Strzępy - Agata Kunderman - ebook + audiobook + książka

Strzępy ebook i audiobook

Kunderman Agata

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Samochód Konrada Barskiego przecina noc i ścianę deszczu. Nagle w świetle reflektorów pojawia się postać — nieruchoma, wyrwana z koszmaru. Barski zatrzymuje auto i rusza za nieznajomym w głąb lasu. Nigdy nie wraca.

W samochodzie zostaje Miłosz Konarski — półprzytomny, zamroczony. Ostatnie, co widzi, to światła rozpędzonej ciężarówki tuż przed nim. W wyniku wypadku zapada w śpiączkę. Gdy budzi się po sześciu miesiącach, pamięta tylko jedno: feralną noc i człowieka, który prowadził samochód.

Chce go odnaleźć, ale wszyscy wokół twierdzą, że ktoś taki nigdy nie istniał…

Na styku jawy i snu Miłosz zaczyna tracić grunt pod nogami. Co było prawdą? Co wytworem chorego umysłu?

Są tajemnice, które nie umierają w ciemności. One czekają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Ściana deszczu. Dosłownie. Nie ulewa i nie zwykłe strugi, które wolnym i zakręconym szlakiem spływają po szkle. Ściana. Potężny huk wody, która lądowała na dachu i masce samochodu z siłą pocisków. Widoczność może na metr. Nawet przy prędkości kilkunastu kilometrów na godzinę to zbyt wiele wody, by zobaczyć cokolwiek. Światło reflektorów zanikało w ciemności. Promienie próbowały przedrzeć się przez smugi, jednak załamywały się tysiące razy na tysiącach kropli, które napotykały na swojej drodze.

Konrad Barski prowadził pewnie, choć widział niewiele. Mrużył oczy, taksując każdy centymetr przestrzeni, którą usiłował dostrzec przed sobą. Zaciskał mocno ręce na kierownicy, a kiedy na fotelu pasażera rozlegały się ciche stęknięcia, próbował nie odwracać wzroku. Ułamek sekundy mógł ich wiele kosztować. Nawet chwilowa utrata panowania nad kierownicą niosła za sobą ryzyko – rów, powyginana blacha, poturbowane ciała.

– Jeszcze trochę, przyjacielu – szepnął do siedzącego obok mężczyzny, choć ten raczej nie mógł go usłyszeć. – Wszystko będzie dobrze. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Jednym palcem gładził kierownicę. Delikatnie, ledwie zauważalnie. Robił to zawsze, gdy prowadził, ale tym razem musiał uważać. Droga tonęła w ciemności. Z obu jej stron nachylały się ku nim ciężkie gałęzie drzew, które sprawiały wrażenie, jakby zmierzali ku nicości. Na trasie niemal nie było zakrętów, jakby w czeluść pustki mogła wieść tylko prosta droga. Barski wykorzystał to i mocniej wcisnął gaz, choć w samochód nadal waliły bezlitosne strugi deszczu. W duchu postanowił, że albo wyjdą z tego cało, albo zawiezie ich prosto w objęcia śmierci.

Nie powinien go dostrzec. To nie było możliwe. Nie w takich ciemnościach i nie w tym deszczu, który nie mógł być niczym innym niż karą za grzechy. A jednak zobaczył. W krótkim błysku reflektora, gdy samochód podskoczył na nierównej drodze. W podpowiedziach wyobraźni, która szalała w ciemnościach, przywodząc przed oczy same mroczne obrazy. W rozmazanych smugach wody, które spływały po szybie niczym wodospad. Impuls wysłany do mózgu był błyskawiczny. Jego ciało nieoczekiwanie spięło się jeszcze bardziej.

– Nie… – zdążył wykrztusić, gdy wciskał pedał hamulca. – Nie, proszę, nie, błagam… – powtarzał. I choć krew uderzyła mu do głowy, a dłonie ścierpły i zdrętwiały wskutek nerwów, hamulec wciskał pulsacyjnie, myśląc przede wszystkim o tym, by nie wypaść z drogi.

Samochód się zatrzymał, w końcu. Gdy silnik ucichł, huk deszczu zdawał się jeszcze głośniejszy. Jakby krople rzuciły się agresywnie na kawałki blachy połączone w to głupie pudło do przewożenia ludzi. Jakby chciały ich dosięgnąć i zniszczyć. Barski patrzył przed siebie i błagał wszechświat, by to, co widzi, okazało się jedynie złudzeniem. Fatamorganą zmęczonego umysłu, wytworem strachu, odbiciami wody w promieniach wątłego światła.

Ale nie. To była prawda. Widział przed sobą postać w czarnym płaszczu. Zakapturzoną, przywodzącą na myśl wyobrażenie śmierci. Stała nieruchomo, zupełnie jakby miała pewność, że pędzący pojazd w nią nie uderzy. A może miała tę pewność – bo nie można umrzeć więcej niż raz? Strugi deszczu uderzały w jej ramiona i głowę, ściekały po całym ciele, lecz to nie skłaniało jej do ucieczki. Trwała pewnie, być może sądząc, że ciemna leśna droga to jedyne miejsce na świecie, w którym powinna się teraz znajdować.

Barski próbował dostrzec jej twarz, ale wszystkie szczegóły tonęły w hektolitrach wody. Zjawa z koszmaru sennego stała pośród rozległych kałuż, które gęsty deszcz utworzył na nierównościach drogi. Potężne krople rozpadały się w tych małych jeziorkach, tworząc spektakl rodem z horroru, jakby postać śmierci lewitowała nad ziemią.

– Nie udało się… Przepraszam… – odezwał się, i choć mówił do swojego pasażera, nie spojrzał na niego nawet przez sekundę.

Ciche stęknięcie utwierdziło go w przekonaniu, że nie jest w aucie sam. Niestety, do cholery. Niestety.

Instynkt, wola przetrwania, rozsądek i pieprzona wyobraźnia podpowiadały mu coś zupełnie innego. Nie posłuchał ich i powoli pociągnął za klamkę. W złowieszczym huku ulewy nie usłyszał cichego skrzypnięcia, z jakim zazwyczaj się otwierały. Może jednak to wszystko mu się śniło?

Zaraz jednak porzucił tę nadzieję. Kiedy pierwsze strużki zimnego deszczu spłynęły po jego dłoni, a potem zaczęły moczyć rękaw bluzy, był już pewien, że to jawa. Zrobił krok i postawił stopę w głębokiej kałuży. Ostry podmuch wiatru chlusnął wodą w jego twarz, otrzeźwiając go z resztek złudzeń, że to wszystko skończy się dobrze. Poczuł chłód. Tak przenikliwy, tak prawdziwy i tak bolesny, jakiego nie czuł jeszcze nigdy w życiu. Czy to już? Czy śmierć właśnie bierze go w swoje ramiona?

***

Miłosz Konarski widział niewiele. Smugi światła tworzyły przed jego oczami dziwnie rozmazane malunki, wśród których rozpoznawał tylko niektóre kształty. Powykrzywiane drzewa zdawały się go atakować z każdej strony, wystawiając z nieprzeniknionej ciemności swoje złowrogie konary. Zamykał oczy i odwracał głowę. Bał się. Próbował się poruszyć, ale jego ciało było ociężałe i zachowywało się tak, jakby nie należało do niego. Jęknął. Nawet to kosztowało go zbyt wiele.

Rozglądał się z przerażeniem, ale nie wiedział, gdzie się znajduje. Siedział na czymś miękkim, w powietrzu czuł dziwną mieszankę zapachów. Raz po raz słyszał huk, choć nie wiedział, czy rozbrzmiewa naprawdę, czy to tylko odgłosy w jego głowie. Dlaczego tu jest? Dlaczego tak trudno mu się poruszyć? Dlaczego wokół niego spływają wodospady, ale nie robią mu krzywdy? Dlaczego wszystko wygląda tak, jakby jechał prostą drogą do nicości?

– Nie udało się… Przepraszam… – usłyszał obok jakiś głos.

Spojrzał w tamtą stronę, ale wszystko rozmazywało mu się przed oczami. Ktoś tam był? Dlaczego do niego mówił? Co takiego się nie udało?

Po chwili huk stał się głośniejszy. Coś spadało gdzieś obok. Woda. Te same wodospady, które spływały wokół niego, teraz mogły wedrzeć się do środka, tam, gdzie miał swoje schronienie. Zabiją go? Dlaczego tu są? Dlaczego on tutaj jest? Odwrócił głowę i wszystkimi siłami swojego umysłu próbował dostrzec to, na co patrzą jego oczy. Wyłowić z nieznajomych mazów i zniekształceń kawałek prawdy.

Człowiek. Na pewno był tam człowiek. Wychodził przez otwarte drzwi w stronę wodospadu – prosto w objęcia wody, która zalewała wszystko wokół. Miłosz chciał do niego krzyknąć, ale stęknął tylko niewyraźnie. Nie potrafił złożyć ust tak, by wypowiedziały choć jedno słowo. Co się z nim dzieje? Co, do cholery, jest nie tak?

To mężczyzna, tego był pewien. Ten, który wysiadł. Zniknął mu z oczu, kiedy wszedł w gęste strugi wody. Za chwilę jednak zobaczył go znowu. Wyglądał, jakby stąpał po zawieszonym w ciemnej przestrzeni snopie światła, które musiały rzucać reflektory wozu. Wokół niego rozpryskiwała się woda, uderzając w kałuże i wzburzając je bezlitośnie tysiącami kropel. Dokąd on poszedł? Miłosz znowu próbował krzyknąć, ale nie potrafił. Mógł się jednak poruszyć. Jego ręce zaczęły go słuchać, więc spróbował też z nogami. Ciągnąc stopy po dywaniku samochodowym, otworzył drzwi. Nie wiedział, dlaczego to robi, ale niezgrabnie wywlekł się z auta. Wciąż patrzył za tym, który wysiadł, ale widział tylko tył jego sylwetki zmierzającej w ciemność.

Ogarnęło go zimno. Spojrzał w dół i zauważył, że stoi w wodzie bez butów. Zrobił krok naprzód, ale jego nogi okazały się zbyt ciężkie. Oparł się o otwarte drzwi wozu, by uniknąć upadku. To się nie uda. Nie ma żadnych szans. Chciał wrócić do suchego wnętrza samochodu i jeszcze raz zmusić swój mózg do nadludzkiego wysiłku. Musiał spróbować dostrzec tamtego człowieka i sprawdzić, czy on do niego wróci. Raz jeszcze spojrzał w tamtą stronę i wtedy już był pewien, że śni koszmar. Na własne oczy zobaczył śmierć.

Stała w ciemnym płaszczu, wyprostowana, choć ze spuszczoną głową. Nie widział jej twarzy, nie widział też jej dłoni. Tylko ciemny zarys, przerażający i majestatyczny. Deszcz nie robił na niej wrażenia. Mężczyzna, który chwilę temu wysiadł z pojazdu, właśnie do niej podchodził. Czy on też ją widział? Czy śnił ten sam koszmar? A może był tylko wytworem jego przerażonego, sparaliżowanego umysłu?

Ruch był nagły i niespodziewany. Zjawa podniosła głowę i spojrzała prosto na Miłosza. Czarny cień pod kapturem ukrywał jej tożsamość, a światła reflektorów, rozmazane strugami deszczu, tylko potęgowały to wrażenie. Poruszyła się znowu, był tego pewien. Być może mówiła, ale on nie mógł jej usłyszeć. Huk tysięcy litrów wody spadających z nieba i młócących wszystko wokół zagłuszał nawet jego myśli. Tylko szum. Wdzierający się głęboko do głowy, paskudnie drażniący. Uległ mu, ale wciąż patrzył. W końcu postać, niemal unosząc się nad ziemią, zaczęła iść w stronę lasu. Szybko i zdecydowanie – nie tak, jak mogłaby kroczyć śmierć. Ten, który do niej wyszedł, stał przez moment nieruchomo, a potem zdawało się, że zamierza się odwrócić i spojrzeć za siebie. Miłosz czekał, chcąc zobaczyć jego twarz. I kiedy już niemal widział przód jego sylwetki, tamten zmienił zdanie. Pewnym krokiem ruszył przed siebie, znikając w ciemnym lesie. Tam, gdzie poszła sama śmierć.

Nie wiedział, jak długo patrzył. Ile czasu minęło, odkąd dwie postacie weszły w gęstwinę drzew, a on został sam na ciemnej drodze, mimochodem obserwując spektakl bezlitosnej natury. Tak bardzo chciał się już obudzić… W dwa palce chwycił fragment skóry na zewnętrznej części dłoni i ścisnął z całej siły. Poczuł ból. Tak samo prawdziwy jak chłód, który ogarnął go trochę wcześniej. A więc to jednak nie sen?

Rozejrzał się po wnętrzu samochodu, szukając pomocy. Telefon? Czy jest tu jakiś telefon? Macał dłońmi poszczególne fragmenty deski rozdzielczej, po omacku, bez ładu i logiki. Potem sięgnął do schowka w drzwiach, ale ten był pusty. Strzępy świadomości, które próbował odnaleźć w dziwnym amoku, podpowiadały mu, że pomoc może być tuż przed nim. Otworzył schowek po stronie pasażera, ale wątłe światełko, które rozjaśniło jego wnętrze, pokazało z całą pewnością, że jest pusty. Może drzwi po stronie kierowcy? Nachylił się przez skrzynię biegów, by móc sięgnąć plastikowej kieszeni. Jego ciało nadal było ciężkie, nieposłuszne, trochę obce. Jeszcze tylko kilka centymetrów i sięgnie do tego cholernego schowka. A może wcześniej obudzi się z tego koszmaru?

Trzeci raz poczuł ból. Zahaczył paznokciem środkowego palca o boczny schowek, ale dłoń zsunęła się z niego, zanim zdążył sięgnąć do środka. I to mogłoby wystarczyć. Nie musiał, nie chciał wiedzieć więcej. Bolesna zadra na palcu to dobitny dowód na to, że jednak nie śni. Że wszystko wokół jest prawdą. Gęste strugi deszczu, ciemny las, prosta droga prowadząca do nicości. Pojazd, w którym siedział, i snopy światła rzucane przez reflektory. To właśnie dzięki nim to dostrzegł. Coś, czego nie chciał już widzieć, bo zdążył uwierzyć, że wokół jest koszmarna rzeczywistość. Ale dostrzegł. Nagłą jasność, której się nie spodziewał. Zbliżającą się zbyt szybko i zbyt nieodwracalnie. Pysk ciężarówki mknął ku niemu w tempie, które oznaczało jedno: śmierć. A więc jednak tu była.

Szybko. Głośno. Nagle.

Umierał w jasności, w pełnym świetle. I nawet nie zdążył się tym zdziwić.

Rozdział I

Podobno każdy poranek to zmartwychwstanie. Choć trudno w to uwierzyć, bo śmierć nie pozwoliłaby na to, by wciąż ją ośmieszać. A jednak były chwile, w których nie była niezwyciężona. Nie, nie można było śmiać się jej w twarz. Zawsze walczyła do końca – i rzadko trafiała na godnego siebie przeciwnika.

– Dzień dobry – usłyszał za plecami delikatny głos, który wyrwał go z zamyślenia. – Przepraszam, że wpadam bez uprzedzenia, ale byłam w Biedronce po drobne zakupy i pomyślałam, że podrzucę.

Odwrócił się. Jagna Małek stała przed nim z lekkim uśmiechem, a na dowód, że przyszła w konkretnym celu, uniosła żółtą reklamówkę z produktami spożywczymi.

– Dziękuję – powiedział i skinął głową. – Sam też mogę pójść. Nie chcę robić kłopotu – dodał i ruszył w jej stronę, żeby odebrać torbę.

– W porządku – zapewniła, oddając mu reklamówkę. – Codziennie muszę mieć w lodówce coś do kanapek dla dzieciaków, więc i tak chodzę do sklepu. Zauważyłam, że jakoś tak rzadko pan wychodzi.

Nie odpowiedział. Podszedł z reklamówką w stronę otwartej na salon kuchni i odłożył ją na blat. Ucieszył się w myślach, że zaledwie kilka minut wcześniej rozpakował i schował zakupy, które przyniosła tu wczoraj. Musiałby wymyślić jakąś historię o braku czasu albo kolejnym ataku migreny. Na szczęście obeszło się bez tego.

– Napije się pani herbaty? Albo nie wiem… soku? – zapytał.

– Dziękuję, muszę już lecieć. Za godzinę mąż wraca z pracy, ogarnę jakiś szybki obiad.

Małek uniosła dłoń w geście pożegnania, a potem wyszła z niewielkiego salonu i zniknęła w korytarzu. Po kilku sekundach trzasnęły za nią drzwi.

Miłosz Konarski opadł ciężko na kanapę i westchnął głęboko. To już trzeci tydzień, gdy żył życiem, którego kompletnie nie znał. Życiem człowieka bez żadnej przeszłości i z wątpliwą przyszłością. Zagubiony i zdezorientowany. Minęło już prawie trzy tygodnie od czasu, gdy ta obca dla niego kobieta przyprowadziła go do małego domku na ulicy, na której znajdowało się parę szeregówek, i oznajmiła mu, że to jego dom. Jego też nie znał. Każdy kąt wydawał mu się obcy, nawet pachniał obcością.

Przez duże okno tarasowe dostrzegł sąsiadkę kroczącą chodnikiem w stronę swojego domu. Czubek jej głowy podskakiwał w rytm kroków i tylko wtedy wystawał zza masywnego czarnego ogrodzenia, które otaczało większość domów na tej ulicy. Już kilka razy za nią wybiegł, błagając o dłuższą rozmowę i choćby próbę wyjaśnienia tego, co się stało. Upierała się, że wie tyle, co on sam. W końcu przestał prosić. Przyjmował niechcianą pomoc, licząc na to, że kiedyś trafi się okazja, przy której powie mu więcej. O ile wie więcej.

Zapatrzył się przed siebie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wgapia się w leżący na stoliku kawowym stos gazet. Je też przyniosła Jagna, być może licząc, że to jakoś na nowo wdroży go w świat. Przeczytał kilka z nich. I choć świtały mu w głowie wspomnienia z poprzedniego życia, dotyczące bardziej ogółu niż szczegółów, ciągle miał wrażenie, że wylądował na obcej planecie. Wyraźnie oglądał w swojej głowie tylko jedną scenę. Ciemną noc, niewyobrażalną ulewę i człowieka, który wysiada zza kierownicy auta. A potem idzie w tę ciemność, by spotkać zakapturzoną postać. W końcu znikają, i człowiek, i postać w kapturze. Znika też on, Miłosz Konarski. Budzi się sześć miesięcy później, w klinice rehabilitacyjnej dla osób przebywających w długotrwałej śpiączce. Budzi się i nie wie, do cholery jasnej, kim jest ani co go spotkało. Nie jest w stanie powiedzieć, gdzie mieszka, czy ma rodzinę, co robił na tym świecie wcześniej.

Myśli go bolały, dlatego postanowił otrząsnąć się z tego stanu. Wstał, chwycił za telefon i odblokował ekran. Nie jego telefon, nie jego ekran. Żadnego kodu zabezpieczającego. Tego pewnie też by nie pamiętał. Wybrał jeden z niewielu wpisanych na listę numerów.

– Pani Jagno – odezwał się, kiedy usłyszał po drugiej stronie kobiecy głos. – To jeszcze raz ja. Przepraszam, wiem, że ma pani swoje sprawy, ale czy moglibyśmy porozmawiać?

– Panie Miłoszu, ja naprawdę nie mogę pomóc – zapewniła go po raz setny. – Proszę mi wierzyć, że nic nie wiem o pańskim wypadku, chociaż naprawdę bym chciała.

– Ale o tym, co przed wypadkiem, to pani wie, prawda?

Małek przez kilka sekund milczała. On też. Spodziewał się kolejnych wykrętów i trochę ją rozumiał. Wiecznie zziajana matka Polka, która nie ma ani chwili dla siebie, a pomaga jeszcze sąsiadowi, który przyfrunął z jakiejś innej galaktyki i próbuje udawać, że tu jest jego miejsce.

– Panie Miłoszu, my nie byliśmy wcześniej jakimiś bardzo dobrymi sąsiadami – przyznała z westchnieniem.

– Mogę na moment przyjść? – zapytał z nadzieją, bo naprawdę liczył na rozmowę.

– Nie, przepraszam, ale to nie jest dobry pomysł – odpowiedziała na tyle stanowczo, że nie miał odwagi polemizować. – Mąż zaraz wraca, stoję przy garach, potem jeszcze mamy swoje plany. Zresztą co ja mam panu powiedzieć? Mieszkamy dwa domy od siebie i nasza wcześniejsza znajomość ograniczała się do mówienia sobie „dzień dobry” na chodniku. Jeździł pan takim czarnym wozem, chyba tym, który wtedy rozwaliła ta ciężarówka. Mąż twierdzi, że pracował pan w jakimś biurze gdzieś tu, w okolicy. Naprawdę nic pan z tego nie pamięta?

Naprawdę nie pamiętał. Wszystkie jego wspomnienia z poprzedniego życia miały dziwnie wyblakły kolor, jakby ktoś na siłę próbował wymazać je gumką. Od lekarzy wiedział, że jest to możliwe. Neurolog opowiadał mu o amnezji wstecznej, która objawia się tym, że chory może nie pamiętać wydarzeń sprzed wypadku. Uprzedzał, że sam wypadek mógł wygumkować mu kilka dni, ale również wiele tygodni czy miesięcy przed zdarzeniem. Szybko się okazało, że w jego przypadku ten okres był jeszcze dłuższy. Bo gdyby po wyjściu z kliniki był pozostawiony sam sobie, pojechałby w Góry Sowie, w swoje rodzinne strony, by rano pójść do szkoły z kanapkami zrobionymi przez mamę.

– A może pani mąż mi trochę więcej podpowie? Albo może wiecie państwo, z którym z sąsiadów utrzymywałem jakieś bliższe relacje?

Jagna znowu westchnęła, przez co poczuł się jak natręt. Ale jak na razie ona jedna była jakimkolwiek łącznikiem ze starym światem.

– Nie, panie Miłoszu. Z moim mężem nie kumplowaliście się wcale. Kiedyś nawet pokłóciliście się o zastawianie samochodem chodnika. Rafał zaparkował jakoś niefortunnie, była awantura. Szczerze mówiąc, nie przepadacie za sobą. A jak z innymi to nie wiem. Ale nie zainteresowali się szczególnie pana zniknięciem, więc jeśli miałabym przypuszczać, to też nie było jakichś wielkich przyjaźni.

Mówiła cicho, jakby się bała, że te słowa wypowiedziane głośniej mogą go bardziej zranić. Rzeczywiście – tylko ona się nim zainteresowała i tylko dzięki niej wrócił do miejsca, które podobno powinien nazywać domem. Zgłosiła jego zaginięcie na policję, gdy przez kilka dobrych dni na progu jego domu leżała ta sama paczka, pozostawiona tam przez kuriera. Policja szybko ustaliła, że człowiek, który cudem wyszedł żywy ze spotkania z ciężarówką, to ten sam, którego od dłuższego czasu nie widziano w Mokranach. Bez dokumentów, z rozwaloną głową, pozbawiony wspomnień. I jak się okazało, żyjący w świecie, w którym jednak można pozostać niezauważonym. Bo jak nazwać to, że tylko jedna mieszkanka osiedla siedmiu, może ośmiu niemal przyklejonych do siebie domków uznała, że warto się zainteresować nieobecnym od wielu dni sąsiadem? Sąsiadem, po którego dawnym życiu został jeden mały ślad: pognieciona tablica rejestracyjna.

– Rozumiem – odpowiedział po chwili, a w jego głosie zabrzmiało rozczarowanie. – Gdyby jednak przyszło pani coś do głowy, będę wdzięczny za kontakt. I jeszcze raz dziękuję za zakupy.

Pożegnała się z nim krótkim „nie ma za co”, dobitnie pokazując, że pomaga mu z poczucia obowiązku, a nie dlatego, że jakoś szczególnie go lubi. Może nie ma się co dziwić dziwić? Skoro kłócili się jako sąsiedzi, to teraz trudno od niej wymagać, żeby miała dla niego ogromne pokłady empatii. Okazała jej wystarczająco dużo, opłacając jego rachunki i chroniąc przed odcięciem prądu.

Ponownie opadł na kanapę, spodziewając się, że zabawi dłużej w miękkich czeluściach tapicerki. Tak spędzał ostatnio każdy wieczór. Patrzył w jeden punkt i usiłował sobie przypomnieć cokolwiek. Jeśli tylko nie walczył przy tym z potężnym bólem głowy, który od wypadku nawiedzał go dość często. W klinice łatwiej było go znosić. Pierwsze dwa tygodnie po wybudzeniu spędził właśnie tam i ilekroć ból go paraliżował, obok zjawiała się pielęgniarka z kroplówką. Po kilkunastu minutach przestawał czuć cokolwiek i zasypiał jak dziecko. W miejscu, które z braku innych możliwości musiał nazywać domem, było nieco inaczej. Gromadził w szafce zapasy tabletek przeciwbólowych i tworzył z nich różne kombinacje, bo proste specyfiki nie radziły sobie z ogromnymi atakami. I choć wydawało się to absurdalne, ból czasem wręcz go cieszył. Dzięki niemu przynajmniej miał jakiś cel: przeżyć wieczór, przeżyć noc, zasnąć, ułożyć się tak, żeby jak najmniej czuć. Skupiał się na nim tak bardzo, że zapominał o tym, czego nie pamięta.

Tym razem nie towarzyszył mu ból, więc czekał go kolejny samotny wieczór i wgapianie się albo w okno, albo w zawieszony na ścianie telewizor. Oglądał wiadomości na różnych kanałach, próbując ocenić, czy wywołują w nim jakiekolwiek emocje. Jednak wszystko, co widział na szklanym ekranie, miał głęboko gdzieś. Nie wiedział nawet, jakie są jego poglądy polityczne. Miałoby go obchodzić, co ma do powiedzenia ta banda wariatów?

– Niech to szlag! – zawołał głośno i rzucił pilotem na sąsiadujący z kanapą fotel. Urządzenie odbiło się od poduszki i z trzaskiem spadło na podłogę.

Miał ochotę rozpieprzyć coś większego – czuł, że przyniesie mu to ulgę – ale bał się kaca moralnego, który z pewnością nadszedłby po wszystkim. Bo po cholerę demolować własny dom, nawet jeśli wydaje się zupełnie obcym miejscem? Uznał, że najlepiej będzie, jeśli z tego domu wyjdzie. Unikał szwendania się po miasteczku, bo prawie nie rozpoznawał miejsc, do których wiodły go nogi. Ale przecież nie może tak być w nieskończoność! Nawet lekarze sugerowali, że powinien jak najczęściej eksponować się na wspomnienia, bo wtedy jest szansa, że wszystko wróci do normy o wiele szybciej. Ruszył więc do przedpokoju, żeby ubrać buty i kurtkę. Przespał część wiosny, całe lato i początek jesieni. Na zewnątrz kładły się już dywany z brązowych liści i zawiewało tak, że nie było mowy o paradowaniu w lekkich ubraniach. Kiedy wyciągał kurtkę z szafy, niechcący strącił szklankę z wodą, która stała na wysokiej komodzie.

– Jeszcze to… – Westchnął głośno, a potem ruszył do łazienki po ścierkę.

Kiedy wrócił w to samo miejsce, zrobił o krok za dużo. Stanął jedną stopą w stworzonej przez siebie kałuży, a potem poczuł, jak w skarpetkę wsiąka woda.

I zamarł.

Znowu był w lesie, w chwili, kiedy deszcz z siłą pocisków lądował na jego ciele. Stał bez butów w kałuży i czuł przenikliwe zimno, które wdzierało się pod jego skórę. Otaczała go ciemność, przez którą próbowały przeniknąć światła samochodowych reflektorów. Patrzył na ruszające się w tych świetlnych punktach sylwetki ludzi, ale nic nie był w stanie zrobić. Podniósł wzrok i ujrzał siebie w lustrze. Dość mocno wychudzone ciało, na którym wisiał teraz ciepły wełniany sweter. Pobladła twarz z wyraźnymi cieniami pod oczami. I ciemne włosy, może już zbyt długie, lekko kręcone. Jedyny element, który sprawiał, że wyglądał na zdrowego.

Znowu cicho zaklął pod nosem, a potem wytarł z podłogi niewielką kałużę. Przebrał skarpetki, ciepło się ubrał i wyszedł z domu. Podmuch chłodnego wiatru omiótł mu twarz, przynosząc ulgę. Zaczynała boleć go głowa, a świeże powietrze, przynajmniej na początku ataku, zawsze trochę pomagało.

Ruszył przed siebie, dyskretnie rozglądając się na boki. Nie mógł powiedzieć, że nie pamięta tych miejsc. W jakiś sposób je znał. Kojarzył niewielki skwerek z ławkami i wściekle zielony szyld sklepu U Krysi tuż obok. Jego mózg już kiedyś to rejestrował, coś o tym wiedział. Ale nadal nie było to nic, z czego można by stworzyć choćby fragment wspomnienia. Ani nic, co mogłoby mu odpowiedzieć na jakiej kolwiek pytania.

– A kogo ty szukasz, dziecko? – Obok niego zmaterializowała się kobieta. Wypadało określić ją w myślach „starszą”, ale nie, ona nie była starsza. Była po prostu stara. Głębokie zmarszczki poprzecinały jej twarz w sposób, który uniemożliwił zobaczenie jej rysów, jakby cała składała się tylko z fałdów skóry. Długie siwe włosy posklejane w tłuste strąki wywoływały obrzydzenie. Ale miał wrażenie, że się uśmiecha.

– Siebie – odpowiedział krótko.

– A pieniążka jakiegoś dasz?

Wymacał dłonią bilon w kieszeni kurtki, której nie nosił pewnie od ostatniej jesieni. Wyciągnął metalową monetę. Dwuzłotówka. Wręczył ją kobiecie i już miał odejść, jednak gdy ruszył, złapała go mocno za ramię. Niemal skrzywił się z bólu. Absolutnie nie spodziewałby się po staruszce takiej krzepy.

– Ty się sam zgubił czy inni cię zgubili? – zapytała.

Nie rozumiał jej. I w jakiś sposób go przerażała. Patrzył w jej oczy, które trudno było odnaleźć pomiędzy zwojami pomarszczonej skóry. Badała go spojrzeniem. Świdrowała. Rozwodniony kolor tęczówek dowodził, że długo już oglądała ten świat. Chciał coś powiedzieć, ale ostry ból przeszył mu skroń. Aż zacisnął powieki.

– Przepraszam – mruknął, próbując wyszarpać ramię z uścisku kościstych palców.

Stara najpierw nie chciała puścić, ale gdy zganił ją spojrzeniem, zwolniła chwyt. Przez chwilę czuł ból w tamtym miejscu.

Pokonał jeszcze kilkaset metrów, po czym zdecydował się wrócić. Zrobiło się szaro, a nieprzyjemna mgła kleiła się do ciała. Usłyszał, jak dzwon kościoła bije siedem razy. Obiecał sobie, że następnego dnia pójdzie do swojej pracy. Wynajmował jakieś niewielkie biuro, tak mu powiedziano, ale nie miał pojęcia, czy ma tam bazę dowodzenia światem, czy może sprzedaje ludziom polisy ubezpieczeniowe. Fakt, że nikt nie skontaktował się z nim zawodowo w ciągu ostatnich trzech tygodni, dawał nadzieję na to pierwsze. Jednak w całej tej pamięciowej zawierusze wiedział, że przecież ma jakiś inny telefon, inny numer. Zniknął wiele miesięcy temu i pozostał niezauważony.

Wolnym krokiem powlókł się do domu. Zaczynało padać, na twarzy czuł krople mżawki, zupełnie jakby atakowały go setki małych igiełek. Chociaż nie pamiętał za wiele ze swojego życia, to jedna rzecz osadziła się w jego głowie bardzo wyraźnie: smak czarnej herbaty z sokiem malinowym, miodem i plastrem imbiru. Zapragnął jej teraz tak mocno, że nie wyobrażał sobie dzisiejszego wieczoru bez niej. Wątpił jednak, że Jagna kupiła mu sok malinowy, o imbirze nie wspominając. Wstąpił więc do niewielkiego marketu, którego światła w jesiennej szarówce wyglądały jak magiczne przejście do innego świata. Pod marketem spotkał się spojrzeniem z jakimś facetem, który wkładał reklamówkę z zakupami na tylne siedzenie wielkiego Porsche. Spojrzeli na siebie krótko i choć Miłosz zauważył w oczach tamtego zainteresowanie, sam miał go w sobie niewiele. Może jedynie strzępki zazdrości zatańczyły w okolicach jego żołądka. Facet wracał do domu. Może do jakiejś rodziny. Cholernie drogim autem, na które pewnie ciężko pracował. Albo ktoś, kogo zatrudniał, pracował na nie jeszcze ciężej. Tak czy siak od tego faceta powiało… normalnością. Czymś, czego Miłosz teraz absolutnie nie miał. I na co kompletnie się nie zanosiło.

Zadziwiające, ale herbata z sokiem malinowym, miodem i plastrem imbiru smakowała jak zawsze. I dla Miłosza było to coś więcej niż ciepła płynna słodycz rozchodząca się po języku i wędrująca przyjemnymi falami przez przełyk. Bo to nie była tylko herbata. To były wrota do dawnego świata. Dowód na to, że naprawdę kiedyś tutaj żył. Przecież musiał, skoro to pamięta. Te wrota na razie były zamknięte, ale smak słodkiej herbaty pozwalał mu przez kilka sekund zaglądać w dziurkę od klucza na drugą stronę i próbować dostrzec to, co się za nimi znajduje. Widział jednak niewiele.

Wyłączył program informacyjny, z którego nie dowiedział się niczego nowego. Wałkowano jeden temat, zapraszając polityków z każdej strony sceny. Przez kilka godzin omawiali to samo, nie dochodząc do żadnych nowych wniosków. Cisza, która zapanowała po wyłączeniu telewizora, była zdecydowanie przyjemniejsza. Poczuł ochotę na to, by pójść w jedyne miejsce, w którym w ostatnim czasie czuł się bezpiecznie. Maleńkie biurko stało obok jego łóżka, w jedynej sypialni w tym domu. Na nim tylko lampka i przybornik, w którym znalazł kilka ołówków. Trzy tygodnie wcześniej, gdy Jagna przywiozła go tu z kliniki, poczuł się dziwnie związany z tym miejscem. I posłuchał głosu w swojej głowie, który mówił mu, że to coś ważnego. Usiadł wtedy przy biurku i zaczął szkicować.

Potem siadał przy tym biurku częściej, czasem nawet kilka razy dziennie. Wystarczyło, że wziął ołówek do ręki, a ona już wiedziała, co robić. Wiedziała to też jego głowa – uchylała wówczas te zakamarki pamięci, które w innych przypadkach były kompletnie zamknięte. Teraz znów działa się magia. Delikatne światło lampki przyjemnie rozjaśniło pokój, towarzyszyła mu cisza. Rysował więc to, czego na co dzień nie potrafił opisać słowami. Te strzępki wspomnień, które utkwiły w jego głowie, mimo że nie mógł ich z niej uwolnić. Ten rysunek tworzył już od kilku dni, każdego dnia uzupełniając go o nowe detale. Codziennie przypominał sobie coś nowego, choć czasem się bał, że to wcale nie wspomnienia, tylko jego wyobraźnia. Jednak im dłużej rysował, tym bardziej był przekonany, że to, co widzi, jest prawdziwe.

Z kartki patrzył na niego mężczyzna o bardzo ciemnych i smutnych oczach. Ich zewnętrzne kąciki opadały, co sprawiało wrażenie, że pozostaną smutne, nawet jeśli ten człowiek szeroko się uśmiechnie. Na rysunku Miłosza był jednak poważny. Usta układał w wąską linię, jakby celowo, by nie powiedzieć ani słowa. Jego ciemne włosy były zaczesane na bok, bardzo starannie.

Patrzył na niego mężczyzna, który prowadził samochód w deszczową noc sześć miesięcy temu. Dokładnie ten, który zatrzymał auto na środku ciemnej drogi podczas przeraźliwej ulewy, a potem wbiegł do lasu za tajemniczą postacią. Mężczyzna, który nie wrócił. Miłosz nie wiedział, jak go narysował. Nie wiedział nawet, czy wcześniej potrafił szkicować i czy kiedykolwiek stworzył jakiś udany rysunek. Był pewien tylko jednego: ten człowiek wie, co się stało.

Dlatego musiał go znaleźć.

Rozdział II

Biuro Miłosza okazało się średniej wielkości pokojem w dość starym budynku. Urządzone w dziwaczny sposób, zlepione z mebli tak różnych, jakby każdy został kupiony w innym sklepie i innej epoce. Poczuł zawód. Tak samo jak w domu, tak i tutaj nie odnalazł żadnego wspomnienia. Do tablic korkowych srebrnymi pinezkami poprzypinane były jakieś kartki z wykresami. Niewiele z nich rozumiał. Jeden smutny storczyk lub raczej to, co z niego zostało, stał na biurku i straszył uschniętą łodygą. Duża drukarka w rogu pomieszczenia pokryta była grubą warstwą kurzu.

– To się wyeksponowałem – mruknął pod nosem, wbijając ręce w kieszenie kurtki. Przypomniał sobie słowa neurologa o ekspozycji na wspomnienia. Należało to robić jak najczęściej. We wszystkich miejscach, które tylko przyjdą mu do głowy.

Poza zakurzoną drukarką nie było tu innego sprzętu, dlatego nie mógł liczyć na to, że coś wygrzebie w nagle odnalezionym laptopie. Nie było też żadnych ludzi, z którymi mógłby porozmawiać na swój temat, bo najwyraźniej pracował sam. Sądząc po wykresach: branża finansowa. A więc nawet nie był w stanie zapytać kogokolwiek o ostatnie miesiące. Chyba że…

– Przepraszam pana najmocniej, nazywam się Miłosz Konarski.

Staruszek siedzący za kontuarem na parterze starego dwupiętrowego budynku, popatrzył na niego znad okularów w grubych oprawkach. Wyglądał na zmęczonego i oburzonego, że przerywa mu się pasjonujące zajęcie, jakim była próba ułożenia się na krześle obrotowym tak, by podczas drzemki głowa nie opadała na boki w niekontrolowany sposób. Wcześniej to on dał Miłoszowi klucz do pokoju sto dziewiętnaście, w którym znajdowało się biuro, ale najwyraźniej uznał, że tyle pomocy z jego strony to na jeden dzień wystarczająco.

– No wiem – odparł, a z jego głosu nie dało się wyczytać żadnej emocji.

– Wie pan?

– No wynajmował pan biuro, to chyba wiem. Tak czy nie?

Miłoszowi szybciej zabiło serce. Pokiwał głową i natychmiast zaczął układać w myślach scenariusz rozmowy, by wypytać ochroniarza o jak najwięcej faktów z niedalekiej przeszłości.

– Wynajmowałem – potwierdził. – Nie przestałem?

– Ale to pan pytasz czy stwierdzasz? – zdziwił się cieć.

– Pytam, szczerze mówiąc. Bo ostatnio się tu nie widywaliśmy, prawda?

Ochroniarz patrzył na niego badawczo. Na moment nawet zniknęło z jego twarzy oburzenie wywołane tym, że ktoś przeszkodził mu w odpoczynku. Miłosz najwyraźniej go zaciekawił.

– Ano nie – przyznał. – Biuro puste stoi. Już z pół roku będzie.

– I nikt inny go w tym czasie nie wynajął?

– Panie, a pan myślisz, że to Wrocław jaki czy inna Warszawa? Kto ma niby wynająć, jak to pipidówa taka? W samym tym jednym budynku stoi z dziesięć takich pustych pokoików i jakoś chętnych na nie nie ma.

To by wyjaśniało, dlaczego nikt nie wyniósł rzeczy, mimo że gabinet nie był opłacany przez kilka miesięcy. Nikomu po prostu nie zależało na zwolnieniu lokalu. Może nawet właściciel miał nadzieję, że Konarski wróci i nie tylko ureguluje należność, ale jeszcze przedłuży najem.

– Czy w tym biurze było coś jeszcze? – zapytał Miłosz z nadzieją. Może cokolwiek stamtąd zabrali, żeby przechować w bezpiecznym miejscu do powrotu właściciela? Może jest jakiś komputer, a w nim cenne informacje, dzięki którym naprawdę wyeksponuje się na wspomnienia i zobaczy coś więcej niż tylko zamazane, wygumkowane strzępy dawnego życia?

– A mnie skąd wiedzieć? – Staruszek wrócił do swojego gburowatego tonu. – Wpadałeś pan tu raz na parę tygodni, to nie sądzę, żeby było tam coś ważnego.

Miał rację. Być może Miłosz częściej pracował w domu, może w kawiarniach. Może jego praca polegała na spotkaniach z ludźmi i do tego potrzebował dogodniejszej przestrzeni niż kilkunastu metrów kwadratowych złożonych z brzydkich, przypadkowych mebli?

– Pan to mnie chyba nie lubi, co? – Odważył się na szczere pytanie, co wywołało na twarzy mężczyzny lekki rumieniec. Kontrastował z jego siwymi wąsami, przez co był o wiele bardziej widoczny.

– Ja nikogo nie lubię, pasuje? – odpowiedział i odchrząknął, jakby te słowa zapiekły go w gardło.

I bardzo dobrze, pomyślał Miłosz. Od bycia życzliwym jeszcze nikt nie umarł, więc wprawienie choćby w niewielkie zakłopotanie tego niemiłego dziada można było uznać za mały sukces.

Niczego się jednak nie dowiedział. Po krótkim i suchym pożegnaniu z ochroniarzem wyszedł na mokry od deszczu chodnik i zasłonił się szczelniej kołnierzem kurtki. Siąpił deszcz, nieprzyjemny wiatr próbował wśliznąć się pod ubrania i przeniknąć swoim chłodem. Miłosz zrobił krok do tyłu i spojrzał na budynek, w którym znajdował się pokoik – bo od teraz w jego głowie miejsce to nie zasługiwało na miano biura. Typowa peerelowska rudera. Szklane wielkie okna, które kiedyś musiały być symbolem luksusu i postępu, a dziś błagały o wymianę i straszyły łuszczącą się z ram farbą. Miłosz był daleki od zachwytu, ale też trudno było mu się dziwić. Od kilku dni regularnie starał się spacerować po Mokranach, niewielkim miasteczku na peryferiach Dolnego Śląska. I wiedział z całą pewnością, że innego biurowca raczej się tu nie znajdzie. A nawet jeśli, to zapewne w dużo gorszym stanie niż straszydło, na które właśnie patrzył.

Odwrócił się i rozejrzał w drugą stronę. Melancholijna jesień rozgościła się już na dobre. Krople deszczu odbijały się od kałuż, które tu i ówdzie utworzyły się na chodnikach. Poczuł ukłucie dziwnego stresu, wywołanego najpewniej tym, że podobny widok miał przed oczami tuż przed wypadkiem. Starał się na tym nie skupiać – i o dziwo nie było to trudne. Naprzeciwko niego znajdowało się bowiem miejsce, które świeciło z daleka blaskiem tak radosnym, że nie sposób było nie zwracać na to uwagi. Robiło się ciemno, a w jasnych oknach niewielkiej kawiarenki odbijało się pomarańczowe światło, które przywodziło na myśl najpiękniejsze skojarzenia związane z jesienią. Smak dobrej kawy ze słodkim syropem, zapach dyni przyrządzanej na różne sposoby, gorącą czekoladę rozpływającą się na podniebieniu i jakieś miękkie koce, w które można się zagrzebać, żeby przetrwać tę okropną pluchę. Tym razem w okolicach żołądka poczuł ciepło. I właśnie to uczucie kazało mu pójść w stronę kawiarni, by choć przez chwilę zakosztować tego klimatu, który zapraszał gości już z daleka.

Rzeczywiście pięknie pachniała. Jak obietnica ciepłej słodyczy, która rozgrzeje od środka zmarznięte ciało. Usiadł w kącie, bo tam wypatrzył maleńki stolik, przy którym nikt nie siedział. Prawdopodobnie dlatego, że był przeznaczony dla jednej osoby. Przy innych stolikach siedziały pary – niektóre spijały sobie słowa z ust, patrząc na siebie z zachwytem. Przy jednym stoliku musiała odpoczywać grupa znajomych, i to oni robili wokół siebie największy hałas. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo od wejścia do tego miejsca poczuł się tak, jakby dotykał normalności. Na razie przez szybę, jednak rozgrzaną ciepłem, którego nie mogłoby dać nic innego, jak właśnie ten upragniony stan, w którym nic nie jest dziwne i nowe.

– Dzień dobry, coś do picia na początek? Polecam kawkę z syropem waniliowym lub dyniowym. Podajemy z kawałkiem ręcznie robionej czekolady.

Uśmiechnął się pod nosem. Kelnerka mówiła z zaangażowaniem i lekko gestykulowała trzymanym w dłoni długopisem, jakby chciała zwizualizować mu dyniowe latte. Ubrana była w pomarańczowy gruby sweter, co zapewne było celowym zabiegiem służącym wpasowaniu się w klimat tego wnętrza.

– To poproszę z waniliowym. I może jakieś ciastko.

– Serniczek z malinami albo szarlotka z naszymi jabłkami z dużą ilością cynamonu.

– Oj tak, szarlotka – potwierdził szybko, czym wywołał u niej uśmiech.

Jadał wcześniej szarlotkę? Lubił to ciasto? Jeszcze ostatnie słowo propozycji nie skończyło przechodzić przez jej usta, a poczuł się głodny jak nigdy przez minionych kilka tygodni. Chyba trafił w dobre miejsce, bo dotychczas nie zajmowały go tak przyziemne rzeczy.

Nie minęło dziesięć minut, a dziewczyna wróciła do niego z tacą, na której stała wielka filiżanka z imponująco puszystą pianką, posypaną jakąś kolorową przyprawą. Część filiżanki przykryta była wielkim kawałkiem czekolady z całymi malinami. Na talerzyku obok znajdowała się szarlotka, dumnie prezentując kruchy grzbiet oprószony lekką warstwą cukru pudru. Miłosz poczuł się szczęśliwy.

– Smacznego – powiedziała wesoło dziewczyna. – Proszę wołać, jeśli na coś jeszcze ma pan ochotę. Pełne menu znajdzie pan pod kodem QR, który jest przyklejony o tutaj. – Wskazała palcem na róg stołu, na który rzeczywiście naklejono niewielki czarno-biały kwadracik. – Poniżej ma pan hasło do wi-fi.

– Hasło do wi-fi? – zdziwił się.

Spojrzała na niego z lekką konsternacją, ale nie przestawała się uśmiechać.

– Wiele osób przychodzi do nas na dłużej, a tutaj kiepsko z zasięgiem – wyjaśniła. – Więc jeśli chce pan zabić czas, czy coś… – dodała, widząc jego zdziwione spojrzenie – to można połączyć się z naszą siecią.

Kiwnął głową w podziękowaniu. Miał prawie czterdzieści lat i nie wiedział, czy wcześniej był jednym z tych ludzi, którzy marnują życie przed ekranem smartfona. Kiedy jednak rozejrzał się wokół, dostrzegł kilka zapatrzonych w telefony osób, nawet jeśli nie siedziały przy stoliku same. Po wypadku świadomie marnował swój czas przed telewizorem, bo liczył, że dowie się czegoś o świecie, który przestał znać. Kilka razy czytał też wiadomości na portalach internetowych, ale nie znalazł tam nic ciekawego. A może po prostu źle szukał?

Wyjął telefon z kieszeni, wybrał sieć o nazwie „dyniowe łącze”, a potem wpisał hasło z naklejki. Aparat łączył się z internetem, a on w tym czasie upił łyk kawy. Dziewczyna nie na darmo ją zachwalała – napój w istocie był doskonały. Z czekolady na razie zrezygnował, ale odkroił kawałek szarlotki i z ochotą władował sobie do ust. W sekundzie, w której przegryzał kęs ciasta po raz pierwszy, był już pewien, że w swoim nowym życiu, liczonym od pobudki w klinice niepamięci, jak nazywał ją w myślach, nie jadł niczego lepszego.

Sięgnął po komórkę i rozluźniony miłą chwilą w przytulnym wnętrzu zaczął błądzić myślami. Dotychczas robił to w znacznie mniej sprzyjających okolicznościach, więc liczył na to, że to miejsce wykrzesze z niego odrobinę więcej. Otworzył wyszukiwarkę i wpisał hasło: „wypadek samochodowy, Mokrany, maj 2025”. Google wypluło wyniki, liczące oczywiście kilkanaście stron. Nie musiał jednak długo szukać, by znaleźć artykuły na swój temat.

Cudowne ocalenie – wyszedł cało ze spotkania z ciężarówką

W minioną sobotę doszło do zdarzenia drogowego z udziałem samochodów osobowego i ciężarowego. Jak udało się ustalić przybyłym na miejsce służbom, doszło do czołowego zderzenia, w którym poszkodowany został trzydziestosiedmioletni mężczyzna. Do szpitala przetransportowano go śmigłowcem w stanie krytycznym, jednak jak ustalili dziennikarze naszego portalu, mężczyzna przeżył. Obecnie znajduje się w stanie śpiączki.

Kierowca ciężarówki doznał niewielkich obrażeń, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Podobnych artykułów znalazł kilkanaście – wszystkie czytał już wcześniej w domu, kiedy uznał, że poszuka prawdy o sobie w sieci. Wszystkie były krótkie, lakoniczne, pozbawione szczegółów. Kilka portali obiecało, że będzie informować o aktualizacjach w sprawie, jednak nie pojawiły się później żadne informacje o tym, że Miłosz wybudził się ze śpiączki. Kiedy wpisywał hasło „wybudził się ze śpiączki Mokrany”, wyszukiwarka wyrzucała wyniki kompletnie z nim niezwiązane. Najczęściej dotyczyły ludzi, którzy obudzili się ze śpiączki po kilku latach. No tak, to była sensacja. A facet, który przespał zaledwie pół roku? Na nikim nie zrobiłby wrażenia.

Poczuł mrowienie na twarzy, ale nie potrafił zdiagnozować, skąd się wzięło. Mimochodem zaczął rozglądać się po kawiarni, spoglądając na ludzi: ich twarze, zachowanie, ubrania. Coś wywołało w nim niepokój, który sprawił, że uleciały gdzieś szczęście i wewnętrzne ciepło, które podarowała mu ta kawiarnia. Przyglądał się ludziom jeszcze wnikliwiej, czując się jak wariat. W końcu spostrzegł mężczyznę siedzącego w przeciwległym kącie pomieszczenia. Miał na sobie brązowy płaszcz i ciemnobeżowy golf. Mocno przyprószone siwizną włosy zaczesał do tyłu, co dodało mu powagi. Przyglądał się Miłoszowi znad swojej filiżanki, ale gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, odwrócił wzrok. Miłosz sięgnął po kawę, ale jej smak też się zmienił wraz z jego emocjami. Nie wywoływała już takiej wewnętrznej euforii. Obserwował mężczyznę i choć tamten zerkał na niego raz po raz, wyraźnie udawał, że to czysty przypadek.

– Jak panu smakuje? – Tuż obok ponownie stanęła kelnerka w pomarańczowym swetrze. Przyniosła ze sobą odrobinę spokoju, który urzekł go w tej kawiarni już od wejścia. – Może ma pan ochotę na jeszcze jedną kawkę?

Spojrzał na swoją filiżankę – rzeczywiście była prawie pusta. Jego żołądek ścisnął się jednak pod wpływem emocji wywołanych przez tego dziwnego faceta.

– Dziękuję bardzo, wszystko pyszne – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Poproszę o rachunek.

Dziewczyna uśmiechnęła się i lekko skinęła głową. Kiedy odeszła, Miłosz ponownie spojrzał w stronę stolika w rogu, ale gościa już przy nim nie było. Konarski omiótł wzrokiem pomieszczenie i dostrzegł go przy barze. Obracał w palcach kartę bankową, najwyraźniej również chcąc uregulować rachunek. Nie spoglądał już w kierunku Miłosza. Może to zatem tylko wrażenie wywołane zmęczonym umysłem? Może tamten też źle się poczuł z faktem, że jakiś obcy typ mu się przygląda?

Kelnerka pojawiła się po kilku minutach i podała Miłoszowi drewniany talerzyk z paragonem. Obok leżały mały cukierek i złożona na cztery karteczka. Miłosz zapłacił, wręczając jednocześnie niewielki napiwek.

– To też dla pana – powiedziała, podając mu złożony świstek. – Zostawił przed momentem jeden pan. Poprosił, żeby panu przekazać.

Serce Miłosza zabiło szybciej. Więc jednak się nie pomylił?

– Kto to był? – zapytał, choć wiedział, jaką usłyszy odpowiedź.

– Nie wiem, przykro mi – odrzekła przepraszającym tonem.

Zabrał kartkę z talerzyka i drżącymi dłońmi spróbował ją rozwinąć. Nerwy opanowały go od razu. Czy znał wcześniej tego człowieka? Rozłożył kartkę i obrócił ją szybko, bo początkowo trzymał ją do góry nogami. Rzucił okiem na to, co było na niej napisane, ale nie od razu zrozumiał. Na kartce znajdowały się jakieś cyfry, z których kompletnie nic nie wynikało, a poniżej – data i godzina.

– Co to jest? – mruknął pod nosem i zerwał się od stolika.

Kiwnął uprzejmie w stronę kelnerki, po czym wyszedł na zewnątrz. Całe ciepło i piękno kawiarni natychmiast zniknęły. Zrobił krok do zupełnie innego świata, w którym nie było miejsca na gorącą kawę z czekoladą. Nie zastanawiał się nad tym, tylko rozglądał w panice na wszystkie strony.

Mężczyzna wyszedł z lokalu niedawno i powinien jeszcze gdzieś tu być. Miłosz spojrzał na oświetloną uliczkę, która prowadziła w stronę niewielkiego rynku. Od kostki brukowej odbijało się światło latarni, w pobliżu nie było nikogo. Spojrzał w drugą stronę, między budynki osiedla, jednak było tam kompletnie ciemno. Mimo to miał wrażenie, że dostrzegł jakiś ruch. Jakby refleks świetlny, może odbijający się od zegarka, a może od ekranu telefonu. Ruszył szybkim krokiem w tamtym kierunku.

Niewątpliwie ktoś tam stał. Ukryty w cieniu, pozostawał niemal niewidoczny. Wystarczyło jednak kilka kroków, by dostrzec ludzką sylwetkę. Miłosz przyspieszył, już prawie biegł. Kiedy stojący w cieniu budynków człowiek to dostrzegł, zaczął się oddalać.

– Halo! – krzyknął Konarski i jeszcze bardziej przyspieszył. Poślizgnął się na mokrym chodniku, omal nie tracąc równowagi. Zamachał w powietrzu rękami, a gdy odzyskał pion, spojrzał w stronę uciekiniera. Tamten wyszedł już z cienia i szybko zmierzał chodnikiem ku przejściu dla pieszych. – Stój, proszę! – jeszcze raz krzyknął Miłosz, ale i to nie przyniosło żadnego skutku.

Znowu zaczął biec, nie zważając na ryzyko bliskiego spotkania z kostką chodnikową. Był coraz bliżej tego człowieka. Kiedy miał go na wyciągnięcie ręki, tamten odwrócił się w jego stronę. Był wystraszony, szeroko otworzył usta i oczy.

– Odjebało ci? – warknął ze złością.

Miłosz zatrzymał się, zanim zdążył złapać go za poły płaszcza, co wcześniej zamierzał zrobić. Stanął jak wryty i przypatrywał się jego twarzy. Znajoma czy nieznajoma? Nie miał pojęcia. Ale na pewno nie należała do człowieka, którego widział w kawiarni.

– Przepraszam… – wydyszał, kładąc rękę na klatce piersiowej. Serce obijało mu się o żebra.

– Czego ty mnie gonisz, człowieku? – zapytał tamten, nadal patrząc na Miłosza jak na wariata.

– Sorry, naprawdę – powtórzył Konarski, starając się uspokoić oddech.

Facet odszedł, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru przyjmować przeprosin. Miłosz został sam tuż przy skwerku zieleni, oświetlonym przez kilka wątłych latarni. Włożył ręce do kieszeni kurtki i wymacał zwiniętą karteczkę.

– Cholera jasna – mruknął pod nosem, po czym ruszył w ciemność.

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Agata Kunderman, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302682

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści