Śmierć na grillu – Zabójczy Etat, t. 2 - Anna Madejak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Śmierć na grillu – Zabójczy Etat, t. 2 ebook i audiobook

Anna Madejak

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Komisarz Zenobiusz Dembski działa pod przykrywką, zatrudniając się w korporacji, w której prowadzi śledztwo. Firma jest akurat w trakcie reorganizacji, szefostwo postanowiło więc zintegrować zespół, organizując wyjazdową imprezę. Parę zadań survivalowych, nocleg pod namiotami lub w schronisku, ognisko, dobre trunki… Jednym słowem – wypad marzeń. I taki byłby, gdyby nie fakt odnalezienia na grillu w zastępstwie grillowanej wędliny ciała, z którego piersi wystawał nóż… Również polecamy pierwszy tom w cyklu "Morderstwo w Ołpen Spejsie".
Anna Madejak - z wykształcenia germanistka i fizjoterapeutka. Miłośniczka kotów, fanka serialu "Przyjaciele" i książkoholiczka. Autorka komedii kryminalnej "Morderstwo w ołpen spejsie", a także powieści obyczajowych "Cudotwórcy z Krakowa" i "Siła wyboru”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 254

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 53 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Polecam
00



Śmierć na grillu

Tom 2 Zabójczy Etat

Anna Madejak

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału:

Śmierć na grillu

Tom 2 Zabójczy Etat

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Joanna Gajkowska, Libro

Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak, Studio Karandasz

Grafiki na okładce: Adobe Stock w opracowaniu własnym Studia Karandasz:

alexcoolok, Ava Ava, DesignLands, FXX Project Gallery, nazar12, Tartila

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68254-28-0

Dlaczego to zawsze ja muszę znajdować zwłoki, westchnęła Aśka, zatapiając niebotycznie wysoki słupek swojego buta w błocie. Przechyliła lekko głowę, spoglądając na nieruchomą koleżankę, jakby ta stanowiła część wyposażenia. Nie przepadała za nią, to prawda, bo współpracowniczka była uparta jak osioł i do tego mądrzejsza od wszystkich sów w okolicy.

Aśka myślała o niej nader nieżyczliwie, ale czymkolwiek by ta wariatka nie była, z całą pewnością nie była prosiakiem. Dlaczego więc ktoś postanowił zaciukać ją na ruszcie? Przyjrzała się jej ponownie, zauważając tym razem, poza bez wątpienia jej nieżywym stanem, również pojedyncze jasne pasemka we włosach. Wydało jej się to dziwne; denatka od lat była wierna kruczoczarnej fryzurze. Jeszcze bardziej zaskoczył ją jednak fakt, że nie spostrzegła tego wcześniej. Raptownie doszła do wniosku, że widywała koleżankę codziennie, ale nie codziennie na nią patrzyła.

Podeszła bliżej wygasłego ogniska w altanie i przystanęła w nogach zmarłej. Trąciła ją lekko obcasem, co spotkało się ze spodziewanym brakiem reakcji. Szturchnięta ani drgnęła, za to ruszt, na którym leżała, zaczął się kołysać. Bezruch dziewczyny tłumaczył w pewnym stopniu nóż w jej piersi.

Rozdział 1

Awansu nie dostał nikt.

Przekonałem się o tym już pierwszego dnia, gdy tylko przestąpiłem próg biura Strawberries Company. Cały proces przejęcia przez firmę GUMTECH-u bądź też, jak lubili nazywać poprzedniego chlebodawcę pracownicy, Gamteku, trwał ponad dwa lata. W tym czasie w moim życiu zawodowym sporo się wydarzyło.

– Och, jest i pan komisarz… – westchnęła Marta Herman, stając przede mną w garsonce à la Angela Merkel. – A już myślałam, że nigdy pan nie dotrze do pracy.

– Wolałbym, żebyś od teraz mówiła do mnie po imieniu – odpowiedziałem, ledwie przeciskając te słowa przez gardło. W trakcie śledztwa, które prowadziłem w tym miejscu przed dwoma laty, to ona uparcie dopominała się o przejście na „ty”, tłumacząc to korporacyjnym zwyczajem bycia jedną wielką femili. Wtedy jednak istotnie występowałem tutaj w roli policjanta. Dziś byłem zwykłym korposzczurkiem. Przynajmniej oficjalnie.

Minęliśmy przeszklone pomieszczenie, zwane akwarium, zza którego dobiegały sciszone głosy. Uchylone drzwi pozwalały usłyszeć wszystko, co działo się w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej jakiegoś nieopierzonego dwudziestolatka.

– Gdybyś miał być jakimś zwierzątkiem, to jakim? – spytała Anetka głosem, od którego zachciało mi się zapalić. Chwilowo miałem dosyć landrynek, które bez opamiętania połykałem w hurtowych ilościach od czasu ostatniego śledztwa w tym biurze. Słodycz płynąca z jej głosu wystarczyłaby jednak za całe opakowanie cukierków połączone z bożonarodzeniową paczką z zakładu pracy mojego ojca w czasach mojego dzieciństwa.

– Papugą – odpowiedział świeżak, z przekonaniem godnym lepszej sprawy. Anetka spojrzała na niego zachęcająco. – Bo jestem kolorowy… – zawahał się, jakby poruszył drażliwy temat. – No i dużo gadam…

Rzuciłem mu przelotne spojrzenie i szybko zrozumiałem, do czego nawiązywał. Miał podwinięte rękawy koszuli, co nie dziwiło w gorącym jak piekło sierpniu, a jego skórę od nadgarstków po łokcie zdobiły tatuaże. Anetka uśmiechnęła się – przysiągłbym, że uwodzicielsko.

Marta pociągnęła mnie wprost do kuchni, gdzie czekała już reszta zespołu. Zwyczaje najwyraźniej nie zmieniły się od mojej poprzedniej wizyty, bowiem Joanna Malinowska właśnie kończyła parzyć kawę dla wszystkich. Obrzuciłem wzrokiem pomieszczenie, w którym prawdopodobnie wciąż brakowało niektórych elementów wyposażenia, co wywnioskowałem po Janku Ratajczyku mieszającym kawę widelcem.

– To naprawdę pan komisarz? – szepnęła Malinowska, bezwiednie opierając się na przesadnie wysokim słupku prawego buta, przez co jej włosy wywinęły kolorowe salto.

– Komisarz Dembski we własnej osobie! – wykrzyknął Ryszard Jebut, patrząc na mnie jak na gaśnicę w akwarium. – Myśleliśmy, że to tylko pogłoski…

– Zenobiusz – przedstawiłem się, usiłując dostosować swoje dotychczasowe zwyczaje do miejscowej etykiety.

– Zenek – skorygowała Marta, jakby moje prawo do decydowania o własnej tożsamości zniknęło wraz z przekroczeniem magicznej granicy szklanych drzwi tego biura.

– To doprawdy zaskakujące – dodał po chwili Marcin Polakiewicz, czym wprawił mnie w osłupienie. Zapamiętałem go jako osobliwie nieśmiałego gościa. Widocznie coś się jednak zmieniło od tego czasu.

Zatrudniłem się w korpo nie dlatego, bym uważał to miejsce za jakąś ziemię obiecaną. W przeciwieństwie do sporej części społeczeństwa zdążyłem się już przekonać, że ta lukrowana rzeczywistość to tak naprawdę gówno zawinięte w papierek od cukierka. Skojarzenie to nasunęło mi na myśl landrynki, a te z powrotem papierosa. Chrząknąłem dla zajęcia czymś gardła, czym przywołałem wzrok siedzącego w kącie Andrzeja Głąba. Świetnie, teraz już nie przestanie się na mnie gapić. Odwzajemniłem spojrzenie tylko po to, by stwierdzić, że jego ciało wciąż wysyła nieskładne sygnały. Kończyny nadal żyją własny życiem, jakby oddzielone od tułowia, uśmiech przypomina raczej udar niż sympatię, a oczy – jakby pozbawione umiejętności mrugania – wpatrują się we mnie odrobinę za długo.

To właśnie Andrzej był powodem, dla którego zatrudniłem się w korpo. Podczas rozwikływania zagadki tajemniczej śmierci Niny Fischer, managerki Gamteku, natknąłem się na ślady działalności szajki handlującej ludzkimi organami. Od tamtego czasu rozpracowywaliśmy szajkę z pomocą uwikłanej w jej działalność lekarki medycyny sądowej, Żanety Zarzyckiej. Nina Fischer w przeszłości odebrała jej męża, a Andrzejowi Głąbowi – ojca. Śledztwo ciągnęło się rok, aż wreszcie dotarliśmy do punktu, w którym brakowało nam już tylko jednego dowodu. I to właśnie tutaj, w firmie zatrudniającej Głąba, zamierzałem go znaleźć. Musiałem jednak zaczekać na stosowny moment, ponieważ wszystkie stanowiska w Gamteku były obsadzone, a każdy pracownik zespołu księgowości – podejrzany. Gdy fuzja wreszcie doszła do skutku, policja zrobiła swoje. Oficjalnie wyleciałem jak dzik z lasu, to jest zostałem dyscyplinarnie zwolniony, a nieoficjalnie działałem pod przykrywką. Oczywiście była to przykrywka wątpliwej jakości, skoro w Gamteku znali mnie wszyscy pracownicy, musiałem jednak odegrać swoją rolę – policjanta wyrzuconego ze służby, któremu zostało już tylko korpo. Co zresztą w ostatnim roku okazało się nieco bardziej skomplikowane: automatyzacja i przejęcia procesów przez firmy z tańszych rynków pracy znacznie podwyższyły wstępne wymagania. Gdyby nie interwencja moich przełożonych, nie wiem, czy dostałbym tę pracę. A gdyby nie fuzja, być może nawet policja nie zdołałaby się dogadać z firmą.

Rozejrzałem się spokojnie po kuchni, sącząc kawę podsuniętą mi pod nos przez Malinowską. Nie byłem już gościem, a jedynie szeregowym klepaczem, więc nie należała mi się kawa dla zarządu. W efekcie omal się nie poplułem po upiciu pierwszego łyka.

– A ten kubek to dla kogo? – spytałem, spoglądając na naczynie wypełnione czymś przypominającym przecier z banana.

– Dla pana życia, śmierci i premii uznaniowych – mruknęła w odpowiedzi Herman, nie kryjąc obrzydzenia. Rzuciłem jej zachęcające spojrzenie, aby kontynuowała. – Dla Cytrusa.

– Dla kogo? – dopytałem z przejęciem, bo obecność nowego członka zespołu mogła skomplikować moje plany.

– Cytrus to nowy pełniący obowiązkimenadżera – wyjaśnił Ryszard, przeciągając każdą głoskę w słowach „pełniący” i „obowiązki”. W mig pojąłem, że to nie żaden awans, a zesłanie na korporacyjną Syberię. Pewnie obiecano mu stanowisko, jeśli się dobrze sprawdzi.

– Ale dlaczego Cytrus? – mimowolnie wyrwało mi się z ust.

– Bo nazywa się Banach.

Mój wzrok musiał wyrażać więcej niż tysiąc słów, bo siedzący w kącie Janek postanowił się nade mną ulitować.

– W poprzednim dziale nazywali go Bananem, co miało go obrażać. Dlatego tu dla odmiany ochrzciliśmy go Cytrusem.

– Chociaż banan bardziej odpowiada kształtem temu, co pełniący obowiązki nam przypomina… – rzuciła Malinowska, w zamian doczekując się gromiącego spojrzenia Marty.

– Aśka, przecież to nie wypada!

– Nie wypada to dobrze założona plomba w zębie – odcięła się Malinowska, wyjątkowo odporna na gromy. – Nie patrz tak na mnie!

– Z moralnych wyżyn wyglądasz marnie – sarknęła Herman.

– Och, mogłaś sobie darować!

– Mogłam, ale nie chciałam – Marta odwróciła się na pięcie i sięgnęła do lodówki.

Przez krótką chwilę panowała cisza, która wystarczyła do zastanowienia się nad tym, po co przyszedłem. Naprawdę cieszyłem się na rozpracowanie szajki. Miałem ku temu nie tylko zawodowe, ale i prywatne powody. Szybko jednak odegnałem myśl o swojej nieżyjącej córce, której organy posłużyły komuś do nielegalnego przeszczepu. Nie chciałem teraz rozmyślać o Kasi. Największym zadośćuczynieniem dla niej będzie złapanie winnych. Jeżeli chciałem znaleźć ostatni dowód, to musiałem być profesjonalistą.

Ogarnąłem spojrzeniem zebranych i zacząłem analizować sytuację. Strawberries Company przejęło produkujący prezerwatywy Gamtek, który z kolei został kiedyś kupiony od polskiej firmy GUMTECH, zajmującej się produkcją rękawiczek do celów medycznych. Istniała spora szansa, że pracownicy są już zniechęceni do zmian i zabraknie im zapału, by uczestniczyć w tym procesie. Może znów zaczną narzekać na korporację, a ja – jako umiejętny słuchacz – wykorzystam te ich emocjonalne problemy w celach śledczych. Szczególnie interesował mnie przeniesiony karnie do działu księgowości inżynier, którego z jakiegoś powodu nie zwolniono nawet po odejściu Niny Fischer. A raczej zejściu Niny Fischer. Musiałem być jednak ostrożny. Andrzej jako jedyny wiedział, że jestem świadomy roli, którą odegrał w jej morderstwie. Jego niezmienna obecność w tym dziale mogła dowodzić, zgodnie z tym, co mi dotychczas przekazano, że prędzej cię z tramwaju wyrzucą niż z korporacji. Mogła też jednak sugerować coś zupełnie innego, że wszyscy w tym dziale są zamieszani w handel organami. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę trudności, jakie wskutek automatyzacji spadły nagle na młodych chcących spróbować swoich sił w tym środowisku. Poprzeczka zawisła wysoko i nie wystarczyło już tylko dobrze władać angielskim. Czy tam być młodym i dynamicznym. Może więc wylecenie z korpo także przestało być takie trudne, a mimo to obecni przed dwoma laty pracownicy wciąż tu byli?

Przedłużającą się ciszę przerwało trzaśnięcie szufladą, z której Ryszard wyjął nóż do masła. Zupełnie nic sobie nie robiąc z konwenansów, zaczął nim jeść jogurt w taki sposób, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. Wtedy sobie uświadomiłem, że zespół jednak nie był w pełnym składzie.

– Gdzie jest… ten Czech? – spytałem, nie mogąc sobie przypomnieć nazwiska.

– Michał Novák? – podsunęła usłużnie Herman. – Już tu nie pracuje.

– Wielka szkoda – odpowiedziałem, choć w duchu byłem wdzięczny, że nikt nie będzie już rzucał losowych dat w równie nieprzewidywalnych momentach. – A co się stało?

– Jak to co? – zdziwiła się, spoglądając na mnie zezem kierowniczym. – Był stażystą, teraz mamy nowych stażystów.

– Stażystów? W liczbie mnogiej? – zaniepokoiłem się nieco, bo większa liczba pracowników mogła utrudnić realizację moich planów.

– Zenku – rzuciła pieszczotliwie, jakby zamierzała mnie właśnie przekonać, że moja opinia jest dla niej ważna. – Tu i tak jest mała rotacja jak na korporację. Dwa lata i tylko jeden pracownik wymieniony. No, może dwóch, jeśli liczyć obecność Cytrusa…

Przypomniałem sobie o premiach, które pracownicy otrzymywali w zamian za nieopuszczanie stanowisk pracy. Ciekawe, jak długo obowiązywała ich ta umowa. Wbrew temu zadałem jednak inne pytanie.

– A właśnie, jeśli można wiedzieć, skąd się wziął pan Cytrus?

– Po prostu Cytrus, Zenku. My sobie tutaj nie mówimy na „pan”. Jesteśmy…

– …femili – dokończyłem za nią, bo nie zdzierżyłbym, gdyby powiedziała to choćby jeszcze raz.

– Cytrus wziął się ze Strawberries Company – odpowiedziała mi Malinowska. – Z pewnością przysłali go tu na zwiady; będzie zdawał raporty z postępów przejęcia. My już to znamy. Za czasów Gamteku przerobiliśmy te wszystkie procedury.

Rozmowę przerwało wejście do kuchni rozpromienionej Anetki. Po raz pierwszy widziałem ją w czymś innym niż spodnie narciarskie, na szyi wciąż jednak miała wielki krzyż, a jej ciemnych warkoczy nie powstydziłaby się z pewnością nawet Roszpunka. Uwagę zwracały jednak przede wszystkim jej nogi – zgrabne, jakby niepasujące do reszty. Zamierzałem się właśnie przywitać, gdy Anetka zrobiła coś dziwnego. Obute w wysokie czółenka stopy zatrzymały się przy zlewie, a ich właścicielka chwyciła gąbkę do naczyń i obmyła nią obcas. Następnie odłożyła gąbkę na miejsce i opuściła kuchnię w towarzystwie filiżanki. Pierwsza odezwała się Aśka.

– O czym to ja…

– Cytrus – wyszeptałem w skupieniu, kodując w głowie zakaz używania zmywaka. – A co się stało z panem Januszem?

– Ach, pan Janusz jest na zwolnieniu lekarskim – odpowiedziała mi mechanicznie Marta, jakby wciąż próbowała otrząsnąć się ze sceny, która rozegrała się na jej oczach. – Och, jest i Cy… Roman. Jest i Roman.

W drzwiach kuchni stanął właśnie krępy mężczyzna, którego fryzura przypominała końcówkę banana. Usiłowałem go sobie wyobrazić jako cytrynę, ale z tym obrazem współgrała tylko jego kwaśna mina. Rozpromienił się dopiero na widok przygotowanego przez Malinowską koktajlu.

– Roman – przedstawił się, podając mi lewą rękę, bo w prawej trzymał już kubek. Odpowiedziałbym tym samym, gdyby dał mi na to więcej niż trzy sekundy. – Mam dla was wspaniałą wiadomość.

Aśka przewróciła oczami, a Marta chwyciła się ścianki z kartongipsu. Przez chwilę obawiałem się, że będziemy musieli wnioskować o jej naprawę, co w korpo wiązało się zapewne z długą procedurą. Po chwili jednak to na mojej twarzy wykwitło największe zaskoczenie pomieszane z niepokojem, ponieważ bomba spuszczona przez Cytrusa istotnie komplikowała moje plany.

– Jak wiecie, po przejęciu firmy przez Strawberries Company dołączy do nas kilka osób z mojego dawnego zespołu. Oprócz nowych stażystów w liczbie trzech, których zatrudnienie zawdzięczamy wsparciu HR-ów przez Anetkę, wśród nas pojawią się także Marlena i Agatha. To najlepszy moment na wsparcie integracji, więc szefostwo postanowiło przeznaczyć środki na wyjazd integracyjny. Wyjeżdżamy w czwartek, dlatego radzę wam szybko zdecydować, gdzie chcecie się integrować – zakończył i sekundę później już go nie było. Przewidywane konsekwencje runęły mi w głowie Niagarą, ale szybko przerwał je komentarz Ryszarda:

– Aż mi się jogurt z wrażenia rozwarstwił…

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Podziękowania