Dwie księgarnie, jedna miłość - Ali Brady - ebook
NOWOŚĆ

Dwie księgarnie, jedna miłość ebook

Ali Brady

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

70 osób interesuje się tą książką

Opis

Gorąca rywalizacja, niezwykłe zbiegi okoliczności i uczucie, którego nikt się nie spodziewał – to będzie naprawdę wyjątkowe lato!

Na jednej z bostońskich ulic, tuż obok siebie, znajdują się dwie zupełnie odmienne księgarnie, prowadzone przez dwoje całkowicie różnych od siebie ludzi. Josie Klein kocha klasykę, ambitną literaturę i porządek. Ryan Lawson żyje w kontrolowanym chaosie i sprzedaje wyłącznie romanse. Gdy nowy właściciel postanawia połączyć oba sklepy, staje się jasne, że tylko jedno z nich utrzyma stanowisko kierownicze. O wszystkim mają zdecydować letnie wyniki sprzedaży.

Zderzenie dwóch odmiennych filozofii życiowych i narastające napięcie sprawiają, że między bohaterami zaczyna iskrzyć na wiele sposobów. Tymczasem oboje znajdują ukojenie w rozmowach z anonimowym przyjacielem na forum książkowym…

Gdy granice między księgarniami – i między sercami – zaczynają się zacierać, Josie i Ryan odkrywają, że w miłości i na wojnie nie ma zasad. A może szczęśliwe zakończenia zdarzają się nie tylko w książkach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 464

Data ważności licencji: 11/26/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Bat­tle of the Book­sto­res

Prze­kład: Domi­nika Jachi­mow­ska Redak­tor ini­cju­jaca: Maria Zalasa Redak­cja: Domi­nika Syno­wiec Korekta: Monika Sze­liga Pro­jekt okładki i ilu­stra­cja na okładce: Ana Hard Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © 2025 by Ali­son Ham­mer and Bra­de­igh God­frey Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-28-7 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla ludzi książki – czy­tel­ni­ków, księ­ga­rzy, biblio­te­ka­rzy i wszyst­kich, któ­rzy zatra­cają się w wiel­kich księ­gach, wiel­kich emo­cjach i wiel­kich, pięk­nych zakoń­cze­niach. Ta opo­wieść jest dla Was.

Czy­ta­nie jest ucieczką i odwrot­no­ścią ucieczki zara­zem; jest spo­so­bem na wej­ście w kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią po całym dniu buja­nia w obło­kach i spo­so­bem na wej­ście w kon­takt z czy­jąś wyobraź­nią po dniu, który oka­zał się zbyt rze­czy­wi­sty.

– Nora Eph­ron

1. Josie

1

Josie

Gdy ktoś sły­szy, że pro­wa­dzę księ­gar­nię, oczami wyobraźni widzi zapewne, jak czy­tam bez końca, zwi­nięta w kłę­bek w wygod­nym fotelu, sączę kawę pod­czas dys­ku­sji o książ­kach lub poznaję zna­nych auto­rów pod­czas spo­tkań lite­rac­kich. No wie­cie, myśli, że moja codzien­ność to speł­nie­nie naj­śmiel­szych marzeń każ­dego mola książ­ko­wego, a ja upa­jam się osza­ła­mia­jącą wonią świe­żego tuszu zmie­szaną z zapa­chem papieru.

To, czego jed­nak nie jest w sta­nie sobie wyobra­zić, to że spę­dzam dłu­gie godziny na nogach, że plecy bolą mnie od dźwi­ga­nia dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wych pudeł z książ­kami lub że mój żołą­dek jest zwi­nięty w supeł od nie­ustan­nego stresu wywo­ła­nego myślą o nikłym zysku i rosną­cych kosz­tach pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści.

Mimo to nie zmie­ni­ła­bym swo­jego zawodu na żaden inny. Uwiel­biam zapa­lać świa­tło w księ­garni każ­dego poranka i wpa­try­wać się w rów­niu­teńko uło­żone tomy na rega­łach i w sto­si­kach. Uwiel­biam roz­pa­ko­wy­wać dostawy nowych, poły­sku­ją­cych ksią­żek w twar­dych opra­wach i pole­cać swoje ulu­bione perełki klien­tom.

Ale naj­lep­szym przy­wi­le­jem wyni­ka­ją­cym z pro­wa­dze­nia księ­garni, któ­rego nic nie prze­bije, jest to, że mogę je czy­tać jesz­cze przed wyda­niem.

Kilka mie­sięcy przed publi­ka­cją wydawcy wysy­łają sprze­daw­com egzem­pla­rze recen­zenc­kie owi­nięte w brą­zowy papier pakowy. Na ich okład­kach jest mnó­stwo entu­zja­stycz­nych blur­bów, które mają zachę­cić nas do prze­czy­ta­nia nowego tytułu i trą­bie­nia o nim na prawo i lewo (oraz do zamó­wie­nia co naj­mniej kilku egzem­pla­rzy).

Jakiś czas temu do mojej skrzynki mailo­wej wpa­dła wia­do­mość od jed­nego z moich ulu­bio­nych wydaw­ców. Pytał, czy była­bym zain­te­re­so­wana prze­czy­ta­niem jed­nej z ich nowo­ści i napi­sa­niem o niej kilku słów, jeśli mi się spodoba. Czy się zgo­dzi­łam? Cóż, sie­dzia­łam do trze­ciej nad ranem zato­piona w lek­tu­rze, a na kilku jej ostat­nich stro­nach zosta­wi­łam ślady łez. Spę­dzi­łam dobre parę dni na ubie­ra­niu swo­ich myśli w słowa, tak aby jak naj­le­piej oddać esen­cję tej nie­zwy­kłej, chwy­ta­ją­cej za serce histo­rii.

W ubie­głym tygo­dniu wydawca poin­for­mo­wał mnie, że egzem­pla­rze recen­zenc­kie książki zostały już wysłane i – och, no tak, przy oka­zji – posta­no­wili wyko­rzy­stać mój blurb i umie­ścić go na tyle okładki (pisk zachwytu za trzy, dwa, jeden…). Paczka dotarła do mnie dziś rano. Drżą­cymi dłońmi roz­dzie­ram papier i w końcu mój wzrok pada na…

„Zachwy­ca­jąca medy­ta­cja nad stratą i zdradą… To lek­tura, w któ­rej będziemy się zaczy­ty­wać z roz­ko­szą przez dłu­gie lata”.

– Josie Klein, księ­garka Tabula Inscripta, Some­rville, Mas­sa­chu­setts

Wypusz­czam wstrzy­my­wany oddech. Użyli jedy­nie nie­wiel­kiego frag­mentu obszer­niej­szego tek­stu, który im wysła­łam.

Ale wciąż: to moje słowa. Moje nazwi­sko. Poświę­ci­łam ostat­nie pięć lat, aby stać się jak naj­lep­sza w swoim zawo­dzie i udo­wod­nić, że nawet bez ukoń­czo­nych stu­diów mogę osią­gnąć suk­ces. Może i jestem zafik­so­waną na punk­cie lite­ra­tury intro­wer­tyczką, ale mam swoje pomy­sły i opi­nie, któ­rymi mogę się dzie­lić. Liczę na to, że pew­nego dnia czy­tel­nicy z całego mia­sta, a może i kraju, będą się do mnie zwra­cali z prośbą o pole­ce­nie im dobrej lek­tury.

Pew­nego dnia mój głos będzie się liczył.

Chcę, żeby ta dobra wieść się roze­szła, więc się­gam po tele­fon i wcho­dzę na Book­Friends – forum inter­ne­towe dla księ­ga­rzy z całego kraju.

Book­shop­Girl: Zgad­nij­cie, kto wła­śnie dostał egzem­plarz przed­pre­mie­rowy ze swoim pierw­szym blur­bem?

Zamiesz­czam wpis w wątku zaty­tu­ło­wa­nym Świę­to­wa­nie dostęp­nym dla wszyst­kich użyt­kow­ni­ków, ale tak naprawdę zależy mi na tym, aby dotarł do jed­nej kon­kret­nej osoby. Ner­wowo przy­gry­zam wargę w ocze­ki­wa­niu, aż w końcu na widok zna­jo­mej nazwy użyt­kow­nika moje serce zaczyna bić szyb­ciej.

RJ.Reads: Co?? Gra­tu­la­cje! To wspa­niała wia­do­mość! Szkoda, że nie możesz napi­sać, o jaką książkę cho­dzi, żebym mógł to zoba­czyć.

Ja też żałuję, że nie mogę tego zro­bić, ale forum jest cał­ko­wi­cie ano­ni­mowe. Cho­dzi o to, żeby osoby zaj­mu­jące się sprze­dażą ksią­żek mogły się wymie­niać szcze­rymi opi­niami na temat wydaw­ców i auto­rów bez obawy o moż­liwe nega­tywne kon­se­kwen­cje.

Z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy prze­cho­dzę do naszego pry­wat­nego czatu.

Book­shop­Girl: Na tyl­nej okładce tej książki znaj­duje się jesz­cze tylko jedna opi­nia. Zgad­nij czyja!

RJ.Reads: PAW?

Book­shop­Girl: Dokład­nie tak!

RJ dobrze wie, jakim uwiel­bie­niem darzę Pene­lope Adler-Wolf, wła­ści­cielkę księ­garni Wolf Books zlo­ka­li­zo­wa­nej w Pro­vi­dence w sta­nie Rhode Island. PAW jest księ­garką o nie­na­gan­nym guście i wiel­kich wpły­wach. Jej pozy­tywna opi­nia na temat książki od razu czyni z niej best­sel­ler, i to przez wiel­kie B. Mój życiowy cel to być jak ona.

Na ekra­nie mojego tele­fonu poja­wia się przy­po­mnie­nie: SPO­TKA­NIE Z XAN­DREM.

Wzdy­cham. Xan­der Laing w ciągu ostat­nich kilku lat suk­ce­syw­nie wyku­py­wał wszyst­kie lokale w całym budynku, łącz­nie z kawiar­nią, choć nie zależy mu ani na książ­kach, ani na kawie, a jedy­nie na sta­nie konta. Gdy wyku­pił Tabulę Inscriptę, zakwe­stio­no­wał moje umie­jęt­no­ści kie­row­ni­cze, w końcu jestem „dziew­czyną bez cze­go­kol­wiek poza dyplo­mem ukoń­cze­nia liceum”. Prze­ko­na­łam go, aby dał mi szansę, a on pozwala mi pro­wa­dzić mój biz­nes, ponie­waż każdy mie­siąc koń­czę z zyskiem. Mimo to nie­ustan­nie czuję się tak, jakby los mojej księ­garni wisiał na wło­sku.

Wysy­łam RJ-owi wia­do­mość, żału­jąc, że nie możemy roz­ma­wiać dłu­żej.

Book­shop­Girl: Muszę lecieć. Dobrego poranka!

RJ.Reads: Wza­jem­nie. I jesz­cze raz gra­tu­la­cje. Cie­szę się razem z tobą.

Wycho­dzę z miesz­ka­nia i wkra­czam wprost w rześki, sło­neczny pora­nek. Moja księ­gar­nia mie­ści się w samym sercu mojej ulu­bio­nej dziel­nicy Bostonu, czyli Davis Squ­are. Pełno w niej oto­czo­nych drze­wami ulic, bru­ko­wa­nych chod­ni­ków, uro­kli­wych skle­pi­ków i restau­ra­cji. Jest koń­cówka maja, więc dzień już o tej porze jest cie­pły. Sły­chać cichy szum pojaz­dów, od czasu do czasu prze­ry­wany dzyń wyda­wa­nym przez dzwo­nek jakie­goś roweru.

Wcho­dzę do środka Beans i wdy­cham życio­dajny aro­mat kawy. Xan­dra, dzięki Bogu, jesz­cze tu nie ma.

– Josie! – woła mnie Eddie Cal­la­han, kie­row­nik kawiarni. Choć cha­rak­te­ry­styczny dla połu­dnio­wej czę­ści mia­sta akcent, tatu­aże i szorstki spo­sób bycia mogłyby suge­ro­wać coś odmien­nego, Eddie to praw­dziwy misia­czek. – Dzień dobry, skar­bie. Dla cie­bie to, co zwy­kle?

– Tak, popro­szę – odpo­wia­dam z uśmie­chem i pod­cho­dzę do lady. – Jak tam poranne godziny szczytu?

– Na szczę­ście pra­wie mamy je już za sobą. – Eddie ruchem pod­bródka wska­zuje sto­jącą za sobą jasno­włosą baristkę, która męczy się ze skom­pli­ko­wa­nym w obsłu­dze eks­pre­sem do kawy. – Wiesz, jak to jest. Zatrud­niasz kogoś do pomocy, a koniec koń­ców prze­szko­le­nie tej osoby wymaga od cie­bie dzie­sięć razy wię­cej ener­gii niż obsłu­gi­wa­nie lokalu bez niej. – Eddie potrząsa głową. – Ale nie powi­nie­nem tak narze­kać. Ty radzisz sobie w poje­dynkę sie­dem dni w tygo­dniu.

– Sio­stra pomaga mi, gdy tylko może – oznaj­miam.

Eddie patrzy na mnie z miną zmar­twio­nego wujka.

– Wypa­lisz się, dziecko. Przyda ci się dodat­kowe espresso i cro­is­sant z serem. Na koszt firmy. – Pusz­cza do mnie oczko.

Trosz­czy się o mnie jak kwoka, ale za to go kocham. Moja wła­sna matka ni­gdy nie zacho­wy­wała się w ten spo­sób, więc na myśl o jego zain­te­re­so­wa­niu ogar­nia mnie wzru­sze­nie.

– Jesteś naj­lep­szy – mówię.

– No raczej. – Mruga do mnie ponow­nie. – Popro­szę Mabel, żeby przy­nio­sła ci zamó­wie­nie. Powo­dze­nia z sze­fem.

Dzię­kuję mu i odwra­cam się. Xan­der dotarł już na miej­sce i sie­dzi przy stole obok męż­czy­zny zwró­co­nego do mnie ple­cami.

– Dzień dobry – odzy­wam się, dosta­wia­jąc krze­sło do stołu.

Xan­der, niski i łysie­jący gość o twa­rzy nie­ustan­nie wykrzy­wio­nej w gry­ma­sie iry­ta­cji, wita mnie led­wie zauwa­żal­nym ski­nie­niem głowy, po czym poka­zuje dło­nią raz na mnie, raz na dru­giego faceta sie­dzą­cego obok.

– Zna­cie się, jak przy­pusz­czam?

– Nie – odpo­wia­dam dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej on mówi: „Tak”.

Mru­gam zmie­szana. Fak­tycz­nie wygląda zna­jomo, ale nie potra­fię sko­ja­rzyć, gdzie go widzia­łam. Jest w moim wieku, ma brą­zowe, potar­ga­nie włosy i szyl­kre­towe oku­lary. Nosi brą­zowy kar­di­gan, a na jego szyi wisi różowa smyczka na całej dłu­go­ści pokryta kolo­ro­wymi przy­pin­kami. Przy­pusz­czam, że na końcu smy­czy znaj­duje się pla­kietka z imie­niem, ale jest prze­krę­cona na drugą stronę, więc nic mi to nie daje.

Xan­der przed­sta­wia nas sobie, ale z zamy­śle­nia wyrywa mnie dopiero część jego wypo­wie­dzi doty­cząca mnie.

– …a to jest Josie Klein, która zarzą­dza księ­gar­nią Tabula Inscripta.

– Bar­dzo mi przy­kro – odzy­wam się zawsty­dzona. – Nie pamię­tam, żeby­śmy się wcze­śniej spo­tkali.

To dla mnie typowe. Cza­sem lek­tura pochła­nia mnie tak bar­dzo, że nawet w chwili, w któ­rej aku­rat nie czy­tam, myślami wciąż jestem przy książce, przez co zda­rza mi się pro­wa­dzić z kimś całą roz­mowę, a potem nie pamię­tać, czego doty­czyła.

Facet posyła mi zza oku­la­rów spoj­rze­nie pełne zasko­cze­nia, a na jego ustach poja­wia się uśmiech zakło­po­ta­nia.

– Jestem kie­row­ni­kiem… Szczę­śli­wych Zakoń­czeń?

Ręką wyko­nuje gest w prawo, wska­zu­jąc lokal przy­le­ga­jący do kawiarni po prze­ciw­nej stro­nie niż mój sklep.

Nagle wszyst­kie puz­zle ukła­danki tra­fiają na swoje miej­sce, a mnie zalewa fala zło­ści. Ten wysoki gość pro­wa­dzi księ­gar­nię sprze­da­jącą romanse, zlo­ka­li­zo­waną po dru­giej stro­nie Beans. Z tego, co opo­wie­dział mi Eddie, kie­dyś wyra­ził opi­nię, że „całe zapasy kofe­iny, jakie znaj­dują się w kawiarni, nie wystar­czą, aby uchro­nić ludzi przed zasy­pia­niem przy książ­kach sprze­da­wa­nych w Tabuli”. Eddie uznał ten komen­tarz za zabawny, ale ja poczu­łam się ura­żona. Gdy byłam nasto­latką, czę­sto naśmie­wano się z mojego upodo­ba­nia do lek­tur, które usy­piały wszyst­kich poza mną. Jasne, lite­ra­tura piękna nie jest dla każ­dego, ale takie docinki wycho­dzące z ust kolegi po fachu? Zabo­lało.

– Ach, tak – mówię. – Tego salonu masażu za rogiem?

Usi­łuję zażar­to­wać, może tylko tro­chę się odpła­cić za nie­gdy­siej­szą uszczy­pli­wość, ale na moje słowa uśmiech momen­tal­nie znika mu z twa­rzy.

– To księ­gar­nia – infor­muje.

Naj­wi­docz­niej ten gość lubi docinki tylko wtedy, gdy sam nie jest ich celem. A może po pro­stu „wcale nie jestem taka zabawna”, jak zresztą wie­lo­krot­nie mi powta­rzano. Taki jest chyba efekt spę­dze­nia okresu doj­rze­wa­nia z nosem w książ­kach zamiast na zdo­by­wa­niu wie­dzy o tym, jak sobie radzić z ludźmi.

– W-wiem – dukam. – Ty sprze­da­jesz tylko romanse.

Zaci­ska szczękę, a ja uświa­da­miam sobie, jaką gafę popeł­ni­łam. Mówiąc „tylko romanse”, nie mia­łam zamiaru im umniej­szać. Cho­dziło mi o to, że w jego skle­pie nie ma ksią­żek żad­nego innego gatunku.

Wszystko idzie w złym kie­runku. Zwy­kle lubię pozna­wać ludzi z branży, ale dziś zacho­wuję się jak aspo­łeczna dzi­waczka w szczy­to­wej for­mie.

– Zacznijmy od początku – pro­po­nuję i wycią­gam do niego rękę. Xan­der powie­dział, że jak on ma na imię? Brian? – Miło mi cię ofi­cjal­nie poznać, Brian. Jestem Josie.

Nie­pew­nie potrząsa moją ręką. Jego dłoń jest wielka i pochła­nia moją.

– Wiem, kim jesteś, i wcale nie mam na…

– Świet­nie, teraz już wszy­scy się znamy – prze­rywa mu Xan­der. – Nie bez powodu was tu dziś zapro­si­łem.

Odwra­cam się w jego stronę, wycią­gam notes i zapi­suję dzi­siej­szą datę w pra­wym gór­nym rogu kartki. Zasta­na­wiam się, czy nie dopi­sać imie­nia BRIAN, aby łatwiej zapa­dło mi w pamięć, ale powstrzy­muje mnie obawa, że by to dostrzegł.

– Bar­dzo pro­szę! – odzywa się ktoś rado­snym tonem i gdy pod­no­szę wzrok, widzę, że to Mabel, nowa baristka. Sta­wia przede mną napój. – Dla pani mro­żone mac­chiato z białą cze­ko­ladą i dwoma dodat­ko­wymi por­cjami syropu wani­lio­wego.

– Och, to pomyłka – mówię i oddaję jej szklankę. – Ja zama­wia­łam ame­ri­cano.

Mabel reaguje zasko­cze­niem.

– Prze­pra­szam! Eddie kazał mi to przy­nieść do tego sto­lika, a skoro jest tu pani jedyną kobietą, zało­ży­łam…

– To dla mnie – mru­czy Brian.

Xan­der chi­cho­cze.

– To powinno być oczy­wi­ste, w końcu to on pro­wa­dzi sklep z bab­skimi książ­kami.

Mabel znika w popło­chu, a Brian czer­wieni się po same koniuszki uszu. Żołą­dek skręca mi się z zakło­po­ta­nia. Dobrze wiem, jak to jest być obiek­tem drwin Xan­dra.

– Xan­der – zaczy­nam. – To nie…

– A kawa, którą ty zamó­wi­łaś, jest dokład­nie taka jak twoje książki, prawda, Josie? – cią­gnie Xan­der z sze­ro­kim uśmie­chem. – Nudna i gorzka. Jak nazwa­łeś jej księ­gar­nię, Law­son? Smęt­nym pust­ko­wiem lęku egzy­sten­cjal­nego?

Zaczyna się śmiać i sztur­cha łok­ciem Briana, na co z jego ust wydo­staje się coś na kształt wymu­szo­nego chi­chotu, który szybko się urywa. A jed­nak nie zaprze­cza sło­wom Xan­dra.

Mocno zaci­skam wargi, cała kipiąc ze zło­ści. Drugi raz nie popeł­nię już tego błędu i nie będę mu współ­czuć.

Leżący na stole tele­fon Xan­dra zaczyna bzy­czeć, więc ten odbiera połą­cze­nie i jed­no­cze­śnie unosi palec, naka­zu­jąc nam cze­kać. Wstaje, odcho­dzi kilka kro­ków i war­czy do komórki coś o pro­jek­cie budowy.

Mabel zja­wia się ponow­nie, tym razem z moją kawą.

– Bar­dzo pro­szę. Ame­ri­cano bez mleka i cukru.

– Dzięki – odpo­wia­dam.

Kąciki ust Briana drgają, jakby usi­ło­wał zdu­sić uśmie­szek. Pew­nie myśli sobie, że jego kum­pel Xan­der nie­zwy­kle traf­nie mnie opi­sał: „Nudna i gorzka”.

Wiem, że nie powin­nam się nim przej­mo­wać, ale działa mi na nerwy. Nie on jeden widzi we mnie sztywną sprze­daw­czy­nię ksią­żek i zakłada, że jestem wyco­fana. A jed­nak, jeśli mój sklep – a wraz z nim wszyst­kie histo­rie, jakie skrywa – znaj­duje się na linii ostrzału, nie gryzę się w język.

Spo­glą­dam mu pro­sto w twarz.

– Słu­cham?

– Niczego nie mówi­łem.

– Cóż, wygląda na to, że masz wła­sne zda­nie na temat kawy, jaką wybra­łam. – I moich ksią­żek. – Powiedz, co ci cho­dzi po gło­wie, śmiało.

Brian mruga zasko­czony i obli­zuje usta.

– Tak się tylko zasta­na­wiam… Czy taka kawa fak­tycz­nie komuś sma­kuje? Czy może zama­wia się ją… – jego wzrok na uła­mek sekundy ucieka w stronę mojej księ­garni – … żeby zro­bić wra­że­nie na innych?

Zaci­skam szczękę. Zawsze uwa­ża­łam, że nie ma lep­szych ludzi od tych zwią­za­nych z lite­ra­turą, ale od każ­dej zasady są wyjątki.

– A może cho­dzi o to, że nauczy­łam się doce­niać zło­żone, sub­telne smaki – odpo­wia­dam i wypi­jam odro­binę swo­jego ame­ri­cano. Płyn parzy mnie w język, więc się krzy­wię.

Jego brwi pod­jeż­dżają do góry.

– Jest gorąca – tłu­ma­czę się.

– Jasne. – Pociąga długi, naprawdę długi łyk swo­jego napoju, a ja powstrzy­muję wes­tchnie­nie i w myślach przy­po­mi­nam sobie samej, że nie mogę dać mu zajść sobie za skórę.

Gdy Brian odsuwa kubek od ust, na jego gór­nej war­dze zostaje odro­bina bitej śmie­tany. Sku­piam na niej spoj­rze­nie, a on wysuwa język i ją zli­zuje. Prze­cho­dzi mnie dreszcz, jak­bym została naelek­try­zo­wana.

Potrzą­sam głową i odwra­cam wzrok.

– Co? – pyta Brian.

– Nic takiego. Zdaje się, że twoja kawa wyjąt­kowo ci sma­kuje.

– To prawda.

– Świet­nie. Cie­szę się, że wiesz, co lubisz, Brian…

– Nie masz poję­cia o tym, co lubię – prze­rywa mi, a jego oczy pobły­skują gniew­nie. – Nawet nie wiesz, jak mam…

– Możemy kon­ty­nu­ować? – odzywa się Xan­der i z powro­tem zaj­muje swoje krze­sło. Jak­by­śmy to my prze­rwali spo­tka­nie.

– Oczy­wi­ście – odpo­wia­dam, ponow­nie chwy­ta­jąc za dłu­go­pis i sku­pia­jąc uwagę na męż­czyź­nie. Im szyb­ciej ta roz­mowa dobie­gnie końca, tym szyb­ciej będę mogła wró­cić do uni­ka­nia Briana. – Chcia­łeś z nami o czymś poroz­ma­wiać?

– Tak – mówi Xan­der. – Wasze księ­gar­nie i Beans zostaną połą­czone w jeden lokal.

Brian zachły­stuje się napo­jem.

Gapię się na Xan­dra.

– Nasze księ­gar­nie… połą­czone?

Męż­czy­zna kiwa twier­dząco głową.

– Taki mia­łem plan od samego początku, a teraz w końcu możemy go zre­ali­zo­wać. Nie ma potrzeby, aby w tej oko­licy ist­niały dwie księ­gar­nie poło­żone tak bli­sko sie­bie. Z biz­ne­so­wego punktu widze­nia taka wewnętrzna kon­ku­ren­cja nie jest dobra.

Chcę mu wytłu­ma­czyć, że moja klien­tela różni się od bywal­czyń księ­garni z roman­sami, ale jesz­cze nie skoń­czył mówić.

– A wie­cie, z czym ludzie lubią łączyć kupo­wa­nie ksią­żek? Z piciem kawy. Eddie mówi, że klienci zawsze przy­cho­dzą do jego kawiarni, aby czy­tać. Pomy­śla­łem więc: hej, stwórzmy jeden wspólny lokal. Dużą księ­gar­nię z kawiar­nią pośrodku. Odwie­dza­jący będą mogli kupić Harry’ego Pot­tera, książkę o wycho­wa­niu dzieci albo thril­ler szpie­gow­ski i od razu usiąść i zabrać się do czy­ta­nia, no nie?

Ode­brało mi mowę. Jestem prze­ra­żona. I tro­chę mi nie­do­brze.

Tabula Inscripta od zawsze była małą księ­gar­nią z wyse­lek­cjo­no­waną ofertą. Co sezon poświę­cam wiele godzin na wybór odpo­wied­nich ksią­żek, tak jak nauczył mnie poprzedni wła­ści­ciel sklepu, Jerome. Nie sprze­daję lite­ra­tury dzie­cię­cej. Nie sprze­daję ksią­żek o wycho­wa­niu dzieci, goto­wa­niu ani jakich­kol­wiek innych porad­ni­ków i wyobra­żam sobie, jak prze­ra­żony Jerome unosi swoje siwe, krza­cza­ste brwi na samą myśl o sprze­da­wa­niu lite­ra­tury gatun­ko­wej.

– Ale nasze sklepy są cał­ko­wi­cie różne – odzywa się Brian.

– Tak, mamy zupeł­nie odmienne bazy klien­tów – dodaję, kiwa­jąc głową. – Nie sta­no­wimy dla sie­bie kon­ku­ren­cji.

– Cóż, jakoś sobie z tym pora­dzi­cie – mówi Xan­der. – To zna­czy jedno z was to zrobi.

Z twa­rzy odpływa mi cała krew.

– Co?

– Nie ma powodu, żebym pła­cił dwóm kie­row­ni­kom za zarzą­dza­nie jed­nym skle­pem.

– Czyli… jedno z nas straci pracę? – W gło­sie Briana sły­chać lęk.

– Kto? – pytam, czu­jąc wzma­ga­jące się mdło­ści. Xan­der jest męż­czy­zną w tra­dy­cyj­nym wyda­niu. Wiem, że wybie­rze Briana. Już teraz dostrze­gam mię­dzy nimi nić poro­zu­mie­nia.

– Nie podejmę decy­zji teraz – odpo­wiada Xan­der. – Posłu­chaj­cie, jaki jest plan.

Zagłę­bia się w szcze­gó­łowe wyja­śnie­nia, a ja sta­ram się robić notatki, choć w gło­wie kłębi mi się masa myśli. Prze­bu­dowa lokalu roz­pocz­nie się za kilka tygo­dni i w jej trak­cie księ­gar­nie pozo­staną otwarte. Według prze­wi­dy­wań Xan­dra cały pro­ces zaj­mie trzy mie­siące, a to z nas, które w tym cza­sie zarobi wię­cej, utrzyma sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze w nowym skle­pie. Dru­gie będzie musiało poszu­kać nowej pracy.

– Czyli zatrud­nisz albo Briana, albo mnie, opie­ra­jąc się jedy­nie na danych finan­so­wych?

Bar­dzo mi się nie podoba myśl o tym, że zostanę pod­dana oce­nie przez pry­zmat zysku – gdyby tylko Xan­der miał zie­lone poję­cie o księ­gar­stwie, wie­działby, że ni­gdy się nie wzbo­gaci na nie­za­leż­nej księ­garni – ale przy­naj­mniej jest to obiek­tywny wskaź­nik.

Brian marsz­czy brwi.

– Wła­ści­wie, to jest…

– Dokład­nie tak – wcho­dzi mu w słowo Xan­der. – Osta­teczną decy­zję podejmę przed Świę­tem Pracy.

Zer­kam na Briana. Nie potra­fię go roz­gryźć. W tym swoim kar­di­ga­nie, ze smyczką i szyl­kre­to­wymi oku­la­rami wygląda jak biblio­te­karz z małego mia­sta, a taki styl cał­kiem nie­źle pasuje do sprze­dawcy ksią­żek. Muszę przy­znać, że jego roz­czo­chrane włosy nie dają mi spo­koju. Czyżby nie był w sta­nie wygo­spo­da­ro­wać chwili na ucze­sa­nie się przed pracą? Ale może to dobrze – może taki sam bała­gan, jak na gło­wie, ma w innych sfe­rach swo­jego życia, łącz­nie z zarzą­dza­niem.

Wzrok Briana spo­tyka się z moim. Znów prze­cho­dzi mnie dreszcz. Zza szkieł oku­la­rów spo­glą­dają na mnie oczy w cie­płym odcie­niu zło­ci­stego brązu, przy­po­mi­na­ją­cego ciemny miód, a mnie ogar­nia dzi­waczne uczu­cie, od któ­rego ści­ska mi się żołą­dek. Pra­wie jak tęsk­nota. Przez uła­mek sekundy widzę nas, jak sie­dzimy przy tym sto­liku – każde z wła­sną kawą i książką – i razem czy­tamy.

Ha. Nie ma opcji. Pew­nie nie powstrzy­małby się od zło­śli­wego komen­ta­rza o tym, że moja lek­tura działa sku­tecz­niej niż lek nasenny.

Poza tym jest moim kon­ku­ren­tem.

Brian zmie­nia pozy­cję, przez co smycz na jego szyi się obraca, odsła­nia­jąc kilka kolo­ro­wych przy­pi­nek. Wid­nieją na nich hasła takie jak: BOHA­TER SZARY MORAL­NIE >>>, KSIĄŻ­KO­HO­LIK; BIORĘ KAŻDĄ, KTÓRA WPAD­NIE MI W RĘCE; ROZ­ŁÓŻ PRZEDE MNĄ STRONY.

Jest jesz­cze jedna, któ­rej za żadne skarby nie potra­fię roz­szy­fro­wać: ZSIWT­KJGD.

Skup się, naka­zuję sobie. Ten czło­wiek drwił z moich ksią­żek, mojego sklepu i mojej oso­bo­wo­ści. A teraz miałby jesz­cze ode­brać mi pracę? Wszystko, na co tak ciężko haro­wa­łam przez ostat­nie pięć lat, moja repu­ta­cja i klien­tela, o które tak dba­łam – cała moja przy­szłość zależy od mojej wygra­nej. Wydo­sta­łam się z macek upo­ka­rza­ją­cej prze­szło­ści, aby zbu­do­wać karierę, z któ­rej jestem dumna.

Nie pozwolę, żeby ten facet mi to ode­brał.

Przy­naj­mniej moje szanse na zwy­cię­stwo pre­zen­tują się nie­naj­go­rzej. W końcu ile ksią­żek się sprze­daje w księ­garni z roman­sami?

2. Ryan

2

Ryan

Trzy­krot­nie nazwała mnie Bria­nem.

Teraz już czte­ro­krot­nie.

Zawsze sądzi­łem, że Josie – jak widać ja wiem, jak ma na imię – mnie nie lubi. Za każ­dym razem, gdy spo­ty­kam ją w Beans, w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Zacho­wuje się, jakby mnie nie pozna­wała.

A może naprawdę mnie nie poznaje?

Tyle że to byłoby bez sensu. Pra­cuje w Tab pra­wie tak długo, jak ja pro­wa­dzę Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia. Wiem, że zama­wia ame­ri­cano na potrój­nym espresso o poranku, a po połu­dniu zio­łową her­batę. No i cia­steczko, jeśli ma zły dzień.

Cho­ciaż, jeśli mam być szczery, Josie wygląda, jakby codzien­nie miała zły dzień.

Może zbyt cia­sno spięła włosy w kok. Mam wra­że­nie, że ni­gdy nie pozwala sobie na choć odro­binę luzu – w kwe­stii fry­zury i nie tylko. Nie przy­po­mi­nam sobie, abym choć raz widział ją bez gru­bej książki w ręce. Wszę­dzie tasz­czy je ze sobą, jakby chciała prze­ko­nać wszyst­kich wokół, jaka z niej Mądrala przez wiel­kie M.

To oczy­wi­ste, że jest bystra. A także bar­dzo ładna, na swój nie­przy­stępny spo­sób, niczym kró­lowa lodu. Ma ciemne włosy, zie­lone oczy o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu i nosi szpilki tak wyso­kie, że z powo­dze­niem mogłyby ucho­dzić za broń.

I wła­śnie dla­tego ni­gdy nie zebra­łem się na odwagę, żeby z nią poroz­ma­wiać.

A po komen­ta­rzu Xan­dra moja szansa na to zapewne prze­pa­dła już bez­pow­rot­nie. Wcale nie okre­śli­łem jej księ­garni mia­nem „smęt­nego pust­ko­wia lęku egzy­sten­cjal­nego”. Powie­dzia­łem, że jej sklep jest smętny – to fakt, nie opi­nia – a jej książki napeł­niają mnie egzy­sten­cjal­nym lękiem. I to też jest prawda.

No dobra, może to wcale nie brzmi lepiej. Mimo to żałuję, że nie zare­ago­wa­łem, gdy Xan­der jej o tym mówił.

– Cie­szę się, że macie do tej sytu­acji takie pozy­tywne nasta­wie­nie – obwiesz­cza Xan­der.

Josie trzyma ręce skrzy­żo­wane na piersi i zaci­ska szczękę. Nie jestem pewien, czy jest wście­kła, czy pró­buje powstrzy­mać łzy.

– Chyba nie mamy innego wyboru – mówię.

Xan­der śmieje się, jak­bym powie­dział coś zabaw­nego. Całe to spo­tka­nie wydaje się żar­tem, a my jeste­śmy jego puentą. W wyobraźni widzę Xan­dra, jak z uśmie­chem zado­wo­le­nia leży nago na swoim ogrom­nym łóżku i liczy pie­nią­dze, zasta­na­wia­jąc się, co jesz­cze może zro­bić, aby jego mario­netki tań­czyły, jak im zagra.

Nie chcę tań­czyć ani dla niego, ani dla kogo­kol­wiek innego i nie chcę wal­czyć z Josie o utrzy­ma­nie posady. Żałuję, że nie ma spo­sobu, aby­śmy oboje zwy­cię­żyli i aby żadne z nas nie stra­ciło swo­jego sklepu.

Ale w praw­dzi­wym życiu nie zawsze można liczyć na szczę­śliwe zakoń­cze­nie, debilu.

Potrzą­sam głową, sta­ra­jąc się wyrzu­cić z umy­słu słowa moich star­szych braci. Zapewne ucie­szy­liby się, gdy­bym prze­grał i zna­lazł sobie bar­dziej „męską” pracę, a oni dłu­żej nie musie­liby już kwe­stio­no­wać mojej sek­su­al­no­ści i roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze tego, że jestem sin­glem.

Laski pew­nie ude­rzają do księ­garni drzwiami i oknami.

Na twoim miej­scu zali­czał­bym każ­dego dnia inną klientkę.

Cza­sem trudno mi uwie­rzyć, że dora­sta­li­śmy pod jed­nym dachem, wycho­wy­wani przez tych samych rodzi­ców, skoro nasze podej­ście do miło­ści i seksu jest tak odmienne.

– No dobrze. – Xan­der szyb­kim ruchem odsuwa się od stołu, a nogi jego krze­sła z piskiem trą o pod­łogę. Wywo­łany tym dźwię­kiem gry­mas na twa­rzy Josie ujaw­nia dołe­czek, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie zauwa­ży­łem. Jest naprawdę śliczna, i to nawet z taką zachmu­rzoną miną. – Niech zwy­cięży naj­lep­szy.

Po wygło­sze­niu tego stwier­dze­nia wycho­dzi.

Odwra­cam się z powro­tem do Josie z nadzieją, że wspól­nie pouża­lamy się nad naszą sytu­acją, ale ona patrzy na mnie tak, jak­bym to ja był jej wro­giem.

Powi­nie­nem powie­dzieć coś, co roz­ła­do­wa­łoby napię­cie, ale takiemu nie­zgrab­nemu wiel­ko­lu­dowi jak ja nie przy­cho­dzi na myśl nic bły­sko­tli­wego. Szcze­gól­nie w obec­no­ści kobiety, która w rów­nym stop­niu mnie onie­śmiela, co urzeka. Przy­po­mi­nają mi się Wredne igraszki i zasta­na­wiam się, jak w takiej sytu­acji Josh Tem­ple­man zagad­nąłby Lucy Hut­ton. Ale żaden ze mnie Josh, a Sally Thorne nie pisze mi dia­lo­gów.

Moje mil­cze­nie zdaje się potę­go­wać iry­ta­cję Josie. Wstaje nabur­mu­szona i szyb­kim kro­kiem wraca do swo­jej księ­garni, zosta­wia­jąc mnie samego przy stole peł­nym brud­nych naczyń i ze zna­jo­mym uczu­ciem nie­po­koju w głębi serca.

Jako naj­młod­szy z czwórki braci byłem zmu­szany do rywa­li­za­cji przez cały okres dora­sta­nia. Kto zje naj­wię­cej w naj­krót­szym cza­sie, kto ude­rzy naj­moc­niej, kto nasika naj­da­lej. Kto jest naj­star­szy (ta kon­ku­ren­cja nie miała żad­nego sensu).

Za każ­dym razem lądo­wa­łem na ostat­nim miej­scu w tabeli.

Nie żeby kie­dy­kol­wiek naprawdę zale­żało mi na wygra­nej. Zawsze czer­pa­łem więk­szą przy­jem­ność z samego wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści niż ze sta­wa­nia na pierw­szym miej­scu podium. Poza tym, co niby miał­bym wygrać? Prawo do prze­chwa­la­nia się?

Teraz jed­nak cho­dzi o naj­wyż­szą stawkę.

Zer­kam na ścianę oddzie­la­jącą moją księ­gar­nię od kawiarni. Obec­nie wiszą na niej prze­zna­czone na sprze­daż dzieła lokal­nych arty­stów. Pró­buję sobie wyobra­zić, że ściana znika i z miej­sca, w któ­rym sie­dzę, mogę zaj­rzeć do Szczę­śli­wych Zakoń­czeń i zoba­czyć swoje pra­cow­nice trwa­jące w bło­giej nie­świa­do­mo­ści, że wszystko się zmieni.

Eddie i nowa baristka wydają się zapra­co­wani, więc przed wyj­ściem zgar­niam ze sto­lika brudne naczy­nia i odno­szę je na ladę.

Gdy wcho­dzę przez drzwi fron­towe do Szczę­śli­wych Zakoń­czeń, wpra­wiam w ruch zawie­szony przy nich dzwo­ne­czek i zalewa mnie fala nostal­gii. Ela­ine, dawna wła­ści­cielka sklepu i moja pierw­sza, a zara­zem jedyna sze­fowa, stwo­rzyła ten zaką­tek jako przy­stań dla wszyst­kich wraż­liw­ców: tych, któ­rzy kochają dawać miłość, ale nie zawsze wie­rzą, że zasłu­gują na wza­jem­ność. Byłaby dumna, gdyby widziała, jak roz­wi­nę­li­śmy skrzy­dła, a książki, które ofe­ru­jemy, ucie­le­śniają nasze motto: każdy zasłu­guje na wła­sną histo­rię miło­sną.

Jeśli Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia prze­staną ist­nieć… Żadna z bostoń­skich księ­garni nie jest wypo­sa­żona w tak róż­no­rodny wybór roman­sów. Nasze klientki nie znajdą dru­giego takiego miej­sca, które mogłyby prze­szu­ki­wać bez stra­chu przed oce­nia­niem, gdzie mogłyby usiąść w przy­tul­nym zaka­marku i czy­tać, a także nawią­zy­wać rela­cje z innymi czy­tel­nicz­kami i z samymi sobą.

Zamknię­cie księ­garni byłoby wielką stratą nie tylko dla mnie, ale i dla wielu innych osób.

– Sze­fie! – krzy­czy moja asy­stentka, mimo że stoję kilka kro­ków od niej.

– Cindy! – odpo­wia­dam z uda­waną eks­cy­ta­cją w gło­sie. Na widok jej zmarsz­czo­nych brwi zdaję sobie sprawę ze swo­jej pomyłki. – Cin­de­rella!

Za nic w świe­cie nie potra­fię się przy­zwy­czaić do nazy­wa­nia Cin­de­rellą mojej obda­rzo­nej dorod­nym biu­stem asy­stentki w śred­nim wieku o wło­sach ufar­bo­wa­nych na krwi­sto­czer­wony kolor. W dodatku ona wcale się nie utoż­sa­mia z potulną, pra­co­witą boha­terką bajek cze­ka­jącą na swo­jego księ­cia – po pro­stu przy oka­zji roz­wodu pozwo­lono jej za darmo zmie­nić imię. Jak zakła­dam, więk­szość ludzi na jej miej­scu po pro­stu wró­ci­łaby do nazwi­ska panień­skiego, ale Cin­de­rella nie jest jak więk­szość ludzi.

– Mam coś dla cie­bie – infor­muje z figlar­nym bły­skiem w oczach.

Tak ostroż­nie, jakby wrę­czała mi naszyj­nik Serce Oce­anu, Cin­de­rella kła­dzie na mojej dłoni jasno­nie­bie­ską przy­pinkę.

Białe litery ukła­dają się w napis: „Nie­prak­ty­ku­jący roman­tyk”.

– Łapiesz? – Jej twarz roz­ciąga się w uśmie­chu. – Był­byś prak­ty­ku­ją­cym roman­ty­kiem, gdy­byś cho­dził na randki.

– Może zacznę cho­dzić wtedy, kiedy ty też to zro­bisz?

Cin­de­rella się czer­wieni i potrząsa prze­cząco głową. Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby była choć na jed­nej randce przez sie­dem lat, które upły­nęły od jej roz­wodu. Mniej wię­cej wtedy zaczęła się poja­wiać w księ­garni. Każ­dego dnia zaszy­wała się z książką w któ­rymś z zaka­mar­ków i pła­kała nad szczę­śli­wymi zakoń­cze­niami. Czy­ta­nie było jej tera­pią, którą trak­to­wała tak poważ­nie, jakby była jej pracą, więc po pew­nym cza­sie zapro­po­no­wa­li­śmy jej sta­no­wi­sko.

Nie żałuję, że zatrud­ni­łem Cin­de­rellę, ale ni­gdy nie powi­nie­nem jej mówić, że podo­bała mi się przy­pinka z napi­sem „Boss Bitch”, którą poda­ro­wała mi pierw­szego dnia pracy. Gdy ostatni raz liczy­łem, mia­łem tych „ozdób” już pra­wie dwie­ście. Boję się, że w końcu spre­zen­tuje mi drugą smyczkę.

– Zoba­czy­łam tę przy­pinkę na kurtce jed­nej klientki i pomy­śla­łam, że dosko­nale do cie­bie pasuje – tłu­ma­czy Cin­de­rella. – Naj­pierw nie chciała się z nią roz­stać, ale w końcu przy­stała na małą wymianę.

Per­se­fona mru­czy i ociera się o moje nogi, więc biorę ją na ręce. Jakimś spo­so­bem zawsze wyczuwa moment, w któ­rym przy­da­łaby mi się odro­bina otu­chy, w prze­ci­wień­stwie do Hadesa, który zbliża się do mnie tylko wtedy, gdy otwie­ram puszkę tuń­czyka.

– Wymianę? – dopy­tuję, bojąc się odpo­wie­dzi.

Cin­de­rella wzru­sza ramio­nami.

– Dałam jej egzem­plarz przed­pre­mie­rowy nowej książki Ali Hazel­wood. Pomy­śla­łam, że skoro oboje już ją prze­czy­ta­li­śmy…

– Jasne – mówię, wdzięczny, że nie wymie­niła się na książkę, którą mogli­by­śmy sprze­dać. Licze­nie każ­dego centa to dla mnie nowość, ale będziemy się musieli do tego przy­zwy­czaić. Zaci­snąć sznu­rówki. A może pasa? Jak­kol­wiek brzmi ta meta­fora, musimy zaro­bić wię­cej niż Josie, a jej księ­gar­nia jest pełna ksią­żek w twar­dych opra­wach, któ­rych ceny są rów­nie przy­tła­cza­jące, co zasób słów ich auto­rów. Przy takich mar­żach Josie musi sprze­dać zale­d­wie połowę tego, co my.

Dzwo­nek u drzwi oznaj­mia przy­by­cie dwóch sta­łych klien­tów, któ­rzy roze­śmiani wcho­dzą do sklepu.

– Hej, przy­stoj­niaku. – Michael jest dziś ubrany jak on sam, a nie jak jego alter ego Gin­ger, gwiazda naszych comie­sięcz­nych spo­tkań, pod­czas któ­rych drag queen na głos czy­tają nasto­lat­kom książki. – Jestem gotowy na spo­tka­nie z nowym książ­ko­wym chło­pa­kiem.

– Wiem dokład­nie, kogo ci potrzeba!

W tej chwili wrzu­cam wyż­szy bieg i robię to, w czym jestem naj­lep­szy: łączę czy­tel­ni­ków z wybra­nymi spe­cjal­nie dla nich opo­wie­ściami, aby pomóc im się prze­ko­nać, że zasłu­gują na taką miłość, o jakiej pisze się książki.

Sie­dem godzin póź­niej wra­cam do domu po upo­ra­niu się z obo­wiąz­kami koń­czą­cymi mój dzień pracy, w tym po sprząt­nię­ciu wszyst­kich okru­chów zosta­wio­nych przez grupę nasto­lat­ków, któ­rzy całe popo­łu­dnie spę­dzili zaszyci w „ich” kąciku czy­tel­ni­czym.

Nie żebym miał coś prze­ciwko. Praca zajęła mi myśli i odcią­gnęła od ana­li­zo­wa­nia naj­gor­szych moż­li­wych sce­na­riu­szy.

Instynk­tow­nie zwal­niam, gdy prze­cho­dzę obok sklepu Josie. Widzę ją przez witrynę; włosy wciąż ma cia­sno upięte w kok i pochyla się nad książką. Czuję pokusę, aby wejść do środka i zapy­tać ją, co czyta, ale jestem praw­do­po­dob­nie ostat­nią osobą, z jaką chcia­łaby roz­ma­wiać.

Po pro­stu… wygląda na samotną.

A może odno­szę takie wra­że­nie dla­tego, że ta księ­gar­nia jest tak ste­rylna i panuje w niej taki porzą­dek, że bar­dziej niż sklep z książ­kami przy­po­mina muzeum. Wzdry­gam się na myśl o tym, że Josie mia­łaby prze­jąć Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia i pozbyć się wszyst­kich pięk­nych, róż­no­rod­nych powie­ści, które z takim poświę­ce­niem selek­cjo­nuję.

Po dru­giej stro­nie ulicy zatrzy­muje się samo­chód Ubera, z któ­rego wysy­puje się grupa pija­nych stu­den­tów. Hałas, jaki robią, z powo­dze­niem mógłby obu­dzić umar­łego. I zwró­cić uwagę Josie.

Odwra­cam wzrok o uła­mek sekundy za późno i gdy pospiesz­nym kro­kiem zmie­rzam w stronę sta­cji Davis Squ­are, usi­łuję wyrzu­cić z głowy obraz jej pięk­nych, peł­nych smutku, zie­lo­nych oczu.

Nie­sku­tecz­nie. Wcho­dzę do mojej kawa­lerki w Char­le­stown, wciąż o nich myśląc. Nale­wam sobie kie­li­szek wina i wgry­zam się w poda­ro­wane mi dziś przez klientkę cia­steczka „lep­sze niż seks”.

Chcę się sku­pić na czymś innym, więc się­gam po lap­top i wcho­dzę na Book­Friends, czyli stronę, na któ­rej sprze­dawcy ksią­żek i biblio­te­ka­rze wymie­niają się opi­niami. Z początku nie rozu­mia­łem, o co cho­dzi z tymi wszyst­kimi zasa­dami ano­ni­mo­wo­ści, ale po tym, gdy znany autor ksią­żek dla mło­dzieży pozwo­lił sobie wygło­sić homo­fo­biczny komen­tarz na jed­nym z orga­ni­zo­wa­nych przeze mnie wyda­rzeń, uświa­do­mi­łem sobie, jak wiele pożytku pły­nie z ist­nie­nia miej­sca, w któ­rym mogłem wyra­zić swoje roz­cza­ro­wa­nie tym czło­wie­kiem, nie oba­wia­jąc się kon­se­kwen­cji.

Ale w Book­Friends naj­bar­dziej lubię recen­zje publi­ko­wane przez użyt­kow­ni­ków. Czy­ta­nie ich pozwala mi się prze­ko­nać, jak prze­różne mogą być gusta. To, co dla jed­nej osoby będzie czy­stymi bred­niami, dla dru­giej okaże się arcy­dzie­łem lite­ra­tury.

Jest pewna kobieta, któ­rej opi­nii zawsze wycze­kuję ze szcze­gól­nym znie­cier­pli­wie­niem. Book­shop­Girl czyta poważne książki – takie, jakie sprze­daje u sie­bie Josie. Ale mimo to BSG (jak nazy­wam ją w myślach) nie jest taką snobką. Publi­ko­wane przez nią recen­zje są dobrze prze­my­ślane i pełne docie­kli­wo­ści. Jestem pewien, że poświęca na ich pisa­nie dużo czasu.

Kilka mie­sięcy temu odby­li­śmy oży­wioną dys­ku­sję na temat Kochan­ków i pisa­rzy Lily King – jed­nej z nie­wielu powie­ści, które oboje prze­czy­ta­li­śmy. Główna hipo­teza: czy to moż­liwe, żeby książka posia­dała cechy kwa­li­fi­ku­jące ją zarówno do lite­ra­tury pięk­nej, jak i romansu? Ja od początku jed­no­znacz­nie uwa­ża­łem, że tak, a ona po dłu­gich namo­wach przy­znała mi rację.

Któ­ryś z pozo­sta­łych użyt­kow­ni­ków w komen­ta­rzu kazał nam „nie robić tego przy ludziach”, więc go posłu­cha­li­śmy. BSG roz­po­częła wymianę pry­wat­nych wia­do­mo­ści i od tego czasu piszemy do sie­bie regu­lar­nie. Dzia­ła­jąc w duchu naszego forum inter­ne­to­wego, nie wyja­wi­li­śmy sobie swo­ich imion, miejsc zamiesz­ka­nia ani żad­nych innych danych per­so­nal­nych. Choć w zasa­dzie uko­chane lek­tury, któ­rymi się dzie­limy, mówią o każ­dym z nas wię­cej, niż mogłyby to zro­bić dane oso­bowe.

Widok zie­lo­nej kro­peczki obok jej pseu­do­nimu wywo­łuje u mnie ulgę – jest online. Otwie­ram okno naszego czatu i cią­gnę wątek, na któ­rym ostat­nio nasza roz­mowa się urwała: Ile prze­czy­ta­łaś już stron?

Book­shop­Girl: 376.

RJ.Reads: Czyli co? Jesteś za połową?

Book­shop­Girl: Bar­dziej w oko­li­cach trzech czwar­tych. Zostało mi około 150 stron.

Kręcę głową z nie­do­wie­rza­niem. Wpraw­dzie zda­rzało mi się czuć nie­do­syt po skoń­cze­niu kilku powie­ści miło­snych, ale nie na tyle, żeby chcieć czy­tać wię­cej niż trzy­sta stron.

Dobra jest? – pytam i czuję, jak z moich ramion w końcu zaczyna ucho­dzić napię­cie.

Book­shop­Girl: W grun­cie rze­czy tak. Język jest piękny, a boha­te­ro­wie dobrze skon­stru­owani.

RJ.Reads: A nie w grun­cie rze­czy?

Book­shop­Girl: Autor jest tro­chę pre­ten­sjo­nalny, ale wiem, jak to jest, więc nie chcę oce­niać książki przez ten pry­zmat.

RJ.Reads: To bar­dzo dyplo­ma­tyczne z two­jej strony.

Book­shop­Girl: Sta­ram się. A ty? Na któ­rej jesteś stro­nie?

RJ.Reads: Zero­wej. W dro­dze powrot­nej do domu skoń­czy­łem egzem­plarz przed­pre­mie­rowy i jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, co teraz prze­czy­tam. Jakieś pro­po­zy­cje?

Book­shop­Girl: Hmmm.

Obser­wuję, jak trzy kro­peczki na prze­mian poja­wiają się i zni­kają, i uśmie­cham się na myśl o tym, że się­gnę po lek­turę z pole­ce­nia BSG. Jeśli spoj­rzeć na książki, które dodała na swoją półkę Ulu­bio­nych, prze­brnię­cie przez to, co wybie­rze, zaj­mie mi całe lato, ale zawsze mogę się prze­rzu­cić na audio­book. Albo zro­bić to, co robi­łem w liceum przed zaję­ciami wyrów­naw­czymi z angiel­skiego – przej­rzeć opi­nie na Google i wypeł­nić luki w wie­dzy infor­ma­cjami z inter­netu, tak by móc uda­wać, że prze­czy­ta­łem daną książkę.

Raczej nie jestem z tego dumny.

Kro­peczki prze­stają się poru­szać, a potem znów zaczy­nają falo­wać. W napię­ciu ocze­kuję na odpo­wiedź.

Book­shop­Girl: Wybacz, zadzwo­niła do mnie sio­stra. Muszę lecieć, ale nie­długo przed­sta­wię ci pro­po­zy­cję godną pię­ciu gwiaz­dek. Dobra­noc!

Gdy zie­lone świa­tełko przy jej nazwie zmie­nia się na czer­wone, zasta­na­wiam się, jakie oczy ma Book­shop­Girl. Myślę o tym, czy są pełne bla­sku jak oczy Cin­de­relli, czy może smutku jak u Josie.

BOOK­FRIENDS

22 maja, 6:47

Book­shop­Girl: Dzień­do­be­rek! Mam za sobą trudną noc i nie­stety nie wybra­łam jesz­cze dla cie­bie książ­ko­wej pole­cajki, ale mogę się podzie­lić kon­tro­wer­syjną opi­nią inspi­ro­waną ostat­nimi wyda­rze­niami.

RJ.Reads: Jasne, śmiało.

Book­shop­Girl: Książki są lep­sze niż ludzie. Uff, wyrzu­ci­łam to z sie­bie. Lite­ra­tura >>> ludz­kość.

Book­shop­Girl: Ale zanim pomy­ślisz, że jestem straszną mizan­tropką, muszę wyja­śnić, że nie uwa­żam ksią­żek za lep­szych od WSZYST­KICH ludzi. I wcale nie wepchnę­ła­bym nikogo przed pędzący pociąg, żeby ura­to­wać książkę.

RJ.Reads: A wrzu­ci­ła­byś przed pociąg książkę, żeby ura­to­wać czło­wieka?

Book­shop­Girl: Hmmm, zależy, o kogo by cho­dziło. I o jaką książkę. (Żar­tuję. Tro­chę).

Book­shop­Girl: Cho­dzi mi o to, że ani jedna z powie­ści Bar­bary King­so­lver mnie nie zawio­dła, a ludzie – i ow­szem, przy­naj­mniej w jakimś stop­niu.

RJ.Reads: Rozu­miem (choć dla mnie to powie­ści Abby Jime­nez).

Book­shop­Girl: Na książ­kach można pole­gać bar­dziej niż na ludziach. Nie wbi­jają ci noża w plecy, nie obga­dują cię i nie obra­żają. No i na doda­tek nie komen­tują, gdy cały dzień pła­czesz w piża­mie z powodu śmierci boha­tera.

RJ.Reads: Albo gdy zaśmie­jesz się w głos pod­czas pogrzebu (co ludzie zde­cy­do­wa­nie komen­tują. Zapy­taj, skąd to wiem).

Book­shop­Girl: Czy­tasz w trak­cie pogrze­bów?

RJ.Reads: Zro­bi­łem to tylko raz. Na swoją obronę dodam, że był to pogrzeb mojej stry­jecz­nej babki, która miała 102 lata.

Book­shop­Girl: Nie oce­niam cię. Jestem pod wra­że­niem.

Book­shop­Girl: W książ­kach świetne jest też to, że zawsze są przy tobie i ni­gdy nie mają dosyć two­jego towa­rzy­stwa.

RJ.Reads: I ni­gdy nie narze­kają, że je igno­ru­jesz, gdy życie cię stre­suje i przy­tła­cza.

Book­shop­Girl: No wła­śnie! Nie­ważne, ile mija czasu, książki cze­kają z otwar­tymi stro­nami, gotowe, by porwać cię w podróż lub pocie­szyć po trud­nym dniu. Ludzie przy­cho­dzą i odcho­dzą, ale książki? One zostają z tobą na zawsze.

RJ.Reads: Święte słowa.

3. Josie

3

Josie

Gdy dora­sta­łam, wielu doro­słych w dobrej wie­rze mówiło mi, że powin­nam „prze­stać sie­dzieć z nosem w książce” i wyjść z domu, żeby „zoba­czyć, jak wygląda praw­dziwe życie”. Ale z tego, co zdą­ży­łam zauwa­żyć, rze­czy­wi­stość jest grubo prze­re­kla­mo­wana.

Naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie z mojego życia, jakie potra­fię przy­wo­łać, to kiedy czy­ta­łam sio­strze Tam, gdzie żyją dzi­kie stwory, sta­ra­jąc się zagłu­szyć bitwę na wrza­ski roz­gry­wa­jącą się mię­dzy naszą mamą a jej naj­now­szym chło­pa­kiem. Nie umia­łam jesz­cze popraw­nie wymó­wić wszyst­kich słów, ale za wszelką cenę chcia­łam nas prze­nieść z samego cen­trum cha­osu do jakie­goś magicz­nego miej­sca. W dru­giej kla­sie skom­pli­ko­wane rela­cje ośmio­lat­ków zaczęły mnie prze­ra­stać, więc nabra­łam zwy­czaju czy­ta­nia pod­czas przerw. Gdy skoń­czy­łam jede­na­ście lat, zapro­si­łam całą klasę na mara­ton czy­tel­ni­czy – zare­zer­wo­wa­łam nawet salę w miej­sco­wej biblio­tece – ale nikt się nie zja­wił. Uro­dziny spę­dzi­łam więc w towa­rzy­stwie biblio­te­ka­rek, które zawsze cie­szyły się na mój widok. W liceum, choć cie­ka­wiły mnie mecze i imprezy, o któ­rych wszy­scy mówili, zwy­kle sie­dzia­łam w domu, pil­nu­jąc sio­stry. Ktoś musiał to robić, a na mamę nie­szcze­gól­nie można było liczyć. Ale hej – przy­naj­mniej mia­łam książki.

Cokol­wiek by się nie działo, liczba ksią­żek w mojej biblio­teczce zawsze prze­wyż­szała liczbę moich zna­jo­mych.

Zarzą­dza­nie księ­gar­nią zmu­siło mnie do wyj­ścia ze sko­rupy i pomo­gło się prze­obra­zić z nie­śmia­łego mola książ­ko­wego w kogoś, kto swo­bod­nie pro­wa­dzi roz­mowy i potrafi dora­dzać – przy­naj­mniej w tej bez­piecz­nej prze­strzeni mię­dzy pół­kami. Może i poza skle­pem jestem cicha i wyco­fana, ale w nim odna­la­złam swój głos.

Tylko że teraz temu wszyst­kiemu zagraża Xan­der Laing.

Nie cho­dzi jed­nak tylko o moją przy­szłość, moje źró­dło utrzy­ma­nia, a o klien­tów, któ­rych obsłu­gi­wa­łam przez pięć lat. Jest na przy­kład Beatrice Glay­bold, która prze­nio­sła się na Flo­rydę, ale ufa mi w kwe­stii wyboru ksią­żek na tyle, że wysy­łam jej wszystko, co mogłoby jej przy­paść do gustu. Albo Michael Liu, który pro­wa­dzi dział o lite­ra­tu­rze w „Boston Herald” i dobiera lek­tury na pod­sta­wie moich reko­men­da­cji. Albo James Ken­dall, który w ubie­głym roku stra­cił żonę i co tydzień przy­cho­dzi, aby kupić nową książkę i poga­dać.

Jeśli stracę tę pracę, utracę także ich, a wszyst­kim nam zabrak­nie księ­garni, tego spo­koj­nego azylu peł­nego świa­tów i opo­wie­ści.

Sie­dzę na zaple­czu sklepu, oto­czona jesz­cze nie­otwar­tymi pudłami, gdy sły­szę dźwięk dzwo­neczka przy drzwiach. Przez moment jestem w sta­nie jedy­nie gapić się w prze­strzeń, a panika ści­ska mi żołą­dek.

Głos woła: „To ja!”, na co z ust wydo­staje mi się wes­tchnie­nie ulgi. To moja sio­strzyczka (dla niej rzu­ci­ła­bym pod pędzący pociąg wszyst­kie książki, jakie posia­dam – i dla pew­no­ści sama sko­czy­ła­bym za nimi).

– Jestem na zaple­czu! – krzy­czę.

Drzwi wej­ściowe zamy­kają się za nią, a potem nastę­puje zna­joma sekwen­cja dźwię­ków – krok-krok-stuk – gdy idzie po wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze.

– Przy­nio­słam ci ruge­la­chy – oznaj­mia Geo­r­gia. Opiera swoją laskę o biurko, odkłada białą torebkę z cukierni Mama­leh’s zlo­ka­li­zo­wa­nej w Cam­bridge, po dru­giej stro­nie rzeki, a na koniec ściąga ple­cak. Wpa­dła tu po dro­dze na zaję­cia na Uni­wer­sy­te­cie Tufts, na myśl o któ­rych czuję ukłu­cie zazdro­ści.

– Dzię­kuję, droga sio­stro – odpo­wia­dam i się­gam po roga­lika.

Geo­r­gia też wgryza się w ciastko i przez chwilę obie prze­żu­wamy w ciszy. Sma­kują jak maślano-cze­ko­la­dowa pocie­cha. Nasza sąsiadka, pani Gold­stein, miała w zwy­czaju przy­no­sić nam ruge­la­chy, gdy mama prze­cho­dziła przez jeden ze swo­ich „trud­nych okre­sów”, cho­ciaż chyba nie zda­wała sobie sprawy, jak strasz­nie wtedy bywało. Geo­r­gia i ja zacho­wa­ły­śmy tę tra­dy­cję i kupu­jemy roga­liki zawsze, gdy któ­raś z nas ma zły dzień.

Moja sio­stra jest bar­dziej wylu­zo­waną i opty­mi­styczną wer­sją mnie. Ma ciemne włosy i zie­lone oczy, które odzie­dzi­czy­ły­śmy po naszym tacie (zanim się zmył, gdy ja mia­łam pięć lat, a Geo­r­gia była nie­mow­lę­ciem), ale ona nie spina swo­ich roz­wi­chrzo­nych wło­sów, więc się kręcą od wil­goci wcze­snego lata. Po mamie obie mamy mięk­kie, krą­głe ciała, jed­nak ja noszę ołów­kową spód­nicę, a ona – długą do ziemi kwie­ci­stą sukienkę, która czę­ściowo zasła­nia szynę na jej pra­wej nodze. Jest nie­ustra­szona, otwarta i fajna. W prze­ci­wień­stwie do mnie.

– Więc… – zaczyna. – Źle spa­łaś?

Krzy­wię się. Jest też zbyt spo­strze­gaw­cza. Odkąd zaczęła stu­dia dok­to­ranc­kie z psy­cho­lo­gii, nabrała zwy­czaju zwra­ca­nia się do mnie nowym tonem. Zatro­ska­nym, pro­fe­sjo­nal­nym. Jakby pró­bo­wała zaj­rzeć do mojego umy­słu i pod­dać mnie ana­li­zie.

– Jestem zestre­so­wana – przy­znaję. – Zasta­na­wia­łam się, co powin­nam zro­bić, żeby wygrać.

Geo­r­gia bie­rze mój notat­nik i czyta:

– Jeden: Ciąć koszty. Dwa: Sprze­da­wać wię­cej ksią­żek. – Unosi powąt­pie­wa­jąco brew. – Przy­kro mi to mówić, Jojo, ale trudno ci będzie zre­ali­zo­wać te stra­te­gie.

– Wiem – mówię i wzdy­cham.

– Jak niby chcesz obciąć koszty? I tak już oszczę­dzasz, na czym się da.

Ma rację. Odkąd ode­szli moi pół­e­ta­towi pra­cow­nicy, wszystko robię sama: kupuję, odbie­ram i wykła­dam książki, opła­cam rachunki, pro­wa­dzę stronę inter­ne­tową. Zaj­muję się nawet czysz­cze­niem toa­lety na zaple­czu. Geo­r­gia mi pomaga, ale nie chce przy­jąć ode mnie zapłaty. Powta­rza, że „zawdzię­cza mi życie”, co nie do końca jest prawdą, ale doce­niam inten­cję. Nie wie, że pie­nią­dze, któ­rych przy­ję­cia odma­wia, wpła­cam na konto ban­kowe. Będzie mogła je wypła­cić, jeśli i kiedy będzie ich potrze­bo­wała.

– I w jaki spo­sób zamie­rzasz zwięk­szyć sprze­daż latem? – cią­gnie. – To nie jest sezon na lite­ra­turę piękną.

W tej kwe­stii rów­nież ma rację. Latem ludzie szu­kają lek­tur do poczy­ta­nia na plaży: lek­kich, anga­żu­ją­cych i łatwych do prze­tra­wie­nia. Ten Jak-mu-tam w Szczę­śli­wych Zakoń­cze­niach praw­do­po­dob­nie sprze­daje masę ksią­żek o tej porze roku.

(Ma na imię Brian, przy­po­mi­nam sobie. Brian, który nosi kar­di­gany i dziwne przy­pinki i nie znosi mojego sklepu. Brian, czyli facet, któ­remu inny facet dał narzę­dzia, by zruj­no­wać mi życie).

– Dla­czego to wszystko nie mogło się wyda­rzyć jesie­nią? – mówię. Naj­bar­dziej sprze­da­żowy dla mnie okres – poza okre­sem świą­tecz­nym – trwa od wrze­śnia do listo­pada, kiedy to wydawcy wypusz­czają swoje naj­bar­dziej wycze­ki­wane tytuły. – Była­bym nie do poko­na­nia.

– I może to powinno dać ci do myśle­nia – zauważa Geo­r­gia. – Prze­cież muszą ist­nieć czy­tel­nicy, któ­rzy czy­ta­jąc, uwiel­biają spraw­dzać zna­cze­nie słów w słow­niku.

Kpi ze mnie, ale przy­pad­kiem pod­su­nęła mi nie­złą myśl.

– Może mogła­bym zor­ga­ni­zo­wać jakieś spo­tka­nie, na któ­rym można by roz­ma­wiać o książ­kach.

– To cie­kawe, że nie chcesz nazy­wać tego klu­bem książki. Jak myślisz, dla­czego?

Znowu używa tego tonu, więc potrzą­sam głową i mówię:

– Nie tera­peu­ty­zuj mnie, Geo­rge. A przy­naj­mniej nie przed kawą.

Prze­rywa nam huk­nię­cie – ktoś stuka w szklane drzwi sklepu. Gdy wycho­dzę z zaple­cza, widzę, jak jakiś męż­czy­zna zagląda do księ­garni przez witrynę. Macha do mnie, więc pod­cho­dzę do drzwi i uchy­lam je tylko odro­binę, tak aby nie wypu­ścić na zewnątrz ochła­dza­nego kli­ma­ty­za­cją powie­trza (Stra­te­gia #1: Ciąć koszty).

– Dzień dobry, jesz­cze nie jest otwarte…

– Muszę zwró­cić książkę.

Widzę przed sobą uoso­bie­nie znie­cier­pli­wie­nia – facet ma na sobie świeżo wypra­so­wany gar­ni­tur i wypa­sto­wane buty, pew­nie zmie­rza na jakieś Bar­dzo Ważne Spo­tka­nie – zatem uznaję, że łatwiej będzie przy­jąć ten zwrot, niż kazać mu przyjść póź­niej. Nie jest moim sta­łym klien­tem, ale jeśli spodoba mu się w skle­pie, może nim zosta­nie (Stra­te­gia #2: Sprze­da­wać wię­cej ksią­żek).

Obda­rzam go swoim naj­ser­decz­niej­szym uśmie­chem.

– Oczy­wi­ście. Pro­szę wejść.

Idzie za mną do kasy i rzuca książkę na kon­tuar. To naj­now­szy tytuł z Klubu książki Oprah. Sprze­da­łam dzie­siątki egzem­pla­rzy.

– Popro­szę o para­gon – mówię.

Męż­czy­zna marsz­czy brwi.

– To był pre­zent.

– Przy­kro mi, ale akcep­tu­jemy zwroty lub wymianę towa­rów tylko na pod­sta­wie para­gonu. – Poka­zuję mu infor­mu­jący o tym napis tuż przy kasie.

– Macie tu dokład­nie tę samą książkę. – Ruchem głowy wska­zuje wystawę. – Nie możesz przy­jąć zwrotu po aktu­al­nej cenie sprze­daży?

Uśmie­cham się i powta­rzam, jaka jest poli­tyka sklepu, obsta­jąc przy swoim.

Klient wzdy­cha sfru­stro­wany.

– Czy mogę roz­ma­wiać z pani prze­ło­żo­nym?

– Wła­ści­wie to ja zarzą­dzam tą księ­gar­nią.

Stan­dar­dowa reak­cja: męż­czy­zna mie­rzy mnie podejrz­li­wym wzro­kiem, a try­biki w jego gło­wie się obra­cają. To nie­moż­liwe, aby ta niska młoda kobieta mogła mieć jakieś wpływy lub auto­ry­tet. Tak naprawdę mam trzy­dzie­ści lat i jestem śred­niego wzro­stu, ale natura obda­rzyła mnie prze­klętą twa­rzą dziecka, przez którą wyglą­dam na co naj­mniej pięć lat młod­szą. To dla­tego ubie­ram się ele­gancko i zawsze spi­nam włosy.

– Mia­łem na myśli kie­row­nika – dodaje. – Czy on tu jest?

Z ogrom­nym wysił­kiem, ale wciąż się uśmie­cham.

– Wła­śnie roz­ma­wia pan z kie­row­niczką.

Obu­rza się.

– To jakiś absurd. Ona kosz­to­wała… – otwiera okładkę i wska­zuje cenę – …dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć! Plus poda­tek! To nie­po­ważna kwota jak na książkę.

Zaci­skam szczękę. Poły­sku­jące zdo­bie­nia na obwo­lu­cie, papier czer­pany… To cho­lerne dzieło sztuki! Ten gość naj­wy­raź­niej nie ma poję­cia o kunsz­cie, jakiego wymaga wyko­na­nie pięk­nej twar­dej oprawy.

– Pro­szę pana, to nie ja usta­lam ceny, ale…

– Chcę zwrotu pie­nię­dzy. W tej chwili. Nie mam czasu na kłót­nię z kasjerką. Rozu­miesz?

Czuję się, jakby zaser­wo­wał mi kop­niaka pro­sto w klatkę pier­siową. Jestem dumna ze swo­jej pracy. To coś znacz­nie wię­cej niż obsłu­gi­wa­nie kasy.

– Och, rozu­miem – odpo­wia­dam, tym razem bez uśmie­chu. – Jeśli jed­nak oddam panu dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć plus poda­tek za książkę, która nawet nie musiała być zaku­piona tutaj…

– Była…

– Nawet jeśli uda­łoby mi się ją póź­niej sprze­dać, nie mia­ła­bym z tego żad­nego zysku. Co wię­cej… – Zdej­muję obwo­lutę i szybka inspek­cja pozwala mi stwier­dzić, że grzbiet jest wyraź­nie zła­many. – Ktoś ją już czy­tał.

– To nie…

– Więc w grun­cie rze­czy jest w sta­nie, który unie­moż­li­wia ponowną sprze­daż. – Trzę­są­cymi się dłońmi oddaję mu książkę, ale mój głos pozo­staje spo­kojny i zde­cy­do­wany. – Jeśli zwrócę panu dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć plus poda­tek za ten nie­zdatny do sprze­daży towar, stracę pie­nią­dze. A jeśli w podobny spo­sób pójdę na rękę innym klien­tom, nie będzie mnie stać na opła­ce­nie rachun­ków za prąd, wymianę rolki papieru w kasie lub wypłatę wła­snej skrom­nej pen­sji i w końcu będę zmu­szona zamknąć księ­gar­nię, a pan, pro­szę pana, będzie miał swój wkład w upa­dek jed­nego z naj­bar­dziej uwiel­bia­nych lite­rac­kich punk­tów na mapie Bostonu, sklepu, który działa w tym oto lokalu i służy czy­tel­ni­kom od ponad sześć­dzie­się­ciu lat.

Jest wyraź­nie spe­szony, a jego twarz robi się czer­wona. Przez chwilę wydaje mi się, że zacznie na mnie krzy­czeć…

Ale wtedy on obraca się na pię­cie i tupiąc, rusza w kie­runku drzwi. Przed wyj­ściem odwraca się i woła:

– To był ostatni raz, gdy odwie­dzi­łem ten sklep!

– Będzie nam pana nie­zwy­kle bra­ko­wało – odpo­wia­dam.

– Suka – mam­ro­cze pod nosem.

Na dźwięk tego słowa prze­wraca mi się w żołądku, ale nim zdążę zare­ago­wać, męż­czy­zna wycho­dzi.

Zza ple­ców dobie­gają mnie okla­ski apro­baty sio­stry.

– Tak to jest, gdy się zaj­dzie Josie za skórę – komen­tuje z sze­ro­kim uśmie­chem. – Już dawno cię takiej nie widzia­łam.

Musiało jej umknąć to, co rzu­cił na odchodne. Wzdy­cham, pró­bu­jąc się pozbyć wstręt­nego posmaku tej obe­lgi. Jestem wście­kła, że teraz kwe­stio­nuję swoje zacho­wa­nie i zasta­na­wiam się, czy to ja nie byłam przy­pad­kiem nie­uprzejma. Pro­wa­dze­nie biz­nesu jest dla kobiety jak nie­ustanny spa­cer po linie – chcę, aby sza­no­wano mnie przez wzgląd na moje umie­jęt­no­ści, ale wiem, że nikt nie będzie mnie trak­to­wał poważ­nie, jeśli nie będę przy tym miła.

– On po pro­stu…

– Och, zasłu­żył sobie – mówi. – Ale dobrze by było, żebyś w wol­nej chwili zasta­no­wiła się, dla­czego reagu­jesz w ten spo­sób, gdy ktoś depre­cjo­nuje twoją pracę.

– Bo to było cham­skie! – Ale oczy­wi­ście cho­dzi o coś wię­cej. Boję się, że ktoś, kto wyraża się o mnie w ten spo­sób, może mieć rację; że ni­gdy nie osią­gnę niczego, co mia­łoby jakieś zna­cze­nie, i że tak naprawdę nie zasłu­guję na swoje sta­no­wi­sko.

– To prawda – przy­znaje Geo­r­gia – oraz może świad­czyć o ist­nie­niu jakiejś nie­za­le­czo­nej rany.

Zaci­skam usta i powta­rzam sobie w myślach, że jestem cał­ko­wi­cie, abso­lut­nie prze­szczę­śliwa, że moja sio­stra stu­diuje na kie­runku, który kocha.

– Wiesz co? Chyba już czas na kawę – mówię i wycho­dzę na oblaną poran­nym słoń­cem ulicę.

W Beans panuje zgiełk. Nowa pra­cow­nica Eddiego, Mabel, przyj­muje zamó­wie­nie (ame­ri­cano dla mnie oraz mro­żoną mie­szankę chai i espresso dla Geo­r­gii) i z ner­wo­wym uśmie­chem obie­cuje się tym razem nie pomy­lić.

– Czy ona się mnie boi? – pytam Eddiego, który prze­ciera wła­śnie sto­lik.

– Nie, to mnie się boi. Strze­li­łem jej wykład na temat wycią­ga­nia wnio­sków co do czy­jejś płci na pod­sta­wie rodzaju zamó­wio­nej kawy. – Patrzy na mnie zmar­twio­nym wzro­kiem. – Wszystko w porządku?

Osu­wam się na krze­sło. Słowo „suka” wciąż łazi po moim umy­śle niczym wstrętny pająk.

– Mia­łam dziś fatal­nego klienta.

– Już? Prze­cież nawet nie otwo­rzy­łaś jesz­cze sklepu!

– No wła­śnie! – Opo­wia­dam mu o wizy­cie męż­czy­zny, a Eddie reaguje znie­sma­cze­niem. – Po pro­stu poczu­łam się taka… nic nie­zna­cząca. Xan­der trak­tuje mnie dokład­nie tak samo.

Eddie ze współ­czu­ciem ści­ska moje ramię.

– Nie daj się tym sukin­sy­nom.

Nagle nacho­dzi mnie nowa myśl.

– Chwila. A co plan Xan­dra ozna­cza dla Beans?

Wzru­sza ramio­nami.

– Podej­rze­wam, że nowy kie­row­nik sta­nie się moim prze­ło­żo­nym.

W jego gło­sie sły­szę roz­cza­ro­wa­nie. Eddie, podob­nie jak ja, lubi dowo­dzić.

– Możesz mieć pew­ność, że jeśli ja zwy­ciężę, będziesz mógł wciąż pro­wa­dzić kawiar­nię tak, jak chcesz.

O sekundę za długo zwleka z odpo­wie­dzią, po czym mówi:

– Dzięki, skar­bie.

Moment. Czyżby nie wie­rzył, że mogę wygrać?

– Eddie. – Nachy­lam się do niego. – Co…

– Och, spójrz, jaka kolejka. Lepiej pomogę Mabel, zanim się zaleje łzami.

W pośpie­chu oddala się w stronę kasy, a ja, zasko­czona, odchy­lam się na opar­cie krze­sła. Eddie jest moim przy­ja­cie­lem. Czy on też mnie nie doce­nia? Chyba że wie coś, czego ja nie wiem. Na Davis Squ­are jest nie­malże jak bur­mistrz – wie o wszyst­kim, co się dzieje w oko­licy. Widzi, ilu klien­tów odwie­dza sklep Briana, a ilu mój, oraz jak wielu z nich wycho­dzi z zaku­pio­nymi książ­kami. Z kolei moja wie­dza o Szczę­śli­wych Zakoń­cze­niach jest nie­wielka i ogra­ni­cza się do tego, że więk­szość klien­teli sta­no­wią kobiety (w końcu to głów­nie je widy­wa­łam z różowo-zło­tymi toreb­kami w ręku). Jak sądzę, per­so­nelu rów­nież.

– Josie?

Wstaję i wpa­dam wprost w czy­jąś klatkę pier­siową. Jakaś ręka chwyta mnie za ramię i pod­trzy­muje, żebym się nie prze­wró­ciła. Pod­no­szę wzrok. To Brian.

Z tak bli­skiej odle­gło­ści widzę, jak szo­ku­jąco wyso­kim męż­czy­zną jest – góruje nade mną nawet pomimo moich dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sów. Zadzie­ram brodę, co gwa­ran­tuje mi widok na jego szczękę pokrytą jasno­brą­zo­wym cie­niem zaro­stu. Przez rękaw bluzki czuję cie­pło jego dłoni zaci­śnię­tej na moim ramie­niu.

– Prze­pra­szam – mówię, robiąc krok w tył.

Pusz­cza moje ramię i odchrzą­kuje.

– Wybacz. Ja… eee, chcia­łem zapy­tać, czy możemy poroz­ma­wiać.

Dziś Brian ma na sobie szary kar­di­gan, a także zawie­szoną na szyi smyczkę i swoje szyl­kre­towe oku­lary. Jego włosy dalej są roz­czo­chrane, choć gdyby był boha­te­rem romansu, pew­nie opi­sano by je jako kasz­ta­nowe loki czę­ściowo prze­sła­nia­jące prze­ni­kliwe spoj­rze­nie jego maho­nio­wych oczu.

Nie wiem, czego ode mnie chce, ale na pewno nie będę z nim roz­ma­wiać, gdy patrzy na mnie z góry.

– Jasne – odpo­wia­dam. – Usiądźmy.

Wydaje się zasko­czony moją zgodą, ale kiwa głową i oboje przy­su­wamy do stołu po krze­śle. Mój wzrok pada na jesz­cze jedną przy­pinkę na jego smy­czy: GDY MYŚLĘ O KSIĄŻ­KACH, DOTY­KAM SWO­JEJ PÓŁKI.

Chwilę zaj­muje mi zro­zu­mie­nie tych słów. Gdy już zała­puję, o co cho­dzi, przy­po­mina mi się pio­senka zespołu Divi­nyls, a za nią taki obraz: moja mama tań­czy w kuchni, uskrzy­dlona uczu­ciem do kolej­nego męż­czy­zny, który, jak się zarzeka, ma być Tym Jedy­nym. Mała Geo­r­gia pląsa u boku matki, a jej pełne nadziei oczy błysz­czą. Dwa tygo­dnie póź­niej ten koleś rzuci naszą mamę, a ona znów zaszyje się w łóżku, zacią­gnie zasłony i pogrąży się w roz­pa­czy, zapo­mi­na­jąc o swo­ich małych córecz­kach, które potrze­bują, aby ktoś je nakar­mił, wyprał im ubra­nia i pomógł odro­bić lek­cje.

Otrzą­sam się z zamy­śle­nia i sku­piam na Bria­nie. Wpa­truje się we mnie, a jego wzrok prze­suwa się po mojej twa­rzy, jak gdyby czy­tał mnie jak książkę.

Nudną, gorzką książkę.

– Chcia­łeś o czymś poroz­ma­wiać? – pytam.

Mruga.

– Och, no tak. O tej całej spra­wie z Xan­drem. Myślę, że nie ma powodu, żeby­śmy mieli się trak­to­wać jak wro­go­wie.

– Zga­dzam się – przy­znaję mu rację, choć jed­no­cze­śnie zacho­wuję ostroż­ność. Chcia­ła­bym czuć, że sie­dzimy w tym bagnie razem, zjed­no­czeni w nie­na­wi­ści do naszego wspól­nego szefa nik­czem­nika. Nie­stety wygląda na to, że Xan­der i Brian są kum­plami, któ­rych jed­no­czy pogarda wobec mnie.

„Jak nazwa­łeś jej księ­gar­nię, Law­son? Smęt­nym pust­ko­wiem lęku egzy­sten­cjal­nego?”

– Świet­nie, to naprawdę świet­nie – odpo­wiada Brian. – Bo, hmm, po tym, jak Xan­der połą­czy lokale w jeden, będzie tutaj wiele do ogar­nię­cia i… sporo pracy do wyko­na­nia.

– Tak – potwier­dzam nie­pewna, do czego zmie­rza. Czyżby sądził, że nie była­bym w sta­nie temu podo­łać?

– Zasta­na­wia­łem się, co mógł­bym zro­bić… – Odgar­nia włosy z czoła i wyraź­nie się waha. – Cho­dzi o to, żebyś nie została bez pracy, gdy…

– Co masz na myśli, mówiąc „gdy”? – Przy ostat­nim sło­wie mój głos zmie­nia się w pisk.

– Chcia­łem powie­dzieć „jeśli” – popra­wia się szybko.

– Ale powie­dzia­łeś „gdy”. – Zdu­szam ogar­nia­jącą mnie panikę. Czy Xan­der mu o czymś powie­dział? Może ta cała rywa­li­za­cja jest usta­wiona i Brian już teraz ma zwy­cię­stwo w kie­szeni? – Dobór słów ma zna­cze­nie.

– Pomy­li­łem się.

– Może to freu­dow­ska pomyłka.

Mruga, patrząc na mnie zza oku­la­rów.

– Cóż, prze­pra­szam.

Nie brzmi to, jakby było mu przy­kro. Wygląda na ziry­to­wa­nego, co nie jest w porządku – w końcu to on zasu­ge­ro­wał, że prze­gram.

Wypusz­czam powie­trze z płuc i zer­kam na tele­fon. Już pra­wie nade­szła pora otwar­cia sklepu.

– Dzięki za roz­mowę, Brian, ale…

– PRZE­STAŃ MNIE TAK NAZY­WAĆ.

Zszo­ko­wana gwał­tow­nie przy­wie­ram ple­cami do opar­cia krze­sła.

– Co, pro­szę?

Mam­ro­cze coś, ale nie dosły­szę.

– Co takiego? – nakła­niam go, by powtó­rzył.

– Ryan – mówi, tym razem wyraź­niej. – Mam na imię…

Obraca zawie­szoną na smyczce pla­kietkę: RYAN LAW­SON. KIE­ROW­NIK, SZCZĘ­ŚLIWE ZAKOŃ­CZE­NIA.

Policzki oblewa mi rumie­niec zawsty­dze­nia. Od kilku dni nazy­wa­łam go nie­wła­ści­wym imie­niem.

Ale zanim zdążę prze­pro­sić, on wstaje. Ze swoim wzro­stem wiel­ko­luda góruje nade mną, więc pod­ry­wam się na nogi i pró­buję zebrać się na odwagę, któ­rej nie mam w sobie wiele.

– Chcia­łeś powie­dzieć coś jesz­cze?

– Tak, jeśli tylko pozwo­lisz mi dokoń­czyć. – Wzdy­cha z fru­stra­cją. – Pró­buję ci prze­ka­zać, że jeśli wygram… – Przy­gryza wargę, po czym wypala szybko: – …mogła­byś być moją asy­stentką.

Momen­tal­nie ogar­nia mnie obu­rze­nie.

– Twoją asy­stentką?

– Mógł­bym cię zatrud­nić jako asy­stentkę kie­row­nika, żebyś nie została bez pracy. – Robi minę, która mówi: Widzisz, jaki ze mnie miły facet?

– Rany, to wspa­niale – odpo­wia­dam.

– Tak? – Unosi brwi.

– No wiesz, jesteś męż­czy­zną, więc to ty powi­nie­neś być sze­fem.

– Eee…

– A my, kobietki, powin­ny­śmy pra­co­wać dla cie­bie, prawda? – Czuję nara­sta­jący gniew i w końcu daję upust fru­stra­cji, która zbie­rała się we mnie od spo­tka­nia z tym okrop­nym klien­tem. – Założę się, że to wła­śnie dla­tego tak uwiel­biasz zarzą­dzać księ­gar­nią. Tabuny kobiet pro­szą, żebyś pole­cił im coś do prze­czy­ta­nia? I hej, jeśli te książki przy oka­zji umac­niają prze­ko­na­nie, że kobiety bez męż­czyzn są nie­kom­pletne, to tym lepiej! Patriar­chat w naj­lep­szym wyda­niu.

– Ja…

Pod­cho­dzę do niego o krok, wbi­jam palec w jego pierś i mówię to, co chcia­ła­bym powie­dzieć każ­dej oso­bie, która kie­dy­kol­wiek mnie nie doce­niała.

– Ni­gdy nie będę twoją asy­stentką, Panie Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia. I lepiej zacznij już dopra­co­wy­wać swoje CV, bo zamie­rzam wygrać tę bitwę. I wiesz, co zro­bię, jak tylko zwy­ciężę? Zwol­nię cię.

Po tych sło­wach odwra­cam się i odcho­dzę.

Chcia­ła­bym móc powie­dzieć, że wyrzu­ce­nie z sie­bie tego wszyst­kiego popra­wiło mi samo­po­czu­cie. Jed­nak ogar­nia mnie wra­że­nie, że bez względu na to, co robię – mil­czę, panuję nad sobą, czy wybu­cham – zawsze koniec koń­ców czuję się winna.

4. Ryan

4

Ryan

Co to, do dia­bła, miało być?

Osłu­piały gapię się na miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed sekundą stała Josie. Sądzi­łem, że się ucie­szy, gdy usły­szy, że nie straci pracy, nawet jeśli prze­gra­łaby tę głu­pią rywa­li­za­cję, w jaką wpa­ko­wał nas Xan­der.

W żad­nym momen­cie nie zamie­rza­łem zasu­ge­ro­wać, że powinna mi pod­le­gać.

W gło­wie głos moich braci pod­suwa mi nie­przy­zwo­ity obraz: łóżko, a w nim ule­gła Josie speł­nia­jąca moje zachcianki.

Szanse na to są zni­kome. I nie ma zna­cze­nia to, że gdy się wścieka, jej oczy błysz­czą jak szma­ragdy, i że pach­nie jak pole lawendy w desz­czowy dzień. Gdyby Josie Klein posia­dała wła­dzę nad pio­ru­nami jak Vio­let Sor­ren­gail, bez wąt­pie­nia już teraz był­bym niczym wię­cej niż kupką popiołu na pod­ło­dze.

Jeśli dałaby mi choć sekundę na wyja­śnie­nie mojej pro­po­zy­cji, może uświa­do­mi­łaby sobie, że wro­giem nie jestem ja, tylko Xan­der. Cho­lera, prze­cież sam dosko­nale wiem o tym, że w pracy księ­ga­rza nie cho­dzi tylko o zaro­bek i że bez naszych księ­garni byli­by­śmy zupeł­nie zagu­bieni, niczym kapi­ta­no­wie bez okrętu.

Tak jest w moim przy­padku i mogę się zało­żyć, że Josie czuje podob­nie. Spę­dza w Tab każdą chwilę – od otwar­cia do zamknię­cia przez sie­dem dni w tygo­dniu. Nie widzę, aby poma­gał jej ktoś poza tą jedną dziew­czyną, która cho­dzi ze zdo­bioną laską. Ma nade mną tę prze­wagę, że jej zysku nie uszczu­plają dodat­kowo pen­sje wypła­cane innym pra­cow­ni­kom.

Myśląc o moim zespole, wzdy­cham z rezy­gna­cją. Nie mogę już dłu­żej zata­jać przed nim infor­ma­cji o nad­cho­dzą­cych zmia­nach. W końcu, gdy nasta­nie wrze­sień, moje pra­cow­nice mogą być zmu­szone do poszu­ki­wa­nia nowej pracy.

– Nie bierz do sie­bie wszyst­kiego, co mówi Josie – odzywa się Eddie zza baru.

Policzki mnie palą. Oczy­wi­ście, że obser­wo­wał całą tę scenę. Pew­nie wszy­scy wokół mieli nie­zły ubaw na widok tem­pe­ra­ment­nej kobiety naska­ku­ją­cej na olbrzy­miego, nie­zręcz­nego gościa.

– Jasne – mówię, uda­jąc nie­prze­ję­tego. – Zro­biła nie­złe przed­sta­wie­nie.

– Ma swoje powody, żeby być roz­draż­niona – dodaje Eddie. – Odpuść jej.

– Mam odpu­ścić jej? – powta­rzam za nim. – To ona mnie zaata­ko­wała.

– Musiała wiele przejść, żeby zna­leźć się w miej­scu, w któ­rym jest teraz. – Z jakie­goś powodu Eddie jej broni, czego nie poj­muję.

– Co masz na myśli?

Eddie kręci głową i zabiera się do prze­cie­ra­nia stołu.

– To nie ja powi­nie­nem o tym opo­wia­dać. Poza tym znam jedy­nie część histo­rii. – Posyła mi dłu­gie, inten­sywne spoj­rze­nie. – Tylko… nie dawaj mi powodu, żebym napluł ci do kawy, dobra?

– Dobra – potwier­dzam, zasta­na­wia­jąc się, jakie prze­ciw­no­ści losu musiała poko­nać Josie.

Prze­stań się zacho­wy­wać jak mię­czak. Znów sły­szę głosy moich braci.

Ale mają rację. Nawet jeśli Josie Klein i ja nie jeste­śmy wro­gami, ona sta­nowi moją kon­ku­ren­cję.

I naj­wyż­szy, do cho­lery, czas, abym zaczął ją trak­to­wać jak prze­ciw­niczkę.

– Ostat­nim razem, gdy zwo­ła­li­śmy nagłe spo­tka­nie, ogło­si­łeś nam, że Ela­ine nie żyje – mówi Cin­de­rella zde­ner­wo­wa­nym tonem.

– Nikt nie umarł – infor­muję, prze­krę­ca­jąc zamek w drzwiach sklepu i odwra­ca­jąc tabliczkę na drzwiach, tak aby widoczny z ulicy napis gło­sił: „Zamknięte”. Dziś po połu­dniu wysła­łem maile do całego zespołu z prośbą o przyj­ście do księ­garni przed porą zamknię­cia.

Wspo­mnie­nie o Ela­ine przy­wo­łuje w mojej pamięci nie­zwy­kle wyraźny obraz daw­nej sze­fo­wej i czuję się, pra­wie jakby stała obok mnie, przy­glą­dała się mija­ją­cym sklep parom i prze­wi­dy­wała, komu dopi­sze szczę­ście w miło­ści, a kto będzie się musiał obejść sma­kiem.

Ela­ine była cho­dzącą sprzecz­no­ścią – wyglą­dała jak bab­cia, ale klęła jak szewc. Nie pozwa­lała nikomu wcho­dzić sobie na głowę, przez co naprawdę jej wie­rzy­łem, gdy zapew­niała, że wszystko się ułoży. I jej słowa oka­zały się prawdą zarówno wtedy, gdy nakryła pięt­na­sto­let­niego mnie na kra­dzieży, jak i wtedy, gdy oznaj­miła, że prze­cho­dzi na eme­ry­turę i oddaje sklep w moje „silne, męskie ręce”.

Na­dal nie do końca rozu­miem, co takiego we mnie widziała: w zagu­bio­nym, samot­nym nasto­latku, który zarze­kał się, że nie­na­wi­dzi dokład­nie tych samych ksią­żek, które pró­bo­wał ukraść. Oczy­wi­ście tak naprawdę ich nie nie­na­wi­dziłem. Nie­na­wi­dzi­łem tego, że czy­ta­nie ich spra­wiało mi taką trud­ność.

Kto by się spo­dzie­wał, że czy­ta­nie na głos papu­dze Esme­ral­dzie, która zdra­dzała upodo­ba­nie do roman­sów – szcze­gól­nie tych pikant­nych – sta­nie się roz­wią­za­niem tego pro­blemu?

Naj­wy­raź­niej Ela­ine.

– Ale to złe wie­ści, prawda? – dopy­tuje Cin­de­rella, mosz­cząc się na wytar­tej skó­rza­nej kana­pie, na któ­rej spę­dza sporo czasu z książką, zarówno w trak­cie godzin pracy, jak i poza nimi.

– To po pro­stu wie­ści, ani dobre, ani złe – odpo­wia­dam i sia­dam w fio­le­to­wym fotelu uszaku, powszech­nie zna­nym jako Tron Per­se­fony. Kotka leży na jego zagłówku, z łapką spo­czy­wa­jącą na mojej gło­wie, jakby udzie­lała mi namasz­cze­nia. – Powiem wam wię­cej, ale naj­pierw pora na rundkę z akwa­rium.

Reak­cją na moje słowa jest zbio­rowy jęk. Dołą­cza się do niego nawet Indira, mimo że zwie­rzyła mi się ze swo­jego skry­tego uwiel­bie­nia do naszych gier, które mają za zada­nie pomóc nam się do sie­bie zbli­żyć. Oso­bi­ście za nimi nie prze­pa­dam, ale nie zamie­rzam zry­wać z tra­dy­cjami zapo­cząt­ko­wa­nymi przez Ela­ine.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki