Seryjni mordercy - Adrian Bednarek, Max Czornyj, Marta Guzowska, Marcel Moss - ebook

11 osób interesuje się tą książką

Opis

SERYJNY MORDERCA WG DEFINICJI DOPUSZCZA SIĘ TRZECH LUB WIĘCEJ MORDERSTW W ODDZIELNYCH EPIZODACH.


SERYJNE MORDERSTWA SĄ POPEŁNIANE DLA PATOLOGICZNEJ ŻĄDZY ZUPEŁNEGO PANOWANIA NAD OFIARĄ..


Seryjni mordercy terroryzowali ulice polskich miast XX i XXI wieku.
Dlaczego popełniali okrutne zbrodnie i nie czuli potem skruchy?
Gdzie rodzi się zło i czy można mu zapobiec?
CO KRYJE UMYSŁ MORDERCY?
Skąd bierze się w człowieku bestia, zdolna do najokrutniejszych czynów?
Oto historie Tadeusza Ołdaka, Karola Kota, Bogdana Arnolda, Władysława Mazurkiewicza, Władysława Baczyńskiego, Stanisława Stańczyka, „Młotkarza z Torunia” czy „Wampira z Radomia”.
Autorzy bestsellerowych kryminałów, psycholog sądowy oraz profiler w fascynujący i przerażający zarazem sposób przenikają umysły psychopatycznych morderców.
Na kartach tej mrocznej książki poznajemy myśli i uczucia bestii.
Tu rodzi się zło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Kilku autorów bestsellerowych kryminałów, psycholog sądowy oraz profiler, postanowiło przybliżyć nam sylwetki seryjnych morderców, którzy terroryzowali ulice polskich miast. Według definicji mordercę można nazwać seryjnym, gdy dopuszcza się trzech lub więcej morderstw w oddzielnych epizodach. Autorzy postanowili odpowiedzieć na kilka dręczących nas pytań: Dlaczego popełniali oni tak okrutne zbrodnie? Czy czuli później wyrzuty sumienia? Gdzie szukać źródła całego zła, które czyni z człowieka bestię? Czy można mu zapobiec? "Seryjni mordercy" to zbiór ośmiu opowiadań opartych na faktycznych wydarzeniach. Tadeusz Ołdak, Karol Kot, Bogdan Arnold, Władysław Mazurkiewicz, Sławomir T. (wampir z Radomia), Władysław Baczyński, „Młotkarz z Torunia” (autor nie podaje jednoznacznie jego imienia i nazwiska) oraz Stanisław Stańczyk. Oto główni bohaterowie. Najbardziej przeraża mnie fakt, że z pozoru byli zwyczajnymi ludźmi, żyjącymi obok nas. "Ludzie wierzą w pozory. Nie rozpoznają tego, co n...
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

JAN GOŁĘBIOWSKI

 

Tadeusz Ołdak – profil kryminalny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem profilerem kryminalnym, psychologiem z wykształcenia. Sporządzam portrety psychologiczne nieznanych sprawców przestępstw (ang. criminal profiling). Przede wszystkim analizuję sposób działania sprawcy. Przyglądam się również ofierze – co zrobił jej napastnik, jakie stwierdzono obrażenia, kim była i jakie miała zwyczaje, jak mogła się zachować w sytuacji zagrożenia.

Przy rekonstrukcji przebiegu zdarzenia podstawą są ślady kryminalistyczne, czyli tzw. twarde dowody. Całą operację trzeba jednak przeprowadzić we własnym umyśle. Profilerzy nie korzystają ze specjalistycznego oprogramowania, bo jeszcze nikt nie napisał programu, który by potrafił analizować tak złożone zjawisko, jakim jest przestępstwo. Oczywiście w różnych aspektach kryminalistyki, gdzie ma się do czynienia z prawidłami fizyki, np. w ekspertyzach balistycznych przedstawiających tor lotu pocisku, lub przy odtwarzaniu wypadków komunikacyjnych, specjaliści posługują się symulacjami komputerowymi. Mi natomiast bardzo przydają się kartki i długopis.

Profilowanie kryminalne to bardziej sztuka niż nauka – w takim sensie, w jakim mówimy o sztuce walki czy sztuce kulinarnej, czyli mając na względzie wytrenowane i opanowane umiejętności praktyczne. Sporządzanie portretów przestępców nie jest badaniem naukowym i nie można do niego odnosić standardów rządzących przeprowadzaniem eksperymentu. Doświadczenie profilera jest bardzo ważne. To trochę jak z mechanikiem samochodowym, który nie jest inżynierem po politechnice, a im więcej grzebał przy samochodach, tym mniej go zaskoczy przy kolejnej naprawie. Nie każdy inżynier potrafiłby natomiast wymienić świece czy klocki hamulcowe, choć ma w małym palcu wzory na tarcie i energię kinetyczną.

W serialach i książkach sensacyjnych eksponuje się intuicję profilera, czasami jakiś prawie nadzwyczajny dar rozumienia działania sprawcy. „Łowcy umysłów” dobrze się sprzedają. Jak to jest z tym wchodzeniem w umysł zbrodniarza? Nie trzeba posiadać zdolności paranormalnych. Słynny Sherlock Holmes, literacki pierwowzór dzisiejszych profilerów, posługiwał się logiką, a dokładnie jednym z opartych na logice sposobie wnioskowania – dedukcji.

Osobie sporządzającej portret psychologiczny przydają się również zrozumienie i empatia. Do tego trzeba dołożyć wiedzę o podobnych przypadkach, czyli wnioskowanie indukcyjne. I trzeba mieć w sobie ciekawość. Profiler musi być zainteresowany tym, co się stało naprawdę, czym kierował się sprawca, dlaczego tak się zachował. Ciekawość niweluje też ocenę moralną. Profilerzy najczęściej proszeni są o pomoc w skomplikowanych przypadkach zabójstw, zgwałceń, uprowadzeń, napadów na banki, gróźb itd. Wszystkie te wydarzenia budzą emocje i naturalną potrzebę oceny, to jednak zniekształca ogląd i uniemożliwia rzetelną analizę sprawy. Trzeba zachować chłodną głowę.

 

* * *

 

Dwudziestoczteroletnia kobieta została zaatakowana około godziny 23:00. Był początek maja, sobota. Dziewczyna wracała z kina, była sama. Film wprawił ją w marzycielski nastrój. Minęła kamienicę i weszła na skwer, była już stosunkowo blisko domu. Myślała o tym, że dobrze czuje się w swojej sukience, gdy zaczepił ją mężczyzna. Początkowo nie zareagowała na jego pytania, „skąd idzie i dokąd tak się spieszy”. Dopiero gdy złapał ją wpół, krzyknęła „puszczaj!”. Napastnik szarpnął ją za rękę, pociągając za sobą, aż się zatoczyła. Sekundę później uderzył ją pięścią w głowę, co spowodowało, że zadzwoniło jej w uszach i upadła na ziemię. Z nosa zaczęła płynąć jej krew. Sprawca usiadł na niej i jedną ręką złapał za szyję, a drugą uderzał w bok głowy. Dominował nad nią siłą fizyczną. Zaczęła tracić przytomność i jej desperackie próby stawienia oporu ustały. Wówczas sprawca przestał ją bić, a ona poczuła szarpnięcie za biodra. Zerwał z niej majtki. Gdy położył się na niej, zrobiło jej się ciemno przed oczami.

Opisując przebieg wydarzeń w czasie przesłuchania, stwierdziła, że „zapadła się w sobie” i tylko słyszała walenie swojego serca i dyszący oddech sprawcy. Po jakimś czasie zaczęła odzyskiwać orientację, leżała na boku z podkurczonymi nogami, kolana podciągnęła do klatki piersiowej. Gdy uniosła głowę, zobaczyła, że gwałciciel siedzi blisko niej i patrzy w kierunku oświetlonych budynków. Musiał usłyszeć jej ruch, bo spojrzał na nią.

– Mieszkasz gdzieś tutaj. – Trudno było określić, czy to stwierdzenie, czy pytanie. – Chciałaś skręcić tam za piątką? – Sprawca machnął ręką w kierunku budynku znajdującego się po prawej. – No pewnie, bo gdzie indziej. – Sam sobie odpowiedział. Dziewczyna była przerażona, pobita, zgwałcona, nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. – Skąd szłaś? No, nie bądź taka. Powiedz coś. – Jego głos miał w sobie nutę zniecierpliwienia. – Zygmunt jestem. – Napastnik zrobił grymas, który miał być przyjaznym uśmiechem. – Mieszkałem tutaj kiedyś, były tam takie baraki. Kojarzysz je? – Odwrócił się w stronę ofiary. – Nie było tam chodnika. Mój ojciec, on nie ma jednej nogi, zawsze narzekał, że przed samym domem są takie doły. – Zawiesił na chwilę głos, wziął oddech i dodał: – Zajebię cię tam.

Kobieta poczuła nagle skok adrenaliny wywołany strachem i zerwała się do ucieczki. Zrobiła kilkanaście kroków, gdy sprawca dopadł ją znowu. Wykręcił jej ręce i zaczął pchać w stronę parku, w którym było jezioro. Stalowy uścisk sprawcy spowodował, że kobieta przestała się bronić. Gdy doszli do brzegu jeziorka, napastnik uderzył ją w twarz.

– Rozbieraj się albo łeb ci skręcę.

Dziewczyna stała z zamkniętymi oczami, trzęsąc się cała. Powolnymi ruchami rozpięła sukienkę i ściągnęła ramiączka. Ubranie spadło na mokre podłoże. W tym momencie mężczyzna rzucił się na nią niczym dzikie zwierzę. Przewrócił na ziemię, walił pięściami na oślep, zaczął ją gryźć. Po chwili atak przerodził się w napaść seksualną i sprawca zgwałcił ofiarę po raz drugi.

Gdy się zaspokoił, kazał jej położyć się nieruchomo na plecach. Sam stanął nad nią i zaczął przeszukiwać kieszenie. Z jednej wyciągnął kawałek linki i rozciągnął ją w dłoniach. Schylił się nad kobietą, przyciskając do jej szyi sznur, który był za krótki, żeby okręcić go dookoła. Po chwili sprawca przerwał duszenie i klnąc, odsunął się od półprzytomnej ofiary. Zaczął rozglądać się wokół, sycząc „zaraz, gdzieś musi być, musi tu być”. W pewnym momencie schylił się, a pokrzywdzona zobaczyła, że w ręku trzyma sporej wielkości kamień. Po raz kolejny strach i potrzeba ratowania życia wyzwoliły w niej ładunek energii, który pozwolił na skok w wody jeziora. Ofiara zanurkowała w lodowatej wodzie i zupełnie przypadkowo wpłynęła w sitowie. Nad jeziorem było dość ciemno, z oddali dochodziła tylko poświata z ulic, księżyc nie świecił tej nocy intensywnie. Sprawca zaczął wykrzykiwać przekleństwa, ale nie wszedł do wody za uciekającą kobietą. Po kilkunastu minutach uspokoił się i krzyknął na odchodne „tylko to jezioro cię uratowało”. Odszedł w kierunku świateł latarni.

Zmaltretowana dwudziestoczterolatka kryła się w zaroślach do świtu. Kiedy zrobiło się jasno i zobaczyła, że nikogo nie ma w okolicy, wyszła z wody. Zataczając się, zaczęła iść w kierunku zabudowań. Tam spotkała wędkarza, który chciał rozpocząć swoje niedzielne połowy z samego rana. Mężczyzna, widząc sinobladą, mającą tylko brudny biustonosz na sobie, słaniającą się kobietę, wezwał policję.

 

* * *

 

Jako profiler opieram się w dużej mierze na protokole przesłuchania ofiary. Pokrzywdzona osoba jest przesłuchiwana na samym początku działań śledczych, gdy tylko pozwala na to jej fizyczny i psychiczny stan zdrowia. Dopiero po jakimś czasie, kiedy standardowe metody wykrywcze nie przynoszą oczekiwanego rezultatu, sięga się po dodatkowe narzędzia, np. profilowanie kryminalne. Dlatego rzadko profiler bierze udział w przesłuchaniu ofiary. Oczywiście może zwrócić się do prowadzącego śledztwo o możliwość porozmawiania z pokrzywdzoną. W przestępstwach seksualnych należy jednak rozważyć, czy jest to konieczne i czy ofiara musi opowiadać o tym, co ją spotkało, po raz drugi. Dobrze, kiedy pierwsze przesłuchanie jest nagrywane, bo może być wykorzystane przez kolejne osoby biorące udział w śledztwie.

 

* * *

 

Postawiono hipotezę, że napaść nad jeziorkiem może być już drugim atakiem sprawcy, który dokładnie miesiąc wcześniej zamordował kobietę. Miejsca ataków leżą od siebie niecałe 2,5 km w linii prostej. Pierwszą ofiarą była czterdziestoletnia wdowa, wychowująca samotnie dwójkę dzieci. Przyczyną zgonu były masywne obrażenia głowy. Sprawca zmasakrował ofiarę. Na twarzy medyk stwierdził również ślady obuwia. Była to ewidentnie napaść na tle seksualnym: ubranie i bielizna były porwane, a w narządach płciowych stwierdzono obrażenia typowe dla brutalnego gwałtu.

 

* * *

 

Rolą profilera, oprócz sporządzenia portretu psychologicznego sprawcy, jest ocena podobieństwa dwóch (lub więcej) zbrodni pod kątem przypisania sprawstwa tej samej osobie. Próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy mamy np. do czynienia z seryjnym mordercą – gwałcicielem. Dzieje się to w przypadkach, kiedy nie udało się zabezpieczyć np. DNA sprawcy, które byłoby twardym dowodem wiążącym poszczególne ataki w serię. Profilerzy oceniają wtedy podobieństwo w działaniu sprawcy, podobieństwo między ofiarami, szukają elementu, który łączy wydarzenia.

Seryjni mordercy, jak sama nazwa wskazuje, działają seriami. Powtarzane przestępstwa przerywane są „okresami wyciszenia”, które pojawiają się tylko bezpośrednio po zbrodni. Zaraz potem zaczyna się fantazjowanie i myślenie o popełnieniu kolejnej. Przerwy między atakami są bardzo indywidualne dla sprawców, trwają zazwyczaj tygodnie i miesiące, czasami nawet lata, a w innych przypadkach tylko kilka dni. Najbardziej rozpoznawalna seria zabójstw na świecie, przypisywana tzw. Kubie Rozpruwaczowi, rozciągała się na przestrzeni niewiele ponad dwóch miesięcy. Zostało wtedy zamordowanych pięć prostytutek, w tym dwie jednej nocy. Jeden z amerykańskich seryjnych zabójców Denis Rader, nazywany przez samego siebie „BTK” (bind, torture, kill – wiąż, torturuj, zabijaj), działał przez 17 lat. Dokonał siedmiu napaści, w czasie których zamordował osiem kobiet, jednego mężczyznę i jedno dziecko – dziewięcioletniego chłopca. Jak widać, dynamika potrafi być bardzo różna.

 

* * *

 

W analizowanym przypadku mamy ataki 6 kwietnia i 6 maja. Oba zdarzyły się dość blisko siebie, jest to ta sama dzielnica Warszawy. Czas i miejsce współgrają ze sobą. Podnosi to prawdopodobieństwo działania tego samego sprawcy. Miejsca przestępstwa to szlaki komunikacyjne, otwarte przestrzenie w słabo oświetlonych okolicach. Do obu doszło późnym wieczorem, prawie nocą. Ciemność ułatwia atak, zapewne pozwala ukryć tożsamość napastnika, a na ulicach mniej jest ludzi, którzy mogliby mu przeszkodzić. Podobieństwo między ofiarami jest bardzo względne. Przestępca na tle seksualnym może mieć albo bardzo sprecyzowany wzorzec swojej ofiary, np. określoną długość włosów lub konkretny wiek (przypadek pedofilów), albo też kierować się głównie dostępnością zaatakowanej osoby. Znajduje się ona wtedy w złym dla siebie miejscu i czasie. A dla sprawcy dogodnym.

Działanie seryjnych zabójców da się porównać z naszymi nawykami kulinarnymi. Jeżeli chcemy coś zjeść na mieście, to możemy wybrać się do restauracji czy baru, który spełnia nasze oczekiwania, jeśli chodzi o rodzaj kuchni oraz wysokość cen. Oczywiście głód i odległość od domu też wpływają na podjęcie decyzji. Im bardziej jesteśmy głodni, tym prędzej wybierzemy coś łatwo dostępnego. Natomiast na specjalne okazje będziemy wybierali lokal bardzo dokładnie, będziemy nawet gotowi odbyć daleką drogę do niego. Możemy też nie zastanawiać się za bardzo, gdzie i co jeść, a skorzystać z pierwszej lepszej oferty. Jakiś bar na rogu, budka z hamburgerami na końcu ulicy, bo akurat szyld rzucił nam się w oczy, przechodziliśmy obok i było otwarte. Może porównanie niesmaczne i dosadne, ale bardzo dobrze oddające sposób postrzegania rzeczywistości przez seryjnego mordercę czy gwałciciela. Oni wybierają swoje ofiary tak, jak my miejsce, w którym zjemy lunch. Czy taka analogia to właśnie wchodzenie w umysł sprawcy?

 

* * *

 

Profilerzy często posługują się koncepcją stworzoną przez agentów FBI, którzy zauważyli, że można wyróżnić sprawców działających w sposób zaplanowany i zorganizowany oraz tych, którzy atakują spontanicznie, a ich zachowanie jest dość chaotyczne. Wyobraźmy sobie oś. Na jednym jej krańcu jest modelowy przykład zorganizowania, który chyba głównie występuje w filmach – sprawca bardzo inteligentny, dobrze przygotowujący się do zbrodni, zacierający ślady, posiadający wiarygodne alibi, działający według planu, wyposażony w narzędzia zbrodni, które przynosi i zabiera z miejsca zdarzenia. Na drugim krańcu znajduje się sprawca silnie zaburzony, wręcz chory psychicznie lub targany bardzo silnymi popędami, które uległy dewiacjom. Może być też upośledzony i działać wyłącznie instynktownie. Zachowanie może być zaburzone przez działanie alkoholu lub innych środków odurzających.

 

* * *

 

Sprawca „znad jeziorka” jest impulsywny i dość chaotyczny. Widoczne jest improwizowanie na miejscu zdarzenia. Posiada zdecydowanie więcej cech sprawcy „zdezorganizowanego”.

Najbardziej wiążące ze sobą przestępstwa ślady behawioralne to sposób działania sprawcy – słynny modus operandi. Profilerzy wyróżniają w nim zachowania konieczne do popełnienia przestępstwa oraz takie, które pojawiają się dodatkowo. Jest to tzw. podpis sprawcy. Nie jest zbyt funkcjonalny i nie musi mieć racjonalnego uzasadnienia, ale zaspokaja ważne dla przestępcy potrzeby psychologiczne. W przestępstwach na tle seksualnym „podpis” jest odzwierciedleniem fantazji seksualnych napastnika. Im „podpis” jest bardziej podobny w kolejnych zbrodniach, tym większe prawdopodobieństwo, że jest to ten sam, seryjny przestępca.

O przebiegu pierwszej napaści wiemy dużo mniej niż o drugim analizowanym ataku. Ofiara z kwietnia nie przeżyła, nie może więc opisać ani wyglądu, ani zachowania sprawcy. Nie było też żadnych świadków tego zabójstwa. Wszystko opiera się na śladach kryminalistycznych i ocenie obrażeń dokonanej przez medyka sądowego. Nie wiemy, czy sprawca zaatakował nagle, czy może poprzedził atak rozmową, tak jak to było w przypadku z maja. Jednak w obu atakach był brutalny – uderzał pięściami, kopał. Na miejscu zabójstwa czterdziestolatki znaleziono kamień umazany krwią, do którego przyczepione były kosmyki jej włosów. Musiała być nim uderzana w głowę. W ataku nad jeziorkiem, gdy nie powiodło mu się z duszeniem ofiary, sprawca również szukał kamienia.

Niby nic odkrywczego i osobliwego – sięgać po cokolwiek pod ręką, ale jest to istotne podobieństwo z punktu widzenia psychologii. Sprawca może posiadać aktywny i łatwo dostępny schemat myślowy (psychologowie nazywają to schematem poznawczym lub skryptem, skrypt jest prostszy od schematu) ataku kamieniem. Wystąpił w pierwszym ataku i wydawał się łatwy do zastosowania w kolejnych działaniach. Z zeznań pokrzywdzonej wynika, że sprawca improwizował po wyczerpaniu czegoś, co chciał zrobić najpierw, czyli nieskutecznym duszeniu jej sznurkiem. Sznurek sprawca miał przy sobie, ale nie wiadomo, czy wyposażył się w niego specjalnie z zamiarem użycia do popełnienia zbrodni. Mógł go mieć przypadkowo, może wykonywał jakieś prace domowe, coś pakował, może sznurek związany jest z jego pracą zarobkową?

Pojawiają się pytania i zaczyna się gdybanie. Stałe dylematy w pracy profilera. Jest pokusa, żeby odpowiedzieć, korzystając z własnych doświadczeń i wyobrażeń. Sznurek mieć przy sobie… kiedy ja miałem ostatnio sznurek w kieszeni? A Ty, czytelniku? Jednak ten sposób myślenia o sprawcy i jego zachowaniu, motywach i decyzjach jest błędny. On to nie Ty, Ty to nie on. Oczywiście odniesienie się do swoich doświadczeń czy obserwacji życiowych może być inspirujące i pozwolić testować nowe hipotezy odnośnie do przebiegu przestępstwa. Ale tylko tak możemy do tego podchodzić. Wyłącznie inspiracja do testowania różnych hipotez.

Jeszcze bardziej specyficzne zachowanie sprawcy to rozmowa z ofiarą. Sprawcy dość często mówią coś, co pełni funkcję komunikatu kontrolującego ofiarę, np. „nie ruszaj się”, „bądź cicho”, „rozbieraj się” itp. Niektórzy natomiast milczą. A gwałciciel „znad jeziorka” przedstawił się, zadawał pytania, chciał wciągnąć ofiarę w dialog. Mówił sporo o sobie. Zachowanie nieadekwatne do sytuacji. Najpierw sprawca atakuje bezbronną kobietę, bije ją, gwałci, a potem rozmawia, jakby byli na randce. Przedstawia się, opowiada o sobie, tak jakby chciał się zaprezentować. Nie musi tego robić, a mimo to zachowuje się w ten sposób. Właśnie to jest to jego „podpis”. Rozmowa zaspakaja jego potrzeby psychologiczne. Czy jest samotny na co dzień? Na pewno w sensie psychologicznym. Użycie siły przez niego w czasie ataku również nie jest adekwatne, uwzględniając obronę ofiary. Bardzo łatwo było ją przełamać i napastnik nie musiał okładać ją pięściami tyle razy. Więc nie chodziło jedynie o narzucenie kontroli, ale o rozładowanie emocji. Sprawca musiał mieć w sobie duży ładunek agresji. Psychologicznym mechanizmem wzbudzającym agresję jest bardzo często uczucie frustracji spowodowane niepowodzeniami życiowymi, niemożnością realizacji nie tylko marzeń, ale często przyjętego przez siebie scenariusza wydarzeń. Osoby sztywne psychologicznie, egocentryczne silnie reagują, gdy coś idzie nie po ich myśli. Nie potrafią przystosować się do zmiennych warunków, irytują się, odczuwają dyskomfort. Są sfrustrowane. Tak musi czuć się „nasz” sprawca. Zachowanie agresywne pobudza go jednak seksualnie i jest w stanie zgwałcić pobitą przez siebie ofiarę. Bije ją drugi raz przed drugim gwałtem, potwierdzając w ten sposób taką skłonność. Jest to sadyzm seksualny. Niekiedy przybiera bardzo wymyślne formy znęcania się nad ofiarą, i nie chodzi tylko o fizyczne tortury, ale o wzbudzenie grozy i przerażenia, upokorzenie i upodlenie ofiary, aż w skrajnej formie uprzedmiotowi się ją, zabierając jej człowieczeństwo. Gwałciciel „znad jeziorka” jest bardziej prymitywny w swoim działaniu. Może to wynikać z jego charakteru, osobowości i poziomu intelektualnego. A może dopiero się „rozkręca”, dopiero zdobywa doświadczenie przestępcze i poznaje swoje zdeprawowane potrzeby? Widoczne jednak jest rozładowanie sprawcy, które przynosi mu poczucie ulgi. To właśnie moment rozmowy z ofiarą. Atak i gwałt rozładował dyskomfort sprawcy, więc zapominając się, zaczął normalnie rozmawiać. Jeżeli na co dzień tak funkcjonuje, to pewnie sprawia wrażenia milczka, ewentualnie osoby, która jest zrzędliwa i potrafi jedynie narzekać i złorzeczyć pod nosem. Ewidentnie nie jest człowiekiem sukcesu ani duszą towarzystwa. Gdy śledczy będą typować już bardziej konkretne osoby, trzeba zwracać uwagę na te, którym coś się nie udało w życiu, zwłaszcza w okresie poprzedzającym pierwszy atak. W biografii podejrzanego należy szukać tzw. krachów życiowych.

Oczywiście policja musi zweryfikować informacje, które sam o sobie podał sprawca, czyli posiadanie ojca inwalidy lub kogoś bliskiego w rodzinie, kto nie ma jednej nogi, zamieszkanie w przeszłości w blokach w okolicy miejsca zdarzenia, a nawet imię Zygmunt – zarówno na pierwsze lub drugie, czy też przezwisko. To, co mówił, nie musi być prawdziwe, ale przy tym stopniu zaburzeń, bo nikt „normalny” nie bije kobiet, nie gwałci ich, a potem nie rozmawia, jakby poznali się w parku, sprawca może być dość szczery. Zachowanie wskazuje, jakby rzeczywiście znał okolicę. Czuł się tam swobodnie, wiedział, gdzie są miejsca ustronne w pobliżu uczęszczanych ciągów komunikacyjnych, żeby zaciągnąć tam ofiarę. Może tak, jak sam powiedział – mieszkał kiedyś w pobliżu.

 

* * *

 

Kobieta, która przeżyła napaść, opisała wygląd sprawcy. Był dość charakterystyczny. Po pierwsze, cecha indywidualna będąca znakiem szczególnym, czyli brak dwóch palców lewej dłoni. A po drugie – ubiór. Gwałciciel ubrany był w stylu militarnym. Wojskowe spodnie, kurtka i czapka. Raczej nie jest czynnym żołnierzem, brak palców stanowi przeciwskazanie do pełnienia służby. Może być byłym żołnierzem, ale bardziej prawdopodobne, że jest ochroniarzem. Strój oddaje jego osobowość. Styl militarny podkreśla męskość, kojarzy się z mężczyzną typu macho. Przy zwłokach pierwszej ofiary znaleziono wojskowy pasek. Teraz rysopis podany przez drugą ofiarę potwierdził, że pas należał do napastnika. Sprawca musiał go zdjąć do gwałtu i być może nie wziął go, ponieważ ktoś go spłoszył, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Może doznania związane z atakiem i gwałtem odwróciły uwagę sprawcy od pozostawionego pasa? Mogłoby to potwierdzać hipotezę, że jest to jego pierwsze zabójstwo i wywarło na nim silne wrażenie. Militarny ubiór pasuje do dominacji nad ofiarą. Poczucie siły sprawia, że morderca – gwałciciel „znad jeziorka” czuje się dobrze. A pewnie mu tego brakuje, więc odreagowuje, atakując i gwałcąc samotne kobiety. Sprawca, który poprzez przestępstwa dowartościowuje się i zaspokaja ważne potrzeby „ego”, ma największy potencjał seryjności. Będzie powtarzał ataki, żeby podtrzymywać swoje dobre samopoczucie.

Pokrzywdzona oszacowała wiek sprawcy na około 25 lat. Czyli zbliżony do swojego. Percepcja i pamięć świadków naocznych działa, korzystając z efektu podobieństwa i kontrastu. To, co podobne do nas lub tego, co znamy, i to, co jest typowe, łatwiej zapada nam w pamięć. Tak samo to, co zupełnie różne, niezwykłe, inne. W tym przypadku można przyjąć, że sprawca jest w wieku zbliżonym do ofiary, która postrzegając i zapamiętując jego wiek, kierowała się efektem podobieństwa. Może jednak okazać się, że jest młodszy, ale poprzez swoją agresywność i dominację wydał się pokrzywdzonej starszy. Podobnie jest z szacowaniem wzrostu. Sprawcy agresywniejsi wydają się więksi. Trudniej jeszcze byłoby ocenić zeznanie np. osiemdziesięcioletniej osoby, która podawałaby wiek sprawcy na 45–50 lat. Równie dobrze mogłoby się okazać, że tak naprawdę chodzi o kogoś trzydziestoletniego. Chyba że starsza osoba porównuje wiek do swoich dzieci lub wnuków i robi to w sposób świadomy (wybiera konkretne osoby jako punkty odniesienia). Ważne jest więc przesłuchanie pokrzywdzonej osoby lub świadków przed kogoś doświadczonego, dobrze wspierać się w tej czynności udziałem psychologa.

 

* * *

 

Podsumowując informacje, jakie mamy, i możliwe hipotezy, trzeba przyjąć z wysokim prawdopodobieństwem, że ataki na kobiety popełnia ten sam, seryjny gwałciciel – zabójca. To młody mężczyzna w wieku 20–30 lat. Jest związany z dzielnicą miasta – Warszawa Praga-Południe, może tam kiedyś mieszkał lub chodził do szkoły albo pracował, może mieć tam członka rodziny. Nie ma dwóch palców jednej dłoni, może być więc rencistą, może mieć w swojej biografii wypadek lub chorobę. Ubranie militarne ma podkreślić jego męskość. W języku angielskim jest takie określenie police buff, oznaczające maniaka policji i służb mundurowych. Duża część seryjnych morderców posiadała takie cechy. Niektórzy nawet byli w czynnej służbie policji lub wojska, inni starali się dostać do formacji militarnych, ale zostali negatywnie ocenieni przez psychiatrę lub psychologa i odrzucono ich kandydatury. Mundur i odznaka dają władzę, czynią daną osobę kimś uprzywilejowanym, będącym niejako ponad prawem. Ma to podnieść samoocenę. Często tacy ludzie wygłaszają radykalne poglądy na różne tematy, prezentują czarno-białą wizję świata. Sprawca ma za sobą „krachy” życiowe – stracił pracę, rozstał się z partnerką, ma kłopoty rodzinne – chorobę, ktoś mu zmarł itp. Agresja względem kobiet wskazuje na nieudane relacje na co dzień. Jeżeli ma jakąś przeszłość kryminalną, to za przemoc domową lub występki seksualne, jak podglądactwo lub ekshibicjonizm.

 

* * *

 

Policja dość szybko skojarzyła zgłoszenie ucieczki z domu dziewiętnastolatka z popełnionymi zbrodniami, ponieważ rodzina podała, że chłopak nie ma dwóch palców lewej ręki. Pokrzywdzona jednak nie rozpoznała w nim swojego oprawcy – gwałciciela. W czasie sprawdzenia okazało się, że nie miał też nikogo w rodzinie, kto byłby niepełnosprawny, nie mówiąc konkretnie o braku jednej nogi. Mieszkał też dużo dalej, niż przyjmowano to w przypadku prawdziwego sprawcy.

W tym samym czasie zgłoszono także zaginięcie dwudziestoletniej dziewczyny, która po spotkaniu z koleżanką nie wróciła do domu. Ta potwierdziła, że się widziały, po czym odprowadziła koleżankę na tramwaj. Było około 22:00. Następnego dnia na terenie działek mieszczących się w połowie drogi między przystankiem a miejscem zamieszkania dziewczyny znaleziono jej nagie ciało. Odzież została zabrana, a na szyi widoczne były ślady duszenia. Wszyscy byli przekonani, że to trzecia ofiara tego samego zboczeńca. Nie udało się jednak zabezpieczyć żadnych dowodów, które posunęłyby śledztwo do przodu. Trzeba było zająć się kontynuacją sprawdzania dotychczasowych wątków. Policyjni wywiadowcy dowiedzieli się w pewnym momencie o człowieku, który nie miał jednej nogi i mieszkał kiedyś w ponurym budynku, całkiem niedaleko jeziorka. Budynek poszedł do rozbiórki, a mieszkańcy wyprowadzili się w inne miejsca. Ów mężczyzna miał trzech synów, z czego dwóch mieszkało cały czas w Warszawie. Gdy ich wezwano w celu rozpytania, stawił się jeden z nich – Jerzy Ołdak. Nie pasował do rysopisu podanego przez ofiarę gwałciciela. Zapytany o brata, podał, że Tadeusz, bo tak ma na imię, pracuje jako strażnik więzienny. Dlatego też ma w zwyczaju chodzić w mundurze wojskowym. Jest żonaty i ma małe dziecko. Zapytany o ewentualne znaki szczególne Tadeusza, odpowiedział, że brat nie ma dwóch palców jednej ręki. Rozpoczęto więc poszukiwania Tadeusza Ołdaka, ponieważ pasował do rysopisu i profilu sprawcy.

 

* * *

 

Jeszcze tego samego dnia, a w zasadzie nocy, bo już było około 22:00, na osiedlu Anin leżącym 10 km od jeziorka, przy którym sprawca zgwałcił kobietę, w pobliżu stacji kolejki miejskiej, mężczyzna zaatakował osiemnastoletnią dziewczynę. Złapał ją za szyję i zaczął dusić. Gdy się próbowała wyrywać, zaczął ją bić po głowie, po czym rzucił na ziemię. Ofiara zemdlała. Gdy się ocknęła, zobaczyła, że napastnika nie ma. Z nim zniknęło również jej ubranie, plecak z książkami i zegarek. Dziewczyna wróciła do domu, a potem razem z rodzicami zawiadomili policję. Pokrzywdzona nie potrafiła dokładnie opisać wyglądu sprawcy. Zaprzeczała, aby nosił mundur czy wojskowe ubranie. Relacjonując przebieg napaści, stwierdziła, że napastnik jedną ręką słabiej uciskał jej szyję. Śledczy zinterpretowali to odczucie jako możliwy brak palców w jednej dłoni.

Poszukiwania sprawcy i typowanego na niego Tadeusza Ołdaka trwały jeszcze kilka tygodni. Ołdak był w zasadzie jedynym prawdopodobnym wskazaniem, więc trzeba było go sprawdzić dokładnie. To, że przepadł w momencie zainteresowania śledczych jego osobą, utwierdzało ich, że są na dobrym tropie. Prokurator nakazał obserwować żonę figuranta i zabezpieczyć ich komunikację. Ołdak wysłał wiadomość do żony, podając miejsce, gdzie przebywa. Chciał, żeby przyjechała do niego. Ukrywał się u swojego krewnego pod Sokołowem Podlaskim. Zamiast żony z dzieckiem zjawił się u niego oddział szturmowy wyposażony w broń automatyczną. Mężczyzna był zaskoczony. Zaprzeczał, aby miał dokonać jakichkolwiek napaści na kobiety. Jednak szybko ustalono, że pas wojskowy znaleziony przy zwłokach pierwszej ofiary Tadeusz Ołdak otrzymał w prezencie od swojego kolegi, który potwierdził to w zeznaniach. Inny znajomy Ołdaka przyznał się policjantom, że niedawno odkupił od niego zegarek. Zegarek rozpoznała osiemnastoletnia dziewczyna zaatakowana w Aninie. Przełomem było okazanie zatrzymanego ofierze pobitej i zgwałconej nad jeziorkiem. Kobieta rozpoznała w osobie Tadeusza Ołdaka swojego oprawcę, nie miała żadnych wątpliwości. On sam stwierdził, że nie ma sensu dłużej zaprzeczać swym czynom, i przyznał się do nich.

 

* * *

 

Nie pracowałem przy tej sprawie. Nie było mnie wtedy nawet jeszcze na świecie. Nie wiem też nic na temat wykorzystania w śledztwie profilera. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ponieważ do zabójstw doszło w 1950 roku, w powojennej Warszawie. Nie było wtedy jeszcze profilerów w Polsce. Pierwsze pionierskie próby wspierania śledztwa przez specjalistów z zakresu psychiatrii, psychologii i seksuologii to dopiero druga połowa lat 60. W latach 70. nadal nie było to popularne i zdarzało się w wyjątkowych przypadkach, np. serii zabójstw w Zagłębiu, za które został skazany Zdzisław Marchwicki. Współczesne profilowanie kryminalne w Polsce to dopiero przełom lat 90. i pierwszego dziesięciolecia XXI wieku.

Jestem warszawiakiem od kilku pokoleń. Zaintrygował mnie więc pierwszy powojenny seryjny zabójca z mojego miasta. Był nim właśnie Tadeusz Ołdak. Za popełnione zabrodnie został stracony w 1951 roku, miał wtedy 26 lat. Ja, mając 25 lat, kończyłem właśnie psychologię, pisałem pracę magisterską – stresowałem się, że cztery miesiące po terminie. Interesowałem się profilowaniem kryminalnym i chciałem łączyć z tym obszarem moją przyszłość zawodową. Fantazjowałem na temat zostania profilerem. Fantazje są też bardzo ważnym komponentem seryjnego mordercy – on fantazjuje o kolejnych zabójstwach, zwłaszcza ten motywowany seksualnie. Czy więc właśnie treść myśli odróżnia nas od seryjnych zabójców?

 

* * *

 

Co wiemy o Tadeuszu Oładku? Od dziecka miał problemy z nauką, słabo pisał i czytał. Edukację zakończył na czwartej klasie, co jednak zajęło mu w sumie osiem lat. Jego ojciec nadużywał alkoholu, stosował przemoc wobec rodziny, bił żonę. Uprawiał z nią seks na oczach Tadeusza. Gdy ten miał 14 lat, wybuchła wojna. Życie nabrało innego znaczenia, pojawiły się inne warunki. Tadeusz Ołdak zaczął korzystać z usług prostytutek, gdy miał 16 lat. Pieniądze na ich usługi pochodziły z kradzieży i kombinowania. Zaczął również w czasie spotkań w „domach schadzek” pić duże ilości wódki. W czasie kradzieży węgla z zapasów dla kolei został złapany i zesłany na roboty do Niemiec.

Wyzwolony przez wojska amerykańskie, do Warszawy wrócił pod koniec 1945 roku. Nadal zajmował się handlem, tu kupił, tam sprzedał, coś ukradł, pojawiły się też nielegalne papierosy. Tadeusz Ołdak wszystkie pieniądze wydawał na zabawy z kobietami suto zakrapiane alkoholem. To doprowadziło do wypadku – wypadł pijany z jadącego tramwaju i stracił dwa palce. Uderzył się przy tym głowę, co skutkowało pogorszeniem słuchu, powracającymi bólami oraz spadkiem tolerancji na alkohol. Ołdak stwierdził, że od tego czasu przestało mu się układać z kobietami. Zaczął pracować w budowlance i poznał dziewczynę, która mu się spodobała. Pobrali się w listopadzie 1949 roku, siedem miesięcy przed pierwszą zbrodnią.

Gdy urodziło się dziecko, żona przestała spełniać fizyczne oczekiwania Ołdaka, więc wrócił do korzystania z usług prostytutek, od których zaraził się chorobą weneryczną, zarażając przy okazji swoją żonę. Na krótko przed serią zbrodni Tadeusz Ołdak podjął pracę w areszcie, którą utrzymał tylko przez dwa miesiące. Cały czas miał duże potrzeby seksualne, ale nie czuł się już pewnie w kontaktach z płcią piękną. Gdy był pod wpływem alkoholu, tracił nad sobą kontrolę i nie mógł się powstrzymać od zaatakowania kobiety.

W czasie składania wyjaśnień opowiadał o frustracji z powodu trudności w kontaktach z kobietami i relacji z żoną. Był dość prymitywny w sposobie myślenia i funkcjonowania, głównie skupiony na zaspokajaniu swoich hedonistycznych potrzeb. Nie kontrolował swojego zachowania, nie rozumiał swoich emocji. Trudności we wczesnej nauce szkolnej były złymi zwiastunami na przyszłość. Wzorzec przemocy jako element relacji międzyludzkich wyniesiony z domu rodzinnego łatwo uaktywniał się w sytuacjach stresu i dyskomfortu. Wszystko potęgowało się przez spożywany alkohol, który znosił hamulce agresywnych zachowań.

Jak więc wejść w umysł takiej osoby?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ADRIAN BEDNAREK

 

Chłopak z bagnetem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

– Halo.

– Danusia, to ty?– pytam z grzeczności, bo doskonale rozpoznaję jej głos w słuchawce.

– Karol… – Ona też wie, kto do niej dzwoni.

Jest starsza ode mnie, chodzi na ASP, poznałem ją w klubie strzeleckim, gdzie razem trenujemy. Często odprowadzam ją do domu i traktuję trochę jak swoją dziewczynę. Ona widzi to inaczej. Zignorowała mnie, kiedy pocałowałem ją, nie pytając o zgodę. Potem spróbowałem jeszcze kilka razy. Bez skutku. Odmówiła, gdy zaproponowałem odbycie stosunku. Czasami myślę, że jest nędzna jak koleżanki z mojej szkoły. One oburzają się, gdy tylko klepnę którąś w pośladek, złapię za pierś albo spytam, co mają pod spódniczkami. Nie zgadzają się na stosunki, choć sugeruję, że przecież mogę za nie zapłacić. Ciągle mnie unikają. Danusia nie.

– Jesteś zajęta?

– A co, wpadłeś na pomysł, jak przeprosić mnie za swoje wygłupy w Tyńcu?

Niedawno zabrała mnie do Tyńca. Mówiła, że chce porysować nad Wisłą. Skłamała. Chodziło jej o spotkanie z jakimś ojcem z opactwa Benedyktynów. Twierdziła, że chce, żebym z nim porozmawiał. Nie wiadomo po co. Podobno ona martwi się o mnie, uważa, że coś ze mną nie w porządku.

Księdza nie było, a kiedy wracaliśmy wałem przeciwpowodziowym, nie umiałem skupić się na niczym oprócz słuchania szeptów krążących pod czaszką. Pojawiły się nagle i stłumiły wszystkie inne myśli, podpowiadając mi, co mam zrobić. Zasymulowałem skręcenie nogi, Danusia natychmiast przystanęła, żeby mi pomóc. Chwyciła mnie pod ramię. Jej dotyk pobudził mnie do działania. Przewróciłem ją i przyłożyłem do jej gardła nóż. Powiedziałem, że ją zabiję. Mówiąc to, szukałem oznak strachu w jej oczach. Nigdy dotąd nie widziałem oczu człowieka, który wie, że za chwilę umrze. Chciałem zobaczyć to przerażenie, posłuchać, jak zaczyna błagać o litość. Wyobrażałem sobie moment, w którym tnę cienką skórę na jej gardle i obserwuję, jak charczy, dławiąc się własną krwią. Ale Danusia nie błagała, tylko… zaczęła się śmiać. Myślała, że to dowcip. Patrzyła na mnie z politowaniem jak na gówniarza, który zmarnował kolejną szansę, żeby jej zaimponować.

Wściekły odrzuciłem nóż, chwyciłem ją za gardło i zacząłem dusić. Wreszcie ujrzałem ten upragniony strach. Gdy narastał, źrenice Danusi zrobiły się większe. Poczerwieniała na twarzy, z jej ust wydobyły się dziwne dźwięki. Przypominały charczącego starca. Danusia próbowała się bronić. Uderzyła mnie w głowę i chyba to uratowało jej życie. Momentalnie otrzeźwiałem, a szepty ucichły, dopuszczając do głosu zwykłe myśli. Pomogłem Danusi wstać i ruszyliśmy w stronę krakowskiego Kazimierza.

Postanowiłem załagodzić sytuację i opowiedziałem o swoich zmartwieniach. Mówiłem, że przychodzą momenty, kiedy czuję, że muszę zrobić komuś krzywdę. Wiem, że czyjś ból sprawi mi satysfakcję, i nie potrafię tego powstrzymać. Danusia była przejęta, zasugerowała, żebym poszedł do lekarza. Obiecała, że pójdzie ze mną. Powiedziałem, że się zastanowię. Potem trenowaliśmy w klubie, a po zajęciach pozwoliła odprowadzić się do domu. Nie poruszaliśmy tematu Tyńca. Było normalnie, więc pomyślałem, że zapomniała o sprawie. Ale skoro oczekuje przeprosin, to chyba jeszcze jej nie przeszło.

– To nie były wygłupy, tylko potrzeba – odzywam się po chwili ciszy. – Ale jeśli chcesz, uznaj naszą rozmowę za przeprosiny… – Ostatni wyraz urywam, bo szybkie ruchy ręką sprawiają mojemu ciału coraz większą przyjemność.

– Karol, co ty robisz?

– Jestem nagi – oznajmiam zdyszanym głosem. Chcę, żeby wiedziała. – Siedzę w kuchni i myślę o tobie.

– Karol! Ty się… – Danusia zdaje się łapać sens rozmowy.

– Tak, dla ciebie… – odpowiadam. – Po to zadzwoniłem.

– Dla mnie? Rozumiem, że próbujesz zwrócić na siebie uwagę, ale tak się nie robi! Ty naprawdę jesteś chory! – Odpowiadają jej moje krótkie, urywane jęki. – Proszę, chodź ze mną do poradni doktor Półtawskiej! Słyszysz mnie?! Ja chcę ci pomóc!

– Świetnie, krzycz głośniej, ale tak, jakbyś krzyczała, gdybyśmy odbywali stosunek.

– Nie mam zamiaru uczestniczyć w tym obrzydlistwie! – Odkłada słuchawkę. Niemal da się usłyszeć, jak trzaska nią o widełki.

Zamykam oczy i kontynuuję, wyobrażając sobie Danusię. Nie umiera, nie krwawi ani nie zachowuje się jak kobiety na zdjęciach pornograficznych, które lubię oglądać. Po prostu stoi przede mną naga. Tak samo wyobrażałem to sobie rano, tak samo wyobrażę przed snem i podobnie będzie jutro po przebudzeniu. Ewentualnie zastąpię Danusię inną modelką. Onanizowanie jest dobre, pozwala mi nie myśleć o innej potrzebie, choć pewnie bezpośredni stosunek byłby lepszy. Może gdyby dane mi było spróbować, stwierdziłbym, że zapewnia większe emocje niż zabicie człowieka.

 

 

1.

 

Kraków, 1966

Ludzie wierzą w pozory. Nie rozpoznają tego, co naprawdę siedzi w drugim człowieku. Najczęściej widzą to, co chcą widzieć. Czasami, nawet gdy pokaże im się część swojego prawdziwego oblicza, oni biorą je za dowcip. Kiepski żart kogoś, kto ich zdaniem nie może być tym, za kogo się podaje, bo przecież go znają i są przekonani, że jest niegroźny.

Mnie w szkole znają wszyscy. Chodzę do technikum energetycznego. Niby głąbów nie przyjmują, ale koledzy przeczą tej teorii. Są głupi. Myślą, że żartuję, kiedy dzielę się z nimi swoimi wizjami. Nie wierzą, że mógłbym wypruć flaki wszystkim koleżankom z klasy, wcześniej je gwałcąc. Nie traktują poważnie moich propozycji zorganizowania orgietek, w trakcie których obcinalibyśmy kobietom piersi, a potem tarzali się w ich krwi. Śmieją się, kiedy o tym opowiadam. Dwaj z nich śmiali się, gdy pokazałem miejsce, w którym taka orgietka mogłaby się odbyć. Jednemu powiedziałem o tym, co zrobiłem niecałe dwa lata temu. Wyśmiał mnie i uznał moje słowa za brednie.

Opowiadam im o swoich fantazjach z jednego powodu: bo mogę. Oni i tak nigdy mi nie uwierzą. Myślą, że zachowuję się dziwnie, gdyż za wszelką cenę chcę się wyróżnić. Dzięki swojemu zachowaniu dorobiłem się wielu ksywek. Nazywają mnie „Krwawy Lolo”, „Wampir”, „Lolo erotoman” , „Lolo benzyna”, czasami mówią, że jestem Karoliną Kotówną, co akurat nie świadczy o sympatii. Chłopaki mi zazdroszczą, ich nie stać na taką odwagę. Czasami, gdy się zdenerwuję, muszę któremuś przyłożyć.

Belfrzy natomiast należą do grupy ślepo wierzących w stwarzane pozory. Dla nich Karol Kot jest solidnym, zdyscyplinowanym, choć przeciętnym uczniem. Złego słowa o mnie nie powiedzą. Jestem sumienny, zawsze chętny do pomocy, a gdy trafia się okazja, bez skrupułów donoszę na kolegów. Mój trener z klubu strzeleckiego jest ze mnie dumny. Przed swoim synem stawia mnie jako wzór do naśladowania.

Pochodzę z rodziny inteligenckiej ,co wiele mi ułatwia. Mama jest działaczką społeczną w Lidze Kobiet. Tata inżynierem w Wojskowych Zakładach Remontowych. Oboje są przykładnymi towarzyszami, a ja ich przykładnym synem. Najlepszy strzelec SKS „Cracovia”, trenuję karate, należę do ZMS-u, a jesienią zeszłego roku zostałem członkiem Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Za kilka miesięcy przystąpię do egzaminu dojrzałości. Po maturze zamierzam wstąpić do szkoły oficerskiej. W przeciwieństwie do większości dziewiętnastolatków nie palę papierosów i nie dotykam alkoholu. Na papierze jestem wzorowym obywatelem, gotowym poświęcić przyszłość, służąc Polsce Ludowej. Pozory, które stworzyłem, pomagają mi zachować wolność, ale dają też satysfakcję. Nikt nie podejrzewa, jakich czynów się dopuściłem. Nawet rodzice.

O ile głąbów ze szkoły jestem w stanie zrozumieć, o tyle naiwność najbliższych jest rozbrajająca. Rodzice nie zastanawiają się, czemu ich syn ma w domu kilkanaście noży i bagnetów, z czego większość zrobioną na specjalne zamówienie. Mama jest wręcz dumna z moich wysokich umiejętności w rzucaniu nożem do celu. Kiedy ćwicząc, podziurawiłem jej deskę do prasowania, zorganizowała mi wielki kawałek drewna, żebym mógł dalej trenować. Chyba zrobiła to, bo chce mieć mnie z głowy. Kiedyś trochę się mną interesowała, potem urodziła Basię i od tamtej pory czas dzieli między nią a pracę. Zabawne, że sama doradza innym kobietom w kwestiach wychowawczych. Tata dla odmiany nigdy się mną nie interesował. Jego życie w całości wypełnia praca. Daje mi kieszonkowe, wymaga posłuszeństwa, karze, gdy coś przeskrobię, i na tym nasza relacja się kończy.

Jest jeszcze Danusia, ale to inna sprawa. Wie o mnie więcej niż pozostali, na swój dziwny sposób próbuje się o mnie troszczyć. Mam ochotę opowiedzieć jej o wszystkim, co zrobiłem i co zamierzam zrobić. Być może potrafiłaby mnie zrozumieć. Może wreszcie zgodziłaby się na stosunek. Ale mogłaby też mnie wydać. Na początku miesiąca uległem jej prośbom, poszliśmy razem do poradni. Psycholożka wypytywała mnie o różne bzdury, zapisała witaminę B complex i kazała przyjść z mamą. Nie zrobiłem tego.

Dziś od rana analizuję świat stworzonych przez siebie pozorów. Nie powitałem dnia masturbacją, co rzadko mi się zdarza. Wczoraj i przedwczoraj też nie. Nie mam na nią ochoty. Jak zawsze, gdy zbliża się ten moment, zaczynam odczuwać inny rodzaj podniecenia.

Wiem, że nic mi nie grozi, przecież dotąd nie stało się nic złego. Początkowo bardzo się bałem, ale mój rysopis nie pojawił się w gazetach i strach szybko zelżał. Zniknął całkowicie, gdy śledztwo trafiło do archiwum. To było półtora roku temu. W ubiegłym roku spróbowałem inaczej. Na odległość, przez trucizny i podpalenia. Trucizny testowałem na sobie, potem w większych dawkach na przypadkowych ludziach. Nic z tego nie wyszło. Porażki i brak intensywnych doznań, jakie towarzyszą bezpośredniemu kontaktowi z obiektem, sprawiły, że moja wyjątkowa potrzeba zmalała.

Pobudził ją dopiero incydent z nożem na gardle Danusi, a od kilku dni szepty w głowie są głośniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Organizm jest nienaturalnie pobudzony. Nogi mam twarde, żołądek piecze, jakbym wlał w niego gorące kakao, mięśnie bez przerwy są napięte, nie potrafię skupić się na niczym, myślę tylko o jednym. Odwagi dodaje mi fakt, że jestem przygotowany o wiele lepiej niż poprzednio. Nauczyłem się nowych rzeczy. Dogłębnie analizuję atlas anatomii. Wiem, w które miejsce muszę zadawać ciosy, żeby osiągnąć pożądany efekt. Poprzednio wszystko trwało zbyt krótko. Nie zdążyłem osiągnąć pełni. Teraz będzie inaczej, tylko muszę znaleźć właściwy obiekt i trafić na odpowiednie okoliczności. Zrozumiałem już, że one są najważniejsze. Bez odpowiednich okoliczności mi się nie uda.

– Pobudka, Lolek! – Delikatny dziewczęcy głos kończy wydłużający się poranek. Do pokoju wbiega Basia, moja dwunastoletnia siostra. – O! Nie śpisz! Przyszłam powiedzieć, że zaraz idę z rodzicami na Kleparz.

Swego czasu nawet lubiłem Basię. Była sympatyczna i niewinna, tylko trochę śmierdziała, gdy paskudziła pieluchę. Potem zaczęła mnie denerwować.

– Podejdź na chwilę. – Siadam na łóżku, uważnie obserwując siostrę.

Jej chwilowy entuzjazm gaśnie. Idąc, spuszcza głowę. Ma dwa ciemne warkoczyki i niesamowicie drażniący, słodki wyraz twarzy. Wczoraj po południu, kiedy zostaliśmy sami, trochę jej przyłożyłem. Nic specjalnego, zwykły kopniak w udo i chyba dwa razy pięścią w brzuch. Wszystkiego nie pamiętam. Pobiłem ją z niemocy. Od kilku dni męczę się ze swoją potrzebą i chciałem czymś ją zastąpić.

– W porządku? – pytam. – Nie powiedziałaś tacie? – Zniżam głos do półszeptu. Basia nie zamknęła drzwi po wejściu do pokoju.

– Nie powiedziałam, nie chcę, żeby cię zbił. – Siostra mruczy pod nosem.

Zdarzały się nam dużo gorsze sytuacje. Kiedyś często ją tłukłem, w ogóle tego nie pamiętając. Wściekałem się, że kręci się tuż obok mnie, jest słabsza, a ja i tak nie mogę jej zabić. Niemoc powodowała agresję. Po pierwszym ciosie film mi się urywał. Gdy powracał, agresja mijała. Pobita siostra leżała na podłodze i zanosiła się płaczem, a ja byłem smutny. Martwiłem się jej siniakami. Basia mówiła, że wpadałem w prawdziwą furię i choć błagała mnie, żebym przestał, ja nie potrafiłem. Podobno dziwnie się śmiałem, kiedy zaczynała krwawić. Tak mówi, ale to dziecko, więc ciężko jej wierzyć. Czasami jestem świadomy tego, co z nią robię. W zeszłym roku rzuciłem nią o ścianę, z irytacji, gdy kolejna trucizna zostawiona w barze nie zadziałała. Rok wcześniej ukłułem ją wieszakiem w plecy, wyobrażając sobie, że to nóż. Chciałem odtworzyć pewną scenę, ale mi się nie udało, bo zdałem sobie sprawę, że dla uzyskania pełnego efektu musiałbym zabić siostrę.

– Przepraszam, mała. – Głaskam ją po głowie. – Wczoraj mi odbiło. – Basia to marny substytut. Jest niczym trociny dla palacza papierosów. Używam jej tylko w ostateczności. – I dziękuję, że trzymasz sztamę.

– Basia, idziemy! – Na korytarzu słychać krzyk mamy. Basia natychmiast ucieka. Próbuje biec, ale lekko utyka. – Loluś, śniadanie zostawiłam w kuchni! – Mama nawet się nie wysila, żeby wejść ze swoim komunikatem do pokoju. – Gdybyś wychodził, pamiętaj, że obiad będzie około czternastej!

Dziś jest niedziela i pierwszy dzień ferii zimowych. Jutro nikt nie idzie do budy, co zwiększy ilość obiektów przebywających na polu. Wizja poszukiwań sprawia, że robi mi się gorąco. Szepty w głowie zmieniają się w jednolity, głośny śmiech. Energia rozsadza mnie od środka. Pragnę krwi. Czuję się jak wulkan przed erupcją.

 

 

2.

 

Przed wyjściem zjadam dwie z sześciu kanapek, które mama zostawiła mi w kuchni. Przełykam je z trudem, bo myślenie o tym, co może się wydarzyć, temperuje apetyt. Po śniadaniu odwiedzam łazienkę. Czeszę na bok swoje gęste włosy koloru ciemny blond. Moje lustrzane odbicie jest dziś inne niż zawsze. Oczy zdają się być czarne jak otchłań. Gdy się uśmiechnę, wyglądam jak wygłodniałe zwierzę. Ale tylko ja jestem w stanie ujrzeć ten mrok w swoim spojrzeniu. Tylko ja widzę potwora skrywającego się pod szarmanckim uśmiechem młodego chłopaka. Tylko ja dostrzegam prawdę zamiast pozorów.

Zanim wyjdę z domu, wybieram nóż. Mam ich całą kolekcję. Zawsze noszę jeden w futerale na pasku. Nie ma różnicy, czy idę do szkoły, na trening, czy do cukierni po kremówki. Muszę być uzbrojony. Wybór noża jest dla mnie szalenie istotny. Kocham je wszystkie. Lubię obserwować ostrza i wyobrażać sobie, co mógłbym nimi zrobić. Noże to moi najlepsi przyjaciele.

– Który pójdzie ze mną na wycieczkę? – Przejeżdżam drżącą dłonią po najpiękniejszych okazach. – Który zrobi dziś małe gzi-gzi?

Odkąd potrzeba wróciła, każde moje wyjście z domu jest okazją do natrafienia na obiekt znajdujący się w odpowiednich okolicznościach.

– Ty. – Chwytam piękny nóż w rogowej oprawie przypominający bagnet. Jest długi na piętnaście centymetrów i szeroki prawie na trzy. – Dzień dobry, bagneciku. – Witam się z bronią, chowam do futerału i wkładam jasny trencz. Jestem gotowy do wyjścia.

Mieszkam w kamienicy przy Meiselsa 2, na krakowskim Kazimierzu. Tuż obok Dietla, gdzie mieszka Danusia. Blisko na Rynek Główny, jeszcze bliżej na Bulwary Wiślane. Mnóstwo tu wąskich uliczek i kamienic z ciemnymi bramami. Gdy wychodzę na zewnątrz, zastanawiam się, dokąd pójść. Kieruje mną potrzeba, więc w każdej chwili ktoś może umrzeć. Ale muszę działać rozważnie.

Niedzielny poranek to zła pora na szukanie obiektu na Starym Mieście. Choć jest zimno, śnieg chrupie pod nogami, a nad Krakowem wisi gęsta mgła, dużo ludzi kręci się po ulicach. Kiedy dochodzę do Dietla, muszę podjąć decyzję. Brnąć dalej w wąskie uliczki, zaglądać do kościołów, sprawdzać bramy czy może spróbować czegoś nowego? Przypominam sobie o najważniejszym, okolicznościach. Do odprawienia mokrej roboty potrzebuję intymności, miejsca takiego jak podczas spaceru z Danusią w Tyńcu. Wiem, gdzie mogę je znaleźć. Nogi same prowadzą mnie we właściwym kierunku.

Idę Bulwarami w stronę mostu Dębnickiego. Przy samej rzece mgła jest tak gęsta, że mógłbym ją pociąć swoim bagnecikiem. Obojętne spojrzenia mijanych ludzi sprawiają, że mam wrażenie, jakbym unosił się ponad chodnikami. Widzą mnie, ale nie zauważają. Dla nich jestem zwykłym chłopakiem, który wybrał się na spacer. Półtora roku temu ci sami ludzie drżeli ze strachu. Cały Kraków drżał przed atakami nożownika.

Wówczas potrzeba