Opis

Autorzy: Małgorzata Binkowska, Katarzyna Rupiewicz, Szymon Gonera, Katarzyna Kubacka, Michał Cholewa, Helena Strokowska, Marcin Pawełczyk, Andrzej Trybuła, Iwona Surmik, Anna Głomb, Anna Kańtoch.


Sekcja literacka ŚKF w akcji

Jaki los czeka małą dziewczynkę i jej ojca osamotnionych w postapokaliptycznym zimowym świecie? Czy genetycznie udoskonalony detektyw rozwiąże sprawę brutalnych morderstw? Co wydarzyło się na LIsle dEscargot, jak kończy się przywołanie ducha Chopina i kim naprawdę jest syn śląskiego alchemika, który od najwcześniejszego dzieciństwa ma wrażenie, że wszyscy prócz niego żyją z jakąś straszną tajemnicą?

W „Światach równoległych” znajdziemy opowiadania zarówno autorów znanych i nagradzanych, jak i debiutantów. Znajdziemy SF twarde i humorystyczne, grozę, groteskę, kryminał oraz fantasy w różnych odcieniach. Wszystkie te teksty łączy jedno – udowadniają one, że jeśli szukać gdzieś literackich talentów, to przede wszystkim w Śląskim Klubie Fantastyki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ŚWIATY RÓWNOLEGŁE

antologia opowiadań fantastycznych

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2015

Redakcja: Joanna Ślużyńska

Korekta: Robert Wieczorek

Copyright © Oficyna wydawnicza RW2010

Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński

Grafika na okładce © Łukasz Forge-T Dudek 2014

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2015

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-121-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Dział handlowy: [email protected]

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Patronat medialny nad powieścią objęli:

Michał Cholewa – rocznik 1980, zamieszkały w Gliwicach. Z wykształcenia matematyk, z zamiłowania takoż. Członek Śląskiego Klubu Fantastyki, miłośnik George’a R. R. Martina, Stanisława Lema i Rogera Zelazny’ego. Opublikował opowiadania „Ognisko 11” w antologii „Epidemie i zarazy” oraz „Studnia” w internetowym magazynie „Esensja”. Wiosną 2012 roku nakładem wydawnictwa Ender ukazała się jego pierwsza powieść „Gambit”, rok później jej kontynuacja „Punkt cięcia”, a w 2014 trzecia część cyklu pod tytułem „Forta”.

Echo

Rick Dunham nie był pewien, czy szli trzy, czy cztery doby. Krótkie dni grudniowej Karelii niewiele różniły się od nocy, a zmęczenie i zimno odbierały zmysły, wypełniając wszystko srebrzystoszarą pustką otępienia. Od dłuższego czasu organizm litościwie oszczędzał mu kolejnych sygnałów alarmowych, a zajmował się już tylko poruszaniem stopami.

Szur, szur, szur.

Nie tyle kroki, co przesunięcia stóp po ciemnych płytach szosy.

Rick od dawna (doby? tygodnia? stulecia?) nie rejestrował niczego poza tymi szurnięciami. Nie czuł bólu w płucach, potęgującego się z każdym haustem mroźnego powietrza, z łatwością pokonującego materiał narciarskiego swetra. Zniknęło szarpanie rany na przedramieniu. Właściwie ledwo pamiętał, skąd ją ma.

– Tato... – Rick zmarszczył brwi. Głos docierał do niego stopniowo, jakby w kilku falach. Dobre kilka sekund zajęło mu umiejscowienie go w pamięci.

Siobhan. Dziewięciolatka, którą niósł na plecach. Córka. Kolejne fragmenty układanki wskakiwały na swoje miejsca. Pożar Kuopio. Decyzja o oddzieleniu się od pozostałych. Łuna za plecami, kiedy maszerowali na wschód. Czteropasmowa opustoszała droga do Joensuu.

Wygaszone systemy prowadzenia pojazdów. Samochody zamarłe na środku drogi lub porzucone w zaspach. I cisza, jakby byli jedynymi osobami na świecie.

– Słucham, malutka? – Sam miał problem z rozpoznaniem własnego głosu. Otępienie mijało, szybko wypierane przez strach. Siobhan nie była przyzwyczajona do surowego klimatu Finlandii i pomimo że oddał jej swoje okrycie, znosiła marsz bardzo źle. Po raz tysięczny pożałował, że nie poszedł z innymi na południe, do Helsinek. Jak on w ogóle mógł ryzykować życie dziecka? Maggie przecież była dorosła, dałaby sobie radę...

– Zimno mi... Kiedy dojdziemy? – Siobhan mówiła cicho, niemal szeptem. Od jakiegoś czasu przestała kaszleć czy nawet dygotać i Rick był niemal pewien, że nie miało to nic wspólnego z tym, że opatulił ją w dwie kurtki i nafaszerował podwójną dawką leków. Organizm dziecka zwyczajnie się poddawał.

– Już się zbliżamy. Niedawno widziałem tablicę. Trzy kilometry. Trzy kilometry to jak... minuta samochodem. I już będziemy w Joensuu, u mamy. – Z wysiłkiem opuścił dziewczynkę na ziemię i kucnął przy niej. Mięśnie nóg natychmiast zaprotestowały. – Myślisz, że damy radę przejść ten kawałek?

– Nie wiem. Jestem zmęczona. – Dziewięciolatka, zawinięta niczym w kokon w biało-czarną, sięgającą jej niemal do kostek narciarską kurtkę Ricka, ledwo trzymała się na nogach. Patrzyła na niego otępiałym spojrzeniem zielonych oczu, zwykle wesołych i błyszczących, teraz jakoś... wyblakłych, jakby usiłowała cała wtopić się w krajobraz. Wystające spod czapki kosmyki włosów, zwykle płomieniście rude, teraz wydawały się prawie szare. – Dlaczego mama nie dzwoni?

– Może próbuje, ale przecież nic nie działa. – Miał nadzieje, że zabrzmiał beztrosko. Sięgnął do kieszeni, by wydobyć czarny prostopadłościan komunikatora. Ostentacyjnie nacisnął kilka przycisków. – Widzisz? Popsuty.

– Aha.

– Ale mama na pewno czeka i się martwi, dlatego musimy iść szybko. Dasz radę? – Skorzystał z okazji, żeby pozacierać zgrabiałe ręce.

– Chcę spać. – Dziecko zadrobiło stopami ledwie widocznymi spod za długiej kurtki. – Zróbmy przerwę.

Dunham sięgnął do kieszeni po opakowanie Thermica. Potrząsnął nim, ale nie pomogło – kapsułki magicznie nie pojawiły się w pustym pudełku. Ostatnią dawkę zużył, kiedy zaczynali iść po odpoczynku, chyba kilka godzin temu.

– To już blisko. – Wyrzucił opakowanie w śnieg. – Nie ma sensu spać tutaj. Zrobimy tak: pójdziemy dalej, a żebyś się nie nudziła, będziemy sobie śpiewać zimową piosenkę.

– Na dużo zwrotek? – Przez drobną twarzyczkę Siobhan przemknął cień uśmiechu.

– Na dużo. Aż dotrzemy. – Rick poklepał córkę po ramieniu. – A teraz wskakuj na plecy, pingwinku.

– Nie jestem pingwinkiem. – Dziewczynka zachichotała odrobinę żywiej.

– W mojej kurtce wyglądasz jak pingwinek. Biało-czarna z krótkimi nóżkami. – Rick podniósł córkę i umieścił sobie na barkach. Płuca bolały go przy każdym oddechu, ale póki rozmawiali, mała nie zaśnie. – Rudy pingwinek.

– Nie jestem pingwinkiem! – Siobhan pacnęła go rękawem w czoło.

– A umiesz śpiewać?

– Pewnie, że umiem!

Bo idziemy do Joensuu

By zobaczyć mamę

Choć śnieg wszędzie dookoła

Zimie się nie damy

Śpiew nie był głośny, ale rozbijał ciszę, tworząc enklawę ciepła na opustoszałej drodze. Co jakiś czas Rick podskakiwał, wyrywając z podróżującej mu na ramionach córki wesołe chichoty. Płuca bolały go potwornie, ale robił, co mógł.

Starał się nie myśleć o Maggie, o tym, co zrobią, kiedy w Joensuu nie znajdą pomocy, kiedy trzeba będzie znowu nocować – tym razem bez leków.

Czy spotkamy podróżników

Przez północne drogi?

Niedźwiadka lub renifera

Albo trolle srogie!

Jeśli nie znajdą jedzenia. Jeśli mała się rozchoruje jeszcze bardziej albo on przekroczy granicę, za którą nie będzie mógł już jej chronić. Próbował, ale nie dawał rady.

Siobhan śpiewała coraz mocniejszym, choć niemiło zachrypniętym głosikiem.

Mężczyzna płakał.

***

Miasto wyrastało jakby wprost z lasu. Wysokie drzewa o gałęziach pokrytych grubą warstwą śniegu podchodziły na kilkanaście metrów do pierwszych zabudowań. Piosenka zamarła w pół słowa, mężczyzna i podróżujące mu na ramionach dziecko zatrzymali się, chłonąc nowy widok.

Niskie budynki mieszkalne pomalowano w pastelowe kolory, przez co sprawiały wrażenie jakby wypłowiałych. Tylko ozdoby świąteczne odcinały się od bladych ścian, przyciągając wzrok plamami jaskrawej czerwieni i złota zawieszonymi w zimowej bieli. Przy wąskich ulicach przycupnęły nieczynne sygnalizatory i równo rozstawione ostrzegawcze słupki. Kiedy byli jeszcze w Kuopio, tysiąc lat temu, Rick zapytał jednego z mieszkańców, po co ktokolwiek je stawia. „To proste” – odparł tamten. – „Jak napada, widać, gdzie zaczyna się droga”. Wtedy sądził, że to żart. Teraz nie był taki pewny.

Biały puch na nieodśnieżanych chodnikach skrzypiał przy każdym kroku, ale był to jedyny dźwięk, jaki rozcinał nienaturalną jak na miasto ciszę. Zupełnie inną niż ta, która towarzyszyła im od wyruszenia w drogę. Brak dźwięku w lesie jest czymś, co Rick mógł zrozumieć. Cisza w mieście... to zupełnie inna sprawa. Żadnego wiatru, odległego szumu, nic. Siobhan nieśmiało zanuciła kolejną strofkę piosenki, ale jej głos zdawał się gasnąć, jakby wsiąkał w śnieg.

– Widzisz? – Mężczyzna złapał się na tym, że mówi nieco zbyt głośno. Skrzywił się na kolejną eksplozję bólu w płucach. – Jesteśmy na miejscu. Teraz poszukamy mamy.

– Ciii... – syknęło dziecko przy samym uchu Ricka.

– Dlaczego? – Obrócił się zaskoczony, by spojrzeć w płonące gorączką zielone oczy córki. Siobhan rozejrzała się.

– Tu chyba nie wolno hałasować. – Dziewczynka prawie szeptała, ledwo poruszając spierzchniętymi wargami.

Rick ukrył uśmiech i pokiwał głową z udawaną powagą.

– Dobrze. Będziemy szli cichutko.

Krok za krokiem zagłębiali się w miasto, w sieć równych, zadbanych, choć białych teraz ulic. Joensuu nie wyglądało, jakby przeszła przez nie apokalipsa. Sprawiało raczej wrażenie zostawionego na moment, jakby nagle wszyscy mieszkańcy postanowili odwiedzić krewnych w innych częściach świata. Te nieliczne pojazdy, które porzucono na drodze, były pieczołowicie przykryte pokrowcami, na nienaruszonych witrynach sklepowych stały towary. Idąc w stronę centrum, widzieli węzeł kolejowy z pociągiem linii FinnRail, zamarłym w trakcie wjeżdżania na stację.

– Wszyscy chyba sobie poszli – wyszeptała Siobhan.

– Pewnie pojechali do Helsinek... – Odruchowo spojrzał na południe. Różowawa łuna zasnuwała tam niemal połowę nieba. Cokolwiek się stało, musiało bardziej dotknąć gęściej zaludnione rejony państwa. Z drugiej strony tam byli ludzie... tam pewnie była Maggie. Może jednak należało iść ze wszystkimi... Mężczyzna niezdecydowanie spojrzał wzdłuż pustej ulicy.

Wtedy właśnie zaczęło padać. Grube białe płatki w ciszy opadały na Joensuu, sprawiając, że wyglądało jak na świątecznym obrazku. W oczach pokrywały ulice, samochody, peron i obły dach pociągu FinnRail, natychmiast przylegały do ubrań i odkrytych twarzy. Hipnotycznie krążyły w mroźnym powietrzu, skupiając zmęczony wzrok. Jak taniec wróżek.

Siobhan kaszlnęła kilka razy, nieprzyjemnie i ciężko. Rick natychmiast otrząsnął się z odrętwienia. Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej plastikowy prostokąt – część folderu resortu sportowego. „Witaj w Karelii”, głosił krzykliwy napis, „europejskim centrum narciarstwa biegowego”. Na jednej stronie widniały kolorowe holo uśmiechniętych narciarzy i skydiverów, na drugiej połyskiwała bezużyteczna końcówka łącza danych. Cóż, dobrze, że wysilono się też na wydruk mapki... Chwilę wodził wzrokiem wzdłuż czarnych kresek ulic, aż znalazł to, czego szukał.

– Chodźmy, pingwinku. Pójdziemy najpierw po nowe leki dla ciebie i... – Przerwał. Ból w płucach uderzył nagle, wyrwał oddech i sprawił, że Rickowi zakręciło się w głowie. Przełknął kilka razy ślinę, starając się zwalczyć coraz silniejsze drżenie nóg. – I dla twojego starego ojca. Jak myślisz, dasz radę pójść?

– A to daleko? – Siobhan poruszyła mu się na ramionach i osłabiony mężczyzna z trudem utrzymał równowagę.

– Bliziutko. – Skupił spojrzenie na mapie. – Nie więcej niż piętnaście minut.

– Dobrze – zadecydowało dziecko, pozwalając się zestawić na ziemię. – To pójdę.

– Świetnie. Chodźmy. – Dunham zdobył się na słaby uśmiech i ruszył w kierunku, o ile dobrze odczytał mapę, szpitala. Siobhan dreptała obok, mocno ściskając jego rękę. Co jakiś czas kaszlała nieprzyjemnie i zaciskała mocniej drobną dłoń, jakby broniąc się przed upadkiem.

Umysł Ricka, mobilizując się do decydującego wysiłku, po kolei eliminował mniej ważne funkcje. W końcu w myślach pozostały tylko rytm kroków, nazwy ulic i ufny dziecięcy uścisk.

Szpital Główny Północnej Karelii był nowoczesnym kompleksem kilku budynków otoczonych wspólnym ogrodzeniem. Frontową ścianę najbliższego ulicy budynku zdobił jasnozielony krzyż, a na kilku lądowiskach stały biało-czerwone strumieniowce transportowe. Spory parking był niemal pusty, ledwie parę pojazdów. Dwie karetki przy izbie przyjęć. Całość zaskakiwała rozmiarem – Joensuu było niewielkim miastem i Rick spodziewał się małego, prowincjonalnego centrum medycznego.

– To tutaj? – wychrypiała Siobhan, po czym odkaszlnęła kilka razy. – To tutaj? – powtórzyła, tym razem czystszym tonem.

– Tak. Chodź do środka. – Przez chwilę walczył o nadanie głosowi jakiejkolwiek intonacji. Zrezygnował w pół zdania. – Tam wszystko jest. Odpoczniemy.

Razem przeszli obok pustej budki strażniczej i ruszyli w stronę podjazdu dla karetek. Rick nie wiedział co prawda, dokąd iść, ale sądził, że leki na wyziębienie powinny być gdzieś w izbie przyjęć.

Rozsuwane przezroczyste drzwi były na wpół otwarte, ale jakimś cudem śnieg nie napadał do wnętrza budynku. W środku pewnie będzie chłodno, jednak musiał tam istnieć jakiś system grzewczy, coś, co dałby radę uruchomić...

– Pysähtyä. – Głos nadpłynął z boku, zza właśnie miniętego ambulansu. Rozciął ciszę tak nagle, że Rick niemal podskoczył. Obrócił się, trochę za szybko, bo prawie stracił równowagę. Siobhan nagle pociągnięta za plecy ojca, w za dużej kurtce, potknęła się o własne nogi i upadła jak długa na ośnieżony beton parkingu.

Karabin. Mężczyzna naprzeciw niego trzymał karabin. Miał też białą kurtkę, nasunięte na czapkę gogle i ciężkie buty, ale liczył się tylko karabin.

– Nie rozumiem po fińsku... – Rick wyciągnął przed siebie uniesione ręce. Zrobił lekki krok w bok, usiłując stanąć między nieznajomym a z trudem podnoszącą się córką. – Proszę... Potrzebujemy tylko leków...

Oczy obcego zwęziły się na moment, po czym ruszył na Ricka. Szybko i pewnie, jakby wiedział, że mężczyzna nie będzie w stanie się bronić. A więc tak to się skończy.

Rick postąpił krok w kierunku napastnika, ale nie było go stać już na nic więcej. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a mózg zwyczajnie zrobił sobie przerwę, jakby zdecydował się umyć ręce od całej sytuacji. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał Rick Dunham, zanim ogarnęła go ciemność, był przerażony pisk Siobhan.

***

Eleanor Rave zabębniła palcami w pulpit dowódczy i osłoniła dłonią ziewnięcie.

– Radar, raport?

– Nadal nic, dowódco. Albo się przyczaiły, albo odleciały.

– Dziękuję. – Komandor pokiwała powoli głową. Wiadomość zdawała się dobra, więc czemu czuła jedynie niepewność?

Być może stanowiło to prostą funkcję zmęczenia. Zbyt długo już Pustułka trwała uwięziona na orbicie Księżyca. Ze wszystkimi systemami na najniższym możliwym poborze mocy. W ciągłym stanie podwyższonej gotowości bojowej. Cały czas w ukryciu.

Rave nie miała pojęcia, co robiły trzy okręty Imperium Chińskiego na orbicie Ziemi, jednak nie zamierzała ryzykować walki. Pustułka i tak ponad połowę przestrzeni przeznaczonej na uzbrojenie miała wypchaną sprzętem badawczym.

– Łączność? – zwróciła się do Vittario, przygarbionej nad swoim stanowiskiem. – Cokolwiek od grupy naziemnej?

– Status zielony na sondzie jeden i dwa, ale żadnych sygnałów – odparła młoda porucznik. – Sensory aktywne wyciszone, zgodnie z rozkazem.

– Rozumiem. – Rave złożyła dłonie w piramidkę. – Kontynuować nasłuch.

Bezsensowne zadanie, które już od początku nie szło dobrze. Pustułka została wysłana na Ziemię, aby odzyskać kilkanaście dokumentów z Kwatery Głównej Wojsk UE w Berlinie. Strategicznie ważnych, jak mówiono na odprawie. Rave uśmiechnęła się do siebie z przekąsem na samo wspomnienie. Wraz z pierwszym uderzeniem strategicznym wszystko stało się cokolwiek przeterminowane, a nawet gdyby jakimś cudem dokumenty miały jeszcze wartość, nie miały prawa przetrwać. Robota głupiego. Ale nie ona była od mówienia tego w Dowództwie.

Niszczyciel dowodzony przez Rave pojawił się w systemie Sol dwa dni temu. Oddział desantowy wysłali do Berlina już z orbity okołoziemskiej. Oczywiście jej ludzie nic nie znaleźli. Jakby można było liczyć na cokolwiek innego... Moersby zaczął właśnie zabierać się do powrotu na Pustułkę, kiedy jakby znikąd pojawiła się chińska eskadra, pewnie z podobnie głupim zadaniem ze strony Imperialnej Marynarki Wojennej. Gdyby Rave nie była taka wściekła, współczułaby Chińczykom, którzy pewnie myśleli o imperialnych dowódcach mniej więcej to samo, co ona o swoich. Tymczasem jednak Pustułka musiała się przyczaić, a grupa naziemna – czekać.

Początkowo Rave miała nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo: sześć, może dwanaście godzin. Powinna była wiedzieć lepiej. Trzydzieści sześć godzin – tyle czasu już musieli pozostawać w ukryciu, całkowicie niemal wyciszeni, rozładowując kondensatory termiczne tylko wtedy, kiedy mieli pewność, że nikt nie zauważy nagłych emisji ciepła. Załoga robiła się zmęczona, traciła szybkość reakcji, precyzję działania. Tak długi alarm bojowy nikomu dobrze nie robił. Nie to jednak było najgorsze.

Niedawno stracili kontakt z grupą naziemną. Ludzie Moersby’ego nie zgłosili się w cogodzinnym meldunku. Nic wcześniej nie zapowiadało problemów, poprzedni raport nie informował o żadnych trudnościach. Sekcja taktyczna próbowała wyciągnąć coś z dalekozasięgowych zdjęć, które dało się zrobić z orbity Księżyca, ale jak dotąd nie mieli żadnych sensownych pomysłów.

Rave westchnęła. Wszystko byłoby prostsze, gdyby nie Chińczycy. Można by po prostu wysłać grupę ratunkową, sondę, cokolwiek.

Tymczasem jednak Pustułka musiała się ukrywać, a jej załodze pozostawało skanować wszystkie częstotliwości radiowe i czekać.

***

Obudziła go nucona przez kogoś melodia. Była dziwna, pełna gwałtownych zwrotów i zawodzeń, nagłych skoków i zmian tonu, zupełnie jakby nucący usiłował naśladować tuzin instrumentów naraz. Przywodziła na myśl stare drewniane wioski, których hologramy widział w muzeach. Tańczyła wzdłuż linii wyobraźni, malując pejzaże pełne lasów, śniegu i zamarzniętych strumieni.

Rick otworzył oczy. Rozmyty obraz pomieszczenia zyskiwał ostrość. Najpierw zobaczył świecę. Dawno nie widział, żeby ktokolwiek używał świec, i przez chwilę łapał się na tym, że wpatruje się w jasny płomyk ognia nad syntwoskowym walcem. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca przełamał jej czar i rozejrzał się. Szczegóły pojawiały się powoli. Był w pokoju przypominającym szpitalną salę. Wygodne, przestronne wnętrze z centralnie położonym łóżkiem, kilkoma nieczynnymi teraz med-monitorami i zestawem dozowników. Ciemno ubrany pielęgniarz siedział na krzesełku przy drzwiach, nucąc pod nosem. No tak, przecież szli do szpitala. Może wszystko okazało się po prostu chorobą, złudzeniem wymęczonego organizmu...

Pielęgniarz przerwał nucenie i spojrzał na Ricka, który dopiero teraz zauważył, że mężczyzna ma wojskową kurtkę. I karabin, w tej chwili oparty o ścianę. Rick poderwał się, ale mięśnie po raz kolejny odmówiły mu posłuszeństwa.

– Spokojnie. – Obcy podniósł się, wyciągając otwarte dłonie. – Nic tu panu nie grozi.

Irlandczyk skupił się na nieznajomym. Mógł mieć koło sześćdziesiątki, o ile nie korzystał z chirurgii korekcyjnej. Sieć zmarszczek pokrywała mu twarz, a zarówno w ciemnych włosach, jak i w krótkiej brodzie wyraźnie odcinały się liczne siwe pasma. Mówił powoli z twardym północnym akcentem, pomiędzy każdymi dwoma słowami robił krótką przerwę. Wojskowa kurtka, teraz ciemnozielona, maskowała sylwetkę. Nie wyglądał niebezpiecznie. Gdyby nie broń, oczywiście.

– Gdzie moja córka? – Rick starał się nadać głosowi stanowczy ton, ale to, co udało mu się osiągnąć, było bardziej zbliżone do charkotu.

– W pokoju obok. Nie jest w dobrym stanie. Pan też nie. – Obcy potarł dłonią zarośnięty policzek. – Zapalenie płuc, pocałunek zimy. Nic dobrego.

– Chcę ją zobaczyć.

– Rozumiem. – Tamten natychmiast skinął głową. – Ale lepiej, jeśli ona będzie leżeć. Pójdzie pan ze mną?

Rick podniósł się z łóżka. Nogi niemal natychmiast ugięły się pod nim i  upadłby, ale nieznajomy mężczyzna był na miejscu. Silny chwyt pomógł Irlandczykowi utrzymać równowagę.

– Ostrożnie. Jest pan bardzo słaby. I proszę założyć coś na wierzch.

– Wszystko w porządku. – Dunham przez chwilę usiłował opanować zawroty głowy, wreszcie dał za wygraną i wsparł się na obcym. Dał też sobie narzucić na plecy wojskową kurtkę. – Wszystko w porządku.

Próbował iść sam, ale był zbyt słaby. Nawet wsparty na ramieniu starszego mężczyzny, z dużym trudem zdołał wyjść na korytarz.

Mroźne powietrze natychmiast wtargnęło do zmęczonych płuc, powodując tępy ból – dopiero teraz Rick zorientował się, że pokój musiał być jakoś dogrzewany. Korytarz był pusty, żadna pielęgniarka nie przemykała pomiędzy salami, nie słyszał żadnego z tysiąca dźwięków, jakie powinny wypełniać szpital. Przez duże okna widział padający na zewnątrz śnieg, nieco rozjaśniający ciemność długiej skandynawskiej nocy. Przez jedne z przezroczystych drzwi przebijała jasna poświata, zapewne świecy. Na przeciwległej ścianie delikatnie drgało olbrzymie 47, cień podświetlonego numeru pokoju.

Przykryta kilkoma kocami, ułożona na szpitalnym łóżku Siobhan wyglądała jak miniaturka samej siebie. Rysy drobnej twarzy były wyostrzone przez przeżycia ostatnich dni oraz migotliwe oświetlenie, a mocny zwykle połysk rudych włosów zdawał się blaknąć i wsiąkać w jasną pościel. Pierś dziewczynki unosiła się spokojnie, a pod przymkniętymi powiekami mógł dostrzec szybkie ruchy oczu. Siobhan śniła.

Rick głośno odetchnął i ruszył w stronę posłania tak szybko, że towarzyszący mu mężczyzna nie zdążył zareagować. Dunhamowi siły starczyło na dwa kroki i przed upadkiem powstrzymał go silny chwyt pod ramiona. Dopiero teraz zauważył, że w pomieszczeniu była jeszcze jedna osoba. Wojskowa maskująca kurtka drugiego z nieznajomych zlewała się ze ścianami, zresztą Rick i tak zwracał uwagę tylko na córkę.

– Proszę uważać. – Twardy akcent łamał słowa niczym lodowe ostrza. – Z pocałunkiem zimy nie ma żartów.

– Co z nią? – Irlandczyk bardzo chciał, żeby zabrzmiało to stanowczo, niestety z jego gardła wydobyło się tylko charkotliwe rzężenie. Najwyraźniej jednak obaj obcy zrozumieli.

– Chora. Wyczerpana. Zima zabija nieprzygotowanych. – Tym razem usłyszał głos niemal przy samym uchu. Stanowczymi ruchami nieznajomy posadził go na szpitalnym łóżku. Drugi mężczyzna był o wiele młodszy od towarzysza. Miał jasną krótką brodę i obserwował go czujnym spojrzeniem bladoniebieskich oczu. – Niedobrze budzić. Sen pomaga.

Rick pokiwał tylko głową. Siobhan żyła. Żyła i była w szpitalu. Teraz wszystko będzie dobrze. Wyciągnął dłoń i dotknął delikatnie rudej grzywki.

– Udało nam się, pingwinku – wyszeptał, czując na policzkach łzy radości. – Udało się...

W tym momencie niewiele brakowało mu do pełni szczęścia. Nie zwracał uwagi na brak elektrycznego światła ani na dziwną ciszę szpitala. Nie dostrzegał zatroskanych spojrzeń obu nieznajomych.

Starszy mężczyzna, który przedstawił się jako Passi, podszedł do okna i wyjrzał na zaśnieżony parking. Pomarszczone palce wybijały nierówny rytm na zielonym parapecie, a bladoniebieskie oczy wpatrywały się w zimową noc. Heino, jego młodszy towarzysz, siedział wraz z Rickiem przy szerokim stole w pomieszczeniu lekarzy, obejmując oburącz kubek parującej kawy.

Obaj Finowie mieli – rozpięte teraz – pokryte aktywnym kamuflażem wojskowe kurtki. Całe fragmenty ich ciał, ukryte pod materiałem, rozmywały się w półmroku oświetlanego chemiczną lampą pomieszczenia. Wydawali się niemal duchami, tylko częściowo obecnymi w tej rzeczywistości. Na lewym ramieniu Heino odcinała się okrągła naszywka, na której widniał ideogram satelity. Karabiny stały oparte o ścianę, ale był jakiś nieokreślony element w postawach (głosach? spojrzeniach?) obu mężczyzn. Element, który sugerował, że bez broni są równie groźni, co z nią.

– Przykro mi. Naprawdę. – Passi nie odrywał wzroku od wirujących za oknem płatków śniegu. – Że nie spotkał pan żony.

– Przyznaję, że jestem trochę... – Rick przerwał w pół zdania, aby odkaszlnąć. Płuca znowu zapiekły żywym ogniem. – Zagubiony.

– Wszyscy jesteśmy zagubieni. Zwłaszcza teraz.

– Panowie są wojskowymi?

Fin spuścił na chwilę wzrok. Irlandczyk mógłby przysiąc, że młodszy Heino znieruchomiał na to pytanie.

– Tak. – Passi nadal patrzył przez okno. Heino pokręcił zrezygnowany głową i opadł z powrotem na siedzenie.

– Może więc wiecie, panowie, co się dzieje? Dlaczego Kuopio zgasło, dlaczego Joensuu zostało opuszczone? Dlaczego cały kraj jest... pusty?

– Nie cały. Sądzę, że drogi na południe są pełne ludzi. – Po raz pierwszy Passi spojrzał prosto na Ricka. Niezbyt jasne światło chemiczne pogłębiło zmarszczki Fina i twarz mężczyzny wyglądała jak wyrzeźbiona w korze drzewa. – Południe to kierunek ewakuacji. Na południu łatwiej.

– Co łatwiej na południu? – Dunham spojrzał na Heino, ale ten uciekł wzrokiem.

– O ewakuację. – Twardy, ostry akcent starszego Fina sprawiał, że jego słowa brzmiały niczym zupełnie obcy język. – A jeśli braknie miejsc... I przeżyć łatwiej.

Rick bez słowa wpatrywał się w rozmówcę. Umysł walczył na najwyższych obrotach, starając się znaleźć interpretację słów Passiego, która prowadziłaby do jakichś łagodnych wniosków. Fin jednak nie zamierzał dać mu szansy. Odetchnął ciężko i kontynuował:

– Trzy dni temu wirus zaatakował SI sieci obronnej Unii... Placówek rządowych... Stacji kosmicznych – mówił powoli, jakby w myślach obracał każde słowo przed wypowiedzeniem. – W sześć sekund zniknęła łączność. Cała łączność. Po pięciu minutach zniszczono Zorzę.

– Zorzę...?

– Główną bazę Linii Północnej. Widzieliśmy łunę. Potem widzieliśmy podobną też na południu.

– Panie kapitanie. – Młodszy Fin spojrzał znacząco na Passiego i nerwowo przygryzł wargi, potem szybko powiedział kilka zdań po fińsku. Starszy mężczyzna tylko uśmiechnął się smutno i odpowiedział jednym słowem. Heino westchnął ciężko, lecz zamilkł.

– Nie wiemy, kto to. Ale na pewno sprawny myśliwy. W jednej chwili... – Passi uderzył nagle kantem jednej dłoni o drugą, jakby coś rozcinał – było prawie po wszystkim.

– Prawie? – Rick złapał się na tym, że bezwiednie zaciska pięści. – To znaczy, że była wojna? Że potem nas najechano? Że... – Atak kaszlu nadszedł nagle, długi, charkotliwy, rozrywający płuca na tysiące małych płonących kawałków. Młodszy Fin podskoczył natychmiast, aby podtrzymać zgiętego wpół Dunhama.

– Nie wiem. – Passi przetarł palcami powieki. – Jeśli tak, nie będzie mu łatwo. Tu, na wschodzie, na granicy Unii... Trzymaliśmy Yö. I uwolniliśmy je.

Odzyskujący równowagę po ataku kaszlu Rick spojrzał niepewnie na rozmówcę i zmarszczył brwi na obce słowo.

– Co takiego?

Przytrzymujący go Heino westchnął, zrezygnowany.

– Yö. Noc. – Starszy Fin zwrócił się ku oknu. Przez chwilę nic nie mówił, utkwiwszy wzrok gdzieś daleko w ciemnym krajobrazie ciemnego miasteczka. – Nanoboty EMP. Miliardy. Miały na celu zatrzymanie wrogiego sprzętu, zlikwidowanie SI, zniszczenie łączności... Jak widać, miecz był obosieczny.

– I wypuściliście coś takiego na ludzi? – W głowie Ricka wydarzenia z Kuopio zaczęły nagle układać się w sensowną całość. Ciemności, pożar, którego nikt nie gasił, zimno... – Co wy narobiliście?

Próbował podnieść głos, ale płuca zareagowały nieznośnym bólem, więc ograniczył się do pomruku.

– Nie my. Dowództwo. – Passi nie odwracał wzroku od okna. – Ale rozumiem tę decyzję. Wszystko wskazywało na inwazję.

– I teraz...

– Tak. – Mężczyzna pokiwał powoli głową, nagłe drgnięcie płomienia świecy ożywiło wąwozy zmarszczek na jego twarzy. Za oknem płatki śniegu powoli opadały na ciemne Joensuu. – Nie na stałe. Yö mają się wyłączyć w ciągu sześciu miesięcy. Jak wszystko się wyjaśni.

– Ale co się stanie teraz?! – wybuchnął Rick. Ignorując ból w piersiach, podszedł do starszego z Finów i szarpnął go za ramię, zmuszając do spojrzenia na siebie. – Co się stanie ze mną, z moim dzieckiem, gdzie mam szukać żony? Czy wy w ogóle wiecie, co się dzieje? Gdzie jest wojsko, ktokolwiek? Jeśli mieliście taką broń, to czemu się w żaden sposób nie zabezpieczyliście?

– Powinien pan usiąść, panie Dunham. – Passi nie wydawał się ani trochę zdenerwowany, tylko znużony. – Mieliśmy zabezpieczenia. Nie wiem, czemu nie zadziałały. Yö musiały się dostosować. Zmienić... Nie wiem.

– I ciągle liczycie na te sześć miesięcy?

– Tak. Mogą zmienić program, ale nie chemiczny skład materiału, z jakiego są zrobione.

– Jesteście pewni? – Krzyknąłby, ale nagły atak kaszlu przerwał mu w pół słowa.

Fin milczał. Rick przymknął oczy. Krótki wysiłek niemal całkowicie wyczerpał jego siły.

– Co teraz? – powtórzył pytanie niemal szeptem.

Passi skinął na młodszego Fina, który podszedł i pomógł Rickowi usiąść na jednym z foteli.

– Mamy radio. Zabezpieczony przed nano model, ale coś wysiadło w odbiorniku. Trudno mi powiedzieć co. Ma wbudowany lokalizator, powinien działać. Zostawimy wam też karabin i trochę zapasów. Leki macie tutaj.

Irlandczyk spojrzał z niedowierzaniem na Passiego i zamrugał kilka razy.

– Podczas gdy wy...?

– Udajemy się na południe, do punktu zbornego. – Fin przyczesał włosy palcami. – Musimy dowiedzieć się więcej. Pomóc.

– A co z nami, zostawicie nas tutaj?

– Nie pójdziecie, pocałunek zimy was zabije. – Passi lekko wzruszył ramionami. – Kiedy dołączymy do innych, przyślemy pomoc. Lekarza. Może transport. Informacje.

– Tutaj nic wam nie grozi, macie zapasy, leki, ciepłe ubrania... – włączył się Heino. Młodszy z Finów, kiedy już mówił, wydawał się swobodniej formułować zdania. – Bezpieczniej dla was zostać i poczekać. Wrócimy.

Rick Dunham powoli pokiwał głową i wbił wzrok w płomień świecy. Obaj żołnierze mieli rację. Nie wyobrażał sobie dalszego marszu przez zimę, zwłaszcza z dzieckiem. Tutaj było wszystko, czego potrzebowali do przetrwania. Tylko że to stawiało jego i Siobhan na krawędzi. Popełni jeden błąd i córka – chora dziewięcioletnia dziewczynka – zostanie sama, bez opieki, bez nikogo, do kogo mogłaby się chociaż odezwać.

Nie mógł przecież powiedzieć, że potwornie się boi samotności w tym białym, cichym, obcym świecie.

Finowie wyruszyli o świcie krótkiego północnego dnia, kiedy stalowe chmury stały nisko na niebie, a ich kolor zlewał się z szarawym horyzontem, widocznym ponad niskimi budynkami przedmieść. Rick obserwował ich odejście przez okno szpitala, stojąc obok niewielkiego stosu zapasów, które zostawili. Ledwo widoczne dzięki maskującym kurtkom sylwetki przeszły przez szpitalny parking, znacząc śnieg dwiema liniami śladów. Przez jakiś czas widać je było jeszcze na drodze, kiedy szły w stronę wiaduktu rozpiętego nad nieruchomym pociągiem FinnRail. Jeden z Finów – Rick nie potrafił powiedzieć który – obrócił się i pomachał na pożegnanie. Irlandczyk odmachał, choć wiedział, że tamci nie mogą zobaczyć gestu przez jednostronnie przepuszczalne okna. Nie potrafił zmusić się do odejścia od parapetu jeszcze długo po tym, jak obaj żołnierze zniknęli w zimowym krajobrazie uśpionego miasta.

W końcu zmobilizował się do przejrzenia zapasów i notatek, które przygotował dla niego Passi. Bezdyskusyjnie najcenniejsza była niewielka, gęsto zapisana kartka, zapełniona nazwami leków i informacjami na temat dawkowania. Najwyraźniej starszy Fin o leczeniu zapalenia płuc wiedział naprawdę dużo, bo wyczerpujące wskazówki obejmowały nawet możliwe zamienniki i właściwą dietę. Kilka paczek lekarstw leżało na niewielkim stoliku przy łóżku nadal śpiącej Siobhan. Trzy wojskowe racje żywnościowe powinny pozwolić Rickowi działać, dopóki nie znajdzie czegoś w porzuconych domach. Kilka pałeczek chemicznego światła i dwie grube świece mogły okazać się bezcenne, jeśli problemy z elektroniką będą aż tak poważne; na wagę złota były też chemiczne grzejniki – żołnierze zostawili oba, które posiadali. Pospiesznie przejrzana instrukcja mówiła, że powinny zapewnić Rickowi i Siobhan dwie noce względnego ciepła.

Całości dopełniał załadowany karabin oraz masywna konsola radia. Pozbawiona interfejsu holograficznego i komputera komunikacyjnego wyglądała jak relikt poprzedniej epoki – zapewne była to cena przynajmniej częściowej odporności na działanie broni EMP. Według słów Passiego z ogniwem nie powinno być żadnych problemów, nawet gdyby urządzenie było włączone cały czas. Fin nauczył Ricka obsługiwać nadajnik – podobno sprawny, choć Bóg jeden wiedział, jak żołnierz to sprawdził – i spisał kilkanaście ważnych częstotliwości, które dało się wybrać staroświeckim potencjometrem.

Wszystko to pozwalało przetrwać najbliższy dzień, może dwa, ale nie więcej.

Wkrótce trzeba będzie opuścić budynek szpitala.

Obudził Siobhan kilka godzin później, zgodnie z wytycznymi z kartki Passiego. Teraz, w szpitalnym łóżku, uderzyła gorączka. Dziecko było całe rozpalone i Rick miał wrażenie, że ledwo go rozpoznaje.

– Hej, pingwinku, zgadnij, co będziemy robić? – mamrotał bardziej do siebie niż do dziewczynki, wsadzając kapsułkę leku w pneumatyczny dozownik. – Podamy ci lekarstwo. Pan doktor mówi, że od niego zaraz poczujesz się lepiej.

Zatrzask urządzenia zaskoczył dopiero za trzecim razem. Mężczyzna podwinął rękaw dziecięcej bluzy.

– Zaraz wszystko będzie dobrze, wiesz? – Przyłożył końcówkę dozownika do drobnego ramienia i z najwyższym trudem stłumił atak kaszlu. – Ma nic nie boleć, ale jeśli poczujesz szczypanie, to bądź dzielna.

Czy aby na pewno wziął ten lek, który powinien? Cofnął dłoń i zerknął raz jeszcze na opakowanie leku, a potem na kartkę. Nazwa się zgadzała. Znowu przystawił urządzenie do skóry dziecka.

– No dobrze, to na trzy... – mruknął do siebie. Siobhan spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. – Raz... dwa... i trzy. Widzisz? Już po wszystkim.

Odłożył pusty dozownik i sięgnął po manierkę. Leżący na podgrzewaczu chemicznym pojemnik nie był idealnie ciepły, ale to musiało wystarczyć. Podtrzymując głowę Siobhan, wlał kilka łyków letniej wody pomiędzy spierzchnięte wargi.

– Widzisz, dostałaś lekarstwo, napiłaś się, teraz tylko czekać, aż zadziała. – Odłożył manierkę i przetarł brzegiem prześcieradła brodę córki. – Jakże by to wyglądało, gdyby pingwinek był chory przez zimę, co?

– Tata? – Spojrzenie zielonych oczu nagle stało się bardzo skupione. – Gdzie jesteśmy?

– U doktora. – Rick pogłaskał córkę. Rude włosy ostro kontrastowały z bielą poduszki.

– Mama też tu jest?

– Nie, mama pojechała nas szukać. – Mężczyzna uciekł wzrokiem. – Czy to nie zabawne: my szukaliśmy jej, a ona szuka nas.

– Jak w bajce o kogutku? – Słaby uśmiech ożywił niemal kredowobiałą twarz. – Śmieszne.

– Właśnie, bardzo śmieszne. Wiesz co? – Rick odkaszlnął kilka razy i z niepokojem spojrzał na własne drżące dłonie. Trzeba będzie się samemu zaprawić lekami... – Pomyślałem sobie, że posiedzimy tu jakiś czas i poczekamy. Całkiem tu wygodnie, prawda? A mama, jak wróci, znajdzie nas bez trudu.

– Może po prostu zadzwońmy? – Dziewczynka kaszlnęła, najpierw raz, a potem całą serią krótkich kaszlnięć, miotających drobną główką po poduszce. Podał jej manierkę i przez chwilę piła chciwie. Potem opadła na łóżko. Cień bólu zakłócił zielony połysk oczu.

– Nie możemy. – Rick Dunham uśmiechnął się smutno. Jak wytłumaczyć dziecku, co się wydarzyło? Jak mu powiedzieć, że cały kraj, może świat, zmienił się z dnia na dzień i nigdy już nie będzie taki sam? – Rozłącza cały czas. Pewnie mamie się coś popsuło.

– Aha... To będziemy musieli poczekać, aż naprawi. – Siobhan mówiła coraz ciszej, jej głos powoli przechodził w mamrotanie. Najwyraźniej te kilka zdań już ją zmęczyło.

– Nie martw się, poczekamy. Tata pójdzie do sklepu i zrobi kolację, a ty się prześpij, zgoda?

– Mhm.

– I siedź pod kołdrą, dobrze?

– Mhm.

Dziewczynka lekko ścisnęła dłoń ojca, przymknęła oczy i po chwili już spała.

Rick powoli wyplątał dłoń z uścisku córki i wstał. Teraz dopiero widział, że nie jest z nim dobrze. Czuł się słabo, miał zawroty głowy i dziwne wrażenie, że traci ostrość widzenia. Najeżona kolcami bólu bryła w płucach prawie całkowicie pozbawiała go możliwości oddechu. Sięgnął po kartkę z opisem leków. Rozmyślnie zignorował te, które aplikował Siobhan, i skupił się na środkach wzmacniających. Nie potrzebował teraz lekarstwa, które położy go na kilka dni – potrzebował sił, choćby krótkotrwale. Czekała go wyprawa po zapasy.

Rausz podwójnej dawki środków wzmacniających sprawił, że poczuł się praktycznie zdrowy. Ból w płucach minął, regularne odkasływanie nie powodowało już spazmów całego ciała. Wiedział, że pewnie przyjdzie mu za chwilowe polepszenie zapłacić, ale to nastąpi później. Tymczasem miał wiele do zrobienia.

***

Joensuu powitało go ciszą. Śnieg przestał padać, pozostawiając wygładzony, nieruchomy krajobraz. Nawet skuta lodem rzeka pokryta była białym puchem. Na czystym nocnym niebie – ołowianoszare chmury zniknęły gdzieś bez śladu – tkwiła jasna tarcza księżyca i choć blade słońce zaszło już dawno temu, zdawało się, że w Joensuu jest widno jak w dzień, że nic nie może się ukryć przed srebrnym blaskiem. Ostry księżycowy cień Irlandczyka sunął obok właściciela po śniegu, a jego kontury załamywały się na nierównościach. Rick miał wrażenie, że wędruje po obrazie, jednym z tych wielkich holograficznych dzieł, które oglądał z Siobhan w dublińskim muzeum.

Szedł wzdłuż białych, nieodśnieżonych ulic, mijał wystawy zamkniętych sklepów. Elektronika, zabawki, buty. Niestrzeżony sklep z zabawkami – kiedy był mały, stanowiło to jedno z jego najbardziej żywych marzeń. Teraz miał wrażenie, że nawet przechodząc obok, narusza w jakiś sposób prywatność tego miejsca, idealny porządek pozostawionego samemu sobie miasta. Przez ozdobiony świątecznymi dekoracjami deptak i rynek z wybudowaną tymczasową estradą w końcu dotarł do lokalnego supermarketu, wysokiego na cztery piętra czerwonego budynku, który łypał dokoła ślepymi oczyma wyłączonych projektorów holograficznych.

Na parkingu znalazł sporych rozmiarów kamień i przez jakiś czas krążył wokół supermarketu, czując się jak złodziej przygotowujący włamanie. Całkowicie irracjonalne wyrzuty sumienia sprawiały, że kilkakrotnie niemal zrezygnował i zawrócił do szpitala, ale za każdym razem nie odchodził dalej niż kilkadziesiąt kroków. Wreszcie zamachnął się i cisnął kamieniem w przezroczyste drzwi wejściowe. Nigdy wcześniej się nie włamywał, więc nie był pewien, czego oczekiwać. Czy drzwi rozprysną się na setki kawałków? Może gdzieś włączy się alarm? Pojawi się charakterystyczna pajęczyna pęknięć?

Kamień stuknął o przezroczyste tworzywo i odbił się, nie pozostawiwszy nawet rysy. Rick skrzywił się skonsternowany, podniósł go i rzucił jeszcze raz. Ponownie bez rezultatu. Tego rodzaju problemu się nie spodziewał. Może powinien przestrzelić zamek jak na filmach? Lepiej nie, strzał pewnie będzie się niósł na całe miasto. Podszedł z kamieniem zaciśniętym w dłoni i uderzył nim kilkakrotnie. Drzwi nie pękły, ale lekko ustąpiły. Zaskoczony, popchnął mocniej i otwarł je na oścież.

No tak. Drzwi musiały wejść w tryb awaryjny, kiedy odcięto zasilanie, więc otwierały się wahadłowo. Ale dlaczego nikt ich nie zamknął? Zostawić sklep? Pełen towaru?

Nadal niezbyt wierzył we własne szczęście, ciągnąc pomiędzy ciemnymi regałami wózek na zakupy. Jedno z kółek było uszkodzone i co jakiś czas zabawnie stukało, a odgłos zdawał się nieść po całej hali. Za każdym razem Rick zatrzymywał się na moment i wytężał słuch w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję, ale kiedy tylko nieruchomiał, cisza wewnątrz rozległego pomieszczenia stawała się niemal ogłuszająca, a w srebrnym świetle wpadającym z zewnątrz każdy cień zdawał się kryć sylwetkę obcego.

Zabrał kilkanaście gotowych posiłków z chemicznym podgrzewaniem, nie patrząc za bardzo na ich zawartość, oraz kilka butelek napojów, sztywnych i rozdętych przez zamarzniętą ciecz. Po krótkim namyśle do łupów dołączył sporych rozmiarów nóż, paczkę świec i kilkanaście batoników czekoladowych. A potem paczkę papierosów. Apokalipsa zdawała się doskonałym usprawiedliwieniem dla odkurzenia starego nałogu.

Kiedy wracał pustymi ulicami z wypchaną sportową torbą oraz karabinem przerzuconym przez plecy, czuł się lepiej niż w dowolnym momencie ostatnich czterech dni. Pierwszy raz sytuacja wydawała się być pod jako taką kontrolą. Poprawił chwyt na bagażu i zaczął radośnie pogwizdywać.

Nawet wpełzające na niebo chmury nie pogorszyły mu nastroju. Szedł dziarsko, a pierwsze, ciężkie płatki śniegu osiadały na jego ramionach.

Z całej następnej doby pamiętał na pewno tylko to, że podał Siobhan leki. Cała reszta zlała się w jeden ciąg bólu, niewyraźnych obrazów, koszmarów i dźwięków. Choroba zemściła się za każdą minutę ukradzioną jej przez środki wzmacniające. Szpitalne korytarze wydłużały się w niekończące tunele, wypełnione tańczącymi sylwetkami i szeptami w obcym, szeleszczącym języku. Słyszał też kroki, najpierw powolne, potem szybsze, aż w końcu przechodzące w niemal ciągłe staccato nierównego stepowania. Zgasił świece i starał się ukryć, uciec od wirującego, szeleszczącego świata, ale ten wracał do niego, krzyczał mu do ucha, oślepiał kalejdoskopem barw i błysków. Rick widział Maggie, przysypywaną przez biały puch, słyszał śpiew fińskiego żołnierza, a wzdłuż linii okien na parterze paradowały kawalkady świateł niczym maszerujące powoli procesje. Może umarłem, obijały mu się po głowie niepewne myśli, może umarłem, a to jest moja droga na drugą stronę.

Przesiedział niekończące się stulecia na podłodze przy łóżku córki, z dłońmi zaciśniętymi na fińskim karabinie. Dopiero dużo później odważył się doczołgać do okna, ale na zewnątrz nie było ani trochę lepiej.

Przez okno szpitala widział światła w mieście, jakby dziesiątki świetlików unosiły się pomiędzy ośnieżonymi budynkami Joensuu. Nawoływały go, a ich głos niósł się echem, zupełnie jakby dochodził z głębi metalowej rury. Gigantyczna dłoń malowała jasne linie na niebie, a w nocy był pewien, że gwiazdy się poruszają, kreśląc zawiłe wzory i tańcząc w szalonym rytmie.

Próbował nakarmić Siobhan, ale dziewczynka nie jadła, patrzyła tylko na niego pełnymi przerażenia oczami, wielkimi i ciemnymi jak studnie. Gdy spojrzał w nie uważniej, zobaczył głęboko na ich dnie odbicie samego siebie, krzyczącego i szarpiącego się za włosy. Widok był tak przerażający, że uciekł, zataczając się, w labirynt korytarzy, i tylko co jakiś czas się oglądał, sprawdzając, czy jego wrzeszczące odbicie wciąż go ściga.

Obudził się w kabinie windy, skulony i przykryty kocami. Mięśnie miał zesztywniałe od zimna i niewygodnej pozycji, płuca zdawały się wypełnione opiłkami żelaza. Każdy oddech sprawiał ból.

Zaniepokojona Siobhan kucała nie dalej niż kilka kroków od niego, szpitalna kołdra ciągnęła się za nią po podłodze.

– Krzyczałeś. – To jedno słowo przywołało całą gamę wspomnień.

– Źle się czułem. – Głos nie działał tak, jak powinien, ale przynajmniej powiedział coś zrozumiałego. Chyba.

– Krzyczałeś i biegałeś. – Dziecko wbijało w niego spojrzenie zielonych oczu, błyszczących w słabym świetle słońca. – Mówiłeś, że nas pozabijają.

– Tak mówiłem?

– Mhm. – Siobhan powoli pokiwała głową. – Kazałeś się chować.

– Czułem się bardzo źle. Teraz już mi lepiej. Zjadłaś coś?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Zaraz... – Spróbował się podnieść, co wywołało gwałtowny protest mięśni. Niezgrabnie wstał, wspierając się o ściany kabiny, i dokończył: – Coś ci przygotuję. Weźmiemy leki i wkrótce oboje poczujemy się lepiej.

– Mhm.

– Coś jeszcze mówiłem? – To, co planował jako krótkie odkaszlnięcie, zamieniło się w długi ciąg bolesnych skurczy.

– Mówiłeś, że ręka zabija gwiazdy. – Dziecko zmarszczyło brwi. – I wołałeś mamę. Ale to potem, wcześniej byliśmy cichutko, aż sobie poszli.

Rick znieruchomiał nagle.

– Kto poszedł?

Wybiegł na szpitalny parking, zapominając o zesztywniałych mięśniach i bolących płucach. Ledwo słyszał córkę, starającą się za nim nadążyć. Wołała go, ale nie zwracał na to uwagi, zamknięty w dusznym kłębie strachu i rodzącej się rozpaczy.

Były tam. Na świeżym śniegu wyraźnie odcinały się ślady kół. Nie mogły być starsze niż kilka godzin.

Rick niemal fizycznie czuł, jak traci resztki sił. Wszystko zaprzepaścił. Osunął się na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Byli tu. Ludzie tu byli, może ich szukali, a on ukrywał się za łóżkiem. Ukrywał się. Przed pomocą.

– Tato, ale oni pojechali, już nic nam nie zrobią...

– Tak. – Słowa ledwie wydobywały się przez ściśnięte gardło. – Nic nam nie zrobią. Wracajmy do środka, nie możesz zmarznąć, kochanie.

Ludzie żyli. Żyli i byli tu wczoraj, kiedy majaczył w gorączce. Przysłani przez Passiego? Wątpliwe – oni wiedzieliby, gdzie znaleźć Ricka i Siobhan. Ale i ci, którzy tu trafili, szukali ocalałych. A on ukrył się przed nimi, zaprzepaścił być może jedyną szansę dla córki.

Upewnił się, że dziewczynka wróciła do budynku szpitala, i dopiero wtedy zaczął łkać.

Potem sprawdził magazyn leków. Lekarstwa zalecanego przez Passiego było niewiele, półki zostały wyraźnie opróżnione, i to niedawno – albo przez wczorajszych gości, albo podczas ewakuacji. Ktokolwiek to był, najwyraźniej spodziewał się problemów z zapaleniem płuc. Z iście fińskim poczuciem porządku zostawiono jednak dwa zasobniki. Skandynawowie najwyraźniej pomyśleli o kimś, kto mógłby dotrzeć do szpitala po nich. Rick zabrał obie porcje – i tak już nie było sensu nic zostawiać. Dla Siobhan powinno starczyć – to znaczy, skrzywił się, jeśli nie wynikną komplikacje. On sam będzie się musiał obejść zamiennikami. Opuszczając magazyn, zabrał jeszcze kilka paczek środków wzmacniających. Lepiej je mieć, niż nie mieć, nawet jeśli zafundowały mu taki stan jak wczoraj.

Jeszcze tego samego wieczoru uruchomił nadajnik. Teraz przynajmniej wiedział, że ma kto go usłyszeć.

***

...współrzędne 62° 36’ N, 29° 46’ E. Moja córka, Siobhan, jest chora, sam również potrzebuję pomocy. Ma tylko dziewięć lat i nie wiem, czy jestem w stanie ją wyleczyćtym, co znajdę. Jeśli ktokolwiek to odbiera, proszę, pomóżcie nam. W zamian możemy zapewnić schronienie i zapasy żywności. Szukajcie nas w szpitalu.

Męski głos przeszedł w szum tła. Na konsolecie łącznościowej pojawiła się seria alfanumerycznych znaków.

– Powtarza się co dwadzieścia cztery godziny, pani komandor. – Radiooperator przywołał jeszcze raz całe nagranie. Na moment mostek Pustułki umilkł, kiedy wachta słuchała głosu odległego o niemal czterysta tysięcy kilometrów mężczyzny. – Ta sama częstotliwość, ta sama treść. Ktokolwiek to jest, stara się oszczędzać baterie.

Eleanor Rave powoli skinęła głową.

– Jak rozumiem, żadnych komunikatów od Moersby’ego?

– Nie, ma’am.

– Skanujcie dalej. – Odwróciła się od łącznościowca i przeszła na swoje stanowisko. Dopiero wtedy zauważyła spojrzenie Huxleya. Młody porucznik niemal przestępował z nogi na nogę. – Słucham?

– To wezwanie pomocy, ma’am. Pustułka ma grupy ratunkowe... Może warto rozważyć zejście planetarne?

Komandor westchnęła ciężko i usiadła na swoim stanowisku. Obowiązkowy w trakcie stanu podwyższonej gotowości skafander sprawił, że przypominało to raczej ciężkie opadnięcie.

– Poruczniku, nadal nie mamy żadnych wieści od naszej grupy naziemnej. Żadnych. Nadal w okolicy kręcą się chińskie niszczyciele. Strefa podejścia jest gorąca jak moja siostra, nasze główne zadanie niewykonane, a pan chce sprowadzać zespoły ratunkowe po dwójkę cywili? Cholernie szlachetne, ale zbyt ryzykowne.

Huxley przygryzł wargi i przez chwilę patrzył w swoje rękawice. Wreszcie zdecydował się podjąć dyskusję.

– Ma’am, prom może przejść całą trasę stąd aż do atmosfery na zaciemnieniu, bez silników. Nikt go nie wykryje. Za dziewięćdziesiąt sześć godzin i tak wyślemy w ten sposób ludzi po porucznika Moersby’ego.

– Dwa promy, dwa razy większe zagrożenie. – Rave się skrzywiła. – Mamy własne zadanie.

– Wiem, pani komandor, ale... Z całym szacunkiem... – Porucznik zdawał się bardzo uważnie dobierać słowa. – To jest nasza robota. Odpowiadać na wezwania. Udzielać pomocy.

– Poruczniku... – Westchnęła ciężko. Sama kiedyś taka była. Bardzo dawno temu. – Pustułka została tu przysłana z konkretnego powodu. Jako żołnierze nie jesteśmy w luksusowej sytuacji, w której możemy zmieniać parametry misji. Jak długo akcja ratunkowa będzie oznaczała ryzyko dla okrętu, a co za tym idzie, dla podstawowego zadania, nic nie mogę zrobić. Przykro mi.

– Rozumiem, pani komandor. Przepraszam, pani komandor. – Oficer kiwnął głową.

– Możecie odejść.

– Tak jest.

Odprowadziła podwładnego wzrokiem. Przy całym jego zwykłym profesjonalizmie czasem odnosiła wrażenie, że Huxley zasad prowadzenia wojny uczył się na eposach rycerskich. Miła cecha, ale uciążliwa. Zwłaszcza że tak dawno temu wojna stała się... cóż, nowoczesna.

Rave skrzywiła się lekko i spojrzała na ekran radaru z naniesionymi prawdopodobnymi pozycjami chińskich okrętów. W ogóle nie było mowy o walce z trzema niszczycielami, zwłaszcza Pustułką, refitowaną na okręt zwiadowczy. Z drugiej strony i tak trzeba się przygotować na ewakuację grupy naziemnej, więc jeśli są tylko patrolem...

– Łączność, zawiadomcie luki sond, żeby przygotowali boję przekaźnikową do wystrzelenia, jak tylko Księżyc znajdzie się dokładnie między nami a wrogiem. Poruczniku Huxley, proszę wyliczyć jej kurs tak, żeby mogła maksymalnie długo iść pełnym ciągiem bez ryzyka wykrycia.

– Kierunek? – Porucznik był już przy stanowisku.

– Jakikolwiek, byle na zewnątrz układu.

– Tak jest.

– Według moich obliczeń na optymalną pozycję do odpalenia powinniśmy wejść w ciągu trzech godzin, skoryguj mnie w razie czego.

– Tak jest.

– Łączność, oczekuję stałego namiaru komunikacji punktowej między nami i sondą, inżynieryjne...

Pomost bojowy Pustułki ożywił się. Nie jest źle, pomyślała komandor porucznik Rave, wydając kolejne polecenia. Nawet jeśli nic nie ugrają, przynajmniej jej ludzie będą mieli zajęcie.

***

Sądził, że jeszcze jakiś czas pozostanie w szpitalu, ale zrezygnował z tego pomysłu już następnego dnia. Nie czuł się, jakby zdrowiał. Był słaby i obawiał się, że w ciągu następnych dni nawet prochy nie pozwolą mu wyjść po zapasy. A przecież kiedy on będzie leżał chory, Siobhan nie pójdzie do miasta za niego.

Nie, trzeba teraz, póki jeszcze się da, póki można zagłuszyć chorobę środkami chemicznymi.

Z pewnym zaskoczeniem odkrył, że sklep z przedwczoraj wcale nie stanowił wyjątku. Wiele innych było otwartych lub zamkniętych tylko na łatwo usuwalne plastikowe pętle. W supermarkecie znalazł sanki i przez cały dzień przewoził na nich jedzenie. Zajrzał też do obu odkrytych w miasteczku aptek, ale jak się okazało, akurat one zostały dosyć dokładnie opróżnione z leków przydatnych podczas wędrówki przez zimę.

Wieczorem wpadł na kolejny pomysł – pod czystym, usianym gwiazdami niebem wybrał się ponownie do miasta i wrócił z sankami wypełnionymi pakietami opałowymi. Myślał jeszcze o przeniesieniu ich na dach szpitala, ale był już zbyt zmęczony.

Siobhan spała. Senność miała być jednym z efektów działania leków, więc Rick uznał to za dobry znak. Brak apetytu był drugim skutkiem – chodząc cały dzień po mieście, znalazł niewiele czasu, by odbyć z córką dyskusję na temat obiadu i praktycznie wmusić w nią pół porcji.

Przygotowana kolacja stała nietknięta obok łóżka. Cóż. Jutro nigdzie nie wyjdzie, zajmie się tylko opieką nad dzieckiem. Jemu samemu odpoczynek też dobrze zrobi.

Nadał wieczorną wiadomość i położył się na posłaniu. Czuł, jak środki wzmacniające przestają działać, jak ogarnia go potworne zmęczenie, a ból w płucach narasta. Ale teraz już mógł sobie pozwolić na słabość. Teraz był w bezpiecznym miejscu, o ile jeszcze jakiekolwiek miejsce pozostawało bezpieczne.

Pomimo tego, że wziął dawkę leku określanego na karcie Passiego jako „najbliższy zamiennik”, długo nie mógł zasnąć. Leżał więc tylko na posłaniu i wpatrywał się w rozgwieżdżone, zaskakująco czyste niebo.

Następnego wieczora wniósł wszystkie pakiety na lądowisko transportowe na dachu szpitala, ułożył z nich pokaźny stos, podlał obficie podpałką i podpalił zdobyczną zapalniczką iskrową z logo Atomica.

Zrazu zajmowały się powoli, jakby niechętnie, lecz naraz buchnęły raźnym płomieniem. Ogień wzniósł się wysoko w ciemne niebo, rzucając roztańczone cienie na pokrywający lądowisko śnieg. Mężczyzna dorzucał kolejne pakiety, aż słup ognia urósł wyższy od niego.

Szpital stał na wzgórzu i sygnał musiał być widoczny z wielu kilometrów.

Może ktoś zobaczy. Może niedawni goście wrócą. Może chociaż jakaś zagubiona osoba znajdzie drogę do miasta.

Płomienie strzelały ku ciemnemu niebu, a żywy, nieregularny blask dodawał otuchy. Wyznaczał punkt istnienia ludzkiego dominium o wiele bardziej krzepiąco niż porzucone miasto. Przez kilka chwil Rick czuł się, jakby wszystko wracało do normy. Na krótki czas całkiem zapomniał o bólu, zmęczeniu i rozpaczy.

Nikt nie przyszedł ani tego dnia, ani żadnego z kolejnych. Rick nagrał wiadomość i ustawił urządzenie na wysyłanie przekazu co dwadzieścia cztery godziny, więc przynajmniej nie musiał o tym pamiętać. Niemniej i tak spędzał długie godziny, wpatrując się w radio, przez większość czasu nastawione na nasłuch. Może uszkodzenie było tylko chwilowe, sprzęt tego rodzaju miewa fochy...

Urządzenie jednak uparcie milczało. A może po prostu nie było już nikogo, czyj sygnał mogłoby odebrać?

Jeszcze dwa razy rozpalał ognisko na dachu szpitala, ale ogień przestał przynosić otuchę. Patrząc na płonące pakiety, mężczyzna widział tylko ogień trawiący pozostałości po człowieku.

***

– Widzisz, tak się trzyma. – Rick starał się jak najdokładniej powtórzyć ruchy zademonstrowane mu przez Passiego. – Jedną rączką trzymasz za ten chwyt pod lufą, a drugą, o, tutaj.

Fiński karabin był zdecydowanie za duży dla dziecka. Z drugiej strony jakikolwiek karabin jest za duży dla dziecka. Czuł, że jest coś przerażającego w tym, co robił.

Siobhan też musiała zdawać sobie z tego sprawę. Drobne rączki ostrożnie przesuwały się po czarnym tworzywie obudowy, a zielone oczy w skupieniu wpatrywały się w ojca.

– Teraz spójrz wzdłuż lufy, przez celownik. Widzisz? Tutaj możesz pokręcić, jeśli widok jest rozmazany. – Rick wymierzył karabin w odległy koniec szpitalnego korytarza. – Zrób tak, żeby dobrze widzieć klamkę w tamtych drzwiach.

– Dobrze, tato. – Dziewczynka sięgnęła do celownika, ale kiedy tylko wypuściła broń, ta wyślizgnęła się jej z drugiej rączki i upadła na podłogę z głośnym trzaskiem.

– Jest dosyć ciężki – Rick podniósł karabin, sprawdzając, czy nadal jest zabezpieczony – więc jakbyś miała strzelać, najlepiej będzie go o coś oprzeć, o tak. – Zademonstrował, wykorzystując przygotowany zawczasu stolik.

– Aha. – Dziewczynka stłumiła kaszel drobną piąstką. – A jak nie będzie o co?

– Możesz się zawsze położyć na ziemi. – Uśmiechnął się. – Zresztą raczej nie będziesz go wynosić ze szpitala, a tu jest dużo stolików, prawda?

– Prawda. – Siobhan pokiwała głową, gmerając przy celowniku. – Teraz widzę dobrze.

– Doskonale. Oprzyj dobrze kolbę, to się nazywa kolba, o ramię. – Rick pracowicie poprawiał pozycję strzelecką córki. Dziękować Bogu za kompensator odrzutu, dzięki temu Siobhan nie przypłaci pierwszego błędu wybitym barkiem. – Patrzysz na cel przez celownik...

Dziewięciolatka przygryzła wargi i wbiła wzrok w okular. Mężczyzna powoli przesunął dźwignię bezpiecznika.

– ...i teraz powoli ściągasz spust. Naciśnij moc...

Huknął wystrzał. Karabin wyleciał z nagle zesztywniałych dłoni Siobhan i zagrzechotał o podłogę. Niewielka przestrzelina pojawiła się w suficie kilkanaście metrów od improwizowanego stanowiska strzeleckiego. Rick szybko podniósł broń i pstryknął bezpiecznikiem. Spojrzał na córkę. Dziewczynka siedziała na podłodze z szeroko otwartymi oczami.

– Jak się czujesz?

– Dobrze, tato. – Uśmiechnęła się bez przekonania. – Trafiłam?

– Mniej więcej. Ale musimy jeszcze poćwiczyć. – W myślach przeliczył amunicję. Dwa magazynki po sześćdziesiąt sztuk. Niewiele, ale jak nie będą umieli używać broni, to i tak żadna różnica. A przecież coś się może stać, kiedy będzie odchorowywał stymulatory. – Nie wiemy, jakie tu są zwierzęta, może jakieś drapieżniki. Kiedy przyjdą, nie musisz bardzo dobrze celować, ale musisz umieć je wystraszyć, może zranić.

Siobhan kaszlnęła sucho kilka razy i pokiwała główką.

– A jak przyjdą źli ludzie?

Rick zamarł na moment. Ludzie... Siobhan z właściwą dziecku prostotą znalazła najbardziej niepewny moment wykorzystania broni. W końcu było możliwe, że do szpitala trafią ludzie, którzy źle im życzą. I co, każe córce do nich strzelać? A jeśli jego nie będzie, a ona się kogoś przestraszy? Myśl o Siobhan zabijającej człowieka zmroziła go.

– Nie martw się. – Poklepał dziecko po pomponie czapki. – Wtedy tata się nimi zajmie.

Nie patrzył córce w oczy. W końcu nie był pewien, czy sam potrafi wystrzelić do człowieka. Ale kto wie – może przyjdzie mu się nauczyć.

***

– Tato? – Dziewczynka owinęła się szczelnie plątaniną koców i śpiworem arktycznym, który Rick znalazł w sklepie z artykułami sportowymi. Pomimo opatulenia niemal od stóp do głów Siobhan nosiła narciarską czapkę i o kilka numerów za duże rękawiczki. Odkąd skończyły się chemiczne wkłady grzejnikowe, w szpitalu zrobiło się naprawdę niedobrze.

– Słucham cię, pingwinku. – Mężczyzna poskrobał szybę i w zamyśleniu spojrzał na wciskający się pod paznokcie lód. Duszności sprawiały, że z trudem mówił. Choroba postępowała szybko, karmiona wyczerpaniem i wyniszczającymi organizm stymulatorami.

– A kiedy wszyscy przyjdą? – Zdanie zostało złamane pod koniec atakiem kaszlu, dając Rickowi czas na przemyślenie odpowiedzi.

– Nie wiem. Pewnie niedługo. – Zdobył się na uśmiech. – Dlatego codziennie wysyłam do nich wiadomości, prawda? Nie ma możliwości, żeby nikt tego nie usłyszał.

– Aha. – Gdy Siobhan kiwnęła główką, kolorowy pompon poruszył się zabawnie. – Zimno mi.

Koce i śpiwory działały połowicznie – były doskonałymi izolatorami, ale chora dziewięciolatka bardzo łatwo wytracała ciepło. Pewnie kwestia gorączki, choć oczywiście Rick nie miał pewności. Co prawda zdawało się, że sytuacja na froncie zapalenia płuc nieco się poprawia, ale i tak trzeba było coś szybko wymyślić.

– Wiem, pingwinku. – Wstał i spojrzał smutno na zachodzące chmurami wieczorne niebo. – Tatuś właśnie myśli, co z tym zrobić.

– Śniła mi się mama. – Dziecko uśmiechnęło się słabo. – Jak myślisz, gdzie ona jest?

– Jak wszyscy pojechali do Helsinek, to zabrali też mamę. Na pewno tam jest i stara się przysłać tu kogoś po nas, ale teraz w Helsinkach panuje straszny bałagan. – Dunham miał olbrzymią nadzieję, że jego historyjka jest faktycznie bliska prawdy. – Na pewno w końcu jej się uda, zwłaszcza że wysyłamy wiadomości, ale nie wiem kiedy.

– To może zadzwońmy do domu? Do wujka Colina albo do babci...

Wbił spojrzenie w podłogę. Dom wydawał się pojęciem tak abstrakcyjnym, jakby znajdował się na innej planecie. Czy w ogóle mieli jeszcze jakiś dom? Czy całkiem puste Joensuu było wszystkim, co pozostało, całą spuścizną ludzkości, jaką kiedykolwiek zobaczą? Gdzieś jeszcze istnieli zagadkowi przybysze sprzed kilku dni i może ludzie, do których odeszli żołnierze (a może to ci sami?), ale przecież oni mogli już nigdy się tu nie pojawić.

Czy Ulster wyglądał tak samo? Czy leżał w gruzach po uderzeniu... kogokolwiek? Rick jak dotąd robił wiele, żeby nie myśleć o takich sprawach, niemniej faktem pozostawało, że Irlandia była o niebo gorzej zorganizowana niż Skandynawia. Sytuacja tam prawdopodobnie bardziej przypominała to, co działo się w płonącym Kuopio, niż niemal robotyczną, uporządkowaną ewakuację Joensuu.

– Wszystkie linie były zajęte, kochanie. – Starał się zabrzmieć jak najbardziej przekonująco. – Może zepsuty telefon. Mama nam powie, jak już ją spotkamy.

– Rozumiem. – Dziewczynka skinęła głową i w zamyśleniu potarła drobny podbródek narciarską rękawicą. Rick zdawał sobie sprawę, jak wiele kryje się za odpowiedzią Siobhan. Córka oczywiście nie pojmowała wszystkiego, ale spokojne słowa Ricka rozumiała jako: „tata ma sytuację pod kontrolą”. Po prostu zdawała się na ojca, zakładając, że przecież on potrafi wszystko załatwić. Mężczyzna zawsze był dumny z zaufania córki, z tego, że jest dla niej osobistym superbohaterem. Odkąd w Kuopio zgasły światła, coraz bardziej czuł ciężar tej odpowiedzialności.

– Jak tylko czegoś się dowiem, dam ci znać. Tymczasem jednak musisz zjeść coś ciepłego. Co byś chciała?

– Mus owocowy! – Po raz pierwszy uśmiech dziewczynki był szeroki i żywy. Siobhan uwielbiała owoce. – I może zrobimy ognisko?

– Nie możemy zrobić ogniska tutaj, bo spalimy szpital i gdzie będziemy mieszkać? – Rick zaśmiał się krótko, charkotliwie, walcząc z kaszlem. Nie powinien się śmiać, to podrażniało gardło.

– No tak. – Dziewczynka zastanowiła się przez chwilę, przytykając palec wskazujący rękawicy do czoła. – Ale możemy się przenieść gdzieś, gdzie jest kominek, i tam zrobić ognisko, wtedy nic nie spalimy. Przecież na pewno ktoś ma kominek, prawda? I w ogóle wszystko...

Rick na chwilę znieruchomiał. Córka miała rację. Sprawdził już sklepy i nie znalazł żadnych dodatkowych wkładów chemicznych, ale przecież była spora szansa, że mieszkańcy Joensuu mieli jakieś w domach – i być może nie zabrali ich wszystkich ze sobą.

– Wiesz, pingwinku, to doskonały pomysł. Zaraz zrobimy ci mus owocowy, a potem tata pójdzie się rozejrzeć, dobrze?

– Dobrze. – Dziecko uśmiechnęło się szeroko, zadowolone, że mogło pomóc. – A zostawisz mi lampkę?

– Tak, pingwinku, zostawię ci lampkę. – Rick uśmiechnął się do córki i sięgnął po kolejną paczkę stymulatorów.

***

Okradanie mieszkań było czymś zupełnie innym niż szabrowanie sklepów. Rick odnosił irracjonalne wrażenie, że dopiero teraz stawał się prawdziwym złodziejem – wchodzącym z butami w czyjąś prywatną przestrzeń.

Długo krążył po