37,90 zł
Każdy zasługuje na drugą szansę. Sztuką jest ją wykorzystać.
Marta Dziedzic popełniła niewybaczalny błąd. Za nieumyślne spowodowanie śmierci swojej córeczki dziewięć lat spędziła w więzieniu. Wyjście na wolność miało otworzyć nowy rozdział w jej życiu. Ale… Marta nie żyje. Prokurator uznaje, że to samobójstwo, i chce zamknąć sprawę.
Innego zdania jest podkomisarz Zoja Sterlak. Uparta śledcza zamierza dotrzeć do prawdy, nawet jeśli będzie zmuszona zaryzykować nie tylko karierę, ale i życie. Wspierana przez nowego partnera wkracza w świat rodzinnych sekretów, mafijnych powiązań i moralnych dylematów.
Białe madonny to opowieść o iluzji kontroli, braku odpowiedzialności i konsekwencjach nie do przewidzenia. A także o pozornie dobrych domach, w których dzieją się przerażające rzeczy.
Sięgnij po pierwszy tom serii z Zoją Sterlak i Jakubem Karskim.
***
„Białe madonny” to kryminał utrzymany w autorskim, nieoczywistym stylu. Zderzenie różnych perspektyw zmusza do refleksji, a wniknięcie w mroczny świat patologii społecznych budzi niepokój i elektryzuje, wywołując przy tym palącą potrzebę poznania prawdy.
Katarzyna Wolwowicz
Ta powieść jest trochę jak jej główna bohaterka, Zoja. Bezkompromisowa i krnąbrna, za nic ma twoje prośby o „tylko jeden rozdział”. Nawet się nie spostrzeżesz, gdy wpadniesz po uszy w mroczny świat tajemnic i z wypiekami na twarzy oraz niebezpiecznie wysokim ciśnieniem, nagle, przewrócisz ostatnią stronę!
Joanna Chrzanowska, @pani_jo_asia
Świetny i trzymający w napięciu kryminał, z charakternymi bohaterami w rolach głównych. Przypuszczenia się nie sprawdzają, tropy prowadzą donikąd, ale nadal krążą niebezpiecznie blisko. Bo czasami najciemniej jest pod latarnią…
Paula Sieczko, @ruderecenzuje
W świecie, w którym największe zło kryje się w rodzinie, każda tajemnica ma swoją cenę. Białe madonny to przejmujący kryminał o winie, która nie znika, i o matkach, które zamiast chronić – ranią. Agnieszka Płoszaj prowadzi czytelnika przez historię, która zaczyna się od tragedii, a kończy pytaniem, na które nie ma prostej odpowiedzi: kto tak naprawdę jest winny?
Bartosz Soczówka, @bliskiespotkania
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 339
Data ważności licencji: 10/31/2030
Projekt okładkiDANIEL RUSIŁOWICZ
Fotografia na okładceROBERT_EM/UNSPLASH
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaFILIP MODRZEJEWSKI
KorektaANNA ZIENTEK
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Agnieszka Płoszaj, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7048-4
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Rodzicom, którzy kochająpomimo braku więzów krwi.Szczerze i prawdziwie
Natalka swoim przyjściem na świat wzbudziła w rodzicach entuzjazm porównywalny z tym, który towarzyszy zakupie nowej komórki czy sprzętu elektronicznego. Chwilowy i spontaniczny. Potem kolorowe konfetti opadło i nastała szara rzeczywistość, w której mama Natalki nie była już radosna. Częściej sfrustrowana i zmęczona, wspominała poród raczej ponuro i z niechęcią podchodziła do obowiązków macierzyńskich. Natalka, choć nie mogła tego wiedzieć, stanowiła dla mamy pewnego rodzaju obciążenie, zwłaszcza gdy znajomi organizowali grilla lub imprezę. A przecież mama lubiła towarzystwo i dobrą zabawę. Razem z tatą nigdy nie stronili od atrakcji, jakie miało do zaoferowania życie. Szczególnie to nocne. Lubili pudrować nosy magicznymi proszkami i smakować kolorowe tabletki.
Nie można jednak powiedzieć, by Natalce lub jej starszemu bratu działa się jakaś krzywda. Mieli zapewnione wygody i zaspokojone wszystkie potrzeby. Byli czyści i najedzeni, w ich domu nie brakowało drogich gadżetów dla dzieci, no i ta cała masa zabawek! Wszystko z internetu, który pochłaniał rodziców bez reszty.
Natalka w przeciwieństwie do brata szybko nauczyła się, że żeby odciągnąć mamę od wirtualnego świata, wystarczy głośno krzyczeć. Robiła to więc permanentnie, przez co zyskała opinię dziecka płaczliwego, marudnego i wiecznie głodnego. To doprowadzało mamę do totalnego rozbicia i zmęczenia.
Ale mama była bystrą kobietą i wiedziała, jak zaczarować szarą codzienność. Jak uporać się z mnóstwem nudnych obowiązków. W chwilach słabości wspomagała się białym proszkiem. Raz na jakiś czas odkręcała wisiorek ze smokiem, w którym znajdowała się łyżeczka. I mama Natalki nabierała tą łyżeczką odpowiednią ilość kokainy. Wciągała kreskę i okazywało się, że jest w stanie ogarnąć więcej, niż wymagała tego sytuacja. Natalka nie protestowała, bo była przecież jeszcze głuptaskiem i nie mogła wiedzieć, że skłonności mamy do podróży w czasoprzestrzeni są nieco niebezpieczne. Nie tyle dla mamy, co dla niej samej. Bo gdy mama odpływała w głębokim, fantazyjnym śnie, Natalką zajmował się jej niewiele starszy brat. Tak było feralnego wieczora w czasie kąpieli...
Natalka czuła ciepłą wodę na swoim miękkim ciałku i zapach płynu, który wlewał do wanienki jej braciszek. Mama siedziała na toalecie i patrzyła na nich, a jej powieki opadały powoli, nie mogąc utrzymać dłużej wachlarzy sztucznych rzęs. Natalka w zabawowym odruchu wierzgnęła nóżkami, ochlapując wodą siebie i buzię brata. Chłopiec uśmiechnął się i klasnął w ręce, a dziewczynka znów wierzgnęła. I tym razem rozbawiła brata, lecz jej ciałko osunęło się, a woda niebezpiecznie chlapnęła do ust. Natalka zaczęła więc poruszać się intensywniej, by pozbyć się wody z twarzy i nosa. Wolno sądzić, że zaraz jej mama chwyci ją i prędko uniesie nad wodę. Ale nie. Mama była w zbyt odległej krainie, by dostrzec, że Natalka się krztusi. Że w jej ustach, nosie i przełyku jest za dużo wody, a w płucach za mało powietrza. Mama nie zauważyła, że Natalka sinieje i odpływa do innego świata.
Dziewczynce nie udało się stamtąd wrócić.
Wiosna zawładnęła Łodzią z całą mocą. Drzewa i krzewy eksplodowały jasną zielenią. Białe i różowe płatki kwiatów oblepiły gęsto gałęzie drzew owocowych, tworząc zapierające dech w piersiach barwne kokony. Z każdej szczeliny starego chodnika wydostawały się łodyżki chwastów i trawa. W powietrzu, podsycanym ciepłem słońca, czuć było powiew świeżości i obietnicę odrodzenia.
Jak się okazuje, wiosenne katharsis nie było pisane każdemu. Trzydziestosześcioletnia Marta Dziedzic szła powoli ulicą Kłodzką. Za plecami miała mury więzienia przy Beskidzkiej i ani myślała pożegnać je spojrzeniem. Szła, wpatrując się w sunące po niebie ptaki i rozmyślając nad życiem na wolności. Wiatr miotał jej jasnymi włosami, umożliwiając promieniom słonecznym dostęp do bladej, wychudzonej twarzy.
Kobieta przypomniała sobie, że zanim trafiła za kraty, unikała słońca z obawy przed zmarszczkami i piegami. Zabawne. Przez ostatnie dziewięć lat nie musiała się o to martwić.
Przysłoniła dłonią oczy. W oddali dostrzegła zbliżający się samochód. Początkowo była pewna, że to jej partner, który obiecał, że zabierze ją do domu, do jej syna, ale gdy rozpoznała, że to nie jego auto, zaklęła ze złością. Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślała, była ucieczka. Marta rozejrzała się i oceniła swoje szanse. Niestety zerowe. Konfrontacja była nieunikniona. Kobieta stanęła, zacisnęła dłoń na foliowym worku, w którym miała swoje rzeczy, i czekała.
Ciemny mercedes minął ją, zawrócił i zatrzymał się tuż przy niej. Wysiadł z niego jej brat Filip.
– Cześć – przywitał ją.
– Czego chcesz? – zapytała zimno.
– Przyjechaliśmy po ciebie.
– My? – Marta zerknęła do wnętrza auta.
Ciemna szyba opadła z charakterystycznym szumem, odsłaniając pasażerkę na tylnej kanapie. Matka Marty miała krótkie, rozjaśnione włosy zaczesane do góry, szkarłatne, zaciśnięte w kreskę usta i przeszywający wzrok. W jej uszach lśniły złote kolczyki.
– To jakiś żart! – krzyknęła z oburzeniem była więźniarka. – Po co ją tu przywiozłeś?! Żeby mnie upokorzyć? Pokazać, jak nisko upadłam?
– Marta, opanuj się. To twoja matka – usłyszała.
Marta Dziedzic zbliżyła twarz do twarzy brata.
– Jest ostatnią osobą, jaką chcę widzieć.
Zarzuciła worek na plecy i ruszyła chodnikiem przed siebie.
Brat Marty spojrzał kontrolnie na matkę w aucie, jej kamienna twarz nie zdradzała żadnych emocji. Wiedział, że to tylko pozory. Pomyślał, że spróbuje raz jeszcze.
Dogonił Martę i chwycił ją za rękę. Foliowy worek zsunął się z jej ramienia i upadł na ziemię. Było w nim kilka ubrań. Wśród nich błysnął srebrny wisiorek w kształcie smoka.
Marta spojrzała na brata i wyrwała się. Podniosła wisiorek i mając świadomość, że matka ją obserwuje, z kpiącym uśmiechem założyła błyskotkę na szyję.
– Marta! – wrzasnął Filip. – Zdejmij to gówno i wsiadaj do auta!
– Wal się!
– Marta, zdejmij to i przeproś mamę! – rozkazał.
– Zostaw mnie! Nie będę nikogo przepraszać! A już na pewno nie ją.
– Jest szansa, by wszystko naprawić! – Filip warknął przez zaciśnięte zęby.
– Pieprzę to, rozumiesz?! – Odwróciła się i zaczęła biec przed siebie.
Jej brat zawołał jeszcze dwukrotnie, ale widząc, że nic nie wskóra, wrócił do samochodu. Włączył silnik i odjechał w stronę miasta.
Marta Dziedzic nie patrzyła, jak auto znika w oddali. Wróciła po swoje rzeczy i zaczęła je zbierać. Wisiorek zabujał się na jej szyi. Wzięła go w palce, usiadła na chodniku i zaczęła głośno płakać. Trwała tak przez kilka długich minut, a słońce i wiatr osuszały spływające po jej twarzy łzy.
I gdy wreszcie pojawił się wyczekiwany Rafał, nie dostrzegł śladu histerii. Przepraszając za spóźnienie, otworzył drzwi wysłużonego passata, a worek wrzucił do bagażnika.
Marta Dziedzic spojrzała na auto i pomyślała, że jeśli tak wygląda jej transport do kolejnego życiowego rozdziału, to nie ma nadziei, że będzie to czas spektakularnych sukcesów.
Gdy jechali w kierunku miasta, wystawiła rękę za okno i łapała wiatr w palce. Zdała sobie sprawę, że wyszła na wolność w najpiękniejszym momencie roku. Przecież bardzo lubi wiosnę.
Nie wiedziała, że ta jest jej ostatnią.
Wiosenna aura zwiastowała zmiany nie tylko w przyrodzie. Zbiegła się w czasie z reorganizacją pracy wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Jego naczelnikiem był inspektor Karol Piotrowski. Poczciwy, doświadczony gliniarz o spokojnym usposobieniu i intuicji, która w ostatnim czasie zbyt często upominała się o uwagę. Piotrowski nie mógł pozbyć się uwierającego poczucia, że wśród jego ludzi jest ktoś o nieczystych intencjach i sumieniu. Krótko mówiąc: czuł, że mają kreta.
Inspektor siedział przy swoim biurku, a wpadające przez uchylone okno powietrze poruszało papierami. Miał przed sobą podkomisarz Zoję Sterlak. Rozparta na krześle, podejrzliwie przyglądała się przełożonemu.
Zoja szanowała Piotrowskiego i uważała za dobrego człowieka i jeszcze lepszego szefa, ale wyczuła w ich rozmowie nieszczerość. Fałszywie brzmiący ton.
Wiedziała, że inspektor Piotrowski musi uzupełnić braki kadrowe. Już od kilku tygodni plotkowano, że upatrzył sobie kogoś z miejskiej i że chce go ściągnąć. Sterlak domyślała się, że to jej przypadnie rola partnerki „nowego”, i nie była tym zachwycona.
Jak tu wyobrazić sobie pracę z kimś innym niż komisarz Mariusz Kardas! Dotychczasowy partner Zoi przebywał jednak na zwolnieniu i wiele wskazywało na to, że jeszcze długo na nim pozostanie.
Tymczasem naczelnik Piotrowski wykładał karty na stół. Gość, który miał przyjść do nich jeszcze w tym tygodniu, nazywa się Jakub Karski i jest w stopniu nadkomisarza. Ponad dziesięć lat starszy od Zoi i dwa razy od niej większy, co Piotrowski udokumentował zdjęciami.
Zoja milczała i tylko wzruszyła ramionami.
Czy spodziewała się kogoś takiego? Może tak, może nie. Sama nie potrafiła powiedzieć. Policjant, który patrzył na nią ze zdjęcia, na pewno swoim wyglądem budził respekt. Potężna klatka piersiowa i szerokie ramiona świadczyły, że nie opuszczał zajęć na siłce. Twarz, na której rysowały się pojedyncze zmarszczki i niedoskonałości, pokrywał kilkudniowy, ciemny zarost. Facet mógł i zapewne podobał się kobietom, ale w wypadku Zoi absolutnie się nie wpisywał w jej preferencje.
– Skąd pomysł, żeby on był tym wybrańcem? – Zoja spojrzała hardo na Piotrowskiego.
– Doświadczenie. – Piotrowski wskazał palcem na leżącą na biurku teczkę. Były w niej protokoły i rekomendacja z poprzedniej jednostki. – Kojarzysz komisarza Łuczaka z naszej wywiadowczej? Charakterystyczna długa, wyraźna blizna na głowie i części twarzy. – Zamachał ręką nad swoim czołem.
– Kojarzę, ale nie znam – przytaknęła Zoja. – Co z nim?
– Działał pod przykrywką w grupie niejakiego Witolda Dalesa.
– Witold Dales! – Zoja zagwizdała. – Gangster ze starej gwardii.
– I dobre czasy policji. Łuczak odegrał kluczową rolę w rozbiciu grupy Dalesa, a co ważniejsze, rozpracował jego powiązania z ważnym człowiekiem ze świata polityki.
– Okej. – Zoja pokiwała głową. – Co to ma wspólnego z nowym?
– Panowie Łuczak i Karski zderzyli się podczas kilku akcji. Nadkomisarz Łuczak uważa, że Szuwar, to znaczy nadkomisarz Jakub Karski... – odchrząknął – ...jest wart naszej uwagi. Zresztą wystarczy przeczytać jego dossier. Kawał dobrego gliniarza.
– Szuwar? Skąd taka ksywa? – rzuciła Zoja z zainteresowaniem.
– Nie pytaj. Nie znam go. – Piotrowski pociągnął nosem, przeklinając alergię.
Tak naprawdę jej nie miał. W pewnym sensie podobnie było z kulisami mającego nastąpić transferu. Wyglądały inaczej, niż naczelnik przedstawił to Zoi.
Piotrowski znał swoją podwładną na wylot. Zdawał sobie sprawę, że musi ją przygotować na zmianę. A zmiana była niezbędna, dla dobra wszystkich. Piotrowski ufał Zoi. Wiedział, że jest skuteczna, zdeterminowana i dobra w tym, co robi. Problem polegał na tym, że on, jako jej szef, miał do niej ojcowską słabość i nie potrafił jej niczego odmówić, a Sterlak była jak rozpuszczona nastolatka i bez skrupułów testowała granice jego cierpliwości. Ta sytuacja jednak coraz bardziej mu ciążyła. Piotrowski wciąż przymykał oko na arogancję, niesubordynację oraz cięty język Zoi.
A to, że szef jej pobłażał, nie wpływało korzystnie na morale reszty załogi. Nadto naczelnik nie raz, nie dwa się tłumaczył ze swoich decyzji i świecił oczami przed podwładnymi i przełożonymi. Ale jednocześnie argumentem przemawiającym za uprzywilejowaną pozycją Zojki był fakt, iż podkomisarz Sterlak miała na swoim koncie trudne, niebezpieczne i głośne medialnie sprawy. Radziła sobie z presją, stresem i była wytrwała. Razem z poprzednim partnerem, komisarzem Mariuszem Kardasem, pracowali niezwykle skutecznie, ale warunkiem koniecznym takiej efektywności była niezależność, którą Zoja ceniła w życiu najbardziej. Każda próba nacisku i zmuszania do jakiegoś działania przynosiła odwrotny efekt i była opłakana w skutkach. Zoja tymczasem doskonale zdawała sobie sprawę, że dzięki jej sukcesom pozycja Piotrowskiego jako szefa wydziału jest mocna, a kompetencje zespołu są wysoko oceniane...
Piotrowski nigdy nie przyznał tego głośno, ale imponowała mu niezależność finansowa Zojki. Sterlak dysponowała bowiem sporym majątkiem ojca. W jej wypadku nie było więc zagrożenia, że pokusi się na jakikolwiek czyn korupcyjny, bo nie musiała spłacać kredytów ani martwić się o przyszłość swoją lub bliskich. Własne zachcianki spełniała natychmiast i mogła sobie na to pozwolić.
I naczelnik, i jego podkomendna byli świadomi, że Sterlak nie pracuje w policji dla pieniędzy i że każdego dnia może po prostu odejść ze służby, gdy tylko zechce, bez dania racji. A Piotrowski zbyt bardzo Zoję cenił, by ryzykować jej utratę. Dlatego właśnie był skłonny pozwalać jej na wiele. Czasem na zbyt wiele.
Naczelnik wydziału kryminalnego pomyślał więc któregoś dnia, że przydałby się jakiś „zły glina”, który utemperowałby niepokorną podwładną i wziął za to odpowiedzialność. A gdyby przesadził, bez ceregieli oddeleguje się go tam, skąd przyszedł. Piotrowski nie zasypiał gruszek w popiele, zrobił prywatny rekonesans i wyłowił nadkomisarza Jakuba Karskiego z grona potencjalnych kandydatów. Szuwar, jak się zdawało, był męską wersją Zojki.
Oczywiście ani Zoja Sterlak, ani Jakub Karski nie mieli zielonego pojęcia o planie Piotrowskiego. Naczelnik z kolei wiązał ze swym fortelem duże nadzieje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
