Wyjdź za mnie, kochanie - Krystyna Mirek - ebook + audiobook

Wyjdź za mnie, kochanie ebook i audiobook

Krystyna Mirek

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Najpiękniejsza suknia, najdłuższy welon, dekoracje sprowadzane aż z Mediolanu i orkiestra z najwyższej półki– w domu państwa Darskich szykuje się ślub marzeń. Apolonia Darska robi wszystko, by wesele jej ukochanej wnuczki Mariki było absolutnie idealne. Coraz częściej jednak odnosi wrażenie, że nikt nie dostrzega ogromu jej starań.

Myli się. Doświadczony złodziej, dla którego napad na jej dom ma być ostatnim, spektakularnym skokiem w karierze, słucha jej uważnie i… bardzo ją docenia. Dosłownie i w przenośni.

Tymczasem przyszła teściowa Mariki czuje niepokój – w końcu narzeczony dwa razy uciekł jej sprzed ołtarza. Nie zamierza dopuścić, by tym razem cokolwiek poszło nie tak i pilnuje młodych na każdym kroku. Wszystko wydaje się być pod kontrolą.

Do czasu. Bo w najmniej odpowiednim momencie pojawia się miłość. Ale na nią trudno przecież postawić i zaryzykować wszystko. Tylko czy nie jest to jedyna rzecz w życiu, o którą naprawdę warto walczyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 289

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 7 min

Lektor: Aleksandra Kowalewska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Kry­styna Mirek 2020, 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Kata­rzyna Woj­tas Korekta: Joanna Kuchar­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz Zdję­cie autorki na okładce: Piotr Grzy­bow­ski

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 ISBN 978-83-8343-784-2

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozdział 1

W któ­rym zbliża się wesele stu­le­cia, przy­szłej pan­nie mło­dej śni się nie­le­gal­nie przy­stojny bru­net, a wytrawny prze­stępca szy­kuje się do skoku życia.

Mały, ciemny owad pod­fru­nął pod wielki żyran­dol wcze­śnie rano. Jego pro­stac­kie obli­cze nie­tak­tow­nie odbiło się w gład­kich krysz­ta­ło­wych płasz­czy­znach spro­wa­dzo­nych aż z Medio­lanu.

– Komar! – zawo­łała panicz­nie Apo­lo­nia Dar­ska i mach­nęła szczu­płą dło­nią zdobną w dwa pier­ścionki ze szma­rag­dami. – W moim domu! – dodała, a święte obu­rze­nie w jej gło­sie zasłu­gi­wało co naj­mniej na kano­ni­za­cję. – Zawo­łaj natych­miast gospo­się i ochronę!

– Wezwę woj­ska obrony tery­to­rial­nej – powie­dział jej syn lekko drwią­cym tonem. Nawet nie pod­niósł wzroku znad papie­rów. – Zasłu­gu­jesz na naj­lep­szą obsługę.

Matka zastu­kała kształt­nym paznok­ciem w szklankę. Ten dźwięk powo­do­wał bla­dość policz­ków u wszyst­kich kie­row­ni­ków dzia­łów w fir­mie Apollo SC – naj­więk­szego dys­try­bu­tora mate­ria­łów budow­la­nych w oko­licy.

Ale na Tymo­te­uszu Dar­skim ten dźwięk pełen ukry­tych zna­czeń nie zro­bił więk­szego wra­że­nia.

– Przy­roda robi się coraz bar­dziej zuchwała! – pod­kre­śliła Apo­lo­nia. – Czło­wiek inwe­stuje ciężki pie­niądz w różne zabez­pie­cze­nia, a taki bez­czelny komar wla­tuje mi do salonu i na doda­tek cią­gle brzę­czy.

– To fakt. – Tymo­te­usz kiw­nął głową, po czym z wiel­kim tru­dem powstrzy­mał się przed nało­że­niem sobie kolej­nego pty­sia na talerz. – Jak śmie! – dodał zde­ner­wo­wany, bo nie zno­sił się odchu­dzać. – Miałby przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, żeby być cicho. Spraw­dzę, czy jest na to jakiś para­graf.

Zer­k­nął do swo­jej teczki z doku­men­tami. Był adwo­ka­tem, spe­cja­li­zo­wał się w roz­wo­dach. Szczy­cił się ogrom­nym doświad­cze­niem. Śmiało mógłby roz­wieść żyran­dol z koma­rem i nawet wyne­go­cjo­wać dla tego ostat­niego bar­dzo dobre warunki odszko­do­wa­nia.

Roz­dzwo­nił się tele­fon, a Apo­lo­nia zer­k­nęła na wyświe­tlacz. Z jej nie­za­do­wo­lo­nej miny można było wywnio­sko­wać, że komuś się zaraz obe­rwie. Ode­brała i włą­czyła tryb gło­śno­mó­wiący. Jed­no­cze­śnie pod­nio­sła fili­żankę z kawą do ust.

– Mamy te deko­ra­cje, które pani zama­wiała – pospiesz­nie rapor­to­wał jakiś męż­czy­zna.

– Doprawdy? – zdu­miała się Apo­lo­nia teatral­nie, a jej wypie­lę­gno­wane brwi pod­je­chały ponad oprawki szma­rag­do­wych oku­la­rów.

– Tak, prze­cież to na wczo­raj miało być… – roz­pę­dził się w zwie­rze­niach dostawca.

– Wła­śnie! – Pani domu prze­rwała mu sta­now­czo. – To po zapłatę pro­szę też przyjść wczo­raj, bo dziś to już nie­ak­tu­alne – dobiła roz­mówcę, po czym roz­łą­czyła się i odsta­wiła ener­gicz­nie fili­żankę na spodek. – Ludzie też teraz nie znają gra­nic – obu­rzyła się. – A potem się dzi­wią, że firma im upada.

– Jesteś bar­dzo surowa, mamo. – Tymo­te­usz zde­cy­do­wał się jed­nak na pty­sia. Humor od razu mu się popra­wił. – Ten biedny czło­wiek prze­żył teraz szok. Mia­łaś mu zapła­cić mnó­stwo kasy – dodał z peł­nymi ustami i błogą miną.

– Ach! Nie martw się tak. Wezmę to prze­cież od niego. – Apo­lo­nia wstała, popra­wiła jedwabną sukienkę i uśmiech­nęła się do syna. – Niech się jed­nak tro­chę pode­ner­wuje. Następ­nym razem mnie zapa­mięta.

– Tak się bez wąt­pie­nia sta­nie. – Tymo­te­usz nie miał wąt­pli­wo­ści. – To było duże zamó­wie­nie. Na samą myśl, że nie zapła­cisz, wła­ści­ciel dosta­nie drga­wek. Ale kolej­nego razu nie będzie. To jedyny, pierw­szy i ostatni ślub w naszej rodzi­nie, z wyjąt­kiem two­jego, rzecz jasna.

– Dla­tego wszystko musi być per­fek­cyjne – powie­działa Apo­lo­nia, po czym bły­ska­wicz­nie zdjęła ele­gancki pan­to­fel i pac­nęła komara, który lek­ko­myśl­nie przy­siadł na brzegu kanapy. Nie wie­dział, bie­dak, że przy Apo­lo­nii Dar­skiej nie wolno ani na moment tra­cić czuj­no­ści.

– Ma się ten refleks! – Uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem. – Jeden zero dla mnie. Każ, pro­szę, gosposi wyczy­ścić całą tapi­cerkę i okna na wszelki wypa­dek umyć, firanki może też wyprać.

– Świat zde­zyn­fe­ko­wać… – pod­po­wie­dział jej syn.

– Nie śmiej się – prych­nęła Apo­lo­nia. – Nie wia­domo prze­cież, z kim się taki komar w życiu zada­wał – dodała podejrz­li­wie. – A teraz zostaw pty­sie w spo­koju i jedź do pracy. Już późno. I pamię­taj, że mia­łeś się zasta­no­wić, z kim pój­dziesz na wesele córki.

– Pew­nie z Agatką. – Wes­tchnął męż­czy­zna. – Chyba że mnie dziś roz­je­dzie na sali sądo­wej, to jed­nak wyco­fam zapro­sze­nie.

– Tego się nie robi kobie­cie – obu­rzyła się Apo­lo­nia.

– Cza­sem mam wąt­pli­wo­ści, czy to okre­śle­nie do niej pasuje. Działa jak maszyna, nie ma w niej wiele dziew­czę­cej mięk­ko­ści. Wygrywa roz­prawy w takim stylu, że nawet prze­grani mają ochotę bić jej brawo. Nie­stety ostat­nio mam zbyt czę­sto nie­przy­jem­ność być jej prze­ciw­ni­kiem.

– To się lepiej przy­go­tuj – rzu­ciła w jego stronę Apo­lo­nia.

Nie rozu­miała pro­blemu. Wyda­wało jej się, iż za sam fakt, że Tymo­te­usz nazywa się Dar­ski i jest jej synem, należy mu się wygrana. Świat jed­nak nie zawsze podzie­lał jej zda­nie.

– Poszu­kał­byś sobie kogoś, z kim mógł­byś się zwią­zać, a nie zapra­szał wszę­dzie naj­więk­szą zawo­dową kon­ku­ren­cję. – Wes­tchnęła. – To mi wygląda na zwią­zek bez przy­szło­ści, a nie tego potrze­bu­jesz…

– Mamo, pro­szę cię. – Tymo­te­usz prze­łknął kolej­nego pty­sia. – Muszę jesz­cze prze­czy­tać kilka doku­men­tów. Nie mam teraz czasu na takie roz­mowy. – Zer­k­nął do teczki z papie­rami.

– Jasne, już ci nie prze­szka­dzam. Rób, co musisz – dodała zre­zy­gno­wana, bo powoli tra­ciła nadzieję, że jej apele kie­dy­kol­wiek odniosą sku­tek. Kobiety lubiły jej syna, gar­nęły się do niego, ale on kochał wyłącz­nie roz­wody. – Ja jesz­cze zer­knę do Mariki. – Apo­lo­nia ruszyła w stronę scho­dów i uśmiech­nęła się na samą myśl. – Zoba­czę, czy nasze sło­neczko już wstało.

* * *

W tym cza­sie Marika, uko­chana i zara­zem jedyna wnuczka Apo­lo­nii Dar­skiej, młoda dziew­czyna, dziecko szczę­ścia roz­piesz­czane przez bab­cię ponad wszel­kie gra­nice, już nie spała. Leżała w swoim wiel­kim łóżku, przy­kryta pościelą w różyczki i patrzyła w sufit. Mnó­stwo myśli prze­la­ty­wało jej przez głowę. A naj­moc­niej­sze było wspo­mnie­nie babci Apo­lo­nii tań­czą­cej na środku salonu, nie tak dawno, zale­d­wie pół roku temu. Był to widok rzadki i szo­ku­jący.

– Będzie ślub i wesele! Naj­więk­sze, naj­pięk­niej­sze, naj­wspa­nial­sze! – Bab­cia naprawdę wtedy sza­lała. Miało się wra­że­nie, że jesz­cze chwila i uleci w powie­trze.

Marika stała jak zawsze nieco z boku. Ojciec wła­śnie zakoń­czył bły­ska­wiczne przy­go­to­wy­wa­nie ostat­nich popra­wek w inter­cy­zie dla córki i jej przy­szłego męża. Na dwa­dzie­ścia sie­dem stron. Dru­karka wyplu­wała je teraz jedną po dru­giej. Tata Mariki w ciągu swo­jej boga­tej kariery zawo­do­wej zakoń­czył wię­cej mał­żeństw, niż nie­je­den czło­wiek w całym życiu widział. Świet­nie przy­go­to­wał ten doku­ment. Wziął pod uwagę każdą moż­liwą opcję.

Z wyjąt­kiem szczę­śli­wego poży­cia dwojga zako­cha­nych, któ­rzy wła­śnie ogło­sili rodzi­nom rado­sną wia­do­mość.

I roz­pę­tali wielką burzę. Ale praw­dziwe opi­nie poja­wiły się dopiero, gdy świeżo upie­czony narze­czony opu­ścił już ich dom.

– Pan młody do bani! – Bab­cia pod­czas wie­czor­nej kola­cji nie siliła się na dyplo­ma­cję. – Ale skoro ci się podoba, to nie ma dys­ku­sji – dodała szybko. – Zresztą pod­krę­cimy go nieco i w pół roku wyj­dzie na ludzi. A ty dosta­niesz wszystko, o czym tylko mogłaby zama­rzyć młoda dziew­czyna. – Spoj­rzała z czu­ło­ścią na wnuczkę. – Naj­dłuż­szy na świe­cie welon – zaczęła wyli­czać – morze kwia­tów, limu­zynę cią­gnącą się aż po hory­zont, wspa­niałe druhny, naj­wyż­szy tort, naj­grub­szego kościel­nego, a także uro­czy­stość jak z bajki. Biada każ­demu, kto ośmie­liły się zepsuć mojemu skar­bowi ten naj­pięk­niej­szy w życiu dzień.

Marika poczuła dreszcz bie­gnący po ple­cach. Jakoś tak dziw­nie się prze­stra­szyła, że może to ona będzie taką osobą. Nie sta­nie na wyso­ko­ści zada­nia, te wszyst­kie ocze­ki­wa­nia ją prze­ro­sną. A dosko­nale wie­działa, jak groźna potrafi być bab­cia, kiedy coś idzie nie po jej myśli. Apo­lo­nia była kobietą drobną z wyglądu, ale potężną, jeśli cho­dzi o sku­tecz­ność. W cza­sach kry­zysu, i to nie­jed­nego, budo­wała z nie­złom­nym suk­ce­sem sta­bil­ność rodzin­nej firmy. Żadne prze­szkody jej nie powstrzy­my­wały, gdy posta­no­wiła coś osią­gnąć.

Po tym komen­ta­rzu Marika nawet się nie ode­zwała. Nikt też tego nie ocze­ki­wał. Zawsze była uro­czą dziew­czynką, nie­spra­wia­jącą rodzi­nie kło­po­tów. Wycho­wy­wała się bez mamy, w świe­cie wiecz­nie zaję­tej kolej­nymi wyzwa­niami babci oraz zapra­co­wa­nego ojca. Apo­lo­nia, po śmierci męża, pozo­stała samotna niczym jedyny biały żagiel na wzbu­rzo­nym morzu, zawsze powta­rza­jąc, że jest pierw­szą sin­gielką w kraju i była nią dużo wcze­śniej, zanim stało się to modne. Nato­miast tata Mariki każ­dego dnia przy kola­cji opo­wia­dał, kogo wła­śnie roz­wiódł i jak świet­nie sobie z tym pora­dził.

Dziew­czyna nie­spe­cjal­nie wie­rzyła w miłość.

A jed­nak się zako­chała.

Długo ukry­wała swój zwią­zek, bojąc się reak­cji rodziny. Wpa­dli z Mau­ry­cym przez przy­pa­dek, przy­ła­pani przez jego matkę na czu­łych uści­skach w kawiarni. Musieli się ujaw­nić. I od razu tego poża­ło­wali. Obie rodziny osza­lały na punk­cie ich związku. Szum się zro­bił nie­sa­mo­wity, a nie­które decy­zje zapa­dły sta­now­czo za szybko. Ale Marika nie pro­te­sto­wała. Pozwo­liła, by ponio­sła ją potężna fala nie­ugię­tej woli babci. A ta marzyła o ślu­bie stu­le­cia.

Pół roku póź­niej roz­pę­dzona machina orga­ni­za­cyjna niczym dosko­nały auto­mat zmie­rzała ku efek­tow­nemu fina­łowi. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami nikt nie odwa­żył się sta­nąć babci na dro­dze. A kto ośmie­lił się pró­bo­wać, został zmie­ciony, zanim zdą­żył pisnąć choć słowo. Uru­cho­miono spore środki finan­sowe.

Naj­wspa­nial­sze, naj­więk­sze, naj­bar­dziej efek­towne wesele miało się odbyć w naj­bliż­szy week­end.

W środę o godzi­nie dzie­wią­tej, gdy bab­cia ener­gicz­nie wcho­dziła po scho­dach na pię­tro, Marika jesz­cze leżała w łóżku. Czuła na powie­kach słońce, które już wysoko uno­siło się nad hory­zon­tem, ale nie chciała wsta­wać. Nad ranem przy­śnił jej się piękny sen. Jego resztki wciąż jesz­cze widziała oczyma wyobraźni.

Szła po łące peł­nej kwia­tów. W deli­kat­nej, zwiew­nej sukni ślub­nej. Cie­niutki welon cią­gnął się po zie­lo­nej tra­wie peł­nej sto­kro­tek i maków. Nie był bar­dzo długi. Z pew­no­ścią nie spodo­bałby się babci. Jakiś męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach kro­czył obok i mocno trzy­mał Marikę za rękę. Nie­stety w niczym nie przy­po­mi­nał Mau­ry­cego. Pochy­lił się, by ją poca­ło­wać. A ona, nie ma co ukry­wać, prze­chy­liła głowę i przy­mknęła oczy…

– Moje sło­neczko! – usły­szała w tym samym momen­cie czuły, ale mocny głos babci i serce mocno jej zało­mo­tało.

Jakby seniorka rodu wła­śnie przy­ła­pała ją na gorą­cym uczynku zdrady tuż przed ślu­bem. Zaczer­wie­niła się po czubki uszu i okrop­nie zestre­so­wała. Co by wszy­scy powie­dzieli, gdyby wyszło na jaw, że zale­d­wie kilka dni przed naj­wspa­nial­szym wese­lem w całym kraju, a może nawet na kon­ty­nen­cie, orga­ni­zo­wa­nym połą­czo­nymi siłami dwóch rodzin, ogrom­nym nakła­dem ener­gii i środ­ków, ona marzy o skrom­nej uro­czy­sto­ści, a co gor­sza, śni jej się jakiś nie­znany bru­net?!

Strasz­liwy brak wdzięcz­no­ści! – surowo oce­ni­łaby bab­cia. – Kary­godne zacho­wa­nie.

To pod­waża zapis w inter­cy­zie! – obu­rzyłby się ojciec. – W razie czego wyne­go­cju­jemy za słabe warunki – dodałby ze zgrozą. – Nie zdo­łamy puścić Mau­ry­cego w samych spoden­kach. – Ta naj­gor­sza z jego per­spek­tywy opcja roz­wo­dowa zapewne z tru­dem prze­szłaby mu przez gar­dło.

Tata zawsze z zaan­ga­żo­wa­niem pod­cho­dził do spraw, które pro­wa­dził. Miał tylko jeden cel: osku­bać drugą stronę ze wszyst­kiego. Zosta­wić w skar­pet­kach, i to takich z prze­ceny.

Roz­cza­ro­wa­nia Mau­ry­cego oraz jego mamy Marika wolała nawet sobie nie wyobra­żać.

Na szczę­ście bab­cia, która w tej chwili weszła do pokoju, nie potra­fiła czy­tać w myślach. Choć ist­niało uza­sad­nione podej­rze­nie, że gdyby tylko chciała, uda­łoby jej się to osią­gnąć. Tylko na razie jesz­cze na to nie wpa­dła.

– Śpij sobie, złotko moje naj­pięk­niej­sze! – wyszep­tała więc czule. Pode­szła bli­żej i pogła­skała wnuczkę po gło­wie jak małą dziew­czynkę.

Marika była jedyną osobą na całym świe­cie, do któ­rej Apo­lo­nia Dar­ska zawsze zwra­cała się łagod­nym gło­sem. Ale nie za każ­dym razem spo­ty­kało się to z podob­nym odze­wem.

Dziew­czyna usia­dła ner­wowo na łóżku.

– Jak tu weszłaś?! – zapy­tała ze zgrozą, bo na dobre wró­ciła już do rze­czy­wi­sto­ści. Zamy­kała pokój aż na trzy zamki, żeby zyskać choć odro­binę pry­wat­no­ści. Ostatni z nich był bar­dzo nowo­cze­sny, ze spe­cjal­nym kodem, zamó­wiony przez inter­net. Marika miała dwa­dzie­ścia trzy lata i ani odro­biny spo­koju w domu rodzin­nym.

– Skar­bie mój naj­słod­szy – powie­działa czule bab­cia. – W jaki spo­sób zbu­do­wa­ła­bym potężną firmę, gdy­bym głu­piego zamka nie umiała sfor­so­wać? W latach dzie­więć­dzie­sią­tych świat biz­nesu był niczym dżun­gla pełna dra­pież­ni­ków, nauczy­łam się radzić sobie. Jakby trzeba było wła­mać się do kon­ku­ren­cji, też bym się nie cof­nęła. Meta­lowy łom czy elek­tro­niczny kod, żadna róż­nica, to tylko narzę­dzia.

Marika poczuła, jak opa­dają jej ręce. Miesz­kała w domu waria­tów i nijak nie wie­działa, jak się z niego wydo­stać. Bab­cia potra­fiła poko­nać każdą prze­szkodę, za to ona była kom­plet­nie pozba­wiona siły prze­bi­cia. Przy­mknęła powieki. Nie­stety przy­stoj­nego bru­neta już tam nie było. Sen odle­ciał na dobre.

– Chcesz jesz­cze pole­żeć? – zapy­tała bab­cia tro­skli­wie. – Pamię­taj, że odpo­czy­nek wspa­niale wpływa na urodę. A ty musisz być teraz naj­pięk­niej­sza. Poza tym śpij, bo możesz. Ja w twoim wieku już haro­wa­łam na dwa etaty, a domu też nie bra­ko­wało obo­wiąz­ków. Wsta­wa­łam bla­dym świ­tem, kła­dłam się grubo po pół­nocy – wspo­mi­nała czy może wypo­mi­nała, trudno to było odróż­nić. – Ale ty masz świat u stóp – dodała. – Wystar­czy tylko, że to doce­nisz – zakoń­czyła z mocą.

Marika wes­tchnęła. Nie przy­zna­wała się nikomu, że zarówno ten cały świat u stóp, jak i roz­mach jej wła­snego ślubu nieco ją prze­raża. Zwłasz­cza towa­rzy­sząca mu na nie­spo­ty­kaną skalę pompa.

Ojciec uwa­żał, że to nie­po­trzebny wyda­tek. Już się umó­wił z zaprzy­jaź­nio­nym sędzią, że w razie czego poza kolej­no­ścią da jego córce roz­wód. Zapla­no­wał w myślach, że jego naj­lep­sza kole­żanka i jed­no­cze­śnie zawo­dowa kon­ku­rentka Agatka będzie repre­zen­to­wać Mau­ry­cego, a on swoją córkę, i już zacie­rał ręce na tę per­spek­tywę, jak ich oboje roze­trze na proch.

Godził się na całe to ślubne sza­leń­stwo tylko dla­tego, że pła­ciła za nie bab­cia. A ona z kolei uwa­żała, że wąt­pli­wo­ści Mariki są uro­cze, i nie trak­to­wała ich poważ­nie ani tro­chę.

– Moje sło­neczko! – Apo­lo­nia usia­dła na brzegu łóżka i roz­czu­liła się. – Pomyśl, jak to będzie pięk­nie. Ja szłam do ołta­rza w poży­czo­nej sukience, a wesele mia­łam w remi­zie. W remi­zie!!! Boże, daj zapo­mnieć! – powtó­rzyła, a w jej gło­sie zabrzmiała praw­dziwa zgroza. – Nawet sobie tego wyobra­zić nie potra­fisz i wcale zresztą nie ma takiej potrzeby. Papie­rowe obrusy, orkie­stra z bożej łaski i deko­ra­cje zro­bione domo­wym spo­so­bem. Takie były paskudne czasy – dodała. – Pie­nię­dzy nie star­czało na nic…

Marika pomy­ślała, że jest coś nie­sły­cha­nie roman­tycz­nego w bra­niu ślubu w poży­czo­nej sukience. Świę­to­wa­niu w skrom­nej sali bez deko­ra­cji. Nie to, co zewnętrzne, jest naj­waż­niej­sze, lecz miłość i ten jedyny męż­czy­zna wybrany ze wszyst­kich.

Uwa­żała, że to ujmu­jące i praw­dziwe, ale nikt jej w tej kwe­stii o zda­nie nie pytał. Wes­tchnęła.

– Twój ojciec to nawet takiego wesela nie miał – dodała Apo­lo­nia i skrzy­wiła się wobec tego nie­wy­god­nego faktu bio­gra­ficz­nego, że jej syn ni­gdy się nie oże­nił i żył z mamą Mariki na tak zwaną kocią łapę. – Ale z tobą będzie ina­czej – roz­pro­mie­niła się znowu. – Wszystko już zapla­no­wane.

– Zaraz wstaję – powie­działa Marika, czu­jąc, że przy­naj­mniej jedną decy­zję musi teraz pod­jąć samo­dziel­nie.

– Jeśli już się wyspa­łaś, to chodź – zgo­dziła się łaska­wie bab­cia. – Twoja suk­nia stoi na środku salonu. Chcia­łam nią nacie­szyć oczy, więc jeśli Mau­rycy zamie­rza cię dziś odwie­dzić, daj znać pani Lusi, niech ją schowa. Ale mówię ci, kochana, suk­nia wygląda cudow­nie. Zaj­muje pra­wie pół salonu, a on jest prze­cież wielki. Nawet Kate Mid­dle­ton takiej nie miała.

Marika już od pierw­szej przy­miarki zasta­na­wiała się, jak udźwi­gnie na swo­ich wątłych ple­cach tyle kilo­gra­mów hafto­wa­nego atłasu, koronki i tiulu. Suk­nia rze­czy­wi­ście była piękna. Wspa­niale się pre­zen­to­wała na mane­ki­nie. Z całą pew­no­ścią sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie marzeń nie­jed­nej dziew­czyny. Marika wyglą­dała w niej jak wróżka. Ale zde­cy­do­wa­nie tonęła w zwo­jach błysz­czą­cej mate­rii i bała się, że tuż przed ołta­rzem wyrżnie twa­rzą w pod­łogę, bo nie­for­tun­nie nadep­nie na kawa­łek trenu lub zaha­czy obca­sem o koronkę.

– Mam tylko nadzieję, że ktoś doce­nia moje sta­ra­nia – upew­niła się bab­cia, patrząc na Marikę zna­cząco. Jej wzrok miał wagę oło­wiu.

Wnuczka jej nie odpo­wie­działa. Pospiesz­nie ewa­ku­owała się do łazienki. Nie chciała o tym wszyst­kim myśleć. Kiedy bab­cia wspo­mi­nała imię Mau­ry­cego, wiało takim chło­dem, że gala­retka się ści­nała bez lodówki. Marika coraz wyraź­niej to dostrze­gała.

– Cza­sem mam wra­że­nie, że nikt nie doce­nia tego, co robię – dokoń­czyła Apo­lo­nia swoją myśl.

Spoj­rzała w stronę zamknię­tych drzwi, za któ­rymi szu­miała już woda z prysz­nica. Marika nie­po­ko­jąco dys­kret­nie cie­szyła się wese­lem. Żad­nych pisków, pod­sko­ków, rzu­ca­nia się na szyję z wdzięcz­no­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla szczę­śli­wych mło­dych kobiet. Żad­nego buszo­wa­nia po skle­pach, prze­ży­wa­nia, czy koronka pasuje do tiulu. Nic. A Tymo­te­usz też jak zwy­kle tylko tonął w papie­rach i roz­wo­dził ludz­kość, zamiast się zako­chać i dać rodzi­nie wię­cej wnu­ków. Nie potrze­bo­wali prze­cież kolej­nych pie­nię­dzy, tylko spad­ko­bier­ców!

– Ot, nie­wdzięcz­ność! – Apo­lo­nia wes­tchnęła ciężko.

Cza­sem męczyły ją podej­rze­nia, że brak doce­nie­nia ota­cza ją ze wszyst­kich stron. Podob­nie jak nie­zro­zu­mie­nie wobec jej wielu talen­tów, kom­pe­ten­cji i genial­nych pomy­słów. Jakby nikt na świe­cie nie umiał w pełni osza­co­wać ich war­to­ści.

Ale myliła się. Nie wie­działa, że jest przy­naj­mniej jeden czło­wiek, który podzi­wia ją ze wszyst­kich sił. Wręcz bez­gra­nicz­nie.

* * *

– Co za kobieta! Powia­dam tobie, co za kobieta! – Alojzy Fuk­siń­ski wzniósł oczy do nieba, po czym popra­wił się, bo tro­chę mu już ścier­pły kolana od tego sie­dze­nia w krza­kach. – Po pro­stu deli­cje. Sły­sza­łeś, jak sobie świet­nie pora­dziła? Poko­nała elek­tryczny zamek, jakby to była kłódka do wychodka.

Janek, jego syn, kiw­nął głową i jed­no­cze­śnie prze­wró­cił oczami. Stan­dardy, według któ­rych ojciec oce­niał ludzi, od zawsze go zadzi­wiały.

– Twarda sztuka, panie tego… – zachwy­cał się dalej jego tata. – To będzie skok mojego życia. Obro­bimy ten dom do gołych ścian i prze­cho­dzę na godną eme­ry­turę. Zasłu­żoną. To będzie taki skok, że sam się będziesz wła­snym wnu­kom chwa­lił.

Janek popra­wił się. Też mu ścier­pły kolana. Czuł się jak w alter­na­tyw­nym świe­cie. Dopiero co obro­nił pracę magi­ster­ską, obra­cał się wśród logicz­nie myślą­cych ludzi, twardo stą­pa­ją­cych po ziemi. A potem wró­cił do domu i jakby się zna­lazł na innej pla­ne­cie.

– Jak to faj­nie, synu, że już zje­cha­łeś z tych swo­ich nauk – powie­dział tata w tym samym momen­cie i popra­wił słu­chawki. – Już myśla­łem, że to się ni­gdy nie skoń­czy. Cze­kam na cie­bie i cze­kam. Ale dobrze, żeś się wykształ­cił. Czas wnieść tro­chę nowo­cze­sno­ści do rodzin­nego biz­nesu.

– Tato! – Janek wes­tchnął. – Tłu­ma­czy­łem ci sto razy, że idę do pracy. Nie będę z tobą cho­dził na żadne włamy.

Rze­czy­wi­ście stu­dia nieco mu się prze­cią­gnęły. Zali­czył po dro­dze wyjazd za gra­nicę i dwa lata prze­rwy. Jakby się bał skoń­czyć. Oka­zało się, że słusz­nie.

– Oczy­wi­ście. Panie tego… Czas ci na swoje. – Ojciec z tru­dem się powstrzy­mał, by nie pogła­skać go po gło­wie jak daw­niej. Był tak dumny z syna, że omal nie pękał. – Nie martw się. Wszystko ci prze­każę: kon­takty, rejon, przy­krywkę. Firma trans­por­towa daje takie moż­li­wo­ści do prze­krę­tów jak mało co. Jesteś zabez­pie­czony pod każ­dym wzglę­dem.

– Skoń­czy­łem wydział infor­ma­tyczny… – zaczął Janek bez spe­cjal­nej nadziei na suk­ces.

– To tylko świet­nie. Widzisz, jaki masz talent? – Tata spoj­rzał na niego z dumą i zatarł dło­nie. – Lap­top mi skon­fi­gu­ro­wa­łeś pierw­sza klasa. – Palce lizać, panie tego… Pod­słuch mi się teraz ład­nie zapi­suje i mogę sobie spo­koj­nie odtwa­rzać. Nada­jesz się do współ­pracy.

– Sam jestem na sie­bie wście­kły, że się dałem namó­wić. – Janek znów wes­tchnął. Czuł, że powrót do domu będzie trudny, ale nie spo­dzie­wał się, że aż tak. – Pójdę przez cie­bie sie­dzieć.

– I bar­dzo dobrze – zare­ago­wał natych­miast ojciec. – To czyni z czło­wieka męż­czy­znę – dodał z namasz­cze­niem. – Pra­dziad sie­dział jesz­cze za cesa­rza, dziad sie­dział, ojciec mój sie­dział, ja sie­działem, tako i tobie w sto­sow­nym cza­sie trzeba będzie z god­no­ścią za kratki iść.

– Nie ma mowy. – Janek wzdry­gnął się przed tą okropną rodzinną tra­dy­cją, non stop przed­sta­wianą jakby to była naj­więk­sza chluba.

– O nic się nie martw. – Ojciec nawet tego nie zauwa­żył. – Mam wszę­dzie kon­takty. Posa­dzimy cię z moimi zna­jo­mymi. Panie tego… Od razu tam z naj­lep­szym nazwi­skiem pój­dziesz. Fuk­siń­scy sroce spod ogona nie wypa­dli, na komi­sa­ria­cie o nas nie­jedno sły­szeli, choć udo­wod­nić nic nie mogą. Nie mogą – powtó­rzył z zado­wo­le­niem, roze­śmiał się i znowu zatarł dło­nie z zado­wo­le­niem.

Wypiął sze­roką pierś, a Janek mimo woli spoj­rzał na niego z bez­wied­nym podzi­wem. Przez całe życie wal­czył z tym uczu­ciem. Tata miał swoje wady, ale spod jego uroku nie spo­sób było się uwol­nić. Postawny i przy­stojny, wyspor­to­wany, zawsze wesoły, choć rap­tus, wycho­wy­wał syna z wiel­kim poświę­ce­niem. Umiał być jed­no­cze­śnie czuły i silny. Zapew­nił synowi wspa­niałe dzie­ciń­stwo. Im Janek był star­szy, tym lepiej rozu­miał, jak wielka to rzad­kość.

Jed­nak jak­kol­wiek kochał ojca, nie spie­szyło mu się za kratki. Tata zwykł się przy­jaź­nić z róż­nymi typami spod ciem­nej gwiazdy i miał dość spe­cy­ficzne poję­cie o dobrym imie­niu rodu. Opie­rał je mię­dzy innymi na tym, że naj­czę­ściej okra­dał poli­ty­ków, o któ­rych miał nie­zbyt dobre mnie­ma­nie, prze­ko­nany, że w ten spo­sób speł­nia patrio­tyczny obo­wią­zek wobec narodu.

– Mówi­łem ci, że idę do uczci­wej roboty, nor­mal­nie na etat – powtó­rzył z naci­skiem Janek. Od tygo­dnia pró­bo­wał się roz­mó­wić z ojcem.

– Cze­kaj, cze­kaj – zbył go tata. – Bo one tu coś waż­nego mówią. – Przy­ło­żył moc­niej słu­chawki do ucha. – Ach! Co to za kobieta! – Wes­tchnął znów z fascy­na­cją. – Powia­dam tobie, zamek elek­tro­niczny sfor­so­wała bez mru­gnię­cia okiem. Taki talent się w zwy­kłym biz­ne­sie mar­nuje…

Janek zaci­snął usta. Jego samego ojciec jesz­cze ni­gdy tak nie pochwa­lił, choć skoń­czył nie­ła­twe stu­dia, a pro­gram, który napi­sał w ramach pracy magi­ster­skiej, kupiła na pniu duża firma infor­ma­tyczna. Ale dla taty takie kom­pe­ten­cje nie­wiele zna­czyły. Liczyły się włamy, kra­dzieże, plany wej­ścia do pil­nie strze­żo­nych budyn­ków. Tylko to mu impo­no­wało.

– Tylko ten jeden raz ci poma­gam – powtó­rzył chło­pak, lecz ojciec wciąż go nie słu­chał. W pełni sku­piony był na tym, co działo się w pięk­nym domu oto­czo­nym wyso­kim murem.

– Mógł­byś mi jesz­cze zamon­to­wać kamerki – powie­dział do syna. – Mie­li­by­śmy pełny wgląd na sprawę. Pro­fe­sjo­nal­nie.

– Może ci jesz­cze stronę na Face­bo­oku założę? Będziesz sobie wrzu­cał zdję­cia z każ­dego włamu! – zde­ner­wo­wał się Janek.

– Jeśli by to miało wykoń­czyć kon­ku­ren­cję, to dla­czego nie. – Tata nie­wzru­sze­nie trwał przy swoim. – Trzeba iść z duchem czasu.

– Cał­kiem zwa­rio­wa­łeś. Chcesz, żeby cię zła­pali?!

– Cicho bądź! Nie ucz życia sta­rego czło­wieka. Zapła­ci­łem za twoje stu­dia, miesz­ka­nie ci kupi­łem nie­jedno, panie tego… wypro­wa­dzi­łem na ludzi.

– Tak, oczy­wi­ście…

Janek sły­szał to nie pierw­szy raz. Tata ocze­ki­wał wdzięcz­no­ści, a on cią­gle odno­sił dziwne wra­że­nie, że słusz­nie. Wiele dzieci mie­rzy się z takim wyzwa­niem, ale jego sytu­acja była naprawdę wyjąt­kowa.

– Więc skup się, jak jesteś w robo­cie! – zawo­łał tata ener­gicz­nym tonem. – O dzie­sią­tej trza nam na kawę do domu wra­cać. Pamię­taj o tym zawsze, żeby nie pra­co­wać całymi dniami. Nauczy­łem się tego od jed­nego tre­nera per­so­nal­nego, cośmy go z Kazi­kiem opędz­lo­wali z dóbr docze­snych parę lat temu na wio­snę. Będzie mu lżej kie­dyś do raju iść za to, że nam pomógł. Trzy tygo­dnie go pod­słu­chi­wa­li­śmy. Czło­wiek się niejed­nego dowie­dział. To się nazywa work life balance – te słowa wypo­wie­dział z dumą, zado­wo­lony ze swo­ich kom­pe­ten­cji.

Janek wzniósł oczy do nieba. Ale ono nie zare­ago­wało. Wręcz prze­ciw­nie – od lat zda­wało się sprzy­jać ojcu. Nie na darmo z dumą nosił swoje nazwi­sko. Alojzy Fuk­siń­ski. Fuks go rze­czy­wi­ście nie opusz­czał.

– Mówią, że ślub w sobotę o trzy­na­stej. – Ojciec znów sku­pił się na pod­słu­chu. – Bab­cia kupiła welon na cztery metry. Nie­źle, nie­źle… – Poki­wał głową z uzna­niem. – Jak ty się będziesz żenić, zamó­wimy, panie tego… na pięć – posta­no­wił szybko. – Powia­dam tobie, trza mieć swój honor.

– Mam nadzieję, że ten welon to nie dla mnie. – Janek się skrzy­wił .

– A skąd? – Ojciec się roze­śmiał. – Jesteś poważ­nym czło­wie­kiem, wygłupy nie dla cie­bie. Tym bar­dziej że dopiero zaczy­nasz, praw­dziwe doko­na­nia masz jesz­cze przed sobą…

Janek nic nie odpo­wie­dział. Poczu­cie winy, że rośnie, spo­żywa posiłki, oddy­cha i jesz­cze nie zro­bił żad­nego włamu, było mu wdru­ko­wy­wane w mózg od dzie­ciń­stwa. Ojciec z wiel­kim nie­za­do­wo­le­niem przyj­mo­wał jego świa­dec­twa z paskiem, ze szcze­gól­nym obrzy­dze­niem zaś patrzył na wzo­rowe zacho­wa­nie jedy­naka. On sam miał zawsze w szkole sze­reg kło­po­tów i do dzi­siaj gło­wił się, jakiej dziw­nej kom­bi­na­cji genów zawdzię­cza takie grzeczne dziecko. Świę­tej pamięci mamu­sia Janka raczej się do tego nie przy­czy­niła, bo ziółko z niej było wyjąt­kowe.

– Wra­camy! – Ojciec spoj­rzał na zega­rek, po czym pod­niósł się ostroż­nie z kolan, poma­so­wał sobie plecy i scho­wał słu­chawki do torby. – Następ­nym razem może posie­dzimy jed­nak w zapar­ko­wa­nym samo­cho­dzie.

– Mówi­łem. – Janek nie mógł się oprzeć, by tego nie wypo­mnieć.

– Oj tam! – Tata mach­nął ręką. – Wygoda może i jest ważna, ale praca to powo­ła­nie, pasja! – zawo­łał z namasz­cze­niem. – Trzeba do niej pod­cho­dzić z sza­cun­kiem. Lubię przed akcją oso­bi­ście spraw­dzić teren. Poczuć trawę pod sto­pami, zapach powie­trza, atmos­ferę. Tego się nie da w kom­pu­trze obli­czyć. Poza tym – przy­znał się – chcia­łem cię dzi­siaj zabrać na akcję. Ja i tak mam wszystko od dawna przy­go­to­wane.

Janek mimo woli słu­chał go z fascy­na­cją. Ojciec był czło­wie­kiem obda­rzo­nym nie­wąt­pliwą cha­ry­zmą. Chło­pak zawsze się zasta­na­wiał, dokąd tata by w życiu doszedł, gdyby wybrał inną, bar­dziej legalną drogę zawo­dową.

– Jedziemy! – zarzą­dził ojciec, strzep­nął liść z dżin­so­wych spodni, po czym obaj wsie­dli do sta­rego Fiata, któ­rym tata zawsze jeź­dził, jak to mawiał, do pracy. Cza­sem go zamie­niał na rów­nie wie­kową Skodę.

Janek zapiął pasy.

– Cho­lera, jak późno! Bab­cia nas prze­święci. Panie tego… będą kło­poty – powie­dział tata z drże­niem w gło­sie.

Bab­cia Izy­dora. Jedyna osoba, wobec któ­rej ojciec czuł respekt, a wła­ści­wie nawet strach. Sądu Osta­tecz­nego tak się nie bał jak swo­jej matki. O wymia­rze spra­wie­dli­wo­ści nie wspo­mi­na­jąc. Wszystko w niej było groźne, od imie­nia począw­szy.

– Zdą­żymy. – Janek powie­dział to uspo­ka­ja­ją­cym tonem, ale i on poczuł dreszcz.

Pod­czas dłu­giego pobytu na stu­diach tro­chę już zapo­mniał, jak to jest, gdy bab­cia się wnerwi. A miała w tym zakre­sie sze­roki reper­tuar środ­ków, któ­rymi potra­fiła dać do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jest nie­za­do­wo­lona.

Rozdział 2

W któ­rym wąt­pli­wo­ści poja­wiają się nie tam, gdzie trzeba, plan włamu kry­sta­li­zuje na dobre, a nie­wy­po­wie­dziane słowa zaczy­nają buzo­wać, gro­żąc poważ­nymi skut­kami.

Wrze­śniowy wie­czór powoli szy­ko­wał się na spo­tka­nie z nocą.

Słońce zaszło za hory­zont i w pięk­nej willi przy ulicy Rumian­ko­wej zro­biło się ciemno. Bab­cia Apo­lo­nia jesz­cze nie wró­ciła z biura. Tata – jak zawsze po kola­cji – zamknął się w swoim gabi­ne­cie, żeby przej­rzeć papiery. Agatka poko­nała go dzi­siaj w sądzie. Wró­cił więc z pod­ku­lo­nym ogo­nem, goto­wym wnio­skiem o ape­la­cję i szcze­rym zamia­rem poru­sze­nia nieba i ziemi, by w jutrzej­szym spo­rze nie dać się podejść. Pra­co­wał do końca tygo­dnia. Nawet ślub córki nie był go w sta­nie skło­nić do wzię­cia urlopu. Zresztą i tak wszystko dzia­łało jak w zegarku. Nie czuł się potrzebny.

Marika sie­działa sama w salo­nie i wpa­try­wała się w swoją suk­nię ślubną. Oświe­tlały ją tylko blask księ­życa w pełni i nie­wielka lampka sto­jąca obok kanapy. Suk­nia wyglą­dała zja­wi­skowo. Srebrna poświata zała­my­wała się na mister­nym haf­cie i fał­dach gład­kiej tka­niny. Długi tren ukła­dał się w fale, a welon niczym miękka śmie­tanka oble­wał go z obu stron prze­zro­czy­stą zasłonką. To było praw­dziwe dzieło sztuki. Marika przy­ła­pała się na poku­sie, że chcia­łaby być na tym wyma­rzo­nym ślu­bie tylko gościem. Móc jak inni usiąść w ławce i podzi­wiać cały ten spek­takl. Z pew­no­ścią piękny.

Drgnęła, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

– Cześć, kocha­nie – usły­szała tro­chę nie­pewny głos Mau­ry­cego. – Nie śpisz jesz­cze, więc chcia­łem cię zła­pać.

– Nie śpię – przy­znała. – Skąd wiesz?

– Mógł­bym powie­dzieć, że serce mi to pod­po­wie­działo, ale tak naprawdę zoba­czy­łem, że jesteś aktywna na Mes­sen­ge­rze.

Rze­czy­wi­ście Marika przed momen­tem spraw­dzała wia­do­mo­ści. Nawet tam ją obser­wo­wano. Wes­tchnęła, a potem przy­ci­snęła słu­chawkę do ucha.

– Boisz się tego wszyst­kiego? – zapy­tała spon­ta­nicz­nie.

Potrze­bo­wała się wyga­dać. Chciała wie­rzyć, że bab­cia ma rację. Jej wąt­pli­wo­ści to zwy­kła przed­ślubna trema. Bar­dzo teraz potrze­bo­wała, by ktoś to potwier­dził, poukła­dał sprawy na wła­ści­wych miej­scach.

– Ależ skąd! Ja się niczego nie boję – powie­dział Mau­rycy pospiesz­nie i nie­po­ko­jąco ner­wowo. – Mam nadzieję, że ty też nie. Prawda? – zapy­tał, ale nawet nie dał jej czasu na odpo­wiedź. – Prze­stra­szy­łaś mnie. Liczę, że się nie roz­my­ślisz w ostat­niej chwili. Wiesz, że moją mamę dwóch narze­czo­nych zosta­wiło tuż przed ołta­rzem. Do tej pory ma traumę.

– Wiem! – zawo­łała Marika.

Nie spo­sób było o tym zapo­mnieć choćby na chwilę. Mama Mau­ry­cego, a jej przy­szła teściowa, miała na punk­cie odwo­ła­nych ślu­bów praw­dziwą obse­sję. W jej obec­no­ści nie wolno było nawet wspo­mi­nać nazwi­ska Julii Roberts. Nie zno­siła tej aktorki za rolę w fil­mie Ucie­ka­jąca panna młoda.

Pani Musio­łek była tak bar­dzo wystra­szona, że narze­czona syna zwieje sprzed ołta­rza, że pew­nie naj­chęt­niej przy­wią­za­łaby ją łań­cu­chem i gwoź­dziem przy­biła do pod­łogi brzeg sukni. Jej nie­po­kój udzie­lał się wszyst­kim.

– Nie martw się – powie­działa Marika, odru­chowo przej­mu­jąc rolę pocie­szy­cielki, choć sama teraz potrze­bo­wała wspar­cia. – Usta­li­li­śmy prze­cież, że nie jeste­śmy jak nasi rodzice. Napi­szemy razem nową histo­rię. Wła­sną.

– Nie widzę innego wyj­ścia – odparł Mau­rycy. – W prze­ciw­nym razie twój tata roz­wie­dzie nas z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. A ja będę miał prze­rą­bane.

– Jak ci idzie w pracy? – zapy­tała, żeby zmie­nić temat.

Liczyła na relak­su­jącą roz­mowę, ale z każ­dym sło­wem narze­czo­nego coraz bar­dziej się dener­wo­wała. Mau­rycy nie potra­fił jej uspo­koić.

– Dosta­łem awans! – pochwa­lił się chło­pak. – I więk­szy gabi­net, z wido­kiem na mia­sto. Jak w ame­ry­kań­skich fil­mach.

– Co będziesz teraz robił? – zapy­tała, bo ta sytu­acja wydała jej się podej­rzana.

– Jesz­cze dokład­nie nie wiem – odparł. – Twoja bab­cia ma się ze mną spo­tkać już po weselu i usta­lić dokładny zakres obo­wiąz­ków. Na razie ma, jak wiesz, okropne urwa­nie głowy ze wszyst­kimi spra­wami do zała­twie­nia.

Marika wes­tchnęła. Tego się wła­śnie oba­wiała. Mau­rycy dostał fik­cyjne sta­no­wi­sko. Zapewne z pięk­nie brzmią­cym tytu­łem, śliczną tabliczką na drzwiach i nie­złym upo­sa­że­niem, żeby mógł utrzy­my­wać rodzinę. Ale żad­nych real­nych obo­wiąz­ków, a przede wszyst­kim upraw­nień nie otrzyma. Wyka­zuje się sporą naiw­no­ścią, sądząc, że dzieje się tutaj coś praw­dzi­wego.

Apo­lo­nia Dar­ska nie lubiła przy­szłego męża wnuczki od pierw­szej chwili, a on nie zdo­łał tego zmie­nić. Nie ufała mu do tego stop­nia, by pozwo­lić parzyć kawę w swoim wypa­sio­nym eks­pre­sie, o jakiej­kol­wiek więk­szej odpo­wie­dzial­no­ści nie wspo­mi­na­jąc. Cała firma po cichu już się z niego śmiała, choć pra­co­wał tam dość krótko.

Utrzy­ma­nek! To słowo przy­lgnęło na dobre. Naj­gor­sze, że Mau­rycy zupeł­nie tego nie widział. Cie­szył się z kolej­nych awan­sów i osią­gnięć, win­do­wany po ścieżce kariery przez bab­cię tak szybko, jak tylko pozwa­lały na to pro­ce­dury. Jego mama też pękała z dumy. Oboje byli szczę­śliwi bez zastrze­żeń.

– Kocham cię – powie­dział wła­śnie Mau­rycy z żarem w gło­sie. Szcze­rze.

Wie­działa o tym. Nie zwią­zał się z nią dla pie­nię­dzy. Co do tego nie miała wąt­pli­wo­ści. W jego sercu miesz­kała taka pro­sto­li­nij­ność, że mate­ma­tycy mogliby jej uży­wać jako wzo­rzec do pomia­rów. Ni­gdy jej nie oszu­kał. Nie zasłu­gi­wał, by tuż przed naj­waż­niej­szą uro­czy­sto­ścią w życiu nękać go wąt­pli­wo­ściami.

Zresztą jaki to mia­łoby sens? Cokol­wiek by teraz myśleli i tak wia­domo, że żadne z nich się nie wycofa. Kochali się prze­cież. I nie mieli natury bun­tow­ni­ków.

Są i tacy ludzie na świe­cie – pomy­ślała Marika. – Nie każdy musi wyku­wać nowe ścieżki. Nie­któ­rzy po pro­stu płyną z nur­tem. I tak też jest dobrze.

Nie miała zamiaru zosta­wiać Mau­ry­cego przed ołta­rzem ani robić mu żad­nej innej przy­kro­ści. Dla­tego poga­wę­dziła z nim jesz­cze pół godziny, po czym poże­gnała się ser­decz­nie. Odło­żyła tele­fon i zaczęła przy­go­to­wy­wać się do snu. Ruszyła w stronę łazienki. Sama nie zauwa­żyła, kiedy zaczęła się spie­szyć. Wszyst­kie czyn­no­ści poszły jej bły­ska­wicz­nie. Gdy tylko zna­la­zła się w łóżku, natych­miast zamknęła oczy.

Cze­kała, choć praw­do­po­do­bień­stwo, że pojawi się ten sam sen, co nad ranem, było doprawdy zni­kome. Ale nadzieja w niej nie gasła.

Wyobraź­nia. To był jedyny świat, który nale­żał tylko do niej. Tu nikt nie miał szans się wła­mać, podej­rzeć ani niczego dla niej zapla­no­wać.

Mogła być wolna. I mieć nadzieję, że przy­stojny bru­net znowu ją dziś odwie­dzi.

Nikt się nie dowie – uspo­ka­jała sumie­nie. – To prze­cież tylko sen…

Rozdział 3

W któ­rym docho­dzi do nie­spo­dzie­wa­nego spo­tka­nia, sprawy się kom­pli­kują, tru­skawki odby­wają pod­niebną podróż, a bab­cia Izy­dora ma sporo do powie­dze­nia.

Następ­nego dnia Janek o świ­cie zszedł na śnia­da­nie. Spał na pod­da­szu, miej­scu, gdzie ni­gdy nie postała stopa żad­nego gościa. Rodzinny dom był podzie­lony na spe­cjalne strefy. Przed­sio­nek wyglą­dał bar­dzo skrom­nie. Zwy­kłe lino­leum na pod­ło­dze, uży­wane meble. Tam wpusz­czano kurie­rów, listo­noszkę i nie­któ­rych sąsia­dów. Dalej mie­ściła się kuch­nia, duża i sta­ro­świecka, bar­dzo przy­tulna, lecz pro­sto wypo­sa­żona, nie licząc dro­bia­zgów i paru mebli, które – jak to okre­ślała bab­cia – tata przy­no­sił z pracy.

Za nią znaj­do­wał się pokój gościnny, do któ­rego zapra­szano cza­sem rodzinę i gości. Na pod­da­sze nie wcho­dził nikt. Tam Alojzy Fuk­siń­ski miał sypial­nię i trzy­mał sporo swo­ich zdo­by­czy oraz pamią­tek. Tuż obok Janek od dzie­ciń­stwa zaj­mo­wał nie­wielki pokój. Sypiał w nim, bawił się, ale ni­gdy nie zapra­szał kole­gów. Byłoby to zbyt ryzy­kowne. Za bli­sko peł­nej sekre­tów jaskini ojca.

Scho­dził teraz po scho­dach i czuł, jakby czas się cof­nął.

Duża sta­ro­świecka kuch­nia jak zawsze mie­ściła się w samym cen­trum domu. Wielki stół był zwy­kle suto zasta­wiony posił­kami. Teraz tro­chę się pozmie­niało, bo bab­cia prze­szła na dietę. Ale wcale nie tak łatwo było to zauwa­żyć. Zapa­chy, jakie docho­dziły z dołu, zdolne byłyby spro­wa­dzić na grzeszną drogę glu­te­no­wych pokus nawet Annę Lewan­dow­ską. Janek od razu poczuł się głodny. Nie zano­siło się jed­nak na spo­kojny posi­łek.

Ledwo wszedł i usiadł przy stole, został zaata­ko­wany waż­nymi kwe­stiami.

– Ty ojca sza­nuj! – Bab­cia Izy­dora posta­wiła przed nim talerz owsianki pola­nej musem tru­skaw­ko­wym z takim impe­tem, że owoce, któ­rymi była ude­ko­ro­wana potrawa, aż pod­sko­czyły, by po chwili spaść ponow­nie w sos z gło­śnym mla­śnię­ciem. – Całe życie ciężko haro­wał, żeby cię wycho­wać na ludzi! – Spoj­rze­nie towa­rzy­szące tej ostat­niej myśli świ­dro­wało niczym wier­tarka uda­rowa. Miało swoją moc. Podob­nie jak bab­cia, która szczy­ciła się słuszną posturą, sze­ro­kimi ramio­nami i rów­nie roz­le­głymi bio­drami. Miała wiel­kie dło­nie i ciemne włosy na bro­dzie. Za nic nie godziła się ich depi­lo­wać, wycho­dząc z zało­że­nia, że co Bóg złą­czył, czło­wiek nie powi­nien roz­dzie­lać. – Ojcu zawdzię­czasz wszystko! – zakoń­czyła, po czym poło­żyła ciężką dłoń na stole.

Janek miał wra­że­nie, że w ostat­niej chwili powstrzy­mała się, by nie pal­nąć moc­niej i wysłać tru­skawki w kolejną pod­niebną podróż. Z pew­no­ścią wystar­czy­łoby jej mocy.

Miał wra­że­nie, że znów jest dziec­kiem. Zna­joma potrawa potę­go­wała to odczu­cie. Bab­cia Izy­dora dawno temu wyczy­tała w jakiejś gaze­cie dla gospo­dyń, że dzieci kar­mione owsianką rosną silne i zdrowe. Natych­miast więc z upo­rem, któ­remu dorów­ny­wała tylko jej impo­nu­jąca postura, goto­wała wnu­kowi tę szarą mik­sturę przez całe dzie­ciń­stwo. Zmie­niały się tylko sosy – w rytm pór roku i poja­wia­ją­cych się kolejno darów natury w ogro­dzie. Bab­cia była nie­zwy­kle oszczędna, nie dopusz­czała, by cokol­wiek się zmar­no­wało.

– Prze­cież wiem o tym. – Janek pró­bo­wał dys­ku­to­wać, ale tylko został obda­rzony kolej­nym cięż­kim spoj­rze­niem. Bar­dzo prze­ni­kli­wym. Szu­ka­ją­cym skry­tych myśli.

Szybko dał spo­kój. Miał nie­jedną tajem­nicę i na razie nie czuł się na siłach, by doko­ny­wać domo­wej rewo­lu­cji. Usiadł przy stole na drew­nia­nym krze­śle obi­tym jedwa­biem. Nie znał się na tym zbyt dobrze, ale zapewne jego tyłek mościł się wła­śnie na jakimś antyku z cza­sów Ludwika XVI, eks­po­na­cie z ojcow­skich sko­ków. Bab­cia go przy­nio­sła ze sto­doły, bo spodo­bał jej się wzór w róże.

– Popatrz, dziecko – powie­działa do Janka, sta­wia­jąc dokładkę sosu tru­skaw­ko­wego w sala­terce z miśnień­skiej por­ce­lany – jakie to porządne rze­czy ludzie teraz wyrzu­cają! Ja wiem, że to stare. Ale cał­kiem jesz­cze dobre, praw­do­po­dob­nie przed­wo­jenna robota. Dziś takiego ni­gdzie nie kupisz.

Na aukcji za grube pie­nią­dze – pomy­ślał Janek, ale oczy­wi­ście się nie ode­zwał.

Bab­cia całe życie była prze­ko­nana, że jej syn, podob­nie jak kie­dyś mąż, pro­wa­dzi firmę trans­por­tową, głów­nie zaj­mu­jącą się prze­pro­wadz­kami. Ciężko pra­cuje i ledwo wiąże koniec z koń­cem. Jeśli przy­nosi cza­sem do domu różne rze­czy, to tylko dla­tego, że klienci mu oddają coś, co im zbywa.

Bab­cia Fuk­siń­ska usia­dła naprze­ciw wnuka. Cie­szyła się ogrom­nie, że wró­cił do domu. Znów mogła go posa­dzić przy stole i nakar­mić. Nawet wzru­sze­nie ści­snęło ją za gar­dło, choć nie była zbyt skora do takich uczuć. Ale teraz miała misję i nie czas był na żadne czu­ło­ści. Zaplo­tła cięż­kie dło­nie i zło­żyła tuż przed obfi­tym biu­stem, który wła­śnie mocno falo­wał w rytm tar­ga­ją­cych nią emo­cji.

– Ojciec mi powie­dział, że ty do jakiejś obcej firmy chcesz iść – powie­działa wresz­cie sil­nym, lekko zachryp­nię­tym gło­sem. Kie­dyś bali się go wszy­scy kole­dzy z klasy. Do dziś zresztą więk­szość czuła wobec niej respekt.

– Bab­ciu… – Janek odło­żył łyżkę. – To prze­cież nor­malne. Skoń­czy­łem stu­dia, doro­słem.

– To jasne – przy­znała szybko. – I masz gdzie pra­co­wać – dodała natych­miast. – Firma ojca czeka. Jemu już czas odpo­cząć. Całe życie się nie oszczę­dzał. W wię­zie­niu nawet za komuny sie­dział. Poli­tycz­nie oczy­wi­ście.

Jasne! – pomy­ślał Janek. Dobrze wie­dział, że ojciec wpadł pod­czas jed­nego ze sko­ków na dom par­tyj­nego dygni­ta­rza.

Ale nie zapro­te­sto­wał. W sumie to w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tata poli­tycz­nie sie­dział. Bab­cia miała osiem­dzie­siąt pięć lat. Nie chciał, by prawda dopro­wa­dziła ją do zawału. Co by to zmie­niło? Ojciec i tak prze­cho­dził za tydzień na eme­ry­turę.

Cze­kał go jesz­cze tylko ten jeden skok. Oby nie zakoń­czył się kata­strofą! – pomy­ślał po raz tysięczny. Cią­gle drę­czyło go prze­czu­cie, że tym razem tatę zła­pią.

Z nie­po­koju pochło­nął całą owsiankę w kilka sekund. Wolałby mieć nor­malną rodzinę i zwy­kłe pro­blemy. Ojca na przy­kład stra­żaka i bab­cię, która nie upy­cha po spi­żar­niach zabyt­ko­wych świecz­ni­ków, tylko zwy­kle tru­skawki w cukrze. Ale nikt go o zda­nie nie pytał.

W pokoju obok kuchni tata sie­dział już na kana­pie i roz­kła­dał papiery. Trzeba przy­znać, że cał­kiem fachowo to wyglą­dało. Mapy, zesta­wie­nia oraz spo­rzą­dzone sta­ran­nym pismem notatki z pod­słu­chu. Pod­niósł na chwilę wzrok, po czym uśmiech­nął się cie­pło do syna. Jego srebrne włosy błysz­czały, uło­żone do góry od lat w ten sam spo­sób. Zmarszczki ukła­dały się wokół oczu w rów­no­mierne wachla­rzyki. Tata był kochany i to wła­śnie oka­zało się naj­gor­sze.

Janek widział te przy­go­to­wa­nia, rysunki i szkice nie po raz pierw­szy. Jed­nak teraz czuł naj­więk­szy nie­po­kój. Rosła w nim pew­ność, że ten skok się nie uda. A przy oka­zji wyjdą na jaw liczne stare sprawy i doj­dzie do praw­dzi­wej kata­strofy. Wystar­czy, że poli­cja prze­szuka sto­dołę albo zaj­rzy na pod­da­sze.

Serce mu się ści­snęło. Kochał ojca. Mimo wszystko i ponad wszystko.

– Dziś też idziemy w teren – powie­dział tata z zado­wo­le­niem. Bar­dzo lubił pra­co­wać z Jan­kiem. – Wpraw­dzie, co mi potrzebne, to już wiem, ale trzeba cały czas trzy­mać rękę na pul­sie – wpro­wa­dzał syna w taj­niki zawodu. – Ślub zapla­no­wali na trzy­na­stą w sobotę. Wszy­scy zapro­szeni. Nawet gospo­dyni. Dom zosta­nie pusty ten jeden jedyny raz. Tak to jest, jak się ludzie spo­ufa­lają ze służbą – dodał.

– Takich boga­czy prze­pro­wa­dzasz? Służbę mają? – Bab­cia usia­dła na brzegu kanapy i z sza­cun­kiem spoj­rzała na roz­ło­żone papiery.

Przy­nio­sła ze sobą swoje śnia­da­nie. Wielki jak koło młyń­skie talerz kana­pek z jaj­kiem oraz szczy­pior­kiem. Zapach­niało w całym pokoju.

– Wiesz, jak to jest, mamo. Biedny to nie ma co prze­no­sić i czę­sto też sam sobie umie pora­dzić.

– Święte słowa. – Bab­cia Izy­dora kiw­nęła głową i na wszelki wypa­dek poboż­nie się prze­że­gnała. – Patrz i ucz się – zwró­ciła się do Janka. – Ciężką, uczciwą pracą też można zbu­do­wać dobre życie.

Ojciec kiw­nął głową z apro­batą. A potem się­gnął po jedną z kana­pek. Kusiły aro­ma­tem. Kro­jone były z całej dłu­go­ści chleba. Posma­ro­wane grubą war­stwą masła, prócz jajek zostały obło­żone dodat­kowo kieł­basą i polane majo­ne­zem. Sta­no­wiły bar­dzo solidny posi­łek.

– Dla mnie bez majo­nezu, bo się odchu­dzam – powie­działa bab­cia, patrząc na swój talerz, po czym bez mru­gnię­cia okiem pochło­nęła kilka solid­nych pajd.

– Przy­go­tuj się – powie­dział tata do Janka, prze­ły­ka­jąc pospiesz­nie spory kawa­łek sma­ko­wi­tego kęska z dużą por­cją jajka. – Dziś ruszamy wcze­śniej. To jedno z trud­niej­szych zle­ceń – pod­kre­ślił ostat­nie słowo, spo­glą­da­jąc trwoż­nie na bab­cię.

Cią­gle się bał, że ona w końcu dowie się prawdy i wtedy urwie mu głowę. Było w prze­szło­ści wiele momen­tów, kiedy dowody wprost leżały przed jej oczami. Ale na razie nic takiego się nie stało. Nawet gdy w sto­dole zna­la­zła sztabki złota, nie sko­ja­rzyła fak­tów. Nie zasta­no­wiło jej, dla­czego jej syn, choć ofi­cjal­nie ledwo wiąże koniec z koń­cem, zawsze ma pie­nią­dze. Argu­ment, że dobrze gospo­da­ruje, jakoś jej wystar­czał. Zwy­kle prze­ni­kliwa, w tej kwe­stii pozo­sta­wała ufna.

Ponoć jeśli ktoś nie wie­rzy, że coś ist­nieje, ni­gdy tego nie dostrzeże. Było chyba sporo prawdy w tym sfor­mu­ło­wa­niu. Nie­złomne prze­ko­na­nie babci Izy­dory o uczci­wo­ści syna ni­gdy się nie zachwiało. Podob­nie jak kie­dyś w kwe­stii męża. On też pro­wa­dził przez lata podwójne życie i choć nie osią­gał takich suk­ce­sów, jak Alojzy, to w trud­nych cza­sach powo­jen­nych ukradł komu­ni­stom sporo cen­nych rze­czy. Choć trzeba dodać, że wtedy wszystko było war­to­ściowe. Nawet worek mąki czy rolki papieru toa­le­to­wego.

Janek chciał coś roz­sąd­nego powie­dzieć. O prze­pi­sach praw­nych, real­nym życiu, wła­snych pla­nach. Ale wie­dział, jak słabo by to zabrzmiało. W tym domu obo­wią­zy­wały inne zasady i trzy­mały się nie­zwy­kle mocno. Więc choć czuł się dziw­nie i wewnętrz­nie cały był prze­ciw, wstał i zaczął się przy­go­to­wy­wać do wyj­ścia. Nie mógł ojca puścić samego.

Wyszli na zewnątrz. Tata zamknął drzwi i upew­nił się, że bab­cia nie sły­szy.

– Kamerki mi nie zało­żysz? – zapy­tał kon­spi­ra­cyj­nym tonem. – Mie­li­by­śmy na ostatni skok taki wypas, że moim kole­gom wyszłyby oczy na wierzch. A śmiali się, że nada­rem­nie kształcę syna…

– Nie ma szans – prze­rwał mu Janek i wzdry­gnął się na myśl, że miałby wcho­dzić do cudzego domu i robić takie rze­czy.

Tata wes­tchnął z rezy­gna­cją i Janek mimo woli poczuł, że jest mu przy­kro. Bar­dzo chciał spra­wić ojcu jakąś radość. Choć raz poczuć, że tata jest z niego dumny. Nie­stety jego ocze­ki­wa­nia prze­ra­stały moż­li­wo­ści Janka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki