Bez planu B - Wioletta Piasecka - ebook + audiobook + książka

Bez planu B ebook i audiobook

Wioletta Piasecka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Nowe wydanie „Bez planu B” Wioletty Piaseckej – autorki takich bestsellerów jak „Chata pod starym świerkiem” czy „Sekret bibliotekarki”.

Renata ma wspaniałą rodzinę, wciąż jednak szuka poklasku w towarzystwie i w życiu zawodowym. Ewa zaś jest singielką, która stawia na karierę w korporacji. Nie ma czasu na rodzinę, przyjaźń czy choćby przelotne romanse.

Niespodziewanie w firmie, w której pracują, dochodzi do zmiany prezesa. Stery w korporacji i w życiu przejmują intrygi, plotki i wzajemne oskarżenia. Przyjaźń kobiet przeradza się w rywalizację, a ich wybory zaskakują.

Naraz na ich drodze pojawia się… No właśnie! Co takiego wywróci życie Renaty i Ewy do góry nogami? Czy znajdą w sobie odwagę, by zmierzyć się z igraszkami losu?

Czasem trzeba zaufać życiu. To ono pisze najlepsze scenariusze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 384

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przyjaciół trzymaj blisko,

ale jeszcze bliżej trzymaj swoich wrogów.

Mario Puzo

Trzaśnięcie drzwiami rozniosło się głucho po niewielkiej biurowej przestrzeni. Ewa drgnęła, wychyliła się zza ekranu monitora i zdziwiona spojrzała na puste pomieszczenie za szkłem. Zaklęła siarczyście i zerwała się z krzesła, aż obróciło się wokół własnej osi, chwyciła w locie dyndający na oparciu żakiet i zmieniła klapki na czerwone szpilki. W pośpiechu zapinała guziki firmowego wdzianka. Najchętniej by pobiegła, ale wąska spódnica i wysokie obcasy spowalniały ruchy. Na śmierć zapomniała o naradzie! Zdziwiła się, że nikt jej o niej nie przypomniał. Podlegli jej pracownicy przybiegali z każdym drobiazgiem i z każdą ploteczką, ale nagle uświadomiła sobie ze zdziwieniem, że ostatnio jakby rzadziej.

Wsiadając do windy, usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś wpadł do jej pokoju z nowinami, i musiała przyznać, że od ponad tygodnia nie było nikogo. Fakt, w firmie od pewnego czasu atmosfera stała się bardziej niż duszna. Informacje szeptane pokątnie na korytarzach odbijały się od ścian i zatruwały biurową przestrzeń, a w dodatku nabrały czarnej barwy. Wprawdzie Ewa Pokora niezbyt chętnie słuchała plotek, bo po pierwsze, nie pozwalał jej na to nadmiar obowiązków, a po drugie, jako szefowej działu marketingu i sprzedaży po prostu nie wypadało ich słuchać, ale teraz nabrała podejrzeń, że coś dzieje się poza jej wiedzą. Najnowsza plotka, którą najwyraźniej żyła firma, wprawdzie do Ewy dotarła, ale nie uwierzyła w nią, bo gdyby plotka miała okazać się prawdą, to akurat Ewa Pokora pierwsza powinna tę prawdę znać.

Drzwi windy rozsunęły się bezszelestnie i Ewa stanęła przed salą konferencyjną. Spojrzenia podwładnych nieco ją zmroziły. Zawsze nadgorliwi w kontaktach z nią, teraz patrzyli jakby ukradkiem. Byli od niej dużo młodsi, na pewno bardziej przebojowi, drapieżni, zachłanni i okropnie zadufani w sobie. Przychodzili, odchodzili, niektórych zwalniano, co nieliczni sami porzucali pracę dla atrakcyjniejszej posady w innej korporacji. Ona trwała na posterunku. I to już prawie dziesięć lat. Kawał czasu – pomyślała.

– Ewa, a ty co? Potrzebujesz specjalnego zaproszenia? – Dyrektor działu kadr Paweł Niewiadomski, zwany Personalnym, spojrzał na nią znad okularów.

– Właściwie zostało jeszcze pół minuty. – Uspokoiła oddech, zdobyła się nawet na rozciągnięcie ust w grymasie od biedy przypominającym uśmiech i ostentacyjnie spojrzała na zegar ścienny.

– No tak, jak zawsze perfekcyjna. – Również zmusił się do uśmiechu, poczekał kilka sekund, aż zajmie miejsce, i zwrócił się do załogi: – Moi drodzy, trudno mi zacząć, bo sytuacja nie jest komfortowa… Zaraz, chwila, proszę o spokój. – Podniósł ręce, by uciszyć nerwowy szmer, który przeszedł po sali, ale bez skutku. Westchnął i palcem wskazującym poprawił okulary.

Niedawno zatrudniona młoda sekretarka mocowała się ze zbyt ciasno zawiązaną apaszką pod szyją, sapiąc przy tym dość głośno. Siedzący na końcu przedstawiciele handlowi kręcili się niespokojnie. Ewie coraz bardziej udzielał się ich niepokój. Próbowała odczytać z wyrazu twarzy Personalnego coś więcej, ale ten wciągnął głęboko powietrze i zamilkł na dłuższą chwilę.

Cykanie zegara drążyło powietrze, sala naelektryzowała się oczekiwaniem.

– Wszystkich nas zwolnią? – Nie wytrzymał w końcu informatyk z dredami do połowy pleców.

Dla ludzi zgromadzonych w sali konferencyjnej świat na chwilę się zatrzymał. Ewa nieświadomie zacisnęła palce, aż poczuła ból wpijających się paznokci. A jednak zwolnienia? – pomyślała zdumiona.

– Nie, oczywiście, że nie – wyrzucił z siebie Personalny. – Żadnych zwolnień nie będzie, chyba że wy wiecie coś, czego ja nie wiem. – Rozejrzał się po zebranych, nikt jednak nie kwapił się z odpowiedzią. – To… zebranie… dotyczy… podsumowania… rocznej działalności… każdego z działów – wyjąkał nieskładnie. – I być może, podkreślam, być może… pewnych zmian w umowach…

Ewa nagle zrozumiała, że prawdopodobnie Paweł albo wie tyle co ona i gra na zwłokę, albo sytuacja jest megatrudna. Niepewność w jego oczach zaskoczyła ją i zasmuciła jednocześnie. Jeśli ten zawsze pewny siebie i potrafiący znaleźć się w każdej sytuacji mężczyzna miota się nieporadnie, to w firmie jest gorzej, niż przypuszczała. Tylko dlaczego prezes nie zawołał do siebie dyrektorów i nie poinformował ich osobiście o sytuacji, jak czynił to dotychczas? – zastanawiała się.

– E, nie wierzę… Nigdy aż tak oficjalnych podsumowań nie było. Chcemy wiedzieć, ilu z nas poleci na zieloną trawkę! – krzyknął któryś z handlowców.

– Chwila, moment, dajcie powiedzieć. – Dyrektor starał się przemawiać mniej oficjalnym niż zwykle tonem. – To nie tak, jak myślicie…

– A jak? Mów w końcu po ludzku! – rzuciła władczym nieco zniecierpliwionym tonem zastępczyni Ewy, Renata Kowalska.

Tym razem to ona skupiła na sobie uwagę zgromadzonych. Mimo że zwracanie się do siebie po imieniu było w firmie naturalne i wręcz pożądane, to nigdy dotąd nie zdarzyło się, by do przełożonego odezwano się w ten sposób. Dyrektor przygryzł dolną wargę, zmrużył oczy i unikając spojrzenia pytającej, przebiegł wzrokiem po twarzach pracowników. Wyprostował plecy i w chwili, gdy otworzył usta, rozdzwoniła się leżąca na stole komórka.

– Przepraszam, zapomniałem wyłączyć. – Spojrzał na wyświetlacz i natychmiast skierował się do wyjścia. – Proszę o chwilę cierpliwości. Muszę odebrać. To raczej ważne.

Po jego wyjściu w sali zawrzało. Ewa skorzystała z okazji i upomniała swoją przyjaciółkę i jednocześnie zastępczynię, że wychodząc, nie przypomniała jej o zebraniu.

– Renata, co to za zwyczaje? Szłaś na zebranie i słowem nie wspomniałaś?

– Sorki. – Renata poprawiła granatowo-czerwoną firmową apaszkę, której tylko dyrektorki działów nie miały obowiązku nosić. – Całkiem wyleciało mi z głowy – rzuciła beztrosko.

– Szkoda. W końcu siedziałam nad twoją robotą, którą powinnaś skończyć na wczoraj.

Renata zrobiła ruch, jakby odganiała natrętną muchę, wzruszyła ramionami, odrzuciła zdecydowanym ruchem głowy czarne długie włosy i wciąż milcząc, wyprostowała się nieznacznie.

– Nieładnie postąpiłaś. W sumie twoja sprawa. Tylko nie rozumiem, po co zawsze tyle gadasz o przyjaźni, szczególnie gdy czegoś potrzebujesz. – Ewa zerknęła na koleżankę. – Guzik ci się rozpiął – rzuciła z przekąsem.

– Coś taka złośliwa? Okres masz czy co? – Renata zabrała się nieudolnie za zapinanie guzika na wydatnych piersiach. Bluzka w tym miejscu napięła się nieestetycznie.

– Odwalam za ciebie całą robotę, a ty ostatnio nie dość, że zrzuciłaś na mnie wszystkie obowiązki, to jeszcze zachowujesz się jak udzielna księżna. W ogóle nie można na tobie polegać.

– Też mi coś! – prychnęła hardo koleżanka. – Dzieci nie masz, chłopa nie masz, to i obowiązków nie masz tyle, co inne kobiety. Możesz dłużej w robocie posiedzieć. Nikt na ciebie w domu nie czeka – dodała kąśliwie.

– No wiesz. – Ewa nie kryła oburzenia. – Niezłe podziękowanie za notoryczne ratowanie twojego tyłka przed prezesem. – Chciała coś jeszcze dodać, ale drzwi się otworzyły i rozmowy natychmiast umilkły.

– Przepraszam, już jestem. – Paweł Niewiadomski, czerwony i lekko zdyszany, podszedł do stołu, drżącą dłonią chwycił szklankę wody i wypił jednym haustem. Rękawem marynarki prosto spod igły Hugo Bossa otarł usta, odstawił szklankę z hukiem i nagle roześmiał się nerwowo.

– No dobra, kochani, spytam bez owijania w bawełnę. Macie plan B? – zwrócił się do wpatrzonych w niego pracowników. – Nie? Ja też nie. Błąd, wielki błąd! Zawsze trzeba mieć plan B. Właśnie dostałem cynk, że połowę z nas wykopią jednak na zieloną trawkę.

Renata biegła korytarzem, przedzierając się przez tłum sfrustrowanych kolegów i koleżanek. Kilkoro niezdarnie szturchnęła łokciem, ale pochłonięci rozmowami albo nie zwracali na nią uwagi, albo rzucili pod nosem kilka niecenzuralnych słów. Dyszała ciężko. Guzik na wysokości piersi w niebieskiej firmowej koszuli nie wytrzymał ciężaru podskakującego rytmicznie biustu i odpadł, pozostawiając po sobie dziurę, spod której wyjrzał koronkowy czerwony biustonosz. W końcu zasapana dobiegła do schodów i trzymając się chromoniklowej poręczy, krzyknęła:

– Paweł! Paweł! Stój! Zaczekaj!

Niewiadomski zatrzymał się, ale nie odwrócił głowy. Zeszła więc kilka schodów, by się z nim zrównać. Przeraziła ją bladość jego twarzy i nieobecny, nieco błędny wzrok.

– Paweł – sapiąc, złapała go za rękaw marynarki – biegnę za tobą, a ty się nawet nie obejrzysz – rzuciła niemal gniewnie.

– Nie masz prawa mówić do mnie takim tonem przy podwładnych, rozumiesz? To, co się wydarzyło między nami, jest teraz bez znaczenia – dodał beznamiętnym głosem.

– Ciiiii… – Nie pozwoliła mu dokończyć. Rozejrzała się, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Nie mówmy o tym tutaj.

Stał ze spojrzeniem utkwionym w sobie tylko widoczny punkt na ścianie pomalowanej na modny popielaty kolor.

– Jak sobie życzysz… – Zacisnął szczękę.

– Paweł, chcę tylko zapytać… – Przerwała, by złapać w miarę równy oddech, językiem zwilżyła usta, poprawiła apaszkę, uspokoiła się nieco i dopiero po chwili wypaliła bez krygowania się: – Do odstrzału w razie czego jest Ewka, prawda? Tak, jak się umawialiśmy…

Wzruszył ramionami.

– Paweł? – Nagle ją olśniło. – Ale ty zostajesz, tak?

– Nie wiem – odparł drętwym głosem.

– Powiedzieli ci już, że ciebie też zwalniają?

Zamiast odpowiedzi zmarszczył brwi i zacisnął usta.

– Błagam cię, nie stój tak, porozmawiaj ze mną. Jesteś mi to winien, nie sądzisz?

– Renata, zastanów się, co mówisz. Niczego nie jesteśmy sobie winni. Oboje tego chcieliśmy. Jesteś dorosła. Ja też. Tak wyszło – wypalił w końcu.

– Co ty gadasz? Według ciebie nic się nie stało?

– Dokładnie. Nic się nie stało.

– Nic? Zupełnie nic? – ironizowała.

– Chodzi ci o seks? – Ściszył głos. – Dziecko jesteś? To był normalny biurowy romans bez zobowiązań. A ty co? Z księżyca się urwałaś? Nic wielkiego się nie stało, czy to jasne?

– Powiedz to swojej żonie i dzieciom. Na pewno się ucieszą – syknęła.

– Dzieci zostawmy w spokoju. I twoje, i moje. Tak będzie najlepiej. – Poczerwieniał ze złości.

– Paweł, przepraszam, masz rację. To przez te nerwy.

Chwilę milczeli. Jej pierwszej ta cisza zaciążyła. – Proszę, powiedz… zwalniają cię? No wykrztuś to, bo oszaleję.

– A co? Będziesz tęskniła? – zakpił.

– Nie wygłupiaj się – powiedziała łagodniej. – Po prostu się martwię.

– O mój tyłek czy o własny? – Poprawił okulary, które zjechały mu do połowy nosa.

– O nas. Czy jest w tym coś złego?

– Nie zwolnili mnie… na razie. – Zamilkł na chwilę. Westchnął. Wyjął z kieszeni białą chusteczkę z mikrofibry, zdjął okulary, chuchnął na szkła i starannie wytarł. Dopiero gdy założył je z powrotem na nos i włożył złożoną równo chusteczkę do kieszeni spodni, rzucił z goryczą: – Ale wiem, że zwolnią masę ludzi.

– Dostałeś już cynk, kto zostaje, a kogo zwalniają?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– Nie wiesz, kogo zwalniają? – usiłowała się upewnić.

– Jeszcze nie wiem.

– A kiedy będzie coś wiadomo? Powiedzą ci?

Jego milczenie i nieobecny wzrok doprowadzały ją do wściekłości i agresji, jakiej u siebie w stosunku do niego nie podejrzewała. Złapała go za poły marynarki i potrząsnęła jak bezwolną kukłą. Miała ochotę zdzielić go po twarzy. Ten zawsze elegancki mężczyzna z nieco kpiącym dystansem do ludzi, twardo stąpający po ziemi, teraz zachowywał się, jakby narobił ze strachu w gacie.

– Obudź się, do cholery! Co się z tobą dzieje?!

Poskutkowało, bo pierwszy raz uważniej na nią spojrzał.

– Aleś ty wulgarna – skrzywił się z niesmakiem.

– Też nie jesteś święty. Zresztą, to nie czas na piękne słówka. Mów, kiedy będziesz wiedział, kogo zwalniają? Przecież muszą ci powiedzieć. Bo komu innemu, jeśli nie tobie? – spytała retorycznie.

– Nie powiedzą mi.

– Jak to? – Nie potrafiła ukryć rozczarowania, które natychmiast przerodziło się we wściekłość. Nim jednak zdążyła wyrzucić z siebie gniew, usłyszała:

– To ja mam wybrać ludzi do zwolnienia. – Niewiadomski wypuścił z siebie powietrze.

– I tym się tak martwisz? – Odetchnęła z ulgą i roześmiała się lekko, perliście. Spojrzała na dziurę po brakującym guziku. Energicznym ruchem dłoni rozwiązała firmową apaszkę i odpięła górne guziki koszuli, odsłaniając imponujący dekolt.

– Ładny stanik. – Wbił wzrok w wylewający się z czerwonego stanika biust.

– Podoba ci się, Pawełku? – Zmieniła ton i rzuciła mu zalotny uśmiech. – Możemy gdzieś pójść, żebyś mógł się lepiej przyjrzeć.

– Może jutro…

– Jutro? – fuknęła nadąsana, ale zaraz przybrała niewinną minkę. – Jutro też możemy zgłębiać walory moich atrakcyjnych piersi, ale po co czekać? – Chwyciła jego dłoń i pomasowała nią swoje krągłości.

– Zwariowałaś?! Nie w biurze! – Odskoczył.

Uśmiech natychmiast zniknął jej z twarzy. Między tych dwoje wdarł się nieprzyjemny zgrzyt.

– Wszystko w firmie jest niepewne, a ty kusisz los takimi sytuacjami jak ta. Jeszcze nas ktoś zobaczy. A poza tym naprawdę nie mam dzisiaj nastroju – powiedział po dłuższym milczeniu.

– Tak się przejmujesz tym, że musisz wyznaczyć ludzi do odstrzału? Oni by się tobą nie martwili, zapewniam cię.

– Może i nie – przyznał. – Zresztą nie tylko tym się martwię.

– A czym jeszcze?

– Nie chcę rozmawiać o tym tutaj. To nie pora ani miejsce. Szczególnie teraz. Wszystkich nas mają na oku.

– To możemy gdzieś iść po pracy. – Nie dawała za wygraną.

– Nie mam nastroju, mówiłem ci. W dodatku żona może zacząć coś podejrzewać…

– Uważaj, bo popadniesz w paranoję – przerwała mu zgryźliwie.

– Daruj sobie. Jesteś wredna, wiesz?

– To dlatego, że się boję. Tobie łatwo. Ty raczej nie masz się czego obawiać. Zdolny, wykształcony, przebojowy… Co ci mogą zarzucić? A ja? Mąż fajtłapa i kredyt na nowy wóz na głowie.

– Nie słyszałaś o maksymie Andrieja Wyszyńskiego?

– Kogo?

– Mniejsza z tym. – Machnął ręką.

– Jakiego znowu Andrieja? Pracuje u nas?

– Nie, skąd. Facet po prostu mówił: „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Nie znasz tego? – Znów poprawił okulary.

– Mają coś na ciebie czy tylko tak głupio gadasz? – Weszła dwa stopnie wyżej, by spojrzeć mu prosto w oczy, i nagle ją olśniło: – Kto do ciebie dzwonił? Ceglasty?

– Kiedy?

– Nie pytaj głupio! Jak to kiedy? – Znów zaczęła się miotać. – Podczas narady, oczywiście! Ceglasty?

– Prezes? Nie, skąd. Czy on ostatnio do kogoś osobiście zadzwonił? – Pomachał jej przed oczami trzymanym w ręku smartfonem. – Ludzi ma od tego.

– I oni do ciebie dzwonili? – Szarpnęła go za rękaw, bo znów utkwił wzrok w jakimś niewidocznym punkcie.

– Kto? – Spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– No… ci ludzie…

– Jacy ludzie?

– Nie rób ze mnie idiotki. Od Ceglastego – wyjaśniła poirytowana.

Po długiej chwili ledwo zauważalnie przytaknął ruchem głowy.

– Matko święta, gadaj wreszcie do rzeczy, bo mnie zaraz tu szlag jasny trafi. Co ci powiedzieli ludzie prezesa?

– Że mają haki – wyznał w końcu ściszonym głosem.

– Na ciebie?

Długo milczał. Z głębi korytarza nie dochodziły już żadne odgłosy. Słyszała niespokojne bicie własnego serca, czuła na sobie przyspieszony oddech Niewiadomskiego.

– Proszę, nie baw się mną, na kogo mają haki? Na ciebie?

– Nie…

– No to czym się martwisz? Na kogo mają te haki? Na Ewkę? – W jej oczach pojawiły się lekkie błyski.

– Na ciebie… – Wykrzywił usta w nieładnym grymasie.

– Co takiego?! – Pobladła nagle i wbiła w niego strwożone spojrzenie.

– Tak powiedzieli.

– Mówili ci, co na mnie mają?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– A dlaczego zwrócili się z tym do ciebie?

– Dobre pytanie. Sam je sobie zadaję – odpowiedział z ciężkim westchnieniem. – I to mnie właśnie martwi, bo może to dotyczy również i mnie…

– Nasze spotkania? – Zamyśliła się, ale zaraz machnęła ręką. – E, nie, niemożliwe. Byliśmy ostrożni. Jezus Maria! Co oni mogą na mnie mieć? I co teraz będzie?

– Jutro w południe szef chce mnie widzieć. Pewnie w tej sprawie.

– Dlaczego od razu nie powiedziałeś?

– A co? Miałem cię publicznie poinformować podczas zebrania?

Mierzyła go wzrokiem bez słowa, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała.

– Mam nadzieję, że cokolwiek na mnie mają, staniesz po mojej stronie – oznajmiła w końcu, cedząc każde słowo.

– Nie wiem. Zależy, co mają.

– Masz za mną stanąć murem – fuknęła rozdygotana.

– Wybacz, ale jeśli to rzeczywiście dotyczy tylko ciebie, to nie będę narażał własnej skóry. Mam rodzinę na utrzymaniu – rzucił i zbiegł ze schodów, pokonując po dwa stopnie.

Patrzyła za nim chwilę, czy się odwróci. Zaklęła siarczyście i zagryzając wargę, zastanawiała się, co ma teraz robić i co ludzie prezesa mogą na nią mieć.

Nagle przypomniała sobie jeden mały incydent sprzed dwóch lat. Nie! Wszystko, tylko nie to! – Przemknęło jej przez myśl i pobiegła w stronę windy. Postanowiła załatwić sprawę po swojemu. I to jeszcze dziś.

Od narady minęło zaledwie kilka godzin, a Ewa zdążyła uporządkować szpargały na biurku. Na szarym blacie, na którym zawsze piętrzyła się sterta papierów, i to zazwyczaj niecierpiących zwłoki, teraz leżały dwie równo ułożone teczki w grafitowych oprawach z granatowo-czerwonym logo firmy Uroda. Dotyczyły ostatniego projektu, nad którym powinny pracować wspólnie z Renatą, ale zastępczyni wykręcała się a to niewiedzą, a to natłokiem rodzinnych problemów, a to mnóstwem innych przeszkód.

Ewa westchnęła. Nadal zastanawiała się, co się mogło stać. Dlaczego firma, która wciąż świetnie radzi sobie na rynku, nagle, bez ostrzeżenia, zaczyna zwalniać pracowników. Wróciła wspomnieniami do dnia, gdy przyszła tu szukać pracy. Osobiście przyjął ją Ceglasty. Nie miał wtedy sztabu sekretarek, odźwiernych, no i nie nazywał siebie prezesem, tylko szefem. W większości przedsiębiorstw nie przywiązywano wówczas wagi do budowania marki i wizerunku w social mediach, które dopiero raczkowały, ale on jej zaufał. Choć była dopiero co upieczoną absolwentką marketingu.

Uśmiechnęła się do wspomnień. Doskonale pamiętała też swój pierwszy dzień w pracy. Chuda jak szkapa, z gęstą kitą jasnych włosów, w obcisłych dżinsach i w białej koszulowej bluzce przekonywała szefa, jak bardzo potrzebne jest stworzenie wizerunku firmy. Od pierwszych dni godzinami dyskutowali o wizji Urody. Kłócili się czasem, bo każde obstawało przy swoim zdaniu. Parę lat później, być może nawet za sprawą jej pomysłów i działań marketingowych, firma wskoczyła na wyższy poziom. Szef nazwał siebie prezesem i otoczył się murem sekretarek wyższego i niższego szczebla. Z dyrektorami działów spotykał się już tylko przy szczególnych okazjach. Szeregowi pracownicy z Ceglastym nie mieli do czynienia właściwie nigdy.

Teraz, dekadę później, mimo że Ewie nie brakowało spektakularnych sukcesów na koncie, jej dawna przebojowość i buńczuczność przygasły. Nie znaczy to, że nie miała tyle zapału, co dawniej. Przeciwnie, pracę uważała za sens życia. Dział się rozrósł i choć nauczyła się dzielić obowiązkami, nadal osobiście kontrolowała każdy projekt. Kiedy trzy lata temu zarekomendowała w firmie Renatę Kowalską, przyjaciółkę ze studiów, była szczęśliwa, że ta odciąży ją w niektórych projektach. Zdolna, bystra, wesoła, w krótkim czasie awansowała do rangi zastępczyni.

Lubiły się, choć Renata była całkowitym przeciwieństwem Ewy. Jednak od momentu awansu przyjaciółka zaczęła się zmieniać. Cechy, które uchodziły za zalety, wypaczyły się, stając się wadami – zrobiła się harda, pyskata, czasami agresywna, niedająca sobie w kaszę dmuchać. Do tego wiecznie opowiadała o swoim fajtłapowatym mężu i nienawidzącej jej teściowej – choć Ewa musiała przyznać, że przyjaciółka robiła to z czarnym humorem i swoistym wdziękiem. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze im się pracowało. Ewa była mózgiem wszelkich pomysłów, natomiast Renata, mimo że sama nie wyrywała się do pracy, potrafiła wymusić skuteczność działania na podwładnych. Taki podział ról odpowiadał obu kobietom. Teraz jednak ta hardość skierowana bezpośrednio w Ewę obudziła w niej poirytowanie, a także zasiała niepokój.

Ewa rozejrzała się po pomieszczeniu. Gabinet był mały, ale wygodny. Biurko stało na wprost przeszklonej ściany, przez którą miała oko na wszystkich podległych sobie pracowników i na Renatę. To biurko, wielki czarny fotel na kółkach, na którym często wieszała służbową marynarkę, i dwa nowoczesne jasnoszare regały służyły Ewie za całe wyposażenie. Minimalistyczne umeblowanie rekompensował rozpościerający się z ogromnego okna widok na Gdańsk. Kochała to miasto i kochała swoje biuro. Czy rzeczywiście przyjdzie mi pożegnać się z tym miejscem? – myślała.

Odepchnęła się od blatu i podjechała fotelem pod okno. Z dziesiątego piętra biurowca popatrzyła na miasto. Przeprowadziła się do Gdańska z pobliskiego Elbląga tuż po zdaniu matury. Początkowo zarzekała się, że po skończeniu studiów wróci w rodzinne strony, ale Gdańsk ją oczarował i postanowiła zostać.

Ewa zdjęła szpilki, chwilę pomasowała obolałe stopy, wstała i oparła czoło o chłodną szybę. Mimo późnej pory miasto tętniło życiem. Gdzieś w dole zgrzytnął tramwaj, kierowca stojący w korku trąbił wściekle na grupkę młodych ludzi bez pośpiechu przechodzących w niedozwolonym miejscu. Nawet nie zauważyła, kiedy zapadł zmierzch. Rozbłysły latarnie.

Naraz przypomniała sobie słowa przyjaciółki. Nikt na ciebie nie czeka… Zabolało tak mocno, jak tylko może zaboleć nagle odkryta prawda. Rzeczywiście, nikt na mnie nie czeka – przyznała. Dotąd Ewa swojej samotności nie nazywała po imieniu. Czuła się potrzebna i spełniona. Wśród tylu projektów, pomysłów i planów firmowych nie widziała miejsca na mężczyznę, a tym bardziej na dziecko.

– Lubię swoją samotność – powiedziała na głos, by zagłuszyć myśli.

Jestem z firmą dziesięć lat. Moje pomysły przyniosły setki tysięcy zysku. Szef przyjął mnie, gdy nie szło mu najlepiej, przecież nie zwolni mnie teraz, gdy firma pędzi na najwyższych obrotach – pomyślała, patrząc przed siebie.

Nieoczekiwanie jarzeniówki w sali za szybą zatrzeszczały i rozświetliły pomieszczenie. Ewa odwróciła się od okna i zamarła. Środkiem biura jakimś dziwnym pokracznym krokiem boso wlokła się Renata. W jednej ręce trzymała szpilki, w drugiej czerwony stanik i komórkę. Ona też najwyraźniej nie spodziewała się zastać kogoś w biurze, bo zatrzymała się niepewnie.

– Matko kochana, co ci się stało? Napadł cię ktoś? – Ewa wyszła jej naprzeciw.

– Odwal się! Nie twoja zasrana sprawa! – wrzasnęła Kowalska i ruszyła energiczniej w stronę swojego biurka.

Ewa patrzyła na przyjaciółkę. Rozpięta błękitna koszula odkrywała goły biust, a rozmazana szminka wokół ust powodowała, że Renata sprawiała upiorne wrażenie klauna.

– Na miłość boską, mów, co się stało! Dzwonię po policję! – Ewa odblokowała telefon i drżącą dłonią próbowała wystukać numer alarmowy.

– Ani się waż! – Kowalska rzuciła buty i stanik na podłogę, podbiegła i wyrwała koleżance aparat z dłoni. – Nigdzie nie dzwoń i najlepiej odwal się ode mnie.

– Co się z tobą dzieje? Gdzieś ty była?! – Nie doczekawszy się odpowiedzi, Ewa pokręciła głową z dezaprobatą. – Nie poznaję cię i naprawdę poważnie zaczynam się o ciebie martwić.

– Niepotrzebnie – skwitowała tamta, położyła komórkę na swoje biurko, wyciągnęła z leżącej na krześle skórzanej torby paczkę chusteczek i starła rozmazany makijaż.

Ewa chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu dała za wygraną, podeszła do szafy, sięgnęła po granatową kurtkę, owinęła się chustą w identycznym kolorze, przewiesiła torebkę przez ramię i wyłączyła światło w swoim gabinecie.

– Nie chcesz, nie mów, ale ja naprawdę się martwię – rzuciła już w drzwiach.

Zażenowana i zniesmaczona, zastanawiała się nad sceną, której właśnie była świadkiem. Renata nigdy nie uchodziła za wzór cnót. Na studiach ostro imprezowała, ale od tamtego czasu minęło dziesięć lat. Owszem, nie dało się ukryć, że flirtowała w biurze, choćby z Niewiadomskim, jednak to były raczej niewinne miłostki. Co ma znaczyć to nieostrożne i lekceważące dzisiejsze zachowanie? Przecież z tego może wyniknąć niezły skandal – rozmyślała Ewa.

Dźwięk otwierającej się windy przywrócił ją do rzeczywistości. Popatrzyła w metalową przestrzeń dźwigu, lecz nie wsiadła. Przed oczami stanęła jej poczciwa twarz Piotra, męża Renaty, z którego ta wielokrotnie drwiła. Ewie zrobiło się nagle żal tego człowieka. Postanowiła pomóc koleżance i spróbować z nią porozmawiać.

Winda zamknęła się, dając dźwięczny krótki sygnał ostrzegawczy, i ruszyła w dół. Ewa zdążyła zrobić dwa kroki w stronę biura, gdy usłyszała:

– Ty się lepiej martw o siebie. – W głosie przyjaciółki, nieco stłumionym przez dzielącą je ścianę, wyraźnie dała się słyszeć szydercza nuta. Ewę zatkało. Stała, zastanawiając się, czy zdradzić swoją obecność, czy jednak zejść po cichu schodami i udawać, że niczego nie słyszała.

Nim zdążyła zdecydować, Renata nagle stanęła w drzwiach. Zaskoczone kobiety zmierzyły się wzrokiem.

– Tak, dobrze słyszałaś. – Kowalska natychmiast odzyskała butę i ruszyła w stronę windy. Pewnym ruchem nacisnęła guzik i przerzuciła czarne włosy na lewe ramię. – Niech od teraz każda z nas martwi się o siebie. Tak będzie najlepiej dla nas obu. I radzę ci zostawić dla siebie to, co tu widziałaś – oświadczyła.

Ewa patrzyła, nie wierząc w to, co widzi i słyszy.

– Renata… – zaczęła, ale umilkła.

– Odsuń się, jeśli nie wsiadasz. – Zastępczyni minęła przyjaciółkę i wsiadła do windy.

Pewność siebie i arogancja w głosie Kowalskiej zszokowały Ewę. Długo stała w pustym chłodnym holu. A niepokój, który nie tak dawno dopiero co zakiełkował, teraz całkowicie wypełnił jej duszę.

Renata wyszła z windy i energicznym krokiem opuściła budynek Olivia Star. Rozzłoszczona obecnością koleżanki, wylała teraz na nią całą żółć.

– Głupia pindzia, że też musiała zostać i podsłuchiwać! Dobrze jej tak! – złorzeczyła pod nosem.

Z całych sił pragnęła odsunąć od siebie wydarzenia ostatnich godzin. Wzdrygała się z obrzydzenia, nie potrafiąc zatrzeć obrazu sapiącej, nalanej twarzy nowego doradcy Ceglastego. A jednocześnie usprawiedliwiała się przed sobą, że owszem, za pozostanie w firmie zapłaciła wysoką cenę, ale warto było.

Zakręciło jej się w głowie od rześkiego marcowego powietrza. Choć nie padało, zarzuciła na głowę kaptur. Roztrzęsiona i pochłonięta ponurymi myślami, uszła kilka kroków. Minęła halę sportową i dopiero gdy wtargnęła na czerwonym świetle na ulicę Bażyńskiego i mało nie wpadła pod nadjeżdżające auto, przypomniała sobie, że przyjechała do pracy samochodem.

– Niech to szlag jasny trafi! – mruknęła do siebie. Nie zawróciła jednak do firmy. Nie chciała też w takim stanie wrócić do domu. Musiała chwilę ochłonąć. Postanowiła wejść do McDonalda, żeby wszystko na spokojnie poukładać w głowie. Wprawdzie wolałaby uniknąć tłumów, ale wiedziała też, że o tej porze w tym lokalu są zazwyczaj wyłącznie studenci pobliskiej uczelni i do tego tak zajęci sobą, że nie zwracają na nikogo uwagi. Poczuła głód. Nie zdziwiła się tym, bo od zawsze zajadała kłopoty. Zamówiła colę i duże frytki. Z tacą w ręku minęła kilka stolików, by zająć zwalniające się właśnie miejsce przy oknie. Odwróciła się i dyskretnie rozpięła kurtkę. Oceniła straty wizerunkowe. Wymięta koszula bez guzika na piersiach nie nadawała się do pokazywania światu. Westchnęła i pozostała w kurtce. Gapiąc się we własne odbicie w szybie, pomyślała o synu. Dochodziła dwudziesta. Od co najmniej trzech godzin powinna być w domu. Nie martwiła się tym szczególnie. Mąż ufał jej bezgranicznie, w dodatku świetnie opiekował się dzieckiem. Pewnie teraz czyta Michałkowi bajkę o dinozaurach – uznała.

– Wolne tutaj? – Dwie młode kobiety z tacami w rękach stanęły tuż obok niej.

– Wolne – przyznała niechętnym tonem i od razu odwróciła się w stronę okna.

Studentki rozlokowały się, omawiając coś zażarcie. Zamyślona bezwiednie jadła frytki i rozmyślała o wydarzeniach sprzed godziny. Aż podskoczyła na dźwięk telefonu komórkowego. Dzwonił Piotr. Odebrała dopiero po czwartym sygnale, gdy czuła na sobie zniecierpliwione spojrzenia sąsiadek.

– Coś się stało, żabciu?

Normalnie na dźwięk tej zbyt opiekuńczej nuty w głosie męża wpadała w furię, ale teraz ku własnemu zaskoczeniu rozpłakała się jak skrzywdzone dziecko.

– Żabciu, co się dzieje? – Głos Piotra zadrżał ze zdenerwowania. – Miałaś wypadek?

Nie mogła wykrztusić z siebie słowa. Od tamowanego łkania trzęsły jej się ramiona i plecy. Dwie młode dziewczyny wpatrywały się w nią wytrzeszczonymi oczyma i z ustami pełnymi jedzenia. Zresztą nie tylko one. Rozmowy przycichły i ludzie bezceremonialnie jej się przyglądali. Jedni ze współczuciem, inni ze zdziwieniem, a jeszcze inni z obojętnym zainteresowaniem.

Chwyciła torebkę i z telefonem przy uchu zerwała się od stolika. Potrąciła jedną z młodych kobiet, szarpała się chwilę z drzwiami wejściowymi i w końcu wybiegła, nie tamując już płaczu.

– Żabuniu, co się dzieje?! Mów natychmiast, proszę! – Słyszała histeryczne wołanie w telefonie. – Rozbiłaś samochód? To nic, mamy autocasco. To tylko samochód. Uspokój się, żabciu.

– Nie, nie rozbiłam samochodu… – wychlipała w końcu w słuchawkę.

– To powiedz mi, żabciu, bo umieram z niepokoju o ciebie – błagał mąż. – Gdzie jesteś?

– W… w… Mc… Do… nal… dzie… To… to… zna… czy… wy… szłam z Mc… Do… nal… da – łkała.

– Matko jedyna, żabciu, nie wsiadaj do samochodu. Och, co robić? Michałek już zasnął. Zostań tam. Wróć do McDonalda, a ja zaraz po ciebie przyjadę taryfą.

– Nie! – krzyknęła.

– Nie chcesz, żebym przyjechał? – W jego głosie wyraźnie pobrzmiewał żal.

– Nie chcę wracać do McDonalda. – Uspokoiła się nieco i zaczęła myśleć. Gdyby mąż po nią przyjechał, to nie czekałby jak zawsze w drzwiach, a to znaczy, że nie zauważyłby jej potarganej garderoby.

– Przyjedź po mnie – wyszeptała zbolałym głosem.

– Już jadę, skarbie. Proszę cię, żabciu, nie stój na ulicy. Wróć do McDonalda. Tam jest ciepło i są ludzie.

– Nie chcę tam wracać! – krzyknęła może zbyt agresywnie. – Ci ludzie będą się na mnie gapić! Widzieli, jak płakałam – dodała po chwili nieco łaskawszym tonem.

– To zróbmy tak. Przejdziesz jeszcze kilka kroków, miniesz budynki Uniwersytetu Gdańskiego i za chwilę zobaczysz stację paliw. Wejdź tam, zamów sobie herbatkę, a ja za sekundkę będę po ciebie i razem wrócimy do domu. Pójdę teraz i poproszę panią Węgrowską, by posiedziała chwilkę z Michałkiem.

– Tę starą babę? Wiesz, że jej nie cierpię. To plotkara! – obruszyła się.

– Wiem, wiem, żabciu, ale naprawdę nie ma wyjścia. Idź na stację, a ja już po ciebie jadę – powiedział i od razu się rozłączył.

Nie weszła jednak na stację paliw, jak radził mąż, tylko czekała na niego na parkingu. Ani przez chwilę nie zastanawiała się, co powie mężowi. Kłamstwo miała we krwi. Cieszyła się dziś, że Piotr jest życiowym fajtłapą i każde, nawet najgłupsze wytłumaczenie, łyka jak pelikan. Boleśnie zapragnęła znaleźć się w ciepłej przytulnej sypialni. Wtulić głowę w poduszki i po prostu o niczym nie myśleć.

Zrobiło się naprawdę chłodno. Nawet na Grunwaldzkiej, ulicy zwykle tętniącej życiem, ruch powoli zamierał. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Gdzie on jest? Ileż można jechać z Niedźwiednika? – pomstowała w myślach na męża.

W końcu tuż przed nią zatrzymała się taksówka i wyskoczył z niej Piotr. Objął Renatę i nie pytając o nic, podprowadził do taksówki. Wtulił twarz żony w swoje ramię i pogłaskał po głowie jak małą dziewczynkę.

– Niedźwiednik. Tam, skąd przyjechaliśmy – rzucił kierowcy.

Dusiła się od tej mężowskiej nadopiekuńczości, ale nie zmieniła pozycji. Przy skręcie w prawo domyśliła się, że są na wysokości Galerii Bałtyckiej i że do domu już jest bardzo blisko.

Na parkingu mąż wyskoczył z taksówki i podał żonie ramię, by się na nim wsparła.

– Żabciu, daj kluczyki, pojadę po samochód. Jest mi bardzo potrzebny. I to z samego rana. No, idź do domu, nie marznij tutaj. – Popchnął ją lekko w stronę klatki schodowej. Sam wsiadł do taksówki. – Jeszcze raz na Grunwaldzką – rzucił w stronę kierowcy.

– Klient nasz pan. – Taksówkarz uśmiechnął się grzecznościowo, skończył bawić się smartfonem i ruszył w stronę centrum miasta.

Renata chwilę grzebała w torebce, ale w końcu udało jej się znaleźć klucze od domu. Dziękowała w duchu za taki obrót sprawy. Zaraz spławi tę plotkarę i pójdzie pod prysznic.

Zapukała cicho, by nie zbudzić syna.

– Dobry wieczór, pani Reniu. – Węgrowska przywitała ją ubrana w gruby bordowy szlafrok frotté.

Widać Piotr wyciągnął ją z wieczornych pieleszy – przemknęło jej przez myśl.

– Dobry wieczór. – Renata skrzywiła usta w grzecznościowym uśmiechu. – Dziękuję za opiekę nad Michałkiem.

– E, co to tam za opieka. Nie mogłam odmówić panu Piotrusiowi, a Michałek śpi jak aniołek. Toż kilka minut zaledwie posiedziałam. – Machnęła ręką.

– Jeszcze raz dziękuję. – Renata stała w korytarzu, nie ściągając kurtki.

– To ja już sobie pójdę. Dobranoc, pani Reniu. – Sąsiadka nacisnęła klamkę, a Renata zrobiła krok, by zamknąć za nią drzwi. – Ojej, byłabym zapomniała. – Pacnęła się w czoło. – Stara baba jestem, to i o sklerozę nietrudno. Przyszła jakaś szara koperta. Leży na stole.

– Jak to przyszła? O tej porze?

– E… Ktoś do drzwi zadzwonił dosłownie jakieś pięć minut temu. Nawet zła byłam, że Michałka obudzi ten hałas. Byłam pewna, że to pan Piotruś już wraca. Otworzyłam, a tam nikogo. Rozejrzałam się, ale ani widu, ani słychu. Winda też nie jechała. No to se myślę, że głupi żart i że ktoś nacisnął dzwonek i uciekł po schodach. Toż schody tuż, tuż. Ale patrzę, a na wycieraczce szara koperta leży. I to spora. Niezaklejona, ale ja nie zaglądałam. O, co to, to nie. Mnie już mamusia świętej pamięci przestrzegała, że cudzej korespondencji się nie czyta, więc ja ją grzecznie na stół odłożyłam.

– Dzię… – Renata odchrząknęła. – Dziękuję pani.

– A nie ma za co, nie ma za co. Ja niczego nie oglądałam. – Kobieta, czerwona po samą nasadę włosów, w końcu opuściła mieszkanie.

– Stara klępa – syknęła Kowalska po wyjściu sąsiadki, przekręcając zamek w drzwiach i nie zdejmując butów ani kurtki, poszła do dużego pokoju.

Na środku pustego białego stołu leżała szara koperta. Renata wsadziła rękę, wyjęła z niej trzy kolorowe zdjęcia i aż usiadła z wrażenia. Ktoś uwiecznił jej wieczorne negocjacje z doradcą szefa. Miała na sobie jedynie stanik i spódnicę, w dodatku zadartą prawie do pasa. A tłuścioch… – Nie chciała na to patrzeć. Podarła zdjęcia w drobne kawałki i wyrzuciła do śmietnika, zagrzebując ręką na samo dno.

– Kto mógł to zrobić? I kto, do cholery, je tu przyniósł? – Milion myśli kłębiło jej się w głowie. Ciężko dysząc, ściągnęła pikowaną kremową kurtkę. Zsunęła zamszowe czarne kozaki i poszła do łazienki pod prysznic. Pozwoliła ciepłemu strumieniowi płynąć dowoli. Dopiero po chwili sięgnęła po żel i za pomocą miękkiej gąbki namydliła ciało. Najpierw leniwie, a potem energicznie, jakby chciała zmyć z siebie wydarzenia całego dnia.

Gdy otulona w gruby szlafrok męża wyszła z łazienki, Piotr kręcił się już po kuchni.

– Chodź, żabko, przygotowałem ci herbatkę z rumem i soczkiem malinowym. Musisz się rozgrzać, bo zmarzłaś, czekając na mnie.

– Idę do sypialni. Przyniesiesz mi? – poprosiła, choć wiedziała, że i bez tego Piotr weźmie drewnianą tacę, ustawi na niej herbatę, przekąski i zaniesie jej do łóżka.

– Żabuniu, daj mi ten szlafrok, ja go powieszę w łazience, a ty wskakuj do łóżka i pij, póki gorąca. Zaglądałaś do Misia? Widziałaś, jak zasnął z dinem pod głową?

– Tak – skłamała. – Kochany jest.

– Biedny, nie mógł się doczekać twojego powrotu. – Mąż czekał z tacą w ręku, aż się wygodnie usadowi.

– Jutro mu to wynagrodzę. – Poprawiła poduszkę i dała wzrokiem znać, że może już stawiać tacę.

– Żabko, chcesz mi opowiedzieć, co się stało?

– Nie, nie mam siły. Jestem padnięta. Wypiję herbatę i idę spać. Jutro ci opowiem.

– Dobrze, żabko, jak wypijesz, to odstaw to na szafkę nocną albo mnie zawołaj. Ja trochę popracuję. Ten projekt, co robię dla Inwestbudu, muszę na rano oddać, a mam jeszcze kilka poprawek.

– Dobrze, odstawię, dobranoc.

– Dobranoc, żabciu. Ach, byłbym zapomniał. Węgrowska czekała na schodach i powiedziała mi, że ktoś wsunął pod drzwi jakiś list. Co to było?

– Auć! – Ręka jej zadrżała i poparzyła się herbatą.

– Ostrożnie, żabciu. – Zjawił się natychmiast przy łóżku i odebrał tacę od żony. – Żabko, kochanie, nie płacz. Nie płacz, proszę. Oparzyłaś się?

– Nie… To przez ten… list… To… to… Ewka… zasypuje mnie robotą… – kłamała bez mrugnięcia okiem. – Na… nawet tu… przyszła i przy… nio… sła… dokumenty do… do… do wypełnienia – wykrztusiła przez łzy.

– Och, nie płacz, żabko. No współczuję ci. Myśli, że jak załatwiła ci pracę, to teraz może cię wykorzystywać. Ale wiesz co? Dość tego. Ja z nią porozmawiam.

– Nie!!! – krzyknęła tak głośno, że usłyszeli z pokoju płacz syna. – Zostań tu! – Zatrzymała męża za rękaw, bo ten zrobił ruch, jakby miał zamiar lecieć do pokoju dziecięcego. – Nic jej nie mów! Bo zacznie mnie jeszcze bardziej gnębić! – Renata rozpłakała się na cały głos. – Ja tego nie przeżyję!

– Cicho, cicho, żabciu. – Usiadł przy niej i próbował ją uspokoić. – Chcę tylko twojego dobra.

– To przyrzeknij, że nic jej nie powiesz!

– Przyrzekam, kochanie.

– Sama to załatwię – powiedziała nagle twardo. – A teraz idź, uśpij Michałka.

Ewa tej nocy nie zmrużyła oka. Nie pomógł napar z melisy ani długa kąpiel. Żałowała, że nie ma w domu środków nasennych. Choćby ziołowych. Nie pomogła też książka ani telewizja. Po prostu nie potrafiła się skupić. Myślami wracała do ostatnich wydarzeń w firmie. Prześladował ją obraz Renaty. W jej ordynarnym zachowaniu nie wiedzieć czemu instynktownie wyczuwała koniec własnej kariery. Z bezsilności miotała się między sypialnią a salonem i aneksem kuchennym.

– Skąd we mnie ten niepokój? – pytała samą siebie.

Prezes wielokrotnie dawał Ewie do zrozumienia, że jest dla firmy cennym pracownikiem, ale… to harde zachowanie przyjaciółki i te ukradkowe spojrzenia młodych… Czy oni wiedzieli coś więcej? Nie… niemożliwe… Młodzi poczuli wiatr zmian i pewnie nie wiedzą, pod kogo się podczepić. A Renata? Zawsze była pozerką. Boi się, że zostanie zwolniona i chce swój strach przerzucić na innych – uznała Ewa. Uspokajała irracjonalny lęk, który od wielu godzin zatruwał jej duszę.

Otulona w niebieską jedwabną podomkę przeszła przez salon, po drodze gasząc lampę, po ciemku podeszła do okna. Rozchyliła rolety i ze zdziwieniem odkryła, że na dworze zaczynało świtać. Odwróciła się i spojrzała na wyświetlacz dekodera. Dochodziła piąta nad ranem. Znów popatrzyła w okno. W bloku naprzeciwko nie paliło się w żadnym oknie. Taki widok tutaj należał do rzadkości. Na Garnizonie mieszkali raczej zapracowani ludzie. Dyrektorzy i biznesmeni, których życie dwadzieścia cztery godziny na dobę kręciło się wokół korporacji lub własnych firm. Marzyła o mieszkaniu w tej dzielnicy Gdańska. By je kupić, sprzedała spore lokum po babci i dobrała trochę kredytu, który na szczęście zdążyła dawno spłacić.

Odeszła od okna. Zapaliła lampę i przeszła do aneksu kuchennego. Nastawiła ekspres do kawy. W oczekiwaniu na napój, poszła do łazienki i nałożyła płatki pod oczy. Miała świadomość, że niewiele pomogą. Nieprzespana noc odbiła się sinymi cieniami na jej twarzy.

Kawa i kąpiel nieco ją orzeźwiły. Tego ranka szykowała się staranniej niż zwykle. Długie, jasne, gęste włosy umyła szamponem z fioletowym barwnikiem, by nabrały platynowego odcienia, wysuszyła je na grubej okrągłej szczotce i wyprostowała prostownicą. Nałożyła staranny, nieco mocniejszy makijaż. Usta przeciągnęła bardzo ciemną bordową pomadką, by odciągnąć uwagę od zmęczonych oczu. Całości dopełniła dopasowana popielata garsonka i wysokie cieliste szpilki. Zrezygnowała dziś z firmowego granatowego kostiumu, choć rzadko wybierała prywatne stroje. W przeciwieństwie do Renaty lubiła utożsamiać się z Urodą i być przykładem dla podwładnych.

Pierwszą osobą spotkaną po wyjściu z windy był prezes. Nie widziała go kilka tygodni. Ewę zaskoczyły zmiany w jego wyglądzie. Ten wysoki, energiczny, dobrze zbudowany mężczyzna przypominał własnego dziadka. Szedł korytarzem przygarbiony, od czasu do czasu przyglądając się czemuś z nieco większym lub mniejszym zainteresowaniem.

– Dzień dobry, panie prezesie – przywitała się z uśmiechem.

– Ewa, miło cię widzieć. – Zatrzymał się kilka kroków przed nią.

– Pana również, panie prezesie. Dawno pana nie widziałam…

– Zobacz, jak wiele wspólnie zrobiliśmy. – Zignorował jej uwagę i rozejrzał się po obszernym holu. – Pamiętasz, w jakiej norze zaczynaliśmy? Dobre to były czasy… Z pasją… Z pomysłami… Eh…

– Mam nadzieję, że niejednego jeszcze razem dokonamy. – Spojrzała mu w oczy.

– Taaaaak. – Przeciągnął to słowo na długość wydechu i odwrócił głowę.

Właśnie zastanawiała się, jak dyskretnie podpytać go o plany firmy, gdy z drugiej windy wysiadł łysy dość niski i szeroki w barach mężczyzna około czterdziestki, w skórzanej czarnej kurtce. Na szyi spod rozchełstanej czarnej koszuli połyskiwał mu gruby złoty łańcuch.

– O, widzę, że pan prezes już działa. To dobrze, to bardzo dobrze. – Uśmiechnął się nieszczerze. – Powiadomił pan pannę Ewę, to jest panią dyrektor, o naszych sprawach?

– A, tak. Rzeczywiście, byłbym zapomniał. – Ceglasty sprawiał wrażenie zakłopotanego. – Ewo, przyjdź, proszę, za godzinę do mojego gabinetu.

– Oczywiście, panie prezesie. – Spojrzała odruchowo na zegarek.

– Punkt dziewiąta – rzucił mięśniak.

Spiorunowała go wzrokiem. Jeszcze tego w firmie nie grali, żeby ochroniarz mi rozkazywał – oburzyła się w myślach i jednocześnie zdziwiła, że szef nie zareagował na tę jawną bezczelność.

Idąc do swojego działu, zdejmowała płaszcz i szary szal z szyi. Dochodziła ósma. Część pracowników siedziała już przy swoich biurkach, a część okupowała firmowy ekspres. Witali się z nią, ale bez tej wylewności, która towarzyszyła jeszcze do niedawna każdym porankom.

Przed wejściem do swojego gabinetu zerknęła w przegródkę, do której sekretarka wkładała skierowane do jej działu pilne pisma, upchnięte zazwyczaj do granic możliwości. Zamarła. W przegródce nie było ani jednego dokumentu. Odruchowo rozejrzała się po pracownikach, ale ci unikali jej wzroku. Weszła do swojego gabinetu i od razu spostrzegła, że dwóch teczek z ostatnim projektem, które zostawiła na biurku poprzedniego wieczoru, także brakuje.

Usiadła przy pustym biurku i popatrzyła przed siebie. Pracownicy wyraźnie nie mieli zajęcia. Widziała to w ich rozbieganych oczach i pochylonych zbyt nisko głowach. Przyglądała się tym młodym ludziom, choć obraz jej się nieco zaszklił. Wstała i podeszła do okna. Czuła na plecach wlepione w nią spojrzenia pracowników. W kąciku lewego oka poczuła czającą się łzę. Opuszkiem palca wytarła ją i wklepała po omacku rozmazany puder.

Z zamyślenia wyrwał Pokorę stukot szpilek. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła Renatę. Nie zatrzymała się przy swoim biurku, tylko weszła wprost do jej gabinetu. Przekrwione białka i sińce pod oczami pozwalały się domyślać, że też ma za sobą nieprzespaną noc.

– Słuchaj, Ewka, nie gniewaj się za wczoraj. Za ostro ci odpowiedziałam, ale wiesz, jaki mam niewyparzony jęzor. – Żartując, wpatrywała się w Ewę, jakby chciała ją prześwietlić na wylot. Nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszyła ramionami i zrobiła ruch w kierunku wyjścia.

– Renata, czekaj. Ty wiesz, co się dzieje? Masz jakieś informacje?

– A co? Dopiero dziś się zainteresowałaś? Przecież każdy już chyba wie, że mają ludzi zwalniać. Cała firma o tym huczy. Od ponad miesiąca ludzie plotkują o tym i owym, ale ty nie chciałaś słuchać.

– Sama dobrze wiesz, że nie słucham plotek.

– Czasami warto. Zwłaszcza jeśli tylu ludzi mówi wciąż o jednym. Nawet nie mieli w tobie oparcia, bo ty tylko: projekt kończymy, projekt kończymy – przedrzeźniała ją piskliwym głosem.

– To, że zwalniają, to już wiem. W końcu Paweł mówił o tym na zebraniu. Ale co się stało? Skąd ta nagła zmiana? Przecież firma doskonale funkcjonuje. Wiesz coś więcej?

– A niby skąd mam wiedzieć? – obruszyła się.

– Od Niewiadomskiego chociażby…

– Ten głupek sam nic nie wie.

– Głupek? Myślałam, że jesteście blisko… – wyrwało jej się.

– To źle myślałaś – ucięła.

Ewa zmilczała agresję w głosie koleżanki. Natomiast przyjrzała się Renacie uważniej. Czarne, długie włosy upięte wysoko dodały jej nieco lat, zmęczenie na twarzy, a w oczach wyraźnie wypisane zmieszanie połączone z butą zniechęciło Ewę do dalszej rozmowy, mimo tego rzuciła:

– Dziś rano mijałam prezesa. Wyglądał na przybitego. Był w towarzystwie niskiego, grubego ochroniarza. Już na pierwszy rzut oka widać, że to typ spod ciemnej gwiazdy. No po prostu ohydny gość.

– Ja w ogóle… Nic nie wiem. – Koleżanka odwróciła się na pięcie i w popłochu opuściła pomieszczenie.

Ewa nie rozumiała jej zachowania. W normalnych warunkach roześmiałaby się albo popukała w czoło. No właśnie, w normalnych…

Odwiesiła do szafy szary płaszcz, który wcześniej starym zwyczajem rzuciła na oparcie krzesła, spojrzała na zegarek. Dochodziła ósma trzydzieści. Druga kawa dobrze mi zrobi – zdążyła pomyśleć, ale do jej pokoju wsadziła głowę młodziutka sekretarka.

– Pani Ewo, pan prezes prosi panią do siebie.

– Teraz? – zdziwiła się, ale sekretarki już nie było. Zniknęła równie cicho, jak się pojawiła.

Ewa wyjęła z torebki kosmetyczkę, by poprawić rozmazany tusz. Jednak makijaż nie wymagał korekty. Puder skutecznie przykrył cienie pod oczami, tylko zgaszone spojrzenie zdradzało, że ma za sobą nieprzespaną noc. Ruszyła pewnym siebie krokiem przez biurową przestrzeń, odprowadzana wzrokiem przez podległych sobie pracowników.

Gabinet szefa, urządzony z pietyzmem i niebywałą elegancją, nie zatracił przyjemnego ciepła, którego często pozbawione bywają zbyt nowatorskie aranżacje. Ściany w kolorze kości słoniowej w słońcu wpadającym przez szklaną ścianę wydawały się jeszcze jaśniejsze. Skórzane kanapy w tym samym kolorze i biały dywan, choć wielkie, tworzyły zaledwie wyspę w tym olbrzymim pomieszczeniu. W wysokich białych donicach wdzięczyły się białe storczyki.

W gabinecie szefa nie była już dawno. Zakładowe spotkania od momentu przeniesienia firmy do biurowca Olivia Star odbywały się na trzydziestym drugim piętrze w ogromnej sali konferencyjnej, mogącej pomieścić czterysta osób.

– Siadaj, Ewo. – Szef wskazał jej kanapę i sam usiadł naprzeciwko. – Jak się pewnie domyślasz, w firmie nastąpiły pewne zmiany…

– Wczoraj na zebraniu Paweł poinformował nas o redukcji zatrudnienia. Nie rozumiem, z czego miałaby wynikać… Według mnie firma prosperuje bez zarzutów. Rozwijamy się dynamicznie, zdobywamy nowe rynki…

– No właśnie – wszedł jej w słowo i ciężko westchnął.

– Jeśli się przeinwestowaliśmy, to myślę, że znajdzie się na to jakaś rada. W końcu marka firmy jest znana, szanowana, każdy bank gotów udzielić nam kredytu.

– Tak, tak… – Machnął ręką, jakby to, o czym mówi, było bredzeniem przedszkolaka. – Nie w tym rzecz.

Nagle ktoś chrząknął. Masywny fotel prezesa, dotychczas odwrócony w stronę okna, zadrgał. Nie byli w gabinecie sami.

– No dobra, koniec zabawy. Trzęsiesz się nad nią jak nad cnotliwą panienką. – Fotel odkręcił się w ich stronę. Siedział na nim typ, którego spotkała rano. Najwyraźniej nie odstępował prezesa na krok.

Spojrzała pytająco na Ceglastego, ale ten, poczerwieniał na twarzy i skurczył się na dźwięk głosu towarzysza.

– Dość tego cackania, prezesie. – Grubas cmoknął, dłubiąc językiem w zębie. Zamilkł na chwilę, bo najwyraźniej cmokanie nie pomogło, ostentacyjnie wsadził palucha do buzi i dłuższy czas coś gmerał. Wyjął w końcu z ust mikroskopijny niedojedzony kęs, przyjrzał mu się, po czym wsadził z powrotem do buzi i zamlaskał. – Czasu szkoda, a spraw wiele. Słuchaj no, panienko…

– Wypraszam sobie ten ton. – Ewa odwróciła głowę z obrzydzeniem.

– Ewo, w firmie, jak już wiesz, dojdzie do redukcji etatów. Zwalniamy w pierwszej kolejności dyrektorów, bo wasze wynagrodzenia generują największe koszty. – Prezes podniósł się z kanapy.

Ewie zlodowaciały koniuszki palców. Dziękowała w duchu, że jest dziś ubrana w elegancką, prywatną garsonkę. Cokolwiek usłyszę, zachowam klasę do końca – postanowiła.

– Rozumiem. Dziękuję, panie prezesie, za te dziesięć lat. Wiele się przy panu nauczyłam. Podczas trzymiesięcznego wypowiedzenia wprowadzę wskazaną osobę w obowiązki.

– Posłuchaj, Ewo… – Prezes najwyraźniej miał kłopot z wyartykułowaniem tego, co chciał przekazać. – Jakby ci powiedzieć… nie masz okresu wypowiedzenia…

– Jak to?

– Tak to, lalunia. Krótka piłka: albo podpisujesz papier, że odchodzisz za porozumieniem stron, albo dyscyplinarka. – Gość w czarnej skórze najwyraźniej nie owijał rzeczy w bawełnę. – Zawsze jakieś haki się znajdą. Już moja w tym broszka.

– Panie prezesie, co to ma znaczyć? Chyba mam prawo do poważnej kulturalnej rozmowy po, bądź co bądź, dziesięciu latach pracy. I to bardzo dobrych latach pracy – dodała.

– Nie. Nie masz. – Typ nie dawał za wygraną. – A wiesz, dlaczego nie masz? Bo ja od dwóch tygodni jestem tu prezesem. I nie mam zamiaru płacić nikomu odprawy. I co mi zrobisz?

– Słucham? – Myślała, że się przesłyszała. – Panie prezesie, czy to prawda? – zwróciła się do Ceglastego.

– Tak. – Uciekł wzrokiem.

– Ach… – wydusiła z siebie, ale zamilkła, bo zabrakło jej słów.

– Pan Mietek przejrzał listy płac i wybrał ludzi do zwolnienia – Ceglasty wyjąkał ze wstydem.

– Swoją drogą, lalunia, doiłaś z firmy po dwadzieścia patyków na rękę miesiąc w miesiąc. Ciekawe za co? – zagwizdał dwuznacznie. – Nie licz na żadną odprawę. Tu od dziś każdy dostanie tyle, ile jest wart. Kto będzie chciał więcej, musi się u mnie wykazać. A tak na marginesie, to o tobie wczoraj niezgorsze kawałki słyszałem. – Zarechotał, ale po chwili chrząknął i wypluł: – Także podpisuj papier za porozumieniem stron i żegnam.

– Nie życzę sobie rozmawiać w ten sposób – zwróciła się do szefa, nie zaszczyciwszy uzurpatora ani jednym spojrzeniem.

– Podpisujesz czy nie? – Facet najwyraźniej się zniecierpliwił.

– Nie podpisuję i nie godzę się na porozumienie stron. Nie mam zwyczaju porozumiewać się z typami spod ciemnej gwiazdy i w dodatku wbrew własnej woli. Za chwilę złożę w kadrach wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Bez odprawy. – Zrobiła krok w stronę drzwi.

– Przykro mi – bąknął prezes, tym razem blady jak ściana.

Gdy była w połowie gabinetu, usłyszała:

– No, brawo, laska! Odprawy się zrzec! To żeś mnie zaimponowała! No, no… Widzę, że masz plan B. To mi się podoba. – Spojrzał na nią z zainteresowaniem.

– Nie, nie mam planu B. Mam za to plan A. – Zmierzyła intruza pogardliwym wzrokiem.

– O, chętnie posłucham. – Kiwnął głową z uznaniem. – Zdradź nam, jeśli możesz.

– Plan A jest prosty: nie mieć z takim prostakiem jak ty nic wspólnego.

Wychodząc, miała wielką ochotę trzasnąć drzwiami, ale postanowiła nie dawać im tej satysfakcji. Wyprostowała ramiona, uniosła głowę i nie oglądając się, wyszła z gabinetu.

Idąc korytarzem, zwiesiła ramiona i opuściła głowę. Ręce jej drżały, a w głowie przelatywały setki myśli. Skąd ja wezmę plan B na resztę życia? – westchnęła ciężko.

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© AdobeStock

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Wioletta Piasecka, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303924

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści