Lato w Kołobrzegu - Aneta Krasińska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Lato w Kołobrzegu ebook i audiobook

Aneta Krasińska

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

60 osób interesuje się tą książką

Opis

Leon Hoser samotnie wychowuje ośmioletniego synka, który od momentu rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie często choruje, czym przysparza zmartwień zarówno ojcu, jak i pomagającej w jego wychowaniu babce.

Ojciec zabiera Antosia do kołobrzeskiego sanatorium, by wspólnie mogli spędzić czas, ale przede wszystkim cieszyć się nadmorskim klimatem oraz zabiegami mającymi pozytywnie wpłynąć na stan zdrowia dziecka.

Od wyjścia na peron Kołobrzeg zachwyca Hoserów swym wyglądem i ofertą turystyczną, a podejrzliwe spojrzenia i pytania, gdy tylko nowi kuracjusze się przedstawiają, zaczynają rodzić mnóstwo wątpliwości w sprawie pochodzenia Leona oraz jego rodziny z Iłży, w której przyszedł na świat.

Aneta Krasińska w III tomie cyklu „CZTERY PORY ROKU” zabiera swoich czytelników do nadmorskiego kurortu słynącego z długich skrzących się bielą plaż, będących niemym świadkiem przełomowych wydarzeń historycznych, które przyczyniły się do tego, że po ośmiu wiekach Kolberg stało się należącym do Polski Kołobrzegiem.

PRZESIĄKNIĘTA UPALNYM LATEM OPOWIEŚĆ O POSZUKIWANIU TOŻSAMOŚCI.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 313

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Róża Cieślińska-Dziekiewicz

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Polecam
00



Prolog

Leon Hoser podążał wzrokiem za szybko przeskakującym w tabeli kursorem. Równie prędko przebiegał palcami po klawiaturze, uwijając się z wdrożeniem kolejnego pakietu usprawniającego pracę kilkunastu klientów, którym zatrudniająca go firma dostarczała oprogramowanie. I choć podskórnie czuł jakieś mrowienie w palcach zapowiadające komplikacje, to wiedział, że nawet najmniejsze rozproszenie może spowodować błąd w algorytmie. To zaś nie spodobałoby się Markowi Gołaszewskiemu, który potrafił sowicie wynagradzać sukcesy swoich pracowników, ale też nie szczędził gorzkich słów, gdy mieli opóźnienia czy wkradały się pomyłki.

Leon najchętniej wyszedłby z biura już teraz, choć do końca pracy pozostały mu jeszcze dwie godziny. Potrzebował oddechu po wyczerpującym roku, a ostatnie upały przypominały o nadejściu lata i wyjeździe na urlop. Chciałby pozwolić sobie na częstsze wypady, ale to wiązało się z wysokimi kosztami. A przecież wciąż jeszcze spłacał kredyt zaciągnięty na zakup mieszkania. Do tego nienajmłodszy już Ford Focus wymagał wizyt u mechanika, a to również generowało koszty. Poza tym musiał mieć trochę zaskórniaków na niezaplanowane wydatki. Wiedział, że w tym względzie może liczyć wyłącznie na siebie.

Chłód klimatyzowanego niewielkiego pomieszczenia w starym budynku tuż przy rynku w centrum Iłży delikatnie osiadał na jego bladej skórze, nieprzywykłej do gorących promieni. W biurze zwykł zjawiać się wcześnie rano, a gdy zamykał za sobą drzwi, słońce chyliło się ku zachodowi. Niekiedy zdarzało się, że i tak musiał zabrać pracę do domu. O narzekaniu nie było mowy. Docenił fakt, że znalazł zatrudnienie na miejscu i nie musi dojeżdżać kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów w poszukiwaniu pracy. W jego sytuacji stanowiłoby to nie lada problem, a tych i tak miał aż nadto.

Zerknął na wyświetlającą się w dole ekranu godzinę i wylogował się z systemu. Zamknął leżące wokół komputera skoroszyty i schował je do szuflady. Potem uprzątnął spinacze i długopisy, a gdy biurko było już puste, zarzucił plecak na ramię i opuścił biuro. Czekał na niego dwutygodniowy wypoczynek z daleka od monitora. Właśnie kroczył wąskim korytarzem w stronę schodów, gdy dostrzegł zmierzającego z przeciwnej strony szefa.

Krępy i znacznie od niego niższy mężczyzna wyraźnie ucieszył się na jego widok. Podchodząc, podrapał się po łysinie i z miną osoby znającej jakąś tajemnicę odezwał się do pracownika:

– Weekendzik czas zacząć?

– Weekendzik, a potem urlop – przypomniał Leon i poprawił plecak, w którym oprócz kanapek zwykł nosić też laptop. Rzadko się zdarzało, aby w ogóle go uruchamiał, ale przywykł do zabierania sprzętu z domu, by mieć go pod ręką w razie czego.

– W przyszłym tygodniu? – upewnił się Gołaszewski i zmarszczył krzaczaste brwi, których pielęgnacją od czasu do czasu zajmowała się lokalna kosmetyczka. – A niech to! – Pacnął się w czoło.

Leon przyglądał się przełożonemu z niemałym zaciekawieniem. I choć znali się od blisko trzech lat, to rzadko widywał go tak zaskoczonego.

– Myślałem, że wyjeżdżasz dopiero za tydzień, i zgodziłem się dać Gańskiej kilka dni urlopu na żądanie. Jej młodsza córka ma jakiś zabieg i Natalia chciała zostać z nią w szpitalu.

Natalia i jej córki. Dwie przychodzące na świat rok po roku latorośle bez przerwy chorowały, kichały albo doznawały jakichś urazów, przez co miejscowa przychodnia stała się niemal ich drugim domem. A że szef też był ojcem dwóch córek, to w odczuciu Leona faworyzował pracownicę.

– Jutro wyjeżdżam do Kołobrzegu – napomknął Hoser i poprawił coraz bardziej ciążący mu plecak.

– Musisz to przełożyć, bo właśnie rozmawiałem z głównym informatykiem w Mlekolandzie i w ich systemie jest jakiś błąd, przez co nie mogą robić sera. Produkcja stoi, a odbiorcy upominają się o towar.

– Ale znalezienie błędu może trwać kilka dni – jęknął.

– Wiem, dlatego musisz przesunąć urlop o tydzień.

– Wykluczone! – zaoponował, wiedział bowiem, z jakim rozczarowaniem w domu jest to związane. – Mam już opłacony pobyt i wykupione bilety na pociąg.

– Nie mamy innego wyjścia. – Marek wzruszył ramionami.

Leon zrobił wstrzymywany od paru chwil wydech i przetarł czoło wierzchem dłoni. Ze względu na oszczędności nie zamontowano klimatyzatora na korytarzu i duszne, lepkie powietrze kleiło się tu do ciała.

– Jutro, jak dojadę na miejsce, to zaloguję się do ich systemu i wszystko posprawdzam – obiecał nieco wbrew wcześniej przyjętym zasadom, że na urlopie nie będzie pracował. Z dwojga złego wolał jednak taki scenariusz niż marudzenie szefa.

– Musisz to zrobić w Mlekolandzie, bo wiesz, że ten ich informatyk do lotnych nie należy i nie zakuma, co ma zrobić, żeby wyeliminować błędy. Potem jeszcze testowanie i praca nad usprawnieniem systemu.

– Ale naprawdę nie mogę zrezygnować z tego wyjazdu – jęknął ponownie niczym zbity pies. – Obiecałem – dodał, czując palącą gulę w gardle. Owszem, praca była niezmiernie ważna, bo w innym razie nie mógłby sobie pozwolić na wakacyjny wyjazd, ale życie rodzinne również miało swoje prawa.

Gołaszewski potarł nastroszoną brew, jakby chciał jej nadać wyrafinowany kształt, który by znacznie poprawił jego samopoczucie. Też już jedną nogą był na weekendowym wypadzie do Zakopanego. Potrzebował relaksu po całym tygodniu szarpaniny z nowym klientem, który sowicie płacił za obsługę swojej firmy, ale też nie krygował się w stawianiu wymagań. A ponieważ te wciąż się zmieniały, podpisanie intratnej umowy zajęło kilkanaście dni i kosztowało go mnóstwo energii.

– Postaram się jakoś ci pomóc, ale musisz zostać – dodał Gołaszewski tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Przesuń urlop o tydzień, a ja nie zapomnę o premii na pokrycie strat finansowych i moralnych – zapewnił, po czym poklepał pracownika po ramieniu i wrócił do swojego gabinetu, by zawiadomić dyrekcję Mlekolandu o rychłej pomocy.

Tymczasem Leon cofnął się do biura po firmowy laptop, a następnie poczłapał do drzwi wyjściowych. Ledwie kilka minut temu niemal stopami nie dotykał podłogi, myśląc już o zasłużonym urlopie. Teraz najchętniej nie pokazywałby się w domu, nie chcąc stawać twarzą w twarz z rzeczywistością.

Niemal nie pamiętał drogi przebytej z siedziby firmy do Forda zaparkowanego w pobliżu kościoła. Prawie codziennie zostawiał tu auto, by nie kluczyć wąskimi uliczkami w poszukiwaniu lepszego miejsca. Wybrukowany plac w centrum miasta oraz przylegające do niego uliczki tonęły w kwiatach wychylających kolorowe główki z różnej wielkości donic. Leon pamiętał czasy, gdy zamiast szarości betonu plac skrzył się zielenią starych drzew. Jako wyrostek niekiedy przybiegał do pobliskiej cukierni i za uciułane od babki drobniaki kupował jagodziankę albo lody śmietankowe.

Na to wspomnienie znów poczuł smak tamtych łakoci, które nieodłącznie wiązały się z czasem beztroski i młodzieńczych szaleństw. Teraz rzadko pozwalał sobie na momenty zapomnienia.

Gdy otworzył drzwi Forda, gorące powietrze wylało się z samochodu niczym lawa wypływająca z krateru. Odczekał chwilę, wiedząc, że klimatyzacja nie zdoła sobie tak szybko poradzić z nadmiarem ciepła we wnętrzu. W głowie miał tylko jedną myśl i dotyczyła ona kwestii zmiany planów. Pojmował, że ma zaledwie kilka minut na opracowanie nowej strategii i znalezienie dostatecznie dobrej wymówki, która uratuje go przed widokiem zawodu w oczach osoby, którą kochał ponad własne życie. Nie chciał nikogo rozczarować, a już na pewno nie dopuszczał do siebie myśli, że byłby w stanie to zrobić komuś bliskiemu. Doskonale wiedział, jak to jest być po tej drugiej stronie. Nieraz czuł, jak jego oczekiwania czy plany obracają się wniwecz tylko dlatego, że ktoś, na kogo chciał liczyć, zawodził. I to wiele razy.

Wreszcie wsiadł do samochodu i uruchomił silnik. Powoli wyjechał na ulicę i okrążył rynek. Jak zawsze spojrzał na wiekowy zamek biskupi i na górującą nad nim wieżę. Chętnie wdrapałby się na sam szczyt, by rozejrzeć się po okolicy. Widok znajomych budynków, wijących się wokół wzgórza dróg, ale przede wszystkim rozległa przestrzeń poprzecinana różnobarwnymi skrawkami pól, łąk i lasów dawały mu namiastkę wolności, o której niekiedy potajemnie marzył.

Dzisiaj nie miał czasu na wędrówkę, dlatego nacisnął pedał gazu i oddalił się od wzgórza. Po chwili dotarł pod kamienicę na obrzeżach miasta. Choć wykupione tu mieszkanie należało do ciasnych, to poczucie, że jest jego właścicielem, dawało mu dużą satysfakcję. W tej chwili jednak zabrakło energii zwykle towarzyszącej mu, gdy wspinał się na pierwsze piętro. Wiele by oddał, żeby mieć lepsze wieści i nie musieć się mierzyć z uczuciem zawodu.

Zaraz po otwarciu niedawno zamontowanych nowych drzwi poczuł zapach świeżo parzonej kawy. Wiedział, że nawet w najbardziej upalne dni matka nie odmawia sobie wypicia dwóch filiżanek aromatycznej mokki.

– Tatulek! Tatulek wrócił – zakomunikował siedzący na środku niewielkiego przedpokoju ośmiolatek z rozczochraną grzywką, która od dawna wymagała skrócenia, ale jej właściciel uparcie odmawiał wizyty u fryzjera.

Leon zrzucił buty i podszedł do synka.

– Hej, chłopaku. Stęskniłem się za tobą – powiedział, kątem oka spoglądając na rozłożoną w przejściu walizkę.

– A chłopaki tęsknią? – zapytał malec po cichu, by pozostająca w kuchni babcia niczego nie usłyszała.

– Pewnie, że tęsknią – odparł ojciec i przytulił chude ciałko jedynaka.

Antoś wyswobodził się z objęć ojca i zerknął na jego twarz.

– A mama mówiła, że chłopaki nie płaczą – stwierdził, marszcząc czoło.

– Chłopaki mogą i tęsknić, i płakać, jak przyjdzie im na to ochota – oświadczyła Zyta Hoser, stając na progu kuchni z kubkiem kawy w ręce. – Ale teraz nie ma co tracić czasu na pogaduszki, tylko najwyższa pora na pakowanie.

– Ja już upchnąłem swoje rzeczy do walizki. – Antek pokazał na piętrzące się w nieładzie rzeczy. Po jednej stronie leżały ubrania, a po drugiej kilka par butów i najnowszy zakup – płetwy oraz maska do nurkowania. – Jeszcze koło ratunkowe! – przypomniał sobie i pobiegł do pokoju po dmuchaną zabawkę.

Leon ciężko opadł na podłogę. Miał wrażenie, że ściany się jeszcze skurczyły i za moment go zgniotą. Pozbawione okien miejsce nagle stało się przytłaczające. Oparł łokcie o kolana, a twarz ukrył w dłoniach. Tak bardzo pragnął tego wyjazdu. Obiecał synkowi, że w tym roku pojadą nad morze. Już kilka tygodni temu zarezerwował bilety i opłacił pobyt w renomowanym ośrodku uzdrowiskowym, gdzie miał nadzieję nieco podreperować zdrowie swoje, ale przede wszystkim Antka. Chłopiec bowiem, odkąd rozpoczął naukę w szkole, bardzo chorował. Częste infekcje gardła i gorsze samopoczucie przyczyniły się do utraty apetytu, a to znów pociągnęło za sobą spadek masy ciała. Opiekująca się dzieckiem lekarka przepisywała kolejne medykamenty na uodpornienie, ale nie przyniosły one spektakularnej poprawy stanu zdrowia malca. Ostatecznie podsunęła pomysł wyjazdu do nadmorskiego uzdrowiska, gdzie Antoś mógłby skorzystać z inhalacji czy naświetlań specjalnymi lampami, ale również zmienić klimat.

– Antek od rana jest w siódmym niebie i ledwie wytrzymał do obiadu. Później już nie dał się przekonać, dlatego przyjechaliśmy ciut wcześniej – wyszeptała matka, co rusz spoglądając na drzwi prowadzące do pokoju wnuka. – Nie wiem, czy on dzisiaj w ogóle zaśnie. Bez przerwy opowiada o budowaniu zamków z piasku i zabawach z falami. A wczoraj przed snem zażyczył sobie, żebym przeczytała mu Baśń o rybaku i złotej rybce. Nie masz pojęcia, jak słuchał z zapartym tchem, a potem dopytywał, czy takie ryby można spotkać w Bałtyku – dodała z uśmiechem na ustach.

– Trochę się skomplikowało – zaczął Leon, wyjmując niechlujnie wrzucone do walizki rzeczy.

– Co się stało?

– Nie możemy…

– Tatulku, ale obiecałeś, że będę mógł zabrać wędkę – wtrącił Antek, widząc ojca opróżniającego bagaż.

– Zabierzemy, ale do plecaka, bo inaczej może się popsuć – wyjaśnił Hoser i ostrożnie odłożył sprzęt na bok.

– Jesteś najlepszy! – Chłopczyk podniósł dłoń i zaczekał, aż ojciec w nią klepnie.

Leon poczuł przebiegający po plecach zimny dreszcz, choć w mieszkaniu było gorąco. Nie mógł dłużej podsycać nadziei dziecka na jutrzejszy wyjazd.

– Musimy schować te wszystkie rzeczy, bo na razie zostajemy w Iłży – oświadczył.

Antek najpierw szeroko otworzył oczy, a potem chwycił się pod boki i naburmuszył. Robił tak wtedy, gdy coś nie szło po jego myśli. Był przekonany, że to w tę sobotę wyjeżdżają. Przez ostatnie dni kilka razy upewniał się co do terminu i babcia zawsze potwierdzała. Od jutra miał z ojcem pluskać się w morzu, łowić ryby i pływać na kole kupionym tego samego dnia, gdy zapadła decyzja o wyjeździe na Wybrzeże.

– Dlaczego nie jedziemy? – zapytał, wciąż mocno nasrożony.

– Muszę zostać w pracy jeszcze przez tydzień, ale to nie znaczy, że rezygnujemy z wakacji nad morzem. – Ojciec pospieszył z wyjaśnieniem, bo w oczach malca dostrzegł czające się łzy. – Dostanę też premię, więc będziemy mogli codziennie kupować lody – obiecywał. – Albo frytki.

Chłopiec wyraźnie walczył z drżącym podbródkiem. Wizja łakoci kusiła, bo na co dzień ani ojciec, ani babka nie pozwalali na słodkości. Tylko w weekendy na podwieczorek jedli ciasto własnoręcznie przygotowywane przez Zytę i podrzucane, gdy zjawiała się z obiadem na dwa dni.

– Ech, no dobrze – westchnął Leon.

Malec bez słowa wciągnął walizkę do swojego pokoju, a potem zabrał wszystkie wypakowane z niej rzeczy. Po chwili z pomieszczenia dobiegły odgłosy wyjmowanych z pudełka klocków. To oznaczało, że w najbliższym czasie nie wyściubi nosa na zewnątrz.

Leon przejechał dłonią po brodzie i w zamyśleniu ją głaskał. Często tak robił, gdy nad czymś intensywnie myślał. Pozostawała jeszcze jedna ważna kwestia do załatwienia.

– Nie mam pojęcia, co pocznę z Antkiem przez ten tydzień – przyznał wreszcie i podniósł się z podłogi, choć jej chłód sprawiał mu przyjemność.

– Może odwołam te badania – zasugerowała Zyta.

– Nie ma mowy. Czekałaś na nie pół roku.

– To poczekam kolejne pół.

– Wolę, żebyś miała to już za sobą i żeby lekarze mogli wreszcie zająć się twoim leczeniem.

– Złego licho nie weźmie – przekomarzała się, choć od długich miesięcy nie było jej do śmiechu, gdy silny i nieustępliwy ból głowy odbierał jej radość z codzienności. Parę razy zdarzyło się, że nie była w stanie odebrać wnuka ze szkoły. Wtedy musiał zaczekać na ojca w świetlicy. Teraz nadszedł czas na pogłębioną diagnostykę i kilkudniowy pobyt w szpitalu w Radomiu.

Leon wszedł do kuchni i zaczekał na matkę. Gdy usiedli przy okrągłym stoliku wielkości talerza, sięgnął po świeżo usmażonego naleśnika i rozsmarował na nim dżem truskawkowy. Potem całość sprawnie zrolował i odgryzł pierwszy kęs. Od śniadania niczego nie miał w ustach. Nie chciał tracić czasu na posiłek w pomieszczeniu socjalnym, a szef nie znosił, gdy ktoś trzymał coś do jedzenia przy komputerze.

– Zadzwonię do Wiktorii – obwieścił zrezygnowany i nałożył sobie kolejnego naleśnika.

– Wiesz, że to nie jest najlepszy pomysł. – Matka przewróciła oczyma, na co dzień kryjącymi się za szkłami w grubych czarnych oprawkach.

– Wiem, ale lepszego nie mam – odparł i zatopił zęby w placku, który w tej samej chwili stracił słodki posmak truskawek jeszcze do niedawana beztrosko rosnących na polu.

Rozdział I

Duszne, suche powietrze wciskało się do mieszkań, w których pozostawiono otwarte na oścież okna w nadziei, że noc przyniesie długo wyczekiwanych chłód. Ustępujący z nieba księżyc jak gdyby nigdy nic ciągnął za sobą bladą poświatę, pozostawiając miejsce garnącemu się do prażenia słońcu. Ostatnie chwile przed wschodem jeszcze pachniały snem i spokojem.

Leon machinalnie wystawił nogę spod cienkiego prześcieradła, którym zwykł się przykrywać w czasie gorących nocy, ale jakiś wewnętrzny niepokój nie pozwalał na głębszy sen. Znów zmienił pozycję, mając poczucie, że bliżej nieokreślona siła dociska go do łóżka. We śnie wyswobodził się z okrycia i z trudem łapał powietrze, jakby każdy haust decydował o tym, czy przeżyje. Dłuższe włosy, które nosił od czasów studenckich, zdążyły się posklejać od potu i przylgnąć do głowy. Grzywka opadła mu na twarz, choć zmieniała swe ułożenie za każdym razem, gdy jej właściciel przyjmował nową pozycję.

Wreszcie poranne niebo przeszył błysk, odsłaniając widok garbatych chmur, które niczym wielbłądy dźwigały wodę. Niemal jednocześnie rozległ się dźwięk przypominający krztuszenie się i charczenie.

Leon poderwał się z łóżka i dopadł do okna. Wciąż zaspanym wzrokiem spoglądał w chwilowo zalaną szarością pustkę. Kolejne wyładowania pięły się po niebie niczym błyszczące pajęcze sieci. Pierwsze krople, ciężkie od wyłapywanego w locie pyłu, zadzwoniły o parapet. Po chwili szum deszczu wypełnił dźwiękami przestrzeń pomiędzy głośnymi wyładowaniami atmosferycznymi.

Hoser niechętnie zamknął okno, nie wpuszczając do środka chłodniejszego powietrza. Obawiał się jednak, że coraz intensywniejsze opady przeleją się przez parapet i zamoczą nowe panele, które tak pieczołowicie układał popołudniami przez kilka dni. Powoli przeszedł pod drzwi pokoju synka i cicho zajarzał do środka. Malec spokojnie oddychał. Jak zwykle odrzucone na bok przykrycie odsłaniało jego drobną postać. Ojciec na palcach zbliżył się do łóżka i otulił Antka cienkim kocykiem ozdobionych wizerunkami bohaterów z Psiego Patrolu, których malec bardzo sobie upodobał i których szukał na każdym wybieranym produkcie. Niekiedy Leon starał się zaoponować, by uświadomić dziecku, że nie zawsze warto płacić krocie za wizerunek ulubieńców. Wówczas musiał się uzbroić w cierpliwość i przygotować na liczne pytania i dociekania, bo synek nie zwykł odpuszczać i szybko przyjmować do wiadomości choćby najbardziej przekonujących argumentów. Dlatego gdy Hoser był zbyt zmęczony na dyskusje, bez słowa płacił za kolejną rzecz firmowaną przez producenta ulubionej bajki syna.

Rozjaśniony na chwilę pokój dziecka znów utonął w szarości. Leon wiedział, że nie ma sensu kłaść się do łóżka, bo nie zaśnie. Przemknął więc do łazienki i wziął długi chłodny prysznic. Rozbudzony, zajął się przygotowaniem śniadania dla synka. Nie umiał przyrządzać wymyślnych posiłków, dlatego obiady chętnie przyjmował od matki. Na śniadanie czy kolację serwował kanapki. W ostateczności potrafił też usmażyć jajecznicę. Do omletu zabierał się już kilka razy, bo bardzo mu smakował, ale nigdy nie udało mu się przerzucić masy jajecznej na drugą stronę bez uszczerbku dla dania. Zazwyczaj potrawa traciła kształt i nie przypominała idealnie okrągłego placka.

Dzisiaj miał więcej czasu niż zwykle, dlatego zaplanował grzanki z mozzarellą i chudą kiełbasą drobiową. Kiedyś matka doradziła mu, aby dla wydobycia smaku posypał kanapki ziołami prowansalskimi albo bazylią.

Oprószone ziołami kromki wsunął do rozgrzanego piekarnika i zajął się przygotowaniem herbaty. Zapach włoskich przypraw w mig otulił maleńką kuchnię i wzmógł apetyt Leona. Kiedy posiłek był już gotowy, ojciec postawił grzanki na stole i poszedł obudzić synka.

– Nie jestem głodny – odezwał się malec i jednocześnie przeciągnął się na łóżku.

– Musisz coś zjeść przed wyjściem z domu.

– A nie mogę później?

– Niedługo wychodzimy.

– To zjem coś u mamy.

– Nie – oświadczył ojciec stanowczo. – Czekam w kuchni – dodał i nie chcąc kontynuować rozmowy, wycofał się z pokoju syna.

Chłopiec nie lubił, gdy tata był tak stanowczy. W takich chwilach czuł, że to nienajlepszy moment na kaprysy czy upór. Doskonale wiedział, że w niektórych kwestiach lepiej zrobić to, czego od niego oczekiwano. I choć wciąż nie pojmował, dlaczego każde spotkanie z mamą powodowało dziwne napięcie w ich domu, to nie śmiał o to pytać ojca.

Leon spojrzał na wchodzącego do kuchni synka i spróbował się uśmiechnąć, choć w głębi duszy wciąż czuł niepokój. Długo bił się z myślami, zanim zadzwonił do Wiktorii i poprosił ją o opiekę nad ich synkiem. Robił to tylko w sytuacjach podbramkowych, a ta do takich należała. W weekend poświęcił kilka godzin na monitoring systemu zakładu mleczarskiego, łudząc się, że zdoła szybko namierzyć problem, a potem znaleźć rozwiązanie. Niestety niczego nie ustalił, więc dzisiaj rano zamierzał pojechać na miejsce, by rozpocząć żmudną pracę. Kołobrzeska plaża musiała zaczekać. Antek nie mógł zostać bez opieki, choć w wypadku jego matki to słowo stanowiło określenie nad wyraz niefortunne.

– Mama ma dzisiaj wolne? – zapytał synek, wyrywając ojca z zamyślenia.

– Miała to załatwić.

– To może pójdziemy na ryby. – Oczy dziecka rozbłysły nadzieją.

– Najlepiej będzie, jak zostaniecie w domu i poukładasz puzzle. Spakowałem dwa komplety, więc nie będziesz się nudził. – Pokazał na plecak, z którego wystawało jeszcze kilka innych pudełek z grami.

Leon wolał dmuchać na zimne i przygotować różne zabawy, które wypełnią Antosiowi cały czas pobytu u matki. Wiedział, że nuda pobudza wyobraźnię, a wtedy hamulce mogę puścić. Jazdę bez trzymanki znosił na własnej skórze przez kilka lat. To kosztowało go mnóstwo nieprzespanych nocy i pracę po godzinach, by zarobić na spłatę wierzycieli. Wciąż pamiętał, z jakimi obawami wychodził za próg wynajmowanego wówczas mieszkania. Nigdy nie wiedział, kto na niego czyha i czego zażąda, twierdząc, że mu się to należy. Niepewność go obezwładniała i pozbawiała chęci do działania. Do tej pory nie wiedział, jak by się potoczyło jego życie, gdyby nie synek. Dla niego zdołał znaleźć w sobie siłę i iść dalej. Kiedy więc wraz z rozpoczęciem edukacji Antek zaczął często chorować, ojciec szukał sposobów, by temu zaradzić.

Każdy opuszczony w szkole dzień nie tylko wiązał się z nadrabianiem materiału, ale również generował problem z zapewnieniem opieki dziecku. Zyta Hoser doskonale znała sytuację jedynaka i wspierała go całym sercem. Starała się być na każde zawołanie, gdy tylko zachodziła taka potrzeba, ale po nagłej śmierci męża i ona miewała trudne dni. Ukrywała to przed synem i wnukiem, wiedząc, że żaden z nich nie potrzebuje dodatkowych zmartwień. Niekiedy jednak ciało odmawiało jej posłuszeństwa i nie chciało słuchać głowy nakazującej wstać z łóżka i wyjść na długi spacer, choćby na wzgórze zamkowe.

– Gotowy? – Leon założył synowi plecak na ramiona i otworzył drzwi na klatkę schodową.

Skinienie głową miało wystarczyć za odpowiedź. Antek miał już bowiem inny temat do rozmowy. Wiedział, że zwierzęta wyczuwają nadejście burzy i zarówno przed nią, jak i po jej zakończeniu nieco inaczej się zachowują. Ta sama zasada dotyczyła ryb, które od zawsze ciekawiły chłopca. Lubił oglądać filmiki, w których wędkarze przechwalali się swoimi zdobyczami, ale też cenił sobie te, w których opowiadali o warunkach sprzyjających łowieniu oraz o tym, jak się do niego przygotować.

Po zajęciu miejsc w Fordzie Hoser zupełnie przestał słuchać syna, w myślach wybiegając do czekających na niego obowiązków. Kolejne długie godziny ślęczenia przed monitorem. Na szczęście dzień zapowiadał się znacznie chłodniejszy, a tym samym przyjemniejszy. Leon wmawiał sobie, że właśnie tak będzie.

Powoli przejechał na drugi koniec Iłży, starając się uważać na mijane kałuże, by nie ochlapać nielicznych pieszych spieszących po pieczywo i warzywa na śniadanie. To mu przypomniało, że po pracy musi się jeszcze udać na zakupy. Lodówka świeciła pustkami.

Chwilę później zaparkował przed bramą domku jednorodzinnego i pomógł synkowi wysiąść. Zanim podeszli do furtki, dostrzegli zmierzającą w ich kierunku młodą kobietę, która niewprawnemu obserwatorowi mogła się pomylić z krnąbrną nastolatką, co to lubi często zmieniać kolor włosów na różowy, fioletowy bądź niebieski, a przy tym wcale nie martwi się faktem, że nosi zbyt kuse spodniczki i ledwie zakrywające biust topy.

Hoser za każdym razem, gdy spotykał matkę swojego syna, zastanawiał się, co dziewięć lat temu w niej zobaczył, że stracił czujność i uległ urokowi znacznie młodszej od siebie kobiety. Może sądził, że w ten sposób odzyska przemijającą młodość? A może zadecydowała irracjonalna wiara w to, że zdoła zmienić Wiktorię?

– Hejka! – krzyknęła, zanim przekręciła klucz w zamku i wpuściła gości. – Gotowy na zabawę? – zagaiła i poczochrała złociste, lekko pofalowane włosy synka.

Kiedyś i jej włosy miały tak przyjemny dla oka odcień, ale zamarzyły się jej platynowe pukle, więc sięgnęła po farbę. Po kilku zabiegach jej własny odcień bardzo się zmienił i wyglądał jak sierść myszy. Uznała więc, że czas na bardziej radykalne zabiegi dotyczące koloru na głowie.

– Tu są ulubione gry Antka, więc nie powinien się nudzić – wyjaśnił Leon i przykucnął do synka, żeby się pożegnać. – Będę po ciebie najszybciej, jak to możliwe. Później pójdziemy na zakupy.

– Tatulku, a będę mógł sobie wybrać lizaka? – synek zarzucił dłonie na szyję ojca i z nadzieją przypatrywał się jego oliwkowym oczom, wokół których rozpięła się drobna pajęczyna zmarszczek.

– Pamiętasz, że dzisiaj jest poniedziałek?

Nadzieja na ominięcie zasad dotyczących jedzenia słodkości w tygodniu szybko zgasła w oczach dziecka, więc tylko przytulił się do ojca i ruszył za matką w stronę domu, w którym oprócz niej mieszkała jeszcze jego druga babka z mężem i dwie równie kolorowo ubierające się ciotki.

Widok dziecka odchodzącego z matką zawsze wywoływał w Leonie jakieś wewnętrzne rozedrganie. Wolałby mieć Antka na oku, ale Gołaszewski nie życzył sobie obecności dzieci w pracy. Już dostatecznie szedł Hoserowi na rękę i pozwalał pracować zdalnie, gdy Antek leżał w łóżku z kolejną infekcją.

Leon raz jeszcze przeanalizował brak innych możliwych rozwiązań i wrócił do auta. Szybko uruchomił silnik i wyjechał z osiedla na drogę wylotową prowadzącą do Radomia. Łudził się, że im szybciej zacznie pracę, tym wcześniej wyłapie błąd paraliżujący funkcjonowanie zakładu mleczarskiego.

Niemal przez całą drogę zastanawiał się, czy dobrze zrobił, pozostawiając Antka pod opieką matki. Matki, która wciąż nie nauczyła się dostatecznie troszczyć o własne dziecko, rozumieć jego potrzeby i stawiać jego dobro ponad wszystko inne.

Macierzyństwo przyszło do Wiktorii niespodziewanie i nie pytało, czy jest na nie gotowa i czy zdoła zrezygnować z dotychczasowego życia na rzecz kiełkującego w niej nowego istnienia.

Związek z Hoserem, niemal o dekadę od niej starszym mężczyzną, stanowił spełnienie jej marzeń. Jego stabilna sytuacja finansowa dzięki pracy w warszawskiej firmie z branży teleinformatycznej mogła skusić niejedną mieszkankę Iłży, dla której stolica jawiła się jak metropolia, w której multikulturowość otwiera wiele możliwości. Położone nad Iłżanką niewielkie miasteczko nie dawało wielu perspektyw zarówno w kwestii zatrudnienia, jak i zamążpójścia. Młodzi chętnie wyjeżdżali za chlebem do większych aglomeracji. Z czasem to tam się osiadali na stałe i zakładali rodziny.

Wiktoria należała do tych, którzy pozostali na miejscu, choć nigdy nie pożegnała się z marzeniami o zostaniu właścicielką pięknego domu, luksusowego auta z napędem na cztery koła oraz rasowego psa, i to nie jazgoczącego chihuahuy, ale dorodnego, o niezwykle puszystej sierści golden retrievera. Gdy zatem na horyzoncie pojawił się Leon Hoser, mężczyzna pachnący drogimi perfumami, spoglądający na Iłżę i jej mieszkańców zza szyby perłowobiałego Lexusa, zrobiła wszystko, by ich drogi się przecięły, a potem przez długi czas nie zdołały się rozejść.

Leon strząsnął z siebie wspomnienia i zaparkował przed zakładem mleczarskim. Potem chwycił plecak z firmowym laptopem i opuścił samochód. Przyjemnie chłodny, choć pochmurny poranek przyniósł ulgę wysuszonym w połowie lipca trawom. Nawet liście, które miały przed sobą jeszcze kilka tygodni swobodnego tulenia się do drzew, bezsilne zalegały na trawnikach, żegnając się z krótkim żywotem.

Wciąż wilgotny beton z naniesionym piaskiem szeleścił pod sportowym obuwiem zmierzającego do części biurowej Leona. Nowoczesne przeszklone drzwi prowadziły do wnętrza wielkiej hali z wydzieloną częścią dla pracowników odpowiedzialnych za obsługę klientów oraz księgowość.

Hoser podszedł do recepcjonistki i poinformował o celu swego przyjazdu. Po chwili, która okazała się zbyt krótka na podjęcie decyzji, czy już zadzwonić do Wiktorii, pojawiła się młodziutka dziewczyna z zawieszonym na szyi identyfikatorem dowodzącym, że zajmuje stanowisko asystentki prezesa, i poprowadziła przybyłego do pomieszczenia socjalnego z niewielkim stołem otoczonym kilkoma krzesłami.

– Tutaj może się pan rozłożyć – oświadczyła, pokazując pomieszczenie bez choćby małego okna. Zamiast niego pod sufitem rozbłysły lampy jak w biurze.

– Nie ma jakiegoś spokojniejszego miejsca? – upewnił się, wiedząc, ile osób będzie tu zaglądać w ciągu dnia, by coś przekąsić czy czegoś się napić. W takich warunkach trudno mówić o skupieniu.

– Ale tu naprawdę jest cicho – zapewniła pracownica, a w jej głosie dało się wyczuć zniecierpliwienie.

– Nie chcę nikomu przeszkadzać – uderzył w inna nutę.

– O ile mi wiadomo, stukanie w klawisze komputera nie należy do najgłośniejszych czynności wykonywanych w tej firmie, więc bez obaw.

Tym razem na twarzy dziewczyny pojawiła się kpina, której nie znosił. Nie miał ochoty kontynuować rozmowy, przez którą jedynie zwlekał z rozpoczęciem pracy. Znał takie pupilki szefa, które wszystko wiedziały najlepiej, choć dopiero co wyszły z pieluch. Stanowisko asystentki czy sekretarki dostały jedynie dzięki protekcji, a potem puszyły się przed koleżankami, że mają takich czy innych znajomych.

Gdy został sam, rozłożył sprzęt. Czekała go żmudna robota. Obok laptopa położył komórkę. Lada moment zamierzał zadzwonić do Antka. Najpierw jednak musiał się zalogować do systemu. Sukcesywnie pokonywał kolejne zapory, aż wreszcie zagłębił się w technologiczne niuanse.

Pochłonięty pracą, stracił rachubę czasu. Zaskoczony, stwierdził, że dochodzi południe. Telefon wciąż milczał, a suchość w ustach przypomniała mu, że od śniadania niczego nie pił. Podszedł do wąskiej szafki z ekspresem i z górnej półki zdjął kubek. Potem uruchomił urządzenie. Oczekując, aż brązowy płyn zacznie się nalewać do naczynia, wybrał numer Wiktorii.

– Cześć, co u was? – odezwał się pierwszy.

– Świetnie – zaszczebiotała jak zawsze, gdy była czymś mocno podekscytowana.

Znał ten sposób mówienia i natychmiast podwoił czujność.

– Co porabiacie? – zapytał, jednocześnie nasłuchując odgłosów, które mogłyby wskazywać na to, czym zajmuje się Antek.

– Aktualnie?

Najchętniej po tym pytaniu rzuciłby wszystko i pojechał do domu Wiktorii, by spojrzeć jej w twarz, a potem wykrzyczeć, że nie ma czasu na jej zagrywki i głupie teksty.

– Co robicie? – wycedził przez zęby, w chwili gdy głośne pikanie ekspresu obwieściło, że proces nalewania kawy dobiegł końca.

– I po co te nerwy? – burknęła. – Nie pij więcej kawy, bo za bardzo cię pobudza – dodała, nie szczędząc ironii.

– Daj mi Antka do telefonu – warknął i oparł się o chłodną ścianę klimatyzowanego pomieszczenia.

– Chyba nie będziesz odrywał dziecka od malowania?

Oczywiście, że chciał usłyszeć od synka, że wszystko jest w porządku, a mama nie spuszcza go z oczu. Żądał tej wiedzy i najchętniej wykrzyczałby swoje oczekiwania do słuchawki. Jednocześnie nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby jego dziecko źle myślało o matce. W końcu to nie Antoś był winien tego, że na matkę wybrał mu kobietę, która nie miała pojęcia, czym jest odpowiedzialność.

– Powiedz mu, że dzwoniłem – bąknął i chwycił kubek, a potem ruszył do stołu.

– Tosiek, ojczulek dzwoni! – wrzasnęła, nie odsunąwszy telefonu od ust.

Leon aż podskoczył. Zanim się zorientował, na spodniach w okolicy ud pojawiła się plama kształtem przypominająca Afrykę. Zaklął siarczyście.

– To też mam powtórzyć? – podchwyciła Wiktoria.

Nie miał siły na dalszą dyskusję. Rozłączył się i rzucił telefon na stół. Obok postawił kubek i wrócił do zlewu, żeby znaleźć jakieś ręczniki. Najpierw gąbką spróbował wywabić ciemną plamę z jasnych spodni. Później tarł mokre miejsce papierowym ręcznikiem.

– Nie przeszkadzam? – Usłyszał głos pracownicy, dzięki której się tu znalazł.

Leon poczuł, jakby jego skóra na twarzy płonęła. Nie wiedział, gdzie ma podziać oczy i co zrobić z resztkami wilgotnego papieru. Pośpiesznie rozejrzał się w poszukiwaniu kosza na śmieci, a gdy tylko go namierzył, wyrzucił ręcznik i wrócił na swoje miejsce. Nie zamierzał się tłumaczyć, choć w pomieszczeniu wciąż unosił się gorzki zapach wstydu.

– Szef pyta, czy już pan coś znalazł? – ciągnęła asystentka prezesa, mierząc go wzrokiem.

– Jeszcze nie – przyznał i przysiadł na wcześniej zajmowanym miejscu.

– Szef będzie wdzięczny za jak najszybsze działania – dodała to, o czym Hoser doskonale wiedział.

Zanim zdążył coś odpowiedzieć, asystentka, która, gdyby się tylko odpowiednio wcześnie postarał, mogłaby być jego córką, opuściła pomieszczenie.

Pamiętał siebie z czasów studenckich, gdy ubiegał się o pierwszą pracę, żeby trochę odciążyć finansowo rodziców. Niemal zmiął swoje CV, oczekując na spotkanie z ewentualnym przełożonym. W czasie rozmowy rekrutacyjnej pocił się jak mysz, a język mu się plątał. Może gdyby wtedy umiał zawalczyć o siebie, otrzymałby znacznie wyższe wynagrodzenie, a później szybciej by awansował? Wtedy jednak myślał, że złapał Pana Boga za nogi. Pewności siebie nabrał znacznie później.

Głośno westchnął i pochylił się nad laptopem. Zegar nieubłaganie odmierzał czas.

Nawet nie spostrzegł, gdy w pomieszczeniu znów znalazła się rezolutna asystentka i z rękoma założonymi na piersiach czekała, aż zwróci na nią uwagę. Widocznie nie przywykła do tego, że ktoś może nie dostrzec jej obecności, bo po chwili odchrząknęła, manifestując swoją obecność.

– Nic – rzucił Leon, chwilowo przenosząc wzrok na dziewczynę. Jej idealnie proste włosy sięgały talii, a czarna sukienka, kończąca się znacznie powyżej kolan, kontrastowała ze słomkowym odcieniem pasm.

– Szef będzie wdzięczny…

– Pamiętam – przerwał jej w połowie zdania, które już słyszał wcześniej, po czym zerknął w dolny róg laptopa. Widząc, że minęło osiem godzin jego pracy, rozpoczął proces wylogowania się z sieci.

– Ale sam pan mówił, że jeszcze nie skończył – rzuciła, nie kryjąc zdziwienia.

– Jutro się tym zajmę – obiecał, nie przerywając pakowania sprzętu.

– Jutro? Jak jutro? – Patrzyła na Hosera z niedowierzaniem. – Trzeba dzisiaj. Natychmiast. Szef obiecał coś ekstra za pośpiech – tłumaczyła coraz szybciej i coraz bardziej wymachując rękoma.

– Obiecał, ale mój czas pracy dobiegł końca.

– Przecież dopiero parę minut po szesnastej.

– Właśnie, już po szesnastej, a ja muszę odebrać dziecko od… – Tu się zająknął, bo wciąż nie znalazł właściwego określenia dla tego, co go łączyło z Wiktorią. Nigdy nie stanęli na ślubnym kobiercu, choć gdy się dowiedział o ciąży, miał silną potrzebę wciśnięcia na jej palec pierścionka zaręczynowego i gdyby nie zdecydowany opór Zyty Hoser, jeszcze bardziej skomplikowałby sobie życie. – Od mojej eks – doprecyzował jedynym określeniem, które choć wyjątkowo krótkie, oddawało łączące go z Wiktorią relacje.

– Szefowi się to nie spodoba – zapewniła, a w jej głosie usłyszał nutę obawy, może nawet strachu.

– Mało mnie obchodzi pani szef, a mój zna sytuację. Już i tak przesunąłem urlop, żeby ogarnąć ten wasz bajzel – dodał i ruszył do wyjścia.

Czuł na sobie świdrujący wzrok asystentki prezesa, ale nie zamierzał skapitulować. Dostatecznie dużo zrobił, siedząc na niewygodnym krześle, w miejscu, gdzie nie było dostępu do światła dziennego. Zastanawiał się też, dlaczego przez tyle godzin nikt z pracowników nie pojawił się w pokoju socjalnym. Być może było inne, bardziej przyjazne miejsce, w którym kadra się posilała i odpoczywała?

Rozmyślając, doszedł do wyjścia z budynku. Skwar uderzył go bez ostrzeżenia. Po porannym chłodzie nie było śladu. Ciężkie od wilgoci powietrze pachniało dojrzałymi kłosami zbóż prężących się na pobliskich polach. Słońce, dumne z siebie, że nie musi przeciskać się pomiędzy chmurami, bez pośpiechu płynęło po niebie.

Leon rozpiął dwa górne guziki koszuli i odruchowo spojrzał na spodnie. Plama, choć zbladła, pozostała na swoim miejscu. Przysłonił ją plecakiem, mimo że na parkingu nie było żywej duszy. Otworzył drzwi auta i chwilę odczekał, żeby nieco się przewietrzyło. Potem wsiadł i wyjechał z parkingu. Jadąc, układał listę zakupów. Zwykle do sklepu zaglądał, zanim odebrał Antka od swojej matki, ale dzisiaj wolał mieć go przy sobie jak najwcześniej.

Gdy zaparkował przed domem rodziców Wiktorii, szybko wyskoczył z Forda i podszedł do furtki. Hałaśliwy dzwonek zawiadomił domowników o jego przybyciu. Po chwili ujrzał synka zmierzającego ku bramie w podskokach. Krocząca za nim matka niosła plecak z zabawkami i uśmiechała się od ucha do ucha.

Zupełnie inny nastrój ogarnął Leona, który z każdym krokiem syna coraz mocniej żałował, że rano się rozstali.

– Co się stało? – rzucił w stronę Wiktorii, gdy tylko Antek wysunął się za furtkę.

– Nic, tatulku – odparł malec, czując się wywołany do tablicy.

– Synuś, wsiadaj do auta – polecił i zamiast jak zwykle przytulić dziecko na powitanie, jedynie poklepał je po plecach. – Zapnij się pasem, bo muszę chwilę porozmawiać z mamą – wysyczał i przeniósł zamglony ze zdenerwowania wzrok na byłą partnerkę. Gdy tylko znalazła się na tyle blisko, że mogła usłyszeć jego szept, pochylił się nad nią i wybuchnął: – Czyś ty kompletnie oszalała?

– O co ci chodzi? – Spojrzała na niego zaskoczona. – Znów się czepiasz.

– Znów się czepiam? Ja się czepiam? Mówiłaś mi, że Antek maluje – warknął.

– Bo malował. – Wzruszyła ramionami.

– To dlaczego w takim razie sam jest umalowany?

– Bo chciał. Dobrze się przy tym bawił.

– Chciał pomalować sobie oczy i rzęsy?! A usta też chciał mieć kolorowe jak jego matka?! – dociekał coraz bardziej rozemocjonowany.

– A jeśli nawet, to co w tym złego? – burknęła i chwyciła się pod boki. – Myślisz, że tylko ty masz prawo być dla niego wzorem?

– Tak właśnie myślę! Sama do tego doprowadziłaś, więc nie mieszaj dzieciakowi w głowie i nie pokazuj mu głupot.

– To tylko makijaż. – Spuściła z tonu, wiedząc, że dostatecznie rozjuszyła Leona, który z każdym rokiem robił się coraz większym nudziarzem i kompletnie nie rozumiała, jak mogła się w nim zakochać.

– A nie zauważyłaś, że Antek nie jest Antosią?! – rzucił i nie czekając na odpowiedź, chwycił plecak syna i wsiadł do samochodu. Przekręcił kluczyk w stacyjce i nacisnął pedał gazu.

– Tatulku, jedziemy do domu czy na pizzę? – Antek przerwał ciszę.

– Najpierw musimy doprowadzić twoją twarz do porządku – mruknął, myśląc, czy ma w domu coś, co mogłoby posłużyć do zmycia makijażu.

Woda i mydło zawsze działały, ale wątpił, by poskutkowały w tym wypadku. Postanowił, że najpierw wstąpi do drogerii i kupi odpowiednie kosmetyki.

– Poczekaj na mnie. Zaraz wracam – oznajmił i wyskoczył z samochodu, gdy tylko zaparkował pod sklepem.

Po chwili wrócił z mleczkiem do demakijażu i wacikami. Bez słowa zabrał się do oczyszczania delikatnej skóry synka.

– Łaskocze – oświadczył Antek i się roześmiał, a w jego oczach pojawiły się iskierki szczęścia, które w chwilach radości rozjaśniały jego oblicze.

Ojciec zrobił kilka głębszych wdechów. Znów udało mu się zapanować nad sytuacją. Teraz mogli jechać na zakupy.

– Tatulku, jestem strasznie głodny – wyznał synek.

– Dawno jadłeś obiad?

– Obiadu nie było, tylko parę ciastek od cioci Jadzi.

– Co to za ciocia? – spytał, chowając kosmetyki do plecaka chłopca.

– Jakaś mamy klientka, co to przyszła, żeby ją pomalować, bo miała iść do fotografa na zdjęcia.

– I przez to mama nie zrobiła obiadu?

– Ta ciocia jest strasznie brzydka, więc mama musiała długo ją malować, żeby nadawała się do tych zdjęć.

Leon usiadł na fotelu dla kierowcy i zacisnął dłonie na kierownicy. Czuł się, jakby dopiero co przebiegł maraton i wszystkie siły witalne z niego uleciały. Znał ten stan, bo kiedyś dużo biegał. Siedząca praca wymagała jakiejś aktywności fizycznej. Wybrał jogging. Najpierw były krótkie dystanse, ale koledzy z firmy zarazili go pasją do długich tras. Uczestnictwo w pierwszym półmaratonie stanowiło nie lada wyzwanie, ale podołał. To zachęciło go do dalszego trenowania. Teraz nawet wdrapanie się na wzgórze zamkowe przyprawiało go o zadyszkę, ale obiecywał sobie, że za rok, może dwa, gdy tylko Antek nabierze odporności, zaczną wspólnie biegać.

Teraz jednak musiał zrobić zakupy i pomyśleć nad organizacją kolejnego dnia.

Hoser po wieczornej rozmowie z Wiktorią długo nie mógł zmrużyć oka, ale wciąż nie miał innej alternatywy i musiał pozostawić syna z jego matką. Niemal przymusił ją do tego, by obiecała, że wykaże się większym zaangażowaniem w opiekę nad dzieckiem i nie zapomni przygotować dla niego obiadu.

Była partnerka jak zwykle machnęła ręką na nadopiekuńczość Leona, ale dla świętego spokoju obiecała, że się bardziej postara. I choć wolał nie analizować przyrzeczenia, to we wtorek rano ponownie przywiózł synka do matki. Potem ruszył w drogę do Mlekolandu.

Znów wylądował w pokoju socjalnym i w samotności zajął się poszukiwaniami usterki. Przed południem trzykrotnie zadzwonił do Wiktorii i za każdym razem prosił o rozmowę z Antkiem. Upewniwszy się, że synka pochłania układanie puzzli, odetchnął i wreszcie w pełni skupił się na pracy.

Nie obyło się bez wizyt nadgorliwej asystentki prezesa, jej niezadowolonych westchnień i obietnic premii. Odpowiadał półsłówkami, nie chcąc tracić czasu na nic niewnoszące dyskusje. Tym razem znacznie ostrożniej niósł kawę do stolika, a potem powoli ją sączył, aż całkiem wystygła. Znów nie zdążył niczego zjeść, więc gdy odjeżdżał z parkingu, marzył o obiedzie. Na szczęście wczoraj ugotował całą torebkę makaronu, więc miał co odgrzać. Wystarczyło odkręcić słoik z sosem przyniesionym przez matkę, zanim położyła się na oddziale szpitalnym. Nie chciał dodawać jej zmartwień, więc podczas wczorajszej rozmowy zapewnił, że Wiktoria dobrze się spisała, opiekując się ich synem.

Parkując przed domem Pawłowskich, myślał tylko o tym, by jak najszybciej zabrać stąd dziecko. Pospiesznie wyskoczył z auta i przestępując z nogi na nogę, czekał na otwarcie furtki. Gdy ujrzał Antosia, podniósł wysoko brwi. Chłopic uśmiechał się od ucha do ucha, a w ręku trzymał długi, choć niezbyt gruby patyk zakończony siatką.

– Tatulku, zobacz, co dla mnie zrobił dziadek – zawołał i pomachał nową zabawką.

– To na ryby? – upewnił się Leon.

– Jak jakaś się złapała, to wtedy ja leciałem z siatką i pomagałem dziadkowi ją wyjąć – tłumaczył zaaferowany, przenosząc wzrok z ojca na użyteczny przedmiot.

– Byliście nad rzeką? – Hoser poczuł, że nogi się pod nim uginają.

– Lepiej, żebyśmy się nudzili w domu? – prychnęła Wiktoria i podała mu plecak synka.

– Przecież mieliście tyle gier – przypomniał Leon, patrząc na Antka.

– Ile można grać i układać? – gderała.

– Dziadek pozwolił mi zarzucać wędkę – ekscytował się malec.

– Prosiłem, żebyś się nim zajęła – wycedził przez zęby Leon.

– I zajęłam się. Przed wyjściem na ryby zjadł kanapki, a po powrocie dostał podwójną porcję ciasta ze śliwkami.

– A gdyby wpadł do rzeki?

– Tatulku, przecież prawie umiem pływać. Pamiętasz, że sam mnie chwaliłeś, bo potrafię długo wstrzymać powietrze pod wodą? – podsunął, mając w pamięci kąpiele w wannie i jednoczesne nurkowanie.

Leon powoli skinął głową, a potem odprowadził dziecko do auta. Gdy zamknął za nim drzwi, wrócił do Wiktorii.

– Jutro żadnych wyjść nad rzekę – rzucił jej prosto w twarz. – Ani z tobą, ani z nikim z twojej rodziny. Jasne?

– Nudziarz. Co ja w tobie widziałam? – odburknęła.

– I wzajemnie!

Wskoczył do Forda i wyjechał z bocznej uliczki. Przez całą drogę coś w nim krzyczało, że nie powinien kolejny raz zaufać Wiktorii. Już sam nie był pewien, czy nie byłoby lepiej zostawić synka w mieszkaniu zamkniętym na klucz i dzwonić do niego co jakiś czas.

Nieodpowiedzialność i niedojrzałość byłej partnerki stanowiły najważniejszy argument, dzięki któremu sąd to jemu powierzył prawo do sprawowania opieki nad Antosiem. Leon nie chciał pozbawić Wiktorii praw rodzicielskich, wiedząc, jak ważna jest więź matki z dzieckiem. Sam, choć dorosły, niekiedy radził się matki zwłaszcza w kwestiach wychowawczych. Zyta Hoser, emerytowana nauczycielka szkolnej biblioteki w Iłży, miała duże doświadczenie w postępowaniu z dziećmi, więc była skarbnicą wiedzy.

– Jutro też zawieziesz mnie do mamy? – upewnił się Antek. – Może znów pójdziemy nad rzekę.

– Wolę, żebyś się nie szwendał nad wodą – zaczął Leon, ale widząc we wstecznym lusterku smutną minę dziecka, dodał szybko: – Może jutro uda mi się wyjść chwilę wcześniej, to razem pojedziemy zarzucić wędki. Weźmiemy kanapki i zostaniemy do wieczora.

Okrzyki radości wypełniły całą wolną przestarzeń w samochodzie, a Leon wiedział, że jutro czeka go intensywny czas i musi wymyślić wiarygodną wymówkę, która pozwoli mu ominąć cerbera w sukience asystentki prezesa i wcześniej wyjść z pracy. Na szczęście dzisiaj wpadł już na trop, który być może jutro przyczyni się do rozwiązania problemów zakładu.

Leon, mając w pamięci poprzedni dzień, w którym pracował na podwójnych obrotach, by móc wyjść wcześniej niż zwykle, w czwartkowy poranek znacznie spokojniejszym krokiem wszedł do pomieszczenia socjalnego i rozłożył sprzęt.

Powrót do domu po zmroku, a potem jeszcze kąpiel synka i utulenie go do snu przeciągnęły się niemal do północy, przez co dzisiaj żadnemu z nich rano nie chciało się wstać. Zanim więc laptop się włączył, Leon podszedł do ekspresu i nastawił program. Potrzebował mocnej kawy i wcale nie miał na myśli małej porcji, którą można by wypić na raz. Podstawił kubek i przyglądał się skapującemu niemal czarnemu płynowi. Zapach mocno palonej kawy momentalnie wypełnił niewielkie pomieszczenie. Chociaż zazwyczaj Hoser pił gorzką mokkę, to dzisiaj potrzebował energii w każdej postaci. Zajrzał więc do szafek w poszukiwaniu cukru.

– Tak pachnie, że nie wytrzymałam – obwieściła ściszonym głosem szczupła kobieta w wieku emerytalnym, która niczym zjawa pojawiła się w progu, a potem chwyciła kubek i z przepraszającym wyrazem twarzy zniknęła.

– To… moje… – zdążył wydukać, ale nie doczekał się żadnej reakcji. – O co tu biega? – zastanawiał się, nie odrywając wzroku od drzwi. Wreszcie odwrócił się do ekspresu i podstawił kolejny kubek. Tym razem nie wypuścił porcelanowego uszka z dłoni.

Kiedy zasiadł przy stole, w pierwszej kolejności pociągnął niewielki łyk parzącego usta napoju. Kawa musiała być mocna i gorąca nawet latem. Inaczej traciła smak. Ciepło rozeszło się po ciele Hosera, a przesączający się do krwiobiegu cukier rzeczywiście dodał mu energii. Już po chwili Leon zajął się pracą.

Zgodnie z założeniem był na ostatniej prostej. Wczoraj namierzył kilka błędów, które szybko określił mianem wirusa wpuszczonego przez kogoś mało życzliwego. Dzisiaj zostało mu usunięcie intruza z sieci oraz założenie nowych zabezpieczeń, aby sytuacja szybko się nie powtórzyła.

Zajęty pracą, tylko raz zadzwonił do Wiktorii. Wolał wierzyć jej zapewnieniom, że wszystko jest w porządku. Wczoraj rzeczywiście stanęła na wysokości zadania i spędziła z synem dzień na układaniu puzzli i przygotowaniu sernika na zimno, którym później poczęstowano Hosera.

Czując ucisk w pęcherzu, Leon wyszedł na korytarz i pospieszył do toalety. Tutaj również nigdy nie stał w kolejce. Wszedł do środka i już otwierał drzwi do kabiny, gdy poczuł, jak ktoś go trąca. Odwrócił się i wówczas ujrzał tę samą kobietę co rano.

– Przepraszam, ale muszę pierwsza – pisnęła i wskoczyła do kabiny.

Zanim się zorientował, usłyszał przekręcany w drzwiach zamek. Stał jak sparaliżowany. Wiedział, że powinien opuścić toaletę i poczekać na zewnątrz, by dać kobiecie poczucie komfortu, ale wciąż nie potrafił pojąć, co tu się dzieje.

– Jest pan tam? – Tym razem głos pracownicy był znacznie donośniejszy.

– Jestem… Już wychodzę…

– Niech pan zostanie. Mnie to nie przeszkadza. Już się przyzwyczaiłam. Inaczej trwałoby to jeszcze dłużej. A tak jedna sika, druga myje ręce, a trzecia odpisuje na SMS-a.

– To trzeba tak w biegu? – zapytał, wciąż czując skrępowanie sytuacją.

– Wybór jest pomiędzy noszeniem pieluch a robieniem wszystkiego na wariata.

Leon oparł się o sterylnie czystą umywalkę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Podkrążone oczy i zmierzwione włosy, których nie zdążył rano rozczesać, stanowiły ledwie widoczny problem, któremu zdoła zaradzić, stwierdził, gdy tylko nieco odetchnie po pracy. Pozostająca za drzwiami kabiny kobieta miała znacznie mniejsze szanse na szybkie zmiany w swoim zawodowym życiu.

– Macie tu tyle roboty? – dociekał, patrząc, jak wychodzi i podbiega do umywalki.

Odsunął się, by zrobić miejsce.

– Tyle roboty i szefa… – Urwała, spoglądając w stronę drzwi wyjściowych. – Wie pan, każdy chce pracować, żeby przeżyć.

– Ale to nie znaczy, że musicie się godzić na takie traktowanie.

Kobieta kilkoma wprawnymi ruchami obmyła dłonie, po czym niezwłocznie je wytarła.

– Panie, a gdzie tu szukać innej roboty? – bąknęła. – Do emerytury zostały mi dwa lata, to co ja będę marudzić. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – dodała i bez pożegnania opuściła toaletę.

Hoser jeszcze chwilę stał w pustym pomieszczeniu, analizując to, co zaszło. Nie przypuszczał, że wciąż istnieją zakłady pracy, gdzie pracownicy są niemal niewolnikami. Nic dziwnego, że nikogo nie widywał w pokoju socjalnym. Kto chciałby się narazić szefowi? Osobiście nie wyobrażał sobie takiego traktowania drugiego człowieka. W Warszawie, gdzie przez lata pracował, panowały znacznie lepsze warunki zatrudnienia. Pracodawcy doceniali zaangażowanie kadry i byli w stanie sporo zaoferować, by zatrzymać w firmie rzetelnego pracownika. Jak widać nie wszędzie obowiązywała ta zasada.

Zniesmaczony swym odkryciem, szybko załatwił potrzebę i niezwłocznie opuścił budynek. Miał dość tego miejsca. Marzył o porządnym obiedzie i odpoczynku. Gdy tylko odjechał z parkingu, zadzwonił do Marka i zdał mu szczegółowy raport z tego, co wykonał. Potem zakomunikował, że od jutra idzie na urlop, żeby przygotować się do wyjazdu. Podziękował za premię i przyjął życzenia udanego wypoczynku. Właśnie takiego oczekiwał.

Po zakończeniu rozmowy z przełożonym wybrał numer Wiktorii, żeby powiadomić ją, iż niebawem odbierze Antosia. Po trzech sygnałach poczuł, że fala gorąca rozchodzi się po jego ciele. Znów przed oczyma stanęły mu sytuacje, w których nie miał pewności, czy jego syn pozostaje pod opieką kogokolwiek. Za każdym razem wyrzucał sobie, że znów dał się podejść i obdarzył kredytem zaufania niewłaściwą osobę.

– Cześć, tatulku. – Dziecięcy głos wyrwał go zamyślenia.

– Cześć, smyku – wydukał Leon, próbując zagłuszyć przykre podszepty. – Co porabiacie?

– Jedziemy autem mamy.

– A gdzie jesteście? – W głowie ojca natychmiast zaświeciła się czerwona lampka.

– Właśnie wjeżdżamy na podwórko.

– Skąd wracacie?

– Bo my… – zaczął, ale nagle połączenie zostało przerwane.

Hoser spojrzał na wyświetlacz, a gdy tylko ten się wygasił, chciał ponownie wybrać numer. Nie zdążył, gdyż w tym samym czasie telefon się rozdzwonił.

– Cześć, mamo – odezwał się podenerwowany.

– Co się stało? – Zyta natychmiast wyczuła nastrój jedynaka.

– W sumie… to jeszcze nie wiem, ale dzień bez przygód w wykonaniu Wiktorii to dzień stracony… – Westchnął.

– Żałuję, że tak się ułożył ten tydzień.

– Siła wyższa. Nikt z nas nie miał na to wpływu – zauważył i nie chcąc denerwować matki, zmienił temat: – O której jutro po ciebie przyjechać?

– Chcą mnie wypisać jeszcze przed obiadem. Po obchodzie będę miała konsultację z lekarzem, a potem będę wolna.

– Wyjedziemy po ciebie przed południem. Najwyżej zaczekamy w parku – stwierdził.

Zapanowała cisza. Kolejno mijane pola i łąki pozostawały w oddali. Leon nacisnął pedał gazu, chcąc jak najszybciej dotrzeć do domu Wiktorii.

– A wiesz, że dzwoniła do mnie Kamila?

Słowa matki sprawiły, że odruchowo zacisnął dłonie na kierownicy.

– Po co? – rzucił krótko.

– Chciała zapytać, co u mnie – odparła niby od niechcenia. – Powiedziałam jej, że wyjeżdżasz z Antkiem nad morze.

– A pytała o to?

– Nie musiała pytać…

– Mamo, to zamknięty etap ze szczenięcych lat, więc po co do tego wracać?

– To ona dzwoniła.

– Ale to ty jej o mnie opowiadasz, choć nieraz prosiłem cię, żebyś tego nie robiła.

– Leon…

– Daj jutro znać, jak będziesz miała wypis w ręku – uciął i się rozłączył.

Nie miał głowy do tego, by wracać do wspomnień sprzed niemal dwóch dekad, gdy uważał, że znalazł miłość życia. Później wystarczyło, że skończyli studia i ich uczucie zamieniło się w rozczarowanie i długoletni żal. Wiedział, że Kamila Waligórska od czasu do czasu dzwoni do jego matki, z którą zawsze miała dobry kontakt. Nawet po wyjeździe do Australii zawsze przysyłała kartkę z życzeniami świątecznymi oraz jakieś wyjątkowe drobiazgi, które Hoserowa nałogowo kolekcjonowała, a że sama przez całe życia liczyła się z każdym groszem, to szczególnie mocno doceniała te gesty byłej dziewczyny syna.

Wspomnienia towarzyszyły Leonowi aż do chwili, gdy dotarł do miasta. Dopiero tu zmusił się do większej koncentracji na drodze. Po dotarciu na Polną wyskoczył z auta i kilka razy nacisnął na dzwonek przy furtce. Po chwili dostrzegł zmierzającą ku niemu Wiktorię. Dwa kroki za matką ciągnął się synek.

– Co się stało? – Leon już wiedział, że coś jest na rzeczy.

– Wszystko dobrze – zapewniła Wiktoria i z dumą spojrzała na dziecko. – Zjadł podwójną porcję obiadu i teraz nie ma siły iść.

– Antoś? – Ojciec przykucnął, czekając, aż syn się do niego przytuli.

– Kurczaczki były takie pychaśne, że chciałem drugą porcję – przyznał maluch z przepraszającą miną.

Hoser objął syna i przez chwilę cieszył się jego obecnością. Szybko też wyczuł zapach smażeniny, którym przesiąkły włosy i odzież dziecka.

– A kto przygotował takie pyszne jedzonko? Pewnie pomagałeś w kuchni i dlatego mięsko było tak dobrze przyrządzone – dociekał Leon.

– Byłoby fajowo – odparł Antoś, a potem spojrzał w stronę stojącej obok Wiktorii. – Mamo, następnym razem zapytamy, czy wpuszczą minie do kuchni?

– Pewnie. – Mrugnęła porozumiewawczo.

Nie musiał pytać. Podejrzenia obsiadły go niczym komary żądne krwi.

– Pojechaliście gdzieś na jedzenie – odezwał się, nieco odsunąwszy dziecko od siebie, by móc mu spojrzeć w oczy.

– Mama zabrała mnie do Maca i tam było mnóstwo baloników, a frytki tak głośno chrupały – tłumaczył zaaferowany Antek.

– Miało nie być fast foodu – jęknął Leon i spojrzał z bezsilnością na byłą partnerkę.

– Daj spokój. To tylko raz. Przecież nic się nie stało – żachnęła się. – Nie zrzędź. Zobacz, jaki Tosiek jest zadowolony.

– Z bolącym brzuchem… – mruknął Hoser.

– Poboli i przejdzie, bo za dużo zjadł, ale ile miał przy tym radości. No nie, Tosiek? – Zerknęła na syna, a ten posłusznie skinął głową.

Doskonale pamiętał, o czym mama mówiła w samochodzie. Miał nie wydać ich tajemnicy o zjedzeniu niezdrowego posiłku zamiast obiadu, którego nie było komu dzisiaj ugotować, bo babcia Hania rano pojechała do jakiejś kuzynki pomóc jej zbierać maliny.

– Wiktoria, a co z naszymi ustaleniami? – Leon się wyprostował.

– Powinieneś się cieszyć, że Tosiek jest najedzony i szczęśliwy, a nie tylko szukać dziury w całym i na siłę udowadniać wszem i wobec, że znów zawiodłam – burknęła, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła w budynku.

W drodze do auta Leon wciąż kręcił głową. Jedno spojrzenie na nieprzyzwyczajone do takiego jedzenia dziecko wystarczyło, by zrozumiał, że po powrocie do domu musi zaparzyć podwójną porcję mięty do wypicia.

Świadomość, że to ostatni dzień opieki Wiktorii nad ich synem, dodała mu sił. Teraz czekał na niego upragniony wypoczynek nad Bałtykiem.

Redakcja

Monika Orłowska

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Aneta Krasińska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303986

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści