Sprint - Piotr Kuzio, Marcin Majchrzak, Grzegorz Suder - ebook

Opis

Czy przy wszędobylskim systemie obserwacji i kontroli zbrodnia może ujść płazem?

Firma RCUS była szczytem marzeń wszystkich informatyków. Międzynarodowy potentat na rynku systemów komputerowych zatrudniał najlepszych i – jak wieść niosła – niezwykle dbał o ich zadowolenie i bezpieczeństwo. Ale czy na pewno?

W poniedziałkowy poranek do laboratorium RCUS zostają wezwani podinspektor Skalski i komisarz Walczak. Znaleziono ciało zamordowanego mężczyzny. Policjanci rozpoczynają mozolne przesłuchania, przy czym nie angażują się zbytnio, pewni, że przy rozbudowanym systemie monitoringu i kontroli przejść zidentyfikowanie sprawcy będzie formalnością. Jednak elektroniczne ślady okazują się sfałszowane, jednoznaczne dowody – podrzucone. Policjanci próbują odnaleźć się w nowych dla siebie realiach, w czym pomóc ma im aspirant Czerski, specjalista „od komputerów”. Z każdym dniem śledztwo komplikuje się coraz bardziej…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 880

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Piotr Kuzio, Marcin Majchrzak, Grzegorz Suder Sprint ISBN Copyright © by Piotr Kuzio, Marcin Majchrzak, Grzegorz Suder, 2019All rights reserved Redakcja Witold Kowalczyk Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Skład i łamanie Witold Kowalczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Ta książka była pisana z zastosowaniem metodologii Agile. Dzięki takiemu podejściu napisanie jej zajęło nam dwa razy więcej czasu, niż planowaliśmy.

Sprint — w metodologii tworzenia oprogramowania podstawowa jednostka planowania pracy zespołu programistów. Zazwyczaj trwa dwa tygodnie. W tym czasie musi zdarzyć się wszystko: od zaplanowania pracy do prezentacji finałowego rozwiązania.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Dzień sprintu 1/10. Poniedziałek

1

8.00, laboratoria firmy RCUS

„Szlag… co za ziąb” — zaklął w myślach Skalski, przemierzając halę laboratorium w ślad za niskim osobnikiem, który prowadził małą grupę dochodzeniową na miejsce zdarzenia.

Po tygodniach wypełnionych rutyną spraw drobnych i błahych nadeszło zgłoszenie, które ożywiło cały zespół. A zwłaszcza jego, podinspektora Piotra Skalskiego, który nigdy o czymś takim nie czytał, nie słyszał ani nawet nie pomyślał. Nie chodziło o miejsce czy samo zdarzenie. Raczej o ich kombinację.

Wciąż trudno mu było uwierzyć, że wezwanie przyszło z tej właśnie korporacji. Firma RCUS była międzynarodowym potentatem na rynku zaawansowanych systemów komputerowych, wyławiała z rynku najlepsze analityczne umysły, oferowała doskonałe warunki zatrudnienia i, jak wieść niosła, niezwykle dbała o bezpieczeństwo pracy i zadowolenie swoich pracowników.

Teraz szli energicznie przez monstrualnie wielkie pomieszczenie huczące nawiewem wszędobylskiej klimatyzacji. Laboratorium było wysokie na jakieś trzy metry, całkowicie pozbawione okien i wydawało się ciągnąć po horyzont. Nie mieli szans ogarnąć wzrokiem całej hali, tak jak człowiek w środku lasu nie jest w stanie dostrzec jego skraju.

Prowadzący ich pracownik firmy szedł żwawo i milczał przez całą drogę.

— Jak tu piździ! — zaklął idący za nim komisarz Walczak, stary przyjaciel Skalskiego. Był zupełnie łysy i niemal dekadę od niego starszy. Zmagając się z niespodziewanymi podmuchami, próbował pozapinać wszystkie guziki swojego szarego płaszcza, lecz w okolicach brzucha miał z tym pewien problem. Odezwał się głośniej do prowadzącego ich przedstawiciela firmy: — Macie tutaj kiedyś lato?

— To klimatyzatory — wyjaśnił ten, przekrzykując dochodzący zewsząd szum. — Komputery i cały ten sprzęt bardzo się grzeją, a kiedy się przegrzewają, następują awarie. Gdyby wyłączyć klimatyzację, za piętnaście minut mielibyśmy tutaj sześćdziesiąt stopni.

— A tak macie jakieś minus sześćdziesiąt — mruknął Walczak w odpowiedzi i sunął dalej za Skalskim, który będąc o głowę wyższy, skutecznie zasłaniał rozmówcę.

W pomieszczeniu panował półmrok, światło pochodziło od wysoko podwieszonych lamp LED-owych, gdzieniegdzie zimny blask emitowały monitory. Do wysokości dwóch metrów praktycznie cała przestrzeń była wypełniona metalowymi szafami, z których każda zawierała dziesiątki urządzeń elektronicznych. Migoczące w nich światła diod sygnalizowały coś, czego znaczenie rozumiało zapewne nieliczne grono śmiertelników. Pod sufitem, w specjalnie zaprojektowanych rynnach, biegły tysiące kilometrów kabli. Wybiegały z nieskończoności, okrążały laboratorium i w nieskończoność uciekały.

Każda alejka, w którą skręcili, wyglądała tak samo. Zdziwiło ich to, że słowem laboratorium nazwano coś, co go zupełnie nie przypominało. Przynajmniej nie w formie znanej z filmów. Jednym słowem: zwyczajna, przerośnięta serwerownia lub centrum obliczeniowe.

— Tędy proszę, już prawie jesteśmy — obwieścił przewodnik.

Skręcili w lewo, w ciasne przejście, w którym dwie osoby z trudem się mijały. Kilkanaście metrów dalej, obok filaru, stał nieruchomo umundurowany policjant oraz drepczący nerwowo tam i z powrotem kolejny pracownik firmy. Skalski skrzywił się, widząc tę scenę.

„Świetnie” — pomyślał z przekąsem. „Teraz mamy całą masę materiału biologicznego”. Mina Walczaka wyrażała podobną opinię. Mundurowy z zainteresowaniem przyglądał się czemuś schowanemu za filarem.

Pomiędzy stelażami z elektroniką leżało ciało mężczyzny z szyją oplecioną różowym kablem. Jeden koniec sterczał przy szyi, drugi wiódł aż do panelu na samej górze szafy, wpięty do gniazda. Głowę okalały lekko zsunięte ochraniacze słuchu z wyraźnie uszkodzonym drucianym mocowaniem. Spod pleców ofiary rozlewała się okrągła, jednolita plama krwi. Rany, z której się wydobyła, nie było widać. Ciało spoczywało na plecach, oczy były zamknięte, a ręce — ułożone wzdłuż ciała z otwartymi ku górze dłońmi.

„Nie widać krwawych śladów butów na podłodze, żadnych oznak walki, wyrwanych przewodów” — pomyślał Skalski, drapiąc się po przerzedzonych łysiną włosach. „Powyginane słuchawki wskazują na silne, punktowe uderzenie. Najpewniej z góry”. Spojrzał ku sufitowi. Zauważył mnóstwo drucianych rynien prowadzących grube snopy przewodów, istne podwieszane autostrady kabli. „Taka konstrukcja musi sporo ważyć”. Rozejrzał się. „Tylko że nic się nie urwało. A nawet gdyby tak się stało, to spadając, oparłoby się o wysokie szafy. Nie pracował na wysokości, bo nie ma żadnej drabinki w zasięgu wzroku. No i jak, do cholery, zawinąłby się w ten kabel?”

— Kim jest denat? — zapytał głośno i przyklęknął przy ofierze.

Drepczący obok pracownik RCUS-u zatrzymał się i głęboko wciągnął powietrze.

— To Nikodem de Bugaj… pracował tutaj… tester… nie wiem, co dokładnie chce pan wiedzieć…

— Pan go znalazł?

— Tak. Przyszedłem do pracy wcześnie rano. Mamy delay i musimy nadrabiać. No więc zszedłem tutaj około siódmej dziesięć, no i… no i… znalazłem go tutaj.

— Dotykał go pan?

— Nie.

— Co potem?

— Pobiegłem do stróżówki, żeby zadzwonili po policję.

Skalski spojrzał pytająco na policjanta, głaszcząc się po gładko ogolonych policzkach.

— Przyjechałem dwadzieścia minut temu. Zabezpieczyłem miejsce zdarzenia. — Skalski, słysząc to, mało nie wywrócił oczami.

Drepczący nerwowo wokół znalazca zwłok skutecznie zacierał część śladów.

— Następnie — kontynuował policjant — zawiadomiłem dyżurnego komendy.

W wąskim korytarzu pojawili się kolejni ludzie. Skalski rozpoznał w nich ekipę techniczną wysłaną z laboratorium kryminalistyki. Najstarszy z nich przygotowywał się do pobrania odcisków palców i śladów biologicznych. Fachowym okiem rozpoznał sytuację i rzucił:

— Proszę się cofnąć.

— Witek, co z prokuratorem? — cicho zwrócił się do niego Skalski.

— Przykro mi, Piotrze. — Technik spuścił wzrok. — Sara.

— Rozumiem… Nie przyjechała z tobą?

— Komendant Głowa zatrzymał ją w ostatnim momencie. Nie wiem po co.

Zauważył współczujące spojrzenie przyjaciela.

— Oj tam, damy radę, szefie… — Walczak włożył rękę za pazuchę swej marynarki, by chwycić piersiówkę. — Chce pan iść na stronę?

— Walczak, nie teraz… Naszykujmy się najpierw na przyjęcie pani prokurator…

Technicy przygotowali sprzęt, gdy znów pojawiły się kolejne osoby. W ciasnym korytarzu zrobiło się bardzo tłoczno.

— Co to za zbiegowisko? — zdenerwował się Skalski.

Od siwowłosego, dystyngowanego mężczyzny w garniturze ze złotymi spinkami aż biło pewnością siebie. Widocznie on tu rządził. Za nim podążało dwoje ludzi, jeden w mundurze strażnika.

— Jestem Gabriel Aivar, prezes tego ośrodka. Muszę wiedzieć… rany boskie! — Wbił oczy w trupa i zrobił dwa kroki w jego kierunku.

— Proszę się cofnąć! — wrzasnął technik. — Zaciera pan ślady!

— Przepraszam… brak mi doświadczenia w takich… sprawach. — Aivar poprawił marynarkę, po raz ostatni rzucił okiem na ciało i odwrócił się do policjantów. — Panowie zapewne z policji?

— Podinspektor Skalski, komisarz Walczak, zespół techniczny z komendy miejskiej. — Skalski krótko przedstawił ekipę.

Prezes zmierzył każdego bystrym spojrzeniem.

— Ten człowiek jest szefem tych laboratoriów. — Wskazał na przybyłego z nim młodzieńca. Inspektor zaczął sobie uświadamiać, że w tej firmie większość pracowników może wyglądać, jakby właśnie skończyli studia. — Udzieli wam wszelkich informacji na ich temat, a zapisy z monitoringu dostarczy wam…

— Panie prezesie Aivar… — przerwał te plany Skalski. — Pozwoli pan, że to my zajmiemy się organizowaniem naszej pracy. Przede wszystkim muszę pana prosić — nie zabrzmiało to wcale jak prośba — o dyskrecję odnośnie do tego incydentu.

— Oczywiście, oczywiście — wymamrotał prezes. — Straty wizerunkowe byłyby ogromne.

— Nie obchodzą mnie straty wizerunkowe, finansowe czy jakiekolwiek inne. Będziemy musieli przesłuchać wielu ludzi i nie chcę, by przychodzili z urojonymi teoriami. Proszę do minimum ograniczyć liczbę osób postronnych, które znają szczegóły. Pan zaś — zwrócił się ponownie do znalazcy ciała — niech potraktuje moje słowa bardzo, bardzo poważnie. Ani słowa o tym wydarzeniu, jasne?

— Jasne…

Technicy delikatnie obrócili ciało na bok. Jeden z nich gwizdnął cicho, zwracając uwagę pozostałych.

— Co jest?

— Dziura w okolicach serca po cienkim, ostrym narzędziu. — Wskazał palcem. — Jedna, precyzyjnie wymierzona. To nie była przypadkowa bójka.

— Dobra, szukajcie dalej. Wracając do pana… — zwrócił się do porządnie już wystraszonego chłopaka. — Jeżeli zdradzi pan coś z tego, co tu widzi, to będę miał podstawy do postawienia zarzutów o ujawnienie tajemnicy i utrudnianie śledztwa. Zrozumiano?

Pokiwał głową.

— Weź trzy… może dwa dni wolnego — wtrącił się prezes. — Na koszt firmy. Powiadom tylko swojego menedżera.

Chłopak skinął głową i już zamierzał odejść, gdy Walczak go zatrzymał, mówiąc:

— Proszę zostawić kontakt do siebie i nie wyjeżdżać z miasta.

— Ja pierdolę… — wyrwało się pobladłemu gwałtownie nieszczęśnikowi.

— Spokojnie — uśmiechnął się ironicznie Walczak. — Musimy pana przesłuchać wyłącznie jako świadka.

Świadek oddalił się chwiejnym krokiem. Przy wyjściu z korytarzyka zderzył się ze szczupłą, elegancko ubraną kobietą. Miała staranny makijaż, zaczesane do tyłu i spięte blond włosy. Była ubrana w granatowy żakiet, pod którym kryła się sukienka o tej samej barwie, nieco jaśniejsza, która kończyła się tuż za kolanami. W ruchach kobiety widać było wyniosłość i władczość. Prezes, widząc ją, wciągnął brzuch i wyprostował się, dodając sobie kilka centymetrów. Nadludzkim wysiłkiem powstrzymał chęć przygładzenia włosów. Za to Skalski lekko się przygarbił. Poczuł na plecach delikatne poklepywanie Walczaka.

Za nią raźno podążał młody, chudy mężczyzna o trupiobladej twarzy, z kruczoczarną fryzurą i haczykowatym nosem. Rozglądał się po urządzeniach z wyraźnym podziwem, wręcz z zachwytem.

— Witam panów, nazywam się Sara Skalska i będę nadzorować śledztwo ze strony prokuratury — poinformowała oschle, podając prezesowi rękę.

— Pani prokurator? Gabriel Aivar…

Zignorowała go i zwróciła się do policjantów:

— Komendant Głowa przydzielił wam specjalistę do pomocy. To aspirant Czerski. — Skinęła dłonią na przybyłego z nią człowieka. — Ma wam pomóc w sprawach związanych z komputerami, nowoczesnymi technologiami i korporacjami. — Zabrzmiało to, jakby szkapom w zaprzęgu pokazano lokomotywę.

— Tylko starych koni żal… — mruknął Walczak.

— Słucham?

— Mówię, że bardzo się cieszę z wszelkiej nowoczesnej pomocy.

— Nie błaznuj, Walczak. Znam cię nie od dziś. — Sara z lekceważeniem spojrzała na Skalskiego. Wytrzymał. Zerknęła na miejsce zbrodni. — Co tam mamy, panie Witoldzie?

— Pani prokurator, dopiero zbieram ślady, a ten tłok mi nie pomaga…

— Słusznie. Prezesie, czy możemy się spotkać w pańskim gabinecie?

— Oczywiście. Jest do pani dyspozycji! — Prezes Aivar się rozpromienił. Było to co najmniej niestosowne ze względu na okoliczności.

Prokurator obrzuciła go wyniosłym spojrzeniem.

— Doskonale, proszę nas zaprowadzić. Skalski i Walczak za mną.

I ruszyła zdecydowanym krokiem.

2

RCUS, sala reprezentacyjna Siódme Niebo

Zaraz za drzwiami kierownik laboratorium zasugerował, że nie jest wystarczająco kompetentny, by brać udział w naradzie dotyczącej śledztwa. Prezes pokiwał z uznaniem głową i odprawił go krótkim podziękowaniem. Prokurator Skalska zwróciła uwagę Czerskiemu, że bez zwłoki powinien zacząć zbierać materiał dowodowy. Młody policjant przełknął w milczeniu to polecenie, które dość wymownie podkreślało jego pozycję w grupie, i poszedł za oddalającym się szefem laboratoriów.

W oczekiwaniu na windę prezes Aivar, chcąc przerwać niezręczne milczenie, zaczął nieskładnie opowiadać o firmie. Prokurator wysłuchała go z uprzejmą uwagą, ale nie wydawało się, by wzbudził w niej podziw dla swych oratorskich zdolności. Odetchnął z ulgą, kiedy drzwi w końcu się otworzyły.

Wjeżdżali na ostatnie, siódme piętro biurowca. W drodze prezes krótko przedstawił historię tego miejsca. RCUS w swoich początkach często przenosił działalność z miejsca na miejsce, wynajmując kolejno różne lokale w całym mieście. Było to uciążliwe, ale konieczne, bo wraz z ciągłym rozwojem potrzebował coraz to większych powierzchni. Musiał pomieścić nie tylko swoich pracowników, ale także serwerownie i laboratoria.

Wraz z rozwojem metropolii i napływem inwestycji zagranicznych firmy deweloperskie rozpoczęły wielką ekspansję budowlaną. Tanie, podmokłe tereny na obrzeżach miasta stały się atrakcyjne i zanim ceny gruntu oraz materiałów skoczyły w górę, RCUS zdążył je zakupić i rozpocząć budowę. Wkrótce jednak trzeba było ją zawiesić. Po osuszeniu terenu, podczas prac zbrojeniowych, świeżo wzniesiony biurowiec na sąsiedniej działce zaczął się zapadać i dla bezpieczeństwa wydano nakaz wstrzymania wszelkich prac budowlanych w całej okolicy. Eksperci musieli ustalić przyczyny i zapobiec potencjalnej katastrofie. Zabrało to niemal rok, a potem kolejne pół, aby nanieść poprawki w projekcie budynku, pozbawiając go w ten sposób trzech pięter, i w końcu zatwierdzić projekt w urzędzie. Wreszcie deweloper mógł wznowić pracę i nowoczesny, oszklony biurowiec wznosił się coraz wyżej i wyżej. Choć zwłoka okazała się niekorzystna dla planów RCUS-u, to pozwoliła miastu poszerzyć drogi dojazdowe i doprowadzić tam komunikację miejską, co z kolei było na rękę pracownikom.

Otwarcie przebiegło z wielką pompą. Prezydent miasta osobiście posadził symboliczne drzewko, powiedział kilka sztampowych słów, po czym rozpoczął się całodzienny piknik przed budynkiem zakrapiany darmowym piwem i przegryzany grillowanym mięsem.

W niedługim czasie wokół siedziby RCUS-u wyrosły kolejne zabudowania, sprowadziły się nowe firmy, a cała strefa stała się prawdziwym miasteczkiem ze swoimi restauracjami, sklepikami i przedszkolem. Były tam nawet myjnia samochodowa, gabinet fryzjerski i siłownia ze strefą fitness. Brakowało tylko hotelu i apartamentowca, w którym mogliby zamieszkać pracownicy korporacji, skąd, mając wszystko pod ręką, nie musieliby się już ruszać.

Prezes Aivar z uwagą obserwował słuchaczy. Nie zauważył, by miejsce to kogokolwiek zachwyciło. Prokurator Skalska nie sprawiała wrażenia onieśmielonej czy niepewnej. Była tutaj pierwszy raz, a siódme piętro ich biurowca nie bez powodu nazywano Siódmym Niebem. Miało ono przeznaczenie reprezentacyjne, przystosowano je głównie do przyjmowania gości i kontrahentów. Supernowoczesne, pełne punktowych świateł, szkła i błyszczących chromowanych elementów. Jedną ścianę zajmowały sale lub gabinety, niektóre skryte za mlecznobiałymi szybami. Drugą, skąpaną w naturalnym świetle z przestronnych okien, z panoramą miasta oraz dyskretnie umieszczonymi reflektorami, wypełniała bujna egzotyczna roślinność, wśród której wił się uspokajająco szemrzący strumyk. Ten widok — połączenie nowoczesnego miejsca pracy i namiastki dzikiej natury — robił na wszystkich piorunujące wrażenie. A wtedy on, prezes RCUS-u, jako gospodarz ujmował swego gościa za łokieć i szerokim, zamaszystym gestem zapraszał go do równie przepysznie urządzonego gabinetu, by mogli wreszcie porozmawiać o interesach.

Tym razem prezes przeżył rozczarowanie. Nie zrobił wrażenia ani na pani prokurator, ani nawet na towarzyszących jej policjantach. Prezes uświadomił sobie, że może i jest tutaj gospodarzem, ale nie ma żadnej władzy. Wszystkie spotkania, które dotychczas odbywał, dotyczyły interesów, i to zawsze do niego należało ostatnie słowo. Dziś znalazł się w sytuacji, w której ma służyć ludziom reprezentującym wyższą instancję — prawo. Bez względu na ich cenzus majątkowy musi być do ich dyspozycji, nie będzie mógł blefować czy zakończyć rozgrywki na swoich, zwycięskich, warunkach.

Nagle drzwi jednej z sal się otworzyły i wylała się z nich grupa starszych ludzi. Starszych w mniemaniu Skalskiego, bo wszyscy byli w wieku, w którym sam chciałby być. Ktoś się przywitał z prezesem, ktoś ledwo skinął głową, większość przeszła obok obojętnie, rzucając co najwyżej lekko zdziwione spojrzenie.

— Dzień dobry, panie prezesie! — usłyszeli silny głos. — Początek iteracji, wariactwo z planningami, znów brakuje sal na spotkania…

— Dobrze, że jesteś, Donatanie — rzekł prezes. — Musimy poważnie porozmawiać.

— Już, moment. — Donatan przyłożył ręce do ust i krzyknął do odchodzącej grupki: — Panowie! Więcej entuzjazmu! To wy dajecie przykład swoim zespołom! Naostrzyć laptopy i do roboty! Przepraszam. — Wrócił do nich. — O co chodzi?

Spojrzał z życzliwym zainteresowaniem na prokurator i nie mniejszym, choć nie tak sympatycznym, na Skalskiego i Walczaka.

— Pozwól, że was przedstawię — odpowiedział prezes. — Dyrektor Donatan Relik, szef Działu Naukowo-Badawczego, naszej chluby w opracowywaniu nowych technologii. A to prokurator Skalska i jej zespół.

***

Zamieszanie z wychodzącą grupą Relika spowodowało, że Walczak znalazł się bardzo blisko prokurator Skalskiej, która oparła się o niego, cofając się przed jakimś niestarannie ogolonym olbrzymem o mętnym wzroku.

— Ups, przepraszam — rzekł do niej grzecznie Walczak. — Znalazłem się w niewłaściwym miejscu i czasie.

Skalska pochyliła się ku niemu i dyskretnie pociągnęła nosem. Ze stoickim spokojem przyjął jej wymowne spojrzenie na zegarek.

— Komisarzu Walczak — odezwała się z naganą w głosie. — Proszę odszukać pana Czerskiego i przeprowadzić wstępne czynności śledcze.

Walczak nie miał problemów ze zrozumieniem, że nie o czynności śledcze tu idzie. Zresztą czuł już pragnienie, a piersiówka w marynarce ciążyła niczym wyrzut sumienia. Naczynie nie lubiło nosić w sobie takiego ciężaru. Ukłonił się i wrócił do windy.

Goście zasiedli na niebezpiecznie wygodnej kanapie, prezes Aivar zajął sąsiadujący fotel. Otworzył stojący obok barek.

— Czegoś się państwo napiją?

„Rany boskie, dobrze, że nie ma tu Walczaka” — pomyślał Skalski. Nie zdołał opanować odruchu przełykania śliny, jednak wiedział, że musi się wykazać najwyższym profesjonalizmem.

— Dziękuję, jestem na służbie — odparł bohatersko.

— A ja chętnie spróbuję czegoś niezbyt mocnego — wypaliła prokurator.

Skalski stłumił złość. Wredne babsko. Wyczekała go, a on musiał przed nią odmówić. Sam był sobie winien. Kobieta ma wszak pierwszeństwo. Na szczęście z ratunkiem przyszedł Aivar, zauważając przytomnie:

— Wszyscy jesteśmy dziś na służbie. Może jednak coś dla smaku?

— Niech będzie. — Uznał, że głupio tak wyłamać się z towarzystwa. — Poproszę to samo co pani prokurator.

— Służę uprzejmie. — Na maleńkim stoliku wartości średniej klasy samochodu pojawiły się trzy szklaneczki.

— Przejdźmy do rzeczy — zaczęła prokurator Skalska, wyciągając z teczki jakieś dokumenty. — W pana firmie popełniono morderstwo. Oczywiście musimy to potwierdzić, czyli otrzymać raport z sekcji, ale proponuję nie dzielić włosa na czworo i nazywać rzeczy po imieniu. W pewien sposób, jako najwyższa władza tego przedsiębiorstwa, jest pan za to odpowiedzialny.

Prezes skinął milcząco głową. Spodziewał się tego.

— Prawo pozwala nam na dokonanie wszelkich czynności, które ja jako prokurator oraz prowadzący dochodzenie ze strony policji, a więc inspektor Skalski oraz jego współpracownicy, uznają za niezbędne. Muszę również powiadomić pana jako właściciela lub reprezentującego właścicieli o czynnościach, które mogą mieć wpływ na działalność firmy. Będziemy to robić, z wyjątkiem sytuacji narażających dobro śledztwa. Od pana oczekujemy pełnej współpracy, a więc udostępnienia prokuraturze lub policji dostępu do wszystkich pomieszczeń, świadków, dokumentów lub zapisów elektronicznych, jakie uznamy za niezbędne.

Prezes Aivar lekko uniósł brew. Zrozumiała go.

— Nie będziemy przeglądać żadnych tajemnic firmy, kontraktów i tak dalej. O ile nie będą niezbędne w dochodzeniu — dodała z naciskiem. — Jeżeli żądania inspektora Skalskiego wydadzą się panu zbyt… daleko idące, proszę mnie o tym powiadomić. Jeżeli uzna pan, że moje żądania są zbyt daleko idące, może pan złożyć zażalenie do moich przełożonych. Możemy zrobić wszystko bardzo oficjalnie, rewizje, przeszukania, przesłuchania, a wszystko na papier z prokuratury. Możemy też zrobić to po koleżeńsku, im chętniej pan oraz pańscy ludzie będą współpracować, tym mniej kwasów będzie między nami.

— Rozumiem. — Złożył ręce w piramidkę. — Mogą państwo być pewni, że dołożę wszelkich starań, by pomóc wam w każdym aspekcie.

— Tak wygląda ogólny zarys sytuacji. Inspektor Skalski przedstawi teraz zamierzenia na najbliższe dni.

— Hmm, tak — odchrząknął wezwany do zabrania głosu. — Po pierwsze, standardową procedurą jest zabezpieczenie miejsca zbrodni i pobranie odcisków palców, śladów biologicznych i zapachowych. Nasi technicy już nad tym pracują. Ze względu na miejsce zbrodni możemy wykluczyć kogoś z zewnątrz. Oznacza to, że jeśli znajdziemy jakieś ślady, to musimy mieć próbki do porównania. Będziemy musieli pobrać odciski palców i DNA od, być może, wszystkich pracowników mających dostęp do tamtego miejsca.

— Wszystkich? — zdumiał się Aivar. — W tym ośrodku mamy ponad dwa tysiące inżynierów i menedżerów.

— To już nasze zmartwienie, jak to zrobimy. — Głos Skalskiego zabrzmiał twardo. — Po drugie, nie ma dla mnie świętych krów. Jeśli ktoś odmówi pobrania odcisków palców, to pobierzemy mu je na komisariacie. Macie tutaj kamery, więc chcę mieć dostęp do monitoringu. Do tego listy obecności oraz listy urlopów, chorobowych, delegacji. Chcemy też poznać przełożonych ofiary i współpracowników. Proszę też o wydzielenie jakiegoś pomieszczenia, gdzie moglibyśmy prowadzić przesłuchania. Tak będzie wygodniej dla wszystkich.

— Dostanie pan wszystko, czego potrzebuje — obiecał Aivar. — Dam też panu nazwiska ludzi, którzy wprowadzą państwa w specyfikę firmy. Mamy tutaj bardzo rozbudowaną organizację. Czy i ja mógłbym wyrazić pewne oczekiwania?

— Proszę bardzo — zachęciła go Skalska. — Teraz tylko rozmawiamy, nie przesłuchujemy. — Uśmiechnęła się promiennie. Prezes nie był w stanie nie odwzajemnić tego uśmiechu.

Zaraz spoważniał, pochylił się lekko do przodu i oparł łokcie o blat biurka.

— Chodzi o uniknięcie niepotrzebnego rozgłosu. W laboratorium, słusznie pan zauważył, inspektorze, trzeba ograniczyć liczbę postronnych osób. Nalegałbym, aby ją ograniczono także później, nawet po zakończeniu śledztwa… Rozumieją państwo, jesteśmy wielką, międzynarodową firmą z ogromnym prestiżem. To część naszego kapitału, zasłużyliśmy na niego jak mało kto. Ale czasy są ciężkie, konkurencja depcze nam po piętach. Na pewno narobią szumu i będą brzydko grać…

— Chce pan ukryć morderstwo? — zapytał z niedowierzaniem Skalski.

— Nie ukryć… nie to miałem na myśli… tylko… nim nie epatować. Pani prokurator — zwrócił się niemal błagalnie — przecież dla dobra śledztwa nie trzeba ujawniać wszystkich szczegółów. Sami państwo mówili, że dopóki nie wpłynie raport z sekcji, to nie możemy mówić o morderstwie. Takie coś może wywołać panikę wśród pracowników. Wszyscy będą patrzeć na siebie wilkiem, będą plotkować, spiskować, prowadzić własne śledztwa… wszystko zamiast pracować. A jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, możemy stracić kluczowy dla nas kontrakt… Proszę tak nie patrzeć, nie chodzi tylko o dobro korporacji, ale o ludzi… Jeśli stracimy ten kontrakt, będziemy musieli ciąć koszty…

Prokurator popatrzyła na inspektora pytająco. Ten powoli skinął głową.

— Przyjmiemy wersję nieszczęśliwego śmiertelnego wypadku. Obawiam się jednak, że w trakcie przesłuchań nie damy rady uniknąć ujawnienia faktycznego stanu rzeczy.

— Dziękuję. Ufam, że zrobią państwo, co w waszej mocy.

Skalski wyciągnął notatnik.

— Zacznijmy od razu. Proszę o nazwisko szefa ochrony.

— Hm, nie znam go… wszystkimi sprawami bezpieczeństwa zajmuje się dyrektor Bernard Farney. Głównie sprawami bezpieczeństwa IT, ale sprawuje też nadzór nad służbą ochrony. Ma biuro na piątym piętrze.

Skalski zanotował nazwisko i numer biura.

— Jeszcze nazwisko przełożonego ofiary.

Aivar się zmieszał.

— Szczerze mówiąc, też go nie znam… Nie wiem nawet, w jakim dziale pracował ten człowiek… Najprawdopodobniej — zastanawiał się głośno — u Maksa Szeflera… Zadzwonię do kadr!

„Ja zawsze znam swoich współpracowników” — Skalski pomyślał ciepło o Walczaku. „Ciekawe, jakie zajęcie sobie znalazł”.

3

RCUS, dolne piętra

Walczak, wzmocniwszy się nieco cierpkim, palącym płynem, nabrał ochoty, by jakoś sensownie spożytkować chwilową przerwę. Zagadując kilku napotkanych pracowników, doszedł jednak do przekonania, że niczego się tutaj nie dowie. Nikt najwyraźniej nie słyszał jeszcze o trupie w laboratorium. Postanowił znaleźć Czerskiego, poznać go lepiej i kto wie, może nawet czegoś się od niego nauczyć. Nie mając jednak jego numeru telefonu, postanowił znaleźć go, węsząc po firmie. Zszedł wąską klatką schodową. Po chwili znów znalazł się w okolicach wejścia do laboratoriów. W ochronie zapytał o Czerskiego.

Szukając narzuconego im współpracownika, zauważył, że w biurowcu, mimo jego ogromu i skomplikowanych rozwiązań architektonicznych, jest jakaś logika. Piętra miały identyczny układ, w tych samych miejscach znajdowały się kuchnie i łazienki, sale do spotkań były opisane najróżniejszymi nazwami, ale zauważał w nich klucz, nawet drzwi miały własne symbole. Najbardziej od tego schematu odbiegały parter i ostatnie piętro, czyli poziomy, które poznali jako pierwsze. Nic więc dziwnego, że wzbudziły w nich poczucie chaosu. Zwłaszcza laboratoria, przypominające uporządkowany, a jednak w jakiś sposób pokręcony labirynt.

Znalazł właściwe drzwi, zdecydowanie zapukał i wszedł do środka bez zaproszenia. W końcu był w miejscu pracy i na miejscu zbrodni.

Za stołem siedziało trzech młodych ludzi („Znowu sami młodzi” — skrzywił się w myślach), w tym Czerski. Siedząc tyłem do drzwi, ostatni zauważył wejście Walczaka.

— Panie komisarzu… — Zerwał się na równe nogi. — Panowie obiecali mi zabezpieczenie wszystkich żądanych przez nas danych. Właśnie je archiwizują. Czekam na nie i… w wolnym czasie usiedliśmy tutaj.

— Prowadzimy śledztwo. — Walczak odezwał się nieco ostrzej, niż zamierzał. — Nie mamy wolnego czasu. Idziemy do laboratoriów.

Chwilę później zjechali windą.

— Oglądałeś zwłoki?

— Nieee… Technicy się tym zajmują…

— Wiem, że technicy się tym zajmują. — Walczak znów się poirytował. Coś go w tej firmie bardzo denerwowało, a nie potrafił tego nazwać. — Jesteś młodym policjantem, powinieneś być na miejscu zbrodni i się uczyć.

— Tak jest — szepnął nieco pobladły Czerski.

Walczak przystanął i spojrzał na niego z ironicznym uśmieszkiem.

— Twój pierwszy?

— Co ma pan na myśli?

— Trup.

— Pierwszy… To znaczy… widziałem raz na szkoleniu, w czasie sekcji… wie pan, jak to jest… golnęliśmy trochę przed sekcją, dla kurażu… i jakoś tak…

Znów znaleźli się w ciemnej i zimnej hali pełnej migających i huczących urządzeń.

— Wstąpiłeś do policji, a boisz się trupa?

— Poszedłem do policji na specjalistę do spraw informatycznych — uniósł się Czerski. — Jestem w tym całkiem dobry! Nie planowałem prowadzić śledztw, zwłaszcza z trupem w roli głównej. To nie jest mój zakres obowiązków. Komendant Głowa przysłał mnie tutaj, żeby pomóc wam w zakresie rozumienia nowoczesnych technologii i funkcjonowania korporacji. I zamierzam wypełnić ten obowiązek najlepiej, jak potrafię! — zakończył patetycznie.

Walczak machnął ręką i ruszył dalej.

— Oj tam, oj tam. Jesteś policjantem, teraz w wydziale kryminalnym, i prowadzisz z nami dochodzenie, czy tego chcesz, czy nie. Jako śledczy będziesz brał udział we wszystkich czynnościach, czyli prowadził przesłuchania, zbierał i analizował dowody, myślał logicznie. A jeśli będzie trzeba — odwrócił się ponownie z uniesionym palcem — pójdziesz obejrzeć trupa i włożysz mu palce do dupy, żeby wyciągnąć dowód. Jasne? Nie potrzebujemy kogoś, kto będzie nam czytał komputerowe mądrości z Wikipedii.

— Ale… — Czerski zaciął się, widząc groźne spojrzenie komisarza. — Tak jest!

— Pierwsze pytanie — przerwał mu szorstko Walczak. — Co niezwykłego było na ciele denata?

— Nie wiem… nie wiem, co ma pan na myśli… ubranie? Ochraniacz słuchu? Kabel ethernetowy na szyi?

— Brawo. A ten kabel był do czegoś podłączony?

— Nie wiem, nie pamiętam — jęknął Czerski.

— Odpowiedź brzmi: BYŁ. Idziemy — rozkazał Walczak i ruszył zdecydowanie. — Wpięto go do jakiegoś urządzenia na półce. Wygląda mi na to, że sprawca ogłuszył ofiarę, owinął tym przewodem i dźgnął czymś ostrym od tyłu. Kiedy już było po wszystkim, spokojnie wetknął wtyczkę do tego urządzenia…

— Mógł to zrobić sam… denat. A dopiero później zostać zaatakowany — podpowiedział nieśmiało Czerski.

Walczak spojrzał na niego z niedowierzaniem, po czym zarechotał:

— Czy ty w ogóle potrafisz to sobie wyobrazić? Facet przyszedł tutaj, owinął sobie szyję kablem, przypiął się do jakiegoś ustrojstwa i czekał, aż go ktoś zaciuka?

Czerski poczerwieniał.

— Ja się na tym nie znam — ciągnął już na poważnie Walczak, pokazując grubym palcem półkę. — I dlatego teraz ty jesteś nam tu potrzebny… chyba. Musisz się dowiedzieć, co to za urządzenie i czy ma jakiś związek z trupem. Mam nadzieję, że nie.

Skręcili w ostatni wąski korytarz. Miejsce zbrodni było teraz dobrze oświetlone rozstawionymi lampami. Technicy zbierali próbki z podłogi i szafek w znacznej już odległości od ofiary.

— Dlaczego, komisarzu, ma pan nadzieję, że nie? — zapytał niepewnie Czerski.

— Dla mnie to działanie bez sensu, nic nie wnosi do samej zbrodni. Jednak w jakiś sposób zdradza motyw mordercy. Takie bezsensowne ruchy, takie gierki to zwykle rodzaj wizytówki. Znasz je z filmów. Morderca bawi się z policją, zostawiając im ślady. W rzeczywistości tak nie jest. Ci, którzy w szczegółach planują zbrodnię, nie zostawiają wskazówek ułatwiających ich złapanie.

— Więc jeśli to jest wskazówka…

— To mamy do czynienia z amatorem… filmów. Albo z teoretykiem, który chce skierować naszą uwagę na fałszywy trop. Podejdźmy tam i, jak to u nas mówią, obejrzyjmy trupa na żywo.

Z kieszeni marynarki wyciągnął kanapkę i zapytał:

— Chcesz gryza?

Milczenie było wystarczającą odpowiedzią.

— To może coś dla kurażu, jak w akademii? — Poklepał się po piersi i dało się słyszeć cichy chlupot. Tym razem Czerski drgnął, jakby rzeczywiście chciał się napić. Powstrzymał się i tylko pokręcił odmownie głową. W tym czasie Witold, szef techników, walczył z taśmą wściekle furkoczącą w strumieniu powietrza wydostającego się z wentylatora.

— O, panowie detektywi! Dobrze was widzieć. Mam coś ciekawego.

— Zebraliście już wszystko z denata i z bezpośredniej okolicy?

— Tak, teren zabezpieczony. Możesz pluć i szczać.

— Co z koronerem?

— Dopiero niedawno po niego dzwoniliśmy. Parę razy truł nam dupę, że musi czekać, więc teraz wzywamy go tuż przed zakończeniem roboty. Ale zobaczcie to.

Z leżącej nieopodal skrzynki wyciągnął folię z plastikową kartą w środku owiniętą jakąś tasiemką. Po chwili zorientowali się, że patrzą na identyfikator będący jednocześnie elektroniczną kartą dostępu. Był on opisany imieniem, nazwiskiem, nazwą firmy i zdjęciem. Nikodem de Bugaj, RCUS. Sympatyczny, młody chłopak, na zdjęciu znacznie szczuplejszy i z wyraźnie bujniejszą fryzurą niż ciało pod ich nogami. I znacznie mniej blady.

— Karta dostępu. — Bezbłędnie odgadł Czerski. — Co w niej takiego ciekawego?

— To, że nie wisiała na szyi ofiary, a pasek nie został zerwany. — Z pudełka wyjął aparat fotograficzny i wyświetlił zdjęcie na ekranie podglądu. — Znaleźliśmy to pod szafką, tuż przy zwłokach.

Ekran pokazywał identyfikator ze zwiniętą tasiemką, ułożony pedantycznie, równo z krawędzią stelaża.

Walczak wziął kęs i spojrzał pytająco na Czerskiego.

— Morderca zdjął ją z ofiary, starannie owinął taśmą i ułożył niczym w szufladzie. — Ten odgadł, czego od niego chce komisarz.

— Jak myślisz, po co?

— Nie wiem… to nie ma sensu…

— No właśnie. Psychopata amator albo psychopata teoretyk.

Zrobił krok do przodu i pochylił się, chcąc złapać kabel zdjęty już z szyi de Bugaja i wciąż wpięty do jakiegoś urządzenia.

— A ten kabel… O cholera! — Coś pacnęło na podłogę. — Kanapka wpadła mi do kałuży!

Walczak przykucnął i przyjrzał się jej uważnie. Była otoczona krwią.

— Może jak odkroję, to uratuję choćby kawałek…

Powoli podniósł ją, by zajrzeć pod spód. Westchnął z ulgą i spojrzał na Czerskiego.

— Na szczęście zakrzepło i się nie ubrudziła.

4

10.00, RCUS

Skalski zadzwonił po przyjaciela. Walczak zjawił się po chwili z dziwnie bladym, jakby cierpiącym na niestrawność Czerskim.

— Twój pierwszy raz? — zapytał z lekko ironicznym uśmiechem.

— Tak jest. Ale nie o to chodzi… — Czerski zerknął na Walczaka, a ten uśmiechnął się radośnie. Maleńki okruszek wciąż trzymał się jego brody.

Skalski spoważniał:

— Prokurator musiała już jechać, ale zdążyliśmy ustalić z nią i z prezesem Aivarem najważniejsze dla nas kontakty w tym przedsiębiorstwie. — Nie zauważył grymasu niezadowolenia gospodarza na takie określenie jego firmy. — Teraz udamy się do dyrektora… — zerknął do notatek — Bernarda Farneya odpowiedzialnego za bezpieczeństwo w firmie.

Walczak już miał coś powiedzieć o jakości bezpieczeństwa w kontekście trupów w laboratorium, ale Skalski zgromił go wzrokiem.

— Panowie, proszę tędy. — Prezes wskazał im drogę do najbliższej windy.

— Co pan może powiedzieć o dyrektorze Farneyu? — zagadnął go Skalski.

— To jeden z najbardziej doświadczonych pracowników w naszej korporacji. Właściwie każdy z dyrektorów jest bardzo doświadczony. — Zadumał się. — Każdy z nich przepracował tutaj co najmniej dekadę. Budowali tę markę.

Winda, na którą czekali, właśnie zjechała.

— Dyrektor Bernard Farney zaczynał jako inżynier. Dzięki ogromnemu talentowi szybko został architektem, a później przeszedł na ciemną stronę i stał się menedżerem. Kierowana przez niego firma przeżyła wspaniały rozkwit. Umiał nie tylko zarządzać ludźmi i projektami, ale także doskonale rozumiał programistów; w końcu był jednym z nich. — Aivar pociągnął nosem i łypnął okiem na Walczaka. Ten z zainteresowaniem studiował fakturę aluminiowych drzwi windy. — Po kilku latach mojej kadencji zaproponowałem mu, by zostawił ten dział i pomógł w kulejącym marketingu. Powiedziałem mu, że zrobił już doskonały produkt, a teraz musi go sprzedać. Po, przyznaję, niełatwych negocjacjach dorzuciłem mu również dział bezpieczeństwa, który ze swoim talentem rozwinął. Nie tylko dbał o ochronę naszych danych, ale także stworzył nowe produkty w tej dziedzinie i zaczął je sprzedawać łącznie z programem szkoleniowo-konsultingowym. Coś, co było tylko kosztem, przekształcił w działalność samofinansującą się.

— To musiała być w pewnym sensie strata dla technologicznej części firmy — zauważył Czerski.

Drzwi windy otworzyły się na piątym piętrze.

— Być może byłaby w innych okolicznościach — zgodził się Aivar — ale renoma firmy była już taka, że ściągali do nas najlepsi z najlepszych. Między innymi dyrektor Maks Szefler. Zrobił karierę jeszcze szybszą niż Farney i sprawnie przejął po nim ten dział. No i jest jeszcze dyrektor Donatan Relik, stażem starszy nawet od Farneya. Podobno znał osobiście jednego z założycieli korporacji. Poznaliście go rano. To nasza święta trójca.

Przechodzili przez ogromną salę, zwaną w korporacyjnym żargonie open space’ em. W równych rzędach, za przepierzeniami wysokości niespełna półtora metra, siedzieli wpatrzeni w monitory młodzi ludzie. Skalskiego i Walczaka zaskoczyła obojętność, jaką wywołali. Jeśli ktoś ich zauważył, to tylko rzucił beznamiętne spojrzenie i trudno było powiedzieć, czy patrzył na nich, czy gdzieś w dal. A przecież prowadził ich szef tej firmy. Zakrawało to wręcz na brak szacunku.

Bez pukania weszli do jednego z gabinetów.

— Witam panów policjantów, witam, prezesie. — Człowiek zza biurka zerwał się na ich widok. — Dyrektor Bernard Farney. Uprzedzono mnie o waszej wizycie.

Skalski przedstawił krótko swoją grupkę i przyjrzał mu się bacznie. Garnitur, drogi zegarek, siwiejące, ale gęste włosy, dość wysoki, dobrze zbudowany, wzrok chłodny, oceniający.

— Pozwolą panowie — rzekł oficjalnym tonem prezes Aivar — że panów przeproszę. Mam dużo obowiązków, a nie chcę krępować was swoją obecnością. Mój gabinet jest bezpośrednio nad tym, na szóstym piętrze. Moją wizytówkę przekaże wam sekretarka, która powinna zdążyć już dokonać dla was rezerwacji odpowiedniej sali. A teraz zostawiam was w rękach dyrektora. — Skłonił się lekko i wyszedł.

Farney zaprosił ich na kanapy i fotele. Chętnie skorzystali.

— Jak wam mogę pomóc? — Dyrektor do spraw bezpieczeństwa informatycznego szeroko rozłożył ręce.

5

10.30, biuro kierownika Kowalskiego

Gustaw Kowalski, człowiek o posturze szkieletu z naciągniętą ciasno skórą, był kierownikiem do spraw bezpieczeństwa IT. Teraz jednak znajdował się w niebezpieczeństwie, odchylając się ryzykownie do tyłu wraz z całym fotelem. Spoglądał na siedzącego obok nieokrzesanego młodzieńca, z którym dzielił pokój od prawie dziewięciu miesięcy. Przejrzeli już wspólnie logi z nocnych aktywności skanerów podatności, zaznaczyli nieprawidłowości i w tym momencie oddawali się niezobowiązującej dyspucie o niczym, gdy zadzwonił telefon na biurku.

— Kowalski, słucham! — rzucił do słuchawki. Serdecznie nienawidził swojego imienia i nie podawał go, jeśli nie musiał.

— Tutaj Bernard. Słyszałeś o dzisiejszym wypadku w labie?

— Nie… co się stało, panie dyrektorze?

— Wypadek. Później poznasz szczegóły. Nie opuszczaj biura, dopóki nie zjawi się u ciebie ktoś z policji.

— Z policji? — Kowalski zrobił wielkie oczy, a jego kolega je zmrużył, patrząc z zaciekawieniem.

— Odpowiesz im na pytania. Gdyby chcieli zabrać jakiś sprzęt, to im go wydaj, ale niech wszystko pokwitują. Jeśli chcą dane, zrób im kopie. W pełni współpracujemy.

— Ale… — zdążył powiedzieć, nim połączenie się zakończyło.

Kowalski popatrzył na słuchawkę.

— Marceli — zwrócił się do kolegi — słyszałeś o jakimś wypadku w labie?

— Nie… jakim wypadku?

— Nie mam pojęcia. Mam czekać na policję.

— To usłyszałem. Jakby co, to cię nie znam. — Marceli patrzył przed siebie, trochę nieswój. — Stary mówił, kiedy przyjdą?

— Nie. — Kowalski pomyślał i zdecydował. — Dzwonię do szefa labu.

— A ja do kumpla.

Po kilku chwilach wreszcie ktoś odebrał.

— Zajączek, czym mogę służyć? — Kowalski nie jego spodziewał się usłyszeć, ale lepsze to niż nic.

— Jest Orzeł? — Tak mówili na Orłowskiego, szefa i opiekuna laboratoriów. Zajączek zaś był jednym z jego podwładnych. Siedziała z nimi jeszcze pewna miła dziewczyna nazwiskiem Osa, nic dziwnego, że ich biuro nazywano adekwatnie — ZOO.

— Jest w labie… — usłyszał wyraźne wahanie w głosie.

— Właśnie dzwonił do mnie święty Bernardyn, że niby tam jakiś wypadek. — Kowalski delikatnie zmienił cel telefonu od przełożonego — Wiesz coś o tym?

— Lab został dla wszystkich zamknięty. Jest tam policja i paru ludzi z firmy. Między innymi Orzeł. Powiedział mi tylko, że ktoś tam padł trupem. Nic więcej nie wiem.

— OK, dzięki. Kiedy wróci, niech się do mnie odezwie.

— O ile wróci… — tajemniczo szepnął Zając i się rozłączył.

Marceli też już zakończył swój wywiad, ale zdążył zapytać pierwszy:

— Czego się dowiedziałeś?

— W labie jest policja i faktycznie ktoś nie żyje. A ty?

— Mój kumpel Bartek mówi, że na jego piętrze jest jakieś dziwne poruszenie w projekcie… wyleciał mi z głowy skrót. Kuchenna plotka niesie, że nie mogą się doliczyć jednego kolegi. Jego menedżer drze ryja, że są w dupie z poprzednią iteracją, że cały bieżący planning też jest w dupę, w ogóle samo jakieś „analne” słownictwo. Faktycznie nie można tam wejść, mowa o labie, bo strażnik nie wpuszcza. Spece od teorii spiskowych już to ze sobą powiązali. Przy kolejnej wizycie w kuchni będą mieć rozwiązanie.

— Pewnie na innych piętrach też gdybają — mruknął Kowalski.

— Pewnie tak. — Marceli się ożywił. — Słuchaj, tobie kazali siedzieć tutaj i czekać na policję. — Niewinnym ruchem wyciągnął przed siebie ręce skrzyżowane w nadgarstkach. — Co ja będę się im narzucał? Przejdę się po piętrach i posłucham, co ludzie gadają. W końcu robimy w służbie bezpieczeństwa, nie?

6

Biuro dyrektora Farneya

Biuro dyrektora Bernarda Farneya było wyjątkowo schludne. Nie że wysprzątane. Skalskiemu uparcie chodziło po głowie jedno słowo opisujące pomieszczenie. Zen. Za cholerę nie wiedział, gdzie i kiedy je usłyszał — po prostu było i pasowało mu do tego, co widział. Z prawej strony na białej ścianie były tylko dwie półki; na każdej z nich stały zwrócone okładkami do pomieszczenia książki o dziwnych tytułach kojarzących się w jakiś sposób z kulturą Wschodu. Po lewej, pod samym oknem, znajdowała się nowoczesna, zielono-czarna sofa. Dla odmiany na brązowej ścianie za biurkiem wisiały w równym rządku trzy wielkoformatowe zdjęcia. Na pierwszym z nich szybował z szeroko rozpostartymi skrzydłami orzeł. Drugie przedstawiało alpinistę zdobywającego właśnie jakiś szczyt. Na ostatnim zaś prężył się dumnie lew. Uwagę Skalskiego przykuła też stojąca na biurku mała statuetka samolotu.

Farney, jak można było oczekiwać, okazał pełną otwartość na wszelką współpracę. Wprowadził ich z grubsza w znajomość schematu organizacyjnego firmy, posiłkując się komputerem, szybko ustalił współpracowników denata i ciąg jego menedżerów, sięgając samego dyrektora Szeflera. Później uprzedził telefonicznie dział bezpieczeństwa o wizycie policji.

— Wiedzą panowie — tłumaczył, odkładając słuchawkę — w bezpieczeństwie IT jest albo pożar, albo nic się nie dzieje. Kiedy nic się nie dzieje, to chłopaki potrafią iść na obiad na dwie godziny albo zabunkrować się w jakiejś sali i grać w karty. Niech dziś poczekają na miejscu i nie marnują waszego cennego czasu.

Skontaktował się także z ochroną, nakazał zabezpieczenie i przygotowanie wszystkich posiadanych danych.

— Ochronę zapewnia nam firma zewnętrzna — instruował. — To powszechna praktyka w dużych korporacjach. Ochrona gromadzi dane dwóch rodzajów: zapis z kamer monitoringu oraz z systemu rejestracji wejść i wyjść. W przeciwieństwie do wielu innych firm, gdzie rzeczywiście rejestrowane są tylko wejścia i wyjścia, nasza ochrona łapie także przejście przez każde drzwi w budynku. — Pokazał im własny identyfikator.

— A nie podsłuchujecie? — zapytał z głupia frant Walczak.

— Nieee… — dziwnie przeciągnął Farney. — Próbowaliśmy, był taki pilotaż, ale pojawiły się ogromne kłopoty z jakością. To jak słuchanie tłumu kibiców na meczu albo na bankiecie, gdzie próbujemy zrozumieć wszystkie konwersacje naraz. Do dobrego efektu należałoby użyć zespołu mikrofonów, fazować przy odsłuchu i takie tam. Trudne i czasochłonne. Po prostu nie opłacało się tego robić.

— Czy mógłby pan zaprowadzić nas teraz do zespołu, w którym pracował de Bugaj?

— To nie mój departament. Najlepiej, gdyby zaprowadził was dyrektor Szefler.

— Pokaże nam pan, gdzie jest jego biuro?

— Poproszę go tutaj — zaproponował i podniósł słuchawkę. Nikt nie odbierał, więc sięgnął po smartfona i spróbował ponownie. Tym razem się udało i Farney rzekł: — Cześć… Słuchaj, zajrzyj do mnie teraz, bo policja ma do ciebie pilną sprawę. — Odłożył aparat i potwierdził: — Jest już w drodze, zaraz przybędzie.

Nie minęła minuta, gdy w drzwiach pojawił się przystojny mężczyzna, znacznie młodszy od Farneya. Przedstawił się z hollywoodzkim uśmiechem, który musiał działać na płeć piękną:

— Witam panów serdecznie. Maksymilian Szefler. Chcieli mnie panowie widzieć?

Śledczy przedstawili się i poprosili o wskazanie drogi do zespołu de Bugaja. Opuszczając gabinet, Skalski rozkazał Czerskiemu, by zszedł do umówionych specjalistów od bezpieczeństwa.

Zjechali dwa piętra niżej. Skalskiemu wydawało się, że i Szefler wyczuł od Walczaka woń alkoholu. A może był zbyt przewrażliwiony na tym punkcie. Szefler nie uczynił żadnego gestu zdradzającego, że ma wystarczająco sprawny węch. Nie chcąc, by ich gospodarz za dużo myślał o tej niezręcznej sytuacji, zapytał go o jego pozycję w firmie. Ten jedynie potwierdził to, co usłyszeli od prezesa, tylko w znacznie skromniejszej formie. Szefler był dumny ze swoich osiągnięć i nie zamierzał tego ukrywać, ale i nie chwalił się, zdając sobie sprawę, że świadczą o nim czyny, nie słowa. Skalski zdążył jeszcze spytać o poznanego rano trzeciego z dyrektorów, Donatana Relika.

Zauważył mimowolny grymas na twarzy współrozmówcy.

— Dyrektor Relik to wyjątkowo spokojny człowiek. Jest współtwórcą sukcesu tej firmy i zarządza jednym z najważniejszych jej działów, badawczo-naukowym. Zarząd bardzo docenia jego zaangażowanie w pracę — odpowiedział wyuczonym, neutralnym tonem.

— A jakie są wasze relacje?

— Obaj mamy równorzędne stanowiska, obaj jesteśmy w Radzie Dyrektorów. Nasze relacje muszą być dobre, nie możemy sobie pozwolić na żadne animozje. Inaczej ta firma nie byłaby tam, gdzie jest.

— To samo dotyczy również pana Farneya?

— Oczywiście — zamknął temat Szefler.

***

Układ trzeciego piętra był identyczny jak pierwszego i piątego. Różniła je nieco tonacja niebieskiego koloru ściany, która nieśmiało próbowała wyglądać zza wielkich posterów. Prawie wszystkie plakaty były w języku angielskim, gdzieniegdzie mignął napis hiszpański, rosyjski, a nawet coś jakby chiński. Jedno z haseł szczególnie utkwiło Skalskiemu w pamięci: Task cannot wait! Be fast and agile! Be the first one! Zaraz, zaraz… kiedyś słyszał przy kawie coś w tym stylu od Walczaka, coś na podobnym poziomie: „Kiedy pierwsza na zegarze, wtedy sąsiad pije w barze. Bądź tak szybki jak króliczek, wrzuć sąsiadkę na stoliczek, sięgnij zwinnie po wiewiórkę i wsadź lekko w mokrą…”.

Szefler nachylił się do jednego z siedzących przy komputerze pracowników i cicho o coś zapytał. Ten wskazał ręką drzwi pobliskiej sali, skąd dochodziły odgłosy burzliwej dyskusji. Na twarzy dyrektora odbiło się lekkie zawahanie i jakby konsternacja.

— Zespół de Bugaja kończy właśnie planning. To jeden z najistotniejszych elementów naszego procesu. Podejdźmy tam.

— Jak? Pytam, jak to się stało, że nie macie domkniętego scope’a na tę iterację? — Grzmiący głos dobiegł ich uszu, gdy dyrektor cicho uchylił drzwi. — Mówiłem wam tyle razy: Plan! Plan! Plan! Plan jest najważniejszy! A czy wy w ogóle zrobiliście spotkanie preplanningowe?!

Zgromadzeni tłoczyli się w milczeniu pod tablicą pokrytą małymi, różnokolorowymi karteczkami. Być może nie mieli nic na swoją obronę, a może po prostu czekali, aż prowadzący spotkanie wyładuje swoje emocje.

— Nie akceptuję backlogu w takiej postaci! Po prostu nie ak-cep-tu-ję — akcentował każdą sylabę, wymachując swoim nieodłącznym notesem jak młotem. — Gdzie wyście w ogóle podziali definition of done dla waszych backlogów? — Postukał palcem w jedną z kartek. — Zobaczcie sobie, jak modelowo, wręcz książkowo, robią to koledzy z innych zespołów. — Sapnął, oblizał wargi i raz jeszcze obrzucił wzrokiem zawartość tablicy. — Za godzinę chcę mieć scope domknięty. Urządzimy teraz brainstorm, a wy potem dopracujecie i rozbijecie mi backlogi na poszczególne taski. Dzień po dniu… najlepiej godzinowo! Zrozumiano?

Kaszlnięcie Szeflera przerwało tę tyradę. Prowadzący podszedł do grupki przy drzwiach.

— Panie dyrektorze… panowie… do mnie? — zapytał niepewnie, dostrzegając wreszcie gości.

— Tak, mamy ważną sprawę. Kończycie może?

— Niestety nie, panie dyrektorze. Zespół nie zrealizował celu spotkania planningowego i musimy zrobić sobie burzę mózgów — skrzywił się. — Czy możemy się spotkać za półtorej godziny? Albo za dwie?

Skalskiego uderzyła arogancja tego człowieka. Dyskretnie pokazał mu policyjną odznakę, na której widok ten pobladł.

— Prowadźcie spotkanie dalej beze mnie! — Klasnął w ręce, ale głos mu zadrżał. — Dołączę do was, kiedy będę już wolny. Pamiętajcie, że choćby się paliło i waliło, scope ma być domknięty równo za godzinę! — dodał, stukając palcem w tarczę zegarka.

Odczekał, aż wszyscy opuszczą salę, i przymknął drzwi.

— Słucham panów.

7

11.45, RCUS, prowizoryczny pokój przesłuchań

Szef zespołu Henryk Diukiewicz sprawiał dziwne wrażenie. Twarz niby kamienna, ale z nieschodzącym grymasem pogardy. Do tego czujny wzrok, wydawałoby się, że drapieżnika. Dopiero po dłuższej chwili skojarzył się on Skalskiemu z hieną węszącą za padliną. Jego sposób bycia, każde spojrzenie, wiecznie pogardliwy uśmieszek na twarzy, arogancja przebijająca przez każdy gest sprawiały, że śledczy poczuł do niego irracjonalną niechęć.

Szefler zaprowadził ich do zarezerwowanej specjalnie dla nich sali. Była ona nieco ciemna, wydawało się, że głównie przez żaluzje w oknach, które przypominały Skalskiemu więzienne kraty. Jednak przebijał przez nie obraz ściany z identycznym oknem po drugiej stronie. Klaustrofobia w małym pomieszczeniu przejęła serce Skalskiego jakimś żalem. Przyszło mu do głowy, że tak powinni urządzać miejsca do przesłuchań w komisariatach — z oknem na areszt. Może policja powinna zatrudnić tego samego architekta?

Wyposażenie było minimalistyczne. Podłużny stół z jakimś urządzeniem, a wokół osiem plastikowych krzeseł. Pod blatem schowany komputer. Na ścianie biała tablica. W rogu sali, na wysokości niespełna dwóch metrów zamontowane było ciemne pudełko: kamera.

Uśmieszek Diukiewicza wzbudził w Skalskim irytację. Zauważył, że Walczak również z trudem utrzymuje kamienny wyraz twarzy. Muszą zachować profesjonalizm i obiektywizm, a to będzie trudne z tym człowiekiem.

Wreszcie rozsiedli się wygodnie. Odprawili grzecznie dyrektora Szeflera, a kierownik Diukiewicz położył na stole telefon. Najnowszego flagowego smartfona.

— Pewnie już pan wie o zdarzeniu? — zaczął Skalski, włączywszy dyktafon.

— Ten wypadek rano w laboratorium? — odrzekł pytaniem.

— Tak, o nim mowa.

— Czyżbym miał z tym jakiś związek? — Diukiewicz delikatnie przechylił głowę.

Skalski poczuł nieprzepartą chęć starcia mu z twarzy tego ironicznego grymasu. Spojrzał w sufit i policzył w myślach do pięciu.

— A ma pan? — zapytał.

— Z jakiegoś powodu panowie zaszli do mnie i chcą rozmawiać właśnie ze mną. Czyli zgaduję, że coś jest na rzeczy.

— Dobrze pan trafił. Czy intuicja nie podpowiada panu również, jaki to związek? — cicho zapytał Skalski.

Diukiewicz, kręcąc głową, rozłożył bezradnie ręce.

— Nic pana nie zaniepokoiło? — dopytywał Skalski.

— O co pan pyta?

— O pracę, o dzisiejszy dzień — podpowiedział.

— Zastanówmy się… — Przysunął się i oparł łokciami o stół. — Jeden z członków mojego zespołu wziął przed chwilą wolne, powołując się na samego prezesa.

— Czy jeszcze coś?

Zadumał się i rzekł:

— De Bugaj nie uzupełnił statusu testów w narzędziu.

— To takie ważne? — wyskoczył Walczak.

— Oczywiście. Miał to skończyć w piątek. Właściwie bym o tym nie wiedział, ale z samego rana dzwonił do mnie Kilian Osik i rozpytywał o wyniki. Byłem zdumiony, że ich nie ma.

— I to było aż tak dziwne? — Nie mógł pojąć Walczak.

— Debugger zawsze był skrupulatny. Trudny, ale skrupulatny! Zawsze!

— Kto to jest Debugger? — zapytał Skalski.

— Przepraszam, tak mówimy na Nikodema de Bugaja. To nazwisko nie jest typowe…

— Rozumiem. I co z nim?

— Nie wiem, jeszcze nie przyszedł do pracy.

— I pana to nie dziwi?

— Może troszeczkę. Zazwyczaj pojawiał się przed stand-upem. On jest taki latecomer…

Skalski zachodził w głowę, dlaczego rzeczy naprawdę dziwne nie wydawały się takie kierownikowi i odwrotnie. Rozmowa może być trudna, kiedy każdy odbiera świat inaczej…

— Jaki jest ten de Bugaj? — zainteresował się.

— To pracowity, skuteczny człowiek, ale strasznie trudny w prowadzeniu. Zaciekły wróg metod zwinnych, buntujący się na najlepsze metodyki i procesy naszej firmy. Normalnie już bym się go pozbył, ale jest nam potrzebny. Craftsmanship, znaczy rzemiosło, i skillset ma bez zarzutu, choć performuje po swojemu, co strasznie denerwuje zespół. No ale już moja w tym głowa, by dawał z siebie wszystko i pracował nad swoim charakterem, nie?

— A oprócz pana ma jakichś wrogów? — podsunął neutralnym głosem Skalski.

— Niech pomyślę… — przerwał i uśmiechnął się po chwili. — Ale mnie pan podszedł! To nie wrogość, tylko niechęć do tego typu postawy. Bo widzi pan, oficerze, zespół musi się składać z elementów współpracujących, a on jest strasznym indywidualistą, wykopanym z jakiejś minionej epoki. To prawdziwe wyzwanie dla najlepszych menedżerów!

— Wróćmy do tego, jak dotarła do pana wiadomość o wypadku w laboratorium.

— Kiedy przyszedłem do pracy, mój telefon już dzwonił. Kilian Osik, jeden z deweloperów w zespole Cezarczuka, od rana próbował się ze mną skontaktować. Interesowały go wyniki testów. Mówił, że w narzędziu śledzącym ich postępy nie było żadnego nowego wpisu od czwartku, a de Bugaja nie może złapać. Zszedł nawet do laboratorium, ale jego badge… to znaczy karta dostępu, nie działała. W stróżówce ochroniarz powiedział mu, że lab jest zamknięty do odwołania. Podobno wydarzył się jakiś wypadek.

— Zainteresował się pan tym?

— Nie, nie bardzo… Mam ogrom pracy. Muszę przygotować prezentację dla managementu średniego szczebla, wytyczne definicji zakończonej pracy dla mojego zespołu, zaadresować spływające defekty, pokierować moimi resource’ami do nowych wyzwań. Mam też zaplanowane spotkanie z…

— Rozumiemy — przerwał to smęcenie Skalski. — Czy ten współpracownik, Osik, tak? Czy on przejął się faktem, że nie może pracować?

— Ależ on mógł pracować — odpowiedział spokojnie Diukiewicz.

— Jak to? — wtrącił Walczak. — Przecież miał pracować w tym… labie, a lab był zamknięty.

Kierownik uśmiechnął się, wyczuwając swoją przewagę intelektualną:

— Każdy z naszych pracowników ma dostęp do labu przez remote desktopa…

— To miał ten dostęp czy nie miał? — Walczak poczuł, że świat nowoczesnej korporacji i technologii przekracza możliwości jego percepcji.

— No miał… zdalny… Nie osobisty… aaa, już rozumiem panów kłopot. Otóż zdalny dostęp to możliwość wejścia, znaczy zalogowania się przez komputer osobisty do komputerów ulokowanych w labie. To tak jakby… no wie pan, zalogować się do swojego banku. Jest pan w banku, siedząc w domu. Rozumie pan, taki…

Skalski gestem przerwał ten miniwykład, wybawiając przesłuchiwanego z konieczności tłumaczenia rzeczy dlań oczywistych. Zdał sobie sprawę, jaki problem dla fachowca z branży komputerowej musi stanowić tłumaczenie laikom rzeczy tak banalnych. Pewnie jego wnuk, gdyby go tylko miał, byłby w stanie to pojąć.

— Skoro miał dostęp… zdalny, to po co tam poszedł? — zapytał raczej dla formalności.

— Nie wiem. — Diukiewicz był już całkiem rozluźniony. — Może chciał coś przekonfigurować, przepiąć przewody, a to wymaga pracy na miejscu. Albo zajął się innymi taskami z tablicy. Mają sporo opóźnień.

— Chyba — zaczął nową myśl Skalski — musimy sobie porozmawiać z panem Osikiem.

— Przypominam, że to nie jest mój podwładny.

— Ale de Bugaj już tak — wtrącił Walczak. — A on, jak zapewne pan wie… — i wymownie zamilkł.

— Coś nabroił? — westchnął kierownik, ale oni tylko pokręcili smutno głowami. Wtedy przeląkł się i wreszcie skojarzył fakty:

— Coś mu się stało?

— Nie żyje — oznajmił złowieszczo komisarz.

Zrobiło się bardzo cicho. Obserwowali się wzajemnie.

— Debugger? — wyszeptał Diukiewicz.

— Nikodem — dopowiedział Skalski.

— Jak to się stało? Zawał czy co? W labie?

— Tak.

Zapadła cisza, Diukiewicz obrzucał spojrzeniem to Skalskiego, to Walczaka, jakby szukając dowodu na to, że to wszystko jest tylko ponurym żartem.

— Jaka strata… — wykrztusił wreszcie i albo faktycznie się wystraszył, albo z jakiegoś powodu zaczął panikować. Nie mógł uspokoić trzęsących się rąk i krew napłynęła mu do twarzy.

— Widzę, że jest pan w szoku… — powtórzył ulubioną kwestię Skalski.

— Właśnie do mnie dotarło, że nie będzie raportu z testów… W ten sposób mamy pierwszy czerwony risk do trackera. Niedobrze, niedobrze… — paplał bezmyślnie, ale się zreflektował i dodał: — Takie nieszczęście!

Obaj śledczy byli kompletnie zdezorientowani. Reakcje były dalekie od jakichkolwiek wzorców znanych im z doświadczenia.

Skalski zmienił temat:

— Co pan może powiedzieć o jego życiu prywatnym?

— Nic. Nie interesuje mnie.

— Czy ktoś z zespołu ma jakieś nietypowe skłonności?

— Powiem szczerze, że miałbym problem, gdyby pan zapytał, kto z nich jest normalny.

— Zapytam może tak: czy ktoś z nich ma skłonność do przemocy? Albo zadawania bólu?

— W życiu! Może się ożywiają, gdy zaczną rozmawiać o krajowej polityce czy innej patologii, ale to urodzeni pacyfiści. Muchy by nie skrzywdzili!

— Jeżeli miałby pan zgadywać, to jak mogło dojść do śmierci de Bugaja?

— Zgadywać? Ja? — Chrząknął i zmarszczył czoło. — No nie wiem. Może poraził go prąd?

— Dlaczego akurat prąd? — zaciekawił się Walczak.

— Często samodzielnie coś skręcał, lutował, bo mówił, że nie będzie wystawiał ticketów i czekał na fachowców, kiedy szybciej może to zrobić sam. A jak panowie wiedzą, elektryka to nie żarty… Ale nigdy nie słuchał. Uparty osioł. Doigrał się.

— OK. Czyli żadnych konfliktów, żadnych wrogów…

— Prócz mnie? — Uśmiechnął się, przypomniawszy sobie tamto pytanie. — Gwarantuję, że u mnie nikogo takiego nie znajdziecie. Nikt poza de Bugajem do labu raczej nie chodził.

— Dlaczego? — zaciekawił się Skalski.

— No… ja im to odradzałem. Tylko de Bugaj lubił się tam zaszywać wbrew moim zaleceniom. Był pan tam już, prawda?

— Tak — skinął głową.

— Zimno, ciemno, hałas…

— I to ma być ten powód?

— Ludzie łapią tam choroby, przeziębiają się, biorą zwolnienia lekarskie. Narażenie na hałas to konieczność odbywania dodatkowych badań audiometrycznych, promieniowanie elektromagnetyczne to z kolei gwarantowana wizyta u neurologa. To wszystko to kłopot dla firmy. To kłopot dla mnie, by sprint się domknął. No bo kto ma pracować, jak wszyscy na chorobowym albo na badaniach okresowych? A na planningu nie wpisuje się takiego overheadu.

— Widzę wielką troskę o zdrowie podwładnych, to rzadkie dzisiaj — zakpił Walczak.

— Dobrze, będę miał do pana prośbę. — Skalski postanowił zakończyć rozmowę, nie rozumiejąc kompletnie toku myślenia rozmówcy. — Albo nawet dwie. Po pierwsze, poproszę o listę osób z pana zespołu, bym mógł ich przesłuchać. Proszę mi również zaznaczyć tych, którzy bezpośrednio współpracowali z ofiarą.

— Dobrze. Listę zaraz wyshareuję albo wyślę panu mailem. — Zauważył spojrzenie Skalskiego pełne bezradności. — Po prostu wydrukuję. A co do bliskich współpracowników, to cóż. Mówiłem panom, że Nikodem de Bugaj lubił działać solo. To typ, który nie potrafił pracować scrumem. Najbliższy był mu wspomniany już Kilian Osik. Przyjaźnili się chyba nawet od studiów, a może nawet wcześniej.

— To dobrze — pokiwał głową Skalski. — Niech mi go pan znajdzie i sprowadzi tutaj.

— To ostatnia prośba? — upewnił się Diukiewicz.

— Nie. Ostatnia brzmi tak: wiadomość o tym, kto zginął, dzisiaj nie może się roznieść po pańskim zespole. To dla dobra kolejnych rozmów, które musimy z nimi przeprowadzić. Rozumiemy się?

— Mam o tym milczeć? Tylko dzisiaj?

— Tak. Niech im pan powie, jak już skończymy swoje czynności wyjaśniające.

— Oczywiście.

8

12.50, zespół Diukiewicza

Po krótkiej rozmowie z Kilianem Osikiem kierownik Henryk Diukiewicz udał się wprost do swojego zespołu. Miał nadzieję, że zastosują się do wniosków wyciągniętych z kilku ostatnich iteracji, głęboko przemyślanych wniosków, które on sam…

Z daleka zobaczył, że się nie zastosowali. Z pół tuzina osób zamiast pracować nad wyznaczonymi zadaniami tworzyło kółko dyskusyjne na fotelach. Kilku kolejnych nie brało aktywnego udziału w rozmowie, ale przysłuchiwali się, nawet nie sprawiając wrażenia zapracowanych. Paru następnych nie było nawet przy biurkach. Wiele monitorów już zgasło, co świadczyło o tym, że komputery nie były używane przez dłuższy czas.

„Jak ja mam nimi drajwować?” — zdenerwował się Diukiewicz. „Zostali uświadomieni, jak ważna jest to iteracja, jak ważny jest to produkt. Jedna czwarta metryk świeci się na czerwono, ponad połowa na żółto, a oni sobie jakieś pogawędki urządzają”.

Skrył się, jak mógł, za przechodzącym przypadkiem pracownikiem, dzięki czemu udało mu się niepostrzeżenie podejść do grupy. Kiedy go zauważyli, natychmiast się rozpierzchli , ale Diukiewicz wezwał ich z powrotem. Wbrew pewnym zasadom zdecydował się na publiczną połajankę.

— Drodzy koledzy — zaczął łagodnie. — Zaledwie w piątek zakończyliśmy sprint. Na podsumowaniu, na sprint summary, wyciągnęliśmy wspólnie wnioski, że przestoje w pracy pochłaniają zbyt dużą część staffingu.

Nie było to do końca prawdą. To były wyłącznie jego wnioski przygotowane jeszcze przed piątkowym spotkaniem. A skoro wszyscy stanowią zespół, któremu on lideruje, to nagle stały się one także wnioskami zespołu. Przecież żaden szeregowy resource w zespole nie będzie kwestionował tak postawionego stwierdzenia.

— Również dzisiejszy planning zaczęliśmy od przypomnienia jednego z czterech filarów sukcesu. Kto pamięta którego?

Zapadła cisza.

— To nie jest pytanie retoryczne.

— Delivery — zabrzmiało gdzieś cicho.

— Tak jest. Delivery. Naszym obowiązkiem jest dostarczyć produkt na czas. Z tego jesteśmy rozliczani, za to nasza firma płaci nam niemałe pieniądze. Żeby to się wydarzyło, należy wytworzyć ten produkt, czyli przygotować plan pracy oraz — zawiesił głos i uniósł notes zamiast palca — realizować go. Scope został domknięty. Jest przygotowany i na bieżący pi-aj, i na bieżącą iterację. Jest to najlepszy plan, jaki mogliśmy opracować. W końcu sami nad nim pracowaliście i sami go zatwierdziliście. Zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie ambitne. A może zbyt ambitne?

Zamilkł i powiódł po nich wzrokiem hieny. Musiał zamilknąć, bo wewnętrzne zasady firmy uniemożliwiały mu pełną ekspresję jego uczuć. Kiedy znów zaczął, jego głos był jeszcze cichszy i być może dlatego jeszcze bardziej było w nim słychać złość i pogardę.

— Nie zrealizujemy naszego własnego planu, jeśli nie skupimy się na obowiązkach. A wydaje mi się — odgłos szykującego się do ataku grzechotnika wydawał się bardziej sympatyczny niż jego ton — że prowadzenie kółek dyskusyjnych w chwili, kiedy mamy precyzyjne cele oraz opóźnienia z poprzedniej iteracji, nie pomoże nam w osiągnięciu sukcesu. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?

Patrzył na nich z góry. Szczególnie chciał się skupić na tych, którzy spuścili wzrok. Jacy oni są słabi…

— Księciuniu, czy ty aby nie przesadzasz? — usłyszał. No tak, Damian „Brodaty” Fierro. Mógł się po nim tego spodziewać. Jeden ze starszych wiekiem, wiecznie niezadowolony, wiecznie kwestionujący nowoczesne metody pracy. Typek podobny do de Bugaja. — Dotarło może do ciebie, że w labie zginął człowiek?

„Czyżby już wiedzieli kto?” — Przebiegło przez myśl Diukiewiczowi. Zmrużył oczy i nieświadomie wysunął podbródek. Szykował się do walki.

— Doskonale o tym wiem. Przed chwilą rozmawiałem z policją, z którą ściśle współpracuję nad wyjaśnieniem okoliczności tego wypadku. Jestem więc świetnie poinformowany. Zapytam ponownie: co z tego?

Fierro nie zrozumiał. Patrzył na Diukiewicza z niedowierzaniem.

— Więc wytłumaczę wam. — Kierownik zwrócił się ponownie do podwładnych, podkreślając wagę swoich słów notesem. — Nie powinno mieć to dla was, jako zawodowców, żadnego znaczenia. Oczywiście śmierć człowieka dla wszystkich jest ciosem. Dlatego złożymy się na wieniec i kto chce, weźmie udział w pogrzebie. Jednocześnie jesteśmy doświadczonymi i doskonałymi pracownikami, a ta firma jest przygotowana na taki bus factor. Korporacja tej klasy musi być na to gotowa, dlatego zatrudnia najlepszych z najlepszych. Wypadek, nawet śmiertelny, nie może zmienić naszych planów i możliwości ich realizacji w zadanym tempie. Gdzie jest backup Nikodema?

— Dałeś mu wolne! — ktoś prychnął.

— Aaa, tak. — Diukiewicz zajrzał do notesu i znalazł odpowiedni wpis. Natychmiast odtworzył mu się cały kontekst okoliczności, kiedy go dodawał. Nie mógł użyć kija na zastępcy de Bugaja, którego prezes osobiście wyprawił do domu, więc musiał wyciągnąć marchewkę.

— A czemu o niego pytasz? — zapytał Fierro.

Diukiewicz zrozumiał, że się zdradził. Spróbował szybko uciąć niewygodny temat:

— Bo go nie będzie. Ale to żaden problem. Właśnie dlatego jesteśmy krosfunkcjonalni. Wasze skille pozwalają wcielić się w każdą rolę i wykonać założone cele. To właśnie przez pracę w trudnych warunkach możecie udowodnić swoją szczególną wartość jako zespół. A teraz do pracy!

9

13.00, RCUS, prowizoryczny pokój przesłuchań

Czerski dołączył do przesłuchujących, gdy tylko skończył rozmowę z Kowalskim. Usiadł w kącie, jak mu kazali. Teraz miał się tylko przyglądać, notować i nie odzywać.

Do pokoju, bez przywitania, wszedł zarośnięty, gruby, lekko przygarbiony osobnik w T-shircie z napisem „Koszulka testowana na zwierzętach. Nie pasowała”. Szybko zapytał, siadając:

— Państwo coś ode mnie chcą, tak? Byle szybko, bo mi się tam kod builduje.

— Podinspektor Skalski z wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej Policji.

— Glina, znaczy się — orzekł gburowato gość.

— Pan oficer… — zagotował się Walczak i ugryzł w język, zanim dodał coś obraźliwego w myślach.

Skalski uśmiechnął się, ale tylko na moment. Po chwili twarz oblał nieprzyjemny chłód. Gość się zjeżył, skulił i… zamknął. Jakby spokorniał.

— Zasada jest taka — zaczął spokojnym tonem Skalski. — Ja pytam, ty odpowiadasz. Szybko, bo podobno się spieszysz. Twoje imię i nazwisko.

— Kilian Osik.

— Znasz Nikodema de Bugaja?

— Znam.

Skalski zastukał palcami o blat.

— No i? — wycedził.

— Zadał pan pytanie zamknięte — odpyskował Osik.

— Jestem cierpliwy tylko do czasu. — Skalski policzył w myślach do pięciu. — Długo się znacie?

— Od szkoły średniej. Siedzieliśmy w jednej ławce. Potem studiowaliśmy na jednym kierunku.

— Jaki jest ten cały Bugaj? Ma jakieś zatargi z ludźmi?

Osik zamrugał oczami i niespodziewanie parsknął śmiechem.

— Zatargi? On? To najspokojniejszy człowiek, jakiego znam! Zawsze wszystkim pomaga! O cokolwiek by go poprosić. Chcesz, by ci przetestować kod — idziesz do Debuggera! Chcesz rozwiązać defekt — idziesz do Debuggera. Chcesz zreprodukować issue w labie…

— Czy ktoś mu groził, szkodził?

— Skądże! Dlaczego?! — Programista zrobił wielkie oczy.

Skalski się zamyślił. Powoli zaczynał żałować, że zlecono mu tę sprawę.

— Ma jakąś rodzinę?

— Dlaczego pan tak o niego pyta? — zaniepokoił się Osik.

— Dojdziemy do tego. Ma jakąś partnerkę, partnera, psa?

— Nie. To nie ten typ.

— Skąd pan wie?

— Bo znam go dobrze i bym wiedział. Raczej by mi sprzedał takiego newsa.

— A wcześniej miał?

— No kiedyś, ze dwa razy miał jakieś przelotne znajomości. Nic poważnego.

— Czy te osoby mogłyby żywić jakąś urazę, gniew, chęć odwetu?

— Jedna z tych lasek była zdrowo powalona. Szybko się rozeszli.

— I?

— Poleciała za ocean robić karierę. Druga się obraziła, bo ją olewał. To znaczy… nie rozumiała go.

— Nie była mściwa?

— Nie. Dumna taka była. Nie rozumiała, że mężczyzna wieczorem musi trochę pograć na kompie. Teraz jest już po ślubie z jakimś bagażowym z lotniska.

— A rodzice, rodzeństwo?

— Nikodem przyjechał tutaj z innego miasta. Ma do nich czterysta kilometrów w linii prostej. Wszystkich tam zostawił.

— Utrzymuje z nimi dobre relacje?

— Jak każdy w podobnej sytuacji. Wizyty dwa razy w roku na święta.

— Jakie odchyły ma de Bugaj? — Skalski spróbował z drugiej strony, nie spodziewając się jednak usłyszeć czegoś wartościowego.

— Noo… Raz czy dwa razy przyszedł do pracy skacowany. A tak… To samo co inni… czytanie reddita, siedzenie na fejsie… Ale to raczej norma niż odchył…

— Zapytam inaczej. Zauważyłeś u niego jakieś skłonności do przemocy? Do zadawania bólu?

Osik skrzywił się z niesmakiem, przypominając sobie fragmenty kodu, od których krwawiły oczy.

— Jak się oglądało jego kod pisany if-em na if-ie, to człowieka aż serce bolało. Żeby tak chociaż w jednym miejscu użył variadic template… Tyle razy mu mówiłem o TDD i clean code, polimorfizmie, a on dalej te swoje if-elsy. Myślę, że był kryptomasochistą. Normalny człowiek nie robi sześciu zagnieżdżeń wyrażeń warunkowych, a potem goto do etykiety labelowanej et1, et2, et3… Dlatego przerzucili go do testów. Nie musiał już pisać kodu w języku nienawiści. A i nam ulżyło. W sumie był nawet zadowolony, ale tylko do czasu, jak sformowali teamy krosfunkcjonalne.

— Przyjaźnicie się, co? — wrzucił Walczak.

— Owszem. Dobrze mi się z nim pracuje, rozumiemy się.

— Jaką ostatnio miałeś z nim sprawę?

— Miał zwalidować fixa w piątek, ale nie wysłał mi żadnego info z wynikami.

— Może się pokłóciliście i zrobił ci na złość? — dopytywał komisarz.

— Co pan?

— Byłeś w piątek w laboratorium?

— Cały zeszły tydzień w ogóle mnie tam nie było.

— Czyżby?

— No chyba wiem, co robię!

— O której skończyłeś pracę? — Wszedł w słowo Skalski.

— O osiemnastej zabrałem się z kolegą. Auto miałem w warsztacie, to mnie podwiózł.

— Kiedy ostatni raz rozmawiałeś z de Bugajem?

— W piątek oczywiście.

— Nie wydawał się niespokojny, inny niż zawsze?

— Nooo… Nie wiem. Trudno powiedzieć. Raczej nie. A właściwie to co on takiego zrobił, że tak o niego wypytujecie? — zaczął się niepokoić. Nie podobał mu się kierunek tych pytań. Wyczuwał w nich coś niedobrego.

— On nic. Ale to za chwilę. Uskarżał się ostatnio na kogoś w zespole?

— Diukiewicz go wkurwia. Jego menedżer. Dziad jeden. Psychofan wszelkich sekciarskich nowinek w zarządzaniu.

— Uwziął się szczególnie na de Bugaja?

— Niekoniecznie. Inni ludzie po prostu to olewają, a Nikodem za bardzo się tym wszystkim przejmuje. Nawet rozważał zmianę pracy.

— Czyli było jakieś zarzewie konfliktu?

— Bałem się, że kiedyś mu nawrzuca, choć nigdy go takiego nie widziałem.

— A z drugiej strony?

— Ja tego Diukiewicza to za bardzo nie znam. Tyle, co mi Nikodem opowiada i inni ziomale. Na zebraniach pieprzy jak każdy menedżer. I jak każdy próbuje się przypodobać swoim zwierzchnikom. Omijam go szerokim łukiem.

— Nie doszły cię zatem żadne słuchy o przemocy z jego strony?

— Przemoc fizyczna nie, ale cała reszta arsenału jak najbardziej.

— Dobrze wiedzieć — mruknął Walczak i zapisał coś w notesie.

— Dowiem się wreszcie, co zrobił Nikodem? — Niecierpliwił się Osik.

— Co zrobił? — Skalski zawahał się, nim odpowiedział: — Nic. My tylko wypytujemy o relacje w zespole.

— To dlaczego odnoszę wrażenie, że tylko ON was interesuje?

— Oj tam. Zastanawiamy się tylko, dlaczego nie ma go dziś w pracy. — Walczak spróbował wybawić inspektora z kłopotu.

— Zwykle przychodzi później — wymamrotał niepewnie Osik, ale zaraz spojrzał nieufnie. — To teraz policja zajmuje się nieobecnymi?

— Jest już po pierwszej. To u niego normalne? — Komisarz zignorował jego pytanie.

— No… nie bardzo… Zawsze pojawiał się przed południem.

— I to pana nie martwi?

— Teraz… — zaciął się. — Teraz już tak… Coś podejrzewacie?

— Na tym etapie nie wolno nam niczego ujawniać — uciął Skalski.

— Czy on ma jakiś związek z tym wypadkiem?

— Ustalamy to.

— Rozumiem. — Osik skinął głową. Nie miał pojęcia, czy to prawda. Był zdezorientowany. — Od rana próbuję go złapać… Co się z nim dzieje?

Skalski widział teraz przed sobą człowieka mocno zaniepokojonego. Rzekł do niego uspokajającym tonem:

— Dziękuję za rozmowę. Tylko proszę zachować ją dla siebie, dobrze? Pańskie uwagi są dla nas niezwykle cenne. Żegnam pana.

Kilian Osik potrząsnął głową i wyszedł bez pożegnania.

***

Po wyjściu Osika zarówno Skalski, jak i Walczak w milczeniu skupili się na przeglądaniu swoich notatek. Planowali zrobić przerwę w przesłuchaniach na zjedzenie czegoś ciepłego. Czerski był mocno rozczarowany wynikami przesłuchań.

— Panie inspektorze — zaczął nieśmiało. — Nie mam żadnego doświadczenia w prowadzeniu śledztwa, nigdy nie przesłuchiwałem… Czy to jest normalne? Mam wrażenie, że niczego się nie dowiedzieliśmy. Pytamy o różne sprawy, ale nie widzę w tym niczego, co by nas nakierowało na jakiś trop.

Skalski przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

— Widzisz, aspirancie, to nie jest tak jak w filmach, że bierzesz jakiegoś znajomego ofiary, a ten mówi ci, że widział podejrzanego osobnika z nożem, w kapturze i z tatuażem na karku. A potem idziemy nad rzeczkę i znajdujemy w niej nóż, oczywiście tak unikatowy, że sklepikarz pamięta, komu go sprzedał ostatniej zimy. Aresztujemy podejrzanego w jego ulubionym pubie, a on, porażony naszą przenikliwością i inteligencją, od razu się przyznaje i do morderstwa, i do dręczenia kotów. To tak nie działa.

— Więc jak?

— Robimy przesłuchania, by, po pierwsze, dowiedzieć się wszystkiego o ofierze i jej relacjach z otoczeniem. Może ten miły martwy człowiek oszukał kogoś na wielkie pieniądze? Albo stukał komuś żonę? Nikt tego wprost nie powie, bo zwykle nikt tego nie wie. Musimy budować portret z okruchów rozrzuconych na wielkim polu. Po drugie, najczęściej mordercą jest ktoś, kto zna ofiarę osobiście. W tym wypadku, w tak zamkniętym miejscu, jesteśmy tego prawie pewni. Z przesłuchań możemy się dowiedzieć, czy ktoś nie miał zatargu z ofiarą albo czy nie zmienił nagle swojego zachowania. Takie rzeczy musimy znaleźć i skupić na nich uwagę. Często wskazują na motyw, a gdy jest motyw, to łatwiej znaleźć sprawcę.

— I to jest wystarczający dowód? — zapytał z niedowierzaniem Czerski.

— Nie, to nie jest dowód. To poszlaka. Nam, śledczym, pozwala wytypować głównych podejrzanych i na nich skupić nasze dalsze działania.

— Spójrz na to miejsce — wtrącił Walczak. — Strażnicy, wszędzie kamery, przejście przez każde drzwi jest rejestrowane, można odtworzyć ruch każdego z dokładnością do minut. Założę się, że sprawdzają nawet, kto i jak długo siedział w kiblu i czy umył ręce po skorzystaniu. Do tego ślady, jakie pozostawia sprawca — przy współczesnej technice kryminalistycznej nie da się ich zatrzeć. Między nami mówiąc, przesłuchujemy tych ludzi tylko do formalnego raportu, żeby komendant się nie czepiał. A tak naprawdę to jutro czy pojutrze dostaniemy odciski palców, ślady butów i profile DNA. A w tych ich rejestratorach sprawdzimy, kto był na miejscu zbrodni; na obrazach z monitoringu zobaczymy jego facjatę i dokonamy zatrzymania, mając twarde dowody. To będzie jedna z łatwiejszych spraw, niewiele się z niej nauczysz. Wypijmy za to! — Przechylił piersiówkę, po czym z rozczarowaniem zajrzał w jej wylot. — No coś podobnego… Nieudany toast… Zły znak.

— Niech pan nie będzie przesądny, komisarzu — pocieszył go Czerski. — To przynosi pecha.

10

15.30, RCUS, sala reprezentacyjna Siódme Niebo

— Panie prezesie, zarząd już czeka — powiedziała cicho sekretarka, zaglądając przez drzwi.

— Już idę. — Aivar wstał energicznie z fotela i obszedł biurko.

— Są w sali reprezentacyjnej.

— Dziękuję.

Ruszył za nią. Stukała pantoflami na obcasie i prowadziła go niczym skazańca na sąd kapturowy. Po drodze wszyscy mu się kłaniali, a on nieświadomie odpowiadał im w wyuczony sposób. Jego myśli krążyły gdzieś indziej. „Dlaczego ta cholerna policja musiała zjawić się właśnie dzisiaj? Ciekawe, czy zarząd to zauważył?”. Zastanawiał się, czy to może mieć jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Chłodna kalkulacja i doświadczenie mówiło mu jednak, że czasem nawet drobiazg może wywołać bolesne skutki. Wszystko zależy od okoliczności. Ale bywa i tak, nieczęsto, że można to nieoczekiwanie przekuć w sukces. „Czy jest na to cień szansy?” — rozważał, ale nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Sekretarka otworzyła drzwi niczym bramę kościelną, przez którą miał przejść tylko on.

— Moje uszanowanie państwu — rzekł od progu, a drzwi za nim zamknęły się bezszelestnie.

11

16.45, RCUS, prowizoryczny pokój przesłuchań