Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
70 osób interesuje się tą książką
Gorąca rywalizacja, niezwykłe zbiegi okoliczności i uczucie, którego nikt się nie spodziewał – to będzie naprawdę wyjątkowe lato!
Na jednej z bostońskich ulic, tuż obok siebie, znajdują się dwie zupełnie odmienne księgarnie, prowadzone przez dwoje całkowicie różnych od siebie ludzi. Josie Klein kocha klasykę, ambitną literaturę i porządek. Ryan Lawson żyje w kontrolowanym chaosie i sprzedaje wyłącznie romanse. Gdy nowy właściciel postanawia połączyć oba sklepy, staje się jasne, że tylko jedno z nich utrzyma stanowisko kierownicze. O wszystkim mają zdecydować letnie wyniki sprzedaży.
Zderzenie dwóch odmiennych filozofii życiowych i narastające napięcie sprawiają, że między bohaterami zaczyna iskrzyć na wiele sposobów. Tymczasem oboje znajdują ukojenie w rozmowach z anonimowym przyjacielem na forum książkowym…
Gdy granice między księgarniami – i między sercami – zaczynają się zacierać, Josie i Ryan odkrywają, że w miłości i na wojnie nie ma zasad. A może szczęśliwe zakończenia zdarzają się nie tylko w książkach?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 464
Data ważności licencji: 11/26/2030
Tytuł oryginału: Battle of the Bookstores
Przekład: Dominika Jachimowska Redaktor inicjujaca: Maria Zalasa Redakcja: Dominika Synowiec Korekta: Monika Szeliga Projekt okładki i ilustracja na okładce: Ana Hard Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak
Copyright © 2025 by Alison Hammer and Bradeigh Godfrey Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-28-7 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla ludzi książki – czytelników, księgarzy, bibliotekarzy i wszystkich, którzy zatracają się w wielkich księgach, wielkich emocjach i wielkich, pięknych zakończeniach. Ta opowieść jest dla Was.
Czytanie jest ucieczką i odwrotnością ucieczki zarazem; jest sposobem na wejście w kontakt z rzeczywistością po całym dniu bujania w obłokach i sposobem na wejście w kontakt z czyjąś wyobraźnią po dniu, który okazał się zbyt rzeczywisty.
– Nora Ephron
1
Josie
Gdy ktoś słyszy, że prowadzę księgarnię, oczami wyobraźni widzi zapewne, jak czytam bez końca, zwinięta w kłębek w wygodnym fotelu, sączę kawę podczas dyskusji o książkach lub poznaję znanych autorów podczas spotkań literackich. No wiecie, myśli, że moja codzienność to spełnienie najśmielszych marzeń każdego mola książkowego, a ja upajam się oszałamiającą wonią świeżego tuszu zmieszaną z zapachem papieru.
To, czego jednak nie jest w stanie sobie wyobrazić, to że spędzam długie godziny na nogach, że plecy bolą mnie od dźwigania dziesięciokilogramowych pudeł z książkami lub że mój żołądek jest zwinięty w supeł od nieustannego stresu wywołanego myślą o nikłym zysku i rosnących kosztach prowadzenia działalności.
Mimo to nie zmieniłabym swojego zawodu na żaden inny. Uwielbiam zapalać światło w księgarni każdego poranka i wpatrywać się w równiuteńko ułożone tomy na regałach i w stosikach. Uwielbiam rozpakowywać dostawy nowych, połyskujących książek w twardych oprawach i polecać swoje ulubione perełki klientom.
Ale najlepszym przywilejem wynikającym z prowadzenia księgarni, którego nic nie przebije, jest to, że mogę je czytać jeszcze przed wydaniem.
Kilka miesięcy przed publikacją wydawcy wysyłają sprzedawcom egzemplarze recenzenckie owinięte w brązowy papier pakowy. Na ich okładkach jest mnóstwo entuzjastycznych blurbów, które mają zachęcić nas do przeczytania nowego tytułu i trąbienia o nim na prawo i lewo (oraz do zamówienia co najmniej kilku egzemplarzy).
Jakiś czas temu do mojej skrzynki mailowej wpadła wiadomość od jednego z moich ulubionych wydawców. Pytał, czy byłabym zainteresowana przeczytaniem jednej z ich nowości i napisaniem o niej kilku słów, jeśli mi się spodoba. Czy się zgodziłam? Cóż, siedziałam do trzeciej nad ranem zatopiona w lekturze, a na kilku jej ostatnich stronach zostawiłam ślady łez. Spędziłam dobre parę dni na ubieraniu swoich myśli w słowa, tak aby jak najlepiej oddać esencję tej niezwykłej, chwytającej za serce historii.
W ubiegłym tygodniu wydawca poinformował mnie, że egzemplarze recenzenckie książki zostały już wysłane i – och, no tak, przy okazji – postanowili wykorzystać mój blurb i umieścić go na tyle okładki (pisk zachwytu za trzy, dwa, jeden…). Paczka dotarła do mnie dziś rano. Drżącymi dłońmi rozdzieram papier i w końcu mój wzrok pada na…
„Zachwycająca medytacja nad stratą i zdradą… To lektura, w której będziemy się zaczytywać z rozkoszą przez długie lata”.
– Josie Klein, księgarka Tabula Inscripta, Somerville, Massachusetts
Wypuszczam wstrzymywany oddech. Użyli jedynie niewielkiego fragmentu obszerniejszego tekstu, który im wysłałam.
Ale wciąż: to moje słowa. Moje nazwisko. Poświęciłam ostatnie pięć lat, aby stać się jak najlepsza w swoim zawodzie i udowodnić, że nawet bez ukończonych studiów mogę osiągnąć sukces. Może i jestem zafiksowaną na punkcie literatury introwertyczką, ale mam swoje pomysły i opinie, którymi mogę się dzielić. Liczę na to, że pewnego dnia czytelnicy z całego miasta, a może i kraju, będą się do mnie zwracali z prośbą o polecenie im dobrej lektury.
Pewnego dnia mój głos będzie się liczył.
Chcę, żeby ta dobra wieść się rozeszła, więc sięgam po telefon i wchodzę na BookFriends – forum internetowe dla księgarzy z całego kraju.
BookshopGirl: Zgadnijcie, kto właśnie dostał egzemplarz przedpremierowy ze swoim pierwszym blurbem?
Zamieszczam wpis w wątku zatytułowanym Świętowanie dostępnym dla wszystkich użytkowników, ale tak naprawdę zależy mi na tym, aby dotarł do jednej konkretnej osoby. Nerwowo przygryzam wargę w oczekiwaniu, aż w końcu na widok znajomej nazwy użytkownika moje serce zaczyna bić szybciej.
RJ.Reads: Co?? Gratulacje! To wspaniała wiadomość! Szkoda, że nie możesz napisać, o jaką książkę chodzi, żebym mógł to zobaczyć.
Ja też żałuję, że nie mogę tego zrobić, ale forum jest całkowicie anonimowe. Chodzi o to, żeby osoby zajmujące się sprzedażą książek mogły się wymieniać szczerymi opiniami na temat wydawców i autorów bez obawy o możliwe negatywne konsekwencje.
Z szerokim uśmiechem na twarzy przechodzę do naszego prywatnego czatu.
BookshopGirl: Na tylnej okładce tej książki znajduje się jeszcze tylko jedna opinia. Zgadnij czyja!
RJ.Reads: PAW?
BookshopGirl: Dokładnie tak!
RJ dobrze wie, jakim uwielbieniem darzę Penelope Adler-Wolf, właścicielkę księgarni Wolf Books zlokalizowanej w Providence w stanie Rhode Island. PAW jest księgarką o nienagannym guście i wielkich wpływach. Jej pozytywna opinia na temat książki od razu czyni z niej bestseller, i to przez wielkie B. Mój życiowy cel to być jak ona.
Na ekranie mojego telefonu pojawia się przypomnienie: SPOTKANIE Z XANDREM.
Wzdycham. Xander Laing w ciągu ostatnich kilku lat sukcesywnie wykupywał wszystkie lokale w całym budynku, łącznie z kawiarnią, choć nie zależy mu ani na książkach, ani na kawie, a jedynie na stanie konta. Gdy wykupił Tabulę Inscriptę, zakwestionował moje umiejętności kierownicze, w końcu jestem „dziewczyną bez czegokolwiek poza dyplomem ukończenia liceum”. Przekonałam go, aby dał mi szansę, a on pozwala mi prowadzić mój biznes, ponieważ każdy miesiąc kończę z zyskiem. Mimo to nieustannie czuję się tak, jakby los mojej księgarni wisiał na włosku.
Wysyłam RJ-owi wiadomość, żałując, że nie możemy rozmawiać dłużej.
BookshopGirl: Muszę lecieć. Dobrego poranka!
RJ.Reads: Wzajemnie. I jeszcze raz gratulacje. Cieszę się razem z tobą.
Wychodzę z mieszkania i wkraczam wprost w rześki, słoneczny poranek. Moja księgarnia mieści się w samym sercu mojej ulubionej dzielnicy Bostonu, czyli Davis Square. Pełno w niej otoczonych drzewami ulic, brukowanych chodników, urokliwych sklepików i restauracji. Jest końcówka maja, więc dzień już o tej porze jest ciepły. Słychać cichy szum pojazdów, od czasu do czasu przerywany dzyń wydawanym przez dzwonek jakiegoś roweru.
Wchodzę do środka Beans i wdycham życiodajny aromat kawy. Xandra, dzięki Bogu, jeszcze tu nie ma.
– Josie! – woła mnie Eddie Callahan, kierownik kawiarni. Choć charakterystyczny dla południowej części miasta akcent, tatuaże i szorstki sposób bycia mogłyby sugerować coś odmiennego, Eddie to prawdziwy misiaczek. – Dzień dobry, skarbie. Dla ciebie to, co zwykle?
– Tak, poproszę – odpowiadam z uśmiechem i podchodzę do lady. – Jak tam poranne godziny szczytu?
– Na szczęście prawie mamy je już za sobą. – Eddie ruchem podbródka wskazuje stojącą za sobą jasnowłosą baristkę, która męczy się ze skomplikowanym w obsłudze ekspresem do kawy. – Wiesz, jak to jest. Zatrudniasz kogoś do pomocy, a koniec końców przeszkolenie tej osoby wymaga od ciebie dziesięć razy więcej energii niż obsługiwanie lokalu bez niej. – Eddie potrząsa głową. – Ale nie powinienem tak narzekać. Ty radzisz sobie w pojedynkę siedem dni w tygodniu.
– Siostra pomaga mi, gdy tylko może – oznajmiam.
Eddie patrzy na mnie z miną zmartwionego wujka.
– Wypalisz się, dziecko. Przyda ci się dodatkowe espresso i croissant z serem. Na koszt firmy. – Puszcza do mnie oczko.
Troszczy się o mnie jak kwoka, ale za to go kocham. Moja własna matka nigdy nie zachowywała się w ten sposób, więc na myśl o jego zainteresowaniu ogarnia mnie wzruszenie.
– Jesteś najlepszy – mówię.
– No raczej. – Mruga do mnie ponownie. – Poproszę Mabel, żeby przyniosła ci zamówienie. Powodzenia z szefem.
Dziękuję mu i odwracam się. Xander dotarł już na miejsce i siedzi przy stole obok mężczyzny zwróconego do mnie plecami.
– Dzień dobry – odzywam się, dostawiając krzesło do stołu.
Xander, niski i łysiejący gość o twarzy nieustannie wykrzywionej w grymasie irytacji, wita mnie ledwie zauważalnym skinieniem głowy, po czym pokazuje dłonią raz na mnie, raz na drugiego faceta siedzącego obok.
– Znacie się, jak przypuszczam?
– Nie – odpowiadam dokładnie w tej samej chwili, w której on mówi: „Tak”.
Mrugam zmieszana. Faktycznie wygląda znajomo, ale nie potrafię skojarzyć, gdzie go widziałam. Jest w moim wieku, ma brązowe, potarganie włosy i szylkretowe okulary. Nosi brązowy kardigan, a na jego szyi wisi różowa smyczka na całej długości pokryta kolorowymi przypinkami. Przypuszczam, że na końcu smyczy znajduje się plakietka z imieniem, ale jest przekręcona na drugą stronę, więc nic mi to nie daje.
Xander przedstawia nas sobie, ale z zamyślenia wyrywa mnie dopiero część jego wypowiedzi dotycząca mnie.
– …a to jest Josie Klein, która zarządza księgarnią Tabula Inscripta.
– Bardzo mi przykro – odzywam się zawstydzona. – Nie pamiętam, żebyśmy się wcześniej spotkali.
To dla mnie typowe. Czasem lektura pochłania mnie tak bardzo, że nawet w chwili, w której akurat nie czytam, myślami wciąż jestem przy książce, przez co zdarza mi się prowadzić z kimś całą rozmowę, a potem nie pamiętać, czego dotyczyła.
Facet posyła mi zza okularów spojrzenie pełne zaskoczenia, a na jego ustach pojawia się uśmiech zakłopotania.
– Jestem kierownikiem… Szczęśliwych Zakończeń?
Ręką wykonuje gest w prawo, wskazując lokal przylegający do kawiarni po przeciwnej stronie niż mój sklep.
Nagle wszystkie puzzle układanki trafiają na swoje miejsce, a mnie zalewa fala złości. Ten wysoki gość prowadzi księgarnię sprzedającą romanse, zlokalizowaną po drugiej stronie Beans. Z tego, co opowiedział mi Eddie, kiedyś wyraził opinię, że „całe zapasy kofeiny, jakie znajdują się w kawiarni, nie wystarczą, aby uchronić ludzi przed zasypianiem przy książkach sprzedawanych w Tabuli”. Eddie uznał ten komentarz za zabawny, ale ja poczułam się urażona. Gdy byłam nastolatką, często naśmiewano się z mojego upodobania do lektur, które usypiały wszystkich poza mną. Jasne, literatura piękna nie jest dla każdego, ale takie docinki wychodzące z ust kolegi po fachu? Zabolało.
– Ach, tak – mówię. – Tego salonu masażu za rogiem?
Usiłuję zażartować, może tylko trochę się odpłacić za niegdysiejszą uszczypliwość, ale na moje słowa uśmiech momentalnie znika mu z twarzy.
– To księgarnia – informuje.
Najwidoczniej ten gość lubi docinki tylko wtedy, gdy sam nie jest ich celem. A może po prostu „wcale nie jestem taka zabawna”, jak zresztą wielokrotnie mi powtarzano. Taki jest chyba efekt spędzenia okresu dojrzewania z nosem w książkach zamiast na zdobywaniu wiedzy o tym, jak sobie radzić z ludźmi.
– W-wiem – dukam. – Ty sprzedajesz tylko romanse.
Zaciska szczękę, a ja uświadamiam sobie, jaką gafę popełniłam. Mówiąc „tylko romanse”, nie miałam zamiaru im umniejszać. Chodziło mi o to, że w jego sklepie nie ma książek żadnego innego gatunku.
Wszystko idzie w złym kierunku. Zwykle lubię poznawać ludzi z branży, ale dziś zachowuję się jak aspołeczna dziwaczka w szczytowej formie.
– Zacznijmy od początku – proponuję i wyciągam do niego rękę. Xander powiedział, że jak on ma na imię? Brian? – Miło mi cię oficjalnie poznać, Brian. Jestem Josie.
Niepewnie potrząsa moją ręką. Jego dłoń jest wielka i pochłania moją.
– Wiem, kim jesteś, i wcale nie mam na…
– Świetnie, teraz już wszyscy się znamy – przerywa mu Xander. – Nie bez powodu was tu dziś zaprosiłem.
Odwracam się w jego stronę, wyciągam notes i zapisuję dzisiejszą datę w prawym górnym rogu kartki. Zastanawiam się, czy nie dopisać imienia BRIAN, aby łatwiej zapadło mi w pamięć, ale powstrzymuje mnie obawa, że by to dostrzegł.
– Bardzo proszę! – odzywa się ktoś radosnym tonem i gdy podnoszę wzrok, widzę, że to Mabel, nowa baristka. Stawia przede mną napój. – Dla pani mrożone macchiato z białą czekoladą i dwoma dodatkowymi porcjami syropu waniliowego.
– Och, to pomyłka – mówię i oddaję jej szklankę. – Ja zamawiałam americano.
Mabel reaguje zaskoczeniem.
– Przepraszam! Eddie kazał mi to przynieść do tego stolika, a skoro jest tu pani jedyną kobietą, założyłam…
– To dla mnie – mruczy Brian.
Xander chichocze.
– To powinno być oczywiste, w końcu to on prowadzi sklep z babskimi książkami.
Mabel znika w popłochu, a Brian czerwieni się po same koniuszki uszu. Żołądek skręca mi się z zakłopotania. Dobrze wiem, jak to jest być obiektem drwin Xandra.
– Xander – zaczynam. – To nie…
– A kawa, którą ty zamówiłaś, jest dokładnie taka jak twoje książki, prawda, Josie? – ciągnie Xander z szerokim uśmiechem. – Nudna i gorzka. Jak nazwałeś jej księgarnię, Lawson? Smętnym pustkowiem lęku egzystencjalnego?
Zaczyna się śmiać i szturcha łokciem Briana, na co z jego ust wydostaje się coś na kształt wymuszonego chichotu, który szybko się urywa. A jednak nie zaprzecza słowom Xandra.
Mocno zaciskam wargi, cała kipiąc ze złości. Drugi raz nie popełnię już tego błędu i nie będę mu współczuć.
Leżący na stole telefon Xandra zaczyna bzyczeć, więc ten odbiera połączenie i jednocześnie unosi palec, nakazując nam czekać. Wstaje, odchodzi kilka kroków i warczy do komórki coś o projekcie budowy.
Mabel zjawia się ponownie, tym razem z moją kawą.
– Bardzo proszę. Americano bez mleka i cukru.
– Dzięki – odpowiadam.
Kąciki ust Briana drgają, jakby usiłował zdusić uśmieszek. Pewnie myśli sobie, że jego kumpel Xander niezwykle trafnie mnie opisał: „Nudna i gorzka”.
Wiem, że nie powinnam się nim przejmować, ale działa mi na nerwy. Nie on jeden widzi we mnie sztywną sprzedawczynię książek i zakłada, że jestem wycofana. A jednak, jeśli mój sklep – a wraz z nim wszystkie historie, jakie skrywa – znajduje się na linii ostrzału, nie gryzę się w język.
Spoglądam mu prosto w twarz.
– Słucham?
– Niczego nie mówiłem.
– Cóż, wygląda na to, że masz własne zdanie na temat kawy, jaką wybrałam. – I moich książek. – Powiedz, co ci chodzi po głowie, śmiało.
Brian mruga zaskoczony i oblizuje usta.
– Tak się tylko zastanawiam… Czy taka kawa faktycznie komuś smakuje? Czy może zamawia się ją… – jego wzrok na ułamek sekundy ucieka w stronę mojej księgarni – … żeby zrobić wrażenie na innych?
Zaciskam szczękę. Zawsze uważałam, że nie ma lepszych ludzi od tych związanych z literaturą, ale od każdej zasady są wyjątki.
– A może chodzi o to, że nauczyłam się doceniać złożone, subtelne smaki – odpowiadam i wypijam odrobinę swojego americano. Płyn parzy mnie w język, więc się krzywię.
Jego brwi podjeżdżają do góry.
– Jest gorąca – tłumaczę się.
– Jasne. – Pociąga długi, naprawdę długi łyk swojego napoju, a ja powstrzymuję westchnienie i w myślach przypominam sobie samej, że nie mogę dać mu zajść sobie za skórę.
Gdy Brian odsuwa kubek od ust, na jego górnej wardze zostaje odrobina bitej śmietany. Skupiam na niej spojrzenie, a on wysuwa język i ją zlizuje. Przechodzi mnie dreszcz, jakbym została naelektryzowana.
Potrząsam głową i odwracam wzrok.
– Co? – pyta Brian.
– Nic takiego. Zdaje się, że twoja kawa wyjątkowo ci smakuje.
– To prawda.
– Świetnie. Cieszę się, że wiesz, co lubisz, Brian…
– Nie masz pojęcia o tym, co lubię – przerywa mi, a jego oczy pobłyskują gniewnie. – Nawet nie wiesz, jak mam…
– Możemy kontynuować? – odzywa się Xander i z powrotem zajmuje swoje krzesło. Jakbyśmy to my przerwali spotkanie.
– Oczywiście – odpowiadam, ponownie chwytając za długopis i skupiając uwagę na mężczyźnie. Im szybciej ta rozmowa dobiegnie końca, tym szybciej będę mogła wrócić do unikania Briana. – Chciałeś z nami o czymś porozmawiać?
– Tak – mówi Xander. – Wasze księgarnie i Beans zostaną połączone w jeden lokal.
Brian zachłystuje się napojem.
Gapię się na Xandra.
– Nasze księgarnie… połączone?
Mężczyzna kiwa twierdząco głową.
– Taki miałem plan od samego początku, a teraz w końcu możemy go zrealizować. Nie ma potrzeby, aby w tej okolicy istniały dwie księgarnie położone tak blisko siebie. Z biznesowego punktu widzenia taka wewnętrzna konkurencja nie jest dobra.
Chcę mu wytłumaczyć, że moja klientela różni się od bywalczyń księgarni z romansami, ale jeszcze nie skończył mówić.
– A wiecie, z czym ludzie lubią łączyć kupowanie książek? Z piciem kawy. Eddie mówi, że klienci zawsze przychodzą do jego kawiarni, aby czytać. Pomyślałem więc: hej, stwórzmy jeden wspólny lokal. Dużą księgarnię z kawiarnią pośrodku. Odwiedzający będą mogli kupić Harry’ego Pottera, książkę o wychowaniu dzieci albo thriller szpiegowski i od razu usiąść i zabrać się do czytania, no nie?
Odebrało mi mowę. Jestem przerażona. I trochę mi niedobrze.
Tabula Inscripta od zawsze była małą księgarnią z wyselekcjonowaną ofertą. Co sezon poświęcam wiele godzin na wybór odpowiednich książek, tak jak nauczył mnie poprzedni właściciel sklepu, Jerome. Nie sprzedaję literatury dziecięcej. Nie sprzedaję książek o wychowaniu dzieci, gotowaniu ani jakichkolwiek innych poradników i wyobrażam sobie, jak przerażony Jerome unosi swoje siwe, krzaczaste brwi na samą myśl o sprzedawaniu literatury gatunkowej.
– Ale nasze sklepy są całkowicie różne – odzywa się Brian.
– Tak, mamy zupełnie odmienne bazy klientów – dodaję, kiwając głową. – Nie stanowimy dla siebie konkurencji.
– Cóż, jakoś sobie z tym poradzicie – mówi Xander. – To znaczy jedno z was to zrobi.
Z twarzy odpływa mi cała krew.
– Co?
– Nie ma powodu, żebym płacił dwóm kierownikom za zarządzanie jednym sklepem.
– Czyli… jedno z nas straci pracę? – W głosie Briana słychać lęk.
– Kto? – pytam, czując wzmagające się mdłości. Xander jest mężczyzną w tradycyjnym wydaniu. Wiem, że wybierze Briana. Już teraz dostrzegam między nimi nić porozumienia.
– Nie podejmę decyzji teraz – odpowiada Xander. – Posłuchajcie, jaki jest plan.
Zagłębia się w szczegółowe wyjaśnienia, a ja staram się robić notatki, choć w głowie kłębi mi się masa myśli. Przebudowa lokalu rozpocznie się za kilka tygodni i w jej trakcie księgarnie pozostaną otwarte. Według przewidywań Xandra cały proces zajmie trzy miesiące, a to z nas, które w tym czasie zarobi więcej, utrzyma stanowisko kierownicze w nowym sklepie. Drugie będzie musiało poszukać nowej pracy.
– Czyli zatrudnisz albo Briana, albo mnie, opierając się jedynie na danych finansowych?
Bardzo mi się nie podoba myśl o tym, że zostanę poddana ocenie przez pryzmat zysku – gdyby tylko Xander miał zielone pojęcie o księgarstwie, wiedziałby, że nigdy się nie wzbogaci na niezależnej księgarni – ale przynajmniej jest to obiektywny wskaźnik.
Brian marszczy brwi.
– Właściwie, to jest…
– Dokładnie tak – wchodzi mu w słowo Xander. – Ostateczną decyzję podejmę przed Świętem Pracy.
Zerkam na Briana. Nie potrafię go rozgryźć. W tym swoim kardiganie, ze smyczką i szylkretowymi okularami wygląda jak bibliotekarz z małego miasta, a taki styl całkiem nieźle pasuje do sprzedawcy książek. Muszę przyznać, że jego rozczochrane włosy nie dają mi spokoju. Czyżby nie był w stanie wygospodarować chwili na uczesanie się przed pracą? Ale może to dobrze – może taki sam bałagan, jak na głowie, ma w innych sferach swojego życia, łącznie z zarządzaniem.
Wzrok Briana spotyka się z moim. Znów przechodzi mnie dreszcz. Zza szkieł okularów spoglądają na mnie oczy w ciepłym odcieniu złocistego brązu, przypominającego ciemny miód, a mnie ogarnia dziwaczne uczucie, od którego ściska mi się żołądek. Prawie jak tęsknota. Przez ułamek sekundy widzę nas, jak siedzimy przy tym stoliku – każde z własną kawą i książką – i razem czytamy.
Ha. Nie ma opcji. Pewnie nie powstrzymałby się od złośliwego komentarza o tym, że moja lektura działa skuteczniej niż lek nasenny.
Poza tym jest moim konkurentem.
Brian zmienia pozycję, przez co smycz na jego szyi się obraca, odsłaniając kilka kolorowych przypinek. Widnieją na nich hasła takie jak: BOHATER SZARY MORALNIE >>>, KSIĄŻKOHOLIK; BIORĘ KAŻDĄ, KTÓRA WPADNIE MI W RĘCE; ROZŁÓŻ PRZEDE MNĄ STRONY.
Jest jeszcze jedna, której za żadne skarby nie potrafię rozszyfrować: ZSIWTKJGD.
Skup się, nakazuję sobie. Ten człowiek drwił z moich książek, mojego sklepu i mojej osobowości. A teraz miałby jeszcze odebrać mi pracę? Wszystko, na co tak ciężko harowałam przez ostatnie pięć lat, moja reputacja i klientela, o które tak dbałam – cała moja przyszłość zależy od mojej wygranej. Wydostałam się z macek upokarzającej przeszłości, aby zbudować karierę, z której jestem dumna.
Nie pozwolę, żeby ten facet mi to odebrał.
Przynajmniej moje szanse na zwycięstwo prezentują się nienajgorzej. W końcu ile książek się sprzedaje w księgarni z romansami?
2
Ryan
Trzykrotnie nazwała mnie Brianem.
Teraz już czterokrotnie.
Zawsze sądziłem, że Josie – jak widać ja wiem, jak ma na imię – mnie nie lubi. Za każdym razem, gdy spotykam ją w Beans, w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Zachowuje się, jakby mnie nie poznawała.
A może naprawdę mnie nie poznaje?
Tyle że to byłoby bez sensu. Pracuje w Tab prawie tak długo, jak ja prowadzę Szczęśliwe Zakończenia. Wiem, że zamawia americano na potrójnym espresso o poranku, a po południu ziołową herbatę. No i ciasteczko, jeśli ma zły dzień.
Chociaż, jeśli mam być szczery, Josie wygląda, jakby codziennie miała zły dzień.
Może zbyt ciasno spięła włosy w kok. Mam wrażenie, że nigdy nie pozwala sobie na choć odrobinę luzu – w kwestii fryzury i nie tylko. Nie przypominam sobie, abym choć raz widział ją bez grubej książki w ręce. Wszędzie taszczy je ze sobą, jakby chciała przekonać wszystkich wokół, jaka z niej Mądrala przez wielkie M.
To oczywiste, że jest bystra. A także bardzo ładna, na swój nieprzystępny sposób, niczym królowa lodu. Ma ciemne włosy, zielone oczy o przenikliwym spojrzeniu i nosi szpilki tak wysokie, że z powodzeniem mogłyby uchodzić za broń.
I właśnie dlatego nigdy nie zebrałem się na odwagę, żeby z nią porozmawiać.
A po komentarzu Xandra moja szansa na to zapewne przepadła już bezpowrotnie. Wcale nie określiłem jej księgarni mianem „smętnego pustkowia lęku egzystencjalnego”. Powiedziałem, że jej sklep jest smętny – to fakt, nie opinia – a jej książki napełniają mnie egzystencjalnym lękiem. I to też jest prawda.
No dobra, może to wcale nie brzmi lepiej. Mimo to żałuję, że nie zareagowałem, gdy Xander jej o tym mówił.
– Cieszę się, że macie do tej sytuacji takie pozytywne nastawienie – obwieszcza Xander.
Josie trzyma ręce skrzyżowane na piersi i zaciska szczękę. Nie jestem pewien, czy jest wściekła, czy próbuje powstrzymać łzy.
– Chyba nie mamy innego wyboru – mówię.
Xander śmieje się, jakbym powiedział coś zabawnego. Całe to spotkanie wydaje się żartem, a my jesteśmy jego puentą. W wyobraźni widzę Xandra, jak z uśmiechem zadowolenia leży nago na swoim ogromnym łóżku i liczy pieniądze, zastanawiając się, co jeszcze może zrobić, aby jego marionetki tańczyły, jak im zagra.
Nie chcę tańczyć ani dla niego, ani dla kogokolwiek innego i nie chcę walczyć z Josie o utrzymanie posady. Żałuję, że nie ma sposobu, abyśmy oboje zwyciężyli i aby żadne z nas nie straciło swojego sklepu.
Ale w prawdziwym życiu nie zawsze można liczyć na szczęśliwe zakończenie, debilu.
Potrząsam głową, starając się wyrzucić z umysłu słowa moich starszych braci. Zapewne ucieszyliby się, gdybym przegrał i znalazł sobie bardziej „męską” pracę, a oni dłużej nie musieliby już kwestionować mojej seksualności i rozkładać na czynniki pierwsze tego, że jestem singlem.
Laski pewnie uderzają do księgarni drzwiami i oknami.
Na twoim miejscu zaliczałbym każdego dnia inną klientkę.
Czasem trudno mi uwierzyć, że dorastaliśmy pod jednym dachem, wychowywani przez tych samych rodziców, skoro nasze podejście do miłości i seksu jest tak odmienne.
– No dobrze. – Xander szybkim ruchem odsuwa się od stołu, a nogi jego krzesła z piskiem trą o podłogę. Wywołany tym dźwiękiem grymas na twarzy Josie ujawnia dołeczek, którego nigdy wcześniej nie zauważyłem. Jest naprawdę śliczna, i to nawet z taką zachmurzoną miną. – Niech zwycięży najlepszy.
Po wygłoszeniu tego stwierdzenia wychodzi.
Odwracam się z powrotem do Josie z nadzieją, że wspólnie poużalamy się nad naszą sytuacją, ale ona patrzy na mnie tak, jakbym to ja był jej wrogiem.
Powinienem powiedzieć coś, co rozładowałoby napięcie, ale takiemu niezgrabnemu wielkoludowi jak ja nie przychodzi na myśl nic błyskotliwego. Szczególnie w obecności kobiety, która w równym stopniu mnie onieśmiela, co urzeka. Przypominają mi się Wredne igraszki i zastanawiam się, jak w takiej sytuacji Josh Templeman zagadnąłby Lucy Hutton. Ale żaden ze mnie Josh, a Sally Thorne nie pisze mi dialogów.
Moje milczenie zdaje się potęgować irytację Josie. Wstaje naburmuszona i szybkim krokiem wraca do swojej księgarni, zostawiając mnie samego przy stole pełnym brudnych naczyń i ze znajomym uczuciem niepokoju w głębi serca.
Jako najmłodszy z czwórki braci byłem zmuszany do rywalizacji przez cały okres dorastania. Kto zje najwięcej w najkrótszym czasie, kto uderzy najmocniej, kto nasika najdalej. Kto jest najstarszy (ta konkurencja nie miała żadnego sensu).
Za każdym razem lądowałem na ostatnim miejscu w tabeli.
Nie żeby kiedykolwiek naprawdę zależało mi na wygranej. Zawsze czerpałem większą przyjemność z samego wykonywania czynności niż ze stawania na pierwszym miejscu podium. Poza tym, co niby miałbym wygrać? Prawo do przechwalania się?
Teraz jednak chodzi o najwyższą stawkę.
Zerkam na ścianę oddzielającą moją księgarnię od kawiarni. Obecnie wiszą na niej przeznaczone na sprzedaż dzieła lokalnych artystów. Próbuję sobie wyobrazić, że ściana znika i z miejsca, w którym siedzę, mogę zajrzeć do Szczęśliwych Zakończeń i zobaczyć swoje pracownice trwające w błogiej nieświadomości, że wszystko się zmieni.
Eddie i nowa baristka wydają się zapracowani, więc przed wyjściem zgarniam ze stolika brudne naczynia i odnoszę je na ladę.
Gdy wchodzę przez drzwi frontowe do Szczęśliwych Zakończeń, wprawiam w ruch zawieszony przy nich dzwoneczek i zalewa mnie fala nostalgii. Elaine, dawna właścicielka sklepu i moja pierwsza, a zarazem jedyna szefowa, stworzyła ten zakątek jako przystań dla wszystkich wrażliwców: tych, którzy kochają dawać miłość, ale nie zawsze wierzą, że zasługują na wzajemność. Byłaby dumna, gdyby widziała, jak rozwinęliśmy skrzydła, a książki, które oferujemy, ucieleśniają nasze motto: każdy zasługuje na własną historię miłosną.
Jeśli Szczęśliwe Zakończenia przestaną istnieć… Żadna z bostońskich księgarni nie jest wyposażona w tak różnorodny wybór romansów. Nasze klientki nie znajdą drugiego takiego miejsca, które mogłyby przeszukiwać bez strachu przed ocenianiem, gdzie mogłyby usiąść w przytulnym zakamarku i czytać, a także nawiązywać relacje z innymi czytelniczkami i z samymi sobą.
Zamknięcie księgarni byłoby wielką stratą nie tylko dla mnie, ale i dla wielu innych osób.
– Szefie! – krzyczy moja asystentka, mimo że stoję kilka kroków od niej.
– Cindy! – odpowiadam z udawaną ekscytacją w głosie. Na widok jej zmarszczonych brwi zdaję sobie sprawę ze swojej pomyłki. – Cinderella!
Za nic w świecie nie potrafię się przyzwyczaić do nazywania Cinderellą mojej obdarzonej dorodnym biustem asystentki w średnim wieku o włosach ufarbowanych na krwistoczerwony kolor. W dodatku ona wcale się nie utożsamia z potulną, pracowitą bohaterką bajek czekającą na swojego księcia – po prostu przy okazji rozwodu pozwolono jej za darmo zmienić imię. Jak zakładam, większość ludzi na jej miejscu po prostu wróciłaby do nazwiska panieńskiego, ale Cinderella nie jest jak większość ludzi.
– Mam coś dla ciebie – informuje z figlarnym błyskiem w oczach.
Tak ostrożnie, jakby wręczała mi naszyjnik Serce Oceanu, Cinderella kładzie na mojej dłoni jasnoniebieską przypinkę.
Białe litery układają się w napis: „Niepraktykujący romantyk”.
– Łapiesz? – Jej twarz rozciąga się w uśmiechu. – Byłbyś praktykującym romantykiem, gdybyś chodził na randki.
– Może zacznę chodzić wtedy, kiedy ty też to zrobisz?
Cinderella się czerwieni i potrząsa przecząco głową. Nie przypominam sobie, żeby była choć na jednej randce przez siedem lat, które upłynęły od jej rozwodu. Mniej więcej wtedy zaczęła się pojawiać w księgarni. Każdego dnia zaszywała się z książką w którymś z zakamarków i płakała nad szczęśliwymi zakończeniami. Czytanie było jej terapią, którą traktowała tak poważnie, jakby była jej pracą, więc po pewnym czasie zaproponowaliśmy jej stanowisko.
Nie żałuję, że zatrudniłem Cinderellę, ale nigdy nie powinienem jej mówić, że podobała mi się przypinka z napisem „Boss Bitch”, którą podarowała mi pierwszego dnia pracy. Gdy ostatni raz liczyłem, miałem tych „ozdób” już prawie dwieście. Boję się, że w końcu sprezentuje mi drugą smyczkę.
– Zobaczyłam tę przypinkę na kurtce jednej klientki i pomyślałam, że doskonale do ciebie pasuje – tłumaczy Cinderella. – Najpierw nie chciała się z nią rozstać, ale w końcu przystała na małą wymianę.
Persefona mruczy i ociera się o moje nogi, więc biorę ją na ręce. Jakimś sposobem zawsze wyczuwa moment, w którym przydałaby mi się odrobina otuchy, w przeciwieństwie do Hadesa, który zbliża się do mnie tylko wtedy, gdy otwieram puszkę tuńczyka.
– Wymianę? – dopytuję, bojąc się odpowiedzi.
Cinderella wzrusza ramionami.
– Dałam jej egzemplarz przedpremierowy nowej książki Ali Hazelwood. Pomyślałam, że skoro oboje już ją przeczytaliśmy…
– Jasne – mówię, wdzięczny, że nie wymieniła się na książkę, którą moglibyśmy sprzedać. Liczenie każdego centa to dla mnie nowość, ale będziemy się musieli do tego przyzwyczaić. Zacisnąć sznurówki. A może pasa? Jakkolwiek brzmi ta metafora, musimy zarobić więcej niż Josie, a jej księgarnia jest pełna książek w twardych oprawach, których ceny są równie przytłaczające, co zasób słów ich autorów. Przy takich marżach Josie musi sprzedać zaledwie połowę tego, co my.
Dzwonek u drzwi oznajmia przybycie dwóch stałych klientów, którzy roześmiani wchodzą do sklepu.
– Hej, przystojniaku. – Michael jest dziś ubrany jak on sam, a nie jak jego alter ego Ginger, gwiazda naszych comiesięcznych spotkań, podczas których drag queen na głos czytają nastolatkom książki. – Jestem gotowy na spotkanie z nowym książkowym chłopakiem.
– Wiem dokładnie, kogo ci potrzeba!
W tej chwili wrzucam wyższy bieg i robię to, w czym jestem najlepszy: łączę czytelników z wybranymi specjalnie dla nich opowieściami, aby pomóc im się przekonać, że zasługują na taką miłość, o jakiej pisze się książki.
Siedem godzin później wracam do domu po uporaniu się z obowiązkami kończącymi mój dzień pracy, w tym po sprzątnięciu wszystkich okruchów zostawionych przez grupę nastolatków, którzy całe popołudnie spędzili zaszyci w „ich” kąciku czytelniczym.
Nie żebym miał coś przeciwko. Praca zajęła mi myśli i odciągnęła od analizowania najgorszych możliwych scenariuszy.
Instynktownie zwalniam, gdy przechodzę obok sklepu Josie. Widzę ją przez witrynę; włosy wciąż ma ciasno upięte w kok i pochyla się nad książką. Czuję pokusę, aby wejść do środka i zapytać ją, co czyta, ale jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, z jaką chciałaby rozmawiać.
Po prostu… wygląda na samotną.
A może odnoszę takie wrażenie dlatego, że ta księgarnia jest tak sterylna i panuje w niej taki porządek, że bardziej niż sklep z książkami przypomina muzeum. Wzdrygam się na myśl o tym, że Josie miałaby przejąć Szczęśliwe Zakończenia i pozbyć się wszystkich pięknych, różnorodnych powieści, które z takim poświęceniem selekcjonuję.
Po drugiej stronie ulicy zatrzymuje się samochód Ubera, z którego wysypuje się grupa pijanych studentów. Hałas, jaki robią, z powodzeniem mógłby obudzić umarłego. I zwrócić uwagę Josie.
Odwracam wzrok o ułamek sekundy za późno i gdy pospiesznym krokiem zmierzam w stronę stacji Davis Square, usiłuję wyrzucić z głowy obraz jej pięknych, pełnych smutku, zielonych oczu.
Nieskutecznie. Wchodzę do mojej kawalerki w Charlestown, wciąż o nich myśląc. Nalewam sobie kieliszek wina i wgryzam się w podarowane mi dziś przez klientkę ciasteczka „lepsze niż seks”.
Chcę się skupić na czymś innym, więc sięgam po laptop i wchodzę na BookFriends, czyli stronę, na której sprzedawcy książek i bibliotekarze wymieniają się opiniami. Z początku nie rozumiałem, o co chodzi z tymi wszystkimi zasadami anonimowości, ale po tym, gdy znany autor książek dla młodzieży pozwolił sobie wygłosić homofobiczny komentarz na jednym z organizowanych przeze mnie wydarzeń, uświadomiłem sobie, jak wiele pożytku płynie z istnienia miejsca, w którym mogłem wyrazić swoje rozczarowanie tym człowiekiem, nie obawiając się konsekwencji.
Ale w BookFriends najbardziej lubię recenzje publikowane przez użytkowników. Czytanie ich pozwala mi się przekonać, jak przeróżne mogą być gusta. To, co dla jednej osoby będzie czystymi bredniami, dla drugiej okaże się arcydziełem literatury.
Jest pewna kobieta, której opinii zawsze wyczekuję ze szczególnym zniecierpliwieniem. BookshopGirl czyta poważne książki – takie, jakie sprzedaje u siebie Josie. Ale mimo to BSG (jak nazywam ją w myślach) nie jest taką snobką. Publikowane przez nią recenzje są dobrze przemyślane i pełne dociekliwości. Jestem pewien, że poświęca na ich pisanie dużo czasu.
Kilka miesięcy temu odbyliśmy ożywioną dyskusję na temat Kochanków i pisarzy Lily King – jednej z niewielu powieści, które oboje przeczytaliśmy. Główna hipoteza: czy to możliwe, żeby książka posiadała cechy kwalifikujące ją zarówno do literatury pięknej, jak i romansu? Ja od początku jednoznacznie uważałem, że tak, a ona po długich namowach przyznała mi rację.
Któryś z pozostałych użytkowników w komentarzu kazał nam „nie robić tego przy ludziach”, więc go posłuchaliśmy. BSG rozpoczęła wymianę prywatnych wiadomości i od tego czasu piszemy do siebie regularnie. Działając w duchu naszego forum internetowego, nie wyjawiliśmy sobie swoich imion, miejsc zamieszkania ani żadnych innych danych personalnych. Choć w zasadzie ukochane lektury, którymi się dzielimy, mówią o każdym z nas więcej, niż mogłyby to zrobić dane osobowe.
Widok zielonej kropeczki obok jej pseudonimu wywołuje u mnie ulgę – jest online. Otwieram okno naszego czatu i ciągnę wątek, na którym ostatnio nasza rozmowa się urwała: Ile przeczytałaś już stron?
BookshopGirl: 376.
RJ.Reads: Czyli co? Jesteś za połową?
BookshopGirl: Bardziej w okolicach trzech czwartych. Zostało mi około 150 stron.
Kręcę głową z niedowierzaniem. Wprawdzie zdarzało mi się czuć niedosyt po skończeniu kilku powieści miłosnych, ale nie na tyle, żeby chcieć czytać więcej niż trzysta stron.
Dobra jest? – pytam i czuję, jak z moich ramion w końcu zaczyna uchodzić napięcie.
BookshopGirl: W gruncie rzeczy tak. Język jest piękny, a bohaterowie dobrze skonstruowani.
RJ.Reads: A nie w gruncie rzeczy?
BookshopGirl: Autor jest trochę pretensjonalny, ale wiem, jak to jest, więc nie chcę oceniać książki przez ten pryzmat.
RJ.Reads: To bardzo dyplomatyczne z twojej strony.
BookshopGirl: Staram się. A ty? Na której jesteś stronie?
RJ.Reads: Zerowej. W drodze powrotnej do domu skończyłem egzemplarz przedpremierowy i jeszcze nie zdecydowałem, co teraz przeczytam. Jakieś propozycje?
BookshopGirl: Hmmm.
Obserwuję, jak trzy kropeczki na przemian pojawiają się i znikają, i uśmiecham się na myśl o tym, że sięgnę po lekturę z polecenia BSG. Jeśli spojrzeć na książki, które dodała na swoją półkę Ulubionych, przebrnięcie przez to, co wybierze, zajmie mi całe lato, ale zawsze mogę się przerzucić na audiobook. Albo zrobić to, co robiłem w liceum przed zajęciami wyrównawczymi z angielskiego – przejrzeć opinie na Google i wypełnić luki w wiedzy informacjami z internetu, tak by móc udawać, że przeczytałem daną książkę.
Raczej nie jestem z tego dumny.
Kropeczki przestają się poruszać, a potem znów zaczynają falować. W napięciu oczekuję na odpowiedź.
BookshopGirl: Wybacz, zadzwoniła do mnie siostra. Muszę lecieć, ale niedługo przedstawię ci propozycję godną pięciu gwiazdek. Dobranoc!
Gdy zielone światełko przy jej nazwie zmienia się na czerwone, zastanawiam się, jakie oczy ma BookshopGirl. Myślę o tym, czy są pełne blasku jak oczy Cinderelli, czy może smutku jak u Josie.
BOOKFRIENDS
22 maja, 6:47
BookshopGirl: Dzieńdoberek! Mam za sobą trudną noc i niestety nie wybrałam jeszcze dla ciebie książkowej polecajki, ale mogę się podzielić kontrowersyjną opinią inspirowaną ostatnimi wydarzeniami.
RJ.Reads: Jasne, śmiało.
BookshopGirl: Książki są lepsze niż ludzie. Uff, wyrzuciłam to z siebie. Literatura >>> ludzkość.
BookshopGirl: Ale zanim pomyślisz, że jestem straszną mizantropką, muszę wyjaśnić, że nie uważam książek za lepszych od WSZYSTKICH ludzi. I wcale nie wepchnęłabym nikogo przed pędzący pociąg, żeby uratować książkę.
RJ.Reads: A wrzuciłabyś przed pociąg książkę, żeby uratować człowieka?
BookshopGirl: Hmmm, zależy, o kogo by chodziło. I o jaką książkę. (Żartuję. Trochę).
BookshopGirl: Chodzi mi o to, że ani jedna z powieści Barbary Kingsolver mnie nie zawiodła, a ludzie – i owszem, przynajmniej w jakimś stopniu.
RJ.Reads: Rozumiem (choć dla mnie to powieści Abby Jimenez).
BookshopGirl: Na książkach można polegać bardziej niż na ludziach. Nie wbijają ci noża w plecy, nie obgadują cię i nie obrażają. No i na dodatek nie komentują, gdy cały dzień płaczesz w piżamie z powodu śmierci bohatera.
RJ.Reads: Albo gdy zaśmiejesz się w głos podczas pogrzebu (co ludzie zdecydowanie komentują. Zapytaj, skąd to wiem).
BookshopGirl: Czytasz w trakcie pogrzebów?
RJ.Reads: Zrobiłem to tylko raz. Na swoją obronę dodam, że był to pogrzeb mojej stryjecznej babki, która miała 102 lata.
BookshopGirl: Nie oceniam cię. Jestem pod wrażeniem.
BookshopGirl: W książkach świetne jest też to, że zawsze są przy tobie i nigdy nie mają dosyć twojego towarzystwa.
RJ.Reads: I nigdy nie narzekają, że je ignorujesz, gdy życie cię stresuje i przytłacza.
BookshopGirl: No właśnie! Nieważne, ile mija czasu, książki czekają z otwartymi stronami, gotowe, by porwać cię w podróż lub pocieszyć po trudnym dniu. Ludzie przychodzą i odchodzą, ale książki? One zostają z tobą na zawsze.
RJ.Reads: Święte słowa.
3
Josie
Gdy dorastałam, wielu dorosłych w dobrej wierze mówiło mi, że powinnam „przestać siedzieć z nosem w książce” i wyjść z domu, żeby „zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie”. Ale z tego, co zdążyłam zauważyć, rzeczywistość jest grubo przereklamowana.
Najwcześniejsze wspomnienie z mojego życia, jakie potrafię przywołać, to kiedy czytałam siostrze Tam, gdzie żyją dzikie stwory, starając się zagłuszyć bitwę na wrzaski rozgrywającą się między naszą mamą a jej najnowszym chłopakiem. Nie umiałam jeszcze poprawnie wymówić wszystkich słów, ale za wszelką cenę chciałam nas przenieść z samego centrum chaosu do jakiegoś magicznego miejsca. W drugiej klasie skomplikowane relacje ośmiolatków zaczęły mnie przerastać, więc nabrałam zwyczaju czytania podczas przerw. Gdy skończyłam jedenaście lat, zaprosiłam całą klasę na maraton czytelniczy – zarezerwowałam nawet salę w miejscowej bibliotece – ale nikt się nie zjawił. Urodziny spędziłam więc w towarzystwie bibliotekarek, które zawsze cieszyły się na mój widok. W liceum, choć ciekawiły mnie mecze i imprezy, o których wszyscy mówili, zwykle siedziałam w domu, pilnując siostry. Ktoś musiał to robić, a na mamę nieszczególnie można było liczyć. Ale hej – przynajmniej miałam książki.
Cokolwiek by się nie działo, liczba książek w mojej biblioteczce zawsze przewyższała liczbę moich znajomych.
Zarządzanie księgarnią zmusiło mnie do wyjścia ze skorupy i pomogło się przeobrazić z nieśmiałego mola książkowego w kogoś, kto swobodnie prowadzi rozmowy i potrafi doradzać – przynajmniej w tej bezpiecznej przestrzeni między półkami. Może i poza sklepem jestem cicha i wycofana, ale w nim odnalazłam swój głos.
Tylko że teraz temu wszystkiemu zagraża Xander Laing.
Nie chodzi jednak tylko o moją przyszłość, moje źródło utrzymania, a o klientów, których obsługiwałam przez pięć lat. Jest na przykład Beatrice Glaybold, która przeniosła się na Florydę, ale ufa mi w kwestii wyboru książek na tyle, że wysyłam jej wszystko, co mogłoby jej przypaść do gustu. Albo Michael Liu, który prowadzi dział o literaturze w „Boston Herald” i dobiera lektury na podstawie moich rekomendacji. Albo James Kendall, który w ubiegłym roku stracił żonę i co tydzień przychodzi, aby kupić nową książkę i pogadać.
Jeśli stracę tę pracę, utracę także ich, a wszystkim nam zabraknie księgarni, tego spokojnego azylu pełnego światów i opowieści.
Siedzę na zapleczu sklepu, otoczona jeszcze nieotwartymi pudłami, gdy słyszę dźwięk dzwoneczka przy drzwiach. Przez moment jestem w stanie jedynie gapić się w przestrzeń, a panika ściska mi żołądek.
Głos woła: „To ja!”, na co z ust wydostaje mi się westchnienie ulgi. To moja siostrzyczka (dla niej rzuciłabym pod pędzący pociąg wszystkie książki, jakie posiadam – i dla pewności sama skoczyłabym za nimi).
– Jestem na zapleczu! – krzyczę.
Drzwi wejściowe zamykają się za nią, a potem następuje znajoma sekwencja dźwięków – krok-krok-stuk – gdy idzie po wypolerowanej drewnianej podłodze.
– Przyniosłam ci rugelachy – oznajmia Georgia. Opiera swoją laskę o biurko, odkłada białą torebkę z cukierni Mamaleh’s zlokalizowanej w Cambridge, po drugiej stronie rzeki, a na koniec ściąga plecak. Wpadła tu po drodze na zajęcia na Uniwersytecie Tufts, na myśl o których czuję ukłucie zazdrości.
– Dziękuję, droga siostro – odpowiadam i sięgam po rogalika.
Georgia też wgryza się w ciastko i przez chwilę obie przeżuwamy w ciszy. Smakują jak maślano-czekoladowa pociecha. Nasza sąsiadka, pani Goldstein, miała w zwyczaju przynosić nam rugelachy, gdy mama przechodziła przez jeden ze swoich „trudnych okresów”, chociaż chyba nie zdawała sobie sprawy, jak strasznie wtedy bywało. Georgia i ja zachowałyśmy tę tradycję i kupujemy rogaliki zawsze, gdy któraś z nas ma zły dzień.
Moja siostra jest bardziej wyluzowaną i optymistyczną wersją mnie. Ma ciemne włosy i zielone oczy, które odziedziczyłyśmy po naszym tacie (zanim się zmył, gdy ja miałam pięć lat, a Georgia była niemowlęciem), ale ona nie spina swoich rozwichrzonych włosów, więc się kręcą od wilgoci wczesnego lata. Po mamie obie mamy miękkie, krągłe ciała, jednak ja noszę ołówkową spódnicę, a ona – długą do ziemi kwiecistą sukienkę, która częściowo zasłania szynę na jej prawej nodze. Jest nieustraszona, otwarta i fajna. W przeciwieństwie do mnie.
– Więc… – zaczyna. – Źle spałaś?
Krzywię się. Jest też zbyt spostrzegawcza. Odkąd zaczęła studia doktoranckie z psychologii, nabrała zwyczaju zwracania się do mnie nowym tonem. Zatroskanym, profesjonalnym. Jakby próbowała zajrzeć do mojego umysłu i poddać mnie analizie.
– Jestem zestresowana – przyznaję. – Zastanawiałam się, co powinnam zrobić, żeby wygrać.
Georgia bierze mój notatnik i czyta:
– Jeden: Ciąć koszty. Dwa: Sprzedawać więcej książek. – Unosi powątpiewająco brew. – Przykro mi to mówić, Jojo, ale trudno ci będzie zrealizować te strategie.
– Wiem – mówię i wzdycham.
– Jak niby chcesz obciąć koszty? I tak już oszczędzasz, na czym się da.
Ma rację. Odkąd odeszli moi półetatowi pracownicy, wszystko robię sama: kupuję, odbieram i wykładam książki, opłacam rachunki, prowadzę stronę internetową. Zajmuję się nawet czyszczeniem toalety na zapleczu. Georgia mi pomaga, ale nie chce przyjąć ode mnie zapłaty. Powtarza, że „zawdzięcza mi życie”, co nie do końca jest prawdą, ale doceniam intencję. Nie wie, że pieniądze, których przyjęcia odmawia, wpłacam na konto bankowe. Będzie mogła je wypłacić, jeśli i kiedy będzie ich potrzebowała.
– I w jaki sposób zamierzasz zwiększyć sprzedaż latem? – ciągnie. – To nie jest sezon na literaturę piękną.
W tej kwestii również ma rację. Latem ludzie szukają lektur do poczytania na plaży: lekkich, angażujących i łatwych do przetrawienia. Ten Jak-mu-tam w Szczęśliwych Zakończeniach prawdopodobnie sprzedaje masę książek o tej porze roku.
(Ma na imię Brian, przypominam sobie. Brian, który nosi kardigany i dziwne przypinki i nie znosi mojego sklepu. Brian, czyli facet, któremu inny facet dał narzędzia, by zrujnować mi życie).
– Dlaczego to wszystko nie mogło się wydarzyć jesienią? – mówię. Najbardziej sprzedażowy dla mnie okres – poza okresem świątecznym – trwa od września do listopada, kiedy to wydawcy wypuszczają swoje najbardziej wyczekiwane tytuły. – Byłabym nie do pokonania.
– I może to powinno dać ci do myślenia – zauważa Georgia. – Przecież muszą istnieć czytelnicy, którzy czytając, uwielbiają sprawdzać znaczenie słów w słowniku.
Kpi ze mnie, ale przypadkiem podsunęła mi niezłą myśl.
– Może mogłabym zorganizować jakieś spotkanie, na którym można by rozmawiać o książkach.
– To ciekawe, że nie chcesz nazywać tego klubem książki. Jak myślisz, dlaczego?
Znowu używa tego tonu, więc potrząsam głową i mówię:
– Nie terapeutyzuj mnie, George. A przynajmniej nie przed kawą.
Przerywa nam huknięcie – ktoś stuka w szklane drzwi sklepu. Gdy wychodzę z zaplecza, widzę, jak jakiś mężczyzna zagląda do księgarni przez witrynę. Macha do mnie, więc podchodzę do drzwi i uchylam je tylko odrobinę, tak aby nie wypuścić na zewnątrz ochładzanego klimatyzacją powietrza (Strategia #1: Ciąć koszty).
– Dzień dobry, jeszcze nie jest otwarte…
– Muszę zwrócić książkę.
Widzę przed sobą uosobienie zniecierpliwienia – facet ma na sobie świeżo wyprasowany garnitur i wypastowane buty, pewnie zmierza na jakieś Bardzo Ważne Spotkanie – zatem uznaję, że łatwiej będzie przyjąć ten zwrot, niż kazać mu przyjść później. Nie jest moim stałym klientem, ale jeśli spodoba mu się w sklepie, może nim zostanie (Strategia #2: Sprzedawać więcej książek).
Obdarzam go swoim najserdeczniejszym uśmiechem.
– Oczywiście. Proszę wejść.
Idzie za mną do kasy i rzuca książkę na kontuar. To najnowszy tytuł z Klubu książki Oprah. Sprzedałam dziesiątki egzemplarzy.
– Poproszę o paragon – mówię.
Mężczyzna marszczy brwi.
– To był prezent.
– Przykro mi, ale akceptujemy zwroty lub wymianę towarów tylko na podstawie paragonu. – Pokazuję mu informujący o tym napis tuż przy kasie.
– Macie tu dokładnie tę samą książkę. – Ruchem głowy wskazuje wystawę. – Nie możesz przyjąć zwrotu po aktualnej cenie sprzedaży?
Uśmiecham się i powtarzam, jaka jest polityka sklepu, obstając przy swoim.
Klient wzdycha sfrustrowany.
– Czy mogę rozmawiać z pani przełożonym?
– Właściwie to ja zarządzam tą księgarnią.
Standardowa reakcja: mężczyzna mierzy mnie podejrzliwym wzrokiem, a trybiki w jego głowie się obracają. To niemożliwe, aby ta niska młoda kobieta mogła mieć jakieś wpływy lub autorytet. Tak naprawdę mam trzydzieści lat i jestem średniego wzrostu, ale natura obdarzyła mnie przeklętą twarzą dziecka, przez którą wyglądam na co najmniej pięć lat młodszą. To dlatego ubieram się elegancko i zawsze spinam włosy.
– Miałem na myśli kierownika – dodaje. – Czy on tu jest?
Z ogromnym wysiłkiem, ale wciąż się uśmiecham.
– Właśnie rozmawia pan z kierowniczką.
Oburza się.
– To jakiś absurd. Ona kosztowała… – otwiera okładkę i wskazuje cenę – …dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć! Plus podatek! To niepoważna kwota jak na książkę.
Zaciskam szczękę. Połyskujące zdobienia na obwolucie, papier czerpany… To cholerne dzieło sztuki! Ten gość najwyraźniej nie ma pojęcia o kunszcie, jakiego wymaga wykonanie pięknej twardej oprawy.
– Proszę pana, to nie ja ustalam ceny, ale…
– Chcę zwrotu pieniędzy. W tej chwili. Nie mam czasu na kłótnię z kasjerką. Rozumiesz?
Czuję się, jakby zaserwował mi kopniaka prosto w klatkę piersiową. Jestem dumna ze swojej pracy. To coś znacznie więcej niż obsługiwanie kasy.
– Och, rozumiem – odpowiadam, tym razem bez uśmiechu. – Jeśli jednak oddam panu dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć plus podatek za książkę, która nawet nie musiała być zakupiona tutaj…
– Była…
– Nawet jeśli udałoby mi się ją później sprzedać, nie miałabym z tego żadnego zysku. Co więcej… – Zdejmuję obwolutę i szybka inspekcja pozwala mi stwierdzić, że grzbiet jest wyraźnie złamany. – Ktoś ją już czytał.
– To nie…
– Więc w gruncie rzeczy jest w stanie, który uniemożliwia ponowną sprzedaż. – Trzęsącymi się dłońmi oddaję mu książkę, ale mój głos pozostaje spokojny i zdecydowany. – Jeśli zwrócę panu dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć plus podatek za ten niezdatny do sprzedaży towar, stracę pieniądze. A jeśli w podobny sposób pójdę na rękę innym klientom, nie będzie mnie stać na opłacenie rachunków za prąd, wymianę rolki papieru w kasie lub wypłatę własnej skromnej pensji i w końcu będę zmuszona zamknąć księgarnię, a pan, proszę pana, będzie miał swój wkład w upadek jednego z najbardziej uwielbianych literackich punktów na mapie Bostonu, sklepu, który działa w tym oto lokalu i służy czytelnikom od ponad sześćdziesięciu lat.
Jest wyraźnie speszony, a jego twarz robi się czerwona. Przez chwilę wydaje mi się, że zacznie na mnie krzyczeć…
Ale wtedy on obraca się na pięcie i tupiąc, rusza w kierunku drzwi. Przed wyjściem odwraca się i woła:
– To był ostatni raz, gdy odwiedziłem ten sklep!
– Będzie nam pana niezwykle brakowało – odpowiadam.
– Suka – mamrocze pod nosem.
Na dźwięk tego słowa przewraca mi się w żołądku, ale nim zdążę zareagować, mężczyzna wychodzi.
Zza pleców dobiegają mnie oklaski aprobaty siostry.
– Tak to jest, gdy się zajdzie Josie za skórę – komentuje z szerokim uśmiechem. – Już dawno cię takiej nie widziałam.
Musiało jej umknąć to, co rzucił na odchodne. Wzdycham, próbując się pozbyć wstrętnego posmaku tej obelgi. Jestem wściekła, że teraz kwestionuję swoje zachowanie i zastanawiam się, czy to ja nie byłam przypadkiem nieuprzejma. Prowadzenie biznesu jest dla kobiety jak nieustanny spacer po linie – chcę, aby szanowano mnie przez wzgląd na moje umiejętności, ale wiem, że nikt nie będzie mnie traktował poważnie, jeśli nie będę przy tym miła.
– On po prostu…
– Och, zasłużył sobie – mówi. – Ale dobrze by było, żebyś w wolnej chwili zastanowiła się, dlaczego reagujesz w ten sposób, gdy ktoś deprecjonuje twoją pracę.
– Bo to było chamskie! – Ale oczywiście chodzi o coś więcej. Boję się, że ktoś, kto wyraża się o mnie w ten sposób, może mieć rację; że nigdy nie osiągnę niczego, co miałoby jakieś znaczenie, i że tak naprawdę nie zasługuję na swoje stanowisko.
– To prawda – przyznaje Georgia – oraz może świadczyć o istnieniu jakiejś niezaleczonej rany.
Zaciskam usta i powtarzam sobie w myślach, że jestem całkowicie, absolutnie przeszczęśliwa, że moja siostra studiuje na kierunku, który kocha.
– Wiesz co? Chyba już czas na kawę – mówię i wychodzę na oblaną porannym słońcem ulicę.
W Beans panuje zgiełk. Nowa pracownica Eddiego, Mabel, przyjmuje zamówienie (americano dla mnie oraz mrożoną mieszankę chai i espresso dla Georgii) i z nerwowym uśmiechem obiecuje się tym razem nie pomylić.
– Czy ona się mnie boi? – pytam Eddiego, który przeciera właśnie stolik.
– Nie, to mnie się boi. Strzeliłem jej wykład na temat wyciągania wniosków co do czyjejś płci na podstawie rodzaju zamówionej kawy. – Patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem. – Wszystko w porządku?
Osuwam się na krzesło. Słowo „suka” wciąż łazi po moim umyśle niczym wstrętny pająk.
– Miałam dziś fatalnego klienta.
– Już? Przecież nawet nie otworzyłaś jeszcze sklepu!
– No właśnie! – Opowiadam mu o wizycie mężczyzny, a Eddie reaguje zniesmaczeniem. – Po prostu poczułam się taka… nic nieznacząca. Xander traktuje mnie dokładnie tak samo.
Eddie ze współczuciem ściska moje ramię.
– Nie daj się tym sukinsynom.
Nagle nachodzi mnie nowa myśl.
– Chwila. A co plan Xandra oznacza dla Beans?
Wzrusza ramionami.
– Podejrzewam, że nowy kierownik stanie się moim przełożonym.
W jego głosie słyszę rozczarowanie. Eddie, podobnie jak ja, lubi dowodzić.
– Możesz mieć pewność, że jeśli ja zwyciężę, będziesz mógł wciąż prowadzić kawiarnię tak, jak chcesz.
O sekundę za długo zwleka z odpowiedzią, po czym mówi:
– Dzięki, skarbie.
Moment. Czyżby nie wierzył, że mogę wygrać?
– Eddie. – Nachylam się do niego. – Co…
– Och, spójrz, jaka kolejka. Lepiej pomogę Mabel, zanim się zaleje łzami.
W pośpiechu oddala się w stronę kasy, a ja, zaskoczona, odchylam się na oparcie krzesła. Eddie jest moim przyjacielem. Czy on też mnie nie docenia? Chyba że wie coś, czego ja nie wiem. Na Davis Square jest niemalże jak burmistrz – wie o wszystkim, co się dzieje w okolicy. Widzi, ilu klientów odwiedza sklep Briana, a ilu mój, oraz jak wielu z nich wychodzi z zakupionymi książkami. Z kolei moja wiedza o Szczęśliwych Zakończeniach jest niewielka i ogranicza się do tego, że większość klienteli stanowią kobiety (w końcu to głównie je widywałam z różowo-złotymi torebkami w ręku). Jak sądzę, personelu również.
– Josie?
Wstaję i wpadam wprost w czyjąś klatkę piersiową. Jakaś ręka chwyta mnie za ramię i podtrzymuje, żebym się nie przewróciła. Podnoszę wzrok. To Brian.
Z tak bliskiej odległości widzę, jak szokująco wysokim mężczyzną jest – góruje nade mną nawet pomimo moich dziesięciocentymetrowych obcasów. Zadzieram brodę, co gwarantuje mi widok na jego szczękę pokrytą jasnobrązowym cieniem zarostu. Przez rękaw bluzki czuję ciepło jego dłoni zaciśniętej na moim ramieniu.
– Przepraszam – mówię, robiąc krok w tył.
Puszcza moje ramię i odchrząkuje.
– Wybacz. Ja… eee, chciałem zapytać, czy możemy porozmawiać.
Dziś Brian ma na sobie szary kardigan, a także zawieszoną na szyi smyczkę i swoje szylkretowe okulary. Jego włosy dalej są rozczochrane, choć gdyby był bohaterem romansu, pewnie opisano by je jako kasztanowe loki częściowo przesłaniające przenikliwe spojrzenie jego mahoniowych oczu.
Nie wiem, czego ode mnie chce, ale na pewno nie będę z nim rozmawiać, gdy patrzy na mnie z góry.
– Jasne – odpowiadam. – Usiądźmy.
Wydaje się zaskoczony moją zgodą, ale kiwa głową i oboje przysuwamy do stołu po krześle. Mój wzrok pada na jeszcze jedną przypinkę na jego smyczy: GDY MYŚLĘ O KSIĄŻKACH, DOTYKAM SWOJEJ PÓŁKI.
Chwilę zajmuje mi zrozumienie tych słów. Gdy już załapuję, o co chodzi, przypomina mi się piosenka zespołu Divinyls, a za nią taki obraz: moja mama tańczy w kuchni, uskrzydlona uczuciem do kolejnego mężczyzny, który, jak się zarzeka, ma być Tym Jedynym. Mała Georgia pląsa u boku matki, a jej pełne nadziei oczy błyszczą. Dwa tygodnie później ten koleś rzuci naszą mamę, a ona znów zaszyje się w łóżku, zaciągnie zasłony i pogrąży się w rozpaczy, zapominając o swoich małych córeczkach, które potrzebują, aby ktoś je nakarmił, wyprał im ubrania i pomógł odrobić lekcje.
Otrząsam się z zamyślenia i skupiam na Brianie. Wpatruje się we mnie, a jego wzrok przesuwa się po mojej twarzy, jak gdyby czytał mnie jak książkę.
Nudną, gorzką książkę.
– Chciałeś o czymś porozmawiać? – pytam.
Mruga.
– Och, no tak. O tej całej sprawie z Xandrem. Myślę, że nie ma powodu, żebyśmy mieli się traktować jak wrogowie.
– Zgadzam się – przyznaję mu rację, choć jednocześnie zachowuję ostrożność. Chciałabym czuć, że siedzimy w tym bagnie razem, zjednoczeni w nienawiści do naszego wspólnego szefa nikczemnika. Niestety wygląda na to, że Xander i Brian są kumplami, których jednoczy pogarda wobec mnie.
„Jak nazwałeś jej księgarnię, Lawson? Smętnym pustkowiem lęku egzystencjalnego?”
– Świetnie, to naprawdę świetnie – odpowiada Brian. – Bo, hmm, po tym, jak Xander połączy lokale w jeden, będzie tutaj wiele do ogarnięcia i… sporo pracy do wykonania.
– Tak – potwierdzam niepewna, do czego zmierza. Czyżby sądził, że nie byłabym w stanie temu podołać?
– Zastanawiałem się, co mógłbym zrobić… – Odgarnia włosy z czoła i wyraźnie się waha. – Chodzi o to, żebyś nie została bez pracy, gdy…
– Co masz na myśli, mówiąc „gdy”? – Przy ostatnim słowie mój głos zmienia się w pisk.
– Chciałem powiedzieć „jeśli” – poprawia się szybko.
– Ale powiedziałeś „gdy”. – Zduszam ogarniającą mnie panikę. Czy Xander mu o czymś powiedział? Może ta cała rywalizacja jest ustawiona i Brian już teraz ma zwycięstwo w kieszeni? – Dobór słów ma znaczenie.
– Pomyliłem się.
– Może to freudowska pomyłka.
Mruga, patrząc na mnie zza okularów.
– Cóż, przepraszam.
Nie brzmi to, jakby było mu przykro. Wygląda na zirytowanego, co nie jest w porządku – w końcu to on zasugerował, że przegram.
Wypuszczam powietrze z płuc i zerkam na telefon. Już prawie nadeszła pora otwarcia sklepu.
– Dzięki za rozmowę, Brian, ale…
– PRZESTAŃ MNIE TAK NAZYWAĆ.
Zszokowana gwałtownie przywieram plecami do oparcia krzesła.
– Co, proszę?
Mamrocze coś, ale nie dosłyszę.
– Co takiego? – nakłaniam go, by powtórzył.
– Ryan – mówi, tym razem wyraźniej. – Mam na imię…
Obraca zawieszoną na smyczce plakietkę: RYAN LAWSON. KIEROWNIK, SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIA.
Policzki oblewa mi rumieniec zawstydzenia. Od kilku dni nazywałam go niewłaściwym imieniem.
Ale zanim zdążę przeprosić, on wstaje. Ze swoim wzrostem wielkoluda góruje nade mną, więc podrywam się na nogi i próbuję zebrać się na odwagę, której nie mam w sobie wiele.
– Chciałeś powiedzieć coś jeszcze?
– Tak, jeśli tylko pozwolisz mi dokończyć. – Wzdycha z frustracją. – Próbuję ci przekazać, że jeśli wygram… – Przygryza wargę, po czym wypala szybko: – …mogłabyś być moją asystentką.
Momentalnie ogarnia mnie oburzenie.
– Twoją asystentką?
– Mógłbym cię zatrudnić jako asystentkę kierownika, żebyś nie została bez pracy. – Robi minę, która mówi: Widzisz, jaki ze mnie miły facet?
– Rany, to wspaniale – odpowiadam.
– Tak? – Unosi brwi.
– No wiesz, jesteś mężczyzną, więc to ty powinieneś być szefem.
– Eee…
– A my, kobietki, powinnyśmy pracować dla ciebie, prawda? – Czuję narastający gniew i w końcu daję upust frustracji, która zbierała się we mnie od spotkania z tym okropnym klientem. – Założę się, że to właśnie dlatego tak uwielbiasz zarządzać księgarnią. Tabuny kobiet proszą, żebyś polecił im coś do przeczytania? I hej, jeśli te książki przy okazji umacniają przekonanie, że kobiety bez mężczyzn są niekompletne, to tym lepiej! Patriarchat w najlepszym wydaniu.
– Ja…
Podchodzę do niego o krok, wbijam palec w jego pierś i mówię to, co chciałabym powiedzieć każdej osobie, która kiedykolwiek mnie nie doceniała.
– Nigdy nie będę twoją asystentką, Panie Szczęśliwe Zakończenia. I lepiej zacznij już dopracowywać swoje CV, bo zamierzam wygrać tę bitwę. I wiesz, co zrobię, jak tylko zwyciężę? Zwolnię cię.
Po tych słowach odwracam się i odchodzę.
Chciałabym móc powiedzieć, że wyrzucenie z siebie tego wszystkiego poprawiło mi samopoczucie. Jednak ogarnia mnie wrażenie, że bez względu na to, co robię – milczę, panuję nad sobą, czy wybucham – zawsze koniec końców czuję się winna.
4
Ryan
Co to, do diabła, miało być?
Osłupiały gapię się na miejsce, w którym jeszcze przed sekundą stała Josie. Sądziłem, że się ucieszy, gdy usłyszy, że nie straci pracy, nawet jeśli przegrałaby tę głupią rywalizację, w jaką wpakował nas Xander.
W żadnym momencie nie zamierzałem zasugerować, że powinna mi podlegać.
W głowie głos moich braci podsuwa mi nieprzyzwoity obraz: łóżko, a w nim uległa Josie spełniająca moje zachcianki.
Szanse na to są znikome. I nie ma znaczenia to, że gdy się wścieka, jej oczy błyszczą jak szmaragdy, i że pachnie jak pole lawendy w deszczowy dzień. Gdyby Josie Klein posiadała władzę nad piorunami jak Violet Sorrengail, bez wątpienia już teraz byłbym niczym więcej niż kupką popiołu na podłodze.
Jeśli dałaby mi choć sekundę na wyjaśnienie mojej propozycji, może uświadomiłaby sobie, że wrogiem nie jestem ja, tylko Xander. Cholera, przecież sam doskonale wiem o tym, że w pracy księgarza nie chodzi tylko o zarobek i że bez naszych księgarni bylibyśmy zupełnie zagubieni, niczym kapitanowie bez okrętu.
Tak jest w moim przypadku i mogę się założyć, że Josie czuje podobnie. Spędza w Tab każdą chwilę – od otwarcia do zamknięcia przez siedem dni w tygodniu. Nie widzę, aby pomagał jej ktoś poza tą jedną dziewczyną, która chodzi ze zdobioną laską. Ma nade mną tę przewagę, że jej zysku nie uszczuplają dodatkowo pensje wypłacane innym pracownikom.
Myśląc o moim zespole, wzdycham z rezygnacją. Nie mogę już dłużej zatajać przed nim informacji o nadchodzących zmianach. W końcu, gdy nastanie wrzesień, moje pracownice mogą być zmuszone do poszukiwania nowej pracy.
– Nie bierz do siebie wszystkiego, co mówi Josie – odzywa się Eddie zza baru.
Policzki mnie palą. Oczywiście, że obserwował całą tę scenę. Pewnie wszyscy wokół mieli niezły ubaw na widok temperamentnej kobiety naskakującej na olbrzymiego, niezręcznego gościa.
– Jasne – mówię, udając nieprzejętego. – Zrobiła niezłe przedstawienie.
– Ma swoje powody, żeby być rozdrażniona – dodaje Eddie. – Odpuść jej.
– Mam odpuścić jej? – powtarzam za nim. – To ona mnie zaatakowała.
– Musiała wiele przejść, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jest teraz. – Z jakiegoś powodu Eddie jej broni, czego nie pojmuję.
– Co masz na myśli?
Eddie kręci głową i zabiera się do przecierania stołu.
– To nie ja powinienem o tym opowiadać. Poza tym znam jedynie część historii. – Posyła mi długie, intensywne spojrzenie. – Tylko… nie dawaj mi powodu, żebym napluł ci do kawy, dobra?
– Dobra – potwierdzam, zastanawiając się, jakie przeciwności losu musiała pokonać Josie.
Przestań się zachowywać jak mięczak. Znów słyszę głosy moich braci.
Ale mają rację. Nawet jeśli Josie Klein i ja nie jesteśmy wrogami, ona stanowi moją konkurencję.
I najwyższy, do cholery, czas, abym zaczął ją traktować jak przeciwniczkę.
– Ostatnim razem, gdy zwołaliśmy nagłe spotkanie, ogłosiłeś nam, że Elaine nie żyje – mówi Cinderella zdenerwowanym tonem.
– Nikt nie umarł – informuję, przekręcając zamek w drzwiach sklepu i odwracając tabliczkę na drzwiach, tak aby widoczny z ulicy napis głosił: „Zamknięte”. Dziś po południu wysłałem maile do całego zespołu z prośbą o przyjście do księgarni przed porą zamknięcia.
Wspomnienie o Elaine przywołuje w mojej pamięci niezwykle wyraźny obraz dawnej szefowej i czuję się, prawie jakby stała obok mnie, przyglądała się mijającym sklep parom i przewidywała, komu dopisze szczęście w miłości, a kto będzie się musiał obejść smakiem.
Elaine była chodzącą sprzecznością – wyglądała jak babcia, ale klęła jak szewc. Nie pozwalała nikomu wchodzić sobie na głowę, przez co naprawdę jej wierzyłem, gdy zapewniała, że wszystko się ułoży. I jej słowa okazały się prawdą zarówno wtedy, gdy nakryła piętnastoletniego mnie na kradzieży, jak i wtedy, gdy oznajmiła, że przechodzi na emeryturę i oddaje sklep w moje „silne, męskie ręce”.
Nadal nie do końca rozumiem, co takiego we mnie widziała: w zagubionym, samotnym nastolatku, który zarzekał się, że nienawidzi dokładnie tych samych książek, które próbował ukraść. Oczywiście tak naprawdę ich nie nienawidziłem. Nienawidziłem tego, że czytanie ich sprawiało mi taką trudność.
Kto by się spodziewał, że czytanie na głos papudze Esmeraldzie, która zdradzała upodobanie do romansów – szczególnie tych pikantnych – stanie się rozwiązaniem tego problemu?
Najwyraźniej Elaine.
– Ale to złe wieści, prawda? – dopytuje Cinderella, moszcząc się na wytartej skórzanej kanapie, na której spędza sporo czasu z książką, zarówno w trakcie godzin pracy, jak i poza nimi.
– To po prostu wieści, ani dobre, ani złe – odpowiadam i siadam w fioletowym fotelu uszaku, powszechnie znanym jako Tron Persefony. Kotka leży na jego zagłówku, z łapką spoczywającą na mojej głowie, jakby udzielała mi namaszczenia. – Powiem wam więcej, ale najpierw pora na rundkę z akwarium.
Reakcją na moje słowa jest zbiorowy jęk. Dołącza się do niego nawet Indira, mimo że zwierzyła mi się ze swojego skrytego uwielbienia do naszych gier, które mają za zadanie pomóc nam się do siebie zbliżyć. Osobiście za nimi nie przepadam, ale nie zamierzam zrywać z tradycjami zapoczątkowanymi przez Elaine.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
