Sukcesja - Joanna Dulewicz - ebook + książka

Sukcesja ebook

Dulewicz Joanna

3,0
31,90 zł

lub
Opis

Zabytkowa willa, rodzinne spotkanie i morderca, który tylko czeka, aż odwrócisz wzrok.

Sara Blosh, spadkobierczyni majątku Aleksandrowiczów, organizuje w odziedziczonym dworku przyjęcie dla rodziny i znajomych.

Spotkanie przebiega w dobrej atmosferze do chwili, gdy w jednym z pokojów na piętrze posiadłości znalezione zostaje ciało Tomasza Wileckiego. Tylko kto z obecnych miał motyw, by z zimną krwią zabić znanego biznesmena? Po wstępnym przesłuchaniu okazuje się,

że odpowiedź na to pytanie brzmi: niemal każdy.

Komisarz Borys Bulsa rozpoczyna wyścig z czasem. Czy uda mu się rozwikłać zagadkę, zanim wszystkie ślady zostaną zatarte?

Doskonały thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu do ostatniej strony!

Gęsta sieć intryg zapleciona w supeł kłamstw i oskarżeń. Joanna Dulewicz udowadnia, że miłość ma różne oblicza, a rachunek ambicji i krzywd może prowadzić do tragedii.

Przemysław Żarski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 490

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



 

 

 

 

Copyright © Joanna Dulewicz, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor inicjujący: Adrian Tomczyk

Redaktorka prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Joanna Zalewska

Redakcja: Dorota Pielorz

Korekta: Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Palej

Fotografia na okładce: © Biodiversity Heritage Library | Flickr

Fotografia autorki na skrzydełku: Daniel Gołębiowski

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66981-44-7

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miłość jest dzieckiem marzeń,

a rodzicem rozczarowań.

 

Przysłowie hiszpańskie

 

 

 

 

 

Dawniej

 

 

 

Uderzyła go raz w życiu. Nie zrobiła tego mocno. W przypływie bezsilności, złości i frustracji chwyciła go za rękaw koszuli, szarpnęła, a później trzepnęła w ramię. Nigdy dotychczas nie pozwoliła sobie na podobne zachowanie wobec swojego syna. I chyba dlatego właśnie tak bardzo go to zaskoczyło, że umilkł w pół słowa, odwrócił się na pięcie i wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami.

Był już wówczas dorosły. Przynajmniej w świetle prawa. Świeżo upieczony maturzysta, który kilka miesięcy wcześniej skończył dziewiętnaście lat, formalnie nie był już dzieckiem. Mariola Bolewska rozumiała to doskonale. Tyle że postawa syna wydawała jej się taka naiwna. Był przecież młodziutki, niewiele jeszcze wiedział o życiu. Czy mogła dopuścić, aby je sobie marnował?

Miała świadomość, że jej zachowanie to nic innego jak wyraz słabości. Nikt nigdy nie powinien podnosić ręki na drugiego człowieka. Dlatego od najmłodszych lat starała się tłumaczyć synowi to, czego nie rozumiał, a przede wszystkim dawać przykład własnym postępowaniem.

Gdzie zatem popełniła błąd?

Pedagodzy i psycholodzy, do których przez pewien czas regularnie udawała się po porady, sugerowali, że chłopcu brak męskiego wzorca. Być może w tym właśnie tkwił problem. Tylko co ona mogła na to poradzić?

Wszystko, co posiadała, nabyte zostało za pieniądze. Zarabiała je ciężką, uczciwą pracą w fabryce. Nie były to wielkie sumy, ale wystarczyły, by zapewnić całkiem wygodne życie sobie i dziecku, które zawsze było jej największym marzeniem. Przez lata nie była w stanie go spełnić.

Może gdyby była ładniejsza, bardziej elokwentna albo po prostu miała w sobie to tak zwane „coś”, co sprawia, że kobiety znajdują sobie partnerów, wszystko ułożyłoby się inaczej. Mariola jednak nigdy nie posiadała takich cech. Była tego świadoma. Nie żeby nie podejmowała starań, aby założyć rodzinę. Efekt był jednak taki, że kolejne, coraz boleśniejsze rozczarowania jedynie obniżały jej i tak stosunkowo niską samoocenę.

Przekroczywszy czterdziestkę, wiedziała już, że dzięki pracowitości, oszczędności i wytrwałości jest w stanie zdobyć środki na kupno wygodnego mieszkania, średniej klasy samochodu i dwutygodniowych wczasów nad Bałtykiem w każde lato. Nawet kolegów i koleżanki umiała sobie kupić. Wystarczyło w zasadzie co jakiś czas urządzać w domu proszony obiad albo zakrapianą prywatkę, pamiętać o imieninach, urodzinach i rocznicach, nie oczekując przy tym, by ktokolwiek pamiętał pod tym względem o niej samej. Była przekonana, że odpowiednio wydawane pieniądze naprawdę potrafią zdziałać cuda. Mimo wszystko męża kupić nie zdołała. Ale syna już tak.

Dosłownie.

To był ten przysłowiowy łut szczęścia, na który tak bardzo liczyła. Podczas jednej z takich zakrapianych prywatek dowiedziała się, że młodsza siostra jej dobrej znajomej, w tajemnicy przed pozostałymi członkami rodziny, zamierza terminować ciążę. Był koniec lat siedemdziesiątych minionego wieku. Wówczas z takimi sprawami nie było większego problemu.

Podczas kilku bezsennych nocy Mariola podjęła decyzję. Bała się, ale również czuła, że to dla niej jedyna szansa. Chodziło o dziecko, którego matka nie chciała wychowywać, które było owocem przygodnej znajomości dwojga obcych sobie ludzi.

Układ był prosty. Tamta donosi ciążę, urodzi, ale w szpitalu poda dane osobowe Marioli. Wcześniej, o ile oczywiście będzie czuła się dobrze, zrezygnuje z comiesięcznych wizyt u ginekologa. Brak książeczki ciążowej miał ułatwić planowany przekręt. Pielęgniarki w rejestracji i na oddziale położniczym pewnie za to na nią nakrzyczą, ale przynajmniej obędzie się bez niewygodnych pytań dotyczących danych osobowych. Zwłaszcza że rodząca będzie legitymowała się dowodem osobistym Marioli. Bolewska zadbała, aby zmienić fryzurę tak, by umieszczona w dokumencie fotografia nie wzbudzała podejrzeń. Wspólnie z tamtą wybrały też szpital, gdzie pracowała lekarka, o której powszechnie było wiadomo, iż za odpowiednio duże „podziękowanie” w ogóle o nic nie pyta. Do niej też ciężarna miała się udać na wizytę prywatną, w razie gdyby działo się cokolwiek niepokojącego.

Bolewska załatwiła – było to wówczas najbardziej adekwatne słowo – również mieszkanie w Stalowej Woli, znacznie oddalonej od rodzinnej miejscowości. W nim do czasu rozwiązania miała przebywać wraz z siostrą tamta kobieta, by uniknąć plotek dotyczących jej stanu. Mariola zaś miała się przeprowadzić tuż po tym, jak maleństwo przyjdzie na świat.

Po wszystkim Bolewska miała wypłacić matce swojego dziecka znaczną sumę pieniędzy. Była to kwota, która obejmowała niemal wszystkie jej oszczędności, ale nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, by plan się powiódł.

Owszem, istniało dość duże ryzyko niepowodzenia. O ile jednak wcześniej Mariola często narzekała, iż w komunistycznym państwie w zasadzie nie istnieje coś takiego jak ochrona danych osobowych i że stosunkowo łatwo jest podszyć się pod kogoś innego, teraz była naprawdę zadowolona z takiego stanu rzeczy, ponieważ dawał on nadzieję na przeprowadzenie z sukcesem tego, co zamierzała. W ostateczności można było także posłużyć się kołem ratunkowym w postaci solidnie wypchanej koperty, a tą – o czym Bolewska wiele razy się już przekonała – mało kto wówczas pogardzał.

I udało się.

Kupiła syna. I kłopoty, które pojawiły się, kiedy tylko chłopiec zaczął dorastać.

Początki były niewinne: zabieranie innym przedszkolakom zabawek, niewykonywanie poleceń wychowawczyń i histeryczne reakcje na ich upomnienia. Z biegiem lat doszły wagary, podrabianie ocen w dzienniczku ucznia i inne szkolne oszustwa. Później pojawiły się drobne kradzieże, bójki z rówieśnikami, zastraszanie uczniów młodszych klas. Przy czym syn Marioli był na tyle cwany, że zawsze potrafił się ustawić na w miarę korzystnej pozycji: jako ten, który tylko patrzył, właściwą winę zaś zwykle udawało mu się zrzucić na kogoś innego.

Był inteligentny. Choć zbytnio nie przykładał się do pracy, wyniki w nauce miał świetne. Potrafił też doskonale i bardzo szybko przystosować się do niemal każdej nowej sytuacji. Brakowało mu jednak skromności, empatii, o poczuciu choćby najmniejszego wstydu nie wspominając. Tyle że z drugiej strony to właśnie dzięki temu dość zręcznie neutralizował skutki własnego chuligaństwa. A ono z każdym rokiem narastało.

Mariola z największą cierpliwością znosiła jego humory, o ile mogła, spełniała zachcianki, pomagała, kiedy wpadał w kłopoty. Tak bardzo starała się być dobrą matką. A jednak wciąż coś było nie w porządku.

Czarę goryczy przelało chyba to, że chłopak podpalił ogon kotu, który wałęsał się w okolicach ich bloku. Bolewska przygotowywała właśnie niedzielny obiad – kaczkę z jabłkami, którą jej dziecko tak bardzo lubiło. Kiedy wyjąwszy potrawę z piekarnika, odruchowo wyjrzała przez okno, doznała wstrząsu. Co innego słyszeć od nauczycieli o wybrykach syna i świecić oczami przed rodzicami tych dzieci, którym groził czy które pobił. Chłopcy w tym wieku często się wzajemnie poszturchują, myślała Mariola. Nie powinno tak być, ale też nie ma co tego demonizować, tłumaczyła samej sobie. Teraz jednak, widząc wystraszone, cierpiące zwierzę i roześmianą buzię swojego dziecka napawającego się makabrycznym widokiem, poczuła, że musi wreszcie zareagować ostrzej. Zrozumiała, że rozmowy i tłumaczenie nie na wiele się już zdadzą.

Na początku wstydziła się to robić, lecz w końcu zaczęła prosić o rady szkolnych pedagogów swojego syna. Później coraz bardziej otwarcie rozmawiała z kolejnymi psychologami, do których ją odsyłano. Niestety, także i to niewiele pomogło.

Z wiekiem chłopak stawał się coraz bardziej agresywny. Uwielbiał oglądać w telewizji brutalne filmy. Wypożyczał kasety wideo i wielokrotnie odtwarzał te sceny, na które Mariola nie była w stanie patrzeć nawet przez kilka sekund. Kiedy zakazała mu to robić, zaczął znikać z domu na całe popołudnia i wieczory, a niekiedy i noce.

Bolewska szybko zorientowała się, że syn włóczy się po okolicy z jakimś szemranym towarzystwem. Kiedyś nawet zadekował w piwnicy ogolonego na łyso, muskularnego kolegę, któremu zdecydowanie nie patrzyło dobrze z oczu. Natomiast w domu zaczęły pojawiać się, zwykle na kilka dni, przedmioty takie jak sprzęt RTV i kosztowności.

Mariola nie wiedziała już, czy powinna utrzymywać to wszystko w tajemnicy, czy też wręcz przeciwnie, opowiedzieć policji o wyczynach swojego dziecka. Żadne bowiem rozmowy z synem, ani te łagodne, ani stanowcze, nie przynosiły najmniejszego rezultatu.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.

Nie miała pojęcia, jakim cudem dowiedział się o tym, że to nie ona go urodziła. Przynajmniej na początku tego nie wiedziała. Spędziła za to wiele bezsennych nocy, podczas których rozmyślała, jak wynagrodzić mu brak rodzinnych korzeni. Za dnia natomiast dzielnie znosiła awantury, które już wówczas niemal pełnoletni chłopak jej robił.

Podczas jednej z nich wyznał, że jego biologiczna matka się z nim skontaktowała i to ona opowiedziała mu o wszystkim. Właśnie owdowiała i ten fakt podobno całkowicie zmienił jej sposób patrzenia na świat. Od tej pory zamierzała nie tylko utrzymywać kontakt z chłopcem, ale zawalczyć o to, aby ponownie stali się rodziną.

Chociaż mieszkali w miejscowościach oddalonych od siebie o wiele kilometrów, ona i tak znajdowała sposoby, żeby zacieśniać relacje z synem. Chore relacje, jak uważała Mariola. Słała mu listy, telegramy, telefonowała do domu, gdy Bolewska była w pracy. Zmiana numeru niewiele pomogła, bo syn od razu przekazał tamtej nowy. Często też pojawiała się przed szkołą i zabierała chłopaka na długie wypady nie wiadomo dokąd. A kiedy później wracał do domu, zachowywał się jeszcze gorzej niż dotychczas.

Mariola widziała, jak tamta kobieta dzień po dniu, tydzień po tygodniu sączy truciznę w umysł jej dziecka. Uznała, że musi działać.

Najpierw zwolniła się z pracy. Była już w takim wieku, że mogła z powodzeniem przejść na emeryturę, z czego ochoczo skorzystała. Liczyła, że w ten sposób będzie mogła nie tylko spędzać z chłopcem więcej czasu, ale też uda jej się dopilnować, by tamta wreszcie dała mu spokój. Być może nawet by się jej to udało. Bądź co bądź, teraz to ona jako pierwsza odbierała telefony, przechwyciła także kilka listów. Kiedy jednak tamta kupiła mu komórkę, Mariola znów straciła grunt pod nogami. Wiedziała, że teraz już bez problemu będzie kontaktował się ze swoją biologiczną matką.

Mijały miesiące, a syn stawał się wobec Bolewskiej coraz bardziej arogancki. Wytykał jej każde niedociągnięcie, każdy błąd. Kilka razy – Mariola wiedziała to doskonale – ledwie się pohamował przed uderzeniem jej.

Kiedy ukończył liceum i zdał maturę, zakomunikował, że wyprowadza się z domu, by zamieszkać z tamtą. Zamierzał też zmienić nazwisko, aby definitywnie odciąć się od Marioli. Kobieta szybko zorientowała się również, że w trakcie zaledwie kilku dni z domu zniknęła niemal cała ukryta w szafce pod obrusami gotówka, a także sporo kosztowności.

To wszystko sprawiało, że coraz bardziej opuszczały ją siły. Tak bardzo nie chciała stracić syna. To ona go karmiła, przewijała, czuwała przy nim, kiedy ząbkował albo gdy miał kolki. Ona chodziła z nim na spacery, kupowała w Pewexach najdroższe zabawki, pocieszała, kiedy w środku nocy przybiegał do jej łóżka z płaczem, bo przyśniło mu się coś niedobrego. To w końcu ona przez całe lata mierzyła się z jego coraz poważniejszymi wybrykami. Poza tym czuła całą sobą, że osoba, która niegdyś dla pieniędzy i wygody z niego zrezygnowała, nie mogła być teraz dobrą matką. W końcu uznała, że musi ponownie spotkać się z tamtą kobietą.

Zamierzała postawić ultimatum: albo tamta zostawi w spokoju ją i chłopca, albo Mariola rozdmucha sprawę. Była już w takim stanie, tak bardzo zmęczona tym, co się wokół niej działo, że nie wahałaby się udać do prasy, radia czy telewizji i szczerze opowiedzieć o wszystkim. Przyznałaby się, że kupiła dziecko. Rozumiała, że miałaby z tego powodu problemy. Była gotowa ponieść wszelkie konsekwencje. Wiedziała, że jak za wszystko, co dobre w życiu, także i za miłość płaci się wysoką cenę. Niekiedy najwyższą – przemykało jej przez głowę, ale skutecznie odpychała od siebie podobne myśli.

I wtedy wybuchła ta ostatnia awantura. Chłopak wrzeszczał, wyzywał ją od najgorszych, zagroził, że jeśli będzie utrudniała mu powrót do jego prawdziwej matki – tak właśnie się wyraził – to odbierze sobie życie. Mówił o tym w taki sposób, że pod Mariolą ugięły się nogi. To był także ten jedyny raz, kiedy podniosła na niego rękę. Później syn wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Nie miała pojęcia, dokąd się udał ani po co, ale każda komórka ciała zdawała się podpowiadać jej, że wydarzy się coś złego.

Nie wiedziała, jak długo siedziała pośrodku pokoju, ocierając płynące po twarzy łzy. Strach o dziecko paraliżował całe jej ciało. Coś szeptało jej do ucha, że to koniec, że pewien etap został definitywnie zamknięty.

A później usłyszała, że ktoś wchodzi do przedpokoju. I wówczas była już pewna, że właśnie nadeszło jej przeznaczenie. Człowiek niektóre rzeczy po prostu czuje.

Najpierw zobaczyła zaciętą twarz swojego syna. Następnie spokojne oblicze tamtej kobiety, matki jej dziecka.

– Zmieniłam zdanie – powiedziała tak, jak gdyby to miało wszystko wyjaśniać. Mariola otworzyła usta, ale nie zdążyła wydobyć z siebie choćby jednego słowa. Kątem oka odnotowała jakiś ruch. Coś dużego i lśniącego pojawiło się nagle tuż obok jej głowy.

Ból był tak silny, że dosłownie odebrało jej oddech. Upadła na podłogę. Meble, ściany, bibeloty – wszystko zaczęło nagle wirować jej przed oczami. Słyszała jakieś głosy. Wydawało jej się, że do mieszkania wszedł jeszcze ktoś, choć nie mogła być tego w stu procentach pewna. Miała świadomość, że jej syn mówi coś zduszonym szeptem.

Kiedy chwilę później usłyszała jego śmiech, także i jej kąciki ust uniosły się nieznacznie. To był odruch. Po prostu zawsze tak bardzo cieszyła ją radość syna.

Drugie uderzenie sprawiło, że świat stał się nagle czerwony. A po chwili zaczął się oddalać, niknąć, tracić znaczenie. W końcu wszystko zgasło.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

PRZYJĘCIE

 

 

 

 

 

Sierpień 2021

 

 

 

Valeria Wilecka

 

Kiedy ich grafitowa kia wjechała na teren posiadłości, Valeria Wilecka poczuła, że wraca do dzieciństwa. Szpaler lip, niegdyś wątłych, teraz wysokich i rozłożystych, rozciągał się po obydwu stronach długiego podjazdu prowadzącego do niewielkiego parkingu, gdzie natychmiast dostrzegła czarnego jaguara XJ należącego do właścicielki majątku. Valeria, mimo że przekroczyła osiemdziesiątkę, znała się na samochodach doskonale. To syn tak ją przeszkolił. Motoryzacja od lat była jego pasją. Dlatego matka również zaczęła się nią interesować.

– Stroińscy też już przyjechali. – Siedzący za kierownicą Tomasz wskazał głową na starą skodę, należącą do jednego z jego pracowników. A może już byłych pracowników, starsza kobieta nie była pewna. Pomyślała, że musi dopytać o to w wolnej chwili.

– Ciekawe, jak oni wszyscy pomieścili się w tym samochodzie – odezwał się jej wnuczek, dziesięcioletni Czarek.

– Może nie zabrali ze sobą dzieci – wtrąciła synowa, Inga.

– Albo może ten cały Marek Stroiński załadował do auta teściów i żonę, a Marcela i Marcin przyszli pieszo. W końcu nie mieszkają aż tak daleko stąd – zastanawiał się drugi wnuczek, Bartosz.

Valeria uśmiechnęła się do niego. Wiedziała, że dziś, przed przyjęciem, chłopiec po raz pierwszy w życiu się ogolił. Tomek napomknął jej, że było to dla jego syna ważne przeżycie.

– Ale tu pięknie – zachwyciła się. – Gdyby tylko pogoda bardziej dopisała.

Powietrze było parne i duszne. Z zachodu nadciągały ciężkie, burzowe chmury. Na tle przysłoniętego nimi nieba rezydencja, w której kobieta mieszkała w dzieciństwie, wyglądała wyjątkowo dostojnie.

Był to niewielki pałacyk, wybudowany w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Jej rodzina nabyła go na przełomie stuleci. Po wojnie odebrali go komuniści, by urządzić w nim hotel robotniczy, który później przekształcili w magazyn. Dopiero po tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku Amelia Aleksandrowicz, najstarsza córka wcześniejszych właścicieli, z powrotem nabyła prawa do posiadłości w niewielkim Węglanowie w ramach reprywatyzacji. Jednak rozmaite okoliczności sprawiły, że nie zdążyła zająć się renowacją pałacyku. Wraz z rodziną wyjechała do Stanów Zjednoczonych, opiekę nad majątkiem powierzając sąsiadom.

Wejście zdobiły kolumny. Niegdyś porośnięte bluszczem, teraz oczyszczone i wzmocnione. Piętro było jedno. Nad nim, w środkowej części, znajdowało się mieszkalne poddasze. Prawe skrzydło przylegało do sporych rozmiarów sadzawki, której stojąca woda częściowo pokryta była rzęsą. Z pokoi usytuowanych w lewym skrzydle, jak Valeria pamiętała, rozciągał się piękny widok na pobliską rzekę.

Ogród był rozległy. Teraz, rozglądając się, Wilecka dostrzegła, że nie należał do zbyt zadbanych. Przydałoby się wykarczować rosnące w jego tylnej części zarośla, poprzycinać krzewy, zadbać o klomby. Uznała jednak, że obecna właścicielka, jej krewna Sara Blosh, będzie miała jeszcze sporo czasu, aby się o to zatroszczyć. I tak w ciągu niespełna roku udało się jej przywrócić blask pałacykowi, który od kilku dekad popadał w ruinę.

– Nawet ładnie – przyznała Inga. – Ale i tak najpiękniejszy na świecie jest nasz dom. Prawda, kochanie? – zwróciła się do męża i pogładziła go po policzku.

Tomasz, manewrując właśnie na parkingu, jedynie lekko skinął głową. Siedząca z tyłu Valeria odruchowo zrobiła to samo. Musiała przyznać, że gniazdko, jakie uwili jej syn i synowa, wyglądało imponująco. Daleko mu było, co prawda, do majątku, jaki teraz przypadł w udziale Sarze Blosh, niemniej Wileccy nigdy nie narzekali na brak pieniędzy. Gdyby tylko Tomek mógł trochę mniej pracować…

– To co? Idziemy oglądać te salony? – zapytał, wyłączywszy silnik.

– Pewnie! – krzyknął Czarek, wiercąc się na siedzeniu. Już od rana był bardzo podekscytowany udziałem w przyjęciu.

– Ty je przecież już widziałeś – odezwał się Bartosz, nawiązując do tego, że nim wszelkie formalności związane z realizacją testamentu po zmarłej przed dwoma laty Amelii Aleksandrowicz zostały uregulowane, główna spadkobierczyni wielokrotnie zapraszała do siebie tych, których zgodnie z wolą jej babki zamierzała spłacić. Nim przeprowadzono odpowiednie sprawy w sądzie, podpisano szereg dokumentów u notariuszy i ostatecznie dopełniono niezbędnych procedur, należało omówić sporo kwestii.

Podobno też niektórzy ze spadkobierców nie byli zachwyceni, że to właśnie Sarze Blosh, zgodnie z wolą zmarłej, przypadła sukcesja po Aleksandrowiczach. Valeria wiedziała, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, ludzie zmieniają się niekiedy nie do poznania.

Kobieta na moment przymknęła oczy, przypominając sobie pewien telefon, który otrzymała wówczas, kiedy toczyły się sprawy spadkowe. Po tamtej rozmowie była tak roztrzęsiona, że

dosłownie nie mogła utrzymać w dłoni komórki. Spacerowała akurat z młodszym wnukiem nad rzeką. Rozdygotana upuściła urządzenie. Upadło gdzieś w zarośla. Szukali go, ale bezskutecznie. W końcu Valeria machnęła ręką. Aparat nie był nowy, poza tym syn i tak kupił jej już inny.

Teraz jednak wszystkie sprawy spadkowe zostały uregulowane. I aby to uczcić, Sara Blosh zorganizowała w nowo wyremontowanym pałacyku przyjęcie, w którym udział mieli wziąć zarówno spadkobiercy wraz z rodzinami, jak i jej najbliżsi sąsiedzi oraz jacyś przyjaciele; w sumie kilkanaście osób.

– Ale wy tu jeszcze nie byliście. – Tomasz lekko klasnął w dłonie. Później poprawił krawat i wysiadł z samochodu. Starsza kobieta z czułością przyglądała się, jak zakładał marynarkę. Jej syn był wysoki, miał wysportowaną sylwetkę, poruszał się sprężyście. Kilka miesięcy temu skończył czterdzieści lat, ale sprawiał wrażenie znacznie młodszego. W nowym, modnym garniturze i idealnie odprasowanej koszuli, której mankiety zdobiły kosztowne spinki, wyglądał wyjątkowo przystojnie. Valeria promieniała z dumy.

Inga także prezentowała się świetnie. Synowa założyła koktajlową, kremową sukienkę, doskonale podkreślającą jej urodę. Długie, ciemne włosy miała lekko podkręcone na końcach. Kosmetyczka nałożyła jej na twarz makijaż odejmujący kilka lat, dzięki temu wyglądała u boku Tomasza świeżo i promiennie.

– Piękna z was para – westchnęła Valeria, zakładając za ucho kosmyk siwych, niemal białych włosów.

Inga uśmiechnęła się, słysząc te słowa. Jej mąż jedynie lekko się skrzywił.

– Którędy się wchodzi? – dopytywał Czarek, wodząc wzrokiem po rzędach okien zdobionych rzeźbionymi gzymsami.

– Można od strony ogrodu, przez taras. Wtedy znaleźlibyśmy się od razu w salonie. Ale my wejdziemy elegancko, głównymi drzwiami – odparł Tomasz, sięgając do kieszeni. – Przepraszam na chwilę – dodał. – Muszę wykonać jeden telefon.

– Teraz? – zdziwiła się Inga.

Mężczyzna obrzucił ją spojrzeniem, ale nie odezwał się.

– Taaatooo, jest niedzielaaaa – jęknął Czarek. Matka natychmiast objęła go ramieniem.

– Nie przeszkadzajmy tatusiowi. To na pewno potrwa tylko chwilkę – powiedziała, odciągając chłopca na bok.

Starszy z braci, Bartosz, ruszył w ich kierunku. Tylko Valeria się zawahała. Tomek odszedł co prawda parę kroków, tak że nie była w stanie słyszeć, o czym rozmawia, wychwyciła zaledwie kilka zwrotów: „O wszystko zadbam”, „Tak, w czasie przyjęcia”, „Idealny moment”, „Pozbędę się ich”, „Dłużej nie wytrzymam”.

Jednak to nie same słowa, lecz wyraz twarzy jej syna, gdy je wypowiadał, sprawił, że Wilecka poczuła ucisk w klatce piersiowej. Wzięła kilka głębokich wdechów. Nie pomogło. Duszne, parne powietrze sprawiło jedynie, że czoło starszej kobiety natychmiast pokrył pot. Podniosła dłoń w kierunku mostka i ostrożnie pomasowała miejsce, gdzie znajdowała się kosztowna zawieszka. W tym momencie poczuła na skórze pierwsze drobne krople deszczu.

Ponownie spojrzała na syna. Jej Tomek wyglądał nie tyle na rozdrażnionego, ile wręcz wściekłego. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle zaczęła się o niego obawiać. Starzy ludzie są trochę jak dzieci, myślała, czasami po prostu wyczuwają różne rzeczy.

– Wszystko w porządku, synku? – zapytała nieśmiało, kiedy Tomasz schował telefon z powrotem do kieszeni.

– Tak – odparł z gniewem w głosie. Po chwili jednak jego rysy nieco złagodniały. – Tak – powtórzył już delikatniejszym tonem. Valeria objęła go czule i zmusiła, żeby się pochylił. Kiedy to zrobił, ucałowała syna w obydwa policzki.

– Kocham cię – powiedziała, patrząc mu w oczy.

Mężczyzna przełknął ślinę.

– Ja też cię kocham, mamo – odrzekł cicho.

– Wszystko w porządku? – Inga podeszła do nich i czym prędzej wzięła męża pod rękę.

Tym razem Tomasz Wilecki już nie odpowiedział. Kiwnął jedynie głową na synów i wszyscy ruszyli w stronę zdobionego kolumnami wejścia do pałacyku. Kiedy znaleźli się w środku, rozpadało się na dobre.

 

 

Paula Mogilska

 

Stała przy dwuskrzydłowych, przeszklonych drzwiach prowadzących na taras i rozglądała się. Salon, w którym teraz panował przerywany salwami śmiechu harmider, był olbrzymi. Wchodziło się do niego z korytarza, także – jak chyba wszystko w tym pałacyku – elegancko urządzonego. Idealnie wycyklinowaną podłogę pokrywały kosztowne dywany. Obicia mebli doskonale współgrały z kolorem ścian, a stylowe witryny i komody dodawały całości wyrafinowanego smaku.

W salonie, niedaleko wejścia, znajdowały się marmurowe schody wiodące na piętro. Paula Mogilska była pewna, że sama rzeźbiona balustrada jest warta więcej aniżeli całe umeblowanie rudery, w której mieszkała z matką, małym niepełnosprawnym bratem i obłożnie chorą babcią.

W niewielkiej niszy pod schodami ustawiony był stolik kawowy. Dalej znajdował się stół zastawiony słodyczami i jakimiś egzotycznymi deserami. Przy ścianie prezentowały się gustowne secesyjne meble, a w przeciwległym końcu salonu czarny fortepian z uchylonym skrzydłem. Z sufitu zwieszały się dwa okazałe żyrandole pająki.

– Źle się tu czuję – mruknęła Paula, pochylając się w stronę matki. – Jak gdybym nie pasowała do tego wnętrza. O ile oczywiście ludzie mogą pasować do wnętrz. No, ale wiesz, co mam na myśli.

Karolina Mogilska zerknęła na córkę i zrobiła kwaśną minę. Siedziała tuż obok, na eleganckiej skórzanej kanapie. Nie dotykała plecami oparcia, jak gdyby bała się pozwolić sobie na jakikolwiek swobodniejszy ruch. Na kolanach trzymała starą, podniszczoną torebkę i kurczowo ściskała ją obiema rękami. Paula zdążyła zauważyć, że odkąd tylko Tomasz Wilecki pojawił się w salonie, jej mama nie przestaje dyskretnie go obserwować. Nie podobało jej się to. Obawiała się tego człowieka i miała ku temu powody.

W ogóle nie chciała wybierać się na przyjęcie. Matka jednak uparła się. Wynajęła nawet opiekunkę, która aż do kolejnego dnia miała zajmować się babcią i bratem Pauli.

– Właściwie to czemu ta Sara nas tu zaprosiła? – szepnęła. – Z tego, co mówiłaś, to impreza na podsumowanie spraw spadkowych. A my nie jesteśmy spokrewnione ani z nią, ani z Aleksandrowiczami. No… – znacząco przeciągnęła ostatnią samogłoskę – chyba, że o czymś nie wiem. Ale w takim wypadku to i my powinnyśmy się dobrać do tego spadku. Słyszysz? Nawet się rymuje.

– Sara jest po prostu miła – wyjaśniła starsza Mogilska. Odwróciła głowę i na kilka sekund zapatrzyła się w jakiś punkt za mokrą od deszczu szybą. Po chwili nerwowo potarła dłonią czoło. – Przyjaźniłyśmy się w dzieciństwie. Później, kiedy wyjechała do Los Angeles, nadal utrzymywałyśmy kontakt i…

– Jakby takie pindy jak ona umiały być miłe – przerwała jej córka.

Nie znosiła bogatych ludzi. Uważała, że są zdolni do najgorszych rzeczy. Była też przekonana, że nikt nie jest w stanie zdobyć majątku wyłącznie dzięki uczciwej pracy.

– Daj spokój – syknęła Karolina.

W tym momencie Sara Blosh wkroczyła do salonu. Była wysoka, szczupła, ale nie chuda; w wieku trudnym do określenia. Na sobie miała szykowne, czarne spodnium. Naturalnie ciemne włosy zebrała w kok z boku głowy, upięty zgodnie z modą obowiązującą w dwudziestoleciu międzywojennym. Pchała przed sobą wózek kelnerski, na którym spoczywał wielki, ładnie udekorowany tort. Tomasz Wilecki, zajęty dotychczas rozmową, czym prędzej do niej podszedł i pomógł ustawić go w odpowiednim miejscu.

– Czułaś te jej perfumy? – nastolatka ponownie się odezwała. – Normalnie Eau de Elegancja. A jak ta baba się porusza: jest sztywna, jakby dopadło ją już rigor mortis – dodała, tym razem nie starając się nawet ściszyć głosu.

– Po prostu chodzi z gracją. Pod tym względem mogłabyś brać z niej przykład. A tak w ogóle to skąd znasz takie określenia? – spytała matka.

– Niecałe trzy miesiące temu zdawałam maturę, nie pamiętasz? – jęknęła Paula, przewracając oczami. – No i, gdybyś nie wiedziała, nie jestem taką tępą dzidą, jak, nie przymierzając, Inga Wilecka.

Karolina obrzuciła córkę jakimś dziwnym spojrzeniem. Później zerknęła na swoją torebkę, po czym postawiła ją za plecami. Dłońmi wygładziła starą zieloną sukienkę, która i tak była jedną z najelegantszych, jakie posiadała. Na materiale pozostały ślady potu.

– Drodzy państwo, ogromnie się cieszę, że udało nam się z sukcesem sfinalizować realizację testamentu mojej babci, Amelii… – podjęła Blosh tym swoim przyjacielsko oficjalnym tonem, ale Pauli w ogóle to nie obchodziło. Zaczęła natomiast przyglądać się osobom zebranym wokół gospodyni.

Poza rodziną Wileckich obecni byli także sąsiedzi Pauli i Karoliny: Stroińscy. Marek, ubrany w odświętny garnitur, drapał się właśnie po wiecznie zmierzwionej rudej brodzie. Jego żona Agata, wystrojona w niebieską sukienkę i buty na zbyt wysokim dla niej obcasie, co i rusz poprawiała okulary. Oboje mieli miny takie, jak gdyby właśnie się o coś pokłócili. Marcin, ich dwunastoletni syn, zajadał się czekoladowymi pralinami. A starsza córka, Marcela, stała z boku i nieśmiało zerkała na rodziców.

Zenon Aleksandrowicz, teść Marka, oddalił się nieco od pozostałych i lustrował zawartość barku. Jego żona, ubrana skromnie, aczkolwiek elegancko, przyglądała się temu z niepokojem.

W ogromnych fotelach rozsiedli się Majowie, którzy podobnie jak Mogilska nie byli spadkobiercami, lecz przez lata opiekowali się pałacykiem.

– Rany, ale fryz se strzeliła święta Stacha! – Nastolatka znów zwróciła się do matki, bez skrępowania wskazując palcem na starszą kobietę siedzącą nieopodal nich na krześle w stylu Ludwika XIV. Wiedziała, że ta w młodości zamierzała zostać zakonnicą, chyba nawet była w nowicjacie. Nie złożyła jednak ślubów wieczystych, ponieważ poznała swojego obecnego męża.

Karolina Mogilska zgromiła córkę wzrokiem, ale i ona zwróciła uwagę, że Stanisława Damej, zwykle nosząca się skromnie, wręcz ascetycznie, dziś wyglądała, jak gdyby wyszła właśnie z salonu piękności. Zmieniła też fryzurę: od dawna siwe włosy przefarbowała na kasztanowy kolor i znacznie podcięła. Co chwila żywo gestykulowała, wyraźnie prezentując przy tym złotą bransoletkę. Jej mąż, Stanisław, także wyświeżony na tę okoliczność, popijał kawę. Najwidoczniej jednak zauważył, że Paula i jej matka patrzą w jego kierunku, bo uniósł głowę i posłał im serdeczny uśmiech.

– Państwa córka i wnuk nie dotarli na przyjęcie? – zapytała uprzejmie starsza Mogilska, pochylając się w jego stronę.

– Jakubowi wypadło coś ważnego, a córka była zajęta – odburknęła Damejowa, uprzedzając z odpowiedzią swojego małżonka. Po jej twarzy przemknął cień, a usta wykrzywiły się nieznacznie.

– Musiała zostać z… – podjął Stanisław, ale żona nie pozwoliła mu dokończyć.

– To przecież bez znaczenia. Po prostu jej nie ma i już – ucięła. Nie omieszkała przy tym obrzucić Pauli krytycznym spojrzeniem. Nie pierwszy już raz.

Nastolatka rozejrzała się, czy nikt inny tego nie widzi, i pokazała starszej kobiecie środkowy palec. Wiedziała jednak, że Damejowa ma trochę racji. Ciężkie glany, postrzępione czarne dżinsy i czarna koszula, na którą założyła starą ramoneskę, sprawiały, że jej wygląd zdecydowanie nie pasował do tych wszystkich wytwornych sukienek i garniturów. A ufarbowane na czarno włosy i wyjątkowo mocny makijaż przyciągały mnóstwo krytycznych spojrzeń.

Nie obchodziło jej to. Przywykła do tego, że większość ludzi traktuje ją jak jakiegoś odszczepieńca. Pozory – tak wiele osób miało tendencję do skupiania się wyłącznie na nich. Byli też tacy, jak na przykład Tomasz Wilecki, którzy umiejętnie ową skłonność wykorzystywali.

Dziewczyna zerknęła w jego stronę i poczuła, że robi jej się gorąco. Teraz to on obserwował jej mamę. W jego oczach i wyrazie twarzy było coś, co wprawiało nastolatkę w przerażenie. Pewnego wieczoru, kilka tygodni temu, w taki sam sposób patrzył także na nią. Zaś samo wspomnienie tego, co się później wydarzyło, wzbudzało w dziewczynie strach. Nie powiedziała o tym ani matce, ani nikomu innemu, ale od tamtej pory zaczęła szukać informacji, jak zabić człowieka. Nie żeby sama chciała to zrobić. Po prostu tak bardzo się obawiała, że Wilecki w końcu spełni swoje groźby.

 

 

Marek Stroiński

 

Atmosfera stawała się coraz bardziej rozluźniona. Szyjki eleganckich butelek uderzały o kieliszki, a srebrne łyżeczki o porcelanowe spodki. Głośne rozmowy, śmiechy i odgłos stukania obcasów o podłogę mieszały się z przyjemną muzyką sączącą się z gramofonu. Mimo to Marek Stroiński zaczynał się tu dusić. Czuł, że pod fasadą uprzejmych uśmiechów i niezobowiązujących rozmów kryje się grzęzawisko międzyludzkich relacji.

Przede wszystkim zaś miał tyle problemów, że nie potrafił ani na chwilę się odprężyć.

Korzystając z tego, że ta smarkula Mogilska gdzieś się zapodziała, podszedł do wiodących na taras przeszklonych drzwi. Przez chwilę wpatrywał się w bujną zieleń ogrodu tonącego w strugach wody. Ulewa z każdą chwilą przybierała na sile. Granatowe, ciężkie chmury napływające z zachodu wróżyły nadejście burzy.

Marek zaciągnął się wilgotnym powietrzem, po czym domknął uchylone skrzydło. Deszcz zacinał do środka tak, że na podłodze utworzyła się mała kałuża. Stroiński niechcący wdepnął w nią butem.

– Ej, stary, ale nalałeś! – Tomasz Wilecki nagle zmaterializował się tuż obok niego. – Tak jak wtedy w szkole, pamiętasz? Ile to już lat?

Marek zacisnął zęby. Nie zamierzał wdawać się we wspominki o licealnych czasach. A przynajmniej nie takie. Poza tym po wszystkim, co ostatnio było między nim a Wileckim, wolał go unikać.

Miał szczerą nadzieję, że Tomasz, zajęty sprawami kilku filii swojej firmy, wciąż się jeszcze nie zorientował, do czego doszło w Valeriemexie. Stroiński dość zręcznie zatuszował to w papierach, ale prędzej czy później Wilecki odkryje brak, bagatela, stu tysięcy złotych. Marek nie chciał nawet myśleć, co wówczas nastąpi.

Przez ostatnie półtora roku Stroiński pracował w węglanowskim tartaku, wchodzącym w skład należących do Wileckiego zakładów przetwórstwa drzewnego. Zajmował stanowisko młodszego specjalisty do spraw sprzedaży. Odpowiadał za eksport gotowych wyrobów za zachodnią granicę. Znał język, miał pewne doświadczenie w zawodzie. Tyle że wciąż wszystko szło nie tak. Tomasz nie dość, że stale patrzył mu na ręce i kontrolował każdy ruch, co już samo w sobie było krępujące, to jeszcze – Marek Stroiński był tego pewien – sabotował niektóre z jego działań.

W efekcie doszło między mężczyznami do konfliktu. Jego konsekwencje były dla Marka wyjątkowo bolesne. Kiedy nie uzyskał od szefa wszystkich niezbędnych informacji, a w dodatku działał pod presją czasu, podpisał kontrakt na dostawę desek podłogowych. Towar został wysłany, podatek opłacony, ale pieniądze nigdy nie wpłynęły na konto Valeriemexu. Stroiński próbował wyjaśnić sytuację, lecz okazało się, że właściciel niemieckiego przedsiębiorstwa spakował manatki i wyjechał nie wiadomo dokąd. Syndyk zaś skutecznie odżegnywał się od realizacji jakichkolwiek roszczeń.

Na domiar złego Markowi lada moment miała wygasnąć umowa o pracę. Wiedział, że działając z zewnątrz, nie poradzi sobie z odzyskaniem należności. Tymczasem już przy okazji poprzedniego, także nieudanego kontraktu na dostawę drewnianej klepki Wilecki zagroził, że w razie jakichkolwiek kolejnych nieprawidłowości przykładnie ukarze Stroińskiego. A karać Tomasz potrafił. Marek już niejednokrotnie się o tym przekonał.

Z trudem przełknął ślinę, podrapał się nerwowo po zmierzwionej rudej brodzie i przeszedł kilkanaście kroków dalej.

Karolina Mogilska przemaszerowała obok niego, kierując się w stronę jadalni. Stroiński odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, co też takiego cennego jego sąsiadka schowała do swojej torebki, że tak kurczowo zaciska na niej dłonie. Może ta jej diaboliczna córka zdążyła już coś świsnąć? Marka wcale by to nie zdziwiło. Podejrzewał, że Karolina nie radzi sobie już z tą rozwydrzoną smarkulą. Jeśli ta mała wrodziła się w swojego ojca, to nic dziwnego, że wyrósł z niej taki potworek.

– Wiesz, jak ja się czuję, kiedy tak się przypatrujesz innym kobietom? – syknęła mu do ucha żona. To była jej stara śpiewka. Marek przez lata zdążył już do niej przywyknąć.

– Dobra, przepraszam – bąknął dla świętego spokoju.

Odwrócił wzrok od Mogilskiej i znów zerknął na Wileckiego. Ten powiedział coś właśnie swojej żonie, na co ona wesoło się roześmiała i ucałowała go w policzek. Później palcem starła pozostawiony na jego skórze ślad szminki.

Marek nie potrafił na to patrzeć ze spokojem. Nie wierzył, iż Wileccy są naprawdę taką modelową rodziną, na jaką wyglądają. Tomasz nie należał do mężczyzn, którzy potrafią wieść spokojne życie familijne.

Przeniósł wzrok na Sarę Blosh. Stała kilka metrów dalej. Jak zwykle sztywna, dystyngowana, elegancka. Jej posągowa uroda robiła na nim wrażenie, od kiedy tylko ją poznał. Gdy przyglądał się temu, z jaką gracją się poruszała, za każdym razem ogarniało go podniecenie.

W tym momencie jej twarz, która nigdy nie zdradzała niemal żadnych emocji, wyglądała jakoś inaczej niż zwykle. Blosh, obserwując pokaz czułości Wileckich, wydawała się po prostu smutna.

– Teraz będziesz się przypatrywał jej? – Agata pociągnęła go za rękaw marynarki tak gwałtownie, że wylał na siebie kilka kropli kawy z trzymanej w dłoni filiżanki.

– Odpieprzysz się wreszcie ode mnie? – niemal krzyknął, nie mogąc powstrzymać złości, jaka w nim zawrzała. Nie chciał zareagować tak ostro, ale nie potrafił znieść tego, że nawet teraz, podczas przyjęcia, Agata nie była w stanie sobie trochę odpuścić i wciąż musiała się go o coś czepiać.

Kilka osób odwróciło się w ich kierunku. Natychmiast więc przykleił do twarzy uśmiech i objął ramieniem żonę. O dziwo, nie protestowała.

– A ty, Saro, nie boisz się, że jak my tu sobie tak wszyscy siedzimy, to ktoś ci się włamie do domu? – odezwał się nagle głośno Cezary Maj.

– No właśnie – podchwycił natychmiast Tomasz. – Nie obawiasz się sama mieszkać w takiej wielkiej posiadłości?

– Ile właściwie ten pałacyk ma metrów? Ale tak naprawdę, a nie w papierach? – dopytywała Inga.

– W dokumentach ma dokładnie tyle samo co w rzeczywistości – zapewniła Blosh. – Oczywiście zastanawiałam się długo nad sprawami bezpieczeństwa – kontynuowała. – Posiadłość objęta jest monitoringiem. Gdyby na przykład teraz ktokolwiek próbował się tu dostać, natychmiast uruchomiłby się alarm.

– Jak myśmy wchodzili, to się nie uruchomił, chyba – wtrąciła Stanisława Damej. Zerknęła na męża i nerwowo poprawiła się na krześle.

– Nie włączył się, ale tylko dlatego, że korzystaliście państwo z dzwonka. – Blosh nie rezygnowała z oficjalnego tonu.

– Pamiętasz – Damej zwrócił się do żony. – Brzmiał jak gong.

– A gdyby ktoś próbował na przykład przejść przez ogrodzenie… – Stanisława zignorowała słowa małżonka. Stroiński pomyślał natomiast, że była zakonnica jest jakoś dziwnie dociekliwa. – Ma podmurówkę, na którą można się stosunkowo łatwo wspiąć – dodała z naciskiem.

– A później się nadziać na te zakończone szpikulcami metalowe pręty, które i tak są na tyle wysokie, że chyba tylko jakiś kaskader by przez nie przelazł. – Stanisław znów ściął się z żoną. – Ten pałacyk to twierdza.

– Każdą twierdzę można sforsować, czyż nie? – Tomasz puścił oko do Sary. Ta jednak go zignorowała. Mimo wszystko Markowi wydawało się, że między tymi dwojgiem panuje jakieś napięcie. Wyczuwał je już wcześniej, kiedy wszyscy spotykali się dla omówienia spraw spadkowych.

– Tak czy inaczej – kontynuowała Blosh, lekko unosząc dłonie – gdyby ktokolwiek próbował sforsować ogrodzenie, natychmiast uruchomiłby się alarm. A od tego momentu przedstawiciele firmy ochroniarskiej pojawiają się w ciągu dziewięciu minut. Zgodnie z umową – dodała, spoglądając na Ingę, której uśmiech nie schodził z twarzy. – W praktyce, sprawdziłam, docierają w ciągu siedmiu.

– No, ale przez te siedem minut to różne rzeczy się mogą zdarzyć – odezwała się młodsza Mogilska, która z powrotem pojawiła się w salonie. Nikt jednak nie zwrócił na nią szczególnej uwagi.

– A jeśli ktoś chciałby stąd wyjść, to też uruchomi alarm? – dopytywała Stanisława Damej.

– Wówczas nie – odparła Sara. – Pozostają jednak kamery, które obejmują większą część przyległego terenu…

– Większą? Ale nie całość, tak? – Damejowa coraz bardziej się ożywiała.

– Tak. Aczkolwiek ktoś musiałby o tym wiedzieć. Przyznam, że sama kilka razy starałam się przejść teren od strony ogrodzenia aż do któregoś z wejść do domu tak, aby nie zostać zarejestrowaną przez żadną z nich. I proszę mi wierzyć, że to iście karkołomne zadanie.

Pani Stanisława znów zgłosiła obiekcje, a Blosh niestrudzenie wyłuszczała jej kolejne kwestie, ale Marek już tego nie słuchał.

Podszedł do stolika ze słodyczami i sięgnął po czekoladową pralinę. Smakowała nieziemsko. Po chwili wziął jeszcze jedną. Musiał przyznać, że chyba nigdy wcześniej nie miał w ustach czegoś tak fantastycznego.

– Musisz tyle jeść? Jesteś jak dziecko. – Agata znów zaczęła utyskiwać.

– To wszystko jest po to, żeby się częstować, no nie? – powiedział, starając się jak najszybciej przełknąć. Zakrztusił się przy tym tak bardzo, że napluł sobie na brodę śliną pomieszaną z czekoladą. Zauważył, że teściowa patrzy na to z obrzydzeniem.

– Agatko, nasz Mareczek to przecież taki duży dzieciaczek. Pamiętasz, jak zawsze trzymał się mamusinej spódnicy, a jak miał podjąć jakąś decyzję, to latał się radzić księdza proboszcza? – Wilecki akurat teraz musiał do nich podejść i w dodatku znów mu dogryźć. Agata natychmiast przytaknęła, patrząc na swojego męża z politowaniem.

– Nie zwracajcie, proszę ja was, uwagi na Marka – odezwał się, nieco już bełkotliwie, jego teść. W dłoni trzymał kryształowy kieliszek wypełniony likierem. – Jakby sobie wypił, toby się trochę rozluźnił. A że przyjechał samochodem, to nie może. A jak chłopina długo nie może, to jest zły.

Stroiński posłał staremu mordercze spojrzenie. Wilecki zaś parsknął śmiechem na tę zamierzoną dwuznaczność.

– A ty, Mareczku, już nie możesz? – zapytał tak głośno, że stojąca w pobliżu Sara odwróciła głowę. Po chwili jednak taktownie się oddaliła.

Stroiński miał ochotę przyłożyć Wileckiemu w tę roześmianą mordę albo przynajmniej powiedzieć, co tak naprawdę o nim sądzi. Obawiał się jednak, iż pod tymi z pozoru sztubackimi przytykami kryje się drugie dno.

– Opowiem wam anegdotę o Marku, jaka krąży w firmie – podjął Tomasz, rozglądając się wokół siebie zachęcająco. Kilka osób zbliżyło się, żeby posłuchać. Stroiński zdecydowanie nie zamierzał tego robić.

– Przepraszam – wydukał, zaciskając pięści, i niechcący potrąciwszy przy tym Cezarego Maja, szybkim krokiem ruszył

w kierunku korytarza. Sąsiad Sary warknął coś obraźliwego na temat jego nieuwagi. Nim Marek dotarł do drzwi, usłyszał jeszcze, jak jego żona woła, żeby zaprał sobie plamy z kawy na marynarce. Ton jej głosu nie pozostawiał wątpliwości, że zawsze musi mu przypominać o podobnych sprawach.

Mężczyzna prędko odnalazł toaletę i dopiero kiedy zamykając się w niej, odciął się od salonowego harmidru i tych wszystkich ludzi, którzy mieli go za nieudacznika i którymi on pogardzał, pozwolił sobie na upust frustracji.

Najpierw przytknął czoło do chłodnej terakoty. Później zaczął walić w nią pięściami. Mocno. Coraz mocniej. Z całej siły. Nie wiedział, jak długo to robił. Przestał dopiero wówczas, gdy nie tylko dłonie, ale i całe ramiona paliły go bólem.

W końcu usiadł na zamkniętym sedesie, przymknął oczy i zaczął się zastanawiać, jak uniknąć konsekwencji tego, w co się wpakował w Valeriemexie. I czy w ogóle da się ich uniknąć.

Kiedy po pewnym czasie, usłyszawszy łomotanie do drzwi, zerknął na zegarek, uświadomił sobie, że spędził w toalecie niemal pół godziny. Zaklął pod nosem i wyszedł z powrotem na korytarz, zderzając się w progu z Paulą Mogilską.

– Ej no, kurde, co tak długo? – mruknęła dziewczyna i zatrzasnęła za sobą drzwi. Marek nie zdążył jej nawet niczego odpowiedzieć.

Niechętnie ruszył z powrotem w kierunku salonu. Jednak po kilku krokach przystanął i spojrzał na wiszący na ścianie obraz. Był to portret kobiety, podobnej trochę do Sary. Wyciągnął dłoń, by sprawdzić fakturę farby. Szybko ją jednak cofnął, ponieważ jego uwagę przykuł jakiś ruch tuż za węgłem: coś jak ciche pstrykanie i jakiś metaliczny dźwięk. Wiedziony ciekawością, przeszedł kilka kroków i nagle stanął jak wryty.

– Co ty tu robisz? – wyrwało mu się z ust.

Tomasz Wilecki natychmiast odwrócił się w jego stronę. Stał właśnie przy umieszczonej we wnęce niewielkiej konsoli, którą Blosh określała jako „centrum dowodzenia”. Marek nie orientował się wprawdzie, jak to działa, wiedział jednak, że kolejne przełączniki uruchamiają i wyłączają znajdujące się na terenie posesji kamery monitoringu. Któryś z nich odpowiadał także za funkcjonowanie alarmu.

Wilecki utkwił w twarzy Marka nieprzeniknione spojrzenie. Na jego ustach błąkał się niewróżący niczego dobrego uśmiech. Po chwili niespiesznie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej jakiś przedmiot.

– Chyba powinniśmy pogadać, stary. O tym, co się stało w Valeriemexie. O tym, do czego ty doprowadziłeś – odezwał się w końcu, cedząc każde słowo. – Może wyjdziemy na zewnątrz? – zdecydowanie nie zabrzmiało to jak luźna propozycja.

W jego dłoni błysnęło zaś coś, w czym dopiero po kilku sekundach Stroiński rozpoznał niewielki, ale ostro zakończony nóż.

Zupełnie jak tamtego dnia, pomyślał.

 

 

 

 

 

Marzec 2000

 

 

 

Marek Stroiński

 

Szkolny kantorek wypełniały stare, popsute ławki, fragmenty połamanej, czarnej tablicy, kartony z kredą, kilka mopów, parę metalowych wiaderek i wielki globus z dziurą w miejscu, gdzie powinien znajdować się Pacyfik. Pośrodku tej rupieciarni stało biurko, przy którym zajęcia prowadził matematyk, nazywany przez uczniów Pitagorasem. Po jego odejściu na emeryturę dyrekcja liceum zrobiła remont w pracowni, usuwając stamtąd podniszczony mebel.

Teraz siedział przy nim Tomek Wilecki, a po drugiej jego stronie Marek Stroiński. Tuż obok stał łysy osiłek, niebędący uczniem liceum, któremu jakimś cudem udało się prześlizgnąć obok pilnującego wejścia do szkoły cerbera w postaci woźnego.

– Czyli zakablowałeś, konfidencie jeden! – Tomek gotował się ze złości.

Marek nerwowo podrapał się po żuchwie. Kolega miał przynieść mu na przeprosiny browar, a tymczasem sprowadził sobie tego znajomego pakera i teraz wszyscy trzej, zamknięci w ciasnym pomieszczeniu bez okien, odgrywali scenę jak z przesłuchania. Dyndająca u sufitu nieosłonięta niczym żarówka kojarzyła się Stroińskiemu dość jednoznacznie. Jeszcze tylko brakowało, żeby Wilecki zaczął świecić mu latarką po oczach, a stojący za nim muskularny koleś kazał Markowi usiąść na nodze odwróconego taboretu.

– Podałem ci ściągę – zaczął tłumaczyć chłopak najspokojniej, jak potrafił. – Sam mnie prosiłeś, żebym ją napisał, bo ty musisz zająć się pomocą matce. Do próbnej matury trzeba się uczyć, ale rozumiem, że w twojej sytuacji…

– Nie zamulaj – przerwał mu napakowany.

Stroiński przełknął ślinę.

– No więc podałem ci tę ściągę. Tam wszystko było jak trzeba. Dawałem ci znak, żebyś mi jej już później nie oddawał.

– Jeszcze mi, frajerze jeden, powiedz, że to moja wina! – Wilecki pochylił się nad biurkiem w jego stronę.

– Nie mówię, że twoja wina, ale ja tej ściągi nie potrzebowałem. Ona była dla ciebie. Gdybyś ją po prostu schował do kieszeni, to Granica by się nie zorientowała.

Chodziło o polonistkę, która szczególnym uwielbieniem darzyła twórczość Zofii Nałkowskiej, a omawianiu Granicy poświęcała zdecydowanie więcej czasu niż analizie innych lektur.

– Albo gdybyś się nie spóźnił, to wtedy dałbym ci ją jeszcze przed wejściem do sali – dodał chłopak.

Tomek prychnął śmiechem, a później rzucił niewybredne przekleństwo. Marek skrzywił się nieznacznie. On sam niemal nigdy nie używał brzydkich słów.

– Tyle że ona od razu się skroiła, że na bibułce jest twoje pismo – odezwał się Wilecki i wyjął z kieszeni nawinięty na zapałki pasek białego pergaminu, stanowiący wówczas jeden z bardziej powszechnych rodzajów ściągawek.

– No właśnie – jęknął Stroiński. – A przecież to nie było dla mnie! Ja jej nawet nie potrzebowałem.

– Spokojnie – mruknął ten drugi. – Jak jesteś taki spękany, to trzeba było w ogóle nie pisać tej ściągi. A nie później robić z siebie konfidenta.

– Kiedy ja… – zająknął się, a Tomek uderzył pięścią w blat biurka.

– Na szczęście Granica ma swój rozum. Twoje pismo to twoje pismo.

Marek kiwnął głową. Starał się wyjaśnić nauczycielce, jak było naprawdę, lecz ta nie tylko mu nie uwierzyła, ale jeszcze zgłosiła sprawę dyrektorowi. On z kolei wezwał rodziców Stroińskiego i oznajmił im, że gdyby nie fakt, iż z Markiem dotychczas nie było żadnych kłopotów, usunąłby go ze szkoły. Niewykluczone, że było to stwierdzenie nieco na wyrost. Mimo wszystko chłopak naprawdę mocno przeżył całą sprawę. Obniżona ocena z zachowania też nie napawała go dumą. A teraz jeszcze Tomek i ten jego kumpel się go czepiają, choć przecież tak naprawdę to przeprosiny należały się Markowi.

– Ale za próbę wpuszczenia mnie w kanał musisz mieć karę, co nie?

Stroiński spojrzał na niego ze zdziwieniem. Później przeniósł wzrok na twarz napakowanego.

– Jasne! – Tamten zamaszyście kiwnął głową, po czym powoli zbliżył się do Marka. – Jesteś praworęczny? – spytał.

Chłopak nieznacznie przytaknął. Nie miał pojęcia, do czego tamten zmierzał. Jednak sposób, w jaki na niego patrzył, nie wróżył niczego dobrego. Stroiński był wątłej budowy. Zapewne już w starciu z wysportowanym Wileckim nie miałby większych szans. Zaś ten jego znajomy powaliłby go pewnie pierwszym ciosem.

– To połóż prawą dłoń na biurku – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ale…

– Dawaj! – krzyknął Tomek.

Stroiński poczuł uderzenie w kark. Nie było zbyt mocne, lecz pieszczotą też by go nie nazwał.

– Powtarzam: połóż dłoń na biurku – wycedził napakowany.

Marek, ociągając się, spełnił jego polecenie.

– Gadać na mnie to umiałeś. Zobaczymy, czy teraz też będziesz taki odważny – odezwał się Tomek. Schylił się i przez kilka sekund szukał czegoś w swoim plecaku, który stał obok biurka. Kiedy z powrotem się wyprostował, Marek zobaczył w jego ręku nieduży, ale ostro zakończony nóż. Nagle poczuł, że podkoszulek zaczyna kleić mu się do pleców.

– No co ty… – Zerwał się z miejsca, lecz napakowany usadził go z powrotem. Później mocno chwycił go za rękę, tak że chłopak nie był w stanie oderwać jej od blatu biurka.

– Rozłóż palce – polecił. A kiedy Marek to zrobił, Wilecki zaczął przesuwać po nich ostrzem, pozostawiając na skórze jaśniejsze kreski. Niektóre z nich już po chwili zaczęły nabiegać krwią.

– Boli – jęknął Stroiński. Wywołało to jedynie śmiech jego dręczycieli.

– A wiesz, jak boli odcinanie palca? – zapytał Tomek. – Ten nożyk nie przekroi kości, ale jeśli zacznę odcinać paliczek po paliczku… – Zawiesił głos i przycisnął narzędzie do stawu kciuka – …wtedy powinno pójść gładko. Sprawdzimy? – spytał i mocniej nacisnął nóż.

Chłopak zamknął oczy. Naraz zrobiło mu się niedobrze. Zacisnął zęby, żeby nie zwymiotować. Poczuł także potworne parcie na pęcherz.

– Albo nie. – Wilecki odsunął nóż. Przez moment bawił się nim, a później lekko wbił jego czubek pod paznokieć serdecznego palca Marka. – Podobno można je zdjąć nawet pilnikiem. My mamy do tego lepszy sprzęt.

– Proszę, błagam… – Z gardła Stroińskiego wydobył się piskliwy głos.

– No, skoro błagasz. – Tomek znów odsunął narzędzie. – Ale musisz jeszcze przeprosić.

– Przepraszam. Bardzo!

– Okej. – Wilecki roześmiał się niemal serdecznie. – Chociaż… – Na moment utkwił w twarzy Marka nieprzeniknione spojrzenie. – Rozstaw szerzej te palce. Nie bój się. Nic ci nie zrobię, tylko musisz być posłuszny, dobra?

– Uhm.

– I żadnych nieprzemyślanych ruchów, pamiętaj.

– Mhm. – Stroiński był w stanie zdobyć się jedynie na takie odpowiedzi.

– No to heja! – odezwał się Tomek i zaczął wbijać ostrze noża w blat biurka pomiędzy palcami Marka. Najpierw robił to powoli, ostrożnie. Od kciuka, kolejno, aż do ostatniego. I z powrotem. Z każdą następną kolejką jednak przyspieszał. Opuszczał narzędzie z coraz większej odległości i wkładał w to coraz więcej siły. Stroiński zaś z coraz większym przerażeniem obserwował, jak ostrze wbija się w pomalowane na brązowo drewno jedynie milimetry od jego palców.

– Uważaj, bo naprawdę mu któryś odetniesz – rzucił napakowany. Nadal jednak mocno trzymał rękę Marka.

– Może. Ale. Czy. To. Będzie. Wielka. Strata. – Tomek wyrzucał z siebie kolejne słowa w rytm coraz szybszych uderzeń noża.

Niech on przestanie gadać, myślał Marek. Proszę, niech on przestanie gadać. Jak będzie się rozpraszał, wtedy naprawdę się pomyli i wbije mi to cholerstwo w dłoń. Pocił się teraz już na całym ciele, a ucisk na pęcherz stawał się wręcz nie do wytrzymania.

– I… – Tomek zamachnął się i uderzył wprost w śródręcze. Stroiński jęknął, niemal już czując, jak ostrze przebija skórę, mięśnie i ociera się o kości. Jego zwieracze nagle puściły.

– Dobra. Koniec – rzekł Wilecki, przytrzymując nóż centymetr od dłoni Marka. – W końcu i tak ładnie przeprosiłeś.

– Ej, stary, on się chyba zlał – mruknął ten drugi, uwalniając rękę Stroińskiego.

– Serio? – Tomek podniósł się zza biurka. – Kurde. Zlałeś się! Zlałeś ze strachu! Ale jaja! – zaczął krzyczeć tak głośno, że mimo zamkniętych drzwi kantorka pewnie było go słychać na korytarzu.

– Jak powiem dziewczynom, że on się zlał… – zaczął, ale Marek nie był w stanie usłyszeć, co mówił dalej. Jego świat, a on sam wraz z nim, zaczął się nagle zapadać, kurczyć, niknąć. Zacisnął mocno pięści i myślał jedynie o tym, że nie wolno mu odpowiadać agresją na agresję, że musi być od tamtych mądrzejszy, że mimo wszystko to istoty ludzkie, które on, jakkolwiek byłoby to trudne, musi szanować. Tego wymagała miłość bliźniego. Tak przecież uczył go katecheta. A Marek Stroiński zawsze stosował się do zasad, które wyznaczali mu inni.

 

 

 

 

 

Sierpień 2021

 

 

 

Valeria Wilecka

 

W salonie zrobiło się pustawo, ponieważ Sara, odpowiadając na liczne sugestie, zaproponowała, że oprowadzi gości po pałacyku. Wiele osób było tu po raz pierwszy, więc zwiedzanie – Valeria uznała, że to najwłaściwsze słowo – stanowiło nie lada atrakcję.

– Nie wiesz, gdzie jest Tomek? – zapytała Inga. Wyglądała na zdenerwowaną.

– Nie, kochanie – odparła starsza kobieta i lekko ścisnęła jej dłoń. Pomyślała, że ma naprawdę wspaniałą synową. Kiedy tylko Tomasz znikał choćby na chwilę, ona niezmiennie się o niego niepokoiła. Podobnie jak Valeria. – Nie widziałam, w którą stronę poszedł, ale ten pałacyk jest taki duży. Łatwo się tu zgubić.

Inga poruszyła się niespokojnie. Po chwili odstawiła na stolik trzymaną w dłoni filiżankę z kawą. Porcelana głośno zadźwięczała.

– Przecież był już tutaj tyle razy – powiedziała szybko.

Valeria jedynie skinęła głową i z trudem podniosła się z kanapy. Miała w końcu swoje lata i zawsze kiedy siadała bądź wstawała, jej kręgosłup dawał o sobie znać. Podobnie było w przypadku stawów kolanowych. Ostatnio zaś niemal stale odczuwała ból w biodrze. Dlatego też teraz, mimo że była ciekawa, jak wygląda reszta pałacyku, nie zdecydowała się na zwiedzanie. Co innego, jeśli szło o sprawdzenie, co robił jej Tomek.

– Poszukajmy go – zaproponowała. – Może jest tam? – Wskazała na wejście do kolejnego pomieszczenia, z którego dobiegał harmider.

Inga także wstała i wzięła teściową pod rękę. Kobiety powoli ruszyły w stronę drzwi. Kiedy przemierzały obszerny salon, błyskawica rozdarła niebo.

– I takim oto sposobem, gdy osuszałam piwnicę, natknęłam się na… – usłyszały głos Sary. Kolejne pomieszczenie okazało się jadalnią. Znajdowało się tu kilka osób, w tym dzieci Wileckich i Stroińskich, zasłuchane w opowieść gospodyni.

– Nie ma go – mruknęła Inga i pociągnęła teściową z powrotem do salonu.

Valeria pomyślała, czy aby przypadkiem jej syn nie jest gdzieś na górze, jednak perspektywa wspinania się po schodach sprawiła, że wolała najpierw sprawdzić pomieszczenia na parterze.

– Ten Aleksandrowicz zawsze tyle pije? – szepnęła jej na ucho synowa. Zenon znów stał przy barku. Wyglądał już na mocno podchmielonego.

– Niestety tak. Jadzia skarżyła mi się kiedyś, że po pijaku bywa agresywny – odparła równie cicho Valeria.

– O, a gdzie to moje panie się wybierają? – Tomasz sprężystym krokiem wszedł do salonu od strony korytarza. Z jego postury biła swoboda. Na twarzy malował się lekki uśmiech. Valeria czule pogładziła go po ramieniu.

– Gdzie byłeś? – zapytały kobiety niemal równocześnie.

– Musiałem zatelefonować, mamo – odpowiedział i lekko uniósł trzymany w dłoni smartfon.

– Czy ci kontrahenci nie mogą dać ci spokoju nawet w niedzielne popołudnie? – oburzyła się Inga. Tomasz włożył jej za ucho kosmyk włosów.

– Twój mąż jest po prostu niezastąpiony – stwierdził z szelmowskim uśmiechem.

– Przepraszam, nie wiecie może, gdzie jest Marek? – Agata Stroińska podeszła do nich szybkim krokiem. – Szukam go od przeszło pół godziny.

Valeria oraz Inga przecząco pokręciły głowami.

– Ostatnio barykadował się w toalecie. Może nadal tam siedzi – odezwał się Tomasz. Jego żona prychnęła śmiechem.

– Pewnie tort mu zaszkodził – dodała. – Nie sądzicie, że smakował tak, jak gdyby był nafaszerowany jakimiś chemikaliami?

Valeria nie odniosła takiego wrażenia, ale nie zamierzała zaprzeczać. Synowa nie lubiła, kiedy podważało się jej opinię. Zwłaszcza przy innych.

– Nie wiem, moja kochana, jak ty wytrzymujesz z tymi wszystkimi dziwactwami Mareczka – rzucił Tomasz, zdaniem Wileckiej trochę bez związku.

Agata zagryzła wargę.

– Przepraszam, nie chciałem, żeby to wypadło niestosownie – zreflektował się natychmiast. Odsunął się od Ingi i lekko objął ramieniem żonę swojego kolegi. – Po prostu uważam, że masz, Agatko, anielską cierpliwość. A co do tamtych spraw… – Odciągnął ją na bok. Po chwili obydwoje usiedli przy stoliku kawowym i zajęli się rozmową.

Valeria widziała, jak jej syn nagle spoważniał. Kiwał głową, jakby chciał okazać Stroińskiej zrozumienie. Ona natomiast wyglądała, jak gdyby mu się na coś żaliła. Chodziło pewnie o te zaniedbania, których jej mąż dopuścił się w tartaku. Tomasz wprawdzie nie wyjawił Valerii szczegółów, ale za to obiecał, że nie będzie wyciągał w stosunku do swojego dawnego kolegi żadnych prawnych konsekwencji i cierpliwie poczeka, aż tamten będzie w stanie oddać mu pieniądze.

– Nasz Tomek ma zdecydowanie zbyt dobre serce – powiedziała starsza kobieta. Synowa zmierzyła ją wzrokiem, lecz nic nie odpowiedziała. Miała zacięty wyraz twarzy.

Kolejna błyskawica rozświetliła salon, a kilka sekund później rozległ się głuchy grzmot.

– To dziwne – odezwała się Valeria, chwytając Ingę pod łokieć i kierując się z nią z powrotem w stronę skórzanej kanapy. W końcu Tomek mógłby poczuć się niezręcznie, widząc, że jego żona stoi nieopodal i przygląda się, jak prowadzi rozmowę. – Słuchałam prognozy pogody i nie zapowiadano w naszym rejonie burz.

– No coś ty – mruknęła synowa, po chwili jednak na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Pomogła teściowej usadowić się na kanapie. Później sama usiadła tuż obok.

– Babciu, babciu… – Czarek wbiegł do salonu i momentalnie dopadł do kolan starszej kobiety. Za nim podążał jego brat w towarzystwie Blosh. Po chwili pojawiło się także kilka innych osób. – Ciocia Sara opowiadała historię o takiej zbrodni z przeszłości! – ekscytował się chłopiec.

Inga wydęła usta.

– Zbrodnia. Też coś – wtrącił się nagle Zenon Aleksandrowicz, odsuwając się wreszcie od barku. – Po co, proszę ja was, wracać do takich spraw? – dodał bełkotliwie.

Jego żona zaczęła dawać mu na migi jakieś znaki, ale on zdawał się całkowicie je ignorować. Chwilę później podniósł do ust trzymany w dłoni kryształowy kieliszek i na raz wypił jego zawartość.

– Saro – Inga zwróciła się do gospodyni, kiedy ta także podeszła do stolika. – Dlaczego straszysz mi synka jakimiś makabreskami?

– Opowiadałam rodzinną legendę – wyjaśniła uprzejmie Blosh.

– Jak widać, niedostosowaną do jego wieku. Gdybyś sama miała dzieci…

– Przepraszam na chwilę – przerwała jej Sara, co w zasadzie nie było w jej stylu. – Muszę zatelefonować. Spodziewamy się fotografa – dodała, po czym ruszyła w stronę korytarza.

– O co chodzi? – spytała cicho, niemal szeptem, Jadwiga Aleksandrowiczowa.

– To miała być niespodzianka – odparła Valeria – ale skoro nasza Sarusia i tak już się wygadała… Mamy sobie zrobić rodzinne zdjęcie.

– Chciałem strzelić smartfonem – mówił entuzjastycznie Czarek – ale ciocia powiedziała, że to ma być taka artystyczna fotka. A później, jeśli ktoś będzie chciał, to ten pan fotograf zrobi mu taką indywidualną sesję.

– Widzisz, mamo – odezwała się Inga – ja też chciałam zaprosić fotografa, kiedy urządzałam Tomaszowi czterdziestkę.

Valeria machinalnie kiwnęła głową i ponownie spojrzała na swojego syna. Ten pochylił się teraz w stronę Agaty Stroińskiej i szeptał jej coś do ucha. Kobieta wyglądała na oszołomioną. Wilecka odnotowała także, że Tomek powiódł wzrokiem za przechodzącą akurat obok niego Karoliną Mogilską, która nie rozstawała się ze swoją torebką. Wyglądało to tak, jakby przechowywała w niej coś niezwykle cennego i wszystkich podejrzewała o chęć okradzenia jej. Wilecka westchnęła cicho. Dziwna osoba, pomyślała.

– Ło, ale daje! – krzyknął Czarek, kiedy salon ponownie rozświetlił błysk pioruna. Teraz grzmot nastąpił niemal równocześnie. Lampy, pozapalane wcześniej z powodu wyjątkowo pochmurnej pogody, zamigotały złowrogo.

Oby tylko nie zgasło światło, pomyślała Valeria. Wtedy, kiedy przed laty umarł jej mąż, także trwała burza. Eugeniusz co prawda przez pewien czas chorował, jednak ona była pewna, że z tego wyjdzie. W żadnym razie nie spodziewała się najgorszego. Pamiętała, że leżąc w szpitalnym łóżku, wspomniał coś o pogodzie. A zaraz potem usłyszeli uderzenie pioruna, po którym doszło do awarii instalacji elektrycznej. Zanim kilka chwil później uruchomił się szpitalny agregat, aparatura, do której podłączony był Wilecki, stanęła. Nie był to sprzęt podtrzymujący funkcje życiowe, nie miał zatem akumulatora, który zabezpieczałby przed chwilowym wyłączeniem. Valeria pamiętała, że jej mąż uśmiechnął się jeszcze do niej, po czym przymknął oczy. Nie otworzył ich nigdy więcej.

Lekarze uznali, że jego śmierć nie miała nic wspólnego z chwilową awarią aparatury, ale Wilecka wiedziała swoje. Od tamtej pory, w całkowicie irracjonalny sposób, wszelkie, nawet krótkie przerwy w dostawie prądu wywoływały w niej uczucie niepokoju.

– Pamiętam taką ogromną burzę… – Zenon Aleksandrowicz znów zabrał głos, choć mówienie przychodziło mu z coraz większym trudem i przekręcał niemal każdy wyraz. – To było, proszę ja was, chyba w sześćdziesiątym albo sześćdziesiątym pierwszym…

Jego wypowiedź przerwał suchy trzask. Szyby w oknach zadrżały. Czarek krzyknął głośno.

– Piorun! Babciu, uderzył w nas piorun! – zaczął wrzeszczeć z udawanym przestrachem.

Valeria chciała go pogładzić po jasnych włosach, które odziedziczył po swoim tacie, i wyjaśnić, że pałacyk cioci Sary na pewno ma odpowiednią liczbę piorunochronów, lecz zamarła z wyciągniętą dłonią.

W tym momencie w salonie zgasły wszystkie lampy.

 

 

Jakub Gorzewski

 

Usłyszał głuchy trzask, a po chwili ekran jego laptopa nagle się przyciemnił. Pojawił się także komunikat informujący o oszczędzaniu baterii. Mężczyzna dopisał jeszcze kilka słów, po czym kliknął w symbol granatowej dyskietki i wyłączył urządzenie.

Przeciągnął się i wstał zza biurka. Podszedł do włącznika światła i kontrolnie nacisnął obydwa jego przyciski. Jak można było przypuszczać, żarówki w żyrandolu nie rozjarzyły się.

Później zbliżył się do okna i oparł się dłońmi o parapet. Za szybą stała ściana wody. Pogoda pod psem, pomyślał. Po namyśle sięgnął po komórkę. Zwykle wyłączał ją w trakcie burzy, ale tym razem czekał na wiadomość od Borysa, z którym był wieczorem umówiony. Właściwie zaproponował, aby przenieść spotkanie na inny termin. Nie miał ochoty wychodzić z domu i przemierzać ulic Węglanowa w taką pogodę ani samochodem, ani tym bardziej pieszo. Znajomy jednak nie odpisywał, co w jego przypadku nie było niczym niezwykłym. Jakub wiedział, że Borys Bulsa nie należał do osób cierpiących z powodu nadmiaru wolnego czasu.

Następnie podszedł się do okna w drugim z pokoi. Odsunął firankę i spojrzał w kierunku pałacyku Aleksandrowiczów. Tak przynajmniej dotychczas nazywano w Węglanowie tę posiadłość. Teraz, być może, nomenklatura się zmieni.

Budynek, którego okna na parterze jeszcze kilkanaście minut temu były jasno oświetlone, teraz wyglądał wyjątkowo ponuro, wręcz upiornie. Kilka rosnących w tylnej części ogrodu niemal suchych drzew o dziwacznie powyginanych gałęziach przydawało całości mrocznego charakteru. Jakub wiedział, że miejsce to nie cieszyło się dobrą sławą. Choć mieszkał w Węglanowie od niedawna, słyszał już mnóstwo historii o tym, iż rzekomo zamordowano tam jakiegoś człowieka. Zaczął nawet szukać na własną rękę informacji na ten temat. Jak dotąd udało mu się dowiedzieć jedynie o kilku, notabene dość niepokojących faktach dotyczących rodziny, w której posiadaniu był niegdyś pałacyk.

Gorzewski ponownie sięgnął po telefon. Tym razem wybrał numer swojego dziadka. Stanisław Damej odebrał niemal natychmiast.

– Cześć, wnuku! – Zawsze w ten sposób zwracał się do Jakuba.

– Wszystko w porządku? Jak się bawicie?

W słuchawce dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie.

– Jest elegancko. Gdyby nie to, że po uderzeniu pioruna Louis Armstrong urwał swoje Drop That Sack w pół słowa, byłoby naprawdę miło. Czekaj, ty, małolacie, w ogóle wiesz, o kim ja mówię?

– Coś jakbym kojarzył z prehistorii. – Gorzewski uśmiechnął się pod nosem. – W każdym razie ciekawy macie tam klimat.

– Żebyś wiedział – mruknął starszy mężczyzna. W jego głosie zabrzmiała jednak jakaś molowa nuta.

– Babcia? – zapytał kontrolnie Jakub.

– W rzeczy samej. Od kilku minut straszy swoją starszą krewną karą za grzechy.

– Chodzi o matkę Tomasza Wileckiego, tak? – upewnił się Gorzewski. – To ją nazywa w ten sposób?

– Tak, tak. Poza tym dziś zachowuje się wyjątkowo dziwacznie. To znaczy wiesz, jaka ona jest, ale w czasie tego przyjęcia bije wszelkie swoje rekordy dociekliwości, podejrzliwości i… – Stanisław Damej zawahał się.

– Nie kończ – odparł Jakub. – Domyślam się. Ale ugryzło ją coś konkretnego?

– A sam już nie wiem – przyznał starszy mężczyzna. – Po prostu coraz bardziej się o nią obawiam.

Gorzewski rozumiał to doskonale. On także uważał, że ze zdrowiem psychicznym jego babki nie jest ostatnio najlepiej. Właściwie nie jest dobrze, od kiedy jego matka i ojciec się rozwiedli. Stanisława Damej od tamtej pory niemalże z nienawiścią patrzyła na wszystkich, którzy w jej przekonaniu dopuszczali się nieprawości. Tak właśnie mówiła o tym, co uważała za moralnie naganne. Jakub sądził, że w pewnym stopniu było to pokłosie jej katolickich poglądów, które w ciągu lat uległy takiemu wypaczeniu, iż w końcu z prawdziwym katolicyzmem przestały mieć wiele wspólnego. Może dlatego jego babka, mimo znacznej różnicy wieku, tak dobrze dogadywała się z Markiem Stroińskim. Gorzewski miał okazję go poznać i musiał przyznać, że obydwoje reprezentowali podobny typ postawy.

Porozmawiał z dziadkiem jeszcze przez kilka minut o mającym się pojawić fotografie, po czym udał się do kuchni. Skoro i tak wybierał się na spotkanie, uznał, że powinien się najpierw posilić.

Kiedy jakiś czas później, jedząc ziemniaczaną zapiekankę, znów wyjrzał przez okno, z zadowoleniem stwierdził, że ulewa znacznie zelżała. I że wspomniany fotograf właśnie kierował się w stronę bramy wiodącej na teren pałacu. Facet miał na sobie czarną bluzę z kapturem naciągniętym na głowę i duży, ciemny plecak. Gorzewskiego zdziwiło to, że mimo paskudnej pogody nie przyjechał samochodem. Artyści mają swoje dziwactwa, mruknął sam do siebie i uśmiechnął się do dwóch lotopałanek karłowatych, które właśnie się obudziły i domagały wypuszczenia z klatki.

 

 

Paula Mogilska

 

Przysiadłszy na marmurowych schodach, obserwowała, jak Tomasz Wilecki pocałował swoją matkę w rękę, a później powiedział do żony coś, co wywołało w niej wyraźne wzburzenie. Następnie podszedł do Sary, lekko objął ją ramieniem i pochylając się, zaczął szeptać jej do ucha. W tym momencie Blosh sprawiała wrażenie jeszcze bardziej sztywnej niż zwykle. Wilecki wykonał też ruch, jak gdyby chciał pocałować ją w policzek, ona jednak zdecydowanie odsunęła głowę. Później z uśmiechem na twarzy dodał coś jeszcze i ruszył w kierunku schodów. Inga zawołała za nim, ale on jedynie lekceważąco machnął ręką.

– Suka – mruknął, mijając Paulę. Nastolatka nie zamierzała odpowiadać. Czasami trzeba być ponad takie rzeczy, uznała.

Po kilku chwilach do Sary podeszła druga Mogilska. Jej przewieszona przez ramię torebka była rozpięta. W dłoniach trzymała tacę z dwiema porcelanowymi filiżankami. Blosh wskazała głową na schody, a Karolina skierowała się w ich stronę.

– Gdzie idziesz? – odezwała się Paula, wstając z miejsca.

Matka mocno zacisnęła usta i wyminęła ją bez słowa.

– Chyba nie zamierzasz gadać z tym kretynem? – wypaliła dziewczyna.

– Paula, to nie jest twoja sprawa – odparła cicho kobieta i przyspieszyła kroku. Nastolatka mimo wszystko poszła za nią. Ze zgrozą obserwowała, jak jej drobna postać znika za jednymi z drzwi.

Na szczęście zostawiła je lekko uchylone, dzięki temu Paula mogła rozejrzeć się po eleganckim wnętrzu, które chyba stanowiło gabinet. Jedną ze ścian zajmował regał wypełniony oprawionymi w skórę tomami, po przeciwnej stronie stała niewielka sofka, na której leżały dwie duże poduszki. Dziewczynie przemknęło przez myśl, że chętnie udusiłaby Wileckiego jedną z ich. Pod oknem znajdowało się masywne, mahoniowe biurko, na którym poukładane były jakieś dokumenty w plastikowych skoroszytach. Stała na nim także duża, wyglądająca na ciężką, metalowa figurka słonia z podniesioną trąbą. To w niej Paula utkwiła wzrok. Widziała, jak jej mama chwyta przedmiot, nieco go odsuwa, ustawiając jednocześnie w odpowiednim miejscu przyniesioną ze sobą tacę. Wilecki z uwagą śledził jej ruchy. Wyraz jego twarzy przywodził dziewczynie na myśl najgorsze wspomnienia.

– Mamo… – odezwała się cicho, przestępując próg gabinetu.

– Za moment przyjdzie fotograf. Zejdź na dół. Proszę – nakazała Karolina.

W jej słowach było coś, czego dziewczyna chyba jeszcze nigdy nie słyszała: gniew, stanowczość, determinacja. Paula wahała się przez chwilę, ale stalowe spojrzenie matki sprawiło, że w końcu niechętnie opuściła gabinet.

Kiedy zamykała drzwi, zobaczyła jeszcze, jak jej mama podchodzi do Wileckiego. Blisko. Zdecydowanie bliżej, niż powinna. Ten zaś pochylił się nad nią i niemal czułym gestem zdjął jej z ramienia jakiś włos.

– Bardzo cię przepraszam za moją córkę – wyszeptała Karolina.

Tego dla Pauli było już za wiele. Z całej siły trzasnęła drzwiami. Lite drewno wydało głuchy dźwięk, który poniósł się echem przez korytarz.