Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Maja i Bartek odnaleźli coś więcej niż zagubiony szalik i skradli sobie pierwszy pocałunek pod jemiołą, ale czy ich historia przetrwa zderzenie z szarą rzeczywistością? Gdy świąteczny kurz opada, a w kalendarzu zbliżają się Walentynki, relacja tej dwójki utyka w martwym punkcie „strategicznych sąsiadów”. Bartek, introwertyczny twórca komiksów, wciąż woli rysować uczucia, niż o nich mówić, a Maja musi zmierzyć się z nowym wyzwaniem w pracy. Na horyzoncie pojawia się dyrektor Miller i propozycja awansu, która może wywrócić życie Mai do góry nogami. Decyzja o wyjeździe wisi w powietrzu jak burzowa chmura nad ich kamienicą. Czy Bartek zdąży narysować najważniejszy kadr w swoim życiu, zanim Maja wsiądzie do pociągu? Zwłaszcza że nagły powrót Tomka - byłego Majki - nie ułatwia mu tego zadania. W misję ratowania miłości angażuje się niezawodna Iga, wścibska (ale kochana) pani Zofia, gadatliwa mała Klara oraz Klops – kot, który uważa, że walentynkowe dekoracje to jego osobisty wróg, a romantyczne momenty są idealne do testowania grawitacji. Przygotujcie się na dużo serduszek i konfetti, korporacyjne intrygi i dowód na to, że o miłość warto walczyć – nawet jeśli oznacza kolejną kociastrofę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 265
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Autor: Freja Sagor
Redakcja i korekta: Joanna Nowak
Wydawcy: Enovia Books by Wojciech Nowak
Copyright © 2026 by Freja Sagor
Copyright © 2026 Enovia Books
Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Reda 2026
Na zlecenie Enovia Books
plik przygotowała Joanna Nowak
WALENTYNKI
Styczeń był jak kac po zbyt długiej sylwestrowej nocy – zimny, szary i niemiłosiernie ciągnący się w nieskończoność. Po nowym roku moja biurowa rzeczywistość dopadła mnie ze zdwojoną siłą. Od poniedziałku do piątku, między ósmą a szesnastą, stawałam się trybikiem w maszynie, grzecznie siedząc przy biurku, gdzie pachniało tanią kawą i kurzem z segregatorów. Moim jedynym oknem na świat był arkusz w Excelu, dopóki nie wracałam do domu.
Domu, który ostatnio częściej znajdował się piętro wyżej niż u mnie.
Zazwyczaj siedziałam na kanapie Bartka, czując pod palcami znajomą szorstkość koca. W powietrzu unosił się zapach grafitu i herbaty earl grey. Jadłam obiad — czasem z Igą, która relacjonowała mi swoje miłosne katastrofy, ale coraz częściej tutaj, w ciszy przerywanej jedynie skrobaniem rysika o ekran.
Niejednokrotnie patrzyłam na Bartka i czułam w żołądku ten dziwny ucisk, którego nie potrafiłam zdiagnozować. Kim dla niego byłam? Czy po tym wszystkim, co wydarzyło się wokół mojego nieszczęsnego szalika, byliśmy parą? Czy może tylko „strategicznymi sąsiadami”, których połączył fakt, że jego kot ma mordercze skłonności wobec dzianiny? Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, ale Bartek przypominał ten swój szkicownik, tyle że zamknięty. Mało mówił, mój Boże, niemalże milczał z uporem maniaka, za to słuchał w ten swój specyficzny sposób – marszczył lekko brwi, jakby każdą moją opowieść o upierdliwym szefie analizował pod kątem kompozycji obrazu. Głównie jednak rysował.
Wtedy zwykle wkraczałam ja – etatowa głaskaczka Klopsa. Rude futro kota było miękkie i emanowało słońcem, nawet w środku mało przyjemnej zimy. Klops rozciągał się na moich kolanach z taką bezczelnością, jakby wynajmował mnie na godziny i na wyłączność. Moja człowieczka robi dokładnie to, co trzeba, mruczał pod nosem, a przynajmniej tak to interpretowałam, gdy wystawiał brzuch do drapania. Drap dalej, nie płacę ci za obijanie się.
Dzisiaj nie było inaczej.
— Za dwa tygodnie są walentynki — wyszeptałam w miękkie futro, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie. Otuliłam Klopsa skrawkiem kocyka. — Myślisz, że pani Zofia coś wymyśli?
Bartek nawet nie drgnął. Niebieskie światło ekranu tableta odbijało się w jego okularach, nadając mu wygląd szalonego naukowca.
— Jak co roku udekoruje klatkę schodową różowymi wycinankami, wstążkami i taką ilością brokatu, że będziemy go wyczesywać z włosów do Wielkanocy — mruknął od niechcenia, nie odrywając wzroku od tego, co szkicował. — To nas przytłoczy, Maja. Ta kobieta ma arsenał serduszek, którego nie powstydziłaby się fabryka Hallmarka.
— Mraaaauuuu!
Klops pacnął mnie łapą, wyciągając pazury na milimetr od moich spodni. Jasny sygnał: „Przestań gadać o bzdurach i skup się na masażu kręgosłupa, kobieto!”.
— Co jest, bohaterze? — Bartek w końcu odłożył rysik i spojrzał na nas. Jego uśmiech był ledwo dostrzegalny, ale sprawiał, że w pokoju robiło się o kilka stopni cieplej. Podrapał kota między uszami. — Ale masz teraz dobrze, nie? Maja przeszła na pełen etat jako twoja osobista służba.
Kot przewrócił się na bok, patrząc na niego z taką wyższością, jakby Bartek był tylko mało rozgarniętym współlokatorem, który co prawda dostarcza tuńczyka, ale intelektualnie nie domaga. Prawda była taka, że Bartek bywał niedomyślny. Albo genialnie udawał. Podsuwałam mu sugestie o „byciu razem” tak wyraźne, że gdyby były neonami, oświetliłyby pół Warszawy. A on? On po prostu rysował dalej.
— Póki ten twój rudy terrorysta nie zniszczy kolejnej części mojej garderoby, będę go wielbić — dodałam z rozbawieniem, choć w głębi duszy wciąż tęskniłam za tamtym szalikiem.
— Cały czas go szukam — mruknął Bartek, przysiadając się bliżej. Poczułam ciepło jego ramienia i nagle Excel, biuro i szary styczeń przestały mieć znaczenie. — Przeszukałem już chyba całe Vinted i trzy aukcje w Japonii. Jak nie znajdę identycznego, to sam go uszyję… albo wydziergam.
— Nie trzeba, serio… — uśmiechnęłam się, patrząc, jak światło lampki nocnej podkreśla linię jego szczęki.
Klops łypnął na nas, przeciągnął się i wydał z siebie wymowne mruknięcie. „Ludzie, jesteście beznadziejni. Po prostu się pocałujcie i dajcie mi spać”.
— I tak będę szukać — uciął Bartek, ale jego wzrok już uciekał w stronę ekranu. — Muszę wracać do komiksu. Wydawca już wysyła mi maile z pogróżkami, które brzmią jak wyroki śmierci.
— Nie tylko wydawca czeka na finał, panie B.K. — zaśmiałam się, choć w środku poczułam ukłucie zawodu. Przytuliłam mocniej Klopsa.
Bartek posłał mi ten swój nieśmiały uśmiech, który zawsze sprawiał, że wybaczałam mu wszystko. Podrapał się po karku – to był ten jego klasyczny gest, kiedy nie wiedział, co zrobić z rękami, gdy emocje wchodziły na zbyt wysokie obroty. Zsunął się z kanapy i usiadł po turecku przy stoliku.
Gdybym wstała i wyszła, pewnie zauważyłby to dopiero wtedy, gdy skończyłaby mu się herbata. Albo gdyby Klops uznał, że jego miska jest obraźliwie pusta. Obserwowałam go w ciszy. Jak lekko marszczył nos, gdy kreska nie szła po jego myśli. Jak pocierał skronie, jakby próbował wycisnąć z mózgu kolejny kadr. To była pasja, która go spalała, a ja… ja byłam tylko widzem w pierwszym rzędzie.
— Pewnie nawet Akira Toriyama nie przeżywał tak każdej kreski — szepnęłam do kota. — Zrobimy mu kolację, co ty na to?
— Mhraaaaaaaa!
„Rób, co chcesz. Ja śpię. Ale jak w lodówce jest tuńczyk, to wiesz, gdzie mnie szukać”.
W kuchni Bartka panował ten specyficzny, artystyczny nieład. Zrobiłam kanapki – proste, domowe, takie, jakie robi się komuś, na kim ci zależy, nawet jeśli on tego nie widzi. Postawiłam talerz obok tabletu.
— Masz dwa miesiące do deadline — mruknęłam. — Może zrobisz sobie przerwę i obejrzymy coś razem? Netflix ostatnio sugeruje mi same komedie romantyczne, chyba algorytm wie, że mam deficyt lukru.
— Muszę skończyć fabułę — odparł, chwytając kanapkę, jakby to było paliwo rakietowe, a nie jedzenie. — Chcę to domknąć przed terminem.
Jego słowa były jak zimny prysznic. „Chcę to domknąć”. „Muszę rysować”. A gdzie w tym równaniu było miejsce na nas? Na mnie?
— To dam saszetkę Klopsowi i pójdę do siebie — powiedziałam, wstając gwałtownie.
— Dzięki, Majka. Bez ciebie Klops zjadłby moje ołówki. Albo mnie — mruknął, nawet nie unosząc głowy.
Wtedy nastąpił bunt. Klops, jakby wyczuwając gęstniejącą atmosferę, postanowił przejąć kontrolę. Z gracją pijanego akrobaty przebiegł prosto po tablecie Bartka, zostawiając na ekranie ślady łap i prawdopodobnie niszcząc warstwę, nad którą Bartek siedział ostatnią godzinę.
— Klops, no cholera! — Bartek poderwał się, łapiąc sprzęt w ostatniej chwili. — Wredoto, daj spokój!
— Może po prostu potrzebuje twojej uwagi — zauważyłam, biorąc kota na ręce. Czułam, jak serce mi bije szybciej. — Jak masz go dosyć, to mogę go wziąć do siebie na kilka dni. Odpoczniesz od „chaosu”.
Bartek uniósł wzrok. Przez chwilę w jego oczach mignęło coś, czego nie potrafiłam odczytać. Zaskoczenie? Ulga?
— Mogłabyś? Naprawdę?
Zamarłam. To „naprawdę” zabolało bardziej niż powrót do Excela w poniedziałek rano.
— Tak. Wezmę go. Skoro jego pan potrzebuje sterylnej ciszy do tworzenia arcydzieł.
— Dzięki — odparł, wracając do poprawiania zamazanego przez kota szkicu. — Dobrze będzie popracować bez... no, wiesz. Bez tego wszystkiego.
„Bez tego wszystkiego”. Czy ja też byłam częścią „tego wszystkiego”? Przygryzłam policzek, żeby nie powiedzieć czegoś, czego bym żałowała. Zebrałam swoje rzeczy: kubek, kocyk i rudą, mruczącą chmurę, która nagle stała się bardzo ciężka.
— Dobranoc, Bartek.
Zamknęłam drzwi. Klatka schodowa, zwykle przytulna dzięki staraniom pani Zofii, dziś wydawała się sterylna i obca. Zeszłam na swoje piętro, czując się tak, jakby Klops był jedyną rzeczą, która trzyma mnie w pionie.
W mieszkaniu Iga siedziała już z kubkiem parującej herbaty. Pachniało malinami i czymś, co Iga nazywała „aromaterapią po pracy”, a co zazwyczaj okazywało się po prostu winem przelanym do kubka, żeby wyglądało profesjonalnie.
— No, opowiadaj. Jak tam twój artysta? Przełożył rysik nad twoje serce? — zażartowała, ale widząc moją minę, natychmiast spoważniała.
— Zabrałam Klopsa — rzuciłam, odstawiając kota na podłogę. Klops natychmiast przybrał formę dramatycznego dywanika przy drzwiach.
— Co? Wyprowadził się?
— Nie, Bartek się zgodził. Bez mrugnięcia okiem. Jakby oddawał starą drukarkę do serwisu, a nie żywe stworzenie, które... no, wiesz. Czuję się, jakby po prostu chciał się pozbyć problemu. I mnie przy okazji też.
Iga westchnęła i wskazała miejsce obok siebie na kanapie.
— Kochana, istnieją dwa typy facetów. Ci, którzy mają świadomość emocjonalną i czytają ci w myślach, oraz tacy, którym musisz wyryć napis „KOCHAM CIĘ” na czole, żeby zauważyli, że coś jest na rzeczy. Bartek to typ numer dwa. On nie widzi problemu, on widzi termin oddania komiksu.
— Ale to boli, Iga.
— Wiem. Dlatego dzisiaj nie rozmawiamy o nim. Mam film, który wyleczy cię z myślenia. „Miłość i inne komplikacje”. Brzmi jak twój horoskop na luty.
Usiadłam obok niej, pozwalając, by ciepło salonu i głos przyjaciółki powoli wyparły chłód z góry. Klops położył mi łapę na stopie i mruknął cicho. „Durny typ, Maja. Ale spokojnie, jeszcze mu pokażemy, kto tu rządzi w te walentynki”.
****
Byłem coraz bliżej. Ostatnie rozdziały komiksu patrzyły na mnie z ekranu tabletu, a ja czułem, jak każda kreska staje mi ością w gardle. Coś mi nie pasowało. Perspektywa? Cieniowanie? A może po prostu to, że im bardziej starałem się przelać na cyfrowy papier to, co czułem, tym bardziej wydawało mi się to płaskie i niegodne oryginału.
Rysowałem kreskę, a po chwili wciskałem Ctrl+Z, jakby to był odruch bezwarunkowy. I tak w kółko — przez dobrą godzinę. Ekran tabletu pokrył się niezliczonymi poprawkami, a moje oczy piekły od niebieskiego światła.
— Kloooops… — mruknąłem pod nosem, nie odrywając wzroku od ekranu. Czekałem na to znajome, irytujące drapanie pazurami o nogę krzesła albo chociaż na to, że wskoczy mi na kark, niemal przyprawiając o zawał. — Klops, rusz się, potrzebuję recenzenta.
Cisza. Taka, która nie jest kojąca, ale dzwoni w uszach. Zbyt dziwna, jak na życie z kotem.
Podniosłem wzrok. Na skraju stolika, obok sterty szkicowników i zaschniętych pędzli, stał pusty talerz. Okruchy po kanapkach były jedynym śladem po tym, że ktoś tu niedawno był. Zjadłem to? Chyba tak, skoro talerz lśnił pustką. Ale nie pamiętałem smaku. Nie pamiętałem nawet momentu, w którym go tu postawiono.
Maja.
To ona pewnie przyniosła jedzenie. Znów weszła na palcach, znów zadbała o to, bym nie umarł z głodu nad projektem, a ja pewnie nawet nie mruknąłem „cześć”. Wyszła cicho, bez oczekiwań, bez pretensji, które przecież w pełni jej się należały. Tylko tym razem zabrała ze sobą to rude, puszyste tornado.
Wstałem gwałtownie, a krew zaszumiała mi w uszach. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Było… sterylne. Żadnego mruczenia z kuchni. Żadnego dźwięku jej śmiechu, gdy Klops robił coś głupiego. Tylko pojedyncze światło lampki kreślarskiej wycinało z mroku kąty pokoju, które nagle wydały mi się zbyt kanciaste i zimne.
Zacisnąłem dłonie na krawędzi biurka. To nie było tak, że nie zauważałem, co robiła. Dostrzegalem każdy jej gest – to, jak poprawiała mi koc, gdy zasypiałem nad tabletem, jak parzyła herbatę dokładnie tak, jak lubię. Mówiła coś o filmie, o walentynkach, o wspólnym czasie — a ja siedziałem z wbitym wzrokiem w ekran, jakbym był podłączony do niego kroplówką. Mówiłem „dzięki” z opóźnieniem, jakby mój mózg potrzebował minuty na przetworzenie ludzkiej mowy.
A wszystko przez tę przeklętą fabułę. Miała być moją najlepszą pracą. I czymś znacznie więcej.
Spojrzałem na ostatni kadr. Narysowałem go z taką dbałością o detale, że niemal czułem zapach perfum Mai. Cichy introwertyk — mój rysunkowy sobowtór, któremu dodałem nieco więcej pewności w spojrzeniu — trzyma za rękę dziewczynę w czerwonym szaliku. Tym samym, który Klops postanowił zdemolować w grudniu.
Mój bohater pytał ją o wspólną przyszłość. Próbowałem dopasować tekst do dymka, ale każde słowo wydawało mi się zbyt małe.
„Czy będziesz ze mną?” — Zbyt banalne.
„Czy mogę być twoim domem?” — Zbyt patetyczne, Bartek, ogarnij się.
I ta trzecia wersja, która pulsowała mi pod czaszką: „Czy tym razem mogę coś zrobić bez spóźnienia?”
Zacisnąłem szczękę. Wydawca dał mi dwa miesiące, ale ja narzuciłem sobie tempo, które mnie zabijało. Chciałem skończyć wszystko do walentynek. Dla niej. Żeby to ona zobaczyła ten komiks jako pierwsza. Żeby zrozumiała, że te godziny milczenia nie były ignorancją, ale próbą zbudowania czegoś trwałego. Chciałem, żeby się zaśmiała i powiedziała: „Bartek, to jesteś ty — tylko trochę mniej niezdarny”.
Ale jej tu nie było. I nagle cały ten komiks stracił sens. Bo jaki jest sens pisania listu miłosnego, jeśli adresatka właśnie zamknęła za sobą drzwi, najpewniej w przekonaniu, że masz ją gdzieś?
Krzesło zaszurało na parkiecie z przeraźliwym zgrzytem. Podłoga skrzypnęła pod moimi stopami, gdy podszedłem do okna. Widziałem w dole światła miasta, pary spacerujące pod parasolami, życie, które toczyło się poza moją bańką z pikseli.
Niepokój ścisnął mi żołądek i sprawił, że miałem ochotę biec, choć nie wiedziałem, czy nie jest już za późno. Jakby świat nagle zrobił się o kilka tonów ciemniejszy, bo zabrakło w nim jej światła.
— Maja… — wyszeptałem w pustkę kuchni.
Cisza nie odpowiedziała. A ja dopiero teraz, patrząc na pusty przedpokój, w którym nie było jej butów, poczułem, jak bardzo zawalam. Byłem genialnym rysownikiem, ale życiowym idiotą, który nie potrafił odróżnić „skupienia na pracy” od „tracenia tego, co najważniejsze”.
Czy w ogóle to miałem?
Obudziłam się z Klopsem wtulonym pod moją brodę. Jedna jego łapa była rozłożona na mojej twarzy niczym królewska pieczęć, a pazurki – na szczęście schowane – delikatnie drażniły mój policzek. Ten rudy tyran nie tylko podbił mieszkanie Bartka, ale w ciągu jednej nocy zrobił sobie z mojej poduszki tron, a ze mnie – osobistą wycieraczkę emocjonalną i grzejnik w jednym.
— Mrooooow! — zamruczał, przeciągając się z taką gracją, jakby właśnie otwierał pokaz mody dla najbardziej zmanierowanych kotów świata.
— Masz fajnego pana, wiesz? — szepnęłam w miękkie, pachnące domem futro. — Naprawdę go lubię, no… nawet jeśli czasem udaje, że mnie nie słyszy, a jego jedynym oknem na świat jest tablet graficzny.
Klops otworzył jedno oko i spojrzał na mnie z powagą godną Sfinksa. Przez chwilę analizował moją twarz, jakby decydował, czy faktycznie rozumiem kociomowę, czy tylko udaje, żeby posłuchać więcej mruczenia. „Słabo gadasz w moim języku, ale spoko. Akceptuję cię, bo masz miękki kocyk” — tak odczytałam to pełne łaski spojrzenie.
Niestety, sielanka trwała dokładnie pięć sekund.
— MAJA! — krzyk Igi uderzył w moje uszy niczym alarm przeciwpożarowy połączony z syreną okrętową. — Zostaw to futro w pokoju, mamy stan wyjątkowy! Mamy powódź!
Klops zjeżył się w ułamku sekundy. Wbił się błagalnie w koc, a jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Woda? Nie. Ja jestem szlachetnym kotem, a nie wydrą. Woda jest narzędziem tortur!
— Zostajesz tutaj — mruknęła do niego, zrzucając nogi z łóżka. Klops przewrócił się na bok, westchnął dramatycznie jak aktor u szczytu finałowej sceny w telenoweli i zakrył łapą oczy. To nie był jego problem. On był powyżej spraw przyziemnych, takich jak pękające rury.
Wybiegłam z pokoju i od razu usłyszałam złowrogi chlust. Moje bose stopy wylądowały w czymś lodowatym. Echo mojego życia tonęło… dosłownie. Wszystko wskazywało na to, że ten dzień będzie ekstremalnie mokry, a jedyna wilgoć, na jaką liczyłam w lutym, to co najwyżej topniejący śnieg za oknem.
Woda wylewała się z toalety z taką pasją, jakby nagle postanowiła wcielić w życie marzenie o zostaniu wodospadem Niagara. Podłoga w łazience lśniła od brudnej tafli, która powoli, ale nieubłaganie, zaczęła zdobywać przedpokój. To była powódź klasy średniej — taka, którą kończy się desperackim rzucaniem na podłogę wszystkiego, co chłonie wilgoć, i cichą modlitwą o to, by ubezpieczyciel nie uznał, że to „rażące niedbalstwo”.
— Bierz miski, garnki, ścierki, cokolwiek! — krzyknęła Iga. Moja współlokatorka wyglądała jak kapitan tonącego statku, próbując zatkać dziurawy świat ręcznikami z Ikei, Pepco i KIK-a. Skąd my ich tyle miałyśmy? To była tekstylna armia rzucona na front walki z kanalizacją.
Dołączyłam do niej, czerpiąc wodę do wszystkiego, co miało jakiekolwiek wgłębienie. Miska po sałatce jarzynowej, garnek po niedzielnym rosole, plastikowe pojemniki na lunch – wszystko stało się częścią tego komediowego maratonu ratunkowego. Czułam, jak kaucja za mieszkanie odpływa mi przez szczeliny w kafelkach.
— Czuję, jak pakuję walizki i wracam do rodziców — jęknęłam, ślizgając się w skarpetkach, które w tej sekundzie stały się dwiema mokrymi gąbkami. — Naprawdę tak skończy się mój wielki romans z miastem? Tragiczny finał w objęciach pękniętej rury? I z Bartkiem, który… — urwałam.
W tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi. Serce podskoczyło mi do gardła. Miałam nadzieję na panią Zofię – naszą osiedlową superbohaterkę, która pewnie wyciągnęłaby z kieszeni podomki magiczną przyssawkę i zestaw naprawczy.
Otworzyłam drzwi, trzymając w ręku ociekający wodą ręcznik, w mokrej koszulce i z włosami w absolutnym nieładzie. Zamarłam.
— Tomek?! — zapytałam, czując, jak mój żołądek wykręca się w supeł. To był ostatni człowiek na ziemi, którego chciałam widzieć w takim stanie.
Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z reklamy drogich zegarków – nienaganna koszula, zapach perfum, które kiedyś uwielbiałam, a teraz wydawały mi się zbyt duszące.
— Cześć, Majka. — Uniósł dłoń w geście pozornego luzu, który zawsze mnie irytował. — Przyszedłem odebrać swoją koszulę, tę niebieską, ale… — urwał, patrząc na jezioro u moich stóp. — Widzę, że macie tu mały aquapark.
— Pomocy!!! — wrzasnęła Iga z łazienki, chlustając wodą z garnka tak energicznie, że połowa wylądowała na ścianie. Zupełnie zignorowała fakt, że mój eks właśnie objawił się w drzwiach jak zwiastun złych decyzji życiowych.
— To nie pani Zofia — westchnęłam, czując, jak pieką mnie policzki. — Mamy awarię, Tomek. Wybacz, ale koszula musi poczekać, chyba że chcesz ją wykorzystać jako tampon na tę rurę.
— Pomogę! — rzucił, wchodząc do środka bez pytania. Zdjął marynarkę, rzucając ją na jedyne suche krzesło, i zakasał rękawy z miną eksperta od wszystkiego. Iga zamarła ze szmatą w ręku, ja też. A on? Jakby całe życie spędził w kanałach, najpierw pewnym ruchem zakręcił główny zawór.
— Czy dziwi mnie to, że o tym nie pomyślałyście? — zapytał, posyłając nam ten swój uśmiech z gatunku „jestem waszym wybawicielem”. — Dobrze, że macie kafelki. Przynajmniej podłogi nie wywali do góry.
— Mhrooooooooooow!
Klops stanął w drzwiach sypialni. Wyglądał jak miniaturowy lew na sawannie, z ogonem napuszonym do granic możliwości.
— Hej, maluszku! — podeszłam i wzięłam go na ręce, szukając w nim jakiegoś wsparcia. — Już po wszystkim, Niagara opanowana. Zaraz posprzątamy i będziesz mógł znów rządzić salonem.
— Maja ma kota? — Tomek uniósł brwi. — Przecież zawsze mówiłaś, że koty są fałszywe i wolisz psy. Co się zmieniło?
— Mhraaaaaaaaaaa! — Klops nastroszył futro i spojrzał na Tomka z taką pogardą, że niemal poczułam chłód bijący od jego małego, różowego nosa. „Wolisz psy? Przepadnij, barbarzyńco w wyprasowanej koszuli” — brzmiało to w moich myślach.
— Milion szczeniaków nie jest tak cudownych jak jeden rudy Klopsik — odcięłam się, tuląc kota do mokrej bluzki. Klops polizał mnie po dłoni w geście solidarności.
Nagle znów rozległo się pukanie. Tym razem cichsze, bardziej nieśmiałe. Podeszłam do drzwi, wciąż trzymając kocią tarczę antykonfliktową na piersi. Otworzyłam i poczułam, jak nogi mi miękną.
— Bartek…
Stał w progu, lekko zgarbiony, z rękami w kieszeniach bluzy. Jego spojrzenie powoli przesunęło się po moich mokrych ubraniach, po plamie wody na poliku, aż wylądowało na kocie.
— Wpadłem po mój mały chaos i… — urwał, a jego brwi zbiegły się w groźną linię. — Dlaczego wyglądasz, jakbyś walczyła z pralką na dopalaczach? I czemu on tuli się do ciebie, jakbyście grali w reklamie karmy dla kotów premium?
— Dziewczyny miały małą awarię — rzucił Tomek z głębi mieszkania. Bardzo celowo podszedł do mnie i położył mi dłoń na talii. — Ale już wszystko pod kontrolą.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Bartek patrzył na tę rękę, jakby Tomek trzymał tam odbezpieczony granat. W jego oczach błysnęło coś, czego nigdy u niego nie widziałam – ciemny, ostry błysk czystej, męskiej zazdrości.
— Pomóc jakoś? — zapytał Bartek, a jego głos stał się nagle bardzo niski i chłodny.
— Nie trzeba — uciął Tomek, zaciskając dłoń na moim boku. — Opanowałem sytuację.
W tamtej chwili chciałam, żeby podłoga jednak się zapadła i pochłonęła nas wszystkich. Bartek stał tam, patrząc na nas jak na obcy gatunek, a Klops… Klops był w siódmym niebie. Zerkał na jednego, potem na drugiego, mrucząc z satysfakcją. „Drama? Idealnie. Podnieście mnie wyżej, chcę widzieć finał tej opery mydlanej”.
— Tomek, puść mnie — syknęłam, odsuwając się gwałtownie. Bartek odetchnął, ale wciąż wyglądał, jakby wszedł do kina w połowie filmu i nie mógł uwierzyć, że to on gra tu postać drugoplanową.
— Chodź tu, mały chaosie — Bartek wyciągnął ręce do kota. Oddałam mu Klopsa, a ten natychmiast wdrapał się na jego ramię, rzucając Tomkowi ostatnie, pełne wyższości spojrzenie.
— Jakby co, Maja, jestem pod telefonem — rzucił Tomek, wycofując się w stronę wyjścia. — Do zobaczenia później.
Kiedy drzwi się zamknęły, w przedpokoju została tylko ciężka, wilgotna cisza.
— To był…? — zaczął Bartek, nie patrząc mi w oczy.
— Mój były. Straszny gbur. Zjawił się nieproszony — wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu.
Zanim Bartek zdążył odpowiedzieć, Iga wpadła do przedpokoju z mopem uniesionym niczym halabarda.
— Bartek! Co tak stoisz? — Głos Igi przeciął gęstą atmosferę jak bicz. — Mieszkanie twojej dziewczyny jest zalane, a ty masz narzędzia i dwie sprawne ręce! Leć po mopy, szmaty i ręczniki na górę! Ruchy, ruchy!
Zamarłam. „Twojej dziewczyny”. Te dwa słowa zawisły w wilgotnym powietrzu łazienki, wirując między nami niczym drobinki kurzu w świetle żarówki. Bartek zastygł na ułamek sekundy. Przełknął ślinę, poprawił Klopsa, który wciąż mościł się na jego ramieniu, i… po prostu skinął głową.
— Będę za minutę ze wszystkim — rzucił krótko.
Nie zaprotestował. Nie poprawił jej. Nie wybuchnął nerwowym śmiechem. Po prostu przyjął to jako fakt, który w tej chwili był mniej istotny niż pęknięta rura, ale za to o wiele bardziej znaczący dla mnie. Paradoksalnie, poczułam się nagle bezpieczniejsza niż po dziesięciu suchych ręcznikach.
Kiedy wrócił z góry, wyglądał jak ekipa ratunkowa w jednoosobowym wydaniu. W jednej ręce dzierżył wielki mop, w drugiej stertę ręczników tak potężną, jakby planował osuszyć koryto Wisły. Wszedł bez słowa, lekko zmierzwiony, ale z tą swoją charakterystyczną, cichą koncentracją.
— Zaczynamy od łazienki? — zapytał spokojnie, jakby to była najbardziej naturalna sprawa na świecie.
Przytaknęłyśmy z Igą jednocześnie, a on po prostu… zrobił swoje. Bez zbędnego gadania, bez narzekania i bez tego irytującego „a nie mówiłem?”, które pasowałoby tu jak ulał. Zamiast tego przejął najcięższą robotę. Wykręcał szmaty, wynosił wiadra, wymieniał ręczniki i machał mopem z taką energią, że przez chwilę wyglądał jak postać z reklamy środków czystości, tylko w wersji znacznie bardziej pociągającej. Robił to w ciszy, ale to nie była ta niezręczna, ciężka cisza, której tak nie lubię. To była jego cisza — spokojna, konkretna i dająca oparcie.
Kiedy podłoga w końcu przestała przypominać jezioro, a ręczniki zostały posegregowane na te „do prania” i te „do natychmiastowego odratowania”, oparłam się o ścianę i westchnęłam ciężko.
— Muszę zadzwonić do właścicieli, żeby ogarnęli hydraulika… — wymamrotałam z rezygnacją, już widząc oczyma wyobraźni te wszystkie awantury o kaucję.
— Poczekaj — odezwał się Bartek, odkładając mop. — To wygląda na prostą wymianę rury. Dam radę to zrobić.
Zrobił kilka zdjęć telefonem, przyjrzał się zaworowi z uwagą godną chirurga, po czym dodał:
— Zaraz wrócę. Kupię części i uszczelki w całodobowym.
I po prostu wyszedł. Stałyśmy z Igą na środku przedpokoju, patrząc na siebie, jakby właśnie przetoczył się przez mieszkanie cichy huragan w ludzkiej postaci. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, Iga odchrząknęła teatralnie i położyła dłonie na biodrach.
— Maja. Ja wiem, że ty uwielbiasz tę jego aurę tajemniczego artysty, ale on ewidentnie uwielbia ciebie.
— Iga, proszę cię… on nawet nie mrugnął, jak powiedziałaś o „dziewczynie”. On po prostu poszedł po mopa.
— A właśnie! — zaśmiała się, wskazując palcem na drzwi. — Nie zaprzeczył! Zero protestu, zero „eee, zaraz, kim my jesteśmy?”. Nic!
— Może po prostu nie załapał w tym całym stresie…
— Maja, błagam cię. — Iga przewróciła oczami. — On nie załapał, bo myślał tylko o tym, jak ci pomóc. A w męskim języku miłości „naprawię ci rurę w łazience” to jest mniej więcej poziom „chcę spędzić z tobą resztę życia”.
Parsknęłam śmiechem, czując, jak napięcie ze mnie schodzi.
— Przesadzasz.
— Wcale nie. Ten chłopak zachowuje się przy tobie inaczej — odparła Iga z nagłą powagą. — Jak ktoś, kto boi się powiedzieć coś na głos… ale już dawno to czuje.
Zamrugałam, czując pod żebrami dziwną, ciepłą pętlę. Iga poklepała mnie po ramieniu, dodając:
— Przestań panikować. Nie musisz sama składać tej układanki. On już jest w połowie drogi do ciebie.
Bartek wrócił szybciej, niż się spodziewałam. Wszedł z siatką pełną narzędzi, nowych rur i uszczelek, które w jego dłoniach wyglądały jak rekwizyty hydraulicznego superbohatera. Bez zbędnych wstępów kucnął przy zaworach. Przez kilka minut tylko na niego patrzyłam. Na to, jak podwija rękawy bluzy, odsłaniając przedramiona. Jak przegarnia włosy ręką, żeby nie wpadały mu w oczy. Skupiony, precyzyjny, cichy.
Boże… nie wiedziałam, kiedy to się stało, ale patrzenie, jak Bartek robi cokolwiek, stawało się dla mnie coraz bardziej niebezpieczne. Mój mózg generował myśli, których absolutnie nie powinien, w stylu: „Czy to normalne czuć takie przyciąganie do faceta z kluczem francuskim w dłoni?”.
— Możesz podać mi tamtą taśmę? — zapytał nagle, zerkając na mnie przez ramię.
— Tak! — wyrwało mi się zbyt entuzjastycznie. — Tak, oczywiście, taśma! Oto taśma. Taśmowa taśma… do taśmowania.
Chciałam się zapaść pod ziemię. Podałam mu taśmę, a przy okazji zrzuciłam butelkę płynu do podłóg. Iga parsknęła śmiechem, a Bartek tylko mruknął coś pod nosem, jakby chciał powiedzieć: „Tak, to jest właśnie moje życie, odkąd znam Maję”.
Kiedy skończył, wyprostował się i odgarnął włosy z czoła.
— Gotowe — powiedział i uśmiechnął się tym swoim nieśmiałym sposobem.
Rozpłynęłam się. Po prostu.
— Chcesz… herbaty? — spytałam, trzymając w dłoniach… absolutnie nic.
— Masz talent nie tylko do rysowania — wtrąciła Iga, stając obok mnie jak komentator sportowy. — Ratowanie łazienki dziewczyny wychodzi ci całkiem nieźle.
— Wystarczy dać znać i się pojawię — odpowiedział Bartek, patrząc mi prosto w oczy. — Daleko nie mam.
I znowu to zrobił. Nie sprostował słów Igi. Nie zmieszał się. Przyjął to jako coś naturalnego. A potem, jak gdyby nigdy nic, oznajmił:
— Przebierzcie się i ogrzejcie. Ja skoczę do sklepu po coś na śniadanie. I po Klopsa, bo śmiertelnie się obrazi, jeśli będziemy jeść bez niego.
— W sumie ma rację — mruknęła Iga. — Klops ma władzę.
— Władzę absolutną — poprawił ją Bartek z powagą, choć w jego oczach mignęła iskierka rozbawienia. — I bardzo zły humor, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą opóźnione posiłki.
Posłałam mu spojrzenie, w którym starałam się zmieścić wszystko: od ogromnego „dziękuję” za uratowanie mojej łazienki, aż po nieme błaganie: „nie znikaj już dzisiaj do swojej jaskini samotnego rysownika”. Bartek odpowiedział mi krótkim, miękkim uśmiechem. To był jeden z tych uśmiechów, które mogłyby być sceną finałową w jakiejś niszowej komedii romantycznej o naprawianiu rur i złamanych serc.
A potem zniknął za drzwiami, zostawiając mnie z Igą, wciąż z wilgotną podłogą i głową pełną fantazji o tym, co właściwie dzieje się między nami.
Bartek wrócił jednak znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Najpierw usłyszałam jego ciężki krok na klatce schodowej, a zaraz potem charakterystyczne łup — dźwięk uderzenia ramieniem o futrynę. To był jego znak rozpoznawczy; Bartek nigdy nie patrzył pod nogi ani przed siebie, gdy o czymś intensywnie myślał.
Drzwi otworzyły się szeroko, a w progu stanął on, wyglądając jak ofiara bardzo chaotycznej wyprawy po prowiant. W jednej ręce trzymał papierową siatkę, z której wydobywał się obłędny zapach świeżego pieczywa. W drugiej dzierżył transporter. Na ramieniu miał świeże, czerwone drapnięcie z zupełnie nieznanych przyczyn, a jego włosy były w jeszcze większym nieładzie niż dziesięć minut temu.
— Donoszę śniadanie — oznajmił, jak gdyby to był najbardziej normalny dzień na świecie, choć jego wygląd sugerował stoczenie bitwy.
I wtedy Klops wyszedł z transportera. Nie, on nie po prostu „wyszedł”. On wkroczył do mieszkania z miną modela na wybiegu, który doskonale wie, że zaraz wszystkie aparaty będą zwrócone w jego stronę. Na jego szyi pyszniła się wielka, czerwona, walentynkowa wstążka, idealnie zawiązana na kokardę. Wyglądał, jakby właśnie wrócił z profesjonalnej sesji zdjęciowej do katalogu „Kot Roku”.
Iga wydała z siebie dźwięk, który był dziwną mieszanką zachwytu i czystej paniki.
— Ooooooooch! Bartek! CO TEN KOT MA ZAMIAR ZROBIĆ Z NASZYMI ŻYCIAMI?!
— Bartek… — Przetarłam oczy, nie wierząc w to, co widzę. — Dlaczego on wygląda jak prezent? I to taki z najwyższej półki?
— Bo próbował zjeść wszystkie bułki ze sklepu — odpowiedział Bartek ze stoickim spokojem. — Musiałem go jakoś spacyfikować, więc… zrobiłem z niego dekorację, zanim zdążył się wyrwać i dokonać ostatecznej destrukcji piekarni.
Klops, zupełnie nie przejmując się oskarżeniami o kradzież pieczywa, podszedł do mnie dumnym krokiem. Usiadł na dywaniku, uniósł jedną łapę i zaczął ją oblizywać z miną mówiącą: „tak, wiem, że wyglądam bosko, możecie bić brawo”. Wielka kokarda podskakiwała przy każdym jego ruchu.
— Wygląda — zaczęłam bardzo poważnie, choć w środku wszystko mi drżało ze śmiechu — jak walentynkowy dar losu, który w głębi duszy ma precyzyjny plan zniszczenia całej ludzkości.
— Mhraaaaa — odpowiedział kot, przeciągając się leniwie i prezentując kokardę w pełnej krasie.
Bartek oparł się o framugę drzwi, patrząc na swojego pupila jak zmęczony ojciec, który już dawno pogodził się z faktem, że przestał mieć jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem.
— Zanim do was wróciłem, wstąpiłem do sklepu. Kupiłem pieczywo, wszystko było pod kontrolą. A potem… — wskazał palcem na Klopsa — …to coś rzuciło się na stojak ze wstążkami walentynkowymi przy kasie. Nie miałem wyjścia. Przynajmniej pani ekspedientka przestała liczyć mu te wszystkie skradzione okruchy i uznała, że „wygląda przesłodko”.
— No wygląda — przyznałam, choć mięśnie twarzy drżały mi od prób zachowania powagi. — Wygląda jak pierwsza w historii kocia walentynka, która właśnie urwała się z planu zdjęciowego.
Bartek spojrzał na mnie kątem oka, a w kącikach jego ust błąkał się ten cień uśmiechu, który zawsze sprawiał, że czułam się, jakbyśmy mieli swój własny, tajny kod.
— Myślałem, że może… humor wam to poprawi — mruknął, drapiąc się nieśmiało po karku.
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć coś równie miłego, ale Klops uznał, że czas na monolog. Podszedł do mnie z tą swoją durną, czerwoną kokardą, zaczął ocierać się o moje nogi tak intensywnie, że o mało nie straciłam równowagi, i oznajmił głośno, nad wyraz teatralnie:
— MHRROOOOOW!
Iga parsknęła śmiechem, odstawiając kubek na blat.
— Tłumacząc z kociego na nasze: „Walentynki walentynkami, urok osobisty dawkuję hojnie, ale nakarm ktoś w końcu modela, bo zaraz zacznę gryźć meble”.
A ja? Ja po prostu tam stałam. Patrzyłam na Bartka, na tego niemożliwego kota w kokardzie i na bałagan w mojej przed chwilą zalanej łazience. Pomyślałam sobie wtedy, że chyba właśnie tak wygląda szczęście. Nie jest idealne, pachnie świeżym chlebem, ma mokre łapy i nieśmiałe spojrzenie faceta z sąsiedztwa.
Iga błyskawicznie przygotowała śniadanie i chwilę później cała nasza trójka — nie licząc czwartego, najbardziej wymagającego członka ekipy — usiadła na kanapie. Klops, uznając, że moje kolana są strategicznym punktem obserwacyjnym, wskoczył na nie bez zaproszenia. Kiedy tylko brałam do ręki kanapkę, natychmiast czułam na dłoni miękką, ale stanowczą łapę.
— Ej, rude tornado, to jest moje! — próbowałam go delikatnie odsunąć, ale im bardziej stawiałam opór, tym mocniej on się wciskał. Klops testował granice mojej cierpliwości, wytrzymałość mojego swetra i moje zdolności negocjacyjne jednocześnie.
Bartek odchrząknął, prostując się na kanapie, jakby przygotowywał się do trudnych rozmów pokojowych na szczycie.
— Klops… — zaczął z naganą w głosie. — Czy mógłbyś zachować choć pozory kultury przy stole? Przynajmniej dopóki goście patrzą?
Kot spojrzał na niego z absolutnym brakiem skruchy. W jego żółtych ślepiach czytałam wyraźne: „I co mi zrobisz?”. Po czym — jakby chciał przypieczętować swoją dominację — położył mi łapę prosto na ustach. Zrobił to dokładnie w sekundzie, w której zamierzałam wziąć pierwszy, upragniony kęs kanapki.
— Przysięgam, on mnie sabotuje — wymamrotałam prosto w jego miękkie futro, czując zapach lawendy i deszczu.
Iga prawie opluła herbatą kanapę, zanosząc się od śmiechu.
— Maja, on nie sabotuje! On ci po prostu komunikuje priorytety: „Najpierw pogłaszcz pana i władcę, potem zajmij się swoimi przyziemnymi potrzebami”.
Bartek pokręcił głową z niedowierzaniem, ale uśmiechał się przy tym tak, że moje serce zrobiło małego fikołka.
— Widzisz? Nawet przy zwykłym śniadaniu musi być w centrum uwagi. Typowe — dodał, a potem spojrzał na mnie tak, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę nie mam mu za złe tego kociego terroru.
Klops w odpowiedzi na nasze uwagi przeszedł od teorii do czynów. Zamiast tylko prosić, po prostu złapał moją kanapkę oburącz — niczym mała, futrzasta miniaturka gremlina — i z pełną determinacją spróbował pociągnąć ją w swoją stronę.
— O nie, złodzieju! — pisnęłam, odchylając się do tyłu. Niestety, kot był jak rzep; wisiał uczepiony mojej szynki i pieczywa, w ogóle nie planując odpuścić.
Bartek rzucił się w naszą stronę z takim przejęciem, jakby ratował mnie przed atakiem dzikiego niedźwiedzia, a nie kota, który ważył tyle, co nic.
— Oddaj pani jej śniadanie! — komenderował stanowczo, próbując delikatnie, ale zdecydowanie odczepić kocie pazury od mojego jedzenia.
— MHRRRAAAA! — zawył Klops, wydając z siebie dźwięk tak dramatyczny, jakby właśnie odbierano mu ostatnią szansę na przetrwanie w tym okrutnym, pozbawionym kanapek świecie.
Iga w tym czasie kompletnie straciła panowanie nad sobą. Turlała się ze śmiechu po kanapie, trzymając się za brzuch.
— Ja pierniczę, to jest czysty sitcom! — wykrztusiła między atakami śmiechu. — Daję wam góra dwa odcinki, zanim oficjalnie adoptujecie Klopsa jako wasze wspólne dziecko.
— Już go adoptowałam — mruknęłam pod nosem, wciąż siłując się z futrzakiem. — Przynajmniej emocjonalnie.
