Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Najpiękniejsza suknia, najdłuższy welon, dekoracje sprowadzane aż z Mediolanu i orkiestra z najwyższej półki– w domu państwa Darskich szykuje się ślub marzeń. Apolonia Darska robi wszystko, by wesele jej ukochanej wnuczki Mariki było absolutnie idealne. Coraz częściej jednak odnosi wrażenie, że nikt nie dostrzega ogromu jej starań.
Myli się. Doświadczony złodziej, dla którego napad na jej dom ma być ostatnim, spektakularnym skokiem w karierze, słucha jej uważnie i… bardzo ją docenia. Dosłownie i w przenośni.
Tymczasem przyszła teściowa Mariki czuje niepokój – w końcu narzeczony dwa razy uciekł jej sprzed ołtarza. Nie zamierza dopuścić, by tym razem cokolwiek poszło nie tak i pilnuje młodych na każdym kroku. Wszystko wydaje się być pod kontrolą.
Do czasu. Bo w najmniej odpowiednim momencie pojawia się miłość. Ale na nią trudno przecież postawić i zaryzykować wszystko. Tylko czy nie jest to jedyna rzecz w życiu, o którą naprawdę warto walczyć?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 7 min
Lektor: Aleksandra Kowalewska
Copyright © by Krystyna Mirek 2020, 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Katarzyna Wojtas Korekta: Joanna Kucharska Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Szymanowicz Zdjęcie autorki na okładce: Piotr Grzybowski
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 ISBN 978-83-8343-784-2
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
W którym zbliża się wesele stulecia, przyszłej pannie młodej śni się nielegalnie przystojny brunet, a wytrawny przestępca szykuje się do skoku życia.
Mały, ciemny owad podfrunął pod wielki żyrandol wcześnie rano. Jego prostackie oblicze nietaktownie odbiło się w gładkich kryształowych płaszczyznach sprowadzonych aż z Mediolanu.
– Komar! – zawołała panicznie Apolonia Darska i machnęła szczupłą dłonią zdobną w dwa pierścionki ze szmaragdami. – W moim domu! – dodała, a święte oburzenie w jej głosie zasługiwało co najmniej na kanonizację. – Zawołaj natychmiast gosposię i ochronę!
– Wezwę wojska obrony terytorialnej – powiedział jej syn lekko drwiącym tonem. Nawet nie podniósł wzroku znad papierów. – Zasługujesz na najlepszą obsługę.
Matka zastukała kształtnym paznokciem w szklankę. Ten dźwięk powodował bladość policzków u wszystkich kierowników działów w firmie Apollo SC – największego dystrybutora materiałów budowlanych w okolicy.
Ale na Tymoteuszu Darskim ten dźwięk pełen ukrytych znaczeń nie zrobił większego wrażenia.
– Przyroda robi się coraz bardziej zuchwała! – podkreśliła Apolonia. – Człowiek inwestuje ciężki pieniądz w różne zabezpieczenia, a taki bezczelny komar wlatuje mi do salonu i na dodatek ciągle brzęczy.
– To fakt. – Tymoteusz kiwnął głową, po czym z wielkim trudem powstrzymał się przed nałożeniem sobie kolejnego ptysia na talerz. – Jak śmie! – dodał zdenerwowany, bo nie znosił się odchudzać. – Miałby przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby być cicho. Sprawdzę, czy jest na to jakiś paragraf.
Zerknął do swojej teczki z dokumentami. Był adwokatem, specjalizował się w rozwodach. Szczycił się ogromnym doświadczeniem. Śmiało mógłby rozwieść żyrandol z komarem i nawet wynegocjować dla tego ostatniego bardzo dobre warunki odszkodowania.
Rozdzwonił się telefon, a Apolonia zerknęła na wyświetlacz. Z jej niezadowolonej miny można było wywnioskować, że komuś się zaraz oberwie. Odebrała i włączyła tryb głośnomówiący. Jednocześnie podniosła filiżankę z kawą do ust.
– Mamy te dekoracje, które pani zamawiała – pospiesznie raportował jakiś mężczyzna.
– Doprawdy? – zdumiała się Apolonia teatralnie, a jej wypielęgnowane brwi podjechały ponad oprawki szmaragdowych okularów.
– Tak, przecież to na wczoraj miało być… – rozpędził się w zwierzeniach dostawca.
– Właśnie! – Pani domu przerwała mu stanowczo. – To po zapłatę proszę też przyjść wczoraj, bo dziś to już nieaktualne – dobiła rozmówcę, po czym rozłączyła się i odstawiła energicznie filiżankę na spodek. – Ludzie też teraz nie znają granic – oburzyła się. – A potem się dziwią, że firma im upada.
– Jesteś bardzo surowa, mamo. – Tymoteusz zdecydował się jednak na ptysia. Humor od razu mu się poprawił. – Ten biedny człowiek przeżył teraz szok. Miałaś mu zapłacić mnóstwo kasy – dodał z pełnymi ustami i błogą miną.
– Ach! Nie martw się tak. Wezmę to przecież od niego. – Apolonia wstała, poprawiła jedwabną sukienkę i uśmiechnęła się do syna. – Niech się jednak trochę podenerwuje. Następnym razem mnie zapamięta.
– Tak się bez wątpienia stanie. – Tymoteusz nie miał wątpliwości. – To było duże zamówienie. Na samą myśl, że nie zapłacisz, właściciel dostanie drgawek. Ale kolejnego razu nie będzie. To jedyny, pierwszy i ostatni ślub w naszej rodzinie, z wyjątkiem twojego, rzecz jasna.
– Dlatego wszystko musi być perfekcyjne – powiedziała Apolonia, po czym błyskawicznie zdjęła elegancki pantofel i pacnęła komara, który lekkomyślnie przysiadł na brzegu kanapy. Nie wiedział, biedak, że przy Apolonii Darskiej nie wolno ani na moment tracić czujności.
– Ma się ten refleks! – Uśmiechnęła się z zadowoleniem. – Jeden zero dla mnie. Każ, proszę, gosposi wyczyścić całą tapicerkę i okna na wszelki wypadek umyć, firanki może też wyprać.
– Świat zdezynfekować… – podpowiedział jej syn.
– Nie śmiej się – prychnęła Apolonia. – Nie wiadomo przecież, z kim się taki komar w życiu zadawał – dodała podejrzliwie. – A teraz zostaw ptysie w spokoju i jedź do pracy. Już późno. I pamiętaj, że miałeś się zastanowić, z kim pójdziesz na wesele córki.
– Pewnie z Agatką. – Westchnął mężczyzna. – Chyba że mnie dziś rozjedzie na sali sądowej, to jednak wycofam zaproszenie.
– Tego się nie robi kobiecie – oburzyła się Apolonia.
– Czasem mam wątpliwości, czy to określenie do niej pasuje. Działa jak maszyna, nie ma w niej wiele dziewczęcej miękkości. Wygrywa rozprawy w takim stylu, że nawet przegrani mają ochotę bić jej brawo. Niestety ostatnio mam zbyt często nieprzyjemność być jej przeciwnikiem.
– To się lepiej przygotuj – rzuciła w jego stronę Apolonia.
Nie rozumiała problemu. Wydawało jej się, iż za sam fakt, że Tymoteusz nazywa się Darski i jest jej synem, należy mu się wygrana. Świat jednak nie zawsze podzielał jej zdanie.
– Poszukałbyś sobie kogoś, z kim mógłbyś się związać, a nie zapraszał wszędzie największą zawodową konkurencję. – Westchnęła. – To mi wygląda na związek bez przyszłości, a nie tego potrzebujesz…
– Mamo, proszę cię. – Tymoteusz przełknął kolejnego ptysia. – Muszę jeszcze przeczytać kilka dokumentów. Nie mam teraz czasu na takie rozmowy. – Zerknął do teczki z papierami.
– Jasne, już ci nie przeszkadzam. Rób, co musisz – dodała zrezygnowana, bo powoli traciła nadzieję, że jej apele kiedykolwiek odniosą skutek. Kobiety lubiły jej syna, garnęły się do niego, ale on kochał wyłącznie rozwody. – Ja jeszcze zerknę do Mariki. – Apolonia ruszyła w stronę schodów i uśmiechnęła się na samą myśl. – Zobaczę, czy nasze słoneczko już wstało.
W tym czasie Marika, ukochana i zarazem jedyna wnuczka Apolonii Darskiej, młoda dziewczyna, dziecko szczęścia rozpieszczane przez babcię ponad wszelkie granice, już nie spała. Leżała w swoim wielkim łóżku, przykryta pościelą w różyczki i patrzyła w sufit. Mnóstwo myśli przelatywało jej przez głowę. A najmocniejsze było wspomnienie babci Apolonii tańczącej na środku salonu, nie tak dawno, zaledwie pół roku temu. Był to widok rzadki i szokujący.
– Będzie ślub i wesele! Największe, najpiękniejsze, najwspanialsze! – Babcia naprawdę wtedy szalała. Miało się wrażenie, że jeszcze chwila i uleci w powietrze.
Marika stała jak zawsze nieco z boku. Ojciec właśnie zakończył błyskawiczne przygotowywanie ostatnich poprawek w intercyzie dla córki i jej przyszłego męża. Na dwadzieścia siedem stron. Drukarka wypluwała je teraz jedną po drugiej. Tata Mariki w ciągu swojej bogatej kariery zawodowej zakończył więcej małżeństw, niż niejeden człowiek w całym życiu widział. Świetnie przygotował ten dokument. Wziął pod uwagę każdą możliwą opcję.
Z wyjątkiem szczęśliwego pożycia dwojga zakochanych, którzy właśnie ogłosili rodzinom radosną wiadomość.
I rozpętali wielką burzę. Ale prawdziwe opinie pojawiły się dopiero, gdy świeżo upieczony narzeczony opuścił już ich dom.
– Pan młody do bani! – Babcia podczas wieczornej kolacji nie siliła się na dyplomację. – Ale skoro ci się podoba, to nie ma dyskusji – dodała szybko. – Zresztą podkręcimy go nieco i w pół roku wyjdzie na ludzi. A ty dostaniesz wszystko, o czym tylko mogłaby zamarzyć młoda dziewczyna. – Spojrzała z czułością na wnuczkę. – Najdłuższy na świecie welon – zaczęła wyliczać – morze kwiatów, limuzynę ciągnącą się aż po horyzont, wspaniałe druhny, najwyższy tort, najgrubszego kościelnego, a także uroczystość jak z bajki. Biada każdemu, kto ośmieliły się zepsuć mojemu skarbowi ten najpiękniejszy w życiu dzień.
Marika poczuła dreszcz biegnący po plecach. Jakoś tak dziwnie się przestraszyła, że może to ona będzie taką osobą. Nie stanie na wysokości zadania, te wszystkie oczekiwania ją przerosną. A doskonale wiedziała, jak groźna potrafi być babcia, kiedy coś idzie nie po jej myśli. Apolonia była kobietą drobną z wyglądu, ale potężną, jeśli chodzi o skuteczność. W czasach kryzysu, i to niejednego, budowała z niezłomnym sukcesem stabilność rodzinnej firmy. Żadne przeszkody jej nie powstrzymywały, gdy postanowiła coś osiągnąć.
Po tym komentarzu Marika nawet się nie odezwała. Nikt też tego nie oczekiwał. Zawsze była uroczą dziewczynką, niesprawiającą rodzinie kłopotów. Wychowywała się bez mamy, w świecie wiecznie zajętej kolejnymi wyzwaniami babci oraz zapracowanego ojca. Apolonia, po śmierci męża, pozostała samotna niczym jedyny biały żagiel na wzburzonym morzu, zawsze powtarzając, że jest pierwszą singielką w kraju i była nią dużo wcześniej, zanim stało się to modne. Natomiast tata Mariki każdego dnia przy kolacji opowiadał, kogo właśnie rozwiódł i jak świetnie sobie z tym poradził.
Dziewczyna niespecjalnie wierzyła w miłość.
A jednak się zakochała.
Długo ukrywała swój związek, bojąc się reakcji rodziny. Wpadli z Maurycym przez przypadek, przyłapani przez jego matkę na czułych uściskach w kawiarni. Musieli się ujawnić. I od razu tego pożałowali. Obie rodziny oszalały na punkcie ich związku. Szum się zrobił niesamowity, a niektóre decyzje zapadły stanowczo za szybko. Ale Marika nie protestowała. Pozwoliła, by poniosła ją potężna fala nieugiętej woli babci. A ta marzyła o ślubie stulecia.
Pół roku później rozpędzona machina organizacyjna niczym doskonały automat zmierzała ku efektownemu finałowi. Zgodnie z przewidywaniami nikt nie odważył się stanąć babci na drodze. A kto ośmielił się próbować, został zmieciony, zanim zdążył pisnąć choć słowo. Uruchomiono spore środki finansowe.
Najwspanialsze, największe, najbardziej efektowne wesele miało się odbyć w najbliższy weekend.
W środę o godzinie dziewiątej, gdy babcia energicznie wchodziła po schodach na piętro, Marika jeszcze leżała w łóżku. Czuła na powiekach słońce, które już wysoko unosiło się nad horyzontem, ale nie chciała wstawać. Nad ranem przyśnił jej się piękny sen. Jego resztki wciąż jeszcze widziała oczyma wyobraźni.
Szła po łące pełnej kwiatów. W delikatnej, zwiewnej sukni ślubnej. Cieniutki welon ciągnął się po zielonej trawie pełnej stokrotek i maków. Nie był bardzo długi. Z pewnością nie spodobałby się babci. Jakiś mężczyzna o ciemnych włosach kroczył obok i mocno trzymał Marikę za rękę. Niestety w niczym nie przypominał Maurycego. Pochylił się, by ją pocałować. A ona, nie ma co ukrywać, przechyliła głowę i przymknęła oczy…
– Moje słoneczko! – usłyszała w tym samym momencie czuły, ale mocny głos babci i serce mocno jej załomotało.
Jakby seniorka rodu właśnie przyłapała ją na gorącym uczynku zdrady tuż przed ślubem. Zaczerwieniła się po czubki uszu i okropnie zestresowała. Co by wszyscy powiedzieli, gdyby wyszło na jaw, że zaledwie kilka dni przed najwspanialszym weselem w całym kraju, a może nawet na kontynencie, organizowanym połączonymi siłami dwóch rodzin, ogromnym nakładem energii i środków, ona marzy o skromnej uroczystości, a co gorsza, śni jej się jakiś nieznany brunet?!
Straszliwy brak wdzięczności! – surowo oceniłaby babcia. – Karygodne zachowanie.
To podważa zapis w intercyzie! – oburzyłby się ojciec. – W razie czego wynegocjujemy za słabe warunki – dodałby ze zgrozą. – Nie zdołamy puścić Maurycego w samych spodenkach. – Ta najgorsza z jego perspektywy opcja rozwodowa zapewne z trudem przeszłaby mu przez gardło.
Tata zawsze z zaangażowaniem podchodził do spraw, które prowadził. Miał tylko jeden cel: oskubać drugą stronę ze wszystkiego. Zostawić w skarpetkach, i to takich z przeceny.
Rozczarowania Maurycego oraz jego mamy Marika wolała nawet sobie nie wyobrażać.
Na szczęście babcia, która w tej chwili weszła do pokoju, nie potrafiła czytać w myślach. Choć istniało uzasadnione podejrzenie, że gdyby tylko chciała, udałoby jej się to osiągnąć. Tylko na razie jeszcze na to nie wpadła.
– Śpij sobie, złotko moje najpiękniejsze! – wyszeptała więc czule. Podeszła bliżej i pogłaskała wnuczkę po głowie jak małą dziewczynkę.
Marika była jedyną osobą na całym świecie, do której Apolonia Darska zawsze zwracała się łagodnym głosem. Ale nie za każdym razem spotykało się to z podobnym odzewem.
Dziewczyna usiadła nerwowo na łóżku.
– Jak tu weszłaś?! – zapytała ze zgrozą, bo na dobre wróciła już do rzeczywistości. Zamykała pokój aż na trzy zamki, żeby zyskać choć odrobinę prywatności. Ostatni z nich był bardzo nowoczesny, ze specjalnym kodem, zamówiony przez internet. Marika miała dwadzieścia trzy lata i ani odrobiny spokoju w domu rodzinnym.
– Skarbie mój najsłodszy – powiedziała czule babcia. – W jaki sposób zbudowałabym potężną firmę, gdybym głupiego zamka nie umiała sforsować? W latach dziewięćdziesiątych świat biznesu był niczym dżungla pełna drapieżników, nauczyłam się radzić sobie. Jakby trzeba było włamać się do konkurencji, też bym się nie cofnęła. Metalowy łom czy elektroniczny kod, żadna różnica, to tylko narzędzia.
Marika poczuła, jak opadają jej ręce. Mieszkała w domu wariatów i nijak nie wiedziała, jak się z niego wydostać. Babcia potrafiła pokonać każdą przeszkodę, za to ona była kompletnie pozbawiona siły przebicia. Przymknęła powieki. Niestety przystojnego bruneta już tam nie było. Sen odleciał na dobre.
– Chcesz jeszcze poleżeć? – zapytała babcia troskliwie. – Pamiętaj, że odpoczynek wspaniale wpływa na urodę. A ty musisz być teraz najpiękniejsza. Poza tym śpij, bo możesz. Ja w twoim wieku już harowałam na dwa etaty, a domu też nie brakowało obowiązków. Wstawałam bladym świtem, kładłam się grubo po północy – wspominała czy może wypominała, trudno to było odróżnić. – Ale ty masz świat u stóp – dodała. – Wystarczy tylko, że to docenisz – zakończyła z mocą.
Marika westchnęła. Nie przyznawała się nikomu, że zarówno ten cały świat u stóp, jak i rozmach jej własnego ślubu nieco ją przeraża. Zwłaszcza towarzysząca mu na niespotykaną skalę pompa.
Ojciec uważał, że to niepotrzebny wydatek. Już się umówił z zaprzyjaźnionym sędzią, że w razie czego poza kolejnością da jego córce rozwód. Zaplanował w myślach, że jego najlepsza koleżanka i jednocześnie zawodowa konkurentka Agatka będzie reprezentować Maurycego, a on swoją córkę, i już zacierał ręce na tę perspektywę, jak ich oboje rozetrze na proch.
Godził się na całe to ślubne szaleństwo tylko dlatego, że płaciła za nie babcia. A ona z kolei uważała, że wątpliwości Mariki są urocze, i nie traktowała ich poważnie ani trochę.
– Moje słoneczko! – Apolonia usiadła na brzegu łóżka i rozczuliła się. – Pomyśl, jak to będzie pięknie. Ja szłam do ołtarza w pożyczonej sukience, a wesele miałam w remizie. W remizie!!! Boże, daj zapomnieć! – powtórzyła, a w jej głosie zabrzmiała prawdziwa zgroza. – Nawet sobie tego wyobrazić nie potrafisz i wcale zresztą nie ma takiej potrzeby. Papierowe obrusy, orkiestra z bożej łaski i dekoracje zrobione domowym sposobem. Takie były paskudne czasy – dodała. – Pieniędzy nie starczało na nic…
Marika pomyślała, że jest coś niesłychanie romantycznego w braniu ślubu w pożyczonej sukience. Świętowaniu w skromnej sali bez dekoracji. Nie to, co zewnętrzne, jest najważniejsze, lecz miłość i ten jedyny mężczyzna wybrany ze wszystkich.
Uważała, że to ujmujące i prawdziwe, ale nikt jej w tej kwestii o zdanie nie pytał. Westchnęła.
– Twój ojciec to nawet takiego wesela nie miał – dodała Apolonia i skrzywiła się wobec tego niewygodnego faktu biograficznego, że jej syn nigdy się nie ożenił i żył z mamą Mariki na tak zwaną kocią łapę. – Ale z tobą będzie inaczej – rozpromieniła się znowu. – Wszystko już zaplanowane.
– Zaraz wstaję – powiedziała Marika, czując, że przynajmniej jedną decyzję musi teraz podjąć samodzielnie.
– Jeśli już się wyspałaś, to chodź – zgodziła się łaskawie babcia. – Twoja suknia stoi na środku salonu. Chciałam nią nacieszyć oczy, więc jeśli Maurycy zamierza cię dziś odwiedzić, daj znać pani Lusi, niech ją schowa. Ale mówię ci, kochana, suknia wygląda cudownie. Zajmuje prawie pół salonu, a on jest przecież wielki. Nawet Kate Middleton takiej nie miała.
Marika już od pierwszej przymiarki zastanawiała się, jak udźwignie na swoich wątłych plecach tyle kilogramów haftowanego atłasu, koronki i tiulu. Suknia rzeczywiście była piękna. Wspaniale się prezentowała na manekinie. Z całą pewnością stanowiła ucieleśnienie marzeń niejednej dziewczyny. Marika wyglądała w niej jak wróżka. Ale zdecydowanie tonęła w zwojach błyszczącej materii i bała się, że tuż przed ołtarzem wyrżnie twarzą w podłogę, bo niefortunnie nadepnie na kawałek trenu lub zahaczy obcasem o koronkę.
– Mam tylko nadzieję, że ktoś docenia moje starania – upewniła się babcia, patrząc na Marikę znacząco. Jej wzrok miał wagę ołowiu.
Wnuczka jej nie odpowiedziała. Pospiesznie ewakuowała się do łazienki. Nie chciała o tym wszystkim myśleć. Kiedy babcia wspominała imię Maurycego, wiało takim chłodem, że galaretka się ścinała bez lodówki. Marika coraz wyraźniej to dostrzegała.
– Czasem mam wrażenie, że nikt nie docenia tego, co robię – dokończyła Apolonia swoją myśl.
Spojrzała w stronę zamkniętych drzwi, za którymi szumiała już woda z prysznica. Marika niepokojąco dyskretnie cieszyła się weselem. Żadnych pisków, podskoków, rzucania się na szyję z wdzięcznością charakterystyczną dla szczęśliwych młodych kobiet. Żadnego buszowania po sklepach, przeżywania, czy koronka pasuje do tiulu. Nic. A Tymoteusz też jak zwykle tylko tonął w papierach i rozwodził ludzkość, zamiast się zakochać i dać rodzinie więcej wnuków. Nie potrzebowali przecież kolejnych pieniędzy, tylko spadkobierców!
– Ot, niewdzięczność! – Apolonia westchnęła ciężko.
Czasem męczyły ją podejrzenia, że brak docenienia otacza ją ze wszystkich stron. Podobnie jak niezrozumienie wobec jej wielu talentów, kompetencji i genialnych pomysłów. Jakby nikt na świecie nie umiał w pełni oszacować ich wartości.
Ale myliła się. Nie wiedziała, że jest przynajmniej jeden człowiek, który podziwia ją ze wszystkich sił. Wręcz bezgranicznie.
– Co za kobieta! Powiadam tobie, co za kobieta! – Alojzy Fuksiński wzniósł oczy do nieba, po czym poprawił się, bo trochę mu już ścierpły kolana od tego siedzenia w krzakach. – Po prostu delicje. Słyszałeś, jak sobie świetnie poradziła? Pokonała elektryczny zamek, jakby to była kłódka do wychodka.
Janek, jego syn, kiwnął głową i jednocześnie przewrócił oczami. Standardy, według których ojciec oceniał ludzi, od zawsze go zadziwiały.
– Twarda sztuka, panie tego… – zachwycał się dalej jego tata. – To będzie skok mojego życia. Obrobimy ten dom do gołych ścian i przechodzę na godną emeryturę. Zasłużoną. To będzie taki skok, że sam się będziesz własnym wnukom chwalił.
Janek poprawił się. Też mu ścierpły kolana. Czuł się jak w alternatywnym świecie. Dopiero co obronił pracę magisterską, obracał się wśród logicznie myślących ludzi, twardo stąpających po ziemi. A potem wrócił do domu i jakby się znalazł na innej planecie.
– Jak to fajnie, synu, że już zjechałeś z tych swoich nauk – powiedział tata w tym samym momencie i poprawił słuchawki. – Już myślałem, że to się nigdy nie skończy. Czekam na ciebie i czekam. Ale dobrze, żeś się wykształcił. Czas wnieść trochę nowoczesności do rodzinnego biznesu.
– Tato! – Janek westchnął. – Tłumaczyłem ci sto razy, że idę do pracy. Nie będę z tobą chodził na żadne włamy.
Rzeczywiście studia nieco mu się przeciągnęły. Zaliczył po drodze wyjazd za granicę i dwa lata przerwy. Jakby się bał skończyć. Okazało się, że słusznie.
– Oczywiście. Panie tego… Czas ci na swoje. – Ojciec z trudem się powstrzymał, by nie pogłaskać go po głowie jak dawniej. Był tak dumny z syna, że omal nie pękał. – Nie martw się. Wszystko ci przekażę: kontakty, rejon, przykrywkę. Firma transportowa daje takie możliwości do przekrętów jak mało co. Jesteś zabezpieczony pod każdym względem.
– Skończyłem wydział informatyczny… – zaczął Janek bez specjalnej nadziei na sukces.
– To tylko świetnie. Widzisz, jaki masz talent? – Tata spojrzał na niego z dumą i zatarł dłonie. – Laptop mi skonfigurowałeś pierwsza klasa. – Palce lizać, panie tego… Podsłuch mi się teraz ładnie zapisuje i mogę sobie spokojnie odtwarzać. Nadajesz się do współpracy.
– Sam jestem na siebie wściekły, że się dałem namówić. – Janek znów westchnął. Czuł, że powrót do domu będzie trudny, ale nie spodziewał się, że aż tak. – Pójdę przez ciebie siedzieć.
– I bardzo dobrze – zareagował natychmiast ojciec. – To czyni z człowieka mężczyznę – dodał z namaszczeniem. – Pradziad siedział jeszcze za cesarza, dziad siedział, ojciec mój siedział, ja siedziałem, tako i tobie w stosownym czasie trzeba będzie z godnością za kratki iść.
– Nie ma mowy. – Janek wzdrygnął się przed tą okropną rodzinną tradycją, non stop przedstawianą jakby to była największa chluba.
– O nic się nie martw. – Ojciec nawet tego nie zauważył. – Mam wszędzie kontakty. Posadzimy cię z moimi znajomymi. Panie tego… Od razu tam z najlepszym nazwiskiem pójdziesz. Fuksińscy sroce spod ogona nie wypadli, na komisariacie o nas niejedno słyszeli, choć udowodnić nic nie mogą. Nie mogą – powtórzył z zadowoleniem, roześmiał się i znowu zatarł dłonie z zadowoleniem.
Wypiął szeroką pierś, a Janek mimo woli spojrzał na niego z bezwiednym podziwem. Przez całe życie walczył z tym uczuciem. Tata miał swoje wady, ale spod jego uroku nie sposób było się uwolnić. Postawny i przystojny, wysportowany, zawsze wesoły, choć raptus, wychowywał syna z wielkim poświęceniem. Umiał być jednocześnie czuły i silny. Zapewnił synowi wspaniałe dzieciństwo. Im Janek był starszy, tym lepiej rozumiał, jak wielka to rzadkość.
Jednak jakkolwiek kochał ojca, nie spieszyło mu się za kratki. Tata zwykł się przyjaźnić z różnymi typami spod ciemnej gwiazdy i miał dość specyficzne pojęcie o dobrym imieniu rodu. Opierał je między innymi na tym, że najczęściej okradał polityków, o których miał niezbyt dobre mniemanie, przekonany, że w ten sposób spełnia patriotyczny obowiązek wobec narodu.
– Mówiłem ci, że idę do uczciwej roboty, normalnie na etat – powtórzył z naciskiem Janek. Od tygodnia próbował się rozmówić z ojcem.
– Czekaj, czekaj – zbył go tata. – Bo one tu coś ważnego mówią. – Przyłożył mocniej słuchawki do ucha. – Ach! Co to za kobieta! – Westchnął znów z fascynacją. – Powiadam tobie, zamek elektroniczny sforsowała bez mrugnięcia okiem. Taki talent się w zwykłym biznesie marnuje…
Janek zacisnął usta. Jego samego ojciec jeszcze nigdy tak nie pochwalił, choć skończył niełatwe studia, a program, który napisał w ramach pracy magisterskiej, kupiła na pniu duża firma informatyczna. Ale dla taty takie kompetencje niewiele znaczyły. Liczyły się włamy, kradzieże, plany wejścia do pilnie strzeżonych budynków. Tylko to mu imponowało.
– Tylko ten jeden raz ci pomagam – powtórzył chłopak, lecz ojciec wciąż go nie słuchał. W pełni skupiony był na tym, co działo się w pięknym domu otoczonym wysokim murem.
– Mógłbyś mi jeszcze zamontować kamerki – powiedział do syna. – Mielibyśmy pełny wgląd na sprawę. Profesjonalnie.
– Może ci jeszcze stronę na Facebooku założę? Będziesz sobie wrzucał zdjęcia z każdego włamu! – zdenerwował się Janek.
– Jeśli by to miało wykończyć konkurencję, to dlaczego nie. – Tata niewzruszenie trwał przy swoim. – Trzeba iść z duchem czasu.
– Całkiem zwariowałeś. Chcesz, żeby cię złapali?!
– Cicho bądź! Nie ucz życia starego człowieka. Zapłaciłem za twoje studia, mieszkanie ci kupiłem niejedno, panie tego… wyprowadziłem na ludzi.
– Tak, oczywiście…
Janek słyszał to nie pierwszy raz. Tata oczekiwał wdzięczności, a on ciągle odnosił dziwne wrażenie, że słusznie. Wiele dzieci mierzy się z takim wyzwaniem, ale jego sytuacja była naprawdę wyjątkowa.
– Więc skup się, jak jesteś w robocie! – zawołał tata energicznym tonem. – O dziesiątej trza nam na kawę do domu wracać. Pamiętaj o tym zawsze, żeby nie pracować całymi dniami. Nauczyłem się tego od jednego trenera personalnego, cośmy go z Kazikiem opędzlowali z dóbr doczesnych parę lat temu na wiosnę. Będzie mu lżej kiedyś do raju iść za to, że nam pomógł. Trzy tygodnie go podsłuchiwaliśmy. Człowiek się niejednego dowiedział. To się nazywa work life balance – te słowa wypowiedział z dumą, zadowolony ze swoich kompetencji.
Janek wzniósł oczy do nieba. Ale ono nie zareagowało. Wręcz przeciwnie – od lat zdawało się sprzyjać ojcu. Nie na darmo z dumą nosił swoje nazwisko. Alojzy Fuksiński. Fuks go rzeczywiście nie opuszczał.
– Mówią, że ślub w sobotę o trzynastej. – Ojciec znów skupił się na podsłuchu. – Babcia kupiła welon na cztery metry. Nieźle, nieźle… – Pokiwał głową z uznaniem. – Jak ty się będziesz żenić, zamówimy, panie tego… na pięć – postanowił szybko. – Powiadam tobie, trza mieć swój honor.
– Mam nadzieję, że ten welon to nie dla mnie. – Janek się skrzywił .
– A skąd? – Ojciec się roześmiał. – Jesteś poważnym człowiekiem, wygłupy nie dla ciebie. Tym bardziej że dopiero zaczynasz, prawdziwe dokonania masz jeszcze przed sobą…
Janek nic nie odpowiedział. Poczucie winy, że rośnie, spożywa posiłki, oddycha i jeszcze nie zrobił żadnego włamu, było mu wdrukowywane w mózg od dzieciństwa. Ojciec z wielkim niezadowoleniem przyjmował jego świadectwa z paskiem, ze szczególnym obrzydzeniem zaś patrzył na wzorowe zachowanie jedynaka. On sam miał zawsze w szkole szereg kłopotów i do dzisiaj głowił się, jakiej dziwnej kombinacji genów zawdzięcza takie grzeczne dziecko. Świętej pamięci mamusia Janka raczej się do tego nie przyczyniła, bo ziółko z niej było wyjątkowe.
– Wracamy! – Ojciec spojrzał na zegarek, po czym podniósł się ostrożnie z kolan, pomasował sobie plecy i schował słuchawki do torby. – Następnym razem może posiedzimy jednak w zaparkowanym samochodzie.
– Mówiłem. – Janek nie mógł się oprzeć, by tego nie wypomnieć.
– Oj tam! – Tata machnął ręką. – Wygoda może i jest ważna, ale praca to powołanie, pasja! – zawołał z namaszczeniem. – Trzeba do niej podchodzić z szacunkiem. Lubię przed akcją osobiście sprawdzić teren. Poczuć trawę pod stopami, zapach powietrza, atmosferę. Tego się nie da w komputrze obliczyć. Poza tym – przyznał się – chciałem cię dzisiaj zabrać na akcję. Ja i tak mam wszystko od dawna przygotowane.
Janek mimo woli słuchał go z fascynacją. Ojciec był człowiekiem obdarzonym niewątpliwą charyzmą. Chłopak zawsze się zastanawiał, dokąd tata by w życiu doszedł, gdyby wybrał inną, bardziej legalną drogę zawodową.
– Jedziemy! – zarządził ojciec, strzepnął liść z dżinsowych spodni, po czym obaj wsiedli do starego Fiata, którym tata zawsze jeździł, jak to mawiał, do pracy. Czasem go zamieniał na równie wiekową Skodę.
Janek zapiął pasy.
– Cholera, jak późno! Babcia nas prześwięci. Panie tego… będą kłopoty – powiedział tata z drżeniem w głosie.
Babcia Izydora. Jedyna osoba, wobec której ojciec czuł respekt, a właściwie nawet strach. Sądu Ostatecznego tak się nie bał jak swojej matki. O wymiarze sprawiedliwości nie wspominając. Wszystko w niej było groźne, od imienia począwszy.
– Zdążymy. – Janek powiedział to uspokajającym tonem, ale i on poczuł dreszcz.
Podczas długiego pobytu na studiach trochę już zapomniał, jak to jest, gdy babcia się wnerwi. A miała w tym zakresie szeroki repertuar środków, którymi potrafiła dać do zrozumienia, jak bardzo jest niezadowolona.
W którym wątpliwości pojawiają się nie tam, gdzie trzeba, plan włamu krystalizuje na dobre, a niewypowiedziane słowa zaczynają buzować, grożąc poważnymi skutkami.
Wrześniowy wieczór powoli szykował się na spotkanie z nocą.
Słońce zaszło za horyzont i w pięknej willi przy ulicy Rumiankowej zrobiło się ciemno. Babcia Apolonia jeszcze nie wróciła z biura. Tata – jak zawsze po kolacji – zamknął się w swoim gabinecie, żeby przejrzeć papiery. Agatka pokonała go dzisiaj w sądzie. Wrócił więc z podkulonym ogonem, gotowym wnioskiem o apelację i szczerym zamiarem poruszenia nieba i ziemi, by w jutrzejszym sporze nie dać się podejść. Pracował do końca tygodnia. Nawet ślub córki nie był go w stanie skłonić do wzięcia urlopu. Zresztą i tak wszystko działało jak w zegarku. Nie czuł się potrzebny.
Marika siedziała sama w salonie i wpatrywała się w swoją suknię ślubną. Oświetlały ją tylko blask księżyca w pełni i niewielka lampka stojąca obok kanapy. Suknia wyglądała zjawiskowo. Srebrna poświata załamywała się na misternym hafcie i fałdach gładkiej tkaniny. Długi tren układał się w fale, a welon niczym miękka śmietanka oblewał go z obu stron przezroczystą zasłonką. To było prawdziwe dzieło sztuki. Marika przyłapała się na pokusie, że chciałaby być na tym wymarzonym ślubie tylko gościem. Móc jak inni usiąść w ławce i podziwiać cały ten spektakl. Z pewnością piękny.
Drgnęła, kiedy zadzwonił telefon.
– Cześć, kochanie – usłyszała trochę niepewny głos Maurycego. – Nie śpisz jeszcze, więc chciałem cię złapać.
– Nie śpię – przyznała. – Skąd wiesz?
– Mógłbym powiedzieć, że serce mi to podpowiedziało, ale tak naprawdę zobaczyłem, że jesteś aktywna na Messengerze.
Rzeczywiście Marika przed momentem sprawdzała wiadomości. Nawet tam ją obserwowano. Westchnęła, a potem przycisnęła słuchawkę do ucha.
– Boisz się tego wszystkiego? – zapytała spontanicznie.
Potrzebowała się wygadać. Chciała wierzyć, że babcia ma rację. Jej wątpliwości to zwykła przedślubna trema. Bardzo teraz potrzebowała, by ktoś to potwierdził, poukładał sprawy na właściwych miejscach.
– Ależ skąd! Ja się niczego nie boję – powiedział Maurycy pospiesznie i niepokojąco nerwowo. – Mam nadzieję, że ty też nie. Prawda? – zapytał, ale nawet nie dał jej czasu na odpowiedź. – Przestraszyłaś mnie. Liczę, że się nie rozmyślisz w ostatniej chwili. Wiesz, że moją mamę dwóch narzeczonych zostawiło tuż przed ołtarzem. Do tej pory ma traumę.
– Wiem! – zawołała Marika.
Nie sposób było o tym zapomnieć choćby na chwilę. Mama Maurycego, a jej przyszła teściowa, miała na punkcie odwołanych ślubów prawdziwą obsesję. W jej obecności nie wolno było nawet wspominać nazwiska Julii Roberts. Nie znosiła tej aktorki za rolę w filmie Uciekająca panna młoda.
Pani Musiołek była tak bardzo wystraszona, że narzeczona syna zwieje sprzed ołtarza, że pewnie najchętniej przywiązałaby ją łańcuchem i gwoździem przybiła do podłogi brzeg sukni. Jej niepokój udzielał się wszystkim.
– Nie martw się – powiedziała Marika, odruchowo przejmując rolę pocieszycielki, choć sama teraz potrzebowała wsparcia. – Ustaliliśmy przecież, że nie jesteśmy jak nasi rodzice. Napiszemy razem nową historię. Własną.
– Nie widzę innego wyjścia – odparł Maurycy. – W przeciwnym razie twój tata rozwiedzie nas z największą przyjemnością. A ja będę miał przerąbane.
– Jak ci idzie w pracy? – zapytała, żeby zmienić temat.
Liczyła na relaksującą rozmowę, ale z każdym słowem narzeczonego coraz bardziej się denerwowała. Maurycy nie potrafił jej uspokoić.
– Dostałem awans! – pochwalił się chłopak. – I większy gabinet, z widokiem na miasto. Jak w amerykańskich filmach.
– Co będziesz teraz robił? – zapytała, bo ta sytuacja wydała jej się podejrzana.
– Jeszcze dokładnie nie wiem – odparł. – Twoja babcia ma się ze mną spotkać już po weselu i ustalić dokładny zakres obowiązków. Na razie ma, jak wiesz, okropne urwanie głowy ze wszystkimi sprawami do załatwienia.
Marika westchnęła. Tego się właśnie obawiała. Maurycy dostał fikcyjne stanowisko. Zapewne z pięknie brzmiącym tytułem, śliczną tabliczką na drzwiach i niezłym uposażeniem, żeby mógł utrzymywać rodzinę. Ale żadnych realnych obowiązków, a przede wszystkim uprawnień nie otrzyma. Wykazuje się sporą naiwnością, sądząc, że dzieje się tutaj coś prawdziwego.
Apolonia Darska nie lubiła przyszłego męża wnuczki od pierwszej chwili, a on nie zdołał tego zmienić. Nie ufała mu do tego stopnia, by pozwolić parzyć kawę w swoim wypasionym ekspresie, o jakiejkolwiek większej odpowiedzialności nie wspominając. Cała firma po cichu już się z niego śmiała, choć pracował tam dość krótko.
Utrzymanek! To słowo przylgnęło na dobre. Najgorsze, że Maurycy zupełnie tego nie widział. Cieszył się z kolejnych awansów i osiągnięć, windowany po ścieżce kariery przez babcię tak szybko, jak tylko pozwalały na to procedury. Jego mama też pękała z dumy. Oboje byli szczęśliwi bez zastrzeżeń.
– Kocham cię – powiedział właśnie Maurycy z żarem w głosie. Szczerze.
Wiedziała o tym. Nie związał się z nią dla pieniędzy. Co do tego nie miała wątpliwości. W jego sercu mieszkała taka prostolinijność, że matematycy mogliby jej używać jako wzorzec do pomiarów. Nigdy jej nie oszukał. Nie zasługiwał, by tuż przed najważniejszą uroczystością w życiu nękać go wątpliwościami.
Zresztą jaki to miałoby sens? Cokolwiek by teraz myśleli i tak wiadomo, że żadne z nich się nie wycofa. Kochali się przecież. I nie mieli natury buntowników.
Są i tacy ludzie na świecie – pomyślała Marika. – Nie każdy musi wykuwać nowe ścieżki. Niektórzy po prostu płyną z nurtem. I tak też jest dobrze.
Nie miała zamiaru zostawiać Maurycego przed ołtarzem ani robić mu żadnej innej przykrości. Dlatego pogawędziła z nim jeszcze pół godziny, po czym pożegnała się serdecznie. Odłożyła telefon i zaczęła przygotowywać się do snu. Ruszyła w stronę łazienki. Sama nie zauważyła, kiedy zaczęła się spieszyć. Wszystkie czynności poszły jej błyskawicznie. Gdy tylko znalazła się w łóżku, natychmiast zamknęła oczy.
Czekała, choć prawdopodobieństwo, że pojawi się ten sam sen, co nad ranem, było doprawdy znikome. Ale nadzieja w niej nie gasła.
Wyobraźnia. To był jedyny świat, który należał tylko do niej. Tu nikt nie miał szans się włamać, podejrzeć ani niczego dla niej zaplanować.
Mogła być wolna. I mieć nadzieję, że przystojny brunet znowu ją dziś odwiedzi.
Nikt się nie dowie – uspokajała sumienie. – To przecież tylko sen…
W którym dochodzi do niespodziewanego spotkania, sprawy się komplikują, truskawki odbywają podniebną podróż, a babcia Izydora ma sporo do powiedzenia.
Następnego dnia Janek o świcie zszedł na śniadanie. Spał na poddaszu, miejscu, gdzie nigdy nie postała stopa żadnego gościa. Rodzinny dom był podzielony na specjalne strefy. Przedsionek wyglądał bardzo skromnie. Zwykłe linoleum na podłodze, używane meble. Tam wpuszczano kurierów, listonoszkę i niektórych sąsiadów. Dalej mieściła się kuchnia, duża i staroświecka, bardzo przytulna, lecz prosto wyposażona, nie licząc drobiazgów i paru mebli, które – jak to określała babcia – tata przynosił z pracy.
Za nią znajdował się pokój gościnny, do którego zapraszano czasem rodzinę i gości. Na poddasze nie wchodził nikt. Tam Alojzy Fuksiński miał sypialnię i trzymał sporo swoich zdobyczy oraz pamiątek. Tuż obok Janek od dzieciństwa zajmował niewielki pokój. Sypiał w nim, bawił się, ale nigdy nie zapraszał kolegów. Byłoby to zbyt ryzykowne. Za blisko pełnej sekretów jaskini ojca.
Schodził teraz po schodach i czuł, jakby czas się cofnął.
Duża staroświecka kuchnia jak zawsze mieściła się w samym centrum domu. Wielki stół był zwykle suto zastawiony posiłkami. Teraz trochę się pozmieniało, bo babcia przeszła na dietę. Ale wcale nie tak łatwo było to zauważyć. Zapachy, jakie dochodziły z dołu, zdolne byłyby sprowadzić na grzeszną drogę glutenowych pokus nawet Annę Lewandowską. Janek od razu poczuł się głodny. Nie zanosiło się jednak na spokojny posiłek.
Ledwo wszedł i usiadł przy stole, został zaatakowany ważnymi kwestiami.
– Ty ojca szanuj! – Babcia Izydora postawiła przed nim talerz owsianki polanej musem truskawkowym z takim impetem, że owoce, którymi była udekorowana potrawa, aż podskoczyły, by po chwili spaść ponownie w sos z głośnym mlaśnięciem. – Całe życie ciężko harował, żeby cię wychować na ludzi! – Spojrzenie towarzyszące tej ostatniej myśli świdrowało niczym wiertarka udarowa. Miało swoją moc. Podobnie jak babcia, która szczyciła się słuszną posturą, szerokimi ramionami i równie rozległymi biodrami. Miała wielkie dłonie i ciemne włosy na brodzie. Za nic nie godziła się ich depilować, wychodząc z założenia, że co Bóg złączył, człowiek nie powinien rozdzielać. – Ojcu zawdzięczasz wszystko! – zakończyła, po czym położyła ciężką dłoń na stole.
Janek miał wrażenie, że w ostatniej chwili powstrzymała się, by nie palnąć mocniej i wysłać truskawki w kolejną podniebną podróż. Z pewnością wystarczyłoby jej mocy.
Miał wrażenie, że znów jest dzieckiem. Znajoma potrawa potęgowała to odczucie. Babcia Izydora dawno temu wyczytała w jakiejś gazecie dla gospodyń, że dzieci karmione owsianką rosną silne i zdrowe. Natychmiast więc z uporem, któremu dorównywała tylko jej imponująca postura, gotowała wnukowi tę szarą miksturę przez całe dzieciństwo. Zmieniały się tylko sosy – w rytm pór roku i pojawiających się kolejno darów natury w ogrodzie. Babcia była niezwykle oszczędna, nie dopuszczała, by cokolwiek się zmarnowało.
– Przecież wiem o tym. – Janek próbował dyskutować, ale tylko został obdarzony kolejnym ciężkim spojrzeniem. Bardzo przenikliwym. Szukającym skrytych myśli.
Szybko dał spokój. Miał niejedną tajemnicę i na razie nie czuł się na siłach, by dokonywać domowej rewolucji. Usiadł przy stole na drewnianym krześle obitym jedwabiem. Nie znał się na tym zbyt dobrze, ale zapewne jego tyłek mościł się właśnie na jakimś antyku z czasów Ludwika XVI, eksponacie z ojcowskich skoków. Babcia go przyniosła ze stodoły, bo spodobał jej się wzór w róże.
– Popatrz, dziecko – powiedziała do Janka, stawiając dokładkę sosu truskawkowego w salaterce z miśnieńskiej porcelany – jakie to porządne rzeczy ludzie teraz wyrzucają! Ja wiem, że to stare. Ale całkiem jeszcze dobre, prawdopodobnie przedwojenna robota. Dziś takiego nigdzie nie kupisz.
Na aukcji za grube pieniądze – pomyślał Janek, ale oczywiście się nie odezwał.
Babcia całe życie była przekonana, że jej syn, podobnie jak kiedyś mąż, prowadzi firmę transportową, głównie zajmującą się przeprowadzkami. Ciężko pracuje i ledwo wiąże koniec z końcem. Jeśli przynosi czasem do domu różne rzeczy, to tylko dlatego, że klienci mu oddają coś, co im zbywa.
Babcia Fuksińska usiadła naprzeciw wnuka. Cieszyła się ogromnie, że wrócił do domu. Znów mogła go posadzić przy stole i nakarmić. Nawet wzruszenie ścisnęło ją za gardło, choć nie była zbyt skora do takich uczuć. Ale teraz miała misję i nie czas był na żadne czułości. Zaplotła ciężkie dłonie i złożyła tuż przed obfitym biustem, który właśnie mocno falował w rytm targających nią emocji.
– Ojciec mi powiedział, że ty do jakiejś obcej firmy chcesz iść – powiedziała wreszcie silnym, lekko zachrypniętym głosem. Kiedyś bali się go wszyscy koledzy z klasy. Do dziś zresztą większość czuła wobec niej respekt.
– Babciu… – Janek odłożył łyżkę. – To przecież normalne. Skończyłem studia, dorosłem.
– To jasne – przyznała szybko. – I masz gdzie pracować – dodała natychmiast. – Firma ojca czeka. Jemu już czas odpocząć. Całe życie się nie oszczędzał. W więzieniu nawet za komuny siedział. Politycznie oczywiście.
Jasne! – pomyślał Janek. Dobrze wiedział, że ojciec wpadł podczas jednego ze skoków na dom partyjnego dygnitarza.
Ale nie zaprotestował. W sumie to w pewnym sensie rzeczywiście tata politycznie siedział. Babcia miała osiemdziesiąt pięć lat. Nie chciał, by prawda doprowadziła ją do zawału. Co by to zmieniło? Ojciec i tak przechodził za tydzień na emeryturę.
Czekał go jeszcze tylko ten jeden skok. Oby nie zakończył się katastrofą! – pomyślał po raz tysięczny. Ciągle dręczyło go przeczucie, że tym razem tatę złapią.
Z niepokoju pochłonął całą owsiankę w kilka sekund. Wolałby mieć normalną rodzinę i zwykłe problemy. Ojca na przykład strażaka i babcię, która nie upycha po spiżarniach zabytkowych świeczników, tylko zwykle truskawki w cukrze. Ale nikt go o zdanie nie pytał.
W pokoju obok kuchni tata siedział już na kanapie i rozkładał papiery. Trzeba przyznać, że całkiem fachowo to wyglądało. Mapy, zestawienia oraz sporządzone starannym pismem notatki z podsłuchu. Podniósł na chwilę wzrok, po czym uśmiechnął się ciepło do syna. Jego srebrne włosy błyszczały, ułożone do góry od lat w ten sam sposób. Zmarszczki układały się wokół oczu w równomierne wachlarzyki. Tata był kochany i to właśnie okazało się najgorsze.
Janek widział te przygotowania, rysunki i szkice nie po raz pierwszy. Jednak teraz czuł największy niepokój. Rosła w nim pewność, że ten skok się nie uda. A przy okazji wyjdą na jaw liczne stare sprawy i dojdzie do prawdziwej katastrofy. Wystarczy, że policja przeszuka stodołę albo zajrzy na poddasze.
Serce mu się ścisnęło. Kochał ojca. Mimo wszystko i ponad wszystko.
– Dziś też idziemy w teren – powiedział tata z zadowoleniem. Bardzo lubił pracować z Jankiem. – Wprawdzie, co mi potrzebne, to już wiem, ale trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie – wprowadzał syna w tajniki zawodu. – Ślub zaplanowali na trzynastą w sobotę. Wszyscy zaproszeni. Nawet gospodyni. Dom zostanie pusty ten jeden jedyny raz. Tak to jest, jak się ludzie spoufalają ze służbą – dodał.
– Takich bogaczy przeprowadzasz? Służbę mają? – Babcia usiadła na brzegu kanapy i z szacunkiem spojrzała na rozłożone papiery.
Przyniosła ze sobą swoje śniadanie. Wielki jak koło młyńskie talerz kanapek z jajkiem oraz szczypiorkiem. Zapachniało w całym pokoju.
– Wiesz, jak to jest, mamo. Biedny to nie ma co przenosić i często też sam sobie umie poradzić.
– Święte słowa. – Babcia Izydora kiwnęła głową i na wszelki wypadek pobożnie się przeżegnała. – Patrz i ucz się – zwróciła się do Janka. – Ciężką, uczciwą pracą też można zbudować dobre życie.
Ojciec kiwnął głową z aprobatą. A potem sięgnął po jedną z kanapek. Kusiły aromatem. Krojone były z całej długości chleba. Posmarowane grubą warstwą masła, prócz jajek zostały obłożone dodatkowo kiełbasą i polane majonezem. Stanowiły bardzo solidny posiłek.
– Dla mnie bez majonezu, bo się odchudzam – powiedziała babcia, patrząc na swój talerz, po czym bez mrugnięcia okiem pochłonęła kilka solidnych pajd.
– Przygotuj się – powiedział tata do Janka, przełykając pospiesznie spory kawałek smakowitego kęska z dużą porcją jajka. – Dziś ruszamy wcześniej. To jedno z trudniejszych zleceń – podkreślił ostatnie słowo, spoglądając trwożnie na babcię.
Ciągle się bał, że ona w końcu dowie się prawdy i wtedy urwie mu głowę. Było w przeszłości wiele momentów, kiedy dowody wprost leżały przed jej oczami. Ale na razie nic takiego się nie stało. Nawet gdy w stodole znalazła sztabki złota, nie skojarzyła faktów. Nie zastanowiło jej, dlaczego jej syn, choć oficjalnie ledwo wiąże koniec z końcem, zawsze ma pieniądze. Argument, że dobrze gospodaruje, jakoś jej wystarczał. Zwykle przenikliwa, w tej kwestii pozostawała ufna.
Ponoć jeśli ktoś nie wierzy, że coś istnieje, nigdy tego nie dostrzeże. Było chyba sporo prawdy w tym sformułowaniu. Niezłomne przekonanie babci Izydory o uczciwości syna nigdy się nie zachwiało. Podobnie jak kiedyś w kwestii męża. On też prowadził przez lata podwójne życie i choć nie osiągał takich sukcesów, jak Alojzy, to w trudnych czasach powojennych ukradł komunistom sporo cennych rzeczy. Choć trzeba dodać, że wtedy wszystko było wartościowe. Nawet worek mąki czy rolki papieru toaletowego.
Janek chciał coś rozsądnego powiedzieć. O przepisach prawnych, realnym życiu, własnych planach. Ale wiedział, jak słabo by to zabrzmiało. W tym domu obowiązywały inne zasady i trzymały się niezwykle mocno. Więc choć czuł się dziwnie i wewnętrznie cały był przeciw, wstał i zaczął się przygotowywać do wyjścia. Nie mógł ojca puścić samego.
Wyszli na zewnątrz. Tata zamknął drzwi i upewnił się, że babcia nie słyszy.
– Kamerki mi nie założysz? – zapytał konspiracyjnym tonem. – Mielibyśmy na ostatni skok taki wypas, że moim kolegom wyszłyby oczy na wierzch. A śmiali się, że nadaremnie kształcę syna…
– Nie ma szans – przerwał mu Janek i wzdrygnął się na myśl, że miałby wchodzić do cudzego domu i robić takie rzeczy.
Tata westchnął z rezygnacją i Janek mimo woli poczuł, że jest mu przykro. Bardzo chciał sprawić ojcu jakąś radość. Choć raz poczuć, że tata jest z niego dumny. Niestety jego oczekiwania przerastały możliwości Janka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
