partnerów tak, jak inni wybierają samochody – z chłodną rozwagą: zużycie paliwa (czyli praca poza branżą technologiczną), ocena bezpieczeństwa (zainteresowanie Alice, a nie Stormami) i wartość rynkowa (gotowość do długoterminowego zaangażowania). Oczywiście popełniła kilka błędów (jeden kolosalny), ale prawda przedstawiała się tak, że jednorazowe przygody nie były wysoko oceniane w „Auto Świecie”.
Jednak zeszłej nocy Alice nie była sobą, a jej świat jeszcze przez jakiś czas miał wyglądać inaczej. Podobał jej się ten duży mężczyzna o silnych dłoniach i pewnym dotyku, gotowy wziąć udział w bójce, by oszczędzić jej kłopotów. Podobało jej się, że był inny, nie jak wyrafinowani, wypucowani chłopcy z jej młodości ani jak frywolny, porywisty mężczyzna, którego zamierzała poślubić. W Długonogim było coś ze stali, kiedy uderzył pięścią fotografa i w ciemności wziął ją za rękę. A potem stał się rozkosznie szorstki – jego dłonie sunęły po jej skórze, kopniakiem zamknął za nimi drzwi do pokoju motelowego z głośnym trzaskiem, a kiedy przywarł do niej całym ciałem, mrukliwie pytał, co lubi. Mówił jej też, co lubi on. Komplementował jej ciało, jej dotyk, jej pocałunek.
Bez wahania. Bez przepraszania. Sama… prawda.
Prawda w życiu Alice była rzadka i cenna, więc tak – upajała się autentycznością tego mężczyzny, jego pożądaniem i tym, że na kilka godzin potrafił przywrócić ją jej własnemu ciału.
Spokój przed Stormami.
Alice wrzuciła bagaże do jednej z trzech łódek przycumowanych na odległym końcu zahartowanego solą portu, poluzowała cumy i odpaliła silnik zaburtowy. Tamta noc stała się kolejną tajemnicą, którą miała zachować dla siebie, gdy po raz pierwszy od pięciu lat wypłynęła z przystani w Wickford. Od dnia, kiedy ojciec w końcu ją wygnał, po tym jak rozczarowała go po raz ostatni.
Sztorm minionej nocy został przegnany na wschód, w stronę Cape Cod i dalej w morze, ale blizny pozostały. Zatoka Narragansett burzyła się pod małymi łódkami, wystarczająco skłębiona, by pokonanie sześciu mil morskich na wyspę Storm stanowiło wyzwanie.
Jednak Alice żeglowała, zanim jeszcze nauczyła się chodzić. Uczyła się u boku Franklina Storma, jak korygować kurs, jak dostosowywać się do warunków, jak radzić sobie ze zmiennym morzem i jak je szanować. Mogły minąć lata, odkąd stała za sterami, ale wróciła do tego z łatwością, płynąc ku jasnemu słońcu, rozkoszując się lekkim szczypaniem słonej wody na skórze.
Nawigowała małą łódką na północny wschód zatoki, bezwiednie przyjmując metodę ojca – przez południowy kraniec wyspy Storm, gdzie na szczycie stromego, skalistego zbocza stała stara dzwonnica z dzwonem mgłowym. Dla wielu to był najmniej ciekawy zakątek wyspy, ale jej ojciec kochał to wejście. Trasa wokół krawędzi klifu po zachodniej stronie przygotowywała dla przybyszów zapierającą dech w piersiach niespodziankę: skała ustępowała i odsłaniała patchwork z drzew i pól podzielony wiekowymi kamiennymi murami. Prowadziły do ogromnej dziewiętnastowiecznej rezydencji położonej w najwyższym punkcie wyspy – niczym z powieści gotyckiej, tylko bez kobiety w koszuli nocnej uciekającej przed duchami.
Szczerze mówiąc, dzień dopiero się zaczynał.
Alice wyhamowała łódkę, gdy opływała ścianę klifu, podziwiając widok. Dom, wysoki i okazały, wszystkie szczyty i witraże, otoczone kilkoma akrami bujnej macierzanki piaskowej w odcieniach ciemnej zieleni, jasnej bieli i fioletu. Hangar dla łodzi z podniszczonym warunkami atmosferycznymi gontem z drewna cedrowego, na tyle duży, by pomieścić wychwalaną łódź żaglową jej ojca – Lizzie – poza sezonem. Nierówne łupkowe schody z przystani w górę skalistego zbocza do domu. Stare drzewa – ulubiony dąb czerwony jej ojca, ogromny i silny. Wciąż na swoim miejscu.
Pięć lat i nic się nie zmieniło.
Tyle że zmieniło się wszystko.
Odsunęła od siebie tę myśl i przełknęła gulę, która rosła w gardle, gdy zacumowała łódkę w porcie i wspięła się na wzgórze do dworu Stormów. Weszła przez niezamknięte na klucz drzwi wejściowe (plusy prywatnej wyspy – trudno się włamać), z nadzieją, że jest jedyną osobą, która nie śpi, i że będzie miała trochę czasu, żeby się uzbroić.
Drzwi zamknęły się za nią, nie wpuszczając jasnego porannego słońca, więc w holu z powrotem zapanował cichy mrok. Kiedy oczy Alice przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyła wysoką, gibką, nienagannie ubraną i gustownie siwiejącą kobietę, która schodziła po szerokich schodach pośrodku.
Nie będzie czasu, by przywdziać zbroję, pomyślała. Matka zjawiła się gotowa do walki.
– Alice. – Elisabeth Winslow Storm uważnie i przeciągle przyjrzała się swojemu trzeciemu dziecku. – Przyjechałaś.
Nie było żadnej ekscytacji w tym stwierdzeniu, tylko cień zaskoczenia.
– Miło cię widzieć, mamo – powiedziała Alice, nie zwracając uwagi na przynętę, po czym rzuciła bagaże za drzwi i przeczesała dłonią włosy roztrzepane dzikim wiatrem w zatoce.
– Nie słyszałam helikoptera.
Alice nie latała helikopterem Stormów od lat i Elisabeth o tym wiedziała.
– Przyjechałam pociągiem.
– No proszę. – Minęła chwila, gdy Elisabeth przystanęła na ostatnim stopniu, z wdziękiem dotykając misternie rzeźbionego słupka poręczy długą ręką. – Ale zaradnie.
„Zaradnie” – to było jedno ze słów Elisabeth. Wszystkie matki mają takie, opracowane po to, by naciskać guziki, które same zainstalowały. Słowa te służą jako zastępstwo innych, bardziej uszczypliwych. W słowniku matki Alice prócz „zaradnie” znajdowały się następujące: „interesujące”, „kreatywne”, „nowoczesne” i „czarujące”, wymagające intonacji, która często zbijała z tropu adresata (należałoby powiedzieć, że Elisabeth w całym życiu za autentycznie czarującego uważała tylko Franklina Storma, a i to nie przetrwało).
Pierwszym językiem Alice był ten matki, więc wiedziała, co znaczyło „Ale zaradnie”. Można to było przetłumaczyć jako: „Okropnie głupie”.
– Teraz już jasne, dlaczego potrzebowałaś całego dnia, żeby tu dotrzeć. Choć nie byłam pewna, czy w ogóle cię zobaczymy.
Irytacja nagle w niej wybuchła i Alice nie mogła się powstrzymać od odpowiedzi:
– Mamo. Naprawdę?
Elisabeth uniosła szczupłe ramię.
– Nie byłaś tu od lat, dlaczego miałabym spodziewać się ciebie teraz?
Bo mój ojciec zginął. Bo twój mąż zginął. Bo właśnie tak zachowują się rodziny – nawet takie jak ta.
Tego było zbyt wiele jak na szóstą rano.
– Jestem tu teraz – powiedziała Alice.
– Mmm. – W tym jednym odgłosie zawierało się całe orędzie o stanie państwa. – Bez Griffina?
Bez Griffina, już nigdy więcej z nim.
Alice przełknęła prawdę i skłamała:
– Nie mógł wyrwać się z pracy.
– Z pracy – powtórzyła Elisabeth tonem, który podkreślał odczucia całej rodziny na temat (obecnie byłego) narzeczonego Alice. – Jest zajęty graniem po ulicach?
– Jest aktorem, mamo – poprawiła Alice, nie znosząc tego, że odruchowo broni mężczyzny, który nie miał już prawa do jej obrony, a jednak nie potrafiła przestać.
– Doprawdy? – Elisabeth zeszła na lśniący drewniany parkiet. – Myślałam, że pracuje w kawiarni.
Nie było o czym myśleć. Griffin był bezrobotnym aktorem w Nowym Jorku, a kiedy potrzebował gotówki (czyli ciągle), podłapywał kilka zmian w kawiarni zarządzanej przez jego najlepszego przyjaciela. Elisabeth o tym wiedziała. Wszyscy o tym wiedzieli. Już od dawna. Ale Alice to nie obchodziło, bo on był jej.
– Nieważne. Jak mówisz, jesteś tu teraz i miło cię widzieć po tak długim czasie.
Alice nachyliła się do przelotnego uścisku matki, rozluźniając zaciśnięte zęby, gdy Elisabeth pocałowała powietrze w sąsiedztwie jej lewego ucha. Zastanawiała się, ile niegrzecznych (uszczypliwych) aluzji do ostatnich pięciu lat zniesie, zanim odprawi stosowną pokutę.
Nie zastanawiała się, kiedy matka weźmie na siebie część odpowiedzialności za to, co wydarzyło się pięć lat temu. Za to, co się wydarzyło (lub tak się składa, że się nie wydarzyło) od tamtego czasu. „Odpowiedzialność” nie należała do zasobu słów Elisabeth.
Odchylając się, Alice wzięła matkę za rękę i przyjrzała się twarzy starszej kobiety. Matka miała niewiarygodnie gładką cerę – zakłóconą jedynie paroma ledwo widocznymi płytkimi zmarszczkami – której zazdrościły jej kobiety o trzydzieści lat młodsze. Stan jej skóry był wynikiem wyśmienitych genów, konsekwentnego używania filtrów przeciwsłonecznych, wizyt kosmetyczki przychodzącej do domu oraz dermatologa, którego klientela miała majątek równy PKB niewielkiego europejskiego kraju. Nawet wdowieństwo nie mogło zakłócić reżimu pielęgnacji skóry Elisabeth. Niewprawnemu oku wydawała się gładka, nawilżona, napięta i piękna, ale córki są szkolone od urodzenia, by odczytywać emocje matek. Alice zauważyła drobne zgrzyty: napięcie w kąciku ust potraktowanych pomadką z filtrem UV, czerwony ślad widoczny na schludnym dekolcie białej bawełnianej bluzki z długimi rękawami – podstawy letniej garderoby jej matki. Jednej z tuzina identycznych koszulek, które kosztowały więcej niż tygodniowa wypłata większości ludzi. Ponadto lekko zarysowana opuchlizna pod zachwycającymi niebieskimi oczami, które teraz były lekko przekrwione. Alice jako jedyne dziecko Stormów nie odziedziczyła ich koloru, być może dlatego, że wolała kolor oczu ojca.
Nie żeby Elisabeth Winslow Storm kiedykolwiek się przyznała, że nie zmrużyła oka czy uroniła łzę za mężem, z którym żyła ponad czterdzieści lat. Emocje nie były towarem, w który inwestowała.
– Wiesz, że urządzamy ceremonię w poniedziałek. Greta pomaga nam w przygotowaniach, ale jestem pewna, że znajdziemy dla ciebie jakieś zajęcie.
Ceremonia. Nie nabożeństwo. Nie pogrzeb. Ceremonia.
Alice przełknęła gulę, która boleśnie utkwiła jej w gardle.
– Mówiłaś mi przez telefon.
To była jedna z niewielu rzeczy, które Elisabeth powiedziała, gdy rozmawiały poprzedniego dnia.
Twój tata nie żyje.
Leciał jedną z tych swoich idiotycznych zabawek.
Zapraszamy ludzi na wyspę w poniedziałek.
Ludzi na wyspę. Tak jakby to było przyjęcie w ogrodzie.
To chyba dobrze, że przypada długi weekend.
Kiedy Elisabeth wciąż milczała, Alice głęboko zaczerpnęła powietrza do płuc i spytała:
– Jak się czujesz, mamo?
– Ja? – Jasne brwi się uniosły i Elisabeth wyjęła rękę z uścisku Alice. – W porządku.
I to był koniec fantazji o tym, że jej powrót do domu będzie wyglądał jak na filmach. W głównej obsadzie nie było nikogo w żałobie, nawet po dwudziestu czterech godzinach od śmierci Franklina. Zero łez. Zero długich przytuleń. Ani cienia emocji u matki.
Ale przecież Elisabeth musiała coś czuć, prawda? Nawet jeśli Alice nie chciała teraz w to wnikać.
Przechyliła głowę na bok.
– Naprawdę?
– Wszyscy kiedyś umrzemy, Alice. Piłaś już kawę?
Lata płynnego posługiwania się językiem Elisabeth Storm sprawiły, że Alice wiedziała, że nie powinna nic dodawać. Położyła skórzaną torbę na podłodze.
– Nie piłam.
Poszła za Elisabeth na tyły domu, gdzie wąski, ciemny korytarz otwierał się na ogromną, jasną, rustykalną kuchnię wykończoną całą ścianą okien szklarniowych, i spróbowała zainicjować rozmowę na lekki temat.
– Kto jeszcze jest?
Elisabeth machnęła ręką w powietrzu ku sufitowi i dwóm dodatkowym piętrom kawalerek, gabinetów, sypialni i innych zakamarków.
– Wszyscy. Przyjechali od razu, gdy tylko się dowiedzieli.
Alice zazgrzytała zębami na niemożliwe do przegapienia porównanie do rodzeństwa; matka odejmowała jej punkty za siedem godzin, które Alice powinna przespać pod tym samym dachem. Zdjęła duży zaparzacz z otwartej półki i postawiła go na blacie.
– Ja też przyjechałam, jak tylko się dowiedziałam, mamo.
– Oczywiście. Pociągiem.
Najwyraźniej problemem będzie pociąg, a nie to, że mąż tej kobiety nieoczekiwanie ginie.
– Racja.
Alice przeszła do spiżarni, wcisnęła przełącznik światła, po czym weszła, by poszukać kawy. Wzbierał w niej smutek, kiedy sięgała po ogromny pomarańczowy worek. Franklin Storm może i umarł, będąc milionerem, jednak urodził się w Quincy w stanie Massachusetts i przez całe życie pozostał lojalny Dunkin’ Donuts.
Przesunęła opuszkami po logo, gdy zatrzymała się na chwilę w spiżarni, pierwszym z wielu miejsc, w których wciąż czuło się obecność ojca. Gdyby miała odmalować jego kwintesencję, zaczęłaby od tego. Martwa natura skomponowana z niedzisiejszych chrupkich precelków, cukierków z lukrecji, chipsów ziemniaczanych z kotła, sardynek w puszce, a także trzech słoików pikantnych kiszonek. I sosu z pomidorów heirloom, które uparł się kupować z gospodarstwa na drugim brzegu zatoki, w Tiverton.
„Nie warto jeść sosu pomidorowego, jeśli nie jest z tych pomidorów” – powtarzał z ekscytacją, której dorównywał jedynie zachwyt właścicielki prowadzącej stragan – zakochiwała się jeszcze bardziej w ekscentrycznym miliarderze za każdym razem, gdy zawędrował na jej stoisko.
Na tym polegał problem, prawda? Niewiarygodnie łatwo było zakochać się w ojcu, ale zupełnie nie sposób było go kochać.
I łatwo było go zadowolić, o ile nie było się jego córką.
Alice była nastolatką, gdy ostatnim razem odwiedziła farmę Skipping Stone składającą się ze stodoły na polu; przewracała oczami, gdy wszyscy obecni nadskakiwali Franklinowi, kiedy pakował skrzynkę sosu oklejoną etykietą wysyłkową i podpisaną markerem na tyły starej furgonetki, którą jeździł po okolicy, jakby był zwyczajnym człowiekiem.
Alice zdjęła słoik z półki i przesunęła palcem po nowej, porządnej etykiecie. Artystyczne przedstawienie stodoły. Strona internetowa. Składniki. Sos przebył długą drogę, tak jak cała reszta.
To było dziwne, że poruszyła ją etykieta z wartością odżywczą. W tej spiżarni pachnącej wakacjami z dzieciństwa, w gęstym słonym powietrzu wprawionym w ruch przez stary wentylator sufitowy, w otoczeniu milionów rzeczy, które nigdy wcześniej nie przywiodły jej na myśl ojca, a teraz sprawiły, że nie potrafiła myśleć o nikim innym, wielka łza popłynęła po jej policzku.
– Trzymaj drzwi! – zawołała z kuchni matka, która wstawiała wodę w czajniku. Alice otarła łzę, dowód na towarzyszące jej emocje. – Inaczej się zatrzasną i będziemy musieli zawołać Charliego, żeby cię wyciągnął.
Charlie – stolarz, złota rączka, ogrodnik i człowiek od wszystkiego, czego jej rodzice akurat potrzebowali – był żonaty z Lorraine, kucharką, gosposią i również kimś od wszystkiego w domu. Mieszkali w jednym z trzech małych domków dla służby na północnym krańcu wyspy i czekali, aż zostaną wezwani do dworu. A chłopiec na posyłki jej matki miał już dobrze ponad sześćdziesiąt lat.
– Co u Charliego i Lorraine? – zapytała Alice, wcześniej odchrząknąwszy i wyprostowawszy plecy, w pewien dziwny sposób wdzięczna za pytanie, które można było zadać, skoro nie chciała odpowiadać na żadne ważne.
– Jak to Charlie i Lorraine.
Klasyczna odpowiedź Elisabeth, tak jakby chciała powiedzieć: „A niby co ciekawego miałabym o nich powiedzieć?”.
Alice wzięła kawę i wróciła do kuchni, gdzie matka nie była już sama. Obok niej kręcił się starszy brat Alice, ubrany tylko w spodnie od piżamy, myszkując w staroświeckim metalowym chlebaku ocalonym z poprzedniej wersji kuchni.
– Sam.
Podskoczył z torebką angielskich muffinów w ręce.
– Hej! Córka marnotrawna powraca! I nie ma taty, żeby zabił utuczone cielę i wyprawił ucztę.
Alice pokazała spięty uśmiech, jedyną obronę przeciw złośliwości, znakowi rozpoznawczemu Sama.
– Śmieszne.
– Nie miało być śmieszne – powiedział z fałszywym ciepłem, które przepoczwarzało się w coś, co mogło być nieprzyjemne, gdyby nie był w tym tak dobry. – Co tak długo? Wybrałaś się piechotą?
– Przyjechała pociągiem – powiedziała Elisabeth.
Uśmiechnął się z wyższością i przybrał ten irytujący wyraz twarzy, którego starsi bracia szybko się uczą i często go wykorzystują.
– Mogłaś złapać stopa. Mamy helikopter.
– Może cię to zaskoczy, ale ostatnie, na co miałam wczoraj ochotę, to lecieć z PR-ową ekipą taty, która dyskutowałaby o tym, jak najskuteczniej ochronić kurs akcji.
– Patrzcie tylko, kobieta z ludu – zripostował Sam. – Założę się, że uwielbiają cię na comiesięcznych spotkaniach ruchu „Stanowimy 99%”, biorąc pod uwagę, że nie wolno ci się zbliżać do głównej siedziby firmy.
I oto ona. Aluzja do przeszłości. Alice ruszyła po dzbanek kawy stojący na blacie.
– Sam, co słychać w głównej siedzibie? Jak ci idzie praca drzwi w drzwi z tatą?
– No cóż, już nie żyje, więc nie tak świetnie – odparł Sam, któremu brakowało wrażliwości, jakby był zrobiony z teflonu: odpornego, ale toksycznego.
Alice doszła do wniosku, że gdzieś wśród emocji jej brata (takich, jakie były) tkwiła szczypta… niecierpliwego oczekiwania? Oto Sam miał szansę sięgnąć po tytuł, który, jak sądził, stanowił jego przyrodzone prawo od chwili, gdy poznał słowo „nepotyzm” – dyrektora generalnego Storm Incorporated. Zdaniem Alice, Sam mógł go sobie wziąć. Ale wszyscy znali prawdę – gdyby Franklin był już w grobie, przewracałby się w nim na samą myśl.
– Do cholery! – krzyknęła Elisabeth, kręcąc się w kółko przy drewnianej wyspie kuchennej.
– Co?
– Zostawiłam cholerny tablet u góry!
I nagle wrogość między nimi zniknęła, jak to się zdarza tylko między rodzeństwem. Sam zmarszczył brew, patrząc na Alice. Poirytowanie Elisabeth wydawało się przesadne jak na tę drobną niedogodność, że zostawiła tablet na innym piętrze domu.
– Dobrze… – powiedział powoli, tak jakby mówił do humorzastego dziecka. – Przyniesiemy ci go.
– Nie potrzebuję, żeby ktoś mi go przynosił. Potrafię zrobić to sama! – wrzasnęła w odpowiedzi matka, odstawiając z trzaskiem dzbanek na blat, po czym wypadła z kuchni.
Alice zerknęła ukradkiem na brata.
– Rzeczywiście dobrze to wszystko znosi.
Sam przytaknął.
– Z ust mi to wyjęłaś.
Zegarek dziadka w holu wybił siódmą rano. Sam oparł się o blat. Jasnoblond włosy i letnia opalenizna nadawały mu wygląd atrakcyjnego mężczyzny pod czterdziestkę, który swobodnie czuje się w każdej przestrzeni. Jednak przy bliższym spojrzeniu widać było, że nie prezentuje się tak swobodnie. Wyglądał na zmęczonego.
– Wcześnie wstałeś – powiedziała. To spostrzeżenie skrywało pytanie: „Co kombinujesz?”.
Z tostera wyskoczył gotowy angielski muffin. Sam się nie ruszył, odwzajemniając baczne spojrzenie Alice. Domyślała się, że tak będzie sprawiedliwie, powtarzając sobie, że jej własne rysy na wizerunku są lepiej ukryte. Okłamywała się.
– Ty też – odpowiedział.
Powiedz pierwsza.
Cóż. Nie zamierzała opowiadać mu o nocy w Quahog Quay, czyli tym, co ją zajmowało. Sam rzuciłby się na ten łakomy kąsek i zasypał ją pytaniami: „kto?” i „co?” oraz „Dlaczego nie z twoim narzeczonym?”, a także „Skoro już o tym mowa, to gdzie masz narzeczonego?” – i wygrażałby jej tym jak bronią przez kolejne pięć dni.
Dlatego ukryli prawdę i każde wróciło do kuchennego urządzenia.
– Jest wkurzona – powiedział Sam.
Rozejm.
– Mama? – Alice za pomocą miarki wsypała kawę do dzbanka. – To chyba normalne, co nie? Etapy żałoby?
– Proszę. Jakbyśmy nie wiedzieli, że ojciec zginie w jakimś cholernym wygibasie w balonie na gorące powietrze, podczas skoku ze spadochronem czy dając nura okrętem podwodnym w kosmos.
– Jezu, Sam.
– No co? Może to nieprawda?
Franklin Storm zginął w wypadku szybowca, który internet z pewnością zdążył okrzyknąć nie tylko najbardziej typową śmiercią miliardera, ale też najbardziej typową śmiercią Franklina Storma. Ojciec zawsze znajdował sposób, by rzucić wyzwanie śmierci, a potem natychmiast go wypróbowywał, zazwyczaj przed kamerami.
– Prawda, ale nie spodziewaliśmy się, że to będzie wczoraj.
Ugryzł angielskiego muffina.
– Niech ci będzie.
– Postaraj się mieć trochę…
– Trochę czego?
Ludzkich odczuć? Empatii? Alice pokręciła głową. Empatia nie należała do cech rodzinnych Stormów. Nigdy nie była wzmacniana.
– Nie wiem. On nie żyje.
– I to jest wielkie chujowe wydarzenie, na tyle wielkie, żeby ściągnąć cię do domu – powiedział, po czym wrócił do pałaszowania muffina, głośno i demonstracyjnie, jakby chciał coś udowodnić, co bracia uwielbiali robić, choć w gruncie rzeczy nie miało to żadnego znaczenia.
Czajnik zagwizdał donośnie.
– Tak. Wiem. Na tyle wielkie, żebyś się do mnie odezwał – powiedziała, wiedząc, że nie ma sensu wytykać, że jej rodzeństwo patrzyło, jak wyjeżdża, i nigdy nie odezwało się ani słowem. Ojciec mógł być katalizatorem jej wyjazdu z domu, ale potem to reszta rodziny trzymała ją z dala, zbytnio się bojąc, że Franklin może ich ukarać, jeśli zachowają się inaczej.
– Co przypomina mi o… Mam gdzieś umowę poufności dla ciebie do podpisania. – Chciał być zabawny. Ale to nie było śmieszne.
Alice nalała wrzątku do dzbanka. Nie musiała zagadywać ciszy, która zapadła, dzięki temu, że drzwi do kuchni się otworzyły, wpuszczając promyk wczesnoporannego słońca i Gretę, najstarszą z rodzeństwa Stormów.
– O rany! Naprawdę przyjechałaś! – powiedziała siostra. Była bardziej zszokowana, niż Alice by chciała.
Alice przełknęła irytację i szeroko otworzyła ramiona, zgrywając niewzruszoną.
– Niespodzianka – stwierdziła.
– To znaczy, oczywiście, że przyjechałaś.
Zapadło milczenie, na tyle długie, by stało się niezręczne, po czym Greta podeszła do Alice i przytuliła ją tak szybko, że to prawie się nie wydarzyło.
Gdy odsunęły się od siebie, Alice wypełniła osobliwą ciszę, pytając:
– Jak się… masz?
– Dobrze – odpowiedziała Greta, jak można się było spodziewać, papugując matkę. Przeczesała dłonią długie jasnoblond włosy, bardzo podobne do włosów Sama, i wygładziła falującą tkaninę koszulki bez rękawów, zestawionej z czarnymi spodniami do jogi. – Właśnie – machnęła w stronę drzwi – szłam na spacer.
To było jedno wielkie kłamstwo, które Greta powtarzała latami. Wszyscy dokładnie wiedzieli, dokąd najstarsza z rodzeństwa Stormów chodziła wieczorami, gdy myślała, że wszyscy już śpią. Teraz jednak była nieodpowiednia chwila, więc Alice postanowiła tego nie komentować.
Sam nie miał tyle taktu.
– Wiesz, Greto, je on już nie żyje, nie musisz tego ukrywać.
– Czego ukrywać? – spytała Greta, a jej głos podniósł się o oktawę, gdy bawiła się brylantową bransoletką.
Alice zdjęła kubek z dużej otwartej półki.
– Chyba Samowi chodzi o ciebie i Tony’ego.
– Co ze mną i Tonym? – spytała Greta, po czym zdała sobie sprawę, że złamała kardynalną zasadę Stormów: nigdy nie przyjmuj przesłanki zawartej w pytaniu. Z trudem odzyskała panowanie nad sobą i wyprostowała plecy. – Tonym? Tonym taty?
– To już nie jest Tony taty. Chyba można powiedzieć, że dostałaś go w spadku.
Alice podniosła wzrok.
– Sam!
– Daj spokój! To był żart! – Szeroko rozpostarł ramiona. – Że niby nikt o tym nie myślał.
– Nie wszyscy myślimy o tym, co dostaniemy w spadku, Sam – warknęła Greta. – Oprócz ciebie, bo ty ostrzysz sobie zęby na ten awans, na który nie mogłeś liczyć, kiedy tata żył.
– Jesteś bardzo drażliwa jak na kogoś, kto zaliczał przez całą noc, Greto – odpowiedział.
– Sam… – powiedziała Alice, jakby mogła go powstrzymać. Choć nie mogła. Nigdy wcześniej nie potrafiła tego zrobić, a teraz… już się nie oszukiwała i nie sądziła, że ma jakąkolwiek kontrolę.
– Chodzi o to, że to głupie. Nie musi już trzymać tego w tajemnicy.
– Głupie czy nie, to nie twoja sprawa – stwierdziła Alice.
Romans między jej siostrą a szoferem i ochroniarzem ojca przez lata był najgorzej skrywanym sekretem w rodzinie. Wszyscy o nim wiedzieli, choć Greta nie chciała upubliczniać związku ze strachu przed krytyką Franklina. Strachu, który, jak Alice wiedziała z własnego doświadczenia, nie był bezzasadny – nie dlatego, że Tony był pracownikiem, ale ponieważ należał do Franklina.
Franklin Storm był człowiekiem, który lubił gromadzić. Ziemię, sztukę, firmy, doświadczenia, pieniądze. Przede wszystkim władzę, ale też uwagę. I ludzi. Nie lubił się dzielić.
Alice wyciągnęła parujący kubek w stronę Grety niczym propozycję siostrzanej solidarności.
Najstarsza ze Stormów przyjęła kubek, ale nie wsparcie, spoglądając na drzwi do kuchni.
– Mama się obudziła?
– A czy ona kiedykolwiek się budzi? – spytał Sam.
Greta spoglądała to na brata, to na siostrę, przybierając ostrzejszy ton.
– Co to ma znaczyć? Co się stało? Jest zdenerwowana? – Z nich wszystkich to Greta była najbardziej dostrojona do nastrojów Elisabeth, zawsze poszukiwała sposobów, by ją uszczęśliwić, był to jeden z wielu powodów, dla których trzymała związek z Tonym w tajemnicy.
– W jakim sensie?
– Prawie rzuciła dzbankiem do kawy w Alice.
Greta szeroko otworzyła oczy.
– Wiem – zripostowała Alice. – A Sam stał tuż obok.
Zaśmiali się we troje i przez chwilę wszystko było w porządku.
– Kiedy przyjechałaś? – spytała Greta, podchodząc do lodówki.
– Pół godziny temu.
Greta pytająco uniosła jogurt w stronę Alice.
– Dziś rano?
Alice skinęła głową – zarówno na pytanie, jak i na jogurt.
– Tak, zastanówmy się nad tym – powiedział Sam. Zabrzmiał, jakby miał piętnaście lat. – Wszyscy wiemy, gdzie była Greta minionej nocy, ale gdzie ty się podziewałaś?
Alice skupiła się na zdejmowaniu folii z terakotowego pojemniczka.
– Był sztorm. Nie chciałam ryzykować.
Tym razem to Greta i Sam wymienili spojrzenia.
– Jasne. Będziesz potrzebowała czegoś lepszego, jeśli mama ma ci uwierzyć – orzekł Sam. – Zawsze są jakieś sztormy.
Nie gadaj.
– Właśnie. I nie powinno się podczas nich pływać. – Zamilkła na chwilę. – Poza tym byli paparazzi.
To ich zatrzymało. Sam odezwał się pierwszy.
– Gdzie?
– Na dworcu.
– Skąd wiedzieli, że tu będziesz? – spytała Greta.
Sam zaklął pod nosem.
– Wiedzieli, bo Alice szczyci się tym, że nie jest jak inni Stormowie. Nauczycielka w państwowej szkole, bohaterka proletariatu, która zapomniała o nas. Ale bez względu na to, czy się pojawi, czy też nie, stanowi naprawdę ciekawą zagwozdkę dnia. A przez „ciekawą” rozumiem: „wartą sporych pieniędzy”.
– Nie było żadnej zagwozdki. Oczywiście, że przyjechałam. – Alice przełknęła irytację, tłumiąc ją razem ze wstydem, który zdążyła poczuć z tego powodu, że nie spodziewała się paparazzich. Ojciec by się spodziewał. Zignorowała ucisk w klatce piersiowej. – Ale jestem pod wrażeniem, Samuelu, że potrafisz użyć słowa „proletariat” w zdaniu.
Sam puścił obrazę mimo uszu; nie był człowiekiem, który się obrażał.
– Zrobili zdjęcia? – spytała Greta.
Alice zaprzeczyła ruchem głowy.
– Nie.
Nie było potrzeby dzielić się tym, że prawie dostali swoje zdjęcia.
Minęła długa chwila, rodzeństwo obserwowało ją, szukając prawdy, która była rzadkością, gdy Stormowie przebywali razem. Dawkowana w strzępach, zbyt cenna, by oddawano ją za darmo, więc chowano ją po kątach i zamieniano w tajemnice – o wiele lepszą inwestycję.
Jednak Alice mówiła prawdę (przynajmniej o zdjęciach), więc jej uwierzyli (przynajmniej w kwestii zdjęć).
– Nic mnie nie łączy z Tonym – wtrąciła Greta niby niezobowiązująco, tak jak wtrącają ludzie, którzy wcale nie robią tego niezobowiązująco. Dokładnie tak jak teraz. Greta i Tony nie byli ze sobą niezobowiązująco od siedemnastu lat.
Kiedy ani Sam, ani Alice nie odpowiedzieli, zmieniła temat, pytając siostrę:
– Nocowałaś w mieście?
– Mhm. W Quahog Quay.
Chwila milczenia. Cholera. Alice wypadła z wprawy, zapomniała, że rozmowy z rodziną najlepiej traktować jak przesłuchanie. Odpowiedz na zadane pytanie i nic więcej.
Greta na nią napadła.
– Z Griffinem?
I tyle, jeśli chodzi o solidarność.
– Nie. – Alice zignorowała to, jak jej rodzeństwo zamarło, pełne milczącego wyczekiwania. Zachowała zimną krew. – Musiał pracować.
Greta sączyła kawę.
– Ach, tak? A ma już prawdziwą pracę? – spytał Sam.
– A ty? – Alice nienawidziła tego, że broni kogoś, kto spakował swoje rzeczy i odszedł bez żadnego wyjaśnienia, jakby nie byli razem od lat i nie planowali spędzić ze sobą reszty życia.
Cóż. Alice planowała ślub, a Griffin najwyraźniej planował, jak się wymiksować… Nie spodziewała się tego.
Sam uśmiechnął się z wyższością, wiedząc, że trafił w czuły punkt.
Wkurzona Alice nie powstrzymała się od uszczypliwego pytania.
– A gdzie jest Sila?
Może sama ledwo uniknęła pułapki małżeństwa, ale Sam wbiegł prosto w jej środek. Jego żona, Sila, bez wątpienia chełpiła się swoim dokonaniem przed własną matką, nieprzyjaciółmi i każdym, kto tylko chciał słuchać, gdy udało jej się złapać Sama Storma niczym pstrąga nagrodzonego w zawodach.
Sam się zamknął, a Alice oparła się pokusie, by triumfować, bo sama działała komuś na nerwy.
– Sam, mogłeś po prostu powiedzieć, że cieszysz się, że mnie widzisz.
