The one that I want - Sandy Barker - ebook + audiobook

The one that I want ebook i audiobook

Barker Sandy

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Miłość ma smak kawy. Tylko że nie tej, którą zamówiłaś. 

Greta jest synonimem kobiety sukcesu. Piękna, pewna siebie, z wymarzoną pracą. Jest tylko jedna rzecz, której nie potrafi dowieźć – miłość. Wszystko zmienia się w dniu, gdy przez przypadkową pomyłkę w kawiarni wpada na Ewena, czterdziestolatka łudząco podobnego do znanego aktora. 

Szefowa Grety, przy wsparciu agencji Ever After, knuje misterny plan. Oficjalnie Greta ma napisać artykuł o randkowaniu i umówić się na dziesięć randek. Nieoficjalnie – zakochać się w jednym z mężczyzn. Na zabój. 

Kogo wybierze Greta: mężczyznę, za którym stoi rozum, czy tego, do którego rwie się serce? Czy Poppy, swatka do zadań specjalnych, po raz kolejny udowodni, że w swoim fachu nie ma sobie równych? 

The One that I Want to ciepła i błyskotliwa komedia romantyczna. Jeśli polubiłyście poprzednie części serii The Ever After Agency, w tej zakochacie się bez pamięci. Na zabój. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 28 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Skórska Angelika Kurowska

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
anka8661

Nie oderwiesz się od lektury

warto przeczytać
00



SANDY BARKER

The One That I Want

The Ever After Agency #3

Mojej najlepszej przyjaciółce Lindsey –

dziękuję, że nieustannie pozostajesz moją radosną,

kochającą, hojną, wyrozumiałą

i pragmatyczną ostoją.

ROZDZIAŁ 1

GRETA

To już dziś!

Pracuję w magazynie od dwunastu lat, a dzisiejszy dzień to najważniejszy moment mojej kariery: premiera mojego autorskiego wydania internetowego. No dobrze, nie do końca autorskiego – oficjalnie to część nowej platformy online magazynu „Nouveau” – ale traktuję je jak swoje dziecko. Sama je wymyśliłam, zaprojektowałam, skompletowałam zespół i zredagowałam każdy artykuł, doprowadzając projekt niemal do granic cyfrowego perfekcjonizmu.

Oczywiście, nie zrobiłam tego zupełnie sama. Choć „Nouveau Life” to moja wizja, nie zostałaby zrealizowana bez ciężkiej pracy starannie dobranego zespołu ani bez wsparcia mojej szefowej i mentorki, Anjali.

Ma nieco ponad czterdzieści lat, a jej zawodowe osiągnięcia są dla mnie czystą inspiracją. W wieku dwudziestu pięciu lat została redaktorką naczelną „Nouveau India”, trzy lata później przeniosła się do flagowej, brytyjskiej redakcji, a już po dwóch kolejnych latach objęła kierownictwo nad całym działem redakcyjnym.

To wtedy zatrudniła mnie, świeżaka po studiach, na stanowisku początkującej redaktorki. Byłam pełna zapału, ale zupełnie zielona. Wzięła mnie pod swoje skrzydła i nauczyła niemal wszystkiego, co dziś wiem o pracy w magazynie. Pokazała mi, jak wyznaczać trendy i być liderką branży, a nie tylko próbować nadążać za innymi. To dzięki niej – jej wsparciu i wierze we mnie – dziś, w wieku trzydziestu pięciu lat, osiągnęłam ten przełomowy moment.

Telefon wibruje, a ja widzę powiadomienie o nowej wiadomości. To mama.

Mama: Viel Glück, mein Liebling. Wir lieben dich!

Mama jest Niemką i choć mieszka w Wielkiej Brytanii od czterdziestu lat, a ja się tu urodziłam, zawsze pisze do mnie po niemiecku. Rozumiem ten język, ale poza podstawowymi zwrotami kiepsko mi idzie odpisywanie. Mam poczucie, że sprawiłam jej zawód tym, że nie jestem tak naprawdę dwujęzyczna.

Mimo to dobre życzenia od niej zawsze mnie cieszą. Tak samo jak to, że pisze, że mnie kocha.

Ja: Danke! :)

Po krótkiej odpowiedzi chowam telefon do torebki i staję naprzeciwko długiego lustra zawieszonego na drzwiach sypialni. Kiedy pracuje się w magazynie modowym, ale nie wygląda jak Kaia Gerber (ani jej mama), trzeba znaleźć własny styl.

Niektóre moje koleżanki zawsze są na bieżąco z najnowszymi trendami, ale ja wolę klasykę i elegancję, które lepiej współgrają z moją drobną, krągłą sylwetką. Jak mawiała Coco Chanel: „Jeśli ubierzesz się byle jak – zapamiętają sukienkę. Jeśli ubierzesz się perfekcyjnie – zapamiętają kobietę”. A ja właśnie taka chcę być – zapamiętana. Przede wszystkim jako bystra i świetna w swojej pracy.

Na dziś wybrałam sukienkę o kroju empire w kolorze gołębiej szarości, do tego dopasowaną marynarkę i srebrne szpilki Lorenza na dziesięciocentymetrowym obcasie (są znacznie bardziej wygodne, niż się wydają). Włosy w kolorze truskawkowy blond upięłam w niedbały kok, który wygląda naturalnie, choć w rzeczywistości zajęło mi to wieki. Makijaż jest subtelny, z wyjątkiem błyszczących ust w odcieniu brzoskwini.

Nie chwaląc się, wyglądam świetnie.

– Czas podbić świat prasy – mówię do swojego odbicia, unosząc podbródek.

Niektórzy uważają, że mówienie do siebie to dziwactwo albo oznaka szaleństwa. Ja uznaję to za jedną z moich supermocy.

***

Kiedy docieram do biura „Nouveau”, moja zastępczyni Bex wita mnie piskliwym okrzykiem, gdy tylko wychodzę z windy.

– Dzień dobry, Bex.

Rozemocjonowana podskakuje na palcach.

– Ale jestem podekscytowana! To będzie coś niesamowitego. A twoja stylizacja? Ogień! – dodaje, zanim zdążę odpowiedzieć. – Wyglądasz bardzo elegancko.

– Dzięki. To już za moment! – Gestem zachęcam ją, by ruszyła ze mną w stronę mojego gabinetu, a ona dopasowuje rytm kroków i trajkocze przez całą drogę.

Mówi głównie o statystykach w mediach społecznościowych, ale dociera do mnie tylko połowa jej słów, bo im bliżej jesteśmy mojego biura, tym bardziej wszystko zaczyna się wydawać nierealne.

Kiedy przemierzamy korytarze, współpracownicy posyłają mi uśmiechy, kiwają głowami, a niektórzy nawet puszczają oczko. Z drugiego końca pomieszczenia Roger z księgowości pokazuje kciuk w górę. Czy wszyscy księgowi noszą imię Roger? A może to wszyscy Rogerowie zostają księgowymi? – przebiega mi przez głowę absurdalna myśl.

– Greta! – Ivy Jones podbiega i przyciąga mnie do siebie w niezręcznym uścisku. – Tak się cieszę z premiery „Nouveau Life”! – mówi, gdy mnie w końcu puszcza.

– Och, dziękuję.

Ponieważ nigdy tak naprawdę nie współpracowałyśmy i w najlepszym razie łączą nas czysto zawodowe stosunki, jej entuzjazm brzmi trochę sztucznie.

– No i pamiętaj o mnie, jeśli będziesz szukała pomysłów. Mam ich mnóstwo.

Ach, więc stąd te wylewne gratulacje.

– Dziękuję, Ivy – odpowiadam.

– To było dziwne – szepcze Bex, gdy odchodzimy.

– Aha.

Kiedy przekraczam próg swojego biura, a Bex podąża tuż za mną, głowę nagle przeszywa mi ogłuszający szum. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.

– Bex, zamkniesz drzwi? – proszę.

– Jasne! – odzywa się radośnie.

Obchodzę biurko, opadam na krzesło i uruchamiam laptop. Bex stoi przy drzwiach i patrzy na mnie pytająco.

– Wszystko w porządku?

– Sama nie wiem – odpowiadam.

Szum się nasila, a serce wali mi jak szalone. Czy to atak paniki? Chwytam notes leżący na biurku i zaczynam się wachlować.

– Będzie świetnie, obiecuję – mówi wspierająco.

– Och, tak, bez wątpienia.

Spoglądam w jej stronę, a ona wciąż mi się przygląda ze zmarszczonymi brwiami.

– Potrzebujesz czegoś ode mnie? Albo od reszty zespołu? Już tu są. Właściwie to ja sama jestem tu już od siódmej.

– Od siódmej? – pytam zaskoczona.

Wzrusza ramionami.

– Wydaje mi się, że to z ekscytacji.

– Oczywiście. To wielki dzień także dla ciebie, zasłużyłaś na to – przyznaję, a jej twarz się rozpromienia. – I dziękuję, że pytasz, ale nie, niczego mi nie trzeba.

Ach, to musi być powód, dla którego czuję się tak dziwnie. Nagle nie mam nic do roboty. Premiera „Nouveau Life”, która pochłaniała mnie przez ostatnie miesiące, jest dopięta na ostatni guzik. Dzięki automatyzacji strona ruszy dokładnie o dziesiątej rano, a dziesiątki postów opublikują się na socjalach „Nouveau” bez kiwnięcia palcem.

A ponieważ nie muszę tworzyć cotygodniowych wpisów na blog ani pracować nad kolejnym numerem aż do popołudnia, przez najbliższą godzinę naprawdę nie mam nic do roboty (i to zupełnie dosłownie, bez cienia ironii).

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do dyspozycji pełną godzinę bez spotkania, telefonu czy maila do napisania albo bez artykułu do opracowania czy zredagowania. Teraz jestem już pewna, że to powód mojego rozstroju. Nie mam zajęcia. Rzucam okiem na zegar w rogu ekranu laptopa. Uch, do dziesiątej jeszcze ponad godzina.

Planując ten poranek, wyobrażałam sobie, że będę śledzić statystyki wejść na stronę, czytać komentarze czytelników i przyjmować gratulacje od kolegów i koleżanek z pracy. Anjali zarezerwowała dla zespołu „Nouveau Life” uroczysty lunch w Cicchetti, na który bardzo się cieszę, ale mając na uwadze swój stan, nie jestem pewna, czy dam radę przesiedzieć bezczynnie całe przedpołudnie. Zwłaszcza jeśli Bex ma zamiar nadal się na mnie gapić.

Z trzaskiem zamykam laptop i wstaję.

– Wychodzisz gdzieś? – pyta.

– Tak, po kawę! – oznajmiam, jakbym nagle przypomniała sobie o jej istnieniu. – Skoczę do tej nowej kawiarni na rogu, o której wszyscy mówią.

– Potowarzyszyć ci? – proponuje. – Albo mogę ci coś przynieść.

– Właściwie to wolałabym, żebyś została i, że tak powiem, pilnowała biura. Byłoby super.

Posyła mi dziwny uśmiech, nieco zdezorientowana, a ja przemykam obok niej, z laptopem pod pachą i torebką na ramieniu.

Jazda windą wydaje się trwać całą wieczność, podobnie jak przejście przez recepcję, ale gdy wychodzę z budynku „Nouveau”, od razu oddycham głęboko. Nagle nawet zapach spalin działa kojąco, podobnie jak szum samochodów na Strand, głównej ulicy w centrum Londynu.

Właśnie mam zamiar skierować swoje kroki w stronę kawiarni, gdy tuż przede mną zatrzymuje się srebrny Mercedes. Tylne drzwi samochodu się otwierają i wysuwa się długa noga w czerwonej, niebotycznie wysokiej szpilce, a zaraz potem z auta wysiada Anjali.

Fatalny moment na próbę ucieczki.

– Greta! – wita mnie ciepło. – Gratulacje z okazji dnia premiery!

– Dziękuję.

Zamyka drzwi samochodu i odgarnia za ucho falę czarnych włosów.

– Dokąd się wybierasz? – Zerka na mój laptop, a mnie od razu robi się głupio, że go ze sobą zabrałam.

– Wyskoczyłam tylko po kawę – odpowiadam, jakby to było zupełnie normalne.

– Wszystko w porządku?

Najwyraźniej nie, skoro wszyscy o to pytają… No dobrze, na razie tylko Bex i Anjali, ale coś musi być na rzeczy.

– Ach, tak, chyba tak.

– Nerwy? – pyta, przekrzywiając głowę.

– Możliwe.

– To zrozumiałe. I jesteś pewna, że podwójne espresso to w tej sytuacji najlepsze rozwiązanie? – Zawiesza głos, mrużąc oczy. – Żartuję – dodaje ze śmiechem. – Sama marzę o kawie. Idę z tobą. – Rozgląda się w obie strony. – Masz jakieś konkretne miejsce na uwadze?

– Myślałam o tej nowej kawiarni na rogu – mówię, wskazując kierunek skinieniem głowy.

– Idealnie. – Rusza pierwsza, a ja muszę przyspieszyć, żeby ją dogonić.

Obie mamy na sobie szpilki i widzę, że ona też nosi buty od Lorenza, ale jest ode mnie o dobre dwadzieścia parę centymetrów wyższa, więc jej kroki są znacznie dłuższe.

– Mam nadzieję, że stres cię nie pokona – mówi, gdy znów się z nią zrównuję. – Chcę, żebyś naprawdę się cieszyła tym dniem. W pełni na to zasłużyłaś. Choć kto jak kto, ale ja nie powinnam cię pouczać. Kiedy wspominam swoje przełomowe momenty w tej branży, wszystkie pamiętam jedynie jak przez mgłę. Ani się obejrzałam, a mijał tydzień i praca znów toczyła się swoim rytmem.

Mówiła mi już wcześniej, że ma tylko mgliste wspomnienia swoich pierwszych sukcesów. Zawsze otwarcie opowiadała mi o takich sprawach. Ale dzisiaj jej słowa nabierają dla mnie szczególnego znaczenia.

Docieramy do kawiarni, przewrotnie nazwanej The Daily Grind, a Anjali szeroko otwiera drzwi i je dla mnie przytrzymuje.

Wystrój jest przyjemny, choć trochę surowy – w skandynawskim klimacie, z przewagą jasnego drewna, z którego wykonano boazerię, ladę, stoły i krzesła – a roślin jest chyba więcej niż w centrum ogrodniczym. Powietrze musi tu być krystalicznie czyste.

Stajemy w kolejce, składamy zamówienie, a potem czekamy, aż bariści odprawią swoje czary przy ogromnym ekspresie. Patrzę na ich precyzyjne i rytmiczne ruchy, podczas gdy Anjali coś do mnie mówi, ale ja, zupełnie jak wcześniej przy rozmowie z Bex, nie rejestruję jej słów. Szum powraca.

Uśmiecham się i kiwam głową, udając, że słucham. Najwyraźniej wychodzi mi to całkiem nieźle, bo nagle słyszę:

– No i co o tym myślisz? – pyta Anjali. – Powinniśmy go zwolnić?

– Co? Zwolnić kogo?

Panika. W myślach robię przegląd wszystkich facetów, którzy raportują do Anjali. Nie mogę wymyślić, o kogo mogłoby chodzić, bo wszyscy świetnie wykonują swoją pracę.

– Kafelkarza.

– Ka…? Och, przepraszam.

Przechyla głowę. Wygląda na rozbawioną i skonfundowaną jednocześnie.

– Szczerze mówiąc, nie przyswoiłam ani słowa. – Pukam się w skroń. – Mam w głowie jakiś potworny hałas.

O rany, nie chciałam się do tego przyznawać. Choć i tak to mniej kompromitujące niż to, co palnęłam parę tygodni temu, kiedy razem pracowałyśmy do późna. Na samo wspomnienie robi mi się gorąco.

– To moja wina – mówi. – Chciałam odciągnąć twoje myśli narzekaniem na koszmary remontu. A ten hałas w głowie? Całkowicie normalne.

Dzięki Bogu.

– I, głupia ja, zupełnie zapomniałam… – dodaje. – Gordon pozdrawia i życzy powodzenia.

Gordon to mąż Anjali. Uroczy facet, trochę starszy od niej i pod wieloma względami bardziej konserwatywny, ale zawsze był dla mnie bardzo życzliwy. Poza tym robi świetny gin z tonikiem i tak jak ja lubi testować nowe giny.

– Musisz koniecznie do nas wpaść, żeby uczcić premierę, gdy tylko ten cholerny remont się skończy. – Ostatnie słowa cedzi przez zęby.

– Angela, Gretal! – woła barista.

Wymieniamy z Anjali rozbawione spojrzenia – dzielimy los dziewczyn noszących „nietypowe imiona”. Przepychamy się przez tłum do kontuaru, by odebrać kawy: dla mnie latte z dodatkową pianką, dla niej czarna, przedłużona.

Anjali idzie przodem do stolika przy oknie, który właśnie opuściło dwóch mężczyzn. Siada, strzepuje okruszki po rogaliku na podłogę i wbija we mnie wzrok. Ten wzrok. Wzrok Anjali.

Widziałam go już wiele razy. Może oznaczać wszystko: od „mam soczystą plotkę z redakcji, ale nikomu ani słowa” po „wiem, że pracujesz szesnaście dni z rzędu, więc wysyłam cię na miniurlop na Teneryfę”.

– Posłuchaj, Greto…

– Drogie panie! Widzę, że odkryłyście moją nową ulubioną miejscówkę – odzywa się znajomy głos.

– Witaj, Luca – mówi Anjali i serdecznie się wita pocałunkiem w policzek z naszym kolegą.

Uwielbia Lucę, zresztą jak większość ludzi. I to nie tylko dlatego, że jest przystojny i czarujący, ale także dlatego, że jest genialnym redaktorem modowym, naprawdę utalentowanym. Potrafi wynieść projektanta na szczyt albo pogrzebać jego karierę w jednej chwili z łatwością, z jaką pstryka się palcami, i regularnie spotyka się z czołowymi projektantami oraz ich analitykami trendów. Ba, sam uchodzi za wyrocznię w tej dziedzinie.

– Gretka! – wykrzykuje, pochylając się, by musnąć mnie pocałunkiem w oba policzki.

Luca urodził się w Londynie, ale kiedy chce być szczególnie czarujący, naśladuje zwyczaje swojej matki, Włoszki z samej stolicy. Przyjmuję te pocałunki z gracją, pamiętając, że jeszcze niedawno taki gest ze strony Luki wywoływałby u mnie dreszcze i, jak mawia moja mama, „iskry w dole brzucha”.

Przez kilka lat byłam w nim tak potężnie zakochana, że taki całus na powitanie potrafił wykoleić wszystko – od zwykłej rozmowy, poprzez zebranie redakcyjne, aż po cały dzień pracy. Uczucie skończyło się nagle pewnej nocy, gdy zabrałam na imprezę redakcyjną swoją najlepszą przyjaciółkę Tiggy (nosi to zdrobnienie od urodzenia, bo jej siostra nie potrafiła wymówić „Elizabeth”), a Luca postanowił do niej zagadać.

Oczywiście go spławiła, prawdopodobnie jako pierwsza kobieta w historii, a on był tym faktem tak zaskoczony, że zrobił wielką scenę. I właśnie wtedy, jakby ktoś przełączył mi w głowie przełącznik, zobaczyłam go takim, jakim jest naprawdę: to utalentowany, ale narcystyczny playboy. Koniec. Kropka. Zauroczenie prysło jak bańka.

– Gratulacje! – mówi. – Tak się cieszę z premiery „Nouveau Life”, to będzie absolutny hit.

– To rzeczywiście bardzo ekscytujące.

Aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo kiedyś za nim szalałam. Nastolatki wzdychają do Harry’ego Stylesa z mniejszym zapałem.

Luca, najwyraźniej nieświadomy, że nie ma już nade mną żadnej władzy, obdarza mnie łobuzerskim uśmiechem.

– Do zobaczenia w biurze.

Odwracam się z powrotem do Anjali.

– Na czym skończyłaś? – pytam radośnie.

– Ja…

– Przepraszam, Gretal? – rozlega się obok mnie głos.

Podnoszę wzrok i widzę nad sobą mężczyznę około czterdziestki, o niebieskich oczach, jasnobrązowych włosach i serdecznym uśmiechu. Od razu przypomina mi Jamesa McAvoya, bo jest atrakcyjny w takim zwyczajnym, nienachalnym stylu chłopaka z sąsiedztwa.

– Eee, tak?

– Jestem Ewan.

Po co mi to mówi?

– Cześć, Ewan. – Nadal się zastanawiam, dlaczego on wciąż się do mnie uśmiecha. – Czy my się już wcześniej spotkaliśmy?

Kręci głową.

– To skąd znasz moje imię? – Odwzajemniam zdezorientowany uśmiech.

Co prawda powiedział „Gretal”, ale niech będzie… Bywało gorzej.

Unosi kubek z kawą.

– Mam twoją kawę.

– Och. – Spoglądam na kubek, z którego właśnie piłam, i widzę nabazgrane na jego ściance imię „EWAN”. – Ojej! Przepraszam, musiałam zabrać twoje zamówienie.

– Tak – mówi z lekkim rozbawieniem. – Proszę. – Stawia przede mną mój kubek.

– Obawiam się, że już się napiłam twojej kawy, ale chętnie kupię ci nową.

Znów się uśmiecha.

– Nie trzeba, ogarnę. Miłego dnia.

I zanim zdążę podziękować, odchodzi. Odwracam się do Anjali i właśnie mam po raz drugi zapytać, co chciała mi powiedzieć, gdy ona zerka na zegarek.

– Cholera, chyba powinnyśmy już iść.

– Ale co chciałaś mi powiedzieć? – pytam, gdy wstaję i zbieram swoje rzeczy.

– Pogadamy później – odpowiada z tajemniczym uśmiechem.

„Pogadamy później”. No świetnie, Anjali, to wcale nie brzmi złowieszczo. Oby tylko nie chodziło o to, o czym rozmawiałyśmy tamtego wieczoru.

W drodze powrotnej do biura szum w mojej głowie wchodzi na najwyższe obroty.

ROZDZIAŁ 2

POPPY

– Saffron, zabierz, proszę, ten tyłek sprzed mojej twarzy.

Tristan podśmiewa się z satysfakcją po drugiej stronie łóżka.

– Tobie to dobrze. Jesteś jej ulubieńcem, więc tobie przypada pyszczek – mówię, odpychając ją delikatnie.

Saffron mruczy głośno, wtulając się w zagłębienie szyi Tristana, a on głaszcze kotkę jedną ręką.

– Saffron kocha nas po równo.

– Ta, jasne. I nie zachęcaj jej – dodaję, wtulając się w poduszkę, z której zniknął już koci zadek.

– Dzień dobry, skarbie. Jak spałaś? – pyta rozbawiony.

– Dobrze, dopóki nasza kotka nie postanowiła do nas dołączyć. – Ziewam. – Nie przepadam za jej nową pasją spania z nami, szczególnie że ma własny pokój.

Kiedyś mieliśmy pokój gościnny z kącikiem do pracy, a teraz mamy „pokój Saffron”, w którym kotka całymi dniami śpi na łóżku i tylko zmienia miejsce, żeby złapać jak najwięcej słońca, jeśli owo raczy się pojawić.

Tristan się podnosi, jedną ręką chwyta Saffron i odstawia ją na podłogę.

– Hop, Saffy – mówi łagodnie.

Nie przypada jej to do gustu. Wydaje z siebie pogardliwe miauknięcie i wymaszerowuje z sypialni obrażona, jakby właśnie zamierzała ponarzekać na socjalach na swoje ciężkie życie.

– Nie wiem, czy po tym wciąż jestem jej ulubieńcem – mruczy Tristan, pochylając się, by musnąć mnie w policzek.

– Aha! Czyli sam się przyznajesz – odpowiadam.

Znowu się podśmiewa i wstaje z łóżka.

– Herbaty? – pyta.

– Mówiłam ci już dzisiaj, jak bardzo cię kocham?

– Jeszcze nie – odpowiada z progu.

– Kocham cię! – wołam, po czym oddaję się kolejnemu ziewnięciu.

Zwykle jestem rannym ptaszkiem. Nie należę też do osób żyjących od weekendu do weekendu. Uwielbiam pracę agentki matrymonialnej w Ever After Agency, ale ponieważ przez pewną futrzastą damę mam za sobą nieprzespaną noc, chętnie zakradłabym się jeszcze na pół godziny pod kołdrę. Saskia i Paloma, które prowadzą agencję, na pewno się nie obrażą, jeśli trochę się spóźnię.

– Skarbie, jest prawie szósta trzydzieści – woła z kuchni Tristan.

Otwieram oczy. Cholera, musiałam przysnąć.

– Dzięki!

– Herbata gotowa.

– Już idę.

Drepczę do kuchni i zajmuję miejsce przy wyspie kuchennej, gdzie czeka na mnie parujący kubek. Żadna tam malutka i delikatna filiżanka – Tristan wyciągnął ciężką artylerię. Chyba tylko wiadro mogłoby przebić rozmiarem mój kubek „World’s Best Friend”. Mój mąż zrobił mi też śniadanie: trzy Weetabixy z mlekiem.

– Teraz kocham cię jeszcze bardziej niż dziesięć minut temu – mówię i upijam łyk herbaty.

– Dużo masz pracy na początek tygodnia? – pyta.

– Domykam papierkową robotę przy sprawie dawnej, ponownie odnalezionej miłości.

– Mówisz o tej parze dziewięćdziesięciolatków?

– Właśnie tak. Są tacy słodcy, Tris. Iris powiedziała, że powinnam się spodziewać zaproszenia na ślub.

– Będę musiał odkurzyć smoking.

– No dobrze, mogę cię wziąć jako osobę towarzyszącą – przekomarzam się, a w kącikach jego oczu pojawiają się zmarszczki, kiedy spogląda na mnie znad kubka.

– Po południu mam też spotkanie z nową klientką. To szkolna znajoma Saskii i Palomy. Nasz sposób na odwdzięczenie się za ogromną przysługę, którą wyświadczyła nam w marcu.

– Czyli jakiś VIP?

– Tak.

– Jak ja kiedyś – mówi Tristan, a jego oczy w kolorze ciemnego bursztynu błyszczą rozbawieniem.

– No proszę, ocieka pan skromnością, panie Fellows.

Śmieje się i zabiera się do jedzenia.

Jesienią zeszłego roku Tristan był moim klientem. Dostałam zadanie: znaleźć mu żonę przed trzydziestymi piątymi urodzinami. Zostało wtedy czterdzieści dni, żeby wypełnić archaiczne, ale niemożliwe do podważenia postanowienie w testamencie dziadka i zagwarantować Tristanowi oszałamiającą fortunę w postaci trzydziestu milionów funtów. Inaczej cały majątek trafiłby do fundacji ochrony ptaków o nazwie Avian Wildlife Trust of the Hebrides, a rodzina nie zobaczyłaby ani pensa.

Wbrew zdrowemu rozsądkowi, zawodowym zasadom i wszystkiemu, co powinna robić swatka, zakochałam się w nim. Na szczęście on we mnie też. I, na szczęście, zorientowaliśmy się w porę, co do siebie czujemy. Dosłownie w ostatniej chwili.

– Miau. – Saffron ociera się o nogi stołka u moich stóp.

– O, cześć, Saffron.

Nasza kotka znajduje się wysoko na liście powodów, dla których kocham życie, ale nie powiem jej tego, bo woda sodowa natychmiast uderzyłaby jej do głowy.

– Miau.

– Idź, poproś Tristana o śniadanie. Dziś jest szefem kuchni i człowiekiem od wszystkiego.

Zadziera głowę, patrząc na mnie z wyższością, po czym drepcze do kuchni. Uwielbiam jej w połowie czarny, w połowie rudy pyszczek, ale naprawdę ma szczęście, że jest taka urocza, ta mała lisica.

– Dobra – mówi po chwili Tristan. – Muszę dziś wyjść wcześniej.

Jest bankierem inwestycyjnym, więc głównie dlatego mieszkamy w dzielnicy finansowej. Zanim pojawiłam się w jego życiu, robił tylko jedno: pracował. „Sama praca, żadnej zabawy. Oto dlaczego Tristan był (dość) nudny”, jak mawia nasza bliska przyjaciółka Jacinda. Lubił wygodę chodzenia pieszo do biura. Może kiedyś się przeprowadzimy, ale na razie nie przeszkadzają mi dojazdy do Richmond, gdzie mieści się agencja.

Gdy ja, z potarganymi włosami, do połowy wypitą herbatą i bardzo rozmokniętymi Weetabixami, wciąż siedzę i przeglądam media społecznościowe, on już zjadł śniadanie, nakarmił Saffron i ogarnął kuchnię.

Tristan cmoka mnie w usta.

– Pa, skarbie. Cudownego dnia. – Schyla się, żeby podrapać Saffron pod brodą. – Tobie też, Saffy – mówi głosem wyższym o dwie oktawy.

Patrzymy, jak wychodzi, a gdy drzwi się za nim zamykają, Saffron zerka na mnie, wciąga powietrze nosem i kieruje się do swojego pokoju.

Jak mówiłam: mała lisica.

***

– Bardzo dziękuję, że przyszłaś. – Anjali, wysoka i smukła kobieta południowoazjatyckiego pochodzenia, wyglądająca, jakby właśnie zeszła z wybiegu, wskazuje krzesło naprzeciwko siebie, po czym siada przy biurku. – Strasznie mi głupio, że musiałaś się fatygować aż tutaj. Naiwnie myślałam, że dziś po południu uda mi się wyskoczyć do Richmond.

Macham ręką.

– Żaden problem. Z przyjemnością wracam do „Nouveau”.

– Świetny był ten artykuł, który napisałaś dla nas w marcu.

Chodzi o tekst, który „współtworzyłam” przy okazji sprawy ponownego zejścia się dwojga projektantów mody. W praktyce wyglądało to tak, że wysłałam swojej koleżance Frei plik pełen bazgrołów, ona nadała temu kształt, a ja odesłałam efekt redaktorce „Nouveau”, Bex, która zrobiła z niego pełnoprawny artykuł.

Ta publikacja była sporą przysługą ze strony „Nouveau” i zawdzięczamy ją wyłącznie długoletniej przyjaźni Anjali z Saskią i Palomą.

– To bardzo życzliwa ocena mojego wkładu w tę sprawę – mówię i wymieniamy porozumiewawcze uśmiechy.

– Ale wszystko zakończyło się sukcesem, prawda? Widziałam, że Elle Bliss i Lorenzo właśnie się zaręczyli.

– Tak! Ogromnie się z tego cieszę, piękna z nich para. Tamten artykuł był kluczowy dla pomyślnego rozwiązania sytuacji, więc jeszcze raz dziękuję – odpowiadam.

Nie koryguję tylko, że Lorenzo to nazwa marki, a projektant stojący za tymi słynnymi, seksownymi, a przy tym wygodnymi butami ma na imię po prostu Leo.

– Nie ma za co – mówi. – Zwłaszcza, że muszę poprosić agencję o rewanż, tak jakby. A właściwie nie agencję, tylko ciebie.

– Mnie?

– Tak. Potrzebowałabym od ciebie czegoś jeszcze oprócz twojej pracy w charakterze swatki.

Brzmi intrygująco.

– Co masz na myśli? – pytam, zachowując neutralny wyraz twarzy.

– Sask mówiła, że byłaś psycholożką.

– Tak, wykonywałam ten zawód ponad dziesięć lat, zanim dołączyłam do agencji.

– W czym się specjalizowałaś?

– Głównie w psychologii pozytywnej i w terapii w nurcie CBT, czyli terapii poznawczo­-behawioralnej.

– Idealnie.

– Jak to się ma do sprawy?

– Być może już wiesz, że chciałabym was zaangażować w imieniu koleżanki, Grety Davies. Jest genialna, profesjonalna, pracowita i wszystko świetnie ogarnia. Ale żeby to się udało, musiałabyś działać pod przykrywką… tak jakby.

Anjali wyraźnie lubi dopowiadać „tak jakby”, ale na razie tylko mąci mi tym w głowie, bo nadal nie mam pojęcia, o jaką sprawę chodzi ani co miałabym robić.

Ostatni raz działałam pod przykrywką przy sprawie, o której wspomniała. Udawałam wtedy dziennikarkę modową. Kiedy powiedziałam o tym Shaz, nie mogła przestać się śmiać. Nie obraziłam się, bo miała rację. To było komiczne.

– Pod przykrywką jako kto? – dopytuję, w nadziei, że nie zostanę poproszona o wyciągnięcie z rękawa kolejnych modowych artykułów.

– Jako felietonistka od porad sercowych… tak jakby. – Trzy „tak jakby” w trzy minuty, nieźle. – Wybacz, chyba kiepsko to wyjaśniam, co?

Oj, bardzo.

– Nie, wcale nie – zapewniam, jak przystało na profesjonalistkę.

– Powiem wprost: chcę, żebyś pomogła Grecie znaleźć miłość – mówi Anjali.

– Świetnie, to mamy punkt wyjścia – odpowiadam, zadowolona, że wreszcie doszłyśmy do sedna. – A sama Greta chce znaleźć miłość?

– Tak. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Dobrze byłoby mieć pewność. Nie rozwiązuje się problemu, którego być może wcale nie ma.

– Jasne. Znam Gretę od ponad dziesięciu lat i widzę, jak bardzo żyje pracą, ostatnio nawet bardziej niż ja. A jeśli już robi coś dla siebie, to tylko dlatego, że ją do tego zmuszam. Gdybyś zapytała mnie dwa tygodnie temu, czy Greta chce się zakochać, odpowiedziałabym, że nie. Praca zawsze była jej jedyną pasją. Od pewnego czasu była wyraźnie zauroczona naszym kolegą Lucą, ale z tego, co widzę, to uczucie osłabło.

– Czyli wydarzyło się coś, co zmieniło twoje zdanie, jeśli chodzi o Gretę? – naprowadzam ją z powrotem na właściwy temat.

– Tak. Coś, co powiedziała. Mówiła do siebie, jak to ma w zwyczaju, ale tym razem to nie były afirmacje ani powtarzana na głos lista zadań. Na początku uznałam to za komentarz rzucony mimochodem, jednak najwyraźniej to było coś więcej.

– Co takiego powiedziała?

– Cóż, Greta właśnie uruchomiła swój własny portal wertykalny i…

– Przepraszam, „portal wertykalny”?

– Segment branżowy na naszym portalu, coś jak imprint u wydawcy: część całości, ale funkcjonuje też jako osobna jednostka.

– Nadal nie do końca łapię.

– Ten dział nazywa się „Nouveau Life”. To oddzielny magazyn internetowy, ale wciąż działa w ramach „Nouveau”.

– Aha, rozumiem. Z Gretą za sterami.

– Dokładnie tak. To ogromna odpowiedzialność, ale Greta sobie na to zapracowała. Nie mam wątpliwości, że odniesie wielki sukces. W każdym razie tamtego wieczoru zostałam, żeby pomóc jej przy redakcji tekstu jednego z naszych freelancerów, który pisał o aplikacjach randkowych. Właśnie wybierałyśmy cytat do ramki z wypowiedzią jednej z osób: „Tak długo jestem singielką, że już nie pamiętam, jakie to uczucie być zakochaną”. I wtedy Greta mruknęła pod nosem: „Ja też”, tonem tak przejmująco smutnym, że aż serce mi się ścisnęło.

– Brzmi wymownie.

– Też tak pomyślałam. Zwykle udawałabym, że nic nie usłyszałam, ale byłyśmy tylko we dwie, więc nie dało się tego zignorować. Zanim się zorientowałam, zapytałam ją.

Pochylam się z zaciekawieniem.

– I?

– Okazało się, że ten artykuł uruchomił w niej falę autorefleksji i zaczęła sporo o tym myśleć. O miłości. Zwłaszcza że ma trzydzieści parę lat. Zaczęła się zastanawiać, czy nie jest już za późno, żeby znaleźć idealnego mężczyznę, zakochać się i założyć rodzinę. Tego typu przemyślenia.

– Cóż, zdaje się, że to rozwiewa moje wątpliwości.

– Tego się właśnie spodziewałam. Wiesz, pierwszy raz tak szczerze opowiedziała mi o swoich osobistych pragnieniach. I od tamtej pory nie mogę przestać o tym myśleć. Właściwie to prawie poruszyłam ten temat dziś rano, co byłoby fatalnym posunięciem. Ogromnie by ją to rozproszyło w jej wielkim dniu. Poza tym nie rozmawiałam jeszcze z tobą, więc byłoby za wcześnie. Po prostu… od kiedy mi to powiedziała, pochłaniają mnie myśli o tym, jak jej pomóc.

– To zrozumiałe. Widać, że bardzo ci na niej zależy.

– Zgadza się. Jest nie tylko moją protegowaną, ale też moją przyjaciółką. No, tak jakby… Wciąż jestem jej szefową. – Kręci głową, jakby zamyślona, po czym spogląda mi prosto w oczy. – Może to wszystko jest jednak chybione. Mam świadomość, że zakładanie, że wiem, co dla kogoś będzie najlepsze, jest z mojej strony strasznie protekcjonalne.

– Choć czasem tak właśnie bywa – mówię, przypominając sobie, jak musiałam pchnąć Shaz we właściwą stronę, żeby nie zrywała z Lauren tylko dlatego, że bała się zaangażowania.

– Słuchaj, uwielbiam Gretę – ciągnie Anjali – i jeśli mogę zrobić coś, co ją uszczęśliwi, a właściwie: uszczęśliwi jeszcze bardziej, bo ona tak naprawdę jest bardzo pogodną osobą, to chcę to zrobić. I tu wchodzisz ty.

– Jako felietonistka od porad sercowych w „Nouveau Life”.

– Tak.

To nadal nie składa się w całość.

– A w jaki sposób to się wpisuje w twój plan? – pytam, licząc na więcej konkretów.

Anjali opiera łokcie na biurku, a w jej ciemnobrązowych oczach zapala się błysk ekscytacji.

– Przekonam Gretę, żeby zatrudniła cię jako współpracowniczkę, która poprowadzi rubrykę porad w „Nouveau Life”, a ty pomożesz jej znaleźć miłość.

I to wszystko? Na tym ma polegać plan? Prowadzenie takiej rubryki może być ciekawe, ale wciąż nie dostrzegam, w jaki sposób to ma się przełożyć na pomoc Grecie w znalezieniu partnera. Anjali chce, żebym była na miejscu, w „Nouveau”, jako mentorka w sprawach sercowych?

Następne pytanie formułuję ostrożnie, żeby nie zabrzmieć niegrzecznie.

– Czyli wyobrażasz sobie, że zacznę tu pracować pod przykrywką, żeby… co robić, tak właściwie?

– Pomóc Grecie znaleźć miłość – stwierdza rzeczowo.

Świetnie, jasna sprawa. Tak jasna jak bezksiężycowa noc.

– Czyli powiemy Grecie, kim naprawdę jestem? Że jestem swatką?

Anjali aż się wzdryga.

– O nie, absolutnie nie. Wtedy Greta się zorientuje, że próbujemy jej kogoś znaleźć.

– W takim razie nie chcesz, żeby o tym wiedziała?

Z każdą sekundą wydaje się to coraz bardziej skomplikowane i coraz mniej wiarygodne.

– Zgadza się. Myślę, że powiemy jej tylko o twoim doświadczeniu jako psycholożki. Samo to czyni cię idealną kandydatką do redagowania rubryki porad, prawda?

Nie do końca się zgadzam, ale jej propozycja nagle coś mi uświadamia.

– Nie obawiasz się, że Greta już mnie kojarzy z tekstu o Elle Bliss i Lorenzu? Nie wyda jej się dziwne, że dziennikarka modowa nagle chce prowadzić rubrykę porad?

– Och… Słuszna uwaga. – Marszczy brwi. – Nie pomyślałam o tym.

Wydaje zrezygnowane westchnienie, a ja szybko układam w głowie to, co właśnie usłyszałam: że według Anjali sama moja obecność ma cudownie przyciągnąć do Grety właściwego mężczyznę i przygotować ją na romantyczną relację. Swatanie przez osmozę?

I wtedy ostatni kawałek układanki wskakuje na właściwe miejsce.

– Rubryka z poradami to świetny pomysł – mówię, bezwstydnie słodząc klientce… a dokładnie klientce VIP. – Bycie współpracowniczką „Nouveau Life” zapewni mi bliski kontakt z Gretą, dzięki czemu lepiej ją poznam. To zawsze pomaga przy doborze potencjalnych partnerów. Im więcej wiem o klientce, tym lepiej. Poza tym to idealna przykrywka dla reszty zespołu, żeby nikt się nie zastanawiał, po co tam jestem.

– Kiedy tak to ujmujesz, brzmi o niebo sensowniej. – Uśmiecha się kwaśno.

– Ale… – dodaję, przechodząc do sedna – uważam, że powinnyśmy powiedzieć Grecie, kim jestem i czym się zajmuję.

– Nie, nie, nie… – Unosi obie dłonie.

– Daj mi dokończyć.

– Słucham. – Odchyla się w fotelu i przygląda mi uważnie.

– Powiemy Grecie, że jestem swatką, bo zlecisz jej tekst do „Nouveau Life”. Właściwie to zróbmy z tego cykl. Ja będę umawiać ją na randki, a ona opisze swoje doświadczenia. „Dziesięć pierwszych randek”, „Randkowanie z perspektywy kobiety sukcesu”… Zresztą tytuł i perspektywę, z jakiej chcecie to pokazać, wybierzesz z Gretą, ale samo założenie jest jasne: randkowanie stanie się jej redakcyjnym zadaniem. Ja dostarczę kandydatów na spotkania, a jeśli mi się uda, któryś z nich okaże się tym jedynym. Co ty na to?

W jej oczach znów pojawia się błysk. Anjali szeroko się do mnie uśmiecha.

– Myślę, że jesteś cholernie genialna.

Chichoczę cicho.

– Przyjmuję komplement.

– A zadanie pisarskie wpisuje się idealnie w cały plan. Greta już mi mówiła, że do każdego wydania chce dorzucać przynajmniej jeden swój tekst, żeby nie wyjść z wprawy.

– Świetnie – odpowiadam, zadowolona, że od ręki wymyśliłam tak zgrabne rozwiązanie. – To kiedy spotkamy się z Gretą?

– Nie chcę dokładać jej stresu w trakcie premiery. Może umówimy się z nią pod koniec tygodnia?

– Brzmi dobrze. I jeszcze jedno… – mówię, przybierając ostrzegawczy ton, a uśmiech Anjali gaśnie i jej szczęki się zaciskają. – Przygotuj się na to, że Greta może skojarzyć zadanie z twoim prawdziwym zamiarem: żeby ją komuś przedstawić. Może nie od razu, ale to przecież inteligentna kobieta.

– Jak temu zapobiec?

– Możesz wymyślić kierunek narracji, który naprawdę sprzeda ten cykl i uczyni go interesującym. Randkowanie to gorący temat, świetny magnes na nowych czytelników. Coś w tym stylu.

– Dobrze. Przemyślę to i coś zaproponuję. Dziękuję, Poppy. Jest tu dużo więcej do rozważenia, niż się spodziewałam, ale czuję, że to będzie strzał w dziesiątkę.

– Ja też. – Wstaję i wyciągam rękę. – Witamy w Ever After Agency.

– A ty witaj ponownie w „Nouveau” – mówi, zamykając moją dłoń w silnym uścisku.

ROZDZIAŁ 3

GRETA

– Tym razem wzięłaś właściwy.

Potrzebuję chwili, żeby się zorientować, że ktoś do mnie mówi, a gdy unoszę wzrok znad laptopa, widzę jego: sobowtóra Jamesa McAvoya. Och, to Owen. A może Ewan?

Uśmiecham się i podnoszę pusty już kubek.

– Ach, tak. Chociaż w tym tygodniu jestem tu codziennie, oni wciąż przekręcają moje imię.

– Czyli nie masz na imię Gretal?

Kręcę głową.

– Nie.

– A podobnie do Gretal?

Potwierdzam kiwnięciem.

– Na tyle podobnie, że prawie można by im wybaczyć.

– „Prawie”?

– Byłam tu pięć razy w ciągu ostatnich pięciu dni. Dziś rano nawet przeliterowałam swoje imię.

– W takim razie nie zasługują, żeby im wybaczyć. Zdradzisz mi je w końcu, żebym wiedział, jak bardzo ucierpiało w ich wersji?

– Greta. Greta Davies. Mama Niemka, tata Szkot.

– Greta to piękne imię.

– Dziękuję. Nie jestem fanką, ale mogłam trafić gorzej. Mój biedny brat dostał na imię Dolph.

Oczy mężczyzny się rozszerzają, a kącik ust unosi mu się w uśmiechu.

– Dolph, jak Lundgren?

– Właśnie. Chociaż jest za młody, żeby w ogóle wiedzieć, kto to. Zresztą wszyscy i tak mówią na niego Ru.

– Ru?

– Tak. Woli udawać, że naprawdę ma na imię Rudolph, w skrócie: Ru. Tak nazywają go wszyscy: znajomi, nauczyciele, nawet tata. Poza mamą.

– Mama nie odpuszcza?

– Nie ma opcji.

– A ile on ma lat? Na pewno zbyt mało, żeby znać czwartą część Rocky’ego.

– Czy ktoś tu w ogóle jest w takim wieku? – rzucam, rozglądając się po kawiarni.

Śmieje się.

– Ej, proszę cię. Miałem aż dwa lata, kiedy wyszedł ten film.

Notatka do siebie: sprawdzić, kiedy dokładnie wyszedł Rocky IV.

Druga notatka: Ewan/Owen bardzo fajnie się uśmiecha, więc powinnam spróbować go ponownie rozbawić.

– Chociaż z kumplami obejrzeliśmy go chyba z tuzin razy, jak mieliśmy dwanaście lat – wyjaśnia.

– Co za przypadek, Ru ma teraz dwanaście. Był dzieckiem niespodzianką. Dla wszystkich. Zaczynałam właśnie pracę w „Nouveau”, kiedy się urodził. Jestem w wieku, w którym właściwie mogłabym być jego mamą!

– Właśnie miałem o to zapytać.

– O różnicę wieku między mną a bratem? – rzucam z uśmiechem.

– O to, gdzie pracujesz. Domyśliłem się, że gdzieś blisko.

– Trzy wejścia dalej, dokładnie rzecz biorąc.

Bardzo chcę wrócić do tematu imion, bo jeszcze bardziej ciekawi mnie, czy on ma na imię Owen czy Ewan. Zmieniam więc temat w dość niezręczny sposób.

– Tak sobie myślę, że jak Ru zacznie pić kawę i będzie musiał podawać imię baristom, na pewno zapiszą je R-O-O. Jak Roo, oryginalne imię Maleństwa z Kubusia Puchatka.

– Sporo nad tym myślałaś.

– Chyba więcej, niż sama sobie uświadamiałam do tej pory.

Kąciki jego ust unoszą się ponownie w tym samym niesymetrycznym uśmiechu.

– Wybacz, że ci przeszkodziłem, pewnie spieszysz się do pracy. Chciałem się tylko przywitać.

– No to dzień dobry – mówię z uroczym uśmiechem.

– Dzień dobry – odpowiada, a w kącikach jego niebieskich oczu pojawiają się zmarszczki.

Przez moment utrzymuje ze mną kontakt wzrokowy, po czym odwraca spojrzenie. Widzę, że zamierza się wycofać, ale… wcale nie chcę, żeby sobie poszedł. Miło się rozmawia z Owenem/Ewanem. Cholera, czy to właśnie ta sytuacja, kiedy jest już za późno, żeby zapytać, jak on właściwie ma na imię?

– Greta, nie odpisujesz na wiadomości.

Idealny moment na dramatyczne wejście: oto Luca.

– Słucham?

Luca wskazuje na mój laptop.

– Anjali próbowała się do ciebie dodzwonić. Poprosiła, żebym przekazał, jeśli cię zobaczę w kawiarni, że masz natychmiast wracać do biura. Pronto.

Spoglądam na ekran blokady.

– O cholera.

Zaczęłam ostatnio pracować z kawiarni przez godzinę każdego ranka, bo zmiana otoczenia naprawdę mi pomaga, zwłaszcza przy takim młynie, jaki mam teraz. Ale obiecałam zespołowi (i Anjali), że zawsze będę dostępna.

– Naprawdę przeszkodziłem ci w pracy – mówi Owen/Ewan. – Przepraszam.

– Nie, nie. – Wstaję i zbieram rzeczy. – To nie twoja wina.

Już mam wychodzić, gdy zauważam, że Luca zerka na Owena/Ewana. Jasne jak słońce, zaraz się przedstawi. Idealnie. W końcu poznam jego prawdziwe imię. Patrzę, jak mój były biurowy obiekt westchnień wyciąga dłoń do… do mojego… No właśnie, do kogo? Miłego faceta z kawiarni, z życzliwym spojrzeniem i niesymetrycznym uśmiechem?

– Luca – mówi, prezentując swój najbardziej czarujący uśmiech.

Podają sobie ręce.

– Ewan.

Ewan. No dobrze. Ewan, Ewan, Ewan – powtarzam w myślach, żeby nie zapomnieć.

– A skąd się znacie? – pyta Luca.

Czy mi się tylko wydaje, czy w jego tonie zabrzmiała nuta… Czego? Zazdrości?

– Stąd. Dopiero co zostaliśmy znajomymi z kawiarni – mówi Ewan, a moim zdaniem to naprawdę ładne określenie.

Posyła mi ten swój uśmiech i choć rozmawialiśmy dopiero dwa razy, mam przeczucie, że ma rację: chyba naprawdę zaczynamy się zaznajamiać. A jeśli moje codzienne wypady po kawę oznaczają przy okazji krótką pogawędkę z Ewanem, to tylko kolejny powód, żeby z nich nie rezygnować.

– Dobra, wybaczcie, ale muszę lecieć. Luca, dzięki za wiadomość. Ewan, miło było cię ponownie spotkać. – Uśmiecham się do obu i wychodzę.

Na chodniku gratuluję sobie tak dojrzałego zakończenia tej interakcji.

– Brawo, Greta. I wreszcie znasz imię Ewana.

Wracając do biura, uświadamiam sobie, że właściwie nie mam żadnych kolegów. Współpracowników – owszem, ale tak po prostu znajomego, który jest mężczyzną? Zero. Aż do dziś.

Tyle lat na karku, a ja dopiero dziś, dokładnie dziś, po raz pierwszy zakumplowałam się z facetem.

***

Odkładam rzeczy na biurko i ruszam do gabinetu Anjali. Miała rację – pierwszy tydzień po premierze minął jak sen. Trudno mi uwierzyć, że to już piątek.

I z radością mogę powiedzieć: odnieśliśmy sukces! Czytelnicy nas pokochali, podobnie jak analitycy z centrali, zachwyceni ruchem na stronie i wzrostem wpływów z reklam. Kiedy rano wspomniano o nas w Hello Britain, liczba wejść wzrosła czterokrotnie w ciągu kilku minut.

To słowa, których teraz używam: „wejścia” i „ruch na stronie”. Choć moja relacja z technologią bywa trudna, bo technologia regularnie doprowadza mnie do szału i przysięgam, że robi to z premedytacją, to muszę się zawodowo rozwijać. Jako redaktorka zarządzająca magazynem internetowym odpowiadam za wszystkie treści, od blogów po felietony, ale jednocześnie powinnam opanować przynajmniej podstawowe zrozumienie narzędzi, które mierzą nasz sukces.

Podejrzewam, że właśnie dlatego Anjali mnie wezwała – żeby omówić wyniki i podsumować pierwszy tydzień.

– Wejdź, Greto. Poznaj, proszę, Poppy Dean.

A może jednak wcale nie o to chodzi.

– Cześć, Greto, miło mi – wita się Poppy.

To ciemnowłosa kobieta po trzydziestce, średniego wzrostu, a jej twarz wydaje mi się znajoma, choć może po prostu ma taki typ urody.

Po akcencie poznaję, że jest Australijką.

– Witaj, Poppy – mówię, wyciągając rękę.

Wymieniamy uśmiechy, a kiedy zerkam na Anjali, ta uśmiecha się jak dumna mama.

O co tu chodzi?

– Usiądziemy? – proponuje Anjali, wskazując część wypoczynkową w rogu gabinetu.

Poppy i ja zajmujemy miejsce na kanapie, a Anjali siada naprzeciw nas w fotelu, wciąż z tym dziwnym wyrazem twarzy. Charakterystyczne spojrzenie mojej szefowej jest podkręcone na maksa, jakby była na sterydach.

Zwracam się do Poppy:

– Czy my się już kiedyś spotkałyśmy? Wyglądasz znajomo.

– Nie sądzę, ale pojawiłam się w „Nouveau”w marcu.

Zaczynam składać puzzle.

– Aha, współtworzyłaś ten tekst z Bex, o Elle Bliss i Lorenzu. To ty jesteś „P. Dean”?

– Zgadza się – potwierdza, skromnie opuszczając głowę.

– Więc chcesz pisać dla „Nouveau Life”? Po to się zjawiłaś?

Mamy już pełen skład i stałą grupę freelancerów, ale byłabym skłonna wysłuchać propozycji.

– Yyy… nie do końca… – odpowiada Poppy w tym samym momencie, gdy Anjali mówi:

– No… tak jakby.

Świetnie. Jedno z „tak jakby” Anjali! Co tu się dzieje?

– To co właściwie macie na myśli? – pytam, starając się wyglądać na pogodną, choć pewnie bardziej przypominam klauna w wersji korporacyjnej.

– Właściwie chciałabym, żebyśmy zatrudniły Poppy jako redaktorkę w naszym zespole – oznajmia Anjali.

Patrzę na nią zdezorientowana. „Nouveau Life” nie potrzebuje kolejnej redaktorki, o czym Anjali doskonale wie, bo sama pomagała mi zbudować ten zespół. Poza tym to ja mam pełną kontrolę kreatywną nad naszym działem, łącznie z decyzjami kadrowymi. Więc kiedy mówi „my”, to kogo dokładnie ma na myśli?

– Do „Nouveau”? – upewniam się.

– Do „Nouveau Life” – odpowiada z rosnącym entuzjazmem.

Zanim znajduję głos, udaje mi się tylko wydusić:

– Och. – Jedyne, do czego jestem zdolna, to kiwnięcie głową i ten kretyński, klaunowaty uśmiech.

Nie chcę być nieuprzejma, bo to byłoby nieprofesjonalne, ale jestem kompletnie skołowana.

– Więc – zwracam się do Poppy – o czym chciałabyś pisać? Mamy trochę materiałów o modzie, ale to nie jest nasz główny temat.

Poppy i Anjali wymieniają spojrzenia.

– Tak naprawdę nie jestem dziennikarką modową – odpowiada Poppy, co wcale nie jest odpowiedzią na moje pytanie. – Jestem swatką.

Zapewne teraz wyglądam jak złota rybka z wybałuszonymi oczami i rozdziawioną buzią.

– Jesteś… kim? – pytam, porzucając resztki profesjonalizmu.

– Swatką – powtarza Anjali, jakby to wszystko wyjaśniało. Nie wyjaśnia. – Pomyślałyśmy, że Poppy mogłaby pisać dla nas porady sercowe. Czytelnicy przesyłaliby swoje problemy związane z randkowaniem, a Poppy by im doradzała. Zanim została swatką, była psycholożką, więc… no, sama rozumiesz, związek idealny, jeśli chodzi o połączenie kompetencji.

Pominąwszy fatalny suchar Anjali, pomysł wcale nie jest zły.

– Hmm, widzę w tym potencjał – mówię ostrożnie. – I naprawdę jesteś zawodową swatką?

– Tak, pracuję w agencji matrymonialnej Ever After Agency w Richmond. Artykuł, który napisałam z Bex, tak naprawdę był częścią sprawy. Działałam pod przykrywką.

Zaczyna do mnie docierać, co się wydarzyło, a moje zdziwienie ustępuje zachwytowi.

– O matko, to ty połączyłaś Elle Bliss i Lorenza.

– Tak jest – potwierdza, promieniejąc dumą.

Kładę dłoń na sercu.

– Jestem pod wrażeniem. Uwielbiam ich! To najsłodsza para w show­-biznesie. Wiesz, że to ja połączyłam ich imiona i stworzyłam ship Ellorenzo?

– Naprawdę? To twoje dzieło?

– Moje – mówię z dumą.

Jeszcze przed chwilą byłam gotowa wszcząć bunt przeciwko decyzji Anjali, bo przecież to ja powinnam ustalać takie rzeczy, ale teraz… teraz zaczynam widzieć, jak Poppy mogłaby się wpisać w zespół. I jak dobrze taki dział z poradami miłosnymi może wypaść w oczach czytelników.

– Czyli, żeby wszystko było jasne, nadal będziesz pracować jako swatka? – pytam.

– Tak, zostaję w agencji, a dla was pisałabym dorywczo.

– Myślałyśmy, żeby zacząć od jednego tekstu w miesiącu w ramach regularnego cyklu wydawniczego – mówi Anjali – a jeśli Poppy zyska grono stałych czytelników, możemy przejść na tygodniowe artykuły.

To kolejna decyzja, którą powinna była skonsultować ze mną, podobnie jak organizację szczegółów, ale zaczynam się naprawdę ekscytować tą rubryką, więc nic nie mówię.

– Jest tylko jeden drobny haczyk – odzywa się Poppy.

Przechylam głowę, dając jej znak, żeby mówiła dalej.

– Poza wami dwiema nikt nie może wiedzieć, że pracuję w Ever After Agency. Nasza agencja… cóż, opiera się na całkowitej dyskrecji. Nie reklamujemy się, nie prowadzimy działań promocyjnych. Podejmujemy się zleceń wyłącznie z polecenia. Więc jeśli będę dla was pisać, potrzebuję pseudonimu.

– Ale przecież pisałaś już dla nas jako „P. Dean”.

– Tak, co było ryzykowne, ale wtedy pisałam o modzie. A to będzie znacznie bardziej związane z moją faktyczną profesją, więc…

– Jasne, to ma sens – przytakuję. – Wiesz, kiedy zaczęłaś mi to wszystko opowiadać, nie byłam przekonana…

– No co ty nie powiesz – wtrąca z przekąsem Anjali.

– Podobno jestem jak otwarta księga i wszystko mam zawsze wypisane na twarzy – mówię do Poppy, wskazując na siebie palcami, ale ona jest na tyle taktowna, że zbywa to machnięciem ręki i nie ciągnie tematu. – W każdym razie co powiesz na dołączenie do nas w przyszłym tygodniu?

– Idealnie.

– A ja w międzyczasie przygotuję zespół i zabiorę się do roboty. – Wstaję, uznając, że spotkanie dobiegło końca, ale Poppy i Anjali wymieniają jeszcze jedno spojrzenie.

I, o ile się nie mylę, tym razem widać w nim nutę paniki.

– Jest jeszcze jedna sprawa, Greto – odzywa się Anjali, a jej wzrok znów ucieka w stronę Poppy.

– Może jednak usiądź – dodaje Poppy.

Patrzę na nie obie i powoli opadam ponownie na kanapę, bardziej zdezorientowana niż przez całe dotychczasowe spotkanie.

A potem Poppy mówi coś, co zapiera mi dech. I to bynajmniej nie z zachwytu.

ROZDZIAŁ 4

GRETA

– Umieram ze wstydu. Dosłownie.

Tiggy – moja przyjaciółka od przedszkola, partnerka w zbrodni, mistrzyni brutalnej szczerości i stała rezydentka mojej kanapy po wieczorach ze zbyt dużą ilością wina – teraz przewraca oczami.

– Kochana, jesteś już trochę za stara, żeby używać słowa „dosłownie” w niedosłownym kontekście – mówi z rozbawieniem.

– Prawda. Ale powiedz sama, jak byś się czuła, gdyby twoja szefowa tak bardzo ci współczuła, że zatrudniłaby dla ciebie swatkę?

– Nie mam szefowej. Pracuję na własny rachunek – odpowiada, jak zwykle bez mrugnięcia okiem.

Tiggy jest (genialną) graficzką i pracuje jako freelancerka.

– Szczegół – rzucam.

– W każdym razie niekoniecznie musi ci współczuć. To tylko praca.

– Taak, jasne. O, patrz! – Wskazuję za okno. – Latająca świnia!

Tiggy parska śmiechem.

– Serio, jestem zażenowana.

– No, widzę. Wciągnęłaś to wino w tempie, jakiego u ciebie dawno nie widziałam – mówi, nachylając się, by dolać mi kolejną porcję do kieliszka.

– Dzięki – rzucam odruchowo, myśląc już o czymś zupełnie innym. – Kompletnie mnie zaskoczyły. Myślałam, że najgorsze jest to, że Anjali zatrudniła Poppy jako redaktorkę bez konsultacji ze mną. A potem przeszły do tej właściwej niespodzianki. I niby mam uwierzyć, że Anjali akurat spacerowała sobie po Richmond, przypadkiem trafiła na tajną agencję matrymonialną i pomyślała: „Och! Mam genialny pomysł na cykl artykułów dla »Nouveau Life«!”? Jasne. Już to widzę.

Dopijam resztę wina jednym haustem. Tiggy ma rację, to zdecydowanie za szybkie tempo. Grozi mi potworny kac, a to przecież dobre wino, powinno się je sączyć. Odstawiam kieliszek i podchodzę do okna, zerkając na Parkland Walk. Żadnych świń, ani latających, ani zwykłych… Tylko spacerowicze, parę osób z psami i kilku biegaczy. Zauważyłam, że biegacze nigdy się nie uśmiechają. Zawsze mają miny, jakby biegli na własny pogrzeb.

Biorę głęboki wdech i wypuszczam powietrze z taką siłą, że na szybie pojawia się para.

Kątem oka widzę, że Tiggy mi się przygląda.

– Czyli co, naprawdę masz chodzić na randki w ramach pracy?

– Ano tak. Czuję się jak Kate Hudson w Jak stracić chłopaka w 10 dni.

– Andie – poprawia mnie bez zawahania.

Tiggy to chodząca encyklopedia komedii romantycznych, co jest zabawne, bo osobiście ani trochę nie wierzy w miłość.

– Właśnie, Andie. Czy to nie żałosne? Jak tak dalej pójdzie, za chwilę zacznę pisać odpowiedzi na listy czytelników.

– Bez przesady. To „Nouveau”, nie magazyn z poradami domowymi. Poza tym, jeśli faktycznie chodzi o artykuły, to nie mogłaby się tym zająć Bex?

– Prawda? Bex nadaje się do tego o wiele lepiej niż ja. Jest wolna, ma dwadzieścia sześć lat, nie prowadzi całego magazynu…

– No to może po prostu jej to zaproponuj?

– Już zaproponowałam. Anjali się uparła, że to mam być ja. I właśnie dlatego coś mi tu śmierdzi – mówię, mrużąc oczy. – Wyznałam jej, że chciałabym się zakochać, a ona nagle wpada na pomysł rzekomo niezależnego zlecenia. Udaje, że jedno nie ma z drugim nic wspólnego. Nawet dorobiła do tego całą teorię, ma jakieś badania, raporty. „Ludzie sukcesu coraz częściej stawiają na związki, Greta. Musimy się temu przyjrzeć. Nasze czytelniczki chcą wiedzieć, jak w dzisiejszych czasach poruszać się w świecie randek i związków. Zresztą to świetna kontynuacja tekstu o aplikacjach randkowych!” Jasne. Gdyby te powody były prawdziwe, mogłabym zrobić z tego cykl reportaży bez wychodzenia z domu!

– Fatalnie ci wychodzi imitowanie jej głosu.