Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
525 osób interesuje się tą książką
Ona potrzebowała pieniędzy i oderwania się od codziennego życia. On potrzebował fikcyjnej dziewczyny.
To brzmiało jak plan…
Emery Adams niedawno ukończyła studia z wyróżnieniem, ale nie za bardzo wie, co chciałaby robić dalej. Marzy jej się posiadanie własnego biznesu, jednak na takie przedsięwzięcie potrzebuje dużego zastrzyku gotówki. Gdy na horyzoncie pojawia się propozycja od pewnego milionera, nie zamierza wahać się ani przez sekundę…
Liam Parker to mężczyzna, który doskonale wie, czego chce. A tym czymś jest przejęcie firmy ojca, który właśnie odchodzi na emeryturę. Niestety Liam nie jest jedynym kandydatem do objęcia tego stanowiska. Nie jest także przykładnym i ustatkowanym mężczyzną, jakiego pragnie go widzieć rodzina. Ale to się wkrótce zmieni… Przecież na rodzinnych wakacjach pojawi się ze swoją ukochaną…
Słoneczne Hamptons, wylegiwanie się na plaży, kolorowe drinki i dzielenie jednego pokoju w wielkiej willi sprawią, że to, co miało być nieskomplikowanym układem, przerodzi się w elektryzujące napięcie, przed którym trudno będzie się uchronić.
Przygotujcie się na pikantną komedię romantyczną, która nie przestrzega żadnych zasad. Jedno jest pewne – będzie gorąco!
Ta historia jest HOT
fake dating - wakacyjny klimat - age gap - spicy romance
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 121
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ROZDZIAŁ 1
Nocny Nowy Jork wyglądał jak obietnica, której nikt nie zamierzał dotrzymać. To miasto było grzeszne i spektakularne.
Światła wieżowców odbijały się w ogromnych oknach ekskluzywnego baru na Manhattanie, a ludzie ubrani w garnitury i sukienki warte więcej niż miesięczna pensja przeciętnego człowieka sączyli drinki i żyli swoim najlepszym życiem. Albo tylko udawali.
Siedziałem w prywatnej loży i obracałem w dłoni szklankę z whisky.
- Nie wyglądasz najlepiej - zauważył Aaron, który siedział naprzeciwko mnie.
Podniosłem wzrok na mojego najlepszego przyjaciela.
- Co?
- Mówię, że wyglądasz, jakby ktoś właśnie zakatował twojego szczeniaczka.
- Nie mam żadnego szczeniaczka.
- Semantyka.
Przewróciłem oczami i dopiłem whiskey. Zaraz potem zamówiłem następną porcję u przechodzącej kelnerki. Posłała mi długie spojrzenie, które znaczyło, że mogłem ją dziś zabrać do domu i przelecieć. Ale jakoś nie byłem w nastroju.
- O co chodzi? - zapytał Aaron, nie zamierzając mi odpuścić. - Wyrzuć to z siebie.
- Ojciec przechodzi na emeryturę - powiedziałem.
Przyjaciel uniósł brwi.
- A to przypadkiem nie powinno cię cieszyć? Przecież czekałeś na dzień, kiedy będziesz mógł w końcu przejąć firmę i rządzić na własnych zasadach.
Westchnąłem ciężko.
- Tylko problem polega na tym, że nie jestem jedynym kandydatem na generalnego.
- Zamieniam się w słuch…
Nie zamierzałem owijać w bawełnę, więc wyłożyłem dokładnie, jak się sprawy miały.
- Zwołano dzisiaj zebranie zarządu - zacząłem. - Ojciec oficjalnie ogłosił, że za kilka tygodni będzie chciał odejść na emeryturę i że do tego czasu wybierze swojego następcę. Mnie albo Timothy’ego.
- Pieprzonego Timothy’ego?! - rzucił Aaron. - Nienawidzisz tego gościa!
- I z wzajemnością - wycedziłem.
Kelnerka przyniosła moją whiskey, a ja upiłem łyk, żeby się rozluźnić. Ale jakoś alkohol na nic dziś nie pomagał.
Byłem kurewsko wściekły.
Timothy Nelson był dwa lata ode mnie starszy i był moim kuzynem. Od dzieciństwa działał mi na nerwy. Zawsze idealny. Zawsze przygotowany. Zawsze odpowiedzialny. Miał
żonę, psa, dom z białym płotkiem, a jeszcze niedługo urodzi mu się pierworodny syn, bo Carla była w szóstym miesiącu ciąży. Wyglądał na idealnego faceta do przejęcia władzy w Parker Design – modowym imperium, które od zera stworzył mój staruszek – ale ja doskonale wiedziałem, że to skończony idiota. Żądny władzy i koneksji dupek.
- Myślisz, że naprawdę ma szansę z tobą wygrać? - zapytał Aaron.
- Moi rodzice go uwielbiają - przyznałem.
Timothy był synem siostry mojego ojca. Choć moi rodzice od lat nie odzywali się z jego rodzicami, to jednak mojego kuzyna od zawsze traktowali jak członka rodziny. Właśnie dlatego pracował w Parker Design.
- To jeszcze o niczym nie świadczy.
- Zarząd uważa go za odpowiedzialnego i kompetentnego lidera.
- A ciebie?
- Za pierdolonego bawidamka, który częściej pojawia się na rozkładówkach plotkarskich magazynów, niż w biurze.
Aaron odrzucił głowę do tyłu i głośno się roześmiał.
- Może jest w tym trochę racji - parsknął.
- Zamknij się - rzuciłem i wychyliłem szklankę do dna.
Przez dłuższy czas siedzieliśmy w ciszy, a ja kontemplowałem własną niedolę.
Obserwowałem tłum tańczących ludzi na parkiecie nieopodal i rozmyślałem o swoim życiu.
Byłem trzydziestojednoletnim nowojorczykiem. Miałem własny apartament z widokiem na Central Park, wypchane konta bankowe, kilka samochodów i możliwości, o których wielu mogło tylko pomarzyć. Byłem też cholernie ambitny i wiedziałem, czego pragnę od życia. Pragnąłem przejąć Parker Design i rozsławić rodzinną markę na cały cholerny świat.
Kochałem tę robotę. Kochałem modę, kochałem zapach szwalni, kochałem ten dreszczyk emocji podczas szykowania nowej kolekcji, kochałem pokazy mody. Wiedziałem, że jestem dobry w tym, co robię. Zacząłem pracę w rodzinnej firmie jeszcze podczas studiów. Udało mi się zwiększyć sprzedaż online. Otworzyłem nawet dział młodzieżowy, który teraz świetnie zarabia. Miałem jeszcze tyle pomysłów…
Ale moja reputacja lekkoducha w niczym nie pomagała. Wręcz przeciwnie. Teraz była moją piętą achillesową.
Miałem pieprzone kłopoty…
- Musisz udowodnić rodzinie i zarządowi, że nadajesz się do prowadzenia firmy -
powiedział w końcu mój przyjaciel.
- Przez lata próbuję to udowodnić i jakoś mi się to nie udaje - rzuciłem.
- Bo źle się do tego zabierasz.
- Ach tak?
- Wiesz, czego oni chcą?
- Powiedz mi.
- Stabilności - oświadczył.
Niemalże się wzdrygnąłem.
- Nienawidzę tego słowa.
- Wiem - zaśmiał się. - Ale jeśli to środek do celu, to…
Na twarzy mojego przyjaciela pojawił się diabelny uśmieszek. Już wiedziałem, że coś wymyślił. Coś, co mogło mi się nie spodobać.
- Nie - rzuciłem od razu.
Roześmiał się w głos.
- Przecież jeszcze nic nie powiedziałem.
- Ale już wiem, że to głupi pomysł.
- Wręcz przeciwnie - zaoponował. - To genialny pomysł.
Wzniosłem oczy do nieba.
- Słucham - poddałem się. - Oświeć mnie.
Aaron uśmiechnął się szeroko.
- Potrzebujesz dziewczyny - wypalił. - Prawdziwej, stałej, uroczej, cudownej, kochającej dziewczyny. A może i nawet narzeczonej.
Wpatrywałem się w niego w osłupieniu. Postradał zmysły - to pewne.
- Nie - powiedziałem od razu.
Nie nadawałem się do stałych związków. Przerażała mnie sama koncepcja bycia z jedną i tą samą kobietą. Mój najdłuższy związek trwał tydzień. Całe siedem pieprzonych dni. Nigdy żadna kobieta nie zainteresowała mnie na tyle, by zostać z nią dłużej. Szybko się nudziłem. Od lat od razu uprzedzałem wszystkie swoje partnerki, żeby nie liczyły ode mnie na nic więcej.
Taki już po prostu byłem. Wątpiłem, by na całym świecie istniała kobieta, która by mnie zmieniła.
- To konieczne, Liam.
Pokręciłem głową.
- Absolutnie nie.
- Absolutnie, kurwa, tak.
- Zwariowałeś - rzuciłem. - Gdzie ja niby znajdę dziewczynę? Poważne, prawdziwe związki nie pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- A kto powiedział, że to ma być prawdziwy związek? - Wyszczerzył się.
Zmarszczyłem brwi.
- Ty to powiedziałeś, idioto. Powiedziałeś, że potrzebuję dziewczyny.
- Potrzebujesz dziewczyny, żeby rodzina i zarząd uwierzyli, że jesteś w prawdziwym, poważnym związku.
- Chyba nie nadążam za twoim tokiem rozumowania.
Aaron westchnął i utkwił we mnie wzrok.
- Wynajmiesz kogoś.
- Co?
- Wynajmiesz kobietę, żeby udawała twoją dziewczynę. Plan idealny. Moja znajoma prowadzi taką agencję, która…
- Zwariowałeś! - przerwałem mu. - Nie będę wynajmować żadnej prostytutki! Moja matka od razu się połapie.
- To nie jest żadna agencja towarzyska - obruszył się. - To renomowana i poważna firma, zatrudniająca aktorów, żeby odgrywali różne role. Możesz sobie wynająć gości na wesele albo cholerną siostrę czy brata. Więc ty wynajmiesz sobie narzeczoną. To profesjonaliści, Liam.
- Wynająć sobie narzeczoną? - Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. - To brzmi jak scenariusz na kiepską komedię romantyczną.
- Scenariusz, który zadziała - powiedział z przekonaniem. - Pomyśl sobie… Dupek Timothy ma żoną i kąpie się od lat w rodzinnym sosie. A ty wyskoczysz na białym koniu z piękną, inteligentną, uroczą dziewczyną u boku, która będzie tańczyć tak, jak jej zagrasz. To ty będziesz rozdawał karty, stary. Wygrasz to, a po kilku miesiącach powiesz rodzinie, że niestety, ale wasz związek nie wypalił, bo ona była niewierna albo inny szajs.
Przez długi czas milczałem, przerabiając w głowie słowa przyjaciela. To wszystko brzmiało jak coś absurdalnego, ale…
Utkwiłem wzrok w Aaronie, a on po kilku chwilach ogarnął, że skutecznie wplątał mnie w swoje szaleństwo.
Wyszczerzył się szeroko.
- Oho!
Pokręciłem głową.
- Nie patrz tak na mnie.
- Rozważasz to.
- Nie rozważam.
- Rozważasz.
Westchnąłem głęboko i przetarłem twarz dłonią.
Najgorsze było to, że ten chory plan rzeczywiście mógł zadziałać.
Aż mnie skręcało na samą myśl, że Timothy mógłby przejąć władzę w firmie. Wtedy na pewno bym stamtąd odszedł.
A skoro przez te wszystkie lata firma nie poznała się na tym, co potrafię osiągnąć, to może potrzebowałem czegoś tak szalonego. Może potrzebowałem czegoś więcej niż doświadczenie i dobre CV.
Może potrzebowałem przyszłej żony.
Nawet jeśli miałaby być całkowicie fikcyjna.
Obróciłem głowę i zapatrzyłem się w wielkie okna baru. Utkwiłem wzrok w nocnym Nowym Jorku.
Westchnąłem głęboko.
Już wiedziałem, że gdzieś tam, niedaleko, żyła sobie kobieta, która niedługo odmieni moje życie.
ROZDZIAŁ 2
- Goście z trójki chcą rachunek!
- Już idę!
- Emery, napoje na ósemkę!
- Już!
- Emery, do jasnej cholery!
- Co?!
- Wyglądasz, jakbyś była tu za karę! Uśmiechnij się!
A spierdalaj!
Z całej siły zacisnęłam zęby, żeby przypadkiem nie obrzucić mojego cholernego szefa wiązanką przekleństw.
Miałam ochotę rzucić tacą.
Albo wypowiedzeniem.
A najlepiej jednym i drugim.
Od samego rana biegałam między stolikami w zatłoczonej restauracji na Manhattanie i coraz bardziej nienawidziłam mojego życia. Przecież to wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej…
Właśnie ukończyłam studia z zarządzania i biznesu z wyróżnieniem. Miałam najlepsze wyniki na roku – zaliczałam wszystkie testy śpiewająco. Uczęszczałam też na każde dostępne kursy. Miałam plany, ambicje i chęć posiadania czegoś własnego, w czym będę mogła się spełniać.
Ale marzenia nie płaciły rachunków.
Nie potrafiłam zliczyć ile już CV rozesłałam w czasie ostatnich miesięcy. Do korporacji, do startupów, do firm modowych, do miejsc, w których mogłam się sprawdzić i pokazać, na co było mnie stać. Większość z moich wiadomości pozostała bez odpowiedzi. A ci, którzy
odpowiedzieli, mówili – cytuję! – „Szukamy kogoś z większym doświadczeniem”. Heloł!
Dajcie mi szansę, do cholery, to zrobię dla was wszystko!
Więc zamiast budować biznes, nosiłam teraz burgery ludziom, którzy traktowali mnie jak część wyposażenia restauracji.
Po prostu fantastycznie…
W kieszeni fartuszka, który miałam zawiązany wokół pasa, poczułam wibracje. Nie zważając na nic, po prostu wyjęłam telefon i odebrałam.
Dzwoniła moja najlepsza przyjaciółka i współlokatorka.
- Błagam, Sarah, zabierz mnie stąd, bo wykipię – wyrzuciłam z siebie.
Po drugiej stronie nastała cisza.
- Sarah? – odezwałam się.
- Emery... - Usłyszałam w końcu jej westchnienie.
Jej głos od razu mnie zaalarmował.
- Co się stało? – zapytałam.
- Jestem w szpitalu.
Momentalnie znieruchomiałam.
- Co?!
- To nic strasznego, naprawdę.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Sarah! Jak to nic strasznego? Jesteś w pieprzonym szpitalu!
- Dobra, może trochę strasznego…
- Mów! – zażądałam.
Od razu ruszyłam do pokoju socjalnego, nie przejmując się gromiącym mnie spojrzeniem szefa.
No to mnie, kuźwa, zwolnij, parszywy kutasiarzu! Płacisz mi najniższą możliwą stawkęi uważasz, że będę chodzić jak w zegarku? A taki chuj!
Usiadłam z ciężkim westchnieniem na stołku, a w słuchawce usłyszałam:
- Złamałam nogę.
- Jak?!
- Spadłam ze schodów.
Och, Chryste… Sarah i jej niezdarność…
- Jak można spaść ze schodów? – spytałam.
- Jeśli powiem, że bardzo spektakularnie, ale z klasą, to będzie to dobra odpowiedź na twoje pytanie?
Przymknęłam oczy i westchnęłam w duchu.
- Wszystko w porządku? Nic więcej ci się nie stało?
- Wszystko okej.
- Na pewno?
- Tak.
- Przysięgasz?
- No nie do końca… Mam pewien problem.
Pokręciłam głową. Oczywiście, mogłam się tego domyślić. Przecież ostatnio nic nie układało się tak, jakbym tego oczekiwała.
- Pozwól, że ci pomogę – powiedziałam spokojnie. – Co trzeba zrobić?
Sarah była moją jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Poznałyśmy się na samym początku studiów. Wiedziała o mnie dosłownie wszystko. To jej zwierzałam się ze swoich rozterek. To jej w zeszłym roku wypłakiwałam się na ramieniu, kiedy tamten dupek mnie oszukał…
- Musisz mnie zastąpić – odezwała się.
- W czym?
- Ale, proszę, obiecaj mi od razu, że się zgodzisz.
Zmarszczyłam brwi.
To nie brzmiało dobrze…
- Sarah…
- Proszę, Emery…
Przewróciłam oczami i pokiwałam głową, choć miałam świadomość tego, że przyjaciółka mnie nie widziała.
- Okej – westchnęłam. – W czym mam cię zastąpić?
- Pamiętasz tę agencję, dla której czasami pracuję? – zapytała po chwili.
Oho…
- Tę dziwną? – upewniłam się.
- Nie jest dziwna.
- Ta firma wynajmuje ludzi do udawania różnych rzeczy.
- To bardzo profesjonalna działalność.
- Błagam cię…
- Dobrze! – westchnęła. – Jest trochę dziwna.
Sarah była początkującą aktorką. Grywała jakieś role w niszowych teatrach i starała się dostać na każdy możliwy plan filmowy, choćby jako asystentka albo ktoś przechodzący w tle na ekranie. Dorabiała sobie także w tej powalonej agencji, która jak dla mnie była dość szemrana. Kto normalny wynajmuje sobie osobę towarzyszącą na pogrzeb dziadka?
- Więc w czym mam cię zastąpić?
- W takim jednym zleceniu.
- Jakim?
- Tylko się nie denerwuj…
No i już podniosła mi ciśnienie!
- Jak będziesz tak dalej krążyć wokół tematu, to zdenerwuję się jeszcze bardziej, do diabła!
- Musisz udawać dziewczynę pewnego mężczyzny! – wypaliła.
Zamrugałam.
Raz. Drugi. Trzeci.
- Słucham?
- To świetnie płatne zlecenie. Dostałam je od szefowej, ale teraz z gipsem na nodze nie mogę tego zrobić. I… tak się składa, że już powiedziałam szefowej, że mnie zastąpisz, a ona się zgodziła.
- Zwariowałaś! Przecież się nie zgodziłam!
- A właśnie, że tak! – obruszyła się. – Kilka minut temu zgodziłaś się w ciemno.
- Zamorduję cię – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Nie mogę leżeć w trumnie w cholernym gipsie, Emery! To niedorzeczne!
Zaczęłam uskuteczniać technikę uspokajającego oddychania. Musiałam ochłonąć.
Wydech. I wdech. Wydech. I wdech.
- Powiedz mi więcej – rzuciłam spokojnie.
- Gość jest pieprzonym milionerem, Emery. Za to udawanie zapłaci fortunę. To więcej niżbyś zarobiła przez dwa lata w tej zasranej knajpie.
Starałam się myśleć trzeźwo, ale… Jasna cholera! Kto normalny robi coś takiego?!
- Skoro jest milionerem, to po co mu udawana dziewczyna? To nie tak, że laski powinny się na niego same rzucać?
- Niestety nie znam szczegółów – powiedziała. – Miałam je poznać dziś, na spotkaniu z nim, ale przez tą nogę… Sama rozumiesz.
- A jeśli to jakiś oblech? – zapytałam. – Jeśli to psychopata, który…
- Nic z tych rzeczy – przerwała Sarah. – Agencja dokładnie sprawdza wszystkich klientów. Nie musisz się tego obawiać.
Wątpiłam w tę cholerną agencję, więc jak najbardziej się obawiałam.
- To tylko jedno spotkanie, tak? – zapytałam.
- Spotkacie się i omówicie na jakich zasadach masz udawać jego dziewczynę. Jeśli coś ci nie będzie pasować, to odpuścisz. Nie będę miała ci tego za złe. Agencja postara się znaleźć kogoś innego.
Wodziłam spojrzeniem po obskurnym pokoju socjalnym i zaczęłam na poważnie rozważać tę propozycję. Na czym tak właściwie teraz stałam? Moje konto bankowe niemalże świeciło pustką. Miałam do spłacenia jeszcze kredyt studencki. Czynsz do zapłacenia zbliżał
się wielkimi krokami. A marzenie o własnej firmie wydawało się oddalać z każdym miesiącem.
Naprawdę potrzebowałam kasy.
- Zrobię to – zdecydowałam. – Spotkam się z nim.
- Naprawdę?! – pisnęła do słuchawki.
- Tylko jedno spotkanie.
- Jasne.
- I jeśli okaże się wariatem, to zrezygnuję.
- Oczywiście.
Westchnęłam i pokręciłam głową.
W co ja się pakowałam?
- To najgorszy pomysł, na jaki kiedykolwiek się zgodziłam – rzuciłam.
- Oj tam. Jeszcze będziesz mi dziękować, zobaczysz.
Gdy się w końcu rozłączyłyśmy, wróciłam do pracy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już wkrótce moje życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
ROZDZIAŁ 3
Cały czas próbowałam wmówić sobie, że nie jestem zdenerwowana.
Nie działało.
Ani trochę.
