Dwie księgarnie, jedna miłość - Ali Brady - ebook + książka
BESTSELLER

Dwie księgarnie, jedna miłość ebook

Ali Brady

4,3
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Gorąca rywalizacja, niezwykłe zbiegi okoliczności i uczucie, którego nikt się nie spodziewał – to będzie naprawdę wyjątkowe lato!

Na jednej z bostońskich ulic, tuż obok siebie, znajdują się dwie zupełnie odmienne księgarnie, prowadzone przez dwoje całkowicie różnych od siebie ludzi. Josie Klein kocha klasykę, ambitną literaturę i porządek. Ryan Lawson żyje w kontrolowanym chaosie i sprzedaje wyłącznie romanse. Gdy nowy właściciel postanawia połączyć oba sklepy, staje się jasne, że tylko jedno z nich utrzyma stanowisko kierownicze. O wszystkim mają zdecydować letnie wyniki sprzedaży.

Zderzenie dwóch odmiennych filozofii życiowych i narastające napięcie sprawiają, że między bohaterami zaczyna iskrzyć na wiele sposobów. Tymczasem oboje znajdują ukojenie w rozmowach z anonimowym przyjacielem na forum książkowym…

Gdy granice między księgarniami – i między sercami – zaczynają się zacierać, Josie i Ryan odkrywają, że w miłości i na wojnie nie ma zasad. A może szczęśliwe zakończenia zdarzają się nie tylko w książkach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 464

Data ważności licencji: 11/26/2030

Oceny
4,3 (36 ocen)
18
12
3
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
karocky

Całkiem niezła

Niby napisana ok ale jakoś nie mogłam jej poczuć i się zaangażować. Czekałam tylko na koniec.
20
Zaczytany_Pudelek94

Z braku laku…

Boże, jak ja sie przy niej wynudziłam 🤦‍♀️ Ledwo co przebrnęłam. Nuda
10
Justynakoz1

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna
00
Sandi98

Dobrze spędzony czas

4.75/5 ⭐️ Czytajcie to! Ja dalej się rozpływam. On przebrnął przez całą listę jej ulubionych książek żeby móc je wszystkie przesłuchać w audio i zaznaczyć w nich fragmenty, które idealnie opisują jego uczucia. Nie dość, że obydwoje prowadzą swoje księgarnie, ale też książki to ich całe życie. Ona w swoim lokalu ma tylko „poważne” i ambitne książki, a on tylko i wyłącznie romanse. Josie jest tutaj grumpy I zgadnijcie jej typowe zamówienie w kawiarni… ta dam: americano. Do tego kocha porządek i musi mieć wszystko poukładane. Za to Ryan to gość który uwielbia romanse i szczęśliwe zakończenia, a jego ulubiona kawa to latte z białą czekoladą i z podwójną bitą śmietaną no i nie przeszkadza mu odrobina chaosu. Właściciel chce połączyć te dwa światy ze względu na koszta. Więc zaczyna się ostra rywalizacja. Kto zarobi więcej pieniędzy i przyciągnie więcej klientów bo przecież stanowisko kierownika jest tylko jedno. Obydwoje też są na takim anonimowym portalu dla książkar Gdzie mogą...
00
zaczytaniaania

Nie oderwiesz się od lektury

✨️Kto i za co pokocha? Jeżeli lubisz dojrzałe, pełne ciepłego humoru romanse, których bohaterami są postaci zachowujące się autentycznie, wyglądające naturalnie, umiejące rozmawiać, bez robienia napompowanych dram, to bardzo proszę, mam dla Ciebie top polecajkę. Co więcej? Ano jest ważny wątek pracy w księgarni, często pokazywanej “od kuchni” oraz sam motyw literatury. Autorki często przywołują tytuły powieści, czy to z gatunku romans, czy literatury pięknej. To historia, która pokazuje, że literatura łączy, a nie dzieli, że człowieka nie definiuje gatunek, po jaki sięga, że każdy ma prawo bez strachu przed oceną innych czytać to, na co ma ochotę. W dobie dzisiejszych bookstagramowych dram i drameczek to bardzo wartościowe przesłanie. ✨️Czy ja pokochałam? Totalnie tak! Nie chciałam, aby ta książka się skończyła. To romans, który z założenia jest romansem dla nas, odbiorców, ale sami bohaterowie często z dystansem, a nawet ironią wspominają o typowych cechach tego gatunku, chwilami p...
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Bat­tle of the Book­sto­res

Prze­kład: Domi­nika Jachi­mow­ska Redak­tor ini­cju­jaca: Maria Zalasa Redak­cja: Domi­nika Syno­wiec Korekta: Monika Sze­liga Pro­jekt okładki i ilu­stra­cja na okładce: Ana Hard Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © 2025 by Ali­son Ham­mer and Bra­de­igh God­frey Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-28-7 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla ludzi książki – czy­tel­ni­ków, księ­ga­rzy, biblio­te­ka­rzy i wszyst­kich, któ­rzy zatra­cają się w wiel­kich księ­gach, wiel­kich emo­cjach i wiel­kich, pięk­nych zakoń­cze­niach. Ta opo­wieść jest dla Was.

Czy­ta­nie jest ucieczką i odwrot­no­ścią ucieczki zara­zem; jest spo­so­bem na wej­ście w kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią po całym dniu buja­nia w obło­kach i spo­so­bem na wej­ście w kon­takt z czy­jąś wyobraź­nią po dniu, który oka­zał się zbyt rze­czy­wi­sty.

– Nora Eph­ron

1. Josie

1

Josie

Gdy ktoś sły­szy, że pro­wa­dzę księ­gar­nię, oczami wyobraźni widzi zapewne, jak czy­tam bez końca, zwi­nięta w kłę­bek w wygod­nym fotelu, sączę kawę pod­czas dys­ku­sji o książ­kach lub poznaję zna­nych auto­rów pod­czas spo­tkań lite­rac­kich. No wie­cie, myśli, że moja codzien­ność to speł­nie­nie naj­śmiel­szych marzeń każ­dego mola książ­ko­wego, a ja upa­jam się osza­ła­mia­jącą wonią świe­żego tuszu zmie­szaną z zapa­chem papieru.

To, czego jed­nak nie jest w sta­nie sobie wyobra­zić, to że spę­dzam dłu­gie godziny na nogach, że plecy bolą mnie od dźwi­ga­nia dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wych pudeł z książ­kami lub że mój żołą­dek jest zwi­nięty w supeł od nie­ustan­nego stresu wywo­ła­nego myślą o nikłym zysku i rosną­cych kosz­tach pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści.

Mimo to nie zmie­ni­ła­bym swo­jego zawodu na żaden inny. Uwiel­biam zapa­lać świa­tło w księ­garni każ­dego poranka i wpa­try­wać się w rów­niu­teńko uło­żone tomy na rega­łach i w sto­si­kach. Uwiel­biam roz­pa­ko­wy­wać dostawy nowych, poły­sku­ją­cych ksią­żek w twar­dych opra­wach i pole­cać swoje ulu­bione perełki klien­tom.

Ale naj­lep­szym przy­wi­le­jem wyni­ka­ją­cym z pro­wa­dze­nia księ­garni, któ­rego nic nie prze­bije, jest to, że mogę je czy­tać jesz­cze przed wyda­niem.

Kilka mie­sięcy przed publi­ka­cją wydawcy wysy­łają sprze­daw­com egzem­pla­rze recen­zenc­kie owi­nięte w brą­zowy papier pakowy. Na ich okład­kach jest mnó­stwo entu­zja­stycz­nych blur­bów, które mają zachę­cić nas do prze­czy­ta­nia nowego tytułu i trą­bie­nia o nim na prawo i lewo (oraz do zamó­wie­nia co naj­mniej kilku egzem­pla­rzy).

Jakiś czas temu do mojej skrzynki mailo­wej wpa­dła wia­do­mość od jed­nego z moich ulu­bio­nych wydaw­ców. Pytał, czy była­bym zain­te­re­so­wana prze­czy­ta­niem jed­nej z ich nowo­ści i napi­sa­niem o niej kilku słów, jeśli mi się spodoba. Czy się zgo­dzi­łam? Cóż, sie­dzia­łam do trze­ciej nad ranem zato­piona w lek­tu­rze, a na kilku jej ostat­nich stro­nach zosta­wi­łam ślady łez. Spę­dzi­łam dobre parę dni na ubie­ra­niu swo­ich myśli w słowa, tak aby jak naj­le­piej oddać esen­cję tej nie­zwy­kłej, chwy­ta­ją­cej za serce histo­rii.

W ubie­głym tygo­dniu wydawca poin­for­mo­wał mnie, że egzem­pla­rze recen­zenc­kie książki zostały już wysłane i – och, no tak, przy oka­zji – posta­no­wili wyko­rzy­stać mój blurb i umie­ścić go na tyle okładki (pisk zachwytu za trzy, dwa, jeden…). Paczka dotarła do mnie dziś rano. Drżą­cymi dłońmi roz­dzie­ram papier i w końcu mój wzrok pada na…

„Zachwy­ca­jąca medy­ta­cja nad stratą i zdradą… To lek­tura, w któ­rej będziemy się zaczy­ty­wać z roz­ko­szą przez dłu­gie lata”.

– Josie Klein, księ­garka Tabula Inscripta, Some­rville, Mas­sa­chu­setts

Wypusz­czam wstrzy­my­wany oddech. Użyli jedy­nie nie­wiel­kiego frag­mentu obszer­niej­szego tek­stu, który im wysła­łam.

Ale wciąż: to moje słowa. Moje nazwi­sko. Poświę­ci­łam ostat­nie pięć lat, aby stać się jak naj­lep­sza w swoim zawo­dzie i udo­wod­nić, że nawet bez ukoń­czo­nych stu­diów mogę osią­gnąć suk­ces. Może i jestem zafik­so­waną na punk­cie lite­ra­tury intro­wer­tyczką, ale mam swoje pomy­sły i opi­nie, któ­rymi mogę się dzie­lić. Liczę na to, że pew­nego dnia czy­tel­nicy z całego mia­sta, a może i kraju, będą się do mnie zwra­cali z prośbą o pole­ce­nie im dobrej lek­tury.

Pew­nego dnia mój głos będzie się liczył.

Chcę, żeby ta dobra wieść się roze­szła, więc się­gam po tele­fon i wcho­dzę na Book­Friends – forum inter­ne­towe dla księ­ga­rzy z całego kraju.

Book­shop­Girl: Zgad­nij­cie, kto wła­śnie dostał egzem­plarz przed­pre­mie­rowy ze swoim pierw­szym blur­bem?

Zamiesz­czam wpis w wątku zaty­tu­ło­wa­nym Świę­to­wa­nie dostęp­nym dla wszyst­kich użyt­kow­ni­ków, ale tak naprawdę zależy mi na tym, aby dotarł do jed­nej kon­kret­nej osoby. Ner­wowo przy­gry­zam wargę w ocze­ki­wa­niu, aż w końcu na widok zna­jo­mej nazwy użyt­kow­nika moje serce zaczyna bić szyb­ciej.

RJ.Reads: Co?? Gra­tu­la­cje! To wspa­niała wia­do­mość! Szkoda, że nie możesz napi­sać, o jaką książkę cho­dzi, żebym mógł to zoba­czyć.

Ja też żałuję, że nie mogę tego zro­bić, ale forum jest cał­ko­wi­cie ano­ni­mowe. Cho­dzi o to, żeby osoby zaj­mu­jące się sprze­dażą ksią­żek mogły się wymie­niać szcze­rymi opi­niami na temat wydaw­ców i auto­rów bez obawy o moż­liwe nega­tywne kon­se­kwen­cje.

Z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy prze­cho­dzę do naszego pry­wat­nego czatu.

Book­shop­Girl: Na tyl­nej okładce tej książki znaj­duje się jesz­cze tylko jedna opi­nia. Zgad­nij czyja!

RJ.Reads: PAW?

Book­shop­Girl: Dokład­nie tak!

RJ dobrze wie, jakim uwiel­bie­niem darzę Pene­lope Adler-Wolf, wła­ści­cielkę księ­garni Wolf Books zlo­ka­li­zo­wa­nej w Pro­vi­dence w sta­nie Rhode Island. PAW jest księ­garką o nie­na­gan­nym guście i wiel­kich wpły­wach. Jej pozy­tywna opi­nia na temat książki od razu czyni z niej best­sel­ler, i to przez wiel­kie B. Mój życiowy cel to być jak ona.

Na ekra­nie mojego tele­fonu poja­wia się przy­po­mnie­nie: SPO­TKA­NIE Z XAN­DREM.

Wzdy­cham. Xan­der Laing w ciągu ostat­nich kilku lat suk­ce­syw­nie wyku­py­wał wszyst­kie lokale w całym budynku, łącz­nie z kawiar­nią, choć nie zależy mu ani na książ­kach, ani na kawie, a jedy­nie na sta­nie konta. Gdy wyku­pił Tabulę Inscriptę, zakwe­stio­no­wał moje umie­jęt­no­ści kie­row­ni­cze, w końcu jestem „dziew­czyną bez cze­go­kol­wiek poza dyplo­mem ukoń­cze­nia liceum”. Prze­ko­na­łam go, aby dał mi szansę, a on pozwala mi pro­wa­dzić mój biz­nes, ponie­waż każdy mie­siąc koń­czę z zyskiem. Mimo to nie­ustan­nie czuję się tak, jakby los mojej księ­garni wisiał na wło­sku.

Wysy­łam RJ-owi wia­do­mość, żału­jąc, że nie możemy roz­ma­wiać dłu­żej.

Book­shop­Girl: Muszę lecieć. Dobrego poranka!

RJ.Reads: Wza­jem­nie. I jesz­cze raz gra­tu­la­cje. Cie­szę się razem z tobą.

Wycho­dzę z miesz­ka­nia i wkra­czam wprost w rześki, sło­neczny pora­nek. Moja księ­gar­nia mie­ści się w samym sercu mojej ulu­bio­nej dziel­nicy Bostonu, czyli Davis Squ­are. Pełno w niej oto­czo­nych drze­wami ulic, bru­ko­wa­nych chod­ni­ków, uro­kli­wych skle­pi­ków i restau­ra­cji. Jest koń­cówka maja, więc dzień już o tej porze jest cie­pły. Sły­chać cichy szum pojaz­dów, od czasu do czasu prze­ry­wany dzyń wyda­wa­nym przez dzwo­nek jakie­goś roweru.

Wcho­dzę do środka Beans i wdy­cham życio­dajny aro­mat kawy. Xan­dra, dzięki Bogu, jesz­cze tu nie ma.

– Josie! – woła mnie Eddie Cal­la­han, kie­row­nik kawiarni. Choć cha­rak­te­ry­styczny dla połu­dnio­wej czę­ści mia­sta akcent, tatu­aże i szorstki spo­sób bycia mogłyby suge­ro­wać coś odmien­nego, Eddie to praw­dziwy misia­czek. – Dzień dobry, skar­bie. Dla cie­bie to, co zwy­kle?

– Tak, popro­szę – odpo­wia­dam z uśmie­chem i pod­cho­dzę do lady. – Jak tam poranne godziny szczytu?

– Na szczę­ście pra­wie mamy je już za sobą. – Eddie ruchem pod­bródka wska­zuje sto­jącą za sobą jasno­włosą baristkę, która męczy się ze skom­pli­ko­wa­nym w obsłu­dze eks­pre­sem do kawy. – Wiesz, jak to jest. Zatrud­niasz kogoś do pomocy, a koniec koń­ców prze­szko­le­nie tej osoby wymaga od cie­bie dzie­sięć razy wię­cej ener­gii niż obsłu­gi­wa­nie lokalu bez niej. – Eddie potrząsa głową. – Ale nie powi­nie­nem tak narze­kać. Ty radzisz sobie w poje­dynkę sie­dem dni w tygo­dniu.

– Sio­stra pomaga mi, gdy tylko może – oznaj­miam.

Eddie patrzy na mnie z miną zmar­twio­nego wujka.

– Wypa­lisz się, dziecko. Przyda ci się dodat­kowe espresso i cro­is­sant z serem. Na koszt firmy. – Pusz­cza do mnie oczko.

Trosz­czy się o mnie jak kwoka, ale za to go kocham. Moja wła­sna matka ni­gdy nie zacho­wy­wała się w ten spo­sób, więc na myśl o jego zain­te­re­so­wa­niu ogar­nia mnie wzru­sze­nie.

– Jesteś naj­lep­szy – mówię.

– No raczej. – Mruga do mnie ponow­nie. – Popro­szę Mabel, żeby przy­nio­sła ci zamó­wie­nie. Powo­dze­nia z sze­fem.

Dzię­kuję mu i odwra­cam się. Xan­der dotarł już na miej­sce i sie­dzi przy stole obok męż­czy­zny zwró­co­nego do mnie ple­cami.

– Dzień dobry – odzy­wam się, dosta­wia­jąc krze­sło do stołu.

Xan­der, niski i łysie­jący gość o twa­rzy nie­ustan­nie wykrzy­wio­nej w gry­ma­sie iry­ta­cji, wita mnie led­wie zauwa­żal­nym ski­nie­niem głowy, po czym poka­zuje dło­nią raz na mnie, raz na dru­giego faceta sie­dzą­cego obok.

– Zna­cie się, jak przy­pusz­czam?

– Nie – odpo­wia­dam dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej on mówi: „Tak”.

Mru­gam zmie­szana. Fak­tycz­nie wygląda zna­jomo, ale nie potra­fię sko­ja­rzyć, gdzie go widzia­łam. Jest w moim wieku, ma brą­zowe, potar­ga­nie włosy i szyl­kre­towe oku­lary. Nosi brą­zowy kar­di­gan, a na jego szyi wisi różowa smyczka na całej dłu­go­ści pokryta kolo­ro­wymi przy­pin­kami. Przy­pusz­czam, że na końcu smy­czy znaj­duje się pla­kietka z imie­niem, ale jest prze­krę­cona na drugą stronę, więc nic mi to nie daje.

Xan­der przed­sta­wia nas sobie, ale z zamy­śle­nia wyrywa mnie dopiero część jego wypo­wie­dzi doty­cząca mnie.

– …a to jest Josie Klein, która zarzą­dza księ­gar­nią Tabula Inscripta.

– Bar­dzo mi przy­kro – odzy­wam się zawsty­dzona. – Nie pamię­tam, żeby­śmy się wcze­śniej spo­tkali.

To dla mnie typowe. Cza­sem lek­tura pochła­nia mnie tak bar­dzo, że nawet w chwili, w któ­rej aku­rat nie czy­tam, myślami wciąż jestem przy książce, przez co zda­rza mi się pro­wa­dzić z kimś całą roz­mowę, a potem nie pamię­tać, czego doty­czyła.

Facet posyła mi zza oku­la­rów spoj­rze­nie pełne zasko­cze­nia, a na jego ustach poja­wia się uśmiech zakło­po­ta­nia.

– Jestem kie­row­ni­kiem… Szczę­śli­wych Zakoń­czeń?

Ręką wyko­nuje gest w prawo, wska­zu­jąc lokal przy­le­ga­jący do kawiarni po prze­ciw­nej stro­nie niż mój sklep.

Nagle wszyst­kie puz­zle ukła­danki tra­fiają na swoje miej­sce, a mnie zalewa fala zło­ści. Ten wysoki gość pro­wa­dzi księ­gar­nię sprze­da­jącą romanse, zlo­ka­li­zo­waną po dru­giej stro­nie Beans. Z tego, co opo­wie­dział mi Eddie, kie­dyś wyra­ził opi­nię, że „całe zapasy kofe­iny, jakie znaj­dują się w kawiarni, nie wystar­czą, aby uchro­nić ludzi przed zasy­pia­niem przy książ­kach sprze­da­wa­nych w Tabuli”. Eddie uznał ten komen­tarz za zabawny, ale ja poczu­łam się ura­żona. Gdy byłam nasto­latką, czę­sto naśmie­wano się z mojego upodo­ba­nia do lek­tur, które usy­piały wszyst­kich poza mną. Jasne, lite­ra­tura piękna nie jest dla każ­dego, ale takie docinki wycho­dzące z ust kolegi po fachu? Zabo­lało.

– Ach, tak – mówię. – Tego salonu masażu za rogiem?

Usi­łuję zażar­to­wać, może tylko tro­chę się odpła­cić za nie­gdy­siej­szą uszczy­pli­wość, ale na moje słowa uśmiech momen­tal­nie znika mu z twa­rzy.

– To księ­gar­nia – infor­muje.

Naj­wi­docz­niej ten gość lubi docinki tylko wtedy, gdy sam nie jest ich celem. A może po pro­stu „wcale nie jestem taka zabawna”, jak zresztą wie­lo­krot­nie mi powta­rzano. Taki jest chyba efekt spę­dze­nia okresu doj­rze­wa­nia z nosem w książ­kach zamiast na zdo­by­wa­niu wie­dzy o tym, jak sobie radzić z ludźmi.

– W-wiem – dukam. – Ty sprze­da­jesz tylko romanse.

Zaci­ska szczękę, a ja uświa­da­miam sobie, jaką gafę popeł­ni­łam. Mówiąc „tylko romanse”, nie mia­łam zamiaru im umniej­szać. Cho­dziło mi o to, że w jego skle­pie nie ma ksią­żek żad­nego innego gatunku.

Wszystko idzie w złym kie­runku. Zwy­kle lubię pozna­wać ludzi z branży, ale dziś zacho­wuję się jak aspo­łeczna dzi­waczka w szczy­to­wej for­mie.

– Zacznijmy od początku – pro­po­nuję i wycią­gam do niego rękę. Xan­der powie­dział, że jak on ma na imię? Brian? – Miło mi cię ofi­cjal­nie poznać, Brian. Jestem Josie.

Nie­pew­nie potrząsa moją ręką. Jego dłoń jest wielka i pochła­nia moją.

– Wiem, kim jesteś, i wcale nie mam na…

– Świet­nie, teraz już wszy­scy się znamy – prze­rywa mu Xan­der. – Nie bez powodu was tu dziś zapro­si­łem.

Odwra­cam się w jego stronę, wycią­gam notes i zapi­suję dzi­siej­szą datę w pra­wym gór­nym rogu kartki. Zasta­na­wiam się, czy nie dopi­sać imie­nia BRIAN, aby łatwiej zapa­dło mi w pamięć, ale powstrzy­muje mnie obawa, że by to dostrzegł.

– Bar­dzo pro­szę! – odzywa się ktoś rado­snym tonem i gdy pod­no­szę wzrok, widzę, że to Mabel, nowa baristka. Sta­wia przede mną napój. – Dla pani mro­żone mac­chiato z białą cze­ko­ladą i dwoma dodat­ko­wymi por­cjami syropu wani­lio­wego.

– Och, to pomyłka – mówię i oddaję jej szklankę. – Ja zama­wia­łam ame­ri­cano.

Mabel reaguje zasko­cze­niem.

– Prze­pra­szam! Eddie kazał mi to przy­nieść do tego sto­lika, a skoro jest tu pani jedyną kobietą, zało­ży­łam…

– To dla mnie – mru­czy Brian.

Xan­der chi­cho­cze.

– To powinno być oczy­wi­ste, w końcu to on pro­wa­dzi sklep z bab­skimi książ­kami.

Mabel znika w popło­chu, a Brian czer­wieni się po same koniuszki uszu. Żołą­dek skręca mi się z zakło­po­ta­nia. Dobrze wiem, jak to jest być obiek­tem drwin Xan­dra.

– Xan­der – zaczy­nam. – To nie…

– A kawa, którą ty zamó­wi­łaś, jest dokład­nie taka jak twoje książki, prawda, Josie? – cią­gnie Xan­der z sze­ro­kim uśmie­chem. – Nudna i gorzka. Jak nazwa­łeś jej księ­gar­nię, Law­son? Smęt­nym pust­ko­wiem lęku egzy­sten­cjal­nego?

Zaczyna się śmiać i sztur­cha łok­ciem Briana, na co z jego ust wydo­staje się coś na kształt wymu­szo­nego chi­chotu, który szybko się urywa. A jed­nak nie zaprze­cza sło­wom Xan­dra.

Mocno zaci­skam wargi, cała kipiąc ze zło­ści. Drugi raz nie popeł­nię już tego błędu i nie będę mu współ­czuć.

Leżący na stole tele­fon Xan­dra zaczyna bzy­czeć, więc ten odbiera połą­cze­nie i jed­no­cze­śnie unosi palec, naka­zu­jąc nam cze­kać. Wstaje, odcho­dzi kilka kro­ków i war­czy do komórki coś o pro­jek­cie budowy.

Mabel zja­wia się ponow­nie, tym razem z moją kawą.

– Bar­dzo pro­szę. Ame­ri­cano bez mleka i cukru.

– Dzięki – odpo­wia­dam.

Kąciki ust Briana drgają, jakby usi­ło­wał zdu­sić uśmie­szek. Pew­nie myśli sobie, że jego kum­pel Xan­der nie­zwy­kle traf­nie mnie opi­sał: „Nudna i gorzka”.

Wiem, że nie powin­nam się nim przej­mo­wać, ale działa mi na nerwy. Nie on jeden widzi we mnie sztywną sprze­daw­czy­nię ksią­żek i zakłada, że jestem wyco­fana. A jed­nak, jeśli mój sklep – a wraz z nim wszyst­kie histo­rie, jakie skrywa – znaj­duje się na linii ostrzału, nie gryzę się w język.

Spo­glą­dam mu pro­sto w twarz.

– Słu­cham?

– Niczego nie mówi­łem.

– Cóż, wygląda na to, że masz wła­sne zda­nie na temat kawy, jaką wybra­łam. – I moich ksią­żek. – Powiedz, co ci cho­dzi po gło­wie, śmiało.

Brian mruga zasko­czony i obli­zuje usta.

– Tak się tylko zasta­na­wiam… Czy taka kawa fak­tycz­nie komuś sma­kuje? Czy może zama­wia się ją… – jego wzrok na uła­mek sekundy ucieka w stronę mojej księ­garni – … żeby zro­bić wra­że­nie na innych?

Zaci­skam szczękę. Zawsze uwa­ża­łam, że nie ma lep­szych ludzi od tych zwią­za­nych z lite­ra­turą, ale od każ­dej zasady są wyjątki.

– A może cho­dzi o to, że nauczy­łam się doce­niać zło­żone, sub­telne smaki – odpo­wia­dam i wypi­jam odro­binę swo­jego ame­ri­cano. Płyn parzy mnie w język, więc się krzy­wię.

Jego brwi pod­jeż­dżają do góry.

– Jest gorąca – tłu­ma­czę się.

– Jasne. – Pociąga długi, naprawdę długi łyk swo­jego napoju, a ja powstrzy­muję wes­tchnie­nie i w myślach przy­po­mi­nam sobie samej, że nie mogę dać mu zajść sobie za skórę.

Gdy Brian odsuwa kubek od ust, na jego gór­nej war­dze zostaje odro­bina bitej śmie­tany. Sku­piam na niej spoj­rze­nie, a on wysuwa język i ją zli­zuje. Prze­cho­dzi mnie dreszcz, jak­bym została naelek­try­zo­wana.

Potrzą­sam głową i odwra­cam wzrok.

– Co? – pyta Brian.

– Nic takiego. Zdaje się, że twoja kawa wyjąt­kowo ci sma­kuje.

– To prawda.

– Świet­nie. Cie­szę się, że wiesz, co lubisz, Brian…

– Nie masz poję­cia o tym, co lubię – prze­rywa mi, a jego oczy pobły­skują gniew­nie. – Nawet nie wiesz, jak mam…

– Możemy kon­ty­nu­ować? – odzywa się Xan­der i z powro­tem zaj­muje swoje krze­sło. Jak­by­śmy to my prze­rwali spo­tka­nie.

– Oczy­wi­ście – odpo­wia­dam, ponow­nie chwy­ta­jąc za dłu­go­pis i sku­pia­jąc uwagę na męż­czyź­nie. Im szyb­ciej ta roz­mowa dobie­gnie końca, tym szyb­ciej będę mogła wró­cić do uni­ka­nia Briana. – Chcia­łeś z nami o czymś poroz­ma­wiać?

– Tak – mówi Xan­der. – Wasze księ­gar­nie i Beans zostaną połą­czone w jeden lokal.

Brian zachły­stuje się napo­jem.

Gapię się na Xan­dra.

– Nasze księ­gar­nie… połą­czone?

Męż­czy­zna kiwa twier­dząco głową.

– Taki mia­łem plan od samego początku, a teraz w końcu możemy go zre­ali­zo­wać. Nie ma potrzeby, aby w tej oko­licy ist­niały dwie księ­gar­nie poło­żone tak bli­sko sie­bie. Z biz­ne­so­wego punktu widze­nia taka wewnętrzna kon­ku­ren­cja nie jest dobra.

Chcę mu wytłu­ma­czyć, że moja klien­tela różni się od bywal­czyń księ­garni z roman­sami, ale jesz­cze nie skoń­czył mówić.

– A wie­cie, z czym ludzie lubią łączyć kupo­wa­nie ksią­żek? Z piciem kawy. Eddie mówi, że klienci zawsze przy­cho­dzą do jego kawiarni, aby czy­tać. Pomy­śla­łem więc: hej, stwórzmy jeden wspólny lokal. Dużą księ­gar­nię z kawiar­nią pośrodku. Odwie­dza­jący będą mogli kupić Harry’ego Pot­tera, książkę o wycho­wa­niu dzieci albo thril­ler szpie­gow­ski i od razu usiąść i zabrać się do czy­ta­nia, no nie?

Ode­brało mi mowę. Jestem prze­ra­żona. I tro­chę mi nie­do­brze.

Tabula Inscripta od zawsze była małą księ­gar­nią z wyse­lek­cjo­no­waną ofertą. Co sezon poświę­cam wiele godzin na wybór odpo­wied­nich ksią­żek, tak jak nauczył mnie poprzedni wła­ści­ciel sklepu, Jerome. Nie sprze­daję lite­ra­tury dzie­cię­cej. Nie sprze­daję ksią­żek o wycho­wa­niu dzieci, goto­wa­niu ani jakich­kol­wiek innych porad­ni­ków i wyobra­żam sobie, jak prze­ra­żony Jerome unosi swoje siwe, krza­cza­ste brwi na samą myśl o sprze­da­wa­niu lite­ra­tury gatun­ko­wej.

– Ale nasze sklepy są cał­ko­wi­cie różne – odzywa się Brian.

– Tak, mamy zupeł­nie odmienne bazy klien­tów – dodaję, kiwa­jąc głową. – Nie sta­no­wimy dla sie­bie kon­ku­ren­cji.

– Cóż, jakoś sobie z tym pora­dzi­cie – mówi Xan­der. – To zna­czy jedno z was to zrobi.

Z twa­rzy odpływa mi cała krew.

– Co?

– Nie ma powodu, żebym pła­cił dwóm kie­row­ni­kom za zarzą­dza­nie jed­nym skle­pem.

– Czyli… jedno z nas straci pracę? – W gło­sie Briana sły­chać lęk.

– Kto? – pytam, czu­jąc wzma­ga­jące się mdło­ści. Xan­der jest męż­czy­zną w tra­dy­cyj­nym wyda­niu. Wiem, że wybie­rze Briana. Już teraz dostrze­gam mię­dzy nimi nić poro­zu­mie­nia.

– Nie podejmę decy­zji teraz – odpo­wiada Xan­der. – Posłu­chaj­cie, jaki jest plan.

Zagłę­bia się w szcze­gó­łowe wyja­śnie­nia, a ja sta­ram się robić notatki, choć w gło­wie kłębi mi się masa myśli. Prze­bu­dowa lokalu roz­pocz­nie się za kilka tygo­dni i w jej trak­cie księ­gar­nie pozo­staną otwarte. Według prze­wi­dy­wań Xan­dra cały pro­ces zaj­mie trzy mie­siące, a to z nas, które w tym cza­sie zarobi wię­cej, utrzyma sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze w nowym skle­pie. Dru­gie będzie musiało poszu­kać nowej pracy.

– Czyli zatrud­nisz albo Briana, albo mnie, opie­ra­jąc się jedy­nie na danych finan­so­wych?

Bar­dzo mi się nie podoba myśl o tym, że zostanę pod­dana oce­nie przez pry­zmat zysku – gdyby tylko Xan­der miał zie­lone poję­cie o księ­gar­stwie, wie­działby, że ni­gdy się nie wzbo­gaci na nie­za­leż­nej księ­garni – ale przy­naj­mniej jest to obiek­tywny wskaź­nik.

Brian marsz­czy brwi.

– Wła­ści­wie, to jest…

– Dokład­nie tak – wcho­dzi mu w słowo Xan­der. – Osta­teczną decy­zję podejmę przed Świę­tem Pracy.

Zer­kam na Briana. Nie potra­fię go roz­gryźć. W tym swoim kar­di­ga­nie, ze smyczką i szyl­kre­to­wymi oku­la­rami wygląda jak biblio­te­karz z małego mia­sta, a taki styl cał­kiem nie­źle pasuje do sprze­dawcy ksią­żek. Muszę przy­znać, że jego roz­czo­chrane włosy nie dają mi spo­koju. Czyżby nie był w sta­nie wygo­spo­da­ro­wać chwili na ucze­sa­nie się przed pracą? Ale może to dobrze – może taki sam bała­gan, jak na gło­wie, ma w innych sfe­rach swo­jego życia, łącz­nie z zarzą­dza­niem.

Wzrok Briana spo­tyka się z moim. Znów prze­cho­dzi mnie dreszcz. Zza szkieł oku­la­rów spo­glą­dają na mnie oczy w cie­płym odcie­niu zło­ci­stego brązu, przy­po­mi­na­ją­cego ciemny miód, a mnie ogar­nia dzi­waczne uczu­cie, od któ­rego ści­ska mi się żołą­dek. Pra­wie jak tęsk­nota. Przez uła­mek sekundy widzę nas, jak sie­dzimy przy tym sto­liku – każde z wła­sną kawą i książką – i razem czy­tamy.

Ha. Nie ma opcji. Pew­nie nie powstrzy­małby się od zło­śli­wego komen­ta­rza o tym, że moja lek­tura działa sku­tecz­niej niż lek nasenny.

Poza tym jest moim kon­ku­ren­tem.

Brian zmie­nia pozy­cję, przez co smycz na jego szyi się obraca, odsła­nia­jąc kilka kolo­ro­wych przy­pi­nek. Wid­nieją na nich hasła takie jak: BOHA­TER SZARY MORAL­NIE >>>, KSIĄŻ­KO­HO­LIK; BIORĘ KAŻDĄ, KTÓRA WPAD­NIE MI W RĘCE; ROZ­ŁÓŻ PRZEDE MNĄ STRONY.

Jest jesz­cze jedna, któ­rej za żadne skarby nie potra­fię roz­szy­fro­wać: ZSIWT­KJGD.

Skup się, naka­zuję sobie. Ten czło­wiek drwił z moich ksią­żek, mojego sklepu i mojej oso­bo­wo­ści. A teraz miałby jesz­cze ode­brać mi pracę? Wszystko, na co tak ciężko haro­wa­łam przez ostat­nie pięć lat, moja repu­ta­cja i klien­tela, o które tak dba­łam – cała moja przy­szłość zależy od mojej wygra­nej. Wydo­sta­łam się z macek upo­ka­rza­ją­cej prze­szło­ści, aby zbu­do­wać karierę, z któ­rej jestem dumna.

Nie pozwolę, żeby ten facet mi to ode­brał.

Przy­naj­mniej moje szanse na zwy­cię­stwo pre­zen­tują się nie­naj­go­rzej. W końcu ile ksią­żek się sprze­daje w księ­garni z roman­sami?

2. Ryan

2

Ryan

Trzy­krot­nie nazwała mnie Bria­nem.

Teraz już czte­ro­krot­nie.

Zawsze sądzi­łem, że Josie – jak widać ja wiem, jak ma na imię – mnie nie lubi. Za każ­dym razem, gdy spo­ty­kam ją w Beans, w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Zacho­wuje się, jakby mnie nie pozna­wała.

A może naprawdę mnie nie poznaje?

Tyle że to byłoby bez sensu. Pra­cuje w Tab pra­wie tak długo, jak ja pro­wa­dzę Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia. Wiem, że zama­wia ame­ri­cano na potrój­nym espresso o poranku, a po połu­dniu zio­łową her­batę. No i cia­steczko, jeśli ma zły dzień.

Cho­ciaż, jeśli mam być szczery, Josie wygląda, jakby codzien­nie miała zły dzień.

Może zbyt cia­sno spięła włosy w kok. Mam wra­że­nie, że ni­gdy nie pozwala sobie na choć odro­binę luzu – w kwe­stii fry­zury i nie tylko. Nie przy­po­mi­nam sobie, abym choć raz widział ją bez gru­bej książki w ręce. Wszę­dzie tasz­czy je ze sobą, jakby chciała prze­ko­nać wszyst­kich wokół, jaka z niej Mądrala przez wiel­kie M.

To oczy­wi­ste, że jest bystra. A także bar­dzo ładna, na swój nie­przy­stępny spo­sób, niczym kró­lowa lodu. Ma ciemne włosy, zie­lone oczy o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu i nosi szpilki tak wyso­kie, że z powo­dze­niem mogłyby ucho­dzić za broń.

I wła­śnie dla­tego ni­gdy nie zebra­łem się na odwagę, żeby z nią poroz­ma­wiać.

A po komen­ta­rzu Xan­dra moja szansa na to zapewne prze­pa­dła już bez­pow­rot­nie. Wcale nie okre­śli­łem jej księ­garni mia­nem „smęt­nego pust­ko­wia lęku egzy­sten­cjal­nego”. Powie­dzia­łem, że jej sklep jest smętny – to fakt, nie opi­nia – a jej książki napeł­niają mnie egzy­sten­cjal­nym lękiem. I to też jest prawda.

No dobra, może to wcale nie brzmi lepiej. Mimo to żałuję, że nie zare­ago­wa­łem, gdy Xan­der jej o tym mówił.

– Cie­szę się, że macie do tej sytu­acji takie pozy­tywne nasta­wie­nie – obwiesz­cza Xan­der.

Josie trzyma ręce skrzy­żo­wane na piersi i zaci­ska szczękę. Nie jestem pewien, czy jest wście­kła, czy pró­buje powstrzy­mać łzy.

– Chyba nie mamy innego wyboru – mówię.

Xan­der śmieje się, jak­bym powie­dział coś zabaw­nego. Całe to spo­tka­nie wydaje się żar­tem, a my jeste­śmy jego puentą. W wyobraźni widzę Xan­dra, jak z uśmie­chem zado­wo­le­nia leży nago na swoim ogrom­nym łóżku i liczy pie­nią­dze, zasta­na­wia­jąc się, co jesz­cze może zro­bić, aby jego mario­netki tań­czyły, jak im zagra.

Nie chcę tań­czyć ani dla niego, ani dla kogo­kol­wiek innego i nie chcę wal­czyć z Josie o utrzy­ma­nie posady. Żałuję, że nie ma spo­sobu, aby­śmy oboje zwy­cię­żyli i aby żadne z nas nie stra­ciło swo­jego sklepu.

Ale w praw­dzi­wym życiu nie zawsze można liczyć na szczę­śliwe zakoń­cze­nie, debilu.

Potrzą­sam głową, sta­ra­jąc się wyrzu­cić z umy­słu słowa moich star­szych braci. Zapewne ucie­szy­liby się, gdy­bym prze­grał i zna­lazł sobie bar­dziej „męską” pracę, a oni dłu­żej nie musie­liby już kwe­stio­no­wać mojej sek­su­al­no­ści i roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze tego, że jestem sin­glem.

Laski pew­nie ude­rzają do księ­garni drzwiami i oknami.

Na twoim miej­scu zali­czał­bym każ­dego dnia inną klientkę.

Cza­sem trudno mi uwie­rzyć, że dora­sta­li­śmy pod jed­nym dachem, wycho­wy­wani przez tych samych rodzi­ców, skoro nasze podej­ście do miło­ści i seksu jest tak odmienne.

– No dobrze. – Xan­der szyb­kim ruchem odsuwa się od stołu, a nogi jego krze­sła z piskiem trą o pod­łogę. Wywo­łany tym dźwię­kiem gry­mas na twa­rzy Josie ujaw­nia dołe­czek, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie zauwa­ży­łem. Jest naprawdę śliczna, i to nawet z taką zachmu­rzoną miną. – Niech zwy­cięży naj­lep­szy.

Po wygło­sze­niu tego stwier­dze­nia wycho­dzi.

Odwra­cam się z powro­tem do Josie z nadzieją, że wspól­nie pouża­lamy się nad naszą sytu­acją, ale ona patrzy na mnie tak, jak­bym to ja był jej wro­giem.

Powi­nie­nem powie­dzieć coś, co roz­ła­do­wa­łoby napię­cie, ale takiemu nie­zgrab­nemu wiel­ko­lu­dowi jak ja nie przy­cho­dzi na myśl nic bły­sko­tli­wego. Szcze­gól­nie w obec­no­ści kobiety, która w rów­nym stop­niu mnie onie­śmiela, co urzeka. Przy­po­mi­nają mi się Wredne igraszki i zasta­na­wiam się, jak w takiej sytu­acji Josh Tem­ple­man zagad­nąłby Lucy Hut­ton. Ale żaden ze mnie Josh, a Sally Thorne nie pisze mi dia­lo­gów.

Moje mil­cze­nie zdaje się potę­go­wać iry­ta­cję Josie. Wstaje nabur­mu­szona i szyb­kim kro­kiem wraca do swo­jej księ­garni, zosta­wia­jąc mnie samego przy stole peł­nym brud­nych naczyń i ze zna­jo­mym uczu­ciem nie­po­koju w głębi serca.

Jako naj­młod­szy z czwórki braci byłem zmu­szany do rywa­li­za­cji przez cały okres dora­sta­nia. Kto zje naj­wię­cej w naj­krót­szym cza­sie, kto ude­rzy naj­moc­niej, kto nasika naj­da­lej. Kto jest naj­star­szy (ta kon­ku­ren­cja nie miała żad­nego sensu).

Za każ­dym razem lądo­wa­łem na ostat­nim miej­scu w tabeli.

Nie żeby kie­dy­kol­wiek naprawdę zale­żało mi na wygra­nej. Zawsze czer­pa­łem więk­szą przy­jem­ność z samego wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści niż ze sta­wa­nia na pierw­szym miej­scu podium. Poza tym, co niby miał­bym wygrać? Prawo do prze­chwa­la­nia się?

Teraz jed­nak cho­dzi o naj­wyż­szą stawkę.

Zer­kam na ścianę oddzie­la­jącą moją księ­gar­nię od kawiarni. Obec­nie wiszą na niej prze­zna­czone na sprze­daż dzieła lokal­nych arty­stów. Pró­buję sobie wyobra­zić, że ściana znika i z miej­sca, w któ­rym sie­dzę, mogę zaj­rzeć do Szczę­śli­wych Zakoń­czeń i zoba­czyć swoje pra­cow­nice trwa­jące w bło­giej nie­świa­do­mo­ści, że wszystko się zmieni.

Eddie i nowa baristka wydają się zapra­co­wani, więc przed wyj­ściem zgar­niam ze sto­lika brudne naczy­nia i odno­szę je na ladę.

Gdy wcho­dzę przez drzwi fron­towe do Szczę­śli­wych Zakoń­czeń, wpra­wiam w ruch zawie­szony przy nich dzwo­ne­czek i zalewa mnie fala nostal­gii. Ela­ine, dawna wła­ści­cielka sklepu i moja pierw­sza, a zara­zem jedyna sze­fowa, stwo­rzyła ten zaką­tek jako przy­stań dla wszyst­kich wraż­liw­ców: tych, któ­rzy kochają dawać miłość, ale nie zawsze wie­rzą, że zasłu­gują na wza­jem­ność. Byłaby dumna, gdyby widziała, jak roz­wi­nę­li­śmy skrzy­dła, a książki, które ofe­ru­jemy, ucie­le­śniają nasze motto: każdy zasłu­guje na wła­sną histo­rię miło­sną.

Jeśli Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia prze­staną ist­nieć… Żadna z bostoń­skich księ­garni nie jest wypo­sa­żona w tak róż­no­rodny wybór roman­sów. Nasze klientki nie znajdą dru­giego takiego miej­sca, które mogłyby prze­szu­ki­wać bez stra­chu przed oce­nia­niem, gdzie mogłyby usiąść w przy­tul­nym zaka­marku i czy­tać, a także nawią­zy­wać rela­cje z innymi czy­tel­nicz­kami i z samymi sobą.

Zamknię­cie księ­garni byłoby wielką stratą nie tylko dla mnie, ale i dla wielu innych osób.

– Sze­fie! – krzy­czy moja asy­stentka, mimo że stoję kilka kro­ków od niej.

– Cindy! – odpo­wia­dam z uda­waną eks­cy­ta­cją w gło­sie. Na widok jej zmarsz­czo­nych brwi zdaję sobie sprawę ze swo­jej pomyłki. – Cin­de­rella!

Za nic w świe­cie nie potra­fię się przy­zwy­czaić do nazy­wa­nia Cin­de­rellą mojej obda­rzo­nej dorod­nym biu­stem asy­stentki w śred­nim wieku o wło­sach ufar­bo­wa­nych na krwi­sto­czer­wony kolor. W dodatku ona wcale się nie utoż­sa­mia z potulną, pra­co­witą boha­terką bajek cze­ka­jącą na swo­jego księ­cia – po pro­stu przy oka­zji roz­wodu pozwo­lono jej za darmo zmie­nić imię. Jak zakła­dam, więk­szość ludzi na jej miej­scu po pro­stu wró­ci­łaby do nazwi­ska panień­skiego, ale Cin­de­rella nie jest jak więk­szość ludzi.

– Mam coś dla cie­bie – infor­muje z figlar­nym bły­skiem w oczach.

Tak ostroż­nie, jakby wrę­czała mi naszyj­nik Serce Oce­anu, Cin­de­rella kła­dzie na mojej dłoni jasno­nie­bie­ską przy­pinkę.

Białe litery ukła­dają się w napis: „Nie­prak­ty­ku­jący roman­tyk”.

– Łapiesz? – Jej twarz roz­ciąga się w uśmie­chu. – Był­byś prak­ty­ku­ją­cym roman­ty­kiem, gdy­byś cho­dził na randki.

– Może zacznę cho­dzić wtedy, kiedy ty też to zro­bisz?

Cin­de­rella się czer­wieni i potrząsa prze­cząco głową. Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby była choć na jed­nej randce przez sie­dem lat, które upły­nęły od jej roz­wodu. Mniej wię­cej wtedy zaczęła się poja­wiać w księ­garni. Każ­dego dnia zaszy­wała się z książką w któ­rymś z zaka­mar­ków i pła­kała nad szczę­śli­wymi zakoń­cze­niami. Czy­ta­nie było jej tera­pią, którą trak­to­wała tak poważ­nie, jakby była jej pracą, więc po pew­nym cza­sie zapro­po­no­wa­li­śmy jej sta­no­wi­sko.

Nie żałuję, że zatrud­ni­łem Cin­de­rellę, ale ni­gdy nie powi­nie­nem jej mówić, że podo­bała mi się przy­pinka z napi­sem „Boss Bitch”, którą poda­ro­wała mi pierw­szego dnia pracy. Gdy ostatni raz liczy­łem, mia­łem tych „ozdób” już pra­wie dwie­ście. Boję się, że w końcu spre­zen­tuje mi drugą smyczkę.

– Zoba­czy­łam tę przy­pinkę na kurtce jed­nej klientki i pomy­śla­łam, że dosko­nale do cie­bie pasuje – tłu­ma­czy Cin­de­rella. – Naj­pierw nie chciała się z nią roz­stać, ale w końcu przy­stała na małą wymianę.

Per­se­fona mru­czy i ociera się o moje nogi, więc biorę ją na ręce. Jakimś spo­so­bem zawsze wyczuwa moment, w któ­rym przy­da­łaby mi się odro­bina otu­chy, w prze­ci­wień­stwie do Hadesa, który zbliża się do mnie tylko wtedy, gdy otwie­ram puszkę tuń­czyka.

– Wymianę? – dopy­tuję, bojąc się odpo­wie­dzi.

Cin­de­rella wzru­sza ramio­nami.

– Dałam jej egzem­plarz przed­pre­mie­rowy nowej książki Ali Hazel­wood. Pomy­śla­łam, że skoro oboje już ją prze­czy­ta­li­śmy…

– Jasne – mówię, wdzięczny, że nie wymie­niła się na książkę, którą mogli­by­śmy sprze­dać. Licze­nie każ­dego centa to dla mnie nowość, ale będziemy się musieli do tego przy­zwy­czaić. Zaci­snąć sznu­rówki. A może pasa? Jak­kol­wiek brzmi ta meta­fora, musimy zaro­bić wię­cej niż Josie, a jej księ­gar­nia jest pełna ksią­żek w twar­dych opra­wach, któ­rych ceny są rów­nie przy­tła­cza­jące, co zasób słów ich auto­rów. Przy takich mar­żach Josie musi sprze­dać zale­d­wie połowę tego, co my.

Dzwo­nek u drzwi oznaj­mia przy­by­cie dwóch sta­łych klien­tów, któ­rzy roze­śmiani wcho­dzą do sklepu.

– Hej, przy­stoj­niaku. – Michael jest dziś ubrany jak on sam, a nie jak jego alter ego Gin­ger, gwiazda naszych comie­sięcz­nych spo­tkań, pod­czas któ­rych drag queen na głos czy­tają nasto­lat­kom książki. – Jestem gotowy na spo­tka­nie z nowym książ­ko­wym chło­pa­kiem.

– Wiem dokład­nie, kogo ci potrzeba!

W tej chwili wrzu­cam wyż­szy bieg i robię to, w czym jestem naj­lep­szy: łączę czy­tel­ni­ków z wybra­nymi spe­cjal­nie dla nich opo­wie­ściami, aby pomóc im się prze­ko­nać, że zasłu­gują na taką miłość, o jakiej pisze się książki.

Sie­dem godzin póź­niej wra­cam do domu po upo­ra­niu się z obo­wiąz­kami koń­czą­cymi mój dzień pracy, w tym po sprząt­nię­ciu wszyst­kich okru­chów zosta­wio­nych przez grupę nasto­lat­ków, któ­rzy całe popo­łu­dnie spę­dzili zaszyci w „ich” kąciku czy­tel­ni­czym.

Nie żebym miał coś prze­ciwko. Praca zajęła mi myśli i odcią­gnęła od ana­li­zo­wa­nia naj­gor­szych moż­li­wych sce­na­riu­szy.

Instynk­tow­nie zwal­niam, gdy prze­cho­dzę obok sklepu Josie. Widzę ją przez witrynę; włosy wciąż ma cia­sno upięte w kok i pochyla się nad książką. Czuję pokusę, aby wejść do środka i zapy­tać ją, co czyta, ale jestem praw­do­po­dob­nie ostat­nią osobą, z jaką chcia­łaby roz­ma­wiać.

Po pro­stu… wygląda na samotną.

A może odno­szę takie wra­że­nie dla­tego, że ta księ­gar­nia jest tak ste­rylna i panuje w niej taki porzą­dek, że bar­dziej niż sklep z książ­kami przy­po­mina muzeum. Wzdry­gam się na myśl o tym, że Josie mia­łaby prze­jąć Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia i pozbyć się wszyst­kich pięk­nych, róż­no­rod­nych powie­ści, które z takim poświę­ce­niem selek­cjo­nuję.

Po dru­giej stro­nie ulicy zatrzy­muje się samo­chód Ubera, z któ­rego wysy­puje się grupa pija­nych stu­den­tów. Hałas, jaki robią, z powo­dze­niem mógłby obu­dzić umar­łego. I zwró­cić uwagę Josie.

Odwra­cam wzrok o uła­mek sekundy za późno i gdy pospiesz­nym kro­kiem zmie­rzam w stronę sta­cji Davis Squ­are, usi­łuję wyrzu­cić z głowy obraz jej pięk­nych, peł­nych smutku, zie­lo­nych oczu.

Nie­sku­tecz­nie. Wcho­dzę do mojej kawa­lerki w Char­le­stown, wciąż o nich myśląc. Nale­wam sobie kie­li­szek wina i wgry­zam się w poda­ro­wane mi dziś przez klientkę cia­steczka „lep­sze niż seks”.

Chcę się sku­pić na czymś innym, więc się­gam po lap­top i wcho­dzę na Book­Friends, czyli stronę, na któ­rej sprze­dawcy ksią­żek i biblio­te­ka­rze wymie­niają się opi­niami. Z początku nie rozu­mia­łem, o co cho­dzi z tymi wszyst­kimi zasa­dami ano­ni­mo­wo­ści, ale po tym, gdy znany autor ksią­żek dla mło­dzieży pozwo­lił sobie wygło­sić homo­fo­biczny komen­tarz na jed­nym z orga­ni­zo­wa­nych przeze mnie wyda­rzeń, uświa­do­mi­łem sobie, jak wiele pożytku pły­nie z ist­nie­nia miej­sca, w któ­rym mogłem wyra­zić swoje roz­cza­ro­wa­nie tym czło­wie­kiem, nie oba­wia­jąc się kon­se­kwen­cji.

Ale w Book­Friends naj­bar­dziej lubię recen­zje publi­ko­wane przez użyt­kow­ni­ków. Czy­ta­nie ich pozwala mi się prze­ko­nać, jak prze­różne mogą być gusta. To, co dla jed­nej osoby będzie czy­stymi bred­niami, dla dru­giej okaże się arcy­dzie­łem lite­ra­tury.

Jest pewna kobieta, któ­rej opi­nii zawsze wycze­kuję ze szcze­gól­nym znie­cier­pli­wie­niem. Book­shop­Girl czyta poważne książki – takie, jakie sprze­daje u sie­bie Josie. Ale mimo to BSG (jak nazy­wam ją w myślach) nie jest taką snobką. Publi­ko­wane przez nią recen­zje są dobrze prze­my­ślane i pełne docie­kli­wo­ści. Jestem pewien, że poświęca na ich pisa­nie dużo czasu.

Kilka mie­sięcy temu odby­li­śmy oży­wioną dys­ku­sję na temat Kochan­ków i pisa­rzy Lily King – jed­nej z nie­wielu powie­ści, które oboje prze­czy­ta­li­śmy. Główna hipo­teza: czy to moż­liwe, żeby książka posia­dała cechy kwa­li­fi­ku­jące ją zarówno do lite­ra­tury pięk­nej, jak i romansu? Ja od początku jed­no­znacz­nie uwa­ża­łem, że tak, a ona po dłu­gich namo­wach przy­znała mi rację.

Któ­ryś z pozo­sta­łych użyt­kow­ni­ków w komen­ta­rzu kazał nam „nie robić tego przy ludziach”, więc go posłu­cha­li­śmy. BSG roz­po­częła wymianę pry­wat­nych wia­do­mo­ści i od tego czasu piszemy do sie­bie regu­lar­nie. Dzia­ła­jąc w duchu naszego forum inter­ne­to­wego, nie wyja­wi­li­śmy sobie swo­ich imion, miejsc zamiesz­ka­nia ani żad­nych innych danych per­so­nal­nych. Choć w zasa­dzie uko­chane lek­tury, któ­rymi się dzie­limy, mówią o każ­dym z nas wię­cej, niż mogłyby to zro­bić dane oso­bowe.

Widok zie­lo­nej kro­peczki obok jej pseu­do­nimu wywo­łuje u mnie ulgę – jest online. Otwie­ram okno naszego czatu i cią­gnę wątek, na któ­rym ostat­nio nasza roz­mowa się urwała: Ile prze­czy­ta­łaś już stron?

Book­shop­Girl: 376.

RJ.Reads: Czyli co? Jesteś za połową?

Book­shop­Girl: Bar­dziej w oko­li­cach trzech czwar­tych. Zostało mi około 150 stron.

Kręcę głową z nie­do­wie­rza­niem. Wpraw­dzie zda­rzało mi się czuć nie­do­syt po skoń­cze­niu kilku powie­ści miło­snych, ale nie na tyle, żeby chcieć czy­tać wię­cej niż trzy­sta stron.

Dobra jest? – pytam i czuję, jak z moich ramion w końcu zaczyna ucho­dzić napię­cie.

Book­shop­Girl: W grun­cie rze­czy tak. Język jest piękny, a boha­te­ro­wie dobrze skon­stru­owani.

RJ.Reads: A nie w grun­cie rze­czy?

Book­shop­Girl: Autor jest tro­chę pre­ten­sjo­nalny, ale wiem, jak to jest, więc nie chcę oce­niać książki przez ten pry­zmat.

RJ.Reads: To bar­dzo dyplo­ma­tyczne z two­jej strony.

Book­shop­Girl: Sta­ram się. A ty? Na któ­rej jesteś stro­nie?

RJ.Reads: Zero­wej. W dro­dze powrot­nej do domu skoń­czy­łem egzem­plarz przed­pre­mie­rowy i jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, co teraz prze­czy­tam. Jakieś pro­po­zy­cje?

Book­shop­Girl: Hmmm.

Obser­wuję, jak trzy kro­peczki na prze­mian poja­wiają się i zni­kają, i uśmie­cham się na myśl o tym, że się­gnę po lek­turę z pole­ce­nia BSG. Jeśli spoj­rzeć na książki, które dodała na swoją półkę Ulu­bio­nych, prze­brnię­cie przez to, co wybie­rze, zaj­mie mi całe lato, ale zawsze mogę się prze­rzu­cić na audio­book. Albo zro­bić to, co robi­łem w liceum przed zaję­ciami wyrów­naw­czymi z angiel­skiego – przej­rzeć opi­nie na Google i wypeł­nić luki w wie­dzy infor­ma­cjami z inter­netu, tak by móc uda­wać, że prze­czy­ta­łem daną książkę.

Raczej nie jestem z tego dumny.

Kro­peczki prze­stają się poru­szać, a potem znów zaczy­nają falo­wać. W napię­ciu ocze­kuję na odpo­wiedź.

Book­shop­Girl: Wybacz, zadzwo­niła do mnie sio­stra. Muszę lecieć, ale nie­długo przed­sta­wię ci pro­po­zy­cję godną pię­ciu gwiaz­dek. Dobra­noc!

Gdy zie­lone świa­tełko przy jej nazwie zmie­nia się na czer­wone, zasta­na­wiam się, jakie oczy ma Book­shop­Girl. Myślę o tym, czy są pełne bla­sku jak oczy Cin­de­relli, czy może smutku jak u Josie.

BOOK­FRIENDS

22 maja, 6:47

Book­shop­Girl: Dzień­do­be­rek! Mam za sobą trudną noc i nie­stety nie wybra­łam jesz­cze dla cie­bie książ­ko­wej pole­cajki, ale mogę się podzie­lić kon­tro­wer­syjną opi­nią inspi­ro­waną ostat­nimi wyda­rze­niami.

RJ.Reads: Jasne, śmiało.

Book­shop­Girl: Książki są lep­sze niż ludzie. Uff, wyrzu­ci­łam to z sie­bie. Lite­ra­tura >>> ludz­kość.

Book­shop­Girl: Ale zanim pomy­ślisz, że jestem straszną mizan­tropką, muszę wyja­śnić, że nie uwa­żam ksią­żek za lep­szych od WSZYST­KICH ludzi. I wcale nie wepchnę­ła­bym nikogo przed pędzący pociąg, żeby ura­to­wać książkę.

RJ.Reads: A wrzu­ci­ła­byś przed pociąg książkę, żeby ura­to­wać czło­wieka?

Book­shop­Girl: Hmmm, zależy, o kogo by cho­dziło. I o jaką książkę. (Żar­tuję. Tro­chę).

Book­shop­Girl: Cho­dzi mi o to, że ani jedna z powie­ści Bar­bary King­so­lver mnie nie zawio­dła, a ludzie – i ow­szem, przy­naj­mniej w jakimś stop­niu.

RJ.Reads: Rozu­miem (choć dla mnie to powie­ści Abby Jime­nez).

Book­shop­Girl: Na książ­kach można pole­gać bar­dziej niż na ludziach. Nie wbi­jają ci noża w plecy, nie obga­dują cię i nie obra­żają. No i na doda­tek nie komen­tują, gdy cały dzień pła­czesz w piża­mie z powodu śmierci boha­tera.

RJ.Reads: Albo gdy zaśmie­jesz się w głos pod­czas pogrzebu (co ludzie zde­cy­do­wa­nie komen­tują. Zapy­taj, skąd to wiem).

Book­shop­Girl: Czy­tasz w trak­cie pogrze­bów?

RJ.Reads: Zro­bi­łem to tylko raz. Na swoją obronę dodam, że był to pogrzeb mojej stry­jecz­nej babki, która miała 102 lata.

Book­shop­Girl: Nie oce­niam cię. Jestem pod wra­że­niem.

Book­shop­Girl: W książ­kach świetne jest też to, że zawsze są przy tobie i ni­gdy nie mają dosyć two­jego towa­rzy­stwa.

RJ.Reads: I ni­gdy nie narze­kają, że je igno­ru­jesz, gdy życie cię stre­suje i przy­tła­cza.

Book­shop­Girl: No wła­śnie! Nie­ważne, ile mija czasu, książki cze­kają z otwar­tymi stro­nami, gotowe, by porwać cię w podróż lub pocie­szyć po trud­nym dniu. Ludzie przy­cho­dzą i odcho­dzą, ale książki? One zostają z tobą na zawsze.

RJ.Reads: Święte słowa.

3. Josie

3

Josie

Gdy dora­sta­łam, wielu doro­słych w dobrej wie­rze mówiło mi, że powin­nam „prze­stać sie­dzieć z nosem w książce” i wyjść z domu, żeby „zoba­czyć, jak wygląda praw­dziwe życie”. Ale z tego, co zdą­ży­łam zauwa­żyć, rze­czy­wi­stość jest grubo prze­re­kla­mo­wana.

Naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie z mojego życia, jakie potra­fię przy­wo­łać, to kiedy czy­ta­łam sio­strze Tam, gdzie żyją dzi­kie stwory, sta­ra­jąc się zagłu­szyć bitwę na wrza­ski roz­gry­wa­jącą się mię­dzy naszą mamą a jej naj­now­szym chło­pa­kiem. Nie umia­łam jesz­cze popraw­nie wymó­wić wszyst­kich słów, ale za wszelką cenę chcia­łam nas prze­nieść z samego cen­trum cha­osu do jakie­goś magicz­nego miej­sca. W dru­giej kla­sie skom­pli­ko­wane rela­cje ośmio­lat­ków zaczęły mnie prze­ra­stać, więc nabra­łam zwy­czaju czy­ta­nia pod­czas przerw. Gdy skoń­czy­łam jede­na­ście lat, zapro­si­łam całą klasę na mara­ton czy­tel­ni­czy – zare­zer­wo­wa­łam nawet salę w miej­sco­wej biblio­tece – ale nikt się nie zja­wił. Uro­dziny spę­dzi­łam więc w towa­rzy­stwie biblio­te­ka­rek, które zawsze cie­szyły się na mój widok. W liceum, choć cie­ka­wiły mnie mecze i imprezy, o któ­rych wszy­scy mówili, zwy­kle sie­dzia­łam w domu, pil­nu­jąc sio­stry. Ktoś musiał to robić, a na mamę nie­szcze­gól­nie można było liczyć. Ale hej – przy­naj­mniej mia­łam książki.

Cokol­wiek by się nie działo, liczba ksią­żek w mojej biblio­teczce zawsze prze­wyż­szała liczbę moich zna­jo­mych.

Zarzą­dza­nie księ­gar­nią zmu­siło mnie do wyj­ścia ze sko­rupy i pomo­gło się prze­obra­zić z nie­śmia­łego mola książ­ko­wego w kogoś, kto swo­bod­nie pro­wa­dzi roz­mowy i potrafi dora­dzać – przy­naj­mniej w tej bez­piecz­nej prze­strzeni mię­dzy pół­kami. Może i poza skle­pem jestem cicha i wyco­fana, ale w nim odna­la­złam swój głos.

Tylko że teraz temu wszyst­kiemu zagraża Xan­der Laing.

Nie cho­dzi jed­nak tylko o moją przy­szłość, moje źró­dło utrzy­ma­nia, a o klien­tów, któ­rych obsłu­gi­wa­łam przez pięć lat. Jest na przy­kład Beatrice Glay­bold, która prze­nio­sła się na Flo­rydę, ale ufa mi w kwe­stii wyboru ksią­żek na tyle, że wysy­łam jej wszystko, co mogłoby jej przy­paść do gustu. Albo Michael Liu, który pro­wa­dzi dział o lite­ra­tu­rze w „Boston Herald” i dobiera lek­tury na pod­sta­wie moich reko­men­da­cji. Albo James Ken­dall, który w ubie­głym roku stra­cił żonę i co tydzień przy­cho­dzi, aby kupić nową książkę i poga­dać.

Jeśli stracę tę pracę, utracę także ich, a wszyst­kim nam zabrak­nie księ­garni, tego spo­koj­nego azylu peł­nego świa­tów i opo­wie­ści.

Sie­dzę na zaple­czu sklepu, oto­czona jesz­cze nie­otwar­tymi pudłami, gdy sły­szę dźwięk dzwo­neczka przy drzwiach. Przez moment jestem w sta­nie jedy­nie gapić się w prze­strzeń, a panika ści­ska mi żołą­dek.

Głos woła: „To ja!”, na co z ust wydo­staje mi się wes­tchnie­nie ulgi. To moja sio­strzyczka (dla niej rzu­ci­ła­bym pod pędzący pociąg wszyst­kie książki, jakie posia­dam – i dla pew­no­ści sama sko­czy­ła­bym za nimi).

– Jestem na zaple­czu! – krzy­czę.

Drzwi wej­ściowe zamy­kają się za nią, a potem nastę­puje zna­joma sekwen­cja dźwię­ków – krok-krok-stuk – gdy idzie po wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze.

– Przy­nio­słam ci ruge­la­chy – oznaj­mia Geo­r­gia. Opiera swoją laskę o biurko, odkłada białą torebkę z cukierni Mama­leh’s zlo­ka­li­zo­wa­nej w Cam­bridge, po dru­giej stro­nie rzeki, a na koniec ściąga ple­cak. Wpa­dła tu po dro­dze na zaję­cia na Uni­wer­sy­te­cie Tufts, na myśl o któ­rych czuję ukłu­cie zazdro­ści.

– Dzię­kuję, droga sio­stro – odpo­wia­dam i się­gam po roga­lika.

Geo­r­gia też wgryza się w ciastko i przez chwilę obie prze­żu­wamy w ciszy. Sma­kują jak maślano-cze­ko­la­dowa pocie­cha. Nasza sąsiadka, pani Gold­stein, miała w zwy­czaju przy­no­sić nam ruge­la­chy, gdy mama prze­cho­dziła przez jeden ze swo­ich „trud­nych okre­sów”, cho­ciaż chyba nie zda­wała sobie sprawy, jak strasz­nie wtedy bywało. Geo­r­gia i ja zacho­wa­ły­śmy tę tra­dy­cję i kupu­jemy roga­liki zawsze, gdy któ­raś z nas ma zły dzień.

Moja sio­stra jest bar­dziej wylu­zo­waną i opty­mi­styczną wer­sją mnie. Ma ciemne włosy i zie­lone oczy, które odzie­dzi­czy­ły­śmy po naszym tacie (zanim się zmył, gdy ja mia­łam pięć lat, a Geo­r­gia była nie­mow­lę­ciem), ale ona nie spina swo­ich roz­wi­chrzo­nych wło­sów, więc się kręcą od wil­goci wcze­snego lata. Po mamie obie mamy mięk­kie, krą­głe ciała, jed­nak ja noszę ołów­kową spód­nicę, a ona – długą do ziemi kwie­ci­stą sukienkę, która czę­ściowo zasła­nia szynę na jej pra­wej nodze. Jest nie­ustra­szona, otwarta i fajna. W prze­ci­wień­stwie do mnie.

– Więc… – zaczyna. – Źle spa­łaś?

Krzy­wię się. Jest też zbyt spo­strze­gaw­cza. Odkąd zaczęła stu­dia dok­to­ranc­kie z psy­cho­lo­gii, nabrała zwy­czaju zwra­ca­nia się do mnie nowym tonem. Zatro­ska­nym, pro­fe­sjo­nal­nym. Jakby pró­bo­wała zaj­rzeć do mojego umy­słu i pod­dać mnie ana­li­zie.

– Jestem zestre­so­wana – przy­znaję. – Zasta­na­wia­łam się, co powin­nam zro­bić, żeby wygrać.

Geo­r­gia bie­rze mój notat­nik i czyta:

– Jeden: Ciąć koszty. Dwa: Sprze­da­wać wię­cej ksią­żek. – Unosi powąt­pie­wa­jąco brew. – Przy­kro mi to mówić, Jojo, ale trudno ci będzie zre­ali­zo­wać te stra­te­gie.

– Wiem – mówię i wzdy­cham.

– Jak niby chcesz obciąć koszty? I tak już oszczę­dzasz, na czym się da.

Ma rację. Odkąd ode­szli moi pół­e­ta­towi pra­cow­nicy, wszystko robię sama: kupuję, odbie­ram i wykła­dam książki, opła­cam rachunki, pro­wa­dzę stronę inter­ne­tową. Zaj­muję się nawet czysz­cze­niem toa­lety na zaple­czu. Geo­r­gia mi pomaga, ale nie chce przy­jąć ode mnie zapłaty. Powta­rza, że „zawdzię­cza mi życie”, co nie do końca jest prawdą, ale doce­niam inten­cję. Nie wie, że pie­nią­dze, któ­rych przy­ję­cia odma­wia, wpła­cam na konto ban­kowe. Będzie mogła je wypła­cić, jeśli i kiedy będzie ich potrze­bo­wała.

– I w jaki spo­sób zamie­rzasz zwięk­szyć sprze­daż latem? – cią­gnie. – To nie jest sezon na lite­ra­turę piękną.

W tej kwe­stii rów­nież ma rację. Latem ludzie szu­kają lek­tur do poczy­ta­nia na plaży: lek­kich, anga­żu­ją­cych i łatwych do prze­tra­wie­nia. Ten Jak-mu-tam w Szczę­śli­wych Zakoń­cze­niach praw­do­po­dob­nie sprze­daje masę ksią­żek o tej porze roku.

(Ma na imię Brian, przy­po­mi­nam sobie. Brian, który nosi kar­di­gany i dziwne przy­pinki i nie znosi mojego sklepu. Brian, czyli facet, któ­remu inny facet dał narzę­dzia, by zruj­no­wać mi życie).

– Dla­czego to wszystko nie mogło się wyda­rzyć jesie­nią? – mówię. Naj­bar­dziej sprze­da­żowy dla mnie okres – poza okre­sem świą­tecz­nym – trwa od wrze­śnia do listo­pada, kiedy to wydawcy wypusz­czają swoje naj­bar­dziej wycze­ki­wane tytuły. – Była­bym nie do poko­na­nia.

– I może to powinno dać ci do myśle­nia – zauważa Geo­r­gia. – Prze­cież muszą ist­nieć czy­tel­nicy, któ­rzy czy­ta­jąc, uwiel­biają spraw­dzać zna­cze­nie słów w słow­niku.

Kpi ze mnie, ale przy­pad­kiem pod­su­nęła mi nie­złą myśl.

– Może mogła­bym zor­ga­ni­zo­wać jakieś spo­tka­nie, na któ­rym można by roz­ma­wiać o książ­kach.

– To cie­kawe, że nie chcesz nazy­wać tego klu­bem książki. Jak myślisz, dla­czego?

Znowu używa tego tonu, więc potrzą­sam głową i mówię:

– Nie tera­peu­ty­zuj mnie, Geo­rge. A przy­naj­mniej nie przed kawą.

Prze­rywa nam huk­nię­cie – ktoś stuka w szklane drzwi sklepu. Gdy wycho­dzę z zaple­cza, widzę, jak jakiś męż­czy­zna zagląda do księ­garni przez witrynę. Macha do mnie, więc pod­cho­dzę do drzwi i uchy­lam je tylko odro­binę, tak aby nie wypu­ścić na zewnątrz ochła­dza­nego kli­ma­ty­za­cją powie­trza (Stra­te­gia #1: Ciąć koszty).

– Dzień dobry, jesz­cze nie jest otwarte…

– Muszę zwró­cić książkę.

Widzę przed sobą uoso­bie­nie znie­cier­pli­wie­nia – facet ma na sobie świeżo wypra­so­wany gar­ni­tur i wypa­sto­wane buty, pew­nie zmie­rza na jakieś Bar­dzo Ważne Spo­tka­nie – zatem uznaję, że łatwiej będzie przy­jąć ten zwrot, niż kazać mu przyjść póź­niej. Nie jest moim sta­łym klien­tem, ale jeśli spodoba mu się w skle­pie, może nim zosta­nie (Stra­te­gia #2: Sprze­da­wać wię­cej ksią­żek).

Obda­rzam go swoim naj­ser­decz­niej­szym uśmie­chem.

– Oczy­wi­ście. Pro­szę wejść.

Idzie za mną do kasy i rzuca książkę na kon­tuar. To naj­now­szy tytuł z Klubu książki Oprah. Sprze­da­łam dzie­siątki egzem­pla­rzy.

– Popro­szę o para­gon – mówię.

Męż­czy­zna marsz­czy brwi.

– To był pre­zent.

– Przy­kro mi, ale akcep­tu­jemy zwroty lub wymianę towa­rów tylko na pod­sta­wie para­gonu. – Poka­zuję mu infor­mu­jący o tym napis tuż przy kasie.

– Macie tu dokład­nie tę samą książkę. – Ruchem głowy wska­zuje wystawę. – Nie możesz przy­jąć zwrotu po aktu­al­nej cenie sprze­daży?

Uśmie­cham się i powta­rzam, jaka jest poli­tyka sklepu, obsta­jąc przy swoim.

Klient wzdy­cha sfru­stro­wany.

– Czy mogę roz­ma­wiać z pani prze­ło­żo­nym?

– Wła­ści­wie to ja zarzą­dzam tą księ­gar­nią.

Stan­dar­dowa reak­cja: męż­czy­zna mie­rzy mnie podejrz­li­wym wzro­kiem, a try­biki w jego gło­wie się obra­cają. To nie­moż­liwe, aby ta niska młoda kobieta mogła mieć jakieś wpływy lub auto­ry­tet. Tak naprawdę mam trzy­dzie­ści lat i jestem śred­niego wzro­stu, ale natura obda­rzyła mnie prze­klętą twa­rzą dziecka, przez którą wyglą­dam na co naj­mniej pięć lat młod­szą. To dla­tego ubie­ram się ele­gancko i zawsze spi­nam włosy.

– Mia­łem na myśli kie­row­nika – dodaje. – Czy on tu jest?

Z ogrom­nym wysił­kiem, ale wciąż się uśmie­cham.

– Wła­śnie roz­ma­wia pan z kie­row­niczką.

Obu­rza się.

– To jakiś absurd. Ona kosz­to­wała… – otwiera okładkę i wska­zuje cenę – …dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć! Plus poda­tek! To nie­po­ważna kwota jak na książkę.

Zaci­skam szczękę. Poły­sku­jące zdo­bie­nia na obwo­lu­cie, papier czer­pany… To cho­lerne dzieło sztuki! Ten gość naj­wy­raź­niej nie ma poję­cia o kunsz­cie, jakiego wymaga wyko­na­nie pięk­nej twar­dej oprawy.

– Pro­szę pana, to nie ja usta­lam ceny, ale…

– Chcę zwrotu pie­nię­dzy. W tej chwili. Nie mam czasu na kłót­nię z kasjerką. Rozu­miesz?

Czuję się, jakby zaser­wo­wał mi kop­niaka pro­sto w klatkę pier­siową. Jestem dumna ze swo­jej pracy. To coś znacz­nie wię­cej niż obsłu­gi­wa­nie kasy.

– Och, rozu­miem – odpo­wia­dam, tym razem bez uśmie­chu. – Jeśli jed­nak oddam panu dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć plus poda­tek za książkę, która nawet nie musiała być zaku­piona tutaj…

– Była…

– Nawet jeśli uda­łoby mi się ją póź­niej sprze­dać, nie mia­ła­bym z tego żad­nego zysku. Co wię­cej… – Zdej­muję obwo­lutę i szybka inspek­cja pozwala mi stwier­dzić, że grzbiet jest wyraź­nie zła­many. – Ktoś ją już czy­tał.

– To nie…

– Więc w grun­cie rze­czy jest w sta­nie, który unie­moż­li­wia ponowną sprze­daż. – Trzę­są­cymi się dłońmi oddaję mu książkę, ale mój głos pozo­staje spo­kojny i zde­cy­do­wany. – Jeśli zwrócę panu dwa­dzie­ścia dzie­więć dzie­więćdziesiąt dzie­więć plus poda­tek za ten nie­zdatny do sprze­daży towar, stracę pie­nią­dze. A jeśli w podobny spo­sób pójdę na rękę innym klien­tom, nie będzie mnie stać na opła­ce­nie rachun­ków za prąd, wymianę rolki papieru w kasie lub wypłatę wła­snej skrom­nej pen­sji i w końcu będę zmu­szona zamknąć księ­gar­nię, a pan, pro­szę pana, będzie miał swój wkład w upa­dek jed­nego z naj­bar­dziej uwiel­bia­nych lite­rac­kich punk­tów na mapie Bostonu, sklepu, który działa w tym oto lokalu i służy czy­tel­ni­kom od ponad sześć­dzie­się­ciu lat.

Jest wyraź­nie spe­szony, a jego twarz robi się czer­wona. Przez chwilę wydaje mi się, że zacznie na mnie krzy­czeć…

Ale wtedy on obraca się na pię­cie i tupiąc, rusza w kie­runku drzwi. Przed wyj­ściem odwraca się i woła:

– To był ostatni raz, gdy odwie­dzi­łem ten sklep!

– Będzie nam pana nie­zwy­kle bra­ko­wało – odpo­wia­dam.

– Suka – mam­ro­cze pod nosem.

Na dźwięk tego słowa prze­wraca mi się w żołądku, ale nim zdążę zare­ago­wać, męż­czy­zna wycho­dzi.

Zza ple­ców dobie­gają mnie okla­ski apro­baty sio­stry.

– Tak to jest, gdy się zaj­dzie Josie za skórę – komen­tuje z sze­ro­kim uśmie­chem. – Już dawno cię takiej nie widzia­łam.

Musiało jej umknąć to, co rzu­cił na odchodne. Wzdy­cham, pró­bu­jąc się pozbyć wstręt­nego posmaku tej obe­lgi. Jestem wście­kła, że teraz kwe­stio­nuję swoje zacho­wa­nie i zasta­na­wiam się, czy to ja nie byłam przy­pad­kiem nie­uprzejma. Pro­wa­dze­nie biz­nesu jest dla kobiety jak nie­ustanny spa­cer po linie – chcę, aby sza­no­wano mnie przez wzgląd na moje umie­jęt­no­ści, ale wiem, że nikt nie będzie mnie trak­to­wał poważ­nie, jeśli nie będę przy tym miła.

– On po pro­stu…

– Och, zasłu­żył sobie – mówi. – Ale dobrze by było, żebyś w wol­nej chwili zasta­no­wiła się, dla­czego reagu­jesz w ten spo­sób, gdy ktoś depre­cjo­nuje twoją pracę.

– Bo to było cham­skie! – Ale oczy­wi­ście cho­dzi o coś wię­cej. Boję się, że ktoś, kto wyraża się o mnie w ten spo­sób, może mieć rację; że ni­gdy nie osią­gnę niczego, co mia­łoby jakieś zna­cze­nie, i że tak naprawdę nie zasłu­guję na swoje sta­no­wi­sko.

– To prawda – przy­znaje Geo­r­gia – oraz może świad­czyć o ist­nie­niu jakiejś nie­za­le­czo­nej rany.

Zaci­skam usta i powta­rzam sobie w myślach, że jestem cał­ko­wi­cie, abso­lut­nie prze­szczę­śliwa, że moja sio­stra stu­diuje na kie­runku, który kocha.

– Wiesz co? Chyba już czas na kawę – mówię i wycho­dzę na oblaną poran­nym słoń­cem ulicę.

W Beans panuje zgiełk. Nowa pra­cow­nica Eddiego, Mabel, przyj­muje zamó­wie­nie (ame­ri­cano dla mnie oraz mro­żoną mie­szankę chai i espresso dla Geo­r­gii) i z ner­wo­wym uśmie­chem obie­cuje się tym razem nie pomy­lić.

– Czy ona się mnie boi? – pytam Eddiego, który prze­ciera wła­śnie sto­lik.

– Nie, to mnie się boi. Strze­li­łem jej wykład na temat wycią­ga­nia wnio­sków co do czy­jejś płci na pod­sta­wie rodzaju zamó­wio­nej kawy. – Patrzy na mnie zmar­twio­nym wzro­kiem. – Wszystko w porządku?

Osu­wam się na krze­sło. Słowo „suka” wciąż łazi po moim umy­śle niczym wstrętny pająk.

– Mia­łam dziś fatal­nego klienta.

– Już? Prze­cież nawet nie otwo­rzy­łaś jesz­cze sklepu!

– No wła­śnie! – Opo­wia­dam mu o wizy­cie męż­czy­zny, a Eddie reaguje znie­sma­cze­niem. – Po pro­stu poczu­łam się taka… nic nie­zna­cząca. Xan­der trak­tuje mnie dokład­nie tak samo.

Eddie ze współ­czu­ciem ści­ska moje ramię.

– Nie daj się tym sukin­sy­nom.

Nagle nacho­dzi mnie nowa myśl.

– Chwila. A co plan Xan­dra ozna­cza dla Beans?

Wzru­sza ramio­nami.

– Podej­rze­wam, że nowy kie­row­nik sta­nie się moim prze­ło­żo­nym.

W jego gło­sie sły­szę roz­cza­ro­wa­nie. Eddie, podob­nie jak ja, lubi dowo­dzić.

– Możesz mieć pew­ność, że jeśli ja zwy­ciężę, będziesz mógł wciąż pro­wa­dzić kawiar­nię tak, jak chcesz.

O sekundę za długo zwleka z odpo­wie­dzią, po czym mówi:

– Dzięki, skar­bie.

Moment. Czyżby nie wie­rzył, że mogę wygrać?

– Eddie. – Nachy­lam się do niego. – Co…

– Och, spójrz, jaka kolejka. Lepiej pomogę Mabel, zanim się zaleje łzami.

W pośpie­chu oddala się w stronę kasy, a ja, zasko­czona, odchy­lam się na opar­cie krze­sła. Eddie jest moim przy­ja­cie­lem. Czy on też mnie nie doce­nia? Chyba że wie coś, czego ja nie wiem. Na Davis Squ­are jest nie­malże jak bur­mistrz – wie o wszyst­kim, co się dzieje w oko­licy. Widzi, ilu klien­tów odwie­dza sklep Briana, a ilu mój, oraz jak wielu z nich wycho­dzi z zaku­pio­nymi książ­kami. Z kolei moja wie­dza o Szczę­śli­wych Zakoń­cze­niach jest nie­wielka i ogra­ni­cza się do tego, że więk­szość klien­teli sta­no­wią kobiety (w końcu to głów­nie je widy­wa­łam z różowo-zło­tymi toreb­kami w ręku). Jak sądzę, per­so­nelu rów­nież.

– Josie?

Wstaję i wpa­dam wprost w czy­jąś klatkę pier­siową. Jakaś ręka chwyta mnie za ramię i pod­trzy­muje, żebym się nie prze­wró­ciła. Pod­no­szę wzrok. To Brian.

Z tak bli­skiej odle­gło­ści widzę, jak szo­ku­jąco wyso­kim męż­czy­zną jest – góruje nade mną nawet pomimo moich dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sów. Zadzie­ram brodę, co gwa­ran­tuje mi widok na jego szczękę pokrytą jasno­brą­zo­wym cie­niem zaro­stu. Przez rękaw bluzki czuję cie­pło jego dłoni zaci­śnię­tej na moim ramie­niu.

– Prze­pra­szam – mówię, robiąc krok w tył.

Pusz­cza moje ramię i odchrzą­kuje.

– Wybacz. Ja… eee, chcia­łem zapy­tać, czy możemy poroz­ma­wiać.

Dziś Brian ma na sobie szary kar­di­gan, a także zawie­szoną na szyi smyczkę i swoje szyl­kre­towe oku­lary. Jego włosy dalej są roz­czo­chrane, choć gdyby był boha­te­rem romansu, pew­nie opi­sano by je jako kasz­ta­nowe loki czę­ściowo prze­sła­nia­jące prze­ni­kliwe spoj­rze­nie jego maho­nio­wych oczu.

Nie wiem, czego ode mnie chce, ale na pewno nie będę z nim roz­ma­wiać, gdy patrzy na mnie z góry.

– Jasne – odpo­wia­dam. – Usiądźmy.

Wydaje się zasko­czony moją zgodą, ale kiwa głową i oboje przy­su­wamy do stołu po krze­śle. Mój wzrok pada na jesz­cze jedną przy­pinkę na jego smy­czy: GDY MYŚLĘ O KSIĄŻ­KACH, DOTY­KAM SWO­JEJ PÓŁKI.

Chwilę zaj­muje mi zro­zu­mie­nie tych słów. Gdy już zała­puję, o co cho­dzi, przy­po­mina mi się pio­senka zespołu Divi­nyls, a za nią taki obraz: moja mama tań­czy w kuchni, uskrzy­dlona uczu­ciem do kolej­nego męż­czy­zny, który, jak się zarzeka, ma być Tym Jedy­nym. Mała Geo­r­gia pląsa u boku matki, a jej pełne nadziei oczy błysz­czą. Dwa tygo­dnie póź­niej ten koleś rzuci naszą mamę, a ona znów zaszyje się w łóżku, zacią­gnie zasłony i pogrąży się w roz­pa­czy, zapo­mi­na­jąc o swo­ich małych córecz­kach, które potrze­bują, aby ktoś je nakar­mił, wyprał im ubra­nia i pomógł odro­bić lek­cje.

Otrzą­sam się z zamy­śle­nia i sku­piam na Bria­nie. Wpa­truje się we mnie, a jego wzrok prze­suwa się po mojej twa­rzy, jak gdyby czy­tał mnie jak książkę.

Nudną, gorzką książkę.

– Chcia­łeś o czymś poroz­ma­wiać? – pytam.

Mruga.

– Och, no tak. O tej całej spra­wie z Xan­drem. Myślę, że nie ma powodu, żeby­śmy mieli się trak­to­wać jak wro­go­wie.

– Zga­dzam się – przy­znaję mu rację, choć jed­no­cze­śnie zacho­wuję ostroż­ność. Chcia­ła­bym czuć, że sie­dzimy w tym bagnie razem, zjed­no­czeni w nie­na­wi­ści do naszego wspól­nego szefa nik­czem­nika. Nie­stety wygląda na to, że Xan­der i Brian są kum­plami, któ­rych jed­no­czy pogarda wobec mnie.

„Jak nazwa­łeś jej księ­gar­nię, Law­son? Smęt­nym pust­ko­wiem lęku egzy­sten­cjal­nego?”

– Świet­nie, to naprawdę świet­nie – odpo­wiada Brian. – Bo, hmm, po tym, jak Xan­der połą­czy lokale w jeden, będzie tutaj wiele do ogar­nię­cia i… sporo pracy do wyko­na­nia.

– Tak – potwier­dzam nie­pewna, do czego zmie­rza. Czyżby sądził, że nie była­bym w sta­nie temu podo­łać?

– Zasta­na­wia­łem się, co mógł­bym zro­bić… – Odgar­nia włosy z czoła i wyraź­nie się waha. – Cho­dzi o to, żebyś nie została bez pracy, gdy…

– Co masz na myśli, mówiąc „gdy”? – Przy ostat­nim sło­wie mój głos zmie­nia się w pisk.

– Chcia­łem powie­dzieć „jeśli” – popra­wia się szybko.

– Ale powie­dzia­łeś „gdy”. – Zdu­szam ogar­nia­jącą mnie panikę. Czy Xan­der mu o czymś powie­dział? Może ta cała rywa­li­za­cja jest usta­wiona i Brian już teraz ma zwy­cię­stwo w kie­szeni? – Dobór słów ma zna­cze­nie.

– Pomy­li­łem się.

– Może to freu­dow­ska pomyłka.

Mruga, patrząc na mnie zza oku­la­rów.

– Cóż, prze­pra­szam.

Nie brzmi to, jakby było mu przy­kro. Wygląda na ziry­to­wa­nego, co nie jest w porządku – w końcu to on zasu­ge­ro­wał, że prze­gram.

Wypusz­czam powie­trze z płuc i zer­kam na tele­fon. Już pra­wie nade­szła pora otwar­cia sklepu.

– Dzięki za roz­mowę, Brian, ale…

– PRZE­STAŃ MNIE TAK NAZY­WAĆ.

Zszo­ko­wana gwał­tow­nie przy­wie­ram ple­cami do opar­cia krze­sła.

– Co, pro­szę?

Mam­ro­cze coś, ale nie dosły­szę.

– Co takiego? – nakła­niam go, by powtó­rzył.

– Ryan – mówi, tym razem wyraź­niej. – Mam na imię…

Obraca zawie­szoną na smyczce pla­kietkę: RYAN LAW­SON. KIE­ROW­NIK, SZCZĘ­ŚLIWE ZAKOŃ­CZE­NIA.

Policzki oblewa mi rumie­niec zawsty­dze­nia. Od kilku dni nazy­wa­łam go nie­wła­ści­wym imie­niem.

Ale zanim zdążę prze­pro­sić, on wstaje. Ze swoim wzro­stem wiel­ko­luda góruje nade mną, więc pod­ry­wam się na nogi i pró­buję zebrać się na odwagę, któ­rej nie mam w sobie wiele.

– Chcia­łeś powie­dzieć coś jesz­cze?

– Tak, jeśli tylko pozwo­lisz mi dokoń­czyć. – Wzdy­cha z fru­stra­cją. – Pró­buję ci prze­ka­zać, że jeśli wygram… – Przy­gryza wargę, po czym wypala szybko: – …mogła­byś być moją asy­stentką.

Momen­tal­nie ogar­nia mnie obu­rze­nie.

– Twoją asy­stentką?

– Mógł­bym cię zatrud­nić jako asy­stentkę kie­row­nika, żebyś nie została bez pracy. – Robi minę, która mówi: Widzisz, jaki ze mnie miły facet?

– Rany, to wspa­niale – odpo­wia­dam.

– Tak? – Unosi brwi.

– No wiesz, jesteś męż­czy­zną, więc to ty powi­nie­neś być sze­fem.

– Eee…

– A my, kobietki, powin­ny­śmy pra­co­wać dla cie­bie, prawda? – Czuję nara­sta­jący gniew i w końcu daję upust fru­stra­cji, która zbie­rała się we mnie od spo­tka­nia z tym okrop­nym klien­tem. – Założę się, że to wła­śnie dla­tego tak uwiel­biasz zarzą­dzać księ­gar­nią. Tabuny kobiet pro­szą, żebyś pole­cił im coś do prze­czy­ta­nia? I hej, jeśli te książki przy oka­zji umac­niają prze­ko­na­nie, że kobiety bez męż­czyzn są nie­kom­pletne, to tym lepiej! Patriar­chat w naj­lep­szym wyda­niu.

– Ja…

Pod­cho­dzę do niego o krok, wbi­jam palec w jego pierś i mówię to, co chcia­ła­bym powie­dzieć każ­dej oso­bie, która kie­dy­kol­wiek mnie nie doce­niała.

– Ni­gdy nie będę twoją asy­stentką, Panie Szczę­śliwe Zakoń­cze­nia. I lepiej zacznij już dopra­co­wy­wać swoje CV, bo zamie­rzam wygrać tę bitwę. I wiesz, co zro­bię, jak tylko zwy­ciężę? Zwol­nię cię.

Po tych sło­wach odwra­cam się i odcho­dzę.

Chcia­ła­bym móc powie­dzieć, że wyrzu­ce­nie z sie­bie tego wszyst­kiego popra­wiło mi samo­po­czu­cie. Jed­nak ogar­nia mnie wra­że­nie, że bez względu na to, co robię – mil­czę, panuję nad sobą, czy wybu­cham – zawsze koniec koń­ców czuję się winna.

4. Ryan

4

Ryan

Co to, do dia­bła, miało być?

Osłu­piały gapię się na miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed sekundą stała Josie. Sądzi­łem, że się ucie­szy, gdy usły­szy, że nie straci pracy, nawet jeśli prze­gra­łaby tę głu­pią rywa­li­za­cję, w jaką wpa­ko­wał nas Xan­der.

W żad­nym momen­cie nie zamie­rza­łem zasu­ge­ro­wać, że powinna mi pod­le­gać.

W gło­wie głos moich braci pod­suwa mi nie­przy­zwo­ity obraz: łóżko, a w nim ule­gła Josie speł­nia­jąca moje zachcianki.

Szanse na to są zni­kome. I nie ma zna­cze­nia to, że gdy się wścieka, jej oczy błysz­czą jak szma­ragdy, i że pach­nie jak pole lawendy w desz­czowy dzień. Gdyby Josie Klein posia­dała wła­dzę nad pio­ru­nami jak Vio­let Sor­ren­gail, bez wąt­pie­nia już teraz był­bym niczym wię­cej niż kupką popiołu na pod­ło­dze.

Jeśli dałaby mi choć sekundę na wyja­śnie­nie mojej pro­po­zy­cji, może uświa­do­mi­łaby sobie, że wro­giem nie jestem ja, tylko Xan­der. Cho­lera, prze­cież sam dosko­nale wiem o tym, że w pracy księ­ga­rza nie cho­dzi tylko o zaro­bek i że bez naszych księ­garni byli­by­śmy zupeł­nie zagu­bieni, niczym kapi­ta­no­wie bez okrętu.

Tak jest w moim przy­padku i mogę się zało­żyć, że Josie czuje podob­nie. Spę­dza w Tab każdą chwilę – od otwar­cia do zamknię­cia przez sie­dem dni w tygo­dniu. Nie widzę, aby poma­gał jej ktoś poza tą jedną dziew­czyną, która cho­dzi ze zdo­bioną laską. Ma nade mną tę prze­wagę, że jej zysku nie uszczu­plają dodat­kowo pen­sje wypła­cane innym pra­cow­ni­kom.

Myśląc o moim zespole, wzdy­cham z rezy­gna­cją. Nie mogę już dłu­żej zata­jać przed nim infor­ma­cji o nad­cho­dzą­cych zmia­nach. W końcu, gdy nasta­nie wrze­sień, moje pra­cow­nice mogą być zmu­szone do poszu­ki­wa­nia nowej pracy.

– Nie bierz do sie­bie wszyst­kiego, co mówi Josie – odzywa się Eddie zza baru.

Policzki mnie palą. Oczy­wi­ście, że obser­wo­wał całą tę scenę. Pew­nie wszy­scy wokół mieli nie­zły ubaw na widok tem­pe­ra­ment­nej kobiety naska­ku­ją­cej na olbrzy­miego, nie­zręcz­nego gościa.

– Jasne – mówię, uda­jąc nie­prze­ję­tego. – Zro­biła nie­złe przed­sta­wie­nie.

– Ma swoje powody, żeby być roz­draż­niona – dodaje Eddie. – Odpuść jej.

– Mam odpu­ścić jej? – powta­rzam za nim. – To ona mnie zaata­ko­wała.

– Musiała wiele przejść, żeby zna­leźć się w miej­scu, w któ­rym jest teraz. – Z jakie­goś powodu Eddie jej broni, czego nie poj­muję.

– Co masz na myśli?

Eddie kręci głową i zabiera się do prze­cie­ra­nia stołu.

– To nie ja powi­nie­nem o tym opo­wia­dać. Poza tym znam jedy­nie część histo­rii. – Posyła mi dłu­gie, inten­sywne spoj­rze­nie. – Tylko… nie dawaj mi powodu, żebym napluł ci do kawy, dobra?

– Dobra – potwier­dzam, zasta­na­wia­jąc się, jakie prze­ciw­no­ści losu musiała poko­nać Josie.

Prze­stań się zacho­wy­wać jak mię­czak. Znów sły­szę głosy moich braci.

Ale mają rację. Nawet jeśli Josie Klein i ja nie jeste­śmy wro­gami, ona sta­nowi moją kon­ku­ren­cję.

I naj­wyż­szy, do cho­lery, czas, abym zaczął ją trak­to­wać jak prze­ciw­niczkę.

– Ostat­nim razem, gdy zwo­ła­li­śmy nagłe spo­tka­nie, ogło­si­łeś nam, że Ela­ine nie żyje – mówi Cin­de­rella zde­ner­wo­wa­nym tonem.

– Nikt nie umarł – infor­muję, prze­krę­ca­jąc zamek w drzwiach sklepu i odwra­ca­jąc tabliczkę na drzwiach, tak aby widoczny z ulicy napis gło­sił: „Zamknięte”. Dziś po połu­dniu wysła­łem maile do całego zespołu z prośbą o przyj­ście do księ­garni przed porą zamknię­cia.

Wspo­mnie­nie o Ela­ine przy­wo­łuje w mojej pamięci nie­zwy­kle wyraźny obraz daw­nej sze­fo­wej i czuję się, pra­wie jakby stała obok mnie, przy­glą­dała się mija­ją­cym sklep parom i prze­wi­dy­wała, komu dopi­sze szczę­ście w miło­ści, a kto będzie się musiał obejść sma­kiem.

Ela­ine była cho­dzącą sprzecz­no­ścią – wyglą­dała jak bab­cia, ale klęła jak szewc. Nie pozwa­lała nikomu wcho­dzić sobie na głowę, przez co naprawdę jej wie­rzy­łem, gdy zapew­niała, że wszystko się ułoży. I jej słowa oka­zały się prawdą zarówno wtedy, gdy nakryła pięt­na­sto­let­niego mnie na kra­dzieży, jak i wtedy, gdy oznaj­miła, że prze­cho­dzi na eme­ry­turę i oddaje sklep w moje „silne, męskie ręce”.

Na­dal nie do końca rozu­miem, co takiego we mnie widziała: w zagu­bio­nym, samot­nym nasto­latku, który zarze­kał się, że nie­na­wi­dzi dokład­nie tych samych ksią­żek, które pró­bo­wał ukraść. Oczy­wi­ście tak naprawdę ich nie nie­na­wi­dziłem. Nie­na­wi­dzi­łem tego, że czy­ta­nie ich spra­wiało mi taką trud­ność.

Kto by się spo­dzie­wał, że czy­ta­nie na głos papu­dze Esme­ral­dzie, która zdra­dzała upodo­ba­nie do roman­sów – szcze­gól­nie tych pikant­nych – sta­nie się roz­wią­za­niem tego pro­blemu?

Naj­wy­raź­niej Ela­ine.

– Ale to złe wie­ści, prawda? – dopy­tuje Cin­de­rella, mosz­cząc się na wytar­tej skó­rza­nej kana­pie, na któ­rej spę­dza sporo czasu z książką, zarówno w trak­cie godzin pracy, jak i poza nimi.

– To po pro­stu wie­ści, ani dobre, ani złe – odpo­wia­dam i sia­dam w fio­le­to­wym fotelu uszaku, powszech­nie zna­nym jako Tron Per­se­fony. Kotka leży na jego zagłówku, z łapką spo­czy­wa­jącą na mojej gło­wie, jakby udzie­lała mi namasz­cze­nia. – Powiem wam wię­cej, ale naj­pierw pora na rundkę z akwa­rium.

Reak­cją na moje słowa jest zbio­rowy jęk. Dołą­cza się do niego nawet Indira, mimo że zwie­rzyła mi się ze swo­jego skry­tego uwiel­bie­nia do naszych gier, które mają za zada­nie pomóc nam się do sie­bie zbli­żyć. Oso­bi­ście za nimi nie prze­pa­dam, ale nie zamie­rzam zry­wać z tra­dy­cjami zapo­cząt­ko­wa­nymi przez Ela­ine.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki