Wakacje po włosku - Katarzyna Kielecka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wakacje po włosku ebook i audiobook

Katarzyna Kielecka

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Rodzinna wyprawa do Włoch, malownicza Garda i… fatum

Wszystko miało być idealne: jeziora jak z pocztówki, górskie szlaki, zabytki i sielska atmosfera. Zamiast tego rodzina Sarneckich wpada w wir kolejnych katastrof i nieporozumień. Piękno przyrody miesza się z chaosem, każdy dzień niesie nowe zawirowania: burze emocji, groteskowe starcia z włoską rzeczywistością i nieustanny taniec z losem, który bawi się bohaterami, nie tracąc poczucia humoru.

Fatalista Tadeusz zmaga się z absurdalnymi efektami działań firmy ubezpieczeniowej, Joanna z trudem znosi brak kontroli nad sytuacją, a jednocześnie stara się zdalnie wywiązać z obowiązków zawodowych. Ich córka Tosia myślami jest już na praktykach studenckich w Akwarium Gdyńskim, a nastoletni syn Kostek nie odkleja wzroku od smartfona (o ile akurat nie domaga się jedzenia). Tylko pies Wafel zachowuje w rodzinnym szaleństwie względny rozsądek.

Ciepła, przewrotnie zabawna i pełna włoskiego temperamentu tragikomedia o mocy rodzinnych więzi, sile spokoju oraz o tym, że to, co trudne, często najmocniej zapada w pamięć i w serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ilona Chojnowska

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Seweryn

Korekta

Urszula Bańcerek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© FAM, Panuwat, Paper Trident, Red X and Co, Romana, Tasha, yuna art 29 | stock.adobe.com

Fotografie w książce pochodzą z archiwum autorki.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Katarzyna Kielecka, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-61-7

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Może wszystkie smoki naszego życia są w rzeczywistości księżniczkami, które tylko czekają, aż zobaczymy je piękne i odważne.

Rainer Maria Rilke, Listy do młodego poety

Dla Ciebie, jeśli kiedykolwiek przyszło Ci do głowy, by pojechać na wakacje do Włoch.

OD AUTORKI

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, ta historia wydarzyła się naprawdę.

Zapewne podczas lektury zdarzą się chwilę, gdy pomyślisz: „To niemożliwe, Kielecką poniosła fantazja”. Otóż nie. Tym razem życie zafundowało mi tak kompletną fabułę, że nie zostawiło zbyt wiele miejsca dla wyobraźni.

Podróż, w którą za chwilę wyruszysz, przytrafiła mi się w sierpniu 2025 roku. Wakacje po włosku spędziłam z mężem Piotrem, dziećmi (Hanną i Krzysztofem) oraz pięcioletnim bokserem Leonem. Zmagaliśmy się z fatum, między chwilami grozy próbowaliśmy je obśmiewać i już wtedy zapadła decyzja, że to się skończy książką, która przyjmie formę tragikomedii.

Dostałam od rodziny zgodę na wykorzystanie w fabule ich charakterów, pasji, typowych zachowań (Hania by powiedziała: „behawiorów”), reakcji emocjonalnych itd. Tylko pies nie wypowiedział się oficjalnie w tym temacie. Dla niepoznaki zmieniłam imiona, nazwisko oraz kilka szczegółów dotyczących wyglądu. Bohaterowie wykonują inne zawody niż ja i mój mąż, chociaż pewnych podobieństw można się dopatrzyć. Wybrałam też inną rasę dla pupila, z tego powodu, że boksery już się pojawiły w kilku moich powieściach, a nie chcę być monotonna. Mam słabość do brachycefalicznych, ale w zasadzie kocham wszystkie psy.

Zatem podkreślam jeszcze raz: ta historia się wydarzyła. Naprawdę. W najdrobniejszych szczegółach, nie tylko w zarysie. Wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób są zamierzone. Każde z opisanych miejsc możecie znaleźć na mapie (nazwy hoteli i usługodawców brzmią nieco inaczej, jednak korelują z prawdziwymi). Postacie drugoplanowe także mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Zmyśliłam tylko dwa epizody, lecz nie będę zdradzać szczegółów już na wstępie.

Baw się dobrze podczas lektury. Śmiej się, przeżywaj i ciesz jedyną w swoim rodzaju atmosferą włoskich wakacji.

Ożyw obraz

PROLOG

6 sierpnia, środa

– Skręcać? – zapytał Tadeusz Sarnecki zdradzającym napięcie głosem. Zacisnął dłonie na kierownicy, po czym łypnął na żonę.

– Nie wiem – odpowiedziała z roztargnieniem. Wpatrywała się w ekran smartfona i przesuwała palcem po mapie w desperackich poszukiwaniach.

– Tak – zaordynował z tylnej kanapy szesnastoletni Kostek. Był smukły, a nad jego czołem piętrzyła się absurdalnie obfita, poskręcana w pukle grzywka w odziedziczonej po ojcu rudawej barwie.

– Nie! – zaprzeczyła gwałtownie o cztery lata starsza Antonina i wymierzyła bratu kuksańca w bok. – Gamoniu, tam jest wszystko zamknięte.

Sarnecki zazgrzytał zębami. Samochód toczył się dosyć szybko po wąskiej drodze na północ. Na decyzję zostały ledwo sekundy. Na wprost w oddali majaczył tunel. Po prawej stronie w dole połyskiwała w słońcu tafla jeziora Garda, po lewej pięła się skalna ściana, a w niej kuszący zjazd opatrzony nazwą Strada della Forra, który wprawdzie nie mówił nic kierowcy, lecz powinien ułatwić decyzję pasażerom. Tablica świetlna, zawieszona nad asfaltem, informowała, że jest szósty sierpnia, godzina szesnasta trzydzieści trzy. Brzuch Tadeusza zareagował na tę informację głośnym burczeniem.

– Skręcać czy nie?! – ponowił pytanie znacznie ostrzejszym tonem.

– Tak! – potwierdził syn.

– Nie! – podtrzymała stanowisko córka.

– Nie wiem – powtórzyła bezradnie żona.

Ford minął zjazd i po chwili wbił się w niemal dwukilometrowy tunel.

– Jak to nie wiesz? Do pioruna, sprawdzasz od pół godziny! Oślepłaś?! – ryknął Tadek, po czym zawarczał jak rozwścieczony brytan. Górna warga podniosła się, ukazując garnitur zębów.

Ośmioletni ciemnobrązowy labrador retriever, śpiący z tyłu między rodzeństwem, zawarczał do wtóru krótko i niemrawo, bo nie chciało mu się przerywać drzemki. Nie otworzył nawet oczu, tylko leniwie się oblizał i machnął ogonem.

Joanna Sarnecka na kilka sekund się zapowietrzyła, a gdy ją odetkało, zalała męża lawiną oburzenia.

– Ja oślepłam?! Chyba ty ogłuchłeś! Powtarzam ci, że tu nie działa internet! Trzeba było mówić wcześniej, że będziesz potrzebował pilota! Jak mam cokolwiek znaleźć na mapie, która nie wczytuje danych?!

– Nie wiem, radź sobie. Ja prowadzę!

– Wygodna wymówka.

– Umieram – jęknął teatralnie Kostek. – Mam mroczki z głodu. Tam była blisko pizzeria, widziałem szyld, ale oczywiście mnie w tej rodzinie wszyscy olewają. Prosiłem, żebyśmy skręcili.

– Zamknięta, gamoniu – weszła mu w słowo Tośka. – Przerwa do osiemnastej trzydzieści. Sjesta. Tu się ludzie przesadnie nie przepracowują.

– Skąd wiesz? I nie mów na mnie „gamoniu”!

– Nie mów na niego „gamoniu” – poparła syna Joanna bez większej nadziei na to, że odniesie w tym względzie sukces wychowawczy. Jej dzieci, odkąd zaczęły dorastać, pałały do siebie stabilną niechęcią.

– Okej, będę mówiła „ćwierćzwoju”. – Tosia wyszczerzyła się z mściwą satysfakcją. – Przez chwilę miałam zasięg i mi się pojawiły godziny otwarcia na mapie.

– I nie sprawdziłaś, co jest czynne? – Nastolatek zakrył dłońmi twarz. – Bezmyślna raszpla.

– Ja jestem bezmyślna?! Ja?! – Spiorunowała go wzrokiem. – A komu skończył się przekaz danych w telefonie już drugiego dnia we Włoszech?

– Nie wiedziałem, że mam za granicą mniej gigabajtów niż w Polsce.

– Mówiłam. Ćwierćzwój. Zamiast mózgu wyhodował tylko dwie komórki, na dodatek oddalone, więc nigdy dotąd się nie spotkały… U wszystkich pula danych jest taka sama, a jakoś nikt poza tobą…

– Spokój! – Gniewny głos Tadeusza wypełnił kabinę po brzegi. – I wypraszam sobie takie słownictwo w moim aucie. Żadnych ćwierćzwojów i raszplów… raszpli… – zawahał się. – Raszpl? Skąd ty w ogóle znasz takie słowo?

– Dziadek Marek tak kiedyś powiedział o babie z poczty. Znaczy o pani – poprawił się chłopak, żeby nie zebrać kolejnej bury.

– Naprawdę? Ale raszpla to stalowy pilnik. Bez sensu.

Antonina uznała za stosowne sprzeciwić się ojcu.

– Otóż mylisz się – oznajmiła z wyższością. – Raszpla to ryba chrzęstnoszkieletowa. Trochę podobna do płaszczki, a trochę do rekina, inaczej nazywana aniołem morskim. Po łacinie Squatina squatina. Nie mam nic przeciwko, żeby nazywał mnie aniołem.

Joanna zasłoniła dłonią usta. Z trudem ukryła rozbawienie i pogratulowała sobie w duchu, że nie marudziła zanadto, gdy córka przed dwoma laty zamiast zdawać, zgodnie z planem, na akademię muzyczną, niespodziewanie wybrała biologię na uniwersytecie.

– Nie rozpraszajcie mnie! Rozglądajcie się, łapcie zasięg i mówcie, do diabła, dokąd mam jechać! – apelował Tadek.

– Dokądkolwiek, gdzie dadzą nam coś do żarcia, błagam – wycharczał Kostek tonem iście agonalnym.

Chwilowo możliwości ograniczały się do gnania przed siebie. Aśka oderwała wzrok od smartfona, bo pokonywanie wnętrza góry niweczyło szanse na połączenie z siecią. Kłótnie i przepychanki wychodziły jej już bokiem. Ssało ją z głodu. Ciało, zmęczone kilkugodzinnym wysiłkiem, przyjemnie ciążyło. Marzyła o smacznym posiłku, butelce zimnego piwa bezalkoholowego, a potem o leżaku na tarasie z widokiem na góry, w ciszy, bez niepotrzebnych dyskusji! Najlepiej z książką, ale byłaby gotowa nawet wyjąć z walizki laptop i popracować, byle nikt nie wrzeszczał, nie marudził, nie jojczał nad jej uchem.

W głowie wykreowała wizję, w której opuszcza samochód i umyka w dal. Niestety w realnym świecie nie wchodziło to w grę. Na sąsiednim pasie było bardzo tłoczno. Mijały ich dziesiątki pojazdów zmierzających na południe. W kierunku Limone sul Garda na szczęście panował mniejszy ruch. Nad asfaltem wisiał nisko łuk kamiennego sklepienia, szarego, obskurnego, paskudnego. Kontrastował z intensywnymi barwami włoskiej przyrody, którą Joanna cieszyła się od dziesięciu dni i z którą miała się nazajutrz pożegnać.

Niespodziewanie prawa ściana tunelu zniknęła, zastąpiona przez betonowe słupy. Jasne światło oślepiło kierowcę i pasażerów, odbijając się srebrzystymi refleksami od pomarszczonej tafli akwenu. Na wodzie bujały się niespiesznie żaglówki. Między nimi sunął majestatycznie biało-niebieski prom. Wydawało się sielsko, beztrosko, idyllicznie, jakby w tym miłym zakątku świata nie istniały frasunki, niesnaski, ferment…

Tere-fere… Po drugiej stronie jeziora wyłaniało się zza szarawej mgły pasmo gór ze szczytem Monte Baldo, który zaledwie poprzedniego dnia dał rodzinie ostro do wiwatu i wywołał serię konfliktów. Resztki awantury wciąż wisiały w atmosferze i co rusz wybuchały w krótkich słownych spięciach.

Włoski motocykl z rykiem silnika wyprzedził Forda z polską rejestracją, zignorowawszy wymalowaną na asfalcie ciągłą linię. Ledwo się przecisnął w wąskiej szparze między sunącymi w przeciwnych kierunkach autami. Tadeusz zaklął pod nosem i także zwolnił. Mijający go austriacki Land Rover przyhamował i zatrąbił.

– Dawca organów! – Joanna położyła rękę na piersi, wyczuwszy, że obcy pirat drogowy wyekspediował jej serce w okolice gardła.

– Popuściłby po nogach, gdyby mnie nie wyprzedził – skomentował jej mąż i wcisnął gaz.

– Jeść! Szamać! Żreć! Wpier…

– Kocio! – Matka ucięła wpół nieakceptowalny czasownik.

– Jestem głooodnyyy!

– Zawrzyj japę! – Siostra zakryła mu usta dłonią. – Już się wypowiedziałeś w tej kwestii. Wszyscy wiedzą, nikt nie współczuje, bo jedziemy na tym samym wózku. Au! – wrzasnęła i energicznie odsunęła rękę. – Dziabnął mnie. Mamo, zaszczepiliście Kocura na wściekliznę? Wafel, bierz go! – Ze zgrozą obejrzała różowy zarys zębów na własnej skórze.

Pies totalnie ją zignorował. Rodzinne waśnie niewiele go obchodziły, bo wybuchały często i rzadko go dotyczyły. Był zmęczony i chwilowo zamierzał spać.

– Kostek, do jasnej anielki!

– O rany, mamo! Do jakiej znowu anielki? Do jasnej Antoniny. A w zasadzie do ciemnej, bo ona ma ciemny charakter.

– Chyba czarny.

– Niech będzie czarny. Zbrodniarka. Chciała mnie udusić – bronił się chłopak. – Chcę do domu. Do Łodzi.

– Ja też – podchwyciła jego siostra. – Obiecaliście mi wycieczkę statkiem po Gardzie i co? Czekam od dziesięciu dni! Mały rejs i też chcę do domu. Albo nie – poprawiła się. – Nie do domu. Chcę do Gdyni. Do Akwarium. Do krabów, krążkopławów i ukwiałów!

– Chrzanić Gdynię! Łódź! Mój pokój, boisko, Dąbrowa! Kermit, Adaś, Łukasz… – perorował Kostek. – Z nimi czuję, że żyję, a tutaj to tylko wegetacja. Bokiem mi wychodzą te wasze Włochy. Wiecznie tylko łażenie po górach albo po zabytkach. Co mnie obchodzą zabytki?!

– Ciebie nic nie obchodzi, poza kolegami i muzyką! – fuknęła Joanna. – A już najmniej nauka…

– Są wakacje!

– W roku szkolnym też robisz z siebie tumana – podpowiedziała żywiutko Tośka, zawsze chętna do wieszania psów na młodszym bracie.

– Może ja chcę być tumanem!

– Koniec! – wybuchnął Tadeusz, walnął pięścią w kierownicę i przyspieszył do maksymalnej prędkości, na jaką pozwalały mu znaki drogowe, czyli do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. – W nosie mam to, co wy chcecie! Ja chcę świętego spokoju! Chcę być bezdomnym włóczęgą. I co? Mam iść za głosem serca?!

Jego żona pomyślała, że wolałaby zamieszkać na bezludnej wyspie lub w niedużej, zacisznej celi w wieży średniowiecznego zamku. Rozważała, czy powiedzieć to na głos i jak ująć dosadnie w słowa fakt, że jako jedyny towarzysz tego odosobnienia widzi jej się Wafel.

Tymczasem galeria się skończyła. Przez kolejne metry widok na jezioro osłaniały drzewa. Za nimi ukazała się miniaturowa zatoczka, po czym droga znów się zwęziła, ograniczona z prawej strony niskim murkiem oraz pionową skalną ścianą nurkującą w tafli jeziora. Po paru sekundach wessał ich kolejny ciasny tunel, a wnętrze samochodu wypełnił przenikliwy, wysoki, krótki dźwięk. Rozległ się cztery razy i zamilkł złowieszczo. Sarnecki odruchowo przycisnął hamulec. Samochód delikatnie zwolnił.

– Tato? – W głosie Tośki zabrzmiało napięcie. Zerknęła z tylnego siedzenia na tablicę rozdzielczą. – Miga ci na czerwono! Tato!

– Co to? – zaniepokoiła się Joanna.

Tadek zbladł. Jego wysokie, wyraźnie wysklepione czoło pod krótką miedzianą czupryną momentalnie pokryło się kropelkami potu.

– Jest źle – zawyrokował.

– Bardzo?

– Nie wiem. Chyba… – Alarmujący sygnał odezwał się ponownie. – Niski poziom płynu hamulcowego.

– To zatrzymaj się!

– Zwariowałaś?

– Kur… – wypsnęło się Kostkowi, ale tym razem nikt nie zwrócił mu uwagi.

Tunel wydawał się nie mieć końca. Był ciasny, wąski i nie wyposażono go, jak wiele innych w tym rejonie, w zatoczki na wypadek sytuacji awaryjnych. Na domiar złego nieustannie zakręcał.

– Jest źle – powtórzył Tadeusz. – Jest naprawdę źle. Jeszcze panuję nad sytuacją. Nie wiem jak długo…

– Musisz stanąć – zasugerowała żona.

– Na środku pasa? W tunelu? Nie mam gdzie, Aśka. I nie wiem, czy dam radę tak łatwo na samym ręcznym.

– Jak to nie wiesz, czy dasz radę?

Tosia wychyliła się do przodu, położyła dłoń na ramieniu Joanny i mocno zacisnęła palce.

– Mamo, tata chyba chce powiedzieć, że lada chwila przestaną nam działać hamulce…

Ożyw obraz

Rozdział 1

Dzień wcześniej, 5 sierpnia, wtorek

Sen trzymał Joannę w miękkim kokonie, ciepło, niemal rozkosznie, jakby swoją intensywnością nadrabiał kilkutygodniowe zaległości. Ostatnio był dla niej niedostępnym luksusem. Męczący, trudny do wytrzymania ból łopatki i lewej ręki, mający swoje źródło w szyjnym odcinku kręgosłupa, zatruwał jej życie i utrudniał funkcjonowanie. Bez wahania odwiedziła lekarza. Podczas badania powstrzymała się od niecenzuralnych słów, wyłącznie posykiwała i tylko oczy jej zwilgotniały. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje, a żelazne paluchy medyka przebiją ją na wylot. Prześwietlenie przypieczętowało diagnozę o rwie barkowej. Wyszła z przychodni z receptą i skierowaniem na fizjoterapię. Przed urlopem zdążyła dwukrotnie poddać się masażom, a w zasadzie torturom, przy których na domiar złego towarzyszył jej mąż. Pogawędził z oprawcą żony po przyjacielsku, bo znali się z podstawówki, i nauczył, gdzie uciskać, żeby pomóc. Albo żeby zabić, bo Aśka niezmiennie trwała w przekonaniu, że za którymś razem padnie trupem albo co najmniej zemdleje. Kuracja jednak działała, chyba wreszcie ciut jej się poprawiło, bo spała – nomen omen – jak zabita.

Tadeusz uniósł powieki wraz ze świtem. Z satysfakcją poprzyglądał się połowicy, wietrząc w jej spokoju swoją zasługę. Chwilę poczytał, przejrzał zdjęcia z ostatnich dni, zmontował z nich rolkę, po czym umieścił na Instagramie. W końcu wyszedł boso na balkon. Wybałuszył oczy ze zdziwienia i z zachwytu. Dzień wstawał wolno, ospale wyłaniał się z mgły, strząsając pierwszymi promieniami słońca kropelki rosy. Szczyty otulające dolinę tonęły w nasyconej zieleni o nieskończonej liczbie odcieni. Wydawały się o wiele bliższe niż w poprzednich dniach, niemal na wyciągnięcie ręki. Jak okiem sięgnąć niebo jaśniało błękitem upstrzonym kilkoma białymi obłoczkami. Tylko na chodniku przed domem królowała spora kałuża, wspomnienie po intensywnych deszczach, które tego lata nie oszczędzały okolicy, wchodząc w paradę autochtonom oraz turystom.

Serce Tadka rozbrzmiało nadzieją. Wrócił do pokoju, tłukąc piętami o podłogę, dopadł do smartfona, sprawdził prognozę pogody i z ekscytacji strącił lampkę z nocnej szafki. Na szczęście się nie potłukła, bo jej klosz został wykonany nie z przydymionego szkła, a z jakiegoś trwalszego materiału, które tylko je przypominało. Za to rumor powstał na tyle głośny, że wyrwał Joannę z ramion Morfeusza. Łypnęła spod przymkniętych powiek i burknęła:

– Co ty wyprawiasz?

– Wstawaj, szkoda dnia. – W podskokach obiegł łóżko, by przysiąść obok żony. – Mamy czas do czternastej!

– Na co? – Uniosła się na łokciu, jęknęła i złapała za bark. – O w mordę, znowu zapomniałam, że mi ręka nie działa.

– Boli? Nie wierciłaś się w nocy…

Aśka usiadła, ostrożnie poruszyła ramieniem i pokręciła głową, by rozluźnić szyję.

– Odrobinę mniej. Pierwsza jaskółka nadziei. Do sukcesu daleko. Co będzie o czternastej?

Z energią ucałował ją z dubeltówki.

– Nieważne. Liczy się to, co jest teraz!

– A co jest?

– Słońce! – wypalił triumfalnie, zacierając ręce. – Prawdopodobieństwo deszczu zero procent. Zero, a nawet mniej niż zero-o, mniej niż zero-o… O! O! O! O! – zaśpiewał pełną piersią, przywołując dawny przebój zespołu Lady Pank.

– Ciszej. Dzieci śpią. A o czternastej? – Joanna nie dała się porwać uniesieniu, chociaż w jej głosie pobrzmiewało lekkie zainteresowanie.

Tadeusz machnął ręką.

– Deszcz i burza.

– Ile procent prawdopodobieństwa?

– Trzydzieści siedem.

– Phi. Czyli cały dzień będzie ładny. – Spojrzała na zegarek i ziewnęła. – Człowieku, dopiero szósta dwadzieścia. Umawialiśmy się, że na urlopie wstajemy najwcześniej o siódmej.

Z przesadną emfazą złapał się za głowę, dostrzegłszy, że treść i dramatyczny ton to za mało dla jego żony.

– Czy ty mnie słuchasz?! Od czternastej będzie lało. Trzeba się ruszyć natychmiast, wykorzystać okienko pogodowe. Przez te ciągłe pluchy przepadło nam kilka punktów z harmonogramu. Mamy obsuwę. Zostało od groma miejsc do obejrzenia. Urlop mi się kończy – podsumował, jakby to oznaczało armagedon.

– Tadziczku, nie przesadzaj. Dziś wtorek. Do pracy idziesz dopiero za sześć dni.

– Już za sześć dni! Poza tym w czwartek przenosimy się z Włoch do Austrii i to, co jest tu w okolicy, stanie się dla nas niedostępne. Nie po to wypisaliśmy w punktach plan zwiedzania, żeby teraz bez powodu go zawalać. Aśka, błagam. Wstań! Ja obudzę dzieci.

– A kawę zrobisz?

– Zrobię. Tylko się wreszcie rusz.

Przewróciła oczami. Poprawnie odczytał niewerbalny sygnał i uznał go za milczącą zgodę. Uradowany wypadł z sypialni i zbiegł na parter, stukając gołymi piętami o drewniane stopnie. Joanna z rezygnacją spuściła nogi na podłogę.

– Wariat – mruknęła z odrobiną czułości i rozbawienia.

Zawsze widział szklankę do połowy pustą. Twierdził, że to przejaw rozwagi, a nie pesymizmu, i faktycznie nikt, kto znał Sarneckiego, nie nazwałby go ponurakiem czy malkontentem. Co najwyżej zachowawczym i w dodatku przesądnym marudą. Twierdził, że takie podejście pozwala mu się przygotować na każdy, choćby najgorszy scenariusz. Tymczasem jego żona stawiała przede wszystkim na racjonalny luz z ewentualnymi odstępstwami w kierunku lekkomyślności.

Tadeusz był dynamiczny, szybki, a przy tym niecierpliwy. Nie potrafił długo usiedzieć na miejscu. Łatwo wpadał w gniew i jednocześnie szybko się uspokajał. Wystarczyło go rozśmieszyć, dowartościować albo przebić się przez jego emocje jakimś logicznym argumentem. Szczupłą sylwetką i pociągłą twarzą przypominał nieco charta. Cieszył się niezłą kondycją, bo regularnie odwiedzał siłownię, lecz mimo starań nie zdołał zbudować solidnej masy mięśniowej. Lubił jeść, miał ogromną słabość do słodyczy i sięgał po nie w zasadzie bezkarnie, wrodzona ruchliwość sprawiała bowiem, że w mgnieniu oka zużywał wszelkie nadprogramowe kalorie.

Jego żonę to, oczywiście, frustrowało, bo w tym względzie na loterii życia wyciągnęła przegrany los. Waga zawsze stawała w kontrze do jej oczekiwań. Do żadnego innego domowego sprzętu nie czuła tak żywiołowej niechęci. Od lat na zmianę tyła i chudła, raz była pulchna, raz tylko lekko przy kości, ale zawsze na plusie. Nie zadręczałaby się tym przesadnie, bo Tadzik kochał ją niezależnie od jej kilogramów, ale lekarze coraz częściej straszyli Aśkę nadciśnieniem oraz mnóstwem innych okropności, a przyjaciółki podsuwały propozycje nieżyciowych diet i koszmarnych aktywności sportowych. Joanna nie znosiła zumby, jogi, pilatesu ani innych grupowych atrakcji. Z zasady nie biegała, na rower wsiadała w ostateczności. Jedyne, do czego potrafiła się zmobilizować, to chodzenie. Spacery uważała za sensowną, w miarę przyjemną formę ruchu i uprawiała je regularnie w towarzystwie Wafla. To ratowało jej ciało przed totalną degradacją, bo pracy zawodowej oddawała się przy komputerze, w dodatku głównie w domu, zaledwie kilka metrów od łóżka, kanapy i lodówki.

Zajmowała się przygotowywaniem e-learningów i prowadziła szkolenia zdalne przez internet. Siedzibę warszawskiej korporacji, która ją zatrudniała, odwiedzała nie częściej niż raz w miesiącu. Jeździła tam pociągiem, co uważała za wygodne i ekonomiczne rozwiązanie. Zresztą alternatywa nie istniała, bo Aśka nigdy nie nauczyła się porządnie prowadzić samochodu. Bała się siadać za kierownicą, a zdane tuż po maturze prawo jazdy od trzech dekad leżało w szafce z dokumentami i porastało kurzem.

Dodatkowym zajęciem, któremu oddawała się z pasją, było pisanie wierszyków dla dzieci. Dostarczała je do zaprzyjaźnionego wydawnictwa hurtowo, po dwadzieścia na kwartał. Każdy z nich lądował pośród barwnych ilustracji w osobnej książeczce ze sztywnymi kartkami. Natykała się na nie w księgarniach, marketach, na pocztach i za każdym razem towarzyszył jej przy tym leciutki dreszczyk szczęścia.

Tadeusz pracował jako geodeta. Przez większość czasu przebywał w terenie, zaspokajając swoją potrzebę ruchu. Jeśli nie liczyć tego, że w zasadzie oboje byli introwertykami i unikali wielkich spędów, różnili się od siebie jak ogień i woda. Mimo to, a może właśnie dlatego się kochali, choć nie omijały ich kryzysy naturalne w każdym związku. Wypracowali sposoby, by sobie z nimi radzić, i trwali jedno przy drugim już niemal ćwierć wieku. Pół życia, jak wyliczyła ostatnio Aśka przy okazji swoich czterdziestych ósmych urodzin.

Wygramoliła się z łóżka i z ociąganiem poczłapała do łazienki. Niespiesznie umyła się i ubrała w granatowe dresowe spodnie z lampasami i kremową koszulkę z pstrokatą aplikacją motyla. Starała się nie wykonywać gwałtownych ruchów, by nie obciążać obolałego barku. Nie zamierzała się malować. Wklepała tylko w skórę krem nawilżający, by pozbyć się wrażenia suchej skorupy. Na koniec przeczesała szczotką krótką fryzurę uformowaną tak, by tworzyła wrażenie kontrolowanego chaosu. Zrezygnowała z długich włosów w czerwcu pod wpływem chwili, przy okazji zmieniając kolor z kasztanowego na ciepły, miodowy blond z karmelowymi akcentami. Przyjaciółki twierdziły, że odmłodziła się o dobre dziesięć lat i przywróciła okrągłej, wolnej od zmarszczek twarzy świeże, dziewczęce rysy. Nawet się z nimi zgadzała i za każdym razem, gdy patrzyła w lustro, gratulowała sobie tej metamorfozy.

***

Schodziła na parter powoli, sunąc zdrową ręką po balustradzie. Podobnie jak Wafel nie przepadała za ciasnymi, krętymi schodami o nienaturalnie wysokich stopniach. Noclegi zarezerwował Tadeusz jeszcze przed Wielkanocą. Nie przyjrzała się wówczas dokładnie zdjęciom, bo jej się nie chciało. Gdy dotarli na miejsce, próbowała przekonać męża, by spali w salonie, jednak ostro jej się sprzeciwił. Kostek poparł ojca argumentem, że narożnik jest zbyt wąski dla dwóch osób. Nie mijał się z prawdą, choć Aśka doskonale wiedziała, że motywacja nastolatka nie wynikała z troski o komfort rodziców. Po prostu dostrzegł zalety legowiska znajdującego się z dala od reszty rodziny, za to blisko lodówki. W efekcie on i pies urządzili się na dole, z wygodnym dostępem do aneksu kuchennego, Sarneccy i Tosia zajęli zaś dwie maleńkie sypialnie na piętrze. Lokum było skromnie urządzone, za to czyste, zadbane, a na dodatek wyposażone w dwie łazienki, więc gwarantowało komfortowy wakacyjny pobyt dla czterech osób i ich pupila.

Z dołu rozległ się pełen pretensji zachrypnięty głos Kostka:

– Zostaw tą kołdrę. Daj mi żyć!

– Tę kołdrę – poprawił Tadeusz. – Wstawaj, trzeci raz proszę.

– Jest noc.

– Jest dzień. Otwórz oczy, wyjrzyj za okno. Słońce świeci.

– W dupie mam słońce.

– To uważaj, żeby ci jej nie spaliło.

– Jesteś nienormalny!

Joanna niechętnie przyspieszyła kroku. Nie lubiła wcinać się w kłótnie między ojcem a synem, lecz za każdym razem, gdy do nich dochodziło, czuła, że nie powinna milczeć. Starała się być przy tym sprawiedliwa, stawała po stronie tego, któremu akurat mniej szwankował rozsądek, i w efekcie narażała się na wyrzuty jego oponenta. Jeśli zaś próbowała zachować neutralność, obrażali się na nią obaj.

Wafel, pochwyciwszy w nozdrza woń ukochanej pańci, zerwał się z legowiska przy drzwiach tarasowych i popędził ku schodom, ślizgając się pazurami na panelach. Z przyjemnością zanurzyła dłoń w jego miękkiej sierści, odwlekając nieuniknione.

– Licz się ze słowami! – grzmiał rozsierdzony Tadek. – Bez dyskusji. Wstajesz, ubierasz się, jesz śniadanie i jedziesz z nami.

– Po co?!

– Po to, żebyś zobaczył kawałek świata większy niż ekran smartfona i przewietrzył te nieliczne komórki mózgowe, które posiadasz!

– Jasne, obrażaj mnie, śmiało. Tośka w kółko to robi, uodporniłem się. Dla ciebie, jak ktoś ma w nosie te twoje góry, od razu jest debilem, idiotą, kretynem!

– Ty masz w nosie wszystko poza telefonem!

– Nieprawda! Mam pasje i przyjaciół. Od jednego i drugiego mnie separujesz, bo mnie wywiozłeś na włoskie zadupie. Okradasz mnie z wakacji, ograniczasz wolność i prawo do pielęgnowania relacji społecznych!

– Daję ci szansę do pielęgnowania relacji z rodziną.

– Nie szansę, tylko przymus. A ja nie chcę. Mamo! – Kostek dostrzegł Joannę i natychmiast się rozpromienił w nadziei, że znalazł sojusznika. – Czy to dziwne, że wolę spędzać czas z kolegami, nie z wami?

– Niespecjalnie – przyznała. Podniosła z podłogi gumową świnię, po czym cisnęła nią pod drzwi wejściowe. Uradowany Wafel bez wahania przyjął zaproszenie do zabawy i ruszył w pogoń za zdobyczą.

Kostek błysnął zębami. Zerwał się z narożnika, na którym leżał dotąd w nonszalanckiej pozie, i potknął się o podekscytowanego zwierzaka. Wyrwał mu z pyska świnię, która po chwili wylądowała pod stołem. Pies w sekundę do niej dopadł. Emocje rozrywały go od środka, więc rozszczekał się, zarazem podniecony tym, że ludzie rzucają zabawkę, oraz zirytowany, że robią to zbyt opieszale i nie poświęcają dostatecznej uwagi tej jedynie słusznej aktywności. Chłopak tymczasem stanął tuż za matką, jakby próbował się schować przed niedorzecznymi pomysłami Sarneckiego.

Od najmłodszych lat lepiej dogadywał się z nią. Określenia typu „syneczek mamusi” i „córusia tatusia” mocno trącały schematami, a jednak w ich rodzinie się sprawdzały. Konstanty, młodszy od siostry od cztery lata, od zawsze był bardziej rozgadany, absorbujący i krnąbrny. Choć z wyglądu niepodobny, odziedziczył po Joannie sporo cech, w tym permanentną prokrastynację i skłonność, by dyskutować do upadłego, choćby wbrew logice. Jako szesnastolatek bojkotował niemal wszystko, co oferował mu świat dorosłych, od nauki po dbałość o bezpieczeństwo. W chwilach nastoletniego zaćmienia umysłowego traktował rodziców jak dopust boży, ich pomysły jak dramaty na granicy horroru, a przebywanie w ich towarzystwie jak cenę, którą trzeba płacić za to, by mieć co jeść, gdzie mieszkać i w co się ubrać.

– Aśka, zastanów się! Wczoraj nie ruszył się z narożnika dalej niż do lodówki i znowu ma gnić pod dachem? Po to przejechał pół Europy?

– Kazaliście to przejechałem. Wolałbym zostać w Łodzi, z Kermitem, Adasiem i Łu…

– Ciszaaa! – Joanna rzadko podnosiła głos, a już na pewno nie do tego stopnia, by zdzierać sobie gardło, lecz ku jej własnemu zaskoczeniu nagle skończył jej się lont.

Pies zareagował natychmiast, słysząc gniewny ton. Przycisnął zad do podłogi i przekrzywił łeb, jakby zamierzał zapytać: „Co tej wariatce odbiło?”. W zębach międlił gumową świnię, przez co zabawnie pochrumkiwała.

– Co ci odbiło? – spytał Tadeusz, a Aśce przeszło przez głowę, że chyba czyta w myślach Wafla.

– Nic. Koniec awantury. Tadziczku, zrób kawę, zaraz pomogę ci ze śniadaniem. Kocio, skończ z cudowaniem. Wczoraj od nas odpocząłeś, dzisiaj się dostosujesz do oczekiwań. Zacznij od wyjścia z psem i przy okazji wynieś śmieci.

– Ale mamo…

– Co? – Wzięła się pod boki i zmarszczyła czoło.

– Za ciężkie, za trudne. Zadanie chyba go przerasta, bo od dwóch dni nie mogę się doprosić. Kubeł lada moment eksploduje – wtrącił z ironią Sarnecki, nie ruszywszy się ani na krok ze środka salonu.

– Widzisz, on zawsze przeciwko mnie!

– „Tata”, a nie „on” – pouczyła odruchowo. – Ewentualnie „ojciec”. Zaimki zostaw dla kolegów. Jaki masz problem z tymi śmieciami?

– Żaden! – Nastolatek uniósł obie ręce. – Byle bym nie musiał nigdzie jeździć. Dałem się zaciągnąć kilka razy na szlak i wystarczy. Mogę co najwyżej iść się kąpać w jeziorze.

– Okej, zostań – odparła, już znacznie ciszej, za to z wyraźnym jadem w głosie. – Tylko oddaj laptop. Telefon też.

– Mój?!

– Jaki twój? Umowa na usługi komórkowe jest podpisana na moje nazwisko, zarabiam na faktury i za nie płacę, więc sorry, skarbie, ale to mój sprzęt. Udostępniam go trochę z miłości, a trochę z głupoty, bo ewidentnie ci nie służy. W każdym razie mam prawo dyktować warunki. To jaka decyzja? Zostajesz? Jedziesz?

Konstanty zacisnął zęby. Podniósł z podłogi skotłowaną koszulkę, założył na grzbiet, wsunął stopy w adidasy, zapiął Waflowi smycz i wyszedł na dwór w spodniach od piżamy. Po zaledwie kilku sekundach wrócił, wparował do aneksu kuchennego, wyszarpnął z kubła worek ze śmieciami i ponownie ruszył do drzwi. Skołowany do imentu pies pognał za nim.

– Wygrałaś. Jeden-zero – podsumował Tadeusz. – Ale na mnie nie musiałaś się wydzierać.

– Wydzierałam się ogólnie. Zrób tę kawę. – Z westchnieniem opadła na krzesło przy stole.

Posłusznie podreptał do kuchni i wlał wodę do kawiarki.

– Obudź Tośkę.

– Zaraz. Nie chce mi się włazić na górę. Swoją drogą to nie do wiary, że awantura nie wywołała jej z jaskini. Zwykle nie traci okazji, by popatrzeć, jak się pastwimy nad jej bratem.

– To chociaż zawołaj – zasugerował Tadek, po czym sam ryknął: – Tośka! Koniec spania! Tooośka!

Joanna zakryła dłońmi uszy.

– Rany, człowieku… Na zawał można zejść.

– Przyganiał kocioł…

Na górze trzasnęły drzwi. Na schodach ukazały się najpierw gołe stopy, a potem cała dziewczęca sylwetka z rozczochraną blond szopą i wyraźnie pobladłą twarzą. Usta niebezpiecznie jej drżały, jakby zamierzała wybuchnąć płaczem lub furią.

– Masakra – oznajmiła kasandrycznym głosem. – Nie dopuszczą mnie do praktyk. Może nawet wyrzucą ze studiów. Muszę wracać do Polski. Natychmiast!

***

Antonina od najmłodszych lat wykazywała skłonność do dram. Z lubością wpadała w histerię, gniew i teatralnie demonstrowała bezradność w obliczu wszelkich komplikacji. Gdy była szkrabem, ta strategia sprawdzała się wyśmienicie, bo momentalnie kierowała na nią uwagę rodziców. Po latach nadal nieźle działała, zwłaszcza przy ojcu, który chyba nie zdążył zauważyć, że córeczka przedzierzgnęła się w studentkę, formalnie dorosłą, przynajmniej na papierze. Z rozpędu nie próbowała zatem się hamować, bo ekspresyjne wyrzucanie emocji na zewnątrz przynosiło jej same korzyści.

Często zachowywała się egocentrycznie, w ten typowy dla młodości sposób, który sugerował, że jej sprawy są najpilniejsze, jej opinie bezdyskusyjne, a jej dobrostan psychiczny stanowi najcenniejszą wartość świata. Dla kontrastu potrafiła od czasu do czasu zachować się empatycznie, poszastać bezinteresowną troską, zaangażować w walkę z cudzymi problemami, przez co trudno było wyrobić sobie na jej temat jednoznaczną opinię.

Aśce często brakowało dla pierworodnej cierpliwości. Nie traciła wiary, że Tosia ma zadatki na dobrego człowieka, wątpiła jednak w jej rozwagę, rozsądek, opanowanie. „Genów nie wydłubiesz” – mawiała i zerkała przy tym znacząco na męża. Zresztą Antonina nie wypierała się podobieństw do ojca. Już jako ośmiolatka, skarcona za to, że wydziera się bez powodu, skomentowała z zaskakującą lekkością, a nawet z lekką dumą: „Bo ja jestem cho-ler-ni-kiem, jak tatuś”. Faktycznie oboje reagowali jak cholerycy, a ich gwałtowne wybuchy wytrącały Joannę z równowagi. Konstanty nie należał do słodkich, bezproblemowych dzieci, często przeciągał strunę i wystawiał matczyną cierpliwość na ciężkie próby, za to był dla niej bardziej przewidywalny. Lepiej go rozumiała.

– Co się stało? – Tadeusz podszedł do schodów i zacisnął palce na balustradzie.

Dziewczyna zeszła, z każdym krokiem nabierając tempa.

– Powiedziałam przecież. Masakra! – Wyminęła ojca, w kuchni nalała sobie wody, wypiła, po czym odstawiła z hukiem kubek, strząsając z blatu okruszki pozostałe po nocnym łasuchowaniu Kostka. Odwróciła się na pięcie i oparła tyłem o zlew. Dla podkreślenia postawy zamkniętej splotła ramiona na piersi. – Wyrzucą mnie z uczelni. Nie skończę studiów, nie znajdę pracy, którą będę potrafiła znieść, w końcu wyląduję pod mostem, zmontuję sobie barłóg ze starych kartonów i zostanę kloszardem. Kloszardziną – poprawiła się po namyśle.

– Kloszardzina to żona kloszarda – podpowiedziała Joanna, wyczulona na precyzję językową.

– Nie ma mowy. Nie chcę męża. To może kloszardzicą? Kloszardką? Będę nosić łachmany, żebrać przed marketami albo kościołami, ewentualnie zacznę śpiewać na Piotrkowskiej za bilon.

Tadkowi przebiegł dreszcz po kręgosłupie. Tosia skończyła szkołę muzyczną, głos miała niezły i nie fałszowała, ale to jej nie upoważniało do snucia podobnych wizji!

– W czym problem? Sesję zaliczyłaś.

– Oczywiście, że zaliczyłam! I co z tego? To się w ogóle nie liczy!

– A coś nawywijała? Córciu, powiedz składnie.

– Nie atakuj mnie. Jestem ofiarą tej sytuacji. Ofiar się nie kopie.

– Dziecko…

– Teraz mówisz: „dziecko”, ale pierwsze, co pomyślałeś, to że to moja wina! Wielkie dzięki! Ktoś schrzanił sprawę, a ja poniosę konsekwencje. Dostałam maila z dziekanatu, że moje badania są nieważne, bo brakuje w nich czegoś tam. Stempla, podpisu, nie wiem…

– Jakie badania? Do licencjatu?

– Tato! – Tośka chwyciła się za głowę. – Rany, przecież do licencjatu nie przeprowadza się badań! Zgaduję, że lekarz medycyny pracy nawalił. Kazali mi iść do przychodni i zrobić wszystko od nowa.

Joanna przycupnęła na krześle przy stole w przeczuciu, że zapowiada się dłuższa dyskusja. Dostrzegła, że jej mąż nerwowo przebiera nogami, jakby stąpał boso po żwirze. W kontrze do niego ze wszystkich sił starała się zachować spokój.

– No to zrobisz, jaki problem? – Próbowała zbagatelizować sprawę.

Antonina gniewnie dmuchnęła na grzywkę. Dłonie, zaciśnięte w pięści, opadły jej wzdłuż ciała.

– Mamo, ty życia nie znasz! Zaplanowaliście, że dotrzemy do Łodzi nocą z niedzieli na poniedziałek. Nawet jeśli w poniedziałek rano się zerwę i polecę do przychodni, to jaką mam pewność, że zdążę? Poprzednio zmusili mnie do mnóstwa atrakcji: morfologii, EKG, spirometrii, wizyty u okulisty, jakbym się narażała na jakieś absurdalne ryzyko na zajęciach. W czwartek powinnam dostarczyć do dziekanatu dokumenty, bo w piątek jest piętnasty sierpnia, święto, a po weekendzie zaczynam w Gdyni praktyki.

– Będziesz miała trzy dni na załatwienie sprawy – podsumował Sarnecki. – Znając naszą służbę zdrowia…

– Bez szans – dokończyła dziewczyna. – Poddaję się, odpuszczam. Mam to w nosie, najwyżej mnie wywalą.

Ojciec spróbował ją objąć. Natychmiast mu się wyrwała, odskoczyła o dobre pół metra, przypadkiem kopnęła w psią miskę i rozlała wodę na kafelki.

– Nie pocieszaj mnie! – Z furią pognała do pomieszczenia gospodarczego, ulokowanego przy drzwiach wejściowych. Gdy z niego wychodziła, wpadła na wracających ze spaceru Kostka z Waflem i niechcący przydzwoniła bratu kijem od mopa w ucho.

– Ej! Kurde! – zaprotestował.

– Trzeba było nie włazić mi w drogę! – Z rozmachem wytarła podłogę, opędzając się od psa, który próbował jednocześnie pić z miski i pochwycić w zęby ślizgające się wokół jego łap szmaciane frędzle.

Gdy skończyła, oparła mop o lodówkę. Na koniec bez sił opadła na krzesło. Joanna wyciągnęła rękę nad stołem i pogłaskała ją po ramieniu.

– Uczelnia wystawiła ci skierowanie? – spytała rzeczowo.

– Tak. Mam na mailu skan.

– I wiesz, która to przychodnia?

– Jasne. Przecież już tam byłam.

– No, to poszukaj numeru i zadzwoń. Może od razu cię umówią.

– Nie.

– Bo?

– Bo nie chcę gadać z obcymi ludźmi, zwłaszcza przez telefon. – Tośka wycisnęła z oczu kilka pełnych złości łez.

– Rany, ale dzikuska – skomentował Konstanty. – Co na śniadanie?

– Poczekaj – zbył go Tadeusz.

– Tato, to nie fair. Najpierw zerwałeś mnie z łóżka, potem zrobiłeś awanturę, że muszę dzisiaj z wami jechać, chociaż nic byście nie stracili, gdybym został tutaj, a teraz chcecie mnie zagłodzić na śmierć?

Sarnecki przeciągnął dłonią po karku z wymownym westchnieniem.

– A tobie, synku, rączki odpadły? Zrób sam. Usmaż jajecznicę. Najlepiej od razu dla całej rodziny.

– Czemu ja?

– Rodzice już się narobili dla nas śniadań, ja, tak czy siak, idę na zmarnowanie, bo mnie wywalą ze studiów i zostanę kloszardzicą, a ty, Kocio, może kiedyś dorobisz się kociątek, więc musisz umieć je nakarmić – wypaliła dziewczyna, czerwieniejąc na twarzy.

– Okej, okej. – Szarpnął drzwi lodówki, przewracając mop prosto na siostrę. Wzruszył ramionami, dostrzegłszy, że oberwała kijem w plecy. – Sorki, karma wraca. Było odnieść na miejsce. O co chodzi z tym zmarnowaniem? Okresu dostałaś?

– Spadaj!

– Mamo! – zaapelował o wsparcie.

– Spadaj – powtórzyła z rozpędu Joanna. – Znaczy, ten… nie wypytuj, tylko bierz się za te jajka. A ty, Tośka, nie histeryzuj, tylko działaj.

– Nie chcę.

– To poproś dziadka Marka albo którąś koleżankę, żeby tam podeszła i zapytała…

– O nie! – Dziewczyna się zerwała, jakby krzesło poraziło ją prądem. – Uznają mnie za niedojdę. Poradzę sobie sama, chociaż już czuję, że mnie mdli. Nienawidzę dzwonić, załatwiać spraw, tłumaczyć się, płaszczyć, przymilać, prosić. W ogóle nienawidzę świata i ludzi, a najbardziej lekarza, który zawalił sprawę i zmusza mnie do takich obrzydliwości!

– Na początek po prostu spróbuj być uprzejma i rzeczowo wyjaśnij w czym rzecz.

– Dzięki za radę. – Wyszarpnęła z kieszeni szortów telefon, wyszła na taras i zamknęła za sobą szklane drzwi.

O mało nie przycięła przy tym nosa Waflowi, bo bardzo chciał jej towarzyszyć. Mruknął z pretensją, więc się zawahała. Przez chwilę gapiła się na psa przez szybę, stojąc jak słup soli. Po namyśle pozwoliła, by do niej dołączył, kucnęła przy nim i podrapała za uszami. Na koniec się podniosła, wytarła oczy, wybrała numer, przyłożyła aparat do ucha, a palce wolnej dłoni zacisnęła na wisiorku z ośmiornicą. Wbiła wzrok w zarys najbliższych gór z taką intensywnością, że krajobraz zlał jej się w barwną plamę w licznych odcieniach błękitu i zieleni. Nie mrugała. Czekała na połączenie, jak na najgorszą z tortur.

– Dzielna dziewczynka – pochwalił Tadek, obserwujący ją z głębi salonu.

Pochylony nad bufetem nastolatek odchrząknął głośno i stuknął trzonkiem noża o drewnianą deskę do krojenia.

– Halo, to ja jestem dzielny. Siekam cebulę i za chwilę też się rozpłaczę.

***

Godzinę później Ford Grand C-MAX w kolorze kawy z mlekiem wytoczył się z parkingu, minął zabudowania Iavrè oraz punkt informacji turystycznej tuż przy granicy miejscowości, po czym odbił w lewo, na Ponte Arche, i pokonał most nad rzeką.

Sarneccy, nasyceni lekko przypaloną jajecznicą, zdążyli pozbyć się części porannego napięcia i przywrócić atmosferze znośne ramy. Kostek pogodził się z koniecznością wyjścia z domu, skuszony nadzieją na kąpiel w jeziorze pod warunkiem dobrej pogody. Wprawdzie Tadeusz wytrwale wieszczył pompę, lecz chłopak specjalnie się tym nie przejął, gdy usłyszał, że prawdopodobieństwo opadów nie sięga nawet czterdziestu procent. Wcisnął w uszy słuchawki, włączył na telefonie playlistę z ulubioną składanką utworów i słuchał jej z przymkniętymi oczami, bębniąc rytmicznie palcami w kolana.

Wyobrażał sobie, że jest gwiazdą rapu, nawija swoje błyskotliwe teksty do mikrofonu, Kermit i pozostałe chłopaki grają to, co skomponował, a tłumy wokół sceny szaleją ze szczęścia, że udało im się dostać na koncert takiej genialnej grupy. Nie wątpił, że kiedyś to się ziści, bo przecież kto, jeśli nie on? Rodzice i Tośka darli z niego łacha, ale jeszcze trochę, jeszcze parę lat i szczęki im opadną. Już on im pokaże, już on im udowodni, ile jest wart…

Antonina pogrążyła się w błogostanie, odkąd przemiła pani w rejestracji przychodni zaprosiła ją na poniedziałek rano i obiecała, że dołoży wszelkich starań, by udało się skompletować badania w ciągu dwóch, góra trzech dni. Istniała duża szansa, że się uda. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że niepotrzebnie zasiała panikę i na wyrost wyskoczyła z kloszardzicą, jednak nie zamierzała tłumaczyć się z tego przed rodziną ani w ogóle rozmawiać na ten temat. Poniosło ją. Emocje to ludzka rzecz i nie było sensu przesadnie ich analizować. Świat wrócił do równowagi.

Siedziała obok tego gamonia, Kostka, oddzielona solidną palisadą z brązowego psiego futra i pławiła się w przeświadczeniu, że chwilowo nie musi podejmować żadnych kłopotliwych działań. Puściła luźno myśli, a te popłynęły bez wahania ku zbliżającym się praktykom studenckim w Akwarium Gdyńskim. To miejsce jawiło się Tosi jak oaza szczęścia. Idealnie korelowało z jej nieokiełznaną fascynacją morską fauną, choć wiedziała, że nie spotka w nim swoich ukochanych ośmiornic. Jedyny osobnik Octopus vulgaris, jaki tam zamieszkiwał, dokonał niedawno żywota, a nowy, zamówiony gdzieś, hen, w którymś zoo w Kanadzie, dopiero szykował się w długą podróż do Polski. Mimo to cieszyła ją perspektywa zajmowania się piraniami, rafą koralową, węgorzami elektrycznymi, a nawet krokodylem krótkopyskim, o którym wiedziała tyle, że ma na imię Zuzia i jest naprawdę uroczy.

Poranny stres spływał z każdym kilometrem, krzesząc w Tośce pozytywny stosunek do świata. Wspólny czas z rodziną już nie wydawał jej się koszmarem. Wręcz poczuła się zaciekawiona tym, co ją czeka. Pogłaskała pogrążonego w drzemce Wafla, odkleiła wzrok od krajobrazu za szybą i zagaiła:

– Co dziś zwiedzamy?

Pierwszego ranka po przybyciu Sarneckich do Włoch na drzwiach lodówki zawisł wydrukowany harmonogram. Uwzględniał sekwencje pomysłów na zagospodarowanie czasu, rozpisane na każdy dzień, ba, na każdą godzinę, wraz z szacowanym czasem przejazdów samochodem, a do tego – na wszelki wypadek – kilka opcji na liście rezerwowej. Kartka trzymała się za pomocą dwóch magnesów w kształcie cytryn z napisem „Limone sul Garda”, notorycznie spływała na podłogę przy trzaskaniu drzwiami do lodówki i zdążyła się wszystkim opatrzeć. Antonina praktycznie nie zwracała na nią uwagi. Większość umieszczonych tam włoskich nazw niewiele jej mówiła, a sprawdzać na mapie jej się nie chciało, bo uznała, że w odpowiednim czasie i tak się wszystkiego dowie. I słusznie, bo niezwykle deszczowe lato krzyżowało szyki, wymusiło elastyczną postawę i narobiło w harmonogramie bałaganu.

– Monte Baldo – odparł ochoczo Tadeusz.

Prowadził samochód śmiało, z fantazją, bo droga ziała pustką i mógł sobie pozwolić na czerpanie czystej przyjemności z licznych serpentyn. Słoneczna aura kokosiła się nad zielonymi zboczami, temperatura rosła z minuty na minutę, pojedyncze obłoki, które o świcie okupowały niebo, zrejterowały w dal, aż pod granicę horyzontu. Po ciemnych dniach z grubą warstwą chmur i uporczywymi opadami nagle zrobiło się jasno, optymistycznie, prawdziwie włosko.

– To jakiś szczyt? Wchodzimy czy wjeżdżamy?

– Wjeżdżamy – potwierdziła z przekonaniem Joanna.

Mimo miłości do gór nie nadawała się do pokonywania dużych przewyższeń na własnych nogach. Waflowi to także nie służyło. Miał swoje lata, problemy ze stawami, a na dodatek grube ciemne futro, które sprawiało, że w słońcu momentalnie się przegrzewał.

– Przebije Cima Presena?

Dwudziestolatka z rozrzewnieniem wspomniała kolejkę kabinową, która zaledwie przed tygodniem wywiozła ich na trzy tysiące metrów nad poziomem morza, zafundowała możliwość potaplania się w śniegu i spektakularne widoki na lodowiec Adamello. Posmakowali tam surowego piękna wysokich gór. Chodzili okutani w kurtki, czapki i szaliki, a Waflowi smarowali łapy wazeliną, żeby ich nie pokaleczył o kamienie. Dookoła ścieliły się rumowiska skalne, maleńkie jeziora, czapy lodu. Krajobraz jak z innej planety.

– Wątpię – przyznała szczerze jej matka. – To dużo niżej.

Tadeusz się skrzywił, jakby powiedziała coś niestosownego.

– To nie są miejsca, które należy porównywać. Zupełnie inny rodzaj przyjemności. Na Monte Baldo będzie zielono. Wjedziemy zaledwie na tysiąc siedemset sześćdziesiąt metrów.

Tosia nadęła policzki i wypuściła powietrze, wykrzywiając usta.

– Łe… Samochodem pokonywaliśmy wyższe przełęcze.

– Liczy się przewyższenie. Startujemy niemal z poziomu morza. Poza tym to, co się w tym wypadku liczy, to perspektywa. Ze szczytu rozciąga się widok na całą Gardę, a nie muszę ci chyba tłumaczyć, że to ogromne jezioro. Już z tego tylko powodu warto się pofatygować na topową atrakcję okolicy. Monte Baldo polecają wszystkie przewodniki. I co? Wypniemy się na tę górę tylko dlatego, że jest niższa niż Cima Presena? Przy takim podejściu wszystkie szczyty w Polsce nie są warte uwagi.

– No nie. Pieniny wymiatają. I Karkonosze. I Stołowe…

– Długo jeszcze? – zainteresował się Kostek, wyciągając słuchawkę z ucha.

Joanna odczytała wskazania nawigacji.

– Czterdzieści minut.

Chłopak westchnął, skontrolował stan baterii w telefonie, podłączył go kablem do ładowania i uruchomił grę.

***

Przy miejscowości Arco zatrzymał ich korek ciągnący się malowniczo pośród winnic. Tadek szacował, że rozładuje go odbitka na Rovereto, i srogo się rozczarował. Znacznie później, niż przewidywał, dotarł nad Gardę i toczył się drogą wiodącą tuż przy lustrze wody w tempie tak ślamazarnym, że bez wysiłku wyprzedzały go rowery. Przez chwilę zazdrościł cyklistom, że swobodnie przemykają na jednośladach między autami, lecz szybko pocieszył się myślą, że ci biedni ludzie wdychają spaliny z rur wydechowych i palą sobie karki w pełnym słońcu.

Joanna delikatnie podrygiwała nogą i starała się nie patrzeć na zegarek. Bez większych sukcesów tłumaczyła niecierpliwej stronie własnej duszy, że jest na wakacjach, nie musi liczyć straconych minut i denerwować się tak banalną rzeczą, jak zbyt rozhulana parada aut. Uciekała wzrokiem na przeciwległy brzeg, z którego pięły się niemal pionowe skały. Na wodzie liczni surferzy łapali w żagle lekki wiatr. Pozornie się wydawało, że nie panują nad kierunkiem i powinni notorycznie się taranować. O dziwo, nic takiego się nie działo. Co jakiś czas ktoś wpadał do wody, po czym całkiem zgrabnie wdrapywał się na deskę, nie dochodziło jednak do kolizji.

Milczenie na tylnej kanapie przybrało formę gęstej, naszpikowanej treścią ciszy. Antonina nie umiała się zdecydować, czy wjazd na nie dość wysoką górę powinien ją ekscytować. Konstanty oswajał się z myślą, że zmarnuje kolejny dzień wakacji na bzdurne fanaberie rodziców. Wafel ział, bo było mu za gorąco, a nie potrafił poprosić o ustawienie klimatyzacji na niższą temperaturę.

Przy Malcesine ruch na drodze jeszcze się wzmógł. Samochody zwolniły, sunąc jak w procesji. Kierowcy wciskali klaksony, bo pod koła wpychali się przechodnie i cykliści, pasażerowie bezskutecznie wypatrywali miejsc do parkowania. Wypoczywający nad Gardą turyści postanowili tego dnia hurmem wsiąść w kolej linową na Monte Baldo. Korzystali z pierwszej od tygodni prawdziwie słonecznej pogody, bo dotąd, nawet jeśli nie padało, nisko wiszące chmury niwelowały szanse na spektakularny widok z góry.

Na rondzie przy Via Navene kierowca Saaba wlokącego się przed Fordem postanowił nagle zawrócić. Jakiś inny wjechał pod prąd, a trzeci wywrzaskiwał coś po niemiecku przez otwarte okno. Dwaj umundurowani policjanci stali przed supermarketem Despar i całkowicie ignorowali zamieszanie na drodze, skupieni na spożywaniu lodów oraz pogawędce. Tadeusz nie wytrzymał i zaklął pod nosem, co nie uszło uwagi nastolatka. Wyjął z ucha słuchawkę i fuknął:

– A mnie się czepiacie o bluzgi.

Zaaferowany ojciec w ogóle go nie usłyszał, matka postanowiła przemilczeć. Siostra zaś skorzystała z okazji, by ze złośliwą miną przywołać na usta stare powiedzonko dziadka Marka:

– Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie.

W końcu zjechali z Via Gardesana w boczną uliczkę. Pierwszy parking podziemny przeznaczony dla turystów już na wjeździe informował z tablicy świetlnej, że jest stuprocentowo zajęty. Przy bramce drugiego czekały trzy auta. Świecił jednak przyjazną zieloną cyfrą siedem, dając nadzieję na sukces. Sarnecki porozumiał się z żoną wzrokiem i stanął w kolejce. W podziemiach było duszno i cuchnęło spalinami. Dźwięki odbijały się od ścian i stawały nienaturalnie dudniące. Samochody bezskutecznie krążyły po trzech kondygnacjach jeden za drugim, jak stado gęsi. Tymczasem owe siedem miejsc kuszących z tablicy przy wjeździe odgradzały metalowe słupki.

– Tak się nabija turystów w butelkę – podsumowała Aśka.

Względnie wczesna godzina sprawiała, że rzadko coś się zwalniało. Desperaci przytulali się do ścian w nieoznaczonych zakamarkach, łudząc się, że unikną mandatu. Tadeusz był zbyt praworządny, by zdobyć się na taki krok.

Monte Baldo okazało się miejscem dostępnym wyłącznie dla szczęściarzy, ludzi nieprzeciętnie cierpliwych i zdeterminowanych oraz dla zapobiegawczych, którzy przyjechali o świcie, na długo przed otwarciem kas biletowych.

– Przestań już – poprosiła Joanna, gdy rozpoczęli ósmą rundkę po podziemiu. Mąż nie zareagował, więc powtórzyła. – Przestań.

– Co?

– Widzisz, że nic nie zdziałasz. Wynośmy się stąd.

– Nie ma mowy. O, ktoś wyjeżdża! – Kilkanaście metrów przed nimi korpulentny siwy mężczyzna wtarabanił się za kierownicę białej Toyoty i zapalił światła. Akurat przodowali stadu, więc serce Tadka zadudniło radością. – Będzie git! Nie odpuszczę! – Zapalił się.

Joanna mimowolnie podchwyciła jego entuzjazm. Nawet z tyłu dało się zauważyć ożywienie. Kostek wyprostował zgarbione plecy, a Tosia powiedziała, głaszcząc Wafla:

– Uda się, piesku, zobaczysz.

Niestety przeszkodziła im złośliwość losu w postaci niepozornej blondynki z niemowlęciem na rękach. Stanęła przed maską Forda, blokując drogę, a miejsce Toyoty zajęło Audi, które wjechało bezczelnie pod prąd. Kierowca wysiadł, wyjął z bagażnika wózek, odebrał berbecia z ramion blondynki i radosnym rączym krokiem oddalili się do wyjścia.

Potomstwo Sarneckich jęknęło z wyjątkowo zgodnym wyrzutem:

– Tatooo!

– A żeby im kij w oko! Co waszym zdaniem powinienem zrobić?!

– Nie pozwolić, żeby nabili cię w butelkę – pouczyła mentorskim tonem Joanna.

Tadek uderzył pięścią w kierownicę.

– Czyli co? Staranować tę głupią dziunię, a potem iść za kratki?!

– No nie, dziecka szkoda…

– Sama widzisz. – Z desperacją w oczach skierował Forda na zewnątrz i skręcił na południe, w zalaną słońcem Via Gardesana. – Dokąd jechać? – zapytał.

– Nie wiem. A jaki masz pomysł?

– Aśka, żaden. Ja tu jestem od prowadzenia, a wy od generowania rozwiązań. Szukamy parkingu gdzieś dalej albo rezygnujemy!

Napięcie wzrosło. Klimatyzacja z trudem radziła sobie z duszną atmosferą. Ochota na turystyczne atrakcje ulatniała się jak kamfora, lecz nie poddawali się jeszcze przez niemal godzinę. W zasięgu dwóch kilometrów nie znaleźli żadnego legalnego miejsca postojowego i w końcu opuścili Malcesine.

– Co teraz? – chciała wiedzieć Tosia.

– Mówiłem, żebyście zostawili mnie w domu. Wielka mi frajda, stanie w korkach!

– Kocio, nie dokładaj do pieca. Jedźmy dokądkolwiek – rzuciła Joanna.

– Czyli gdzie? Za chwilę będzie rozwidlenie, mów, co mam robić.

Antonina złowiła wzrokiem sunący po wodzie prom i poklepała ojca po ramieniu.

– Tato, popłyńmy w rejs. Sprawdzę, gdzie jest najbliższa przystań.

– Nie chcę rejsu. Mówiłem wam już sto razy, żebyście płynęli beze mnie. Mnie to nie obchodzi, to zmarnowany hajs. Wolę wykąpać się w jeziorze.

– Nikt cię nie pyta o zdanie, gamoniu.

Joanna, od lat przywykła do łagodzenia sporów między rodzeństwem, postanowiła przejąć pałeczkę.

– Odbijmy w góry na jakieś passo. Na mapie wyświetla się mnóstwo punktów widokowych, powinno być ładnie. Ewentualnie możemy coś zwiedzić. Rejs i kąpanie zostawmy na popołudnie, bo teraz słońce spali nas na amen.

– Po południu za to będzie padać – przypomniał jej mąż.

– Nie wieszcz, boś nie Wernyhora. Rano prawdopodobieństwo deszczu wynosiło trzydzieści siedem procent, a teraz… – Zerknęła na prognozę. – O, tylko dwadzieścia pięć. Spada.

– No właśnie – ucieszył się Kostek. – Idealne warunki, żeby już iść na plażę. Ja się nie boję słońca.

– Ja chcę rejs! – upierała się Tosia.

– Dzieci, bądźcie rozsądne…

– Wytyczne! Cholera jasna, konkrety! Dokąd mam jechać?! – zażądał Tadek. – Średniowieczny zamek otoczony wodą w Sirmione albo Werona. Rzymski amfiteatr, dom Julii, bazylika…

– Do Sirmione mamy półtorej godziny jazdy, a pies zaczyna się niecierpliwić – argumentowała Tośka. – I z nim nas nie wpuszczą na zamek. Już prędzej do Werony.

– Nienawidzę miast… – jęknął nastolatek. – Chyba że Łódź. Do Łodzi to ja z pieśnią na ustach…

Coś czarnego i piekielnie szybkiego wypadło na asfalt. Kierowca przyhamował gwałtownie. Na ułamek sekundy zdążył zajrzeć w przepastne zielonobursztynowe ślepia. Wystraszony zwierzak zniknął w krzakach po drugiej stronie drogi, a Tadeusz odbił na mijaną właśnie stację benzynową.

– Uosobienie pecha. Oszaleję.

Joanna odruchowo przywołała głos rozsądku.

– Jedź dalej, to tylko kot. Odpuść zabobony.

– W nosie mam zabobony – wycedził przez zęby. Skończyła mu się cierpliwość. Sam często bywał twórcą chaosu, lecz nie znosił takiego, który spadał na niego z zewnątrz za sprawą innych ludzi lub igraszek przeznaczenia. – To jest ostatni rodzinny wyjazd. Nigdy więcej! W przyszłym roku młody pojedzie z Kermitem na zorganizowany obóz, najlepiej survivalowy, młoda gdzie tam zechce ze swoim towarzystwem, a my jak najdalej od nich! – Poczerwieniały na twarzy wysiadł, trzasnął drzwiami, zatankował, choć wcale nie było to jeszcze konieczne, zapłacił, a potem szybkim krokiem obszedł budynek stacji trzy razy. Gdy wrócił, jego oblicze prezentowało już względnie normalne barwy. – Beznadziejni ci Włosi – oznajmił z dezaprobatą. – Nie mają tu hot-dogów. A ja bym właśnie zjadł. – Zerknął na zegarek, uruchomił silnik i skierował się w drogę powrotną na północ. – Przemyślałem temat. Spróbujemy jeszcze raz dostać się na Monte Baldo. Głupio odpuścić z tak banalnego powodu, jak zapchany parking. Szósty zmysł podpowiada mi, że teraz się uda. I bez dyskusji – zastrzegł, uniósłszy palec. – Rejs i kąpanie nie przepadną. To są zwyczajne, nieskomplikowane przyjemności, takie, które nie mogą się nie udać. Zostawmy je na jutro. Ostatni dzień w Italii spędzimy na luzie. Pełen relaks bez nerwów i stresu. Sam miód.

***

Czas zmarnowany na kłótnie i bezsensowne nawijanie kilometrów na koła sprawił, że zagęszczenie na podziemnych parkingach odrobinę zmalało. Tadeusz triumfował. Bliski euforii, niemal fruwał nad ziemią z każdym lekkim, wręcz tanecznym krokiem. Powtarzał, że w życiu nie wolno się poddawać przy pierwszej porażce, tylko walczyć do upadłego i że to, co ich właśnie spotkało, pięknie potwierdza tę tezę. Gdy przed kasą biletową kolejki linowej zobaczył kilkadziesiąt osób tkwiących w pełnym słońcu, odesłał rodzinę na ławki w cień, a sam bohatersko podjął się zakupu. Stał długo, a za jedyną rozrywkę służył mu smartfon. Dzięki temu wnikliwie zweryfikował zapowiadaną przez żonę niespodziankę w pogodzie. Zagrożenie opadami zmalało niemal do zera, bo wiatr przepędził chmury daleko na zachód i Tadek uznał to za dobrą wróżbę na resztę dnia.

Pół godziny później, tuż przed trzynastą, syn uświadomił mu, że zakupione bilety uwzględniają wjazd o konkretnej porze, czyli o szesnastej. Notowania Tadka jako bohatera dnia gwałtownie spadły. Zirytowany szesnastolatek obejrzał tekturowe świstki, odczytał z nich cenę i nie omieszkał oznajmić, że za taką kwotę wolałby sobie kupić nowe buty, dysk zewnętrzny do komputera albo nawet podręczniki szkolne, choć z zasady wydawanie pieniędzy na książki uważał za równie lekkomyślne i bezsensowne, jak przepuszczanie ich na urlop z dala od Łodzi, boiska na Dąbrowie, Kermita, Adasia, Łukasza i pozostałych Kociowych ziomków.

Retriever mlasnął ozorem z wyraźną dezaprobatą, a żona i córka ograniczyły krytykę do pełnych pogardy westchnień.

Snucie się pośród gęstej ciżby turystów po rozgrzanych do niemożliwości uliczkach Malcesine nie bawiło nikogo. Próba wyjścia na plażę zakończyła się fiaskiem, bo widniała przy niej tabliczka z zakazem wstępu dla psów, a nigdzie dalej nie opłacało się ruszać z uwagi na opłacone miejsce parkingowe. Rejs wiązałby się z ryzykiem, że nie zdążą wrócić na czas. Zaopatrzyli się zatem w chłodne napoje w małej trattorii w cieniu winorośli i pozwolili, by czas wolno sączył się przez palce. Prawie nie rozmawiali, zmęczeni bezsensownością fatalnego wtorku, który ewidentnie im się nie udał.

Kabina kolejki linowej okazała się duża, wieloosobowa i duszna. Nie umywała się do tej, która przed tygodniem dostarczyła ich na trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Tam znajdowali się sami w maleńkim wagoniku i gapili na krajobrazy, tu gnietli się w tłoku, który przesłaniał widoki. Tam wciągali w płuca rześki chłód lodowca, tu umierali z gorąca. Szczególnie poszkodowany był Wafel, bo formalne przepisy spod Monte Baldo skazały go na męczarnię w kagańcu podczas wjazdu. Z oczu biło mu bezgraniczne cierpienie i kompletny brak zrozumienia, za co został tak ukarany. Nie pomagało nawet to, że Tosia nieustannie głaskała go po grzbiecie.

Na szczycie zastali klimat zbliżony do rejwachu Gubałówki w pełni sezonu. Otaczał ich tłum, panował hałas, z różnych stron płynęła muzyka. Smród smażonych frytek i burgerów wdzierał się w nozdrza przemocą i niemal dławił. Widok na rozlane nisko w dolinie między górami wody jeziora byłby w stanie oszołomić i zachwycić pod warunkiem odseparowania zmysłów od niepotrzebnych, dręczących rozpraszaczy.

Rozczarowany i obrażony Kostek naciągnął kaptur na głowę, usiadł na ziemi w głębokim cieniu pod budynkiem jednej z restauracji i oznajmił, że nigdzie dalej się nie rusza. Włączył muzykę, wepchnął słuchawki do uszu, głowę schował w ramionach i odmówił współpracy. Rodzice i siostra nie próbowali namawiać go do zmiany zdania. Zgodnie ruszyli na przechadzkę szlakiem, który ciągnął się wzdłuż zbocza, lecz już po kwadransie Joanna i Tośka zawróciły, odurzone upałem oraz woniami prażonych w słońcu owczych odchodów oraz samych owiec, snujących się po rozległych połoninach poprzecinanych ścieżkami. Zresztą ów smród zdołałyby jeszcze jakoś znieść. Poddały się w obliczu przepychających się w tę i we w tę ludzi, kijków do selfie dźgających je w plecy, małych dziecięcych stóp depczących im po palcach, wrzasków, pisków, nawoływań we wszelkich możliwych językach, nieustannego harmidru, który plątał myśli i odbierał choćby szczątkową przyjemność z obcowania z przyrodą.

Tadek, niewzruszony postawą rodziny, kontynuował wędrówkę w towarzystwie Wafla, zadowolonego ze spacerku i mocno zaintrygowanego owcami.

Matka z córką rozejrzały się po płaskowyżu. W niejakim oddaleniu od zachodniego zbocza naszpikowanego komercją, w miejscu, z którego nie dało się zobaczyć nawet skrawka jeziora, znajdowała się nieduża formacja skalna zarośnięta ostami. Porozumiały się wzrokiem, skierowały tam kroki i usiadły na wygodnych kamieniach w cieniu wielkiego głazu. Krzyki dobiegały do nich jak zza mgły, znacznie wytłumione. Upał też jakby zelżał. Stojące dotąd na baczność komórki nerwowe pozwoliły sobie na relaks. Aśka oparła dłonie za plecami, uniosła twarz ku niebu, przymknęła oczy. Pierwszy raz w ten upiornie rozczarowujący dzień poczuła się zadowolona i była pewna, że Tosia doświadcza tego samego. Milczały. Nie potrzebowały szafować słowami, by przekazać, że bujają się na tymczasowych mentalnych hamakach i że każda z nich docenia cichą obecność tej drugiej. Alpejski wietrzyk ślizgał się po ich nagich ramionach. Powoli stapiały się z naturą, stawały się jej częścią, dotykały nirwany…

Nagle tuż obok rozległy się kroki wymieszane z głośnym oddechem zasapanych płuc. Powietrze przeszył głośny, piskliwy głos:

– Sarna! To ty? No ja nie mogę! Ale jazda! To naprawdę ty!

Joanna niechętnie otworzyła oczy. Zaledwie pół metra od jej stóp stała dziewczyna na oko w wieku Antoniny i tak bardzo przeciętna w każdym aspekcie swojej zewnętrznej powłoki, że gdyby nie wyrazisty strój, trudno byłoby ją zapamiętać. Miała na sobie krótką białą sukienkę z aplikacją różowego flaminga, słomkowy kapelusz z wielką błękitną kokardą i ubłocone glany. Na przegubie jej dłoni migotało kilka bransoletek z kolorowych plastikowych koralików. „Hit mody przedszkolnej” – pomyślała Aśka, przypomniawszy sobie gust własnej córki sprzed piętnastu lat. Uniosła brwi z zaciekawieniem.

– Cześć. – Ton głosu jej córki był zimny jak wody Morza Grenlandzkiego.

Dziewczyna z flamingiem rytmicznie bujała się na piętach w przód i w tył. Kilka kroków za nią zatrzymali się dwaj młodzi mężczyźni, dość przyjemni z wyglądu. Jak na gust Joanny u niższego za mocno ruszała się wystająca grdyka, a wyższy niepotrzebnie ogolił się na łyso. Poza tym było na czym oko zawiesić. Oddawali się cichej rozmowie i od czasu do czasu łypali na tę z flamingiem.

– Świat jest taki wielki, a my się spotkałyśmy akurat dzisiaj, akurat tutaj. Ciekawe po co, bo przecież nic się nie dzieje bez przyczyny – rzuciła dziewczyna, niby filozoficznie, a jednak lekko zaczepnie. – Super, że wyjechałaś na wakacje z mamą. Bo widzę, że to twoja mama. Ta sama figura. Trochę za dużo gdzieniegdzie…

– Roksi, czego chcesz?

– Oj, Sarna, ty i to twoje zdystansowane, chłodne spojrzenie. Lubisz udawać niesympatyczną, a ja dobrze wiem, że jesteś fajna. Wszyscy na uczelni cię lubią, studenci i wykładowcy. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, bo przecież nie wchodzisz nikomu w tyłek, nie przymilasz się. Już masz taki dar albo coś innego w sobie. A ze mną jest odwrotnie, ludzie mnie lekceważą, chociaż nic złego nie robię, staram się nikogo nie wkurzać…

Tośka prychnęła.

– Serio?

– Serio. Nawet moi rodzice mają mnie dość. Ostatnio stwierdzili, że młodzi powinni podróżować z młodymi, a starzy ze starymi, bo to zupełnie inne światy. Inne potrzeby, inne wymagania. Sama rozumiesz. Dlatego w te wakacje kazali mi wyjechać z moim bratem i z Michałem. A w zasadzie kazali chłopakom mnie zabrać. Nawet im zapłacili. Michał to kumpel Alana. Przyjaźnią się od przedszkola. Miała się z nami wybrać jeszcze dziewczyna Alana, ale go wystawiła do wiatru, chamsko okropnie. Serce mu złamała i w ogóle. – Ze sztucznie wykreowanym dramatyzmem złapała się za lewą pierś. – Więc gdybyś chciała odpocząć od towarzystwa mamy…

– Hej! Moja mama tu jest i słyszy! – oburzyła się Tosia, a po wnętrzu Joanny rozlało się przyjemne ciepło.

„Dzieci wychowywane w dostatku uwagi i miłości zawsze stają w obronie rodziców” – pomyślała z dumą.

– Widzę przecież, niczego złego nie mówię. Jakby co, to zadzwoń, zabierzemy cię gdzieś, porobimy razem coś ciekawego. Michał świetnie surfuje i prowadzi motorówkę. Nie wybrałabyś się jutro z nami? Popłyniemy na południowy brzeg.

– Nie – zadeklarowała Antonina stanowczo.

– Dlaczego? Założysz kapok, twoja mama nie będzie się martwić.

Tosia pospiesznie skleciła w głowie pierwszą lepszą blagę.

– Wakacje służą do tego, by spędzać czas z rodziną.

– Dziwne…

– Ja uważam, że normalne. Przez większość roku każdy jest zaganiany, więc kiedy, jeśli nie teraz? Poza tym już w niedzielę wracamy do Łodzi.

– O, my też wracamy w niedzielę. Jeśli się nam poszczęści, spotkamy się na trasie. – Dziewczyna z flamingiem zaśmiała się perliście. – Wypatruj żółtego Mustanga na bełchatowskiej rejestracji z czarnym spoilerem na tylnej klapie.

– Na pewno. Będę wypatrywać z utęsknieniem. A teraz spadam. Mamo, tata i Kostek na pewno już nas szukają. – Podniosła się i wyciągnęła dłoń do Aśki, by pomóc jej wstać. – Cześć, Roksi. Do następnego – rzuciła przez ramię i odeszła, ostentacyjnie zignorowawszy zawiedzioną minę koleżanki oraz dwóch chłopaków, którzy zamilkli i w ciszy odprowadzali ją wzrokiem.

W głowie Joanny coś się odblokowało. Przypomniała sobie opowieści córki o dziewczynie z roku, którą wszyscy omijają z daleka, bo próbuje zagarniać dla siebie całą uwagę, jest upiornie przemądrzała i jakaś taka drażniąca.

– To była ta słynna Roksana? Wydawała się raczej przyjazna.

– Ona potrafi udawać nawet hiperprzyjazną, ale nie daj się nabrać na słodkie minki i niewinny wygląd. Jest koszmarna. Naprawdę koszmarna. Uwierz mi, mamo, że zobaczenie jej tutaj to idealne ukoronowanie tego pechowego dnia. I to akurat w momencie, gdy miałyśmy święty spokój. Nic gorszego nie mogłoby mnie spotkać. Napiszę dziewczynom na WhatsAppie i wszystkie będą mi współczuły. Wolałabym spotkać każdego, tylko nie ją. Każ-de-go. Ona mnie bardziej wkurza niż wrzeszczący ojciec, Kocur strzelający fochy i marudząca ty. Razem wzięci!

Aśka o mało nie parsknęła śmiechem.

– Niemożliwe.

– A jednak – potwierdziła Tosia i sprężystym krokiem ruszyła do stacji kolejki.

***

Zjechali przedostatnim kursem wagonika po odstaniu czterdziestu minut w rozkrzyczanym tłumie. Mogli teoretycznie zejść na piechotę, bo do zmroku zostało sporo czasu, a szlak do Malcesine nie porażał poziomem trudności ani ekspozycją. Uniknęliby wówczas kolejnej porcji nudy i tłoku. Niestety pomysł pojawił się zbyt późno, bo Joanna wyartykułowała go dopiero na parkingu.

W desperackiej próbie ratowania kiepskiego wtorku Tadeusz podjechał pod wodospad w Varone, ponoć spektakularny, bo niemal stumetrowy, ukryty w grocie, która potęgowała huk spadającej wody i tworzyła niepowtarzalny klimat. Tam jednak także roiło się od ludzi, a na dodatek nie wpuszczano turystów z psami.

Kostek uparł się zmyć w jeziorze frustrację i zdegustowanie, zahaczyli zatem o niewielkie Lago di Tenno, znajdujące się nieco poniżej drogi wiodącej do Iavrè. Kusiło migotliwym turkusem, a ponieważ dotąd Sarneccy nie mieli okazji, by podziwiać je z bliska, ulegli pragnieniom syna.

Zeszli po kamiennych stopniach i po krótkiej przechadzce wzdłuż brzegu znaleźli względnie puste miejsce z dala od innych amatorów kąpieli. Nastolatek wykrzesał z siebie kumulowaną godzinami energię i w kilka sekund zanurzył się cały. Uradowany retriever poszedł w jego ślady z patykiem w pysku. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na chłód wody ani na pływające tuż pod powierzchnią spore ryby.

Antoninę kusiło, by też się rozebrać. Zdążyła jednak tylko zzuć buty, gdy podbiegł do Sarneckich mężczyzna w stroju silnie kojarzącym się z mundurem, choć trudno było odgadnąć, z jakich jest służb. Władczym tonem zażądał natychmiastowego usunięcia Wafla z jeziora pod groźbą wystawienia mandatu. Wyjaśnił łamaną angielszczyzną, że to teren chroniony i z uwagi na znaczne zarybienie obowiązuje zakaz wpuszczania psów do wody. Tadeusz zrozumiał go tylko dlatego, że poparł swoją wypowiedź zdjęciem w telefonie. Przedstawiało tablicę informacyjną umieszczoną przy parkingu, lecz tak zarośniętą krzakami, że udało im się ją przegapić.

Kiełkująca radość momentalnie sklęsła. Joanna przywołała pupila i zapięła mu smycz. Rozczarowany Kostek także opuścił niegościnny akwen, z nosem spuszczonym na kwintę. Tosia wbrew gorącym uczuciom do wszelkich wodnych stworzeń nawet nie próbowała dociekać, jakiego gatunku ryb dotyczy cała afera. Nic już nie było w stanie poprawić nastroju. Obeszli Tenno ścieżką dookoła po to tylko, by sierść retrievera odrobinę wyschła.

Podczas marszu każdy pokłócił się z każdym, choć nikt nie wiedział o co. Rozdrażnienie nie potrzebowało pretekstów ani uzasadnień, by prowadzić do kolejnych wybuchów. Napięcie było tak silne, jakby zapowiadana rankiem burza, zamiast rozpętać się nad Gardą, wniknęła w rodzinę Sarneckich i dręczyła jej członków uporczywymi wyładowaniami. Nawet Wafel sprawiał wrażenie podminowanego i, całkiem jak nie on, oszczekał wystraszonego do nieprzytomności pinczera.

Wrócili na nocleg w minorowych nastrojach. Tego wieczoru nie rozegrali zwyczajowej partyjki w makao, nie wygłupiali się przy stole, nawet nie zjedli kolacji. Umyli się i po prostu poszli spać, nadęci i poobrażani na cały świat oraz na siebie nawzajem.

Ożyw obraz

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytat i dedykacja

OD AUTORKI

PROLOG

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja