Vicious Seduction - Jill Ramsower - ebook
NOWOŚĆ

Vicious Seduction ebook

Jill Ramsower

4,4

321 osób interesuje się tą książką

Opis

Oran

 

Lina Schultze to pionek.

 

Lśniący kawałek plastiku, który wykorzystam w moim planie zemsty. Uwiodę ją, a później zamierzam się chełpić nowym nabytkiem przed jej byłym – Lawrence’em Wellingtonem – kimś, kogo chcę zniszczyć.

 

Gdy ukończę moją misję, pozbędę się Liny. Ona stanie się najłatwiejszym i… najprzyjemniejszym elementem nadchodzącej zemsty. I zamierzam się przy tym posunąć do użycia siły.

 

Lina

 

Oran Byrne nie ukrywa swoich intencji – posunie się do wszystkiego, by mnie zdobyć.

 

Jest taki sam jak każdy bogaty, uprzywilejowany dupek. Ale mnie nie zna. Widzi tylko ładny przedmiot, którym ma ochotę się pobawić, a potem go wyrzucić.

 

Nikt mnie nie docenia. Wróciłam do Klubu Olympus, bo miałam powód, i nie pozwolę, żeby coś mnie powstrzymało, a już na pewno nie jakiś kłamliwy kryminalista.

 

Jeżeli Oran myśli, że padnę mu w ramiona, to czeka go ogromne rozczarowanie.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (7 ocen)
6
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pink_love_book

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra historia ❤️
00
Monika280789

Nie oderwiesz się od lektury

👍
00



Tytuł oryginału: Vicious Seduction

Copyright © Jill Ramsower 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Mieczkowska

Korekta: Anna Grabowska, Emilia Ziarnik, Monika Baran

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-503-2 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Epilog

Epilog bonusowy

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 1

Lina

Nurkowie uczą się spowalniać tętno do zaledwie jedenastu uderzeń serca na minutę. Usłyszałam o tym w jakimś filmie dokumentalnym w telewizji i mnie to zafascynowało. Gdybym tylko skupiła się na nim na tyle, żeby zapamiętać, jak uzyskują taką kontrolę.

Moje serce waliło tak zapamiętale, jakby zaraz miało połamać żebra.

To kara za dobrowolny powrót do Klubu Olympus, czyli owianego tajemnicą placu zabaw dla najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w mieście. Moje serce bynajmniej nie cwałowało z ekscytacji. Doskonale wiedziałam, że „bogaty” i „wpływowy” to po prostu kulturalne określenia uprzywilejowanych, hedonistycznych palantów, którzy zawsze sięgają po to, czego chcą, nie zważając, kogo stratują po drodze.

Byłam tego świadoma, bo sama urodziłam się w ich świecie.

Wiedzą o klubie dysponowały najbardziej elitarne kręgi towarzyskie, pozostali mieli jej naprawdę odrobinę. Nie zmieniało to faktu, że wielu pragnęło do niego należeć. Byli tacy, którzy zrobiliby dosłownie wszystko, żeby przedostać się za masywne, mahoniowe drzwi – o czym wolałabym aż tak dobrze nie wiedzieć.

Miałam szczęście, bo już kilka razy odwiedziłam klub jako gość z mężczyzną, z którym od kilku miesięcy się spotykałam, czyli z Lawrence’em Wellingtonem, magnatem transportu morskiego i jedną z najlepszych partii spośród „dojrzałych kawalerów” nowojorskiej socjety. Miał syna niewiele młodszego ode mnie, ale nie miałam okazji go poznać. Na szczęście Lawrence nie wyglądał na swój wiek. Nadal miał bujne, ciemne włosy, tylko na skroniach tknięte siwizną, i regularnie ćwiczył, żeby utrzymać formę.

Rozwijał naszą pączkującą relację zaskakująco wolno. Nie byłam pewna, czy był ostrożny, czy po prostu z zasady obojętny wobec wszystkiego, co nie prowadziło do zwiększania wpływów. Nie żeby mu ich brakowało. Roztaczał aurę władzy, która unosiła się wokół niego niczym chmura pyłu nad pędzącą przez pustynię kawalkadą. Otaczający go ludzie reagowali tak, jak gdyby ta atmosfera potęgi lasowała im mózgi, zaczynali idiotycznie trajkotać albo zasypywać go komplementami.

Wiedziałam, że Lawrence przywykł do tego rodzaju zainteresowania, więc bałam się, że gdy spróbuję zwrócić na siebie jego uwagę, to nawet na mnie nie spojrzy. Postawiłam więc na większą powściągliwość i zadziałało. No, oprócz tego miała w tym swój udział moja ciesząca się sporym powodzeniem fizjonomia – blond włosy, niebieskie oczy, pełne usta i posągowa sylwetka ciągnąca się od długich nóg do wydatnej piersi. Wszystko naturalne. To zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Gdzie się nie pojawiałam, przyciągałam spojrzenia. Wolałabym być niewidzialna, jednak genów sobie nie wybieramy. Ale nie mogłam też bez przerwy narzekać, bo wygląd pomagał mi równie często, jak przeszkadzał.

Tego wieczoru w pełni go wykorzystałam. Szkarłatna suknia ciasno otulała moje ciało, z tyłu miała rozcięcie po sam tyłek. I musiało ono zostać idealnie wymierzone, bo gdyby było odrobinę większe, to suknia by się ze mnie zsunęła. Spięłam włosy w stylową górę loków, żeby odsłonić kark i podkreślić dekolt.

Z mojego doświadczenia wynikało, że mężczyźni uwielbiali widok kobiecej szyi. Delikatność i wrażliwość od zawsze kusiły drapieżników. W tym przypadku z przyjemnością wcieliłam się w ofiarę.

Żeby zagwarantować sobie sukces, pomalowałam usta i paznokcie na idealny odcień karmazynu. Jeżeli wcześniej jeszcze nie wszyscy się na mnie gapili, to teraz już na pewno to robili. Wyglądałam, jakbym szła po czerwonym dywanie na oscarową galę, i choć była zwykła środa, to przecież mówimy o Klubie Olympus, a w Olympusie każdy wieczór jest jak wielka gala.

– Co myślisz o kaczce? – zapytał Lawrence, opierając się na krześle i sącząc wino. – W zeszłym tygodniu za długo ją piekli.

Wytarłam usta lnianą serwetką, nie pozostawiając na niej nawet śladu szminki, po czym położyłam tkaninę obok pustego już talerza.

– Nie była zła i dobrze pasowała do wina, które wybrałeś. – Upiłam łyk. – Dziś karty?

– Gdybym obrobił kogoś z pieniędzy przy stoliku, to może dałoby się przymknąć oko na nie do końca udany dzień w pracy. – Dopił wino, wstał i pomógł mi podnieść się z krzesła.

Sala jadalna była niewielka i niezbyt tłoczna. W Olympusie wszystko wydawało się intymne, a zarazem bogate, to dzięki ciemnym barwom i akcentom ciepłego światła. Klub reprezentował nowoczesną wersję bogactwa starego świata: drewniany wystrój z kamiennym wykończeniem został złagodzony miękką skórą i welurem, ale nie w nadmiernie zdobnym stylu z przeszłości. Tu wszystko zostało zaprojektowane z wyczuciem i prostą elegancją. Musiałam przyznać, że dekoratorzy wnętrz wykonali świetną robotę.

Naprzeciwko sali jadalnej mieściła się sala gier, gdzie towarzystwo mogło rozmawiać i zabawiać się po posiłku. Już czterokrotnie Lawrence zaprosił mnie do klubu na kolację i za każdym razem na gości czekały stoły do pokera. Dziś cztery były obsadzone, został więc tylko jeden.

Lawrence położył dłoń na moich lędźwiach i przesunął ją do przodu, na talię, co oznaczało „stop”. Zerknęłam na niego i zauważyłam ze zdumieniem, że wykrzywia wściekle usta.

Z tego, co wiedziałam, Lawrence Wellington nie okazywał żadnych emocji.

– Co się stało? – zapytałam dyskretnie.

– Wygląda na to, że obniżyli standardy przyjęć i zaczęli wpuszczać plebs.

Podążyłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam dwóch mężczyzn rozmawiających przy stole. Jeden miał brodę, iście profesorską muchę i imponującą zaczeskę. Drugiego widziałam tylko z profilu, ale tyle wystarczyło, by ocenić, że jest nieziemsko przystojny. Miał ostro zarysowaną szczękę, masywne czoło, a nad pełnymi ustami, których dolna warga była wydatniejsza niż górna, nos o idealnych proporcjach. Jego ciemne włosy były zaczesane do tyłu, z fryzury nie wystawał nawet jeden niesforny kosmyk, a czarny smoking, który idealnie układał się na rozłożystych barkach, został zapewne uszyty na zamówienie przez bardzo wprawnego krawca. Nie określiłabym go jako kogoś z plebsu, bo sądząc po diamencie wielkości gumy do żucia błyszczącym na jego małym palcu, to na biedę na pewno nie narzekał. Ciekawe, dlaczego Lawrence wyraził się o nim z takim niesmakiem.

– Zawsze możemy wyjść – powiedziałam z nadzieją, że może w końcu zaprosi mnie do siebie. Spotykaliśmy się od trzech miesięcy i jeszcze ani razu nie zabrał mnie do domu.

– Nie. Nikt nie przegoni mnie z tego klubu ani z żadnego innego miejsca. – Poprowadził nas do stołu miarowym, pewnym krokiem.

Zerknęłam na Lawrence’a ponownie i uświadomiłam sobie, że ten młodszy, przystojny mężczyzna wzbudza w nim gniew. Interesujące.

– Wellington, dobrze, że przyszedłeś – odezwał się ten brodaty. – Poznaj Orana, jest dziś z nami pierwszy raz. Właśnie wstąpił do klubu.

Wspomniany Oran wstał, żeby się z nami przywitać, i niemal jęknęłam na jego widok. Już z profilu prezentował się imponująco, ale od przodu wyglądał niczym doskonały okaz męskości. Wysoki okaz. Przywykłam do tego, że mogłam patrzeć mężczyznom prosto w oczy. Bez przesadnych szpilek byłam o dwa centymetry wyższa od Lawrence’a, a ten szarooki Adonis musiał mieć przynajmniej metr dziewięćdziesiąt pięć i każdy centymetr emanował męską pychą.

Boski i dziany. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie usłyszał słowa „nie”.

Wręcz mnie odrzucał.

– Znam rodzinę Byrne’ów. Jesteś Byrne’em, prawda? – Lawrence miał o kilka dobrych centymetrów mniej, ale i tak udało mu się spojrzeć na niego z góry. Co było prawie imponujące.

– Owszem. – Mężczyzna ciął mnie wzrokiem, zarzucił na mnie niewidzialne lasso, zaciągnął mi je w pasie i wycisnął całe powietrze z płuc. – Oran Byrne. – Wyciągnął do mnie rękę.

Zrobiłam to samo, bo nie chciałam być niegrzeczna, ale czułam się fatalnie z tym, że gdy musnął ustami moje knykcie, poczułam ciepło na policzkach.

– Do usług – wymamrotał, cały czas patrząc mi w oczy. Ujmował moją dłoń nieco dłużej, niż wypadało.

Lawrence natomiast cały czas trzymał dłoń na moich plecach. Czy Byrne tego nie widział? Za kogo się uważał, że śmiał zachowywać się tak jawnie uwodzicielsko na oczach mojego towarzysza?

– Lina Schultze – odpowiedziałam z chłodnym uśmiechem.

Wellington przyciągnął mnie do siebie, jakby chciał przypomnieć, że rości sobie do mnie prawa.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że rozważają nadanie ci członkostwa w klubie.

– Nie rozważają. To już załatwione. Dziś jestem tu pierwszy raz jako oficjalny członek Klubu Olympus.

– Z pewnością istnieją… stosowniejsze grupy towarzyskie dla ludzi z twoimi zamiłowaniami.

Z jego zamiłowaniami? Co Lawrence sugerował? Kim był ten cały Oran Byrne?

Oran zareagował tak miażdżąco atrakcyjnym uśmiechem, że aż usłyszałam, jak dookoła pękają gumki w damskich majtkach.

– Nie zapędzajmy się, Lawrence. Wcale aż tak dużo nas nie dzieli.

Mój partner się żachnął, a Oran podniósł rękę.

– To co powiesz na to? Niech karty zadecydują. Jeżeli wygrasz, zrezygnuję z członkostwa i więcej mnie tu nie zobaczysz.

Dotyk ręki Lawrence’a zniknął. Mój towarzysz zadarł wyżej podbródek.

– A jeśli ty wygrasz?

Oran wbijał we mnie spojrzenie. Pomyślałam, że jeszcze mógłby zażądać mnie w nagrodę. Absurdalna myśl. Nawet nie wiem, skąd się wzięła, podobnie jak to ukłucie rozczarowania, gdy tak się nie stało.

– Jeżeli ja wygram, to omówisz ze mną pewną propozycję biznesową. – Oran w końcu zechciał przenieść wzrok na swojego rozmówcę.

Ja też spojrzałam na Lawrence’a. Nawet brodaty nieznajomy, który przez całą ich rozmowę milczał, wydawał się z zafascynowaniem czekać na odpowiedź.

Lawrence uniósł kącik ust w półuśmieszku.

– Wygląda na to, że nie mam nic do stracenia. – Odsunął sobie krzesło i zasiadł do stołu.

Ja sięgnęłam do krzesła obok i wtedy moja dłoń zderzyła się z dłonią Orana. Złapał ją silnymi palcami, zanim zdążyłam cofnąć rękę.

– Proszę pozwolić. – Okazywał mi jawną i przesadną uprzejmość, przez co atmosfera w pomieszczeniu jeszcze bardziej zgęstniała.

Puścił i odsunął mi krzesło, ale najpierw musnął mnie zmysłowo kciukiem po wewnętrznej stronie ręki. Nikt inny nie zauważył tego drobnego ruchu, ale ja miałam wrażenie, że rozebrał mnie nim do naga, rozłożył na stole i przeciągnął językiem po cipce. Nie miałam pojęcia, że dłoń może dać tak erotyczne doznania.

Natomiast Oran doskonale wiedział, co robi. Cień uśmieszku na jego ustach nie pozostawiał co do tego wątpliwości.

Moje nogi zrobiły się nagle niepewne jak u nowo narodzonej sarenki, usiadłam więc czym prędzej, zanim ktoś zauważyłby, co się ze mną dzieje. Otaczający mnie mężczyźni nie byli jedynymi ludźmi szkolonymi w utrzymywaniu nienaruszonej fasady. Obdarzyłam Orana drobnym, nieco lekceważącym skinieniem głowy i odwróciłam się do swojego partnera – jedynego mężczyzny w tej sali, który zasługiwał na całą moją uwagę.

Ktoś musiał tylko przekazać tę wiadomość mojemu sercu, bo ono znów pomknęło sprintem, przekonując, że muszę ratować życie i rzucić się do ucieczki.

Może faktycznie tak było.

Sądząc po otaczającym mnie napięciu, trafiłam w sam środek zawodów o to, kto ma większego. Lawrence siedział po mojej prawej, Oran… nieco za blisko… po lewej. Tkwiłam między nimi jak kawałek pysznego mięsa.

– Panowie, proszę wnieść stawki – oznajmił krupier.

Oran przesunął na środek stołu trzy różowe żetony. Każdy miał wartość dziesięciu tysięcy dolarów. Lawrence pokazał nadzorcy stołu, żeby podał mu żetony, które zostaną odliczone z jego konta w klubie. Niedbale rzucił trzy na stół, jakby wcale nie były warte tyle co auto średniej klasy.

Testosteron wiszący w powietrzu zatykał mi płuca.

Liczyłam, że wieczór potoczy się inaczej, ale teraz nie było już odwrotu. Pojawienie się Orana pokrzyżowało mi plany, mogłam więc tylko wziąć głęboki oddech i śledzić przebieg przedstawienia.

Rozdział 2

Oran

Opanowanie Liny było imponujące, ale mogłem się tego spodziewać. Tylko królowa śniegu potrafiłaby być na tyle lodowata, by spotykać się z człowiekiem pokroju Wellingtona.

Zachowywała się nieskazitelnie obojętnie. Była jak ożywiona Barbie, która powstała po to, żeby inni ją podziwiali i się nią bawili. W sumie szkoda. To tak, jakby ktoś otworzył starannie zapakowany prezent świąteczny, ale nic nie znalazł w środku, a trzeba przyznać, że jej opakowanie wyglądało świetnie. Przypominała mi pin-upowe modelki z lat 50. – Lina wyglądała jak Marilyn Monroe z najintensywniejszymi niebieskimi oczami, jakie w życiu widziałem. I ten jej głos. Boże jedyny, co za głos. Dzięki naturalnej chropowatości każde jej słowo brzmiało, jakby szeptała naga w ciemności.

Biorąc pod uwagę to wszystko, przy niej każdy facet zapomniałby, jak się nazywa.

Jednak ja wiedziałem z doświadczenia, jak zwodnicze bywają pozory. Kobieta, z którą się ożeniłem, też wydawała się wygranym losem na loterii. Może nie była tak ponętna jak Lina, ale na tyle pociągająca, że zdołała uśpić moją czujność i dać poczucie złudnego bezpieczeństwa. Moja już wkrótce była żona dała mi cenną lekcję: ładne opakowanie potrafi wywieść człowieka na manowce. Caitlin wyglądała i zachowywała się jak wzorowa żona przez bity rok, a potem dowiedziałem się, że jest pierdoloną wariatką i zdrajczynią.

Nasze małżeństwo zostało zaaranżowane, więc to nie tak, że budowaliśmy je na solidnym fundamencie lojalności, ale i tak dałem się podejść. Moi krewni dokopali się do jej tajemnic i teraz Caitlin siedziała za morderstwo. To był naprawdę pojebany łańcuszek wydarzeń, ale przypomniał mi, żeby nigdy nie spuszczać gardy. Zdrowy sceptycyzm mógł uratować życie. Zapamiętam tę lekcję na długo.

Lina też coś planowała. Założę się o własne życie.

Jej motywy prawdopodobnie były prostsze – szukała kogoś, kto będzie finansował jej wystawny styl życia, ale to i tak ukryty cel. Co mnie cieszyło. Kimś takim płytkim jak Lina będzie mi łatwiej manipulować, kiedy już udowodnię, że jestem równie wpływowy jak jej obecna ofiara, a do tego staje mi bez niebieskiej tabletki. Nie mogłem pojąć, jak ktoś tak młody i atrakcyjny mógł dojść do wniosku, że pierdolony Lawrence Wellington to dla niej najlepsza opcja. Przecież mógłby być jej ojcem. Trąciło mi to kompleksem tatusia.

Zaangażowanie Liny natomiast wyglądało na zaskakująco zdecydowane. Kiedy usiadła przy stole, nie umknęło mi, jak się ode mnie odwróciła i zwróciła ciało bardziej w stronę Wellingtona. Gdyby nie delikatnie pulsujący punkt u podstawy jej szyi, mógłbym nawet zakwestionować to, czy moja kampania, mająca na celu uwiedzenie tej kobiety, zakończy się powodzeniem.

Lina dobrze grała swoją rolę, ale człowiek nigdy nie zdoła całkowicie pokonać własnej fizjologii. Teraz, gdy już wiedziałem, jak duże zrobiłem na niej wrażenie, byłem gotów ruszyć na wojnę, którą zakończę dopiero wtedy, gdy będzie przede mną klęczeć, błagając o mój dotyk. Dopiero wtedy, gdy zapomni, że ktoś taki jak Lawrence Wellington w ogóle istnieje.

Rozdział 3

Lina

Powiedzieć, że atmosfera była napięta, to nic nie powiedzieć. Lawrence i Oran przez bitą godzinę podchodzili się od każdej strony przy pokerowym stole. Żaden nie wstał z krzesła, ale obaj wyruszyli na łowy.

Oglądałam ich jak zafascynowana. Zwłaszcza Orana. Starałam się nie poświęcać mu uwagi, a jednak jego motywy wzbudzały we mnie nieposkromioną ciekawość. Naprawdę zrezygnuje z członkostwa, jeśli przegra? Czy to jakiś maczystowski sposób na zbudowanie sobie reputacji w klubie, czy może faktycznie zależało mu na jakimś interesie z Lawrence’em? A jeżeli to drugie, to dlaczego chciałby współpracować z człowiekiem, który ewidentnie ma o nim niskie mniemanie?

Dziwne to wszystko, tym bardziej że Oran przez cały czas był zupełnie niewzruszony. Jakby to on nie miał nic do stracenia, a nie jego rywal. Grał tak samo jak on – odważnie, nie dbał o konsekwencje. Stawiał tak ryzykownie, że Lawrence gromadził przed sobą coraz okazalszą kupkę żetonów.

Niedługo później Lawrence przyparł go do muru. Wyczuł odpowiedni moment i postawił wszystko. Oran musiał wybrać: spasować i zachować szansę na odkucie się w następnym rozdaniu albo też zagrać va banque.

Pozostali klubowicze machnęli ręką na swoje rozgrywki i zbili się wokół stołu. Ich szepty niosły się jak trzaski iskier w naelektryzowanym pomieszczeniu. Oddychałam coraz płycej, nerwy zawiązały mi trzewia w supeł.

Znowu nie zdołałam się powstrzymać i zerknęłam ukradkiem na mężczyznę po lewej decydującego właśnie o swoim losie. Przeszło mi przez myśl, że może być trochę szurnięty. Wyglądał na zupełnie niewzruszonego, jakby nawet nie odnotował, że stopniowo traci pieniądze, a zaraz może się pożegnać także z członkostwem w klubie. Zależało mu na tym w ogóle? Nie wiedział, jak trudno się tu dostać?

Oranowi nawet się włos nie zmierzwił, a na czole nie zabłyszczała ani jedna kropla potu. Można by pomyśleć, że grał o jakieś drobniaki, a nie o miejsce pośród najbardziej wpływowych mieszkańców miasta. Jego postawa była niewiarygodnie imponująca albo przeraźliwie niestabilna. A może po trosze taka i taka.

– Zawsze mogę zapisać się do innego klubu – powiedział leniwie Oran, a potem przesunął wszystkie swoje żetony na środek stołu.

Lawrence, podobnie jak kilku widzów, wciągnął powietrze, a po sali rozszedł się chór szeptów.

– Panowie. – Krupier pokazał, żeby gracze odsłonili karty.

Na twarzy Lawrence’a zakwitł uśmiech jak u Kota z Cheshire. Położył na stole dwie damy i trzy siódemki – full. Znowu rozległy się szmery.

– I tak nie pasowałeś do Olympusa. Gdzie indziej będzie ci lepiej.

Oran się skrzywił i pokiwał smutno głową.

– Możesz mieć rację. – Położył swoje karty i powoli je rozsunął, ukazując wszystkim pokera, czyli pięć kolejnych kart w jednym kolorze. – Ale zamierzam tu jeszcze zostać.

Wygrał. Skurczybykowi się udało.

Pomieszczenie eksplodowało okrzykami niedowierzania i śmiechem.

Lawrence zerwał się na równe nogi, cały czerwony.

– Nie będę tolerował oszustwa! – warknął nad moją głową na siedzącego dalej mężczyznę.

Odsunęłam powoli krzesło, bo poczułam się jak chybotliwe ogrodzenie, oddzielające lwa od obiadu.

Oran, cały czas zrelaksowany, też odsunął się od stołu i swobodnie zarzucił nogę na nogę. Choć znajdował się niżej, to fakt, że nie wstał, dodawał mu w tej sytuacji autorytetu, o czym dobrze wiedział. Oran potrafił odnajdywać się w skomplikowanych sytuacjach towarzyskich, zwłaszcza konfliktowych. Ciekawe, jak często w takich uczestniczył.

– Jak sam powiedziałeś na początku, tak naprawdę nie przegrałeś. Chciałem tylko, żebyś mnie wysłuchał, ale skoro to dla ciebie taka wstrętna perspektywa – obrzucił mnie cwanym spojrzeniem – to w zamian zawsze możesz mi oddać Linę. – Jego baryton przypominał powabny kaszmir, którym popieścił mnie po skórze.

Jednak gdy dotarło do mnie, co powiedział Oran, wyprostowałam się jak struna. Tak bardzo mnie zaskoczył, że nie tylko jego bezczelność, lecz także wstyd z powodu mojej niewystarczającej reakcji odebrały mi mowę.

– Przesadziłeś… – syknął Lawrence przez zęby.

Oran uniósł uspokajająco rękę.

– Przepraszam. Po prostu pomyślałem, że dam ci alternatywne rozwiązanie. Wyglądasz na człowieka, który lubi mieć kilka opcji do wyboru.

Lawrence tak mocno zacisnął wargi, że zrobiły się prawie niewidoczne.

– Przyjedź pod sto sześć przy Siedemdziesiątej Pierwszej Wschodniej. Jutro o dziewiątej. Dostaniesz dziesięć minut i ani sekundy więcej. – Wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. – Chodź, Lina.

Ostatni raz spojrzałam kątem oka na Orana. Pieprzony cwaniaczek siedział sobie, uśmiechając się półgębkiem i patrzył mi prosto w oczy, jakby wiedział, że złowi mój wzrok.

Cóż za irytująca arogancja. Łobuzerski, wesoły błysk w jego oczach sprawiał, że miałam ochotę wrzeszczeć z rozdrażnienia, bo dodawał mu piękna.

Co było ze mną nie tak, do cholery? Dlaczego pociągał mnie facet, który przed chwilą chciał ze mnie zrobić nagrodę za wygraną w karty? A co z nim było nie tak, że w ogóle przyszło mu do głowy składać takie propozycje?

Bezczelność to za słabe określenie.

Był tylko zapatrzonym w siebie, pretensjonalnym egocentrykiem o arogancji zawodowego polityka.

Gdy szłam za Lawrence’em do windy, miałam ochotę tupać ze złości. On – sztywny i zamknięty w sobie – był chyba równie wzburzony.

– W komisji musieli oszaleć, że go tu przyjęli – mamrotał, gdy zjeżdżaliśmy. – Ale przyznam, że odrobinę mnie zaciekawił.

Nie zdziwiło mnie to. Pewnie zobaczył w Oranie siebie sprzed dwudziestu lat.

– Kto to jest? – Nie mogłam się doczekać, aż zadam to pytanie, ale dopiero teraz miałam okazję.

– Jego rodzina to najsilniejsza grupa irlandzkich… przedsiębiorców w mieście. – Lawrence przytrzymał mi drzwi windy.

Przedsiębiorców? Miał na myśli zorganizowaną przestępczość? Oran był z irlandzkiej mafii?

Jezu, coraz lepiej.

Nic dziwnego, że wydawało mu się, że zasady go nie obowiązują. Choć po prawdzie można by to odnieść do wszystkich członków Olympusa. Kiedy tak o tym myślałam, to nie licząc łatki, którą mu przypięli, Oran chyba niczym nie różnił się od pozostałych. Wielu z rzekomo najporządniejszych obywateli miasta to cholernie szemrane typy. Mafia przynajmniej nie udawała.

Zżerała mnie ciekawość, ale nie chciałam denerwować Lawrence’a dodatkowymi pytaniami. Musiałam skupić się na rozładowaniu sytuacji i na swoich celach.

Podeszliśmy do czarnego Lincolna, w którym czekał szofer. Gdy Lawrence otworzył mi tylne drzwi, to zamiast wsiąść, odwróciłam się do niego twarzą. Powoli wygładziłam klapy jego marynarki i spojrzałam na niego spod wachlarza rzęs.

– Przykro mi, że wieczór nie potoczył się po twojej myśli. Fatalnie, że muszę cię zostawić w kiepskim nastroju.

No dawaj, Larry. Zaproś mnie do siebie.

Spotykaliśmy się od niemal trzech miesięcy, a on wciąż mnie do siebie nie zabrał. Musiałam mu oddać, że zachowywał się jak stuprocentowy dżentelmen, co doprowadzało mnie do pierdolonej pasji.

Lawrence ujął moją twarz w dłoń i powoli przesunął mi kciukiem po dolnej wardze. Już zaczęłam się ekscytować, że może w końcu coś się wydarzy, ale nagle zrzedła mu mina i twarz okryło jakby… rozczarowanie? Dlaczego? W zasadzie podałam mu się na srebrnej tacy. Niebieska tabletka na niego nie działała? Bo jeśli nie o to chodziło, to skąd ta mina?

– Jeżeli chcesz pomóc, mogłabyś przyjechać do mnie jutro przed dziewiątą. Skoro muszę ponownie oglądać tego człowieka, to niech i on przynajmniej popatrzy na to, czego nie może mieć.

W końcu. Promyk nadziei, że nasza relacja dokądś zmierzała. Pierwsza oznaka zaborczości Lawrence’a.

– Z przyjemnością. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Przywieźć ci kawę? A może coś słodkiego?

– Wstaję wcześnie, więc to nie będzie konieczne. A teraz wsiadaj, bo zamarzniesz. Nie chcę, żebyś się przeze mnie rozchorowała.

Dałam mu całusa w policzek i wypełniłam polecenie. Kilka minut później wysadził mnie pod moim apartamentowcem. A przynajmniej on tak myślał. Powiedziałam mu, że tu mieszkam, ale tak naprawdę miałam mały pokój w znacznie starszym budynku obok. Budynku, który choć mieścił się w dynamicznie gentryfikującej się i rozkwitającej dzielnicy, nie został jeszcze wyremontowany.

Zaczekałam w lobby, aż samochód Lawrence’a zniknie z pola widzenia, po czym wyszłam z efekciarskiego, nowego wieżowca i pobiegłam naprzeciwko, do reliktu minionej epoki nazywanego przeze mnie domem. Nasz budynek nie robił na nikim wrażenia, ale przynajmniej mieliśmy windę. Była stara, wydawała się ciut niebezpieczna i, jak na mój gust, nieco za mocno trąciła moczem. Ale gdy mieszka się na ósmym piętrze, to się nie wybrzydza, no chyba że woli się zasuwać schodami.

– Kochanie, wróciłam! – zawołałam nieco zmęczonym tonem, gdy po otwarciu drzwi zobaczyłam skuloną przed telewizorem Jessę. Boże, zazdrościłam jej. Oddałabym lewy cycek, żeby móc dziś posiedzieć w wygodnych kapciach na kanapie, zamiast pływać pośród rekinów w Olympusie.

– Jak ci minął wieczór? – zapytała z uśmiechem.

– Chyba nieźle.

– Nie wierzę, że widujesz się z tym kolesiem już trzy miesiące i jeszcze tu nie przyszedł.

To uwierz, bo on nigdy tu nie przyjdzie.

– No, ceni sobie prywatność. – Mieszkałyśmy razem od lat, więc Jessa znała mnie całkiem nieźle, ale nie byłyśmy jakoś bardzo blisko. Prawdopodobnie z mojej winy. W kontaktach międzyludzkich byłam bardziej powściągliwa niż większość ludzi, za to pasowałyśmy do siebie jako współlokatorki. Jessa znała pewne strzępki mojej przeszłości… wystarczająco dużo, żeby na ich podstawie stworzyć ogólną jej wizję. Wiedziała też, że rodzina, z którą nie utrzymywałam kontaktu, ponownie w tej wizji zagościła, ale nie dopuszczałam jej do szczegółów, bo wolałam udawać, że ta część mojego życia nie istnieje, z Lawrence’em i Olympusem włącznie. – I to nikt na stałe, wierz mi. – Rzuciłam torebkę na stolik kawowy i zdjęłam szpilki. – A tobie jak mija wieczór?

– Sama widzisz.

Przygarbiłam się i odetchnęłam głęboko.

– Szczęśliwa z ciebie dziwka.

Wybuchnęła śmiechem i rzuciła we mnie poduszką.

– Sama zrezygnowałaś z podobnego szczęścia. Wcale nie musiałaś wychodzić.

Mój uśmiech przygasł. Jakże się myliła.

– Chyba nie… – Rozpięłam sukienkę i odwróciłam się plecami do współlokatorki, bo nie chciałam, aby zauważyła, że posmutniałam. Nie mogłam nic na to poradzić. Jej słowa przypomniały mi, jak ograniczony miałam wybór.

Jednak lamentowanie nad moim położeniem sprawiało, że tylko bardziej nienawidziłam samej siebie.

To moja wina… Byłam winna wszystkiego, co się stało, więc też sama musiałam to naprawić. Narzekanie nic mi nie da.

Przebrałam się w piżamę i usiadłam przy maszynie do szycia stojącej pod oknem. Główna przestrzeń dzienna, jak na nowojorskie standardy, była u nas rozległa. To dobrze, bo służyła mi za sypialnię, garderobę i biuro, a także za salon, kuchnię i jadalnię. Jessa miała malutki, odrębny pokoik i płaciła dodatkowo za ten luksus. Mnie zaś tak bardzo pochłaniała kariera projektantki, że rozkładana sofa w zupełności mi wystarczała.

– Pracujesz dziś jeszcze? – zapytała, wyłączając telewizor.

– Tak, chcę przed snem jeszcze trochę pogrzebać przy tej sukience. – Poza tym szycie działało na mnie terapeutycznie. Gdy oczyszczałam umysł, żeby skupić się na delikatnych ściegach i szwach, wszystkie troski gdzieś wyparowywały. Kiedy szyłam, byłam wolna, a właśnie wolności było mi teraz trzeba.

– Nieźle. Ja idę do łóżka.

– Dobranoc, Jess.

– Dobranoc.

Włączyłam lampkę roboczą i pozwoliłam, żeby cały zewnętrzny świat się rozmył. Dobrze znałam to wrażenie – było moją ulubioną chwilą każdego dnia. Tyle że tym razem jakoś nie mogłam oczyścić umysłu. Gdy przyglądałam się kosztownemu niebieskiemu aksamitowi, przypomniał mi się granatowy połysk smokingu Orana. Ta myśl wytworzyła fantomowy dotyk na samym środku mojej dłoni, ten zaś przeistoczył się w dreszcz obejmujący całe ciało.

Ten facet to chodzący seks. Był bezczelnie uwodzicielski. Nieznośnie czarujący. Jak żywa wersja przerysowanego bohatera komedii romantycznej, tyle że może bez komedii, bo mógł okazać się niszczycielską siłą, a w tym nie było nic śmiesznego. Horyzont przyćmił mrok huraganu Oran – huraganu o sile, która pozwoliłaby mu się wpisać w piątą kategorię, najwyższą.

Weź się w garść, Lina. Musisz go ignorować.

Dostałam pierwsze zaproszenie do posiadłości Wellingtona. Nie mogłam zmarnować tej okazji, choćby zamiast Orana miał przyjechać tam sam papież. Liczyło się tylko towarzystwo Lawrence’a. Oran Byrne był pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia.

Oran Byrne nie mógłby być pozbawiony znaczenia, choćby sam chciał.

Cholera, chyba czekały mnie kłopoty.

Rozdział 4

Oran

Wyszedłem na balkon biura, grudniowe powietrze kąsało mocno, ale łyk dwustuletniej whiskey odpowiedział równie mocno. Lubiłem oba rodzaje pieczenia. Pomagały mi utrzymać skupienie, a właśnie tego teraz potrzebowałem.

Dziś postawiłem pierwszy ważny krok w realizacji swojego planu. Musiałem dopilnować, żeby wszystko poszło idealnie, i nie mogłem sobie pozwolić na żadne rozpraszacze, jak na przykład krystaliczne spojrzenie pewnej królowej lodu, o której najwidoczniej nie umiałem zapomnieć. Powinienem był właśnie przerabiać różne scenariusze i przygotowywać się na jutrzejsze spotkanie, tymczasem mój mózg dał się zainfekować ciekawością na temat Liny i jej relacji z Wellingtonem.

Spędziłem obok niej przy stole dobrą godzinę i z każdą chwilą byłem bardziej zaintrygowany. Wydała mi się inteligentną, pewną siebie i przenikliwą kobietą. Oczywiście to tylko pierwsze wrażenie, ale ja rzadko się przy nim mylę. Dlaczego więc, do jasnej cholery, taka boska kobieta prowadzałaby się z typem pokroju Wellingtona?

Zerknąłem do internetu i na szybko ustaliłem, że Lina też pochodzi z bogatej rodziny. Rzecz jasna to nie oznaczało, że sama jest bogata albo że ma jakiś spadek, ale czy Wellington naprawdę był jej niezbędny? Jeżeli nie pieniądze, to co mogło nią kierować?

Na pewno kompleks ojca. Bo cóż innego?

Prawie było mi jej żal. Prawie.

Każdy wynosił z młodości jakieś kompleksy, a ona miała forsę na jebanego terapeutę. Powinna skorzystać z pomocy, zamiast kręcić się wokół dwa razy starszego faceta. A jeśli nie, to przynajmniej mieć na tyle oleju w głowie, żeby przykleić się do kogoś w miarę przyzwoitego. Wellington nawet nie odsunął jej krzesła. A gdy zasugerowałem, że mógłby mi ją oddać na noc – tylko po to, żeby sprawdzić jego reakcję – to przez ułamek sekundy rozważał ten pomysł. Widziałem to w jego oczach. Pewnie przegapiłbym ten przelotny błysk, gdybym go nie wypatrywał.

Co za pierdolone prosię.

Nie mogłem się doczekać wyrazu jego zarozumiałej mordy, gdy rozpierniczę mu całe to imperium frachtowe i tak uwalę go brudem, że ludzie będą mijali Wellingtona łukiem szerokim na tysiąc kilometrów.

Tak będzie. Już niedługo.

Linę też mu zabiorę, choć zdecydowanie widać było, że nie jest jego prawdziwą miłością. Facet miał ego dyktatora, więc chciałem mu dokopać na każdej możliwej płaszczyźnie.

Śmierć byłaby zbyt łaskawa. Wellington musiał swoje odcierpieć.

Umożliwiał handel sekstowarem. Wiedział, że jego syn to jebany psychopata, który dręczy i morduje kobiety, a jednak, zamiast go powstrzymać, umożliwiał mu tuszowanie chorych fetyszy. Jego ofiarą padła moja znajoma – dziewczyna pracująca w jednym z naszych klubów. Gdy dowiedziałem się, jaką rolę odegrał w tym stary Wellington, postanowiłem się zemścić. Musiał zapłacić za swoje czyny równie boleśnie jak ludzie, którzy przez niego ucierpieli. Zamierzałem smakować każdą sekundę jego upadku i dopiero gdy uderzy o dno i już w pełni zda sobie sprawę, jakim fiaskiem okazało się całe jego życie, zastanowię się, czy mu nie ulżyć i chuja nie zabić. Oczywiście powoli i boleśnie.

***

Posiadłość Wellingtona była surową pamiątką zamierzchłych czasów. Jako jedna z niewielu dobrze zachowanych jednorodzinnych willi w ekskluzywnej dzielnicy Lenox Hill miała kamienną fasadę z rzeźbionymi zdobieniami, które musiały kosztować fortunę nawet wtedy, gdy powstawały.

Wiele podobnych budynków zostało zmodernizowanych albo zapuszczonych tak, że nadawały się już tylko do rozbiórki. Posągowe domostwo Wellingtona wyglądało niemal równie świeżo jak sto lat temu i nawet często padający tu deszcz nie złagodził złowieszczości tego miejsca.

Rozumiałem, dlaczego je wybrał. Mnie wręcz obrzydzało, ale fakt, że wybór padł na ten dom, zupełnie mnie nie dziwił. Nikt nie podważyłby reputacji człowieka posiadającego takie bogactwo oraz taką pamiątkę przeszłości.

Pierdolony narcyz.

Kiedy zadzwoniłem, otworzyła niska, starsza i uśmiechnięta pani.

– Mogę w czymś pomóc?

– Tak, jestem umówiony z panem Wellingtonem.

– Jak się pan nazywa?

– Oran Byrne.

Kiwnęła głową i odsunęła się, żeby mnie wpuścić.

– Pan Wellington oczekuje pana. Proszę zaczekać tam, w saloniku, a wkrótce do pana dołączy.

Odebrała ode mnie zroszony deszczem, ciężki, wełniany płaszcz i powiesiła go na zdobnym wieszaku przy drzwiach. Wnętrze spełniało oczekiwania, które rozbudziła fasada budynku. Marmurowa podłoga ułożona w szachownicę była wypolerowana. Okazałe spiralne schody oplatały bok okrągłego pomieszczenia, a ozdobne, żeliwne tralki podtrzymujące poręcz ustępowały jedynie misternym sztukateriom poniżej. Każda ściana była wykończona złotą boazerią, a żyrandol mógłby należeć do samego Rockefellera.

Nie szczędzono tu pieniędzy. Nie pominięto żadnego szczegółu.

Salonik po prawej wyglądał podobnie. Nawet wysokie sufity zdobiły misternie dopasowane sztukaterie, a wielkie, pałacowe okna były zasłonięte satynowymi zasłonami z frędzlami. Mogliby tu otworzyć muzeum. Dom bez wątpienia robił wrażenie… i chyba trudno byłoby mi sobie wyobrazić gorsze miejsce do codziennego życia.

Obchodziłem właśnie pomieszczenie, gdy nagle część ściany się otworzyła i wyleciała zza niej zdyszana Lina. Wpadła na mnie z impetem, po czym odskoczyła zdumiona. Złapałem ją, żeby nie trafiła z powrotem do czegoś, co wyglądało na ciasny buduar.

W tym momencie zauważyłem, że Lina była cała mokra.

Aksamitna bluzka barwy kości słoniowej przywierała do niej niczym druga skóra, ujawniając koronkowe szczegóły czarnego stanika. Lina miała rozchylone usta, wilgotne włosy, zlepione w grube strąki i patrzyła na mnie wielkimi niebieskimi oczami. W życiu nie widziałem niczego seksowniejszego.

Jezus Maria, ja pierdolę.

Rozdział 5

Lina

– Możesz już puścić. – Dlaczego, do cholery, zabrzmiałam, jakbym właśnie przeżyła orgazm życia? Jakby brakowało mi tchu, jak gdybym nie dowierzała. Jakbym, że tak powiem, konała z zachwytu. Zdecydowanie nie tak powinnam była brzmieć, wpadając w ramiona Orana Byrne’a.

W jego towarzystwie moje ciało uruchamiało jakiś odrębny rozum.

Zazwyczaj udawałam nieporuszoną, jak zawodowiec, ale dziś straciłam całą formę przez pieprzonego dostawczaka z kawą. Żakiet, który włożyłam rano, może i nie był idealny na deszcz, ale radziłam sobie dobrze, dopóki ciężarówka wielkości dziecięcego resoraka nie przejechała na pełnym gazie przez kałużę tuż przy krawężniku, wystrzeliwując na mnie strumień wody, który przemoczył mnie do suchej nitki. Od tego czasu nie udało mi się odzyskać równowagi.

– Zaufaj mi… – odmruknął mrocznie. – Doskonale wiem, co mogę, a czego nie mogę robić.

Zabrał ręce dopiero po kilku ciągnących się niczym wieczność sekundach. Jakby chciał się upewnić, że zrozumiem, że puszcza mnie, bo tego chce, a nie dlatego, że go o to poprosiłam. Dopiero gdy jego dłonie zniknęły, zdałam sobie sprawę, jakie były ciepłe. Ich brak sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.

A może to moje ciało zareagowało na jego przytłaczającą bliskość?

Oran puścił mnie, ale się nie cofnął. Jeśli już, to miałam wrażenie, że bardziej się zbliżył… Czułam emanujące z niego ciepło, które było tuż poza moim zasięgiem. Już wcześniej moje twarde sutki się naprężały, by dosięgnąć tego ciepła.

W tym momencie przypomniałam sobie o swojej bluzce, która była tak przemoczona, że równie dobrze mogłabym stanąć przed Oranem naga.

– Dotykać – oświadczyłam niczym władczyni każdego ze stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów swojego wzrostu, biorąc się pod boki.

– Słucham? – Oderwał swoje płynne, szare spojrzenie od mojej piersi i popatrzył mi w oczy.

– Tego nie możesz robić. Może i masz prawo sobie popatrzeć, ale nie możesz… dotykać. – Nie ugięłam się. Nie zamierzałam pozwolić, żeby ten albo jakikolwiek inny mężczyzna sobie pomyślał, że może mnie zastraszyć.

– A Lawrence? On może sobie dotykać?

– To, co robimy z Lawrence’em, to nie twój interes.

Z głębi jego piersi poniósł się gromki pomruk rozbawienia.

– A co, jeśli sprawię, że to będzie mój interes?

Czułam, że chce mnie sprowokować, ale jego słowa nabrały drapieżnego tonu, głębokiego tembru, który skojarzył mi się z pomrukiem głodnego, dzikiego kota. Dlaczego jego głos musiał być tak cholernie uwodzicielski?

Moje serce skoczyło nierówno, aż zakręciło mi się w głowie. Chciałabym wierzyć, że to przez tę groźną nutę w jego głosie, ale przecież to kłamstwo. Oddychałam płytko, bo nagle wyobraziłam sobie, jak rżnie mnie na ścianie, jak obejmuję go nogami w pasie. Ta wizja wyglądała tak ultra realistycznie, jak gdyby była wspomnieniem, ale przecież nigdy nie byłam z tym facetem. Zapamiętałabym.

– Stałbyś się niemile widzianym intruzem. – Próbowałam za nim nadążyć, ale moje myśli rozpierzchły się na wszystkie strony.

Podniósł rękę tak wolno, że miałam całą wieczność, żeby pomyśleć, co zamierza z nią zrobić. W końcu jego knykcie nawiązały kontakt z moją szyją. Wykonał nimi dynamiczniejszy ruch w górę, przez co kropla wody przeniosła się na jego skórę. Patrzyłam oniemiała, jak zlizuje ją nieśpiesznym ruchem języka.

– Kłamczucha… – bardziej westchnął, niż powiedział, i to słowo było jak dotyk piórka na skórze.

– Kim ty jesteś? – zapytałam, także wzdychając, bo niemal straciłam głos.

– Będę, kim zechcesz i dopóki będziesz mnie chciała.

Nie miałam czasu na przetrawienie tej propozycji, bo w holu rozległ się odgłos kroków. Rzeczywistość oblała mnie niczym kubeł lodowatej wody, chluśniętej na moje zmarznięte ciało. Odskoczyłam i w pośpiechu schyliłam się po mały ręcznik, który wcześniej wypadł mi z dłoni.

– Lina? Co ci się stało, na miłość boską? – Lawrence stanął po drugiej stronie pomieszczenia i zrobił wielkie oczy.

– Kiepski system odprowadzania wody w mieście i bezmyślny kierowca, to mi się stało. Właśnie się wycierałam, ale przyszedł Oran. – Zostawiłam Byrne’a samego i ruszyłam przez salonik do Lawrence’a, który marszczył czoło z dezaprobatą.

– Myślałem, że może mogłabyś do nas dołączyć, ale nie w takim stanie. Nie możesz biegać mokra, jest za zimno. Chyba powinnaś wrócić do siebie i się przebrać.

Uśmiechnęłam się uspokajająco.

– Przyjechałam do ciebie z tak daleka. Już się wytarłam, nic mi nie będzie. – Z całych sił starałam się nie szczękać zębami, ale dreszczu, który przebiegł mi od barków i dotarł aż do stóp, już nie mogłam pohamować.

Lawrence pokręcił głową i zacisnął usta.

– Dlaczego kobiety zawsze muszą być tak cholernie uparte? Poszukaj Hannah. Może da ci coś do przebrania. – Spojrzał ponad moim ramieniem na Orana. – Moje biuro jest tam.

– Sekundę. – Oran minął mnie i wyszedł do holu. Wrócił ze swoim płaszczem w dłoniach. – Zanim zamarzniesz na śmierć… – burknął szorstko, narzucając mi na ramiona wełnianą tkaninę.

– Dziękuję.

Mruknął coś jeszcze i wrócił do Lawrence’a. Wyczułam, że jest rozdrażniony, ale nie wiedziałam dlaczego. Czy to nie on jeszcze kilka minut wcześniej dosłownie mi się zaoferował? I wcale nie musiał mi dawać tego płaszcza. Poradziłabym sobie bez niego.

Moim ciałem, które jakby obruszyło się, że nie mam racji, szarpnął kolejny dreszcz.

– Tak, tak, już rozumiem, potrzebuję tego zasranego płaszcza…

Rany boskie, ten facet robił mi taki mętlik w głowie, że zaczynałam gadać do siebie na głos. Skoro już i tak zachowywałam się niedorzecznie, to równie dobrze mogłam zaciągnąć się głębokim aromatem sandałowca, który osiadł na tkaninie płaszcza.

Boże, jak to dobrze pachniało. Jakon dobrze pachniał.

Sumienie zalało mnie falą kwaśnych wyrzutów. Dlaczego marnowałam czas, zachowując się jak kipiąca hormonami nastolatka? Musiałam przestać się opieprzać. Lawrence pierwszy raz zaprosił mnie do domu i zostawił mnie samą, choć nie wiadomo, na jak długo. Musiałam jak najlepiej wykorzystać ten czas… rozejrzeć się, zobaczyć, czego uda mi się dowiedzieć, byle szybko.

Musiałam zdobyć jego zaufanie. Musiał mnie wpuścić za swoje bariery. Jeżeli znajdę cokolwiek, co przyśpieszy ten proces, odniosę wielkie zwycięstwo. Kończył mi się czas. Desperacja, która pożerała mnie od miesięcy, z każdym dniem słabła, przeradzając się w przygnębiającą beznadzieję.

Odzyskałam skupienie, odwiesiłam płaszcz Orana na haczyk, być może z nieco większą agresją, niż powinnam była, po czym wbiegłam majestatyczną klatką schodową na drugie piętro. Zaraz wrócę, bo biorąc pod uwagę to, jak rozdrażniony był wczoraj Lawrence samym widokiem Orana, to nie sądzę, żeby chciał go długo słuchać.

Zajrzałam do pierwszego pokoju, na który się natknęłam. Podejrzewałam, że należał do syna Lawrence’a, który niedawno się wyprowadził. Nie miałam okazji go poznać i chyba na dobre mi to wyszło. Stetson był mniej więcej w moim wieku i mogłoby się zrobić niezręcznie.

Zorientowałam się, że nie miał z ojcem dobrych relacji. Stetson wyjechał dwa miesiące temu i od tego czasu nie odwiedził Lawrence’a. A może cynizm zabarwiał moje spojrzenie na tę sprawę. Doskonale rozumiałam, że dziecko może chcieć uciec od rodziców.

Pokój nadal był ozdobiony pamiątkami związanymi z hokejem na trawie, ale brakowało w nim jakichś zdjęć czy innych osobistych rzeczy. Prawdopodobnie je zabrał. Nie miałam czasu na przetrząsanie szuflad, ale wbiłam sobie do głowy, żeby zapytać Lawrence’a o syna. Rodzice z zasady lubili gadać o swoich dzieciach, nieważne, czy z dumą, czy z rozdrażnieniem. To powinno ułatwić mi nawiązanie rozmowy.

Podeszłam do zamkniętych drzwi naprzeciwko. Wystarczył rzut okiem, by się zorientować, że pokój był rzadko używany. Podczas gdy u Stetsona stały tradycyjne meble, ale w nowoczesnym stylu, to to pomieszczenie stanowiło hołd dla przeszłości. Każde zdobienie wyglądało na oryginalne, w niektórych elementach wystroju były wytłoczone złote liście. Gdybym tu zamieszkała, co rano budziłabym się z wrażeniem, że gram w Downton Abbey.

Na końcu korytarza znajdowało się przytulne pomieszczenie rodzinne z wielkim telewizorem i nieustępującym mu rozmiarem narożnikiem. Wszystko wyglądało tam na profesjonalnie zaprojektowane, to najnowocześniejszy pokój, jaki dotąd tu widziałam. Parter domu pieczołowicie utrzymywano w oryginalnej formie.

Czułam, że sekundy przemykają mi przez palce jak krople wody, pobiegłam więc na drugą stronę korytarza, ale znalazłam tam tylko trzy kolejne, w zasadzie puste pokoje gościnne i schody na trzecie piętro, którego nie miałam czasu dziś odkrywać.

To miał być przełom, a gówno się dowiedziałam.

Miałam ochotę wrzeszczeć z frustracji, ale zabrnęłam już tak daleko i nie mogłam tego zniszczyć chwilową utratą kontroli. Uspokoiłam się i cichaczem wróciłam na dół, żeby poszukać gosposi. Gdy przyjechałam, musiałam pobiec do łazienki, żeby się osuszyć, więc zabrakło mi czasu, by porozmawiać z tą kobietą. Ale jeżeli ktoś mógłby mi coś powiedzieć o gospodarzu tego domostwa, to właśnie ona.

Znalazłam swój cel w kuchni – Hannah kroiła warzywa przy zlewie.

– Dzień dobry. Hannah, mam rację?

– Och! Tak, proszę wejść. Właśnie nastawiam zupę na wieczór. Pomyślałam, że to idealne danie na taki deszcz.

Skrzywiłam się.

– Tak, z tego, co słychać, dalej leje. Nie mogę uwierzyć, że przyszłam taka przemoczona.

Hannah pokręciła surowo głową.

– Niemądrzy kierowcy, zawsze myślą tylko o sobie. Kilka tygodni temu jeden taki prawie mnie przejechał na skrzyżowaniu. W głowie się nie mieści.

Oparłam się o wyspę i uśmiechnęłam smutno.

– Wszyscy dziś tacy zaganiani, to cud, że się w tym wszystkim jeszcze nie pogubiliśmy.

– To prawda – zgodziła się równie melancholijnie.

– Pewnie tu cicho, odkąd Stetson się wyprowadził. – Złapałam wieko, które przede mną uchyliła, i próbowałam wyrwać ze środka jakiekolwiek informacje na temat syna Lawrence’a.

Hannah odwróciła wzrok, powiedziałabym, że przezornie. Wyczułam, że ciepła osobowość wcale nie świadczyła o tym, że gosposia chętnie paple. Co nie znaczyło, że nie warto było spróbować.

– Miał swoje mieszkanie w mieście, więc zbyt wiele się nie zmieniło. Poznała go pani, zanim się wyprowadził?

– Nie, niestety nie, ale mam nadzieję, że wkrótce uda się to nadrobić.

– Byłoby miło. Też nie mogę się doczekać, kiedy przyjedzie.

– Może, jeżeli obie poprosimy, Lawrence go sprowadzi.

– Och, nie. – Spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś skandalicznego. – Nie zawracałabym im głowy czymś tak błahym. Nie narzekałam też, że nawet nie miałam okazji pożegnać się ze Stetsonem. Wygłaszanie oczekiwań to nie moja rola.

Dzieciak się wyniósł i nawet nie wpadł się pożegnać? Dziwne. Ja w dzieciństwie uwielbiałam naszą gosposię. Byłam z nią bliżej niż z matką.

Miałam wrażenie, że Hannah była z nimi od dawna. Myliłam się?

– Zgaduję, że pracujesz dla Lawrence’a już jakiś czas, prawda? – Podeszłam do niej, zebrałam obierki marchewki i wyrzuciłam je do kosza.

– Och, nie musi pani tego robić!

– To żaden problem. Lubię pomagać.

– Cóż, dziękuję. – Wydawała się speszona, odniosłam wrażenie, że rzadko ma kontakt z rodziną zamieszkującą ten dom. – Wygląda na to, że jest pani dobrze zaznajomiona z kuchnią.

– Zawsze byłam uparcie samodzielna. Szybko zaczęłam sobie gotować. – O ile odgrzewanie ramenu w mikrofali można nazwać gotowaniem. Nabycie odpowiednich zdolności oraz narzędzi trochę mi zajęło, ale po jedenastu latach poza domem mogłam powiedzieć, że czuję się w kuchni raczej pewnie.

Hannah nie odpowiedziała, a dociekanie wydawało się nie na miejscu, więc nie powtórzyłam pytania.

– Mieliśmy gosposię, która nauczyła mnie tego i owego. Gdy wyprowadziłam się na swoje, sprawdziłam te nauki w praktyce.

– Młodemu człowiekowi nigdy nie zaszkodzi nauczyć się trochę zaradności. – Mówiła coraz bardziej babcinym tonem i wyczułam, że nieraz podnosiła ten argument w rozmowach z pracodawcą.

– Zgadza się. Nigdy nie wiadomo, jaką kłodę życie rzuci nam pod nogi. – Przekonałam się o tym na własnej skórze.

W korytarzu poniosło się echo męskich głosów.

– Chyba skończyli. Lepiej tam wrócę.

– Dziękuję za odwiedziny, miło było spędzić parę chwil w kobiecym towarzystwie – powiedziała konspiracyjnym szeptem.

– Oczywiście. Oby do rychłego zobaczenia. – Uśmiechnęłam się ciepło i wróciłam do holu, gdzie Lawrence zamykał właśnie drzwi za Oranem. – I jak poszło? – zapytałam, wciąż się uśmiechając.

– Trudno powiedzieć… – mruknął roztargniony, a potem zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. – Dalej masz na sobie to mokre ubranie. Chodź, odwiozę cię do domu. I tak muszę jechać do biura.

Ramiona nieco mi opadły. Liczyłam na to, że chociaż zajrzę do jego biura, ale tego w domu… Wyobrażałam sobie, że to będzie coś w rodzaju jego świątyni.

– Byłoby miło – odparłam z wymuszonym uśmiechem.

Nie zdobyłam niczego konkretnego, ale i tak należało uznać poranek za udany. Rozejrzałam się po posiadłości i porozmawiałam chwilę z gosposią. To duży krok we właściwym kierunku.

A co do Orana to udowodnił, jak groźnym rozpraszaczem uwagi może się okazać. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczę.