Rębajło. Tom I: Za żołd. - Jasper Everhar - ebook

Rębajło. Tom I: Za żołd. ebook

Jasper Everhar

5,0

Opis

Kim jest Rębajło?

 

Według żołnierzy: człowiekiem, którego lepiej mieć obok siebie niż naprzeciwko.

 

Według wrogów: wielkim skurwysynem z za długą szablą.

 

Według Wojciecha Żegoty: dobrze opłacanym fachowcem.

 

Ma trzydzieści cztery lata, kilka blizn, dobrego konia, porządną kolczugę i broń, na której nie oszczędza. Potrafi walczyć szablą, strzelać z pistoletu, poruszać się nocą i rozpoznać zasadzkę, zanim młodsi żołnierze zauważą, że znaleźli się w niebezpieczeństwie.

 

Nie jest bohaterem.

 

Bohaterowie zbyt często giną za darmo.

 

Rębajło walczy za żołd. Targuje się o każdą monetę, pamięta każdy dług i nie pozwala dowódcom zapominać, ile są mu winni. Ale kiedy już przyjmie zapłatę, można być pewnym jednego — zrobi wszystko, żeby wykonać zadanie.

 

W 1649 roku wraz z czterema kompanami rusza z transportem w stronę Zbaraża.

 

Miał to być kolejny kontrakt.

 

Zamiast tego rozpocznie historię, dzięki której dwa lata później pod Beresteczkiem ludzie będą rozpoznawali Rębajłę, zanim jeszcze dobyje szabli.

 

Problem w tym, że im większa staje się jego legenda, tym trudniej odpowiedzieć na jedno pytanie:

 

Czy Wojciech Żegota naprawdę jeszcze walczy dla pieniędzy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 257

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bartek567

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, ciężko się oderwać. Klasa
00



Rozdział I — Cena

Czerwiec 1649

Wojciech Żegota nie lubił ludzi, którzy zaczynali rozmowę o pieniądzach od zapewnienia, że pieniądze nie są najważniejsze.

Zwykle oznaczało to, że zamierzali zapłacić za mało.

Siedzący naprzeciw niego szlachcic miał około pięćdziesięciu lat, twarz czerwoną od upału i irytacji oraz dwa pierścienie na prawej dłoni. Jeden ze szmaragdem, drugi z herbem, którego Żegota nie rozpoznał. Nie próbował. Herby przydawały się przy rozpoznawaniu chorągwi, czasem przy ustalaniu, kogo nie należało ograbić po śmierci. W izbie karczmy pod Tarnopolem ważniejsza była sakiewka leżąca przy łokciu szlachcica.

— Nie chodzi o zwykły przewóz — powiedział mężczyzna. — Gdyby chodziło, wziąłbym pierwszych dziesięciu pachołków z drogi.

— I dlatego rozmawiacie ze mną.

— Dlatego rozmawiam z wami.

Żegota oparł przedramiona o stół. Ława zatrzeszczała pod jego ciężarem. Nawet siedząc, górował nad większością ludzi. Kolczugę zostawił w komorze na górze, lecz pod lnianą koszulą widać było szerokie barki, a stara blizna biegnąca od lewej skroni ku uchu wystarczała, by gospodarz od początku rozmowy trzymał się z dala od stołu.

— Co wieziecie?

Szlachcic zawahał się odrobinę za długo.

— Pieniądze dla wojska. Część. Do tego proch, ołów, lekarstwa i listy. Trzy wozy. Dwunastu ludzi do obsługi i ochrony. Macie doprowadzić wszystko do Zbaraża.

— Ile pieniędzy?

— To nie wasza rzecz.

— Od tej rzeczy zależy, ilu ludzi będzie chciało mnie zabić.

Mężczyzna zacisnął usta.

— Kilka tysięcy złotych.

Żegota spojrzał na sakiewkę przy jego łokciu, potem znowu na niego.

— Kilka to trzy czy dziewięć?

— Dość, żebyście pilnowali wozu, a nie liczyli zawartość skrzyń.

— Dziewięć.

Szlachcic nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Żegota odchylił się na ławie. Przez otwarte okno wpadało gorące powietrze, zapach końskiego nawozu i kurz z drogi. Na podwórzu ktoś przeklinał przy kole wozu. Dalej zarżał koń.

— Czterysta złotych.

Szlachcic aż uniósł głowę.

— Za cztery dni drogi?

— Za dowiezienie trzech wozów, ludzi i dziewięciu tysięcy złotych w kraju, w którym od roku każdy, kto ma kosę, rusznicę albo dwóch kuzynów, uważa się za wojsko.

— Trzysta.

— Czterysta pięćdziesiąt.

— Przed chwilą powiedzieliście czterysta.

— Przed chwilą nie próbowaliście się targować.

Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.

— Trzysta pięćdziesiąt.

— Czterysta. Sto teraz. Trzysta po oddaniu ładunku.

— Pięćdziesiąt teraz.

Żegota wstał.

Szlachcic zaklął pod nosem.

— Siadajcie.

Żegota usiadł.

— Sto teraz — powiedział mężczyzna. — Dwieście osiemdziesiąt po dostarczeniu.

— Trzysta.

— Dwieście dziewięćdziesiąt.

— Dobrze.

Szlachcic zmrużył oczy.

— Tak po prostu?

— Właśnie zarobiliście dziesięć złotych. Radujcie się.

Mężczyzna przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział, czy został pochwalony, czy obrażony. W końcu rozwiązał sakiewkę.

Żegota liczył monety sam.

Nie dlatego, że spodziewał się oszustwa. Dlatego, że ludzie mylili się znacznie częściej, kiedy na pomyłce mogli zarobić.

* * *

Maciej Kulesza sprawdzał zamek pistoletu, gdy Żegota wszedł do stajni.

Robił to powoli, z nabożeństwem właściwym ludziom, którzy bardziej ufali dobrze utrzymanej stali niż świętym obrazkom. Siedział na odwróconym wiadrze. Na płachcie przed nim leżały dwa pistolety, klucz do nakręcania zamka, szmatka, niewielka buteleczka oliwy i przybory, których nie pozwalał dotykać nikomu.

— Ile? — zapytał bez podnoszenia głowy.

— Trzysta dziewięćdziesiąt.

Kulesza spojrzał na niego.

— Dla nas?

— Dla mnie.

— To dobrze. Już się bałem, że zacząłeś być hojny.

Żegota rzucił mu małą sakiewkę. Kulesza złapał ją lewą ręką.

— Wasza część. Reszta po robocie.

— Dokąd?

— Zbaraż.

Kulesza przestał się uśmiechać.

— To już mniej dobrze.

Przy sąsiednim stanowisku Stanisław Bielecki przeciągał osełką po krawędzi szabli. Miał ciemne, krótko przycięte włosy, wąską twarz i ten rodzaj spokoju, który u dobrego szermierza bywał groźniejszy niż krzyk. Nie spojrzał na Żegotę.

— Mówiłem, że w końcu weźmie robotę, przy której żołd trzeba będzie wydać na własną mszę żałobną.

— Msza jest tańsza — odparł Żegota.

— Dla ciebie pewnie tak. Ksiądz policzy za krótszą.

Janek Radecki parsknął śmiechem. Stał przy koniu i usiłował poprawić popręg, choć robił to trzeci raz. Był najmłodszy z całej piątki i jeszcze nie nauczył się, że przy Bieleckim lepiej nie okazywać zbyt wyraźnie, iż żart się podobał.

Bielecki spojrzał na niego.

Janek natychmiast zainteresował się sprzączką.

Bartko Serafin wszedł do stajni od podwórza. Niósł pod pachą bochen chleba, a w drugiej ręce trzymał cebulę.

— Trzy wozy stoją za karczmą — powiedział. — Jeden ma lewe tylne koło do poprawy. Woźnica twierdzi, że wytrzyma.

— Czyli nie wytrzyma — powiedział Żegota.

— Też tak pomyślałem.

— Ludzie?

— Dwunastu. Czterech wygląda, jakby już walczyło. Trzech wygląda, jakby bardzo chciało opowiadać, że walczyło. Reszta umie prowadzić wozy.

— Konie?

— Zmęczone, ale zdrowe. Jeden gniady przy drugim wozie kuleje po kamieniach. Na miękkim idzie równo.

Żegota skinął głową.

Serafin miał oko do takich rzeczy. Do śladów, koni, złamanej gałęzi, dymu na horyzoncie, człowieka stojącego w miejscu, w którym nie powinien stać. Nie był najlepszym szermierzem ani najlepszym strzelcem. Za to wiele razy sprawił, że pozostali nie musieli sprawdzać, kto z nich jest lepszy od ludzi czekających w zasadzce.

— Ruszamy za godzinę.

Bielecki przestał ostrzyć szablę.

— Za godzinę?

— Chcesz nocować tutaj?

— Chcę wiedzieć, za co mam dać sobie poderżnąć gardło.

— Za siedemdziesiąt złotych.

Bielecki spojrzał na niego dłużej.

— Osiemdziesiąt.

— Siedemdziesiąt.

— Kulesza dostaje więcej.

— Kulesza trafia.

Maciej uniósł pistolet, obejrzał krzesiwo i uśmiechnął się pod nosem.

Bielecki odłożył osełkę.

— Kiedyś cię nie polubię jeszcze bardziej niż teraz.

— Dopóki jedziesz ze mną, przeżyję.

Żegota podszedł do swojej skrzyni.

Kolczuga leżała złożona na płótnie. Kupił ją pięć lat wcześniej i zapłacił więcej, niż rozsądny człowiek powinien wydawać na coś, czego jedynym zadaniem było przyjmowanie ciosów przeznaczonych dla właściciela. Oczka były drobne i równe, miejsca naprawione dało się policzyć na palcach jednej ręki. Żegota znał każde.

Podniósł pancerz. Metal zaszeleścił ciężko.

Janek spojrzał na niego.

— Naprawdę jedziecie w tym przy takim upale?

Żegota zaczął wkładać kolczugę przez głowę.

— Nie.

Janek zmarszczył brwi.

— To po co ją zakładacie?

— Żebyś zapytał.

Kulesza roześmiał się krótko.

Żegota poprawił pancerz na ramionach.

— Jedziemy z pieniędzmi. Jeżeli ktoś wie, co wieziemy, pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie strzał do człowieka wyglądającego na dowódcę.

— Czyli do was — powiedział Janek.

— Właśnie dlatego ją zakładam.

Bielecki wsunął szablę do pochwy.

— Kula przejdzie.

— Może.

— A jak przejdzie, będziesz cięższy przy kopaniu grobu.

Żegota spojrzał na niego.

— Wtedy to już nie mój kłopot.

* * *

Wyjechali przed południem.

Żegota nie lubił wyjazdów przed południem. Człowiek, który ruszał o świcie, miał przed sobą cały dzień. Człowiek ruszający później zwykle robił to dlatego, że ktoś wcześniej źle coś przygotował.

Tym razem źle przygotowane było koło.

Bartko miał rację. Zdjęli je, wymienili drewniany kołek i poprawili żelazną obręcz. Stracili prawie godzinę, lecz Żegota wolał stracić godzinę pod karczmą niż pół dnia na drodze, gdzie każdy zagajnik mógł kryć ludzi czekających na cudze pieniądze.

Trzy wozy ustawił w niewielkich odstępach. Pierwszy wiózł część prochu i zapasy, drugi skrzynie z pieniędzmi ukryte pod workami owsa, trzeci lekarstwa, ołów i resztę wyposażenia. Nie podobało mu się skupienie wszystkiego, co najcenniejsze, na jednym wozie, ale przepakowanie wymagałoby otwarcia skrzyń i zbyt wielu ludzi dowiedziałoby się dokładnie, czego pilnują.

Kulesza jechał z lewej strony drugiego wozu. Bielecki z tyłu. Serafin z przodu, zwykle na tyle daleko, by znikać za zakrętem, ale nie tak daleko, by nie usłyszeć strzału. Janek trzymał się przy Żegocie.

Po dwóch godzinach Żegota miał już dość jego pytań.

— Dlaczego drugi wóz nie jedzie pierwszy?

— Bo jest drugi.

Janek poczekał chwilę.

— Pytam, bo jeżeli jest najważniejszy…

— Wiem, o co pytasz.

— To dlaczego?

Żegota wskazał drogę przed nimi. Sucha, szeroka na jeden wóz i pobocze, biegła między polami, po czym znikała w pasie niskiego lasu.

— Gdybyś chciał napaść na trzy wozy, który zatrzymałbyś najpierw?

— Pierwszy.

— Dlatego.

— A jeśli wiedzą, gdzie są pieniądze?

— Wtedy mamy większy problem.

Janek przyjął odpowiedź bez dalszych pytań.

Żegota lubił go za to bardziej niż za odwagę. Odwaga była tania. Młodzi mężczyźni mieli jej zwykle więcej niż rozumu, zwłaszcza kiedy ktoś patrzył. Umiejętność słuchania była rzadsza.

Po południu minęli pierwsze spalone gospodarstwo.

Dach domu zapadł się do środka. Studnia stała otwarta, obok walało się rozbite wiadro. Na gruszy wisiał kawałek płótna, poruszany przez wiatr. Nie było ciał. To nie znaczyło wiele. Ciała zabierali krewni, psy, czas i ludzie potrzebujący butów.

Janek patrzył za długo.

— Kto?

— Nie wiem — powiedział Żegota.

— Kozacy?

— Może.

— Tatarzy?

— Może.

— Nasi?

Żegota spojrzał na niego.

— Może.

Janek odwrócił wzrok.

Bielecki, jadący kilka kroków z tyłu, usłyszał rozmowę.

— Chłopak pyta, bo chce wiedzieć, kogo nienawidzić.

— Niech nienawidzi tego, kto podpali mu własny dom. Łatwiej zapamiętać.

— Mądre.

— Nie przyzwyczajaj się.

Bielecki prychnął.

Do wieczora nie wydarzyło się nic.

To właśnie nie podobało się Żegocie najbardziej.

* * *

Nocowali nie w wiosce, choć woźnice prosili o dach, lecz na niewielkim wzniesieniu kilkaset kroków od drogi. Z jednej strony mieli pole, z drugiej płytki jar. Konie spętano tak, by można było szybko je zebrać. Ognia nie rozpalili.

— Będzie zimno — marudził jeden z woźniców.

— Nie będzie — powiedział Żegota.

— Skąd wiecie?

— Jest czerwiec.

Kulesza zakrył usta dłonią, udając kaszel.

Warty Żegota rozpisał sam. Nie ufał ludziom, których poznał tego ranka, więc każdą zmianę pełnił jeden z jego ludzi i jeden z eskorty. Janek dostał drugą zmianę z Bartkiem.

— Dlaczego nie ze mną? — zapytał.

— Bo przy mnie będziesz próbował wyglądać na czujnego. Przy Bartku może rzeczywiście będziesz czujny.

Sam spał trzy godziny.

Obudził się przed świtem bez wołania. Przez kilka chwil leżał nieruchomo na płaszczu, słuchając. Koń poruszył się na uwięzi. Ktoś chrapał. Z jaru dochodził jednostajny szelest wody.

Nic więcej.

Wstał, przeciągnął kark i sprawdził sakiewkę pod koszulą.

Pieniądze były.

Dzień mógł się zacząć.

* * *

Następnego ranka Serafin zatrzymał ich przed lasem.

Nie zrobił nic widowiskowego. Po prostu wrócił stępem, zsiadł i przykucnął przy drodze.

Żegota podjechał do niego.

— Co?

Bartko wskazał błoto w płytkim zagłębieniu przy poboczu.

— Konie.

— Widzę.

— Nie nasze.

Ślady prowadziły z drogi w las. Kilka było świeżych, krawędzie jeszcze się nie osunęły. Żegota zsiadł.

— Ile?

— Sześć, może osiem. Jeden koń podkuty tylko z przodu. Przeszli tędy rano albo nocą.

— Wozy?

— Nie.

Żegota rozejrzał się.

Droga biegła przez las przez mniej więcej pół mili. Drzewa rosły gęsto przy obu stronach, ale podłoże było suche i miejscami pokryte zeszłorocznymi liśćmi. Dobre miejsce, by schować kilku ludzi. Złe, by prowadzić trzy wozy, jeśli ktoś na nich czekał.

Bielecki podjechał bliżej.

— Zawracamy?

— Nie.

— To po co stoimy?

— Żeby nie wjechać tam jak idioci.

Bielecki pokiwał głową.

— Czasem przypominasz człowieka, którego da się lubić.

— Przejdzie ci.

Żegota przywołał Kuleszę.

— Zostajesz przy drugim wozie. Jeśli zacznie się strzelanie, nie strzelasz pierwszy.

Maciej zmarszczył brwi.

— Dlaczego?

— Bo pierwszy strzał mówi wszystkim, gdzie jesteś.

— A drugi?

— Drugi zabija tego, kto zdradził, gdzie jest.

Kulesza uśmiechnął się lekko.

— To brzmi rozsądnie.

— Dlatego mówię to tobie, a nie Jankowi.

— Słyszę — odezwał się Radecki.

— Dobrze. Oszczędzam czas.

Żegota wysłał Bartka pieszo w las. Sam przesunął pierwszy wóz do przodu, drugi kazał trzymać dwadzieścia kroków za nim, trzeci jeszcze dalej. Dwóch ludzi z eskorty posłał na prawą stronę drogi, Bieleckiego na lewą. Janek miał zostać przy trzecim wozie.

— Nie ruszasz się stamtąd bez rozkazu.

— A jeśli zaatakują was z przodu?

— Wtedy nadal się nie ruszasz.

— A jeśli będziecie potrzebowali pomocy?

Żegota spojrzał na niego.

— Jeśli będę potrzebował pomocy, powiem.

Janek zacisnął szczękę, ale skinął głową.

Dobrze.

Żegota wsiadł na konia.

Pierwszy wóz ruszył.

Las przyjął ich cieniem i zapachem wilgotnej ziemi. Po upale otwartego pola chłód między drzewami powinien być przyjemny. Nie był.

Żegota patrzył nie na drogę, lecz na miejsca obok niej.

Na pnie. Krzaki. Prześwity. Linie, w których światło układało się inaczej, bo coś stało pomiędzy drzewami. Na gałęzie, które powinny się poruszać, a pozostawały nieruchome. Na ptaki.

Po stu krokach usłyszał sójkę.

Po następnych pięćdziesięciu drugą.

Potem nic.

Pierwszy strzał przyszedł z prawej.

Huk odbił się między drzewami. Koń przedniego woźnicy szarpnął łbem. Człowiek siedzący obok woźnicy jęknął i zsunął się z kozła.

— Stać! — ryknął Żegota.

Drugi strzał uderzył w bok wozu.

Nie zawracali.

To zauważył najpierw.

Ludzie, którzy napadali z chęci rabunku, często strzelali za wcześnie, a potem czekali, aż ofiara ucieknie. Ci mieli plan.

Z lewej strony drogi wyskoczyło trzech mężczyzn. Dwóch z szablami, trzeci z krótką rusznicą. Z przodu na drogę wypadł koń bez jeźdźca, poganiany uderzeniem w zad. Zwierzę przecięło trakt przed pierwszym wozem. Woźnica szarpnął lejce.

Wóz stanął w poprzek.

— Kulesza! — krzyknął Żegota.

Nie musiał mówić więcej.

Człowiek z rusznicą przyklęknął przy drzewie.

Maciej strzelił.

Jego pistolet huknął głucho. Dym zasłonił mu twarz. Napastnik przy drzewie odrzucił głowę i upadł na plecy, zanim zdążył przyłożyć broń do policzka.

Kulesza już sięgał po drugi pistolet.

Żegota dobył własnego.

Koń pod nim drgnął od huku kolejnego wystrzału. Coś uderzyło Żegotę w pierś tak mocno, że na moment zabrakło mu powietrza.

Nie poczuł bólu od razu. Tylko uderzenie.

Kolczuga.

Albo kula utkwiła gdzieś w warstwach odzieży, albo trafił go odłamek, albo pocisk przyszedł pod takim kątem, że nie wszedł głęboko. Nie miał czasu sprawdzać.

Napastnik z szablą dopadł do boku wozu.

Żegota strzelił z trzech kroków.

Pistolet wypalił.

Mężczyzna zgiął się wpół. Żegota rzucił pustą broń na ziemię, dobył szabli i zeskoczył z konia.

Jego szabla była dłuższa od większości, ale nie ciężka jak tasak. Rusznikarz, który ją robił, trzy razy kazał mu wracać do warsztatu, zanim uznał, że rękojeść dobrze leży w ogromnej dłoni właściciela. Żegota zapłacił bez targowania.

Dobry żelazny przedmiot miał tę zaletę, że nie obrażał się, kiedy człowiek wymagał od niego pracy.

Pierwszy przeciwnik ciął z góry.

Żegota nie parował szeroko. Zbił ostrze na bok, wszedł bliżej i uderzył mężczyznę jelcem w usta. Poczuł pod dłonią miękkie chrupnięcie. Tamten zachwiał się.

Żegota kopnął go w kolano.

Mężczyzna upadł.

Nie dostał drugiej szansy. Ostrze weszło pod żebra, gdy próbował podnieść szablę.

Żegota wyrwał broń i odwrócił się.

Na drodze było już sześciu napastników.

Za dużo jak na przypadkowych rabusiów.

Bielecki walczył z jednym przy rowie. Jego szabla poruszała się szybko, oszczędnie, bez zamachu. Przeciwnik cofał się pod naciskiem, aż zahaczył piętą o korzeń. Bielecki wykorzystał to natychmiast. Pchnął pod pachę i odsunął się, zanim ciało dotknęło ziemi.

— Lewa! — wrzasnął Żegota.

Bielecki obrócił się w porę, żeby przyjąć cięcie drugiego.

Z prawej strony ktoś dopadł woźnicy. Jeden z eskortujących leżał na drodze, trzymając się za brzuch. Krew przeciekała między palcami.

Żegota zobaczył ruch głębiej w lesie.

Strzelec.

Tamten miał rusznicę przy ramieniu.

Żegota nie zdążyłby dobiec do drzewa.

Nie zdążyłby też zejść z linii strzału.

Ranny człowiek leżał pół kroku przed nim.

Żegota złapał go za kołnierz i pas, poderwał z ziemi tyle, ile zdołał, i pociągnął przed siebie.

— Co…

Huk.

Ciało w jego rękach szarpnęło się.

Żegota poczuł uderzenie przez cudze plecy, ale nic nie przebiło się do niego.

Puścił człowieka.

Ten osunął się na kolana, potem na bok.

Nie było czasu patrzeć, czy oddycha.

Żegota ruszył do drzewa.

Strzelec próbował odrzucić rusznicę i dobyć szabli. Za późno.

Żegota nie ciął.

Wpadł w niego całym ciężarem.

Mężczyzna uderzył plecami o pień. Powietrze uciekło mu z płuc. Żegota docisnął przedramieniem jego prawą rękę do kory i wbił nóż pod żebra.

Raz.

Drugi nie był potrzebny.

Za plecami huknął pistolet Kuleszy.

Ktoś krzyknął.

Żegota odwrócił się.

Dwóch napastników uciekało między drzewa. Trzeci próbował wskoczyć na konia pozostawionego przy drodze.

— Nie! — krzyknął Żegota, widząc, że Janek rusza za nimi.

Radecki zatrzymał się po dwóch krokach.

Dobrze.

Bielecki nie gonił nikogo. Stał nad rannym przeciwnikiem, dysząc ciężko. Miał przecięty rękaw, ale Żegota nie widział krwi.

— Ilu? — zapytał.

— Dwóch tutaj. Jeden uciekł.

— Kulesza?

— Żyję — odpowiedział Maciej zza wozu.

— Bartko?

Cisza.

Żegota poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.

— Serafin!

Z lasu dobiegł trzask gałęzi.

Bartko wyszedł między drzewa, prowadząc przed sobą młodego mężczyznę z rękami uniesionymi nad głową. W drugiej dłoni trzymał krótki drzewiec z grotem, który Żegota wiele razy wyśmiewał jako zbyt długi do noszenia i zbyt krótki do porządnej walki konnej.

Teraz grot opierał się o plecy jeńca.

— Znalazłem jednego — powiedział Serafin.

— Ilu było?

— Dziewięciu. Dwóch zostało przy koniach dalej w lesie. Jak zaczęło się źle, odjechali.

Żegota spojrzał na drogę.

Pięciu napastników leżało nieruchomo. Jeden jęczał przy rowie. Dwóch uciekło konno. Serafin miał dziewiątego.

Zgadzało się.

Dopiero wtedy Żegota schował nóż.

— Nasi?

Kulesza wyszedł zza wozu. Trzymał oba pistolety za lufy. Wystrzelone.

— Jeden dostał w ramię. Ten przy pierwszym wozie…

Spojrzał na ciało człowieka, którego Żegota użył jako osłony.

Nie dokończył.

Żegota podszedł.

Mężczyzna leżał na brzuchu. Pierwsza rana w brzuchu już wcześniej była ciężka. Druga kula weszła wysoko w plecy.

Nie oddychał.

Janek patrzył na Żegotę.

Nie na zabitego.

Na niego.

— Co? — zapytał Żegota.

Radecki otworzył usta, ale nic nie powiedział.

Bielecki powiedział za niego:

— Zasłoniłeś się nim.

— Tak.

— Jeszcze żył.

— Tak.

Bielecki podszedł bliżej. Był niższy od Żegoty o głowę, ale nie cofnął wzroku.

— Mógł przeżyć.

Żegota spojrzał na ranę w brzuchu poległego.

— Mógł.

— I tyle?

— Chcesz dłuższej odpowiedzi?

— Chcę wiedzieć, czy gdy następnym razem dostanę w brzuch, mam uważać bardziej na ciebie niż na nieprzyjaciela.

Żegota wytarł nóż o ubranie zabitego strzelca.

— Jeśli będziesz mógł iść, wyciągnę cię. Jeśli będziesz mógł siedzieć na koniu, przywiążę cię do siodła. Jeśli będziesz leżał z rozprutym brzuchem, a ktoś będzie mierzył do mnie z dziesięciu kroków, nie obiecuję niczego.

Bielecki zacisnął szczękę.

— Jesteś skurwysynem.

— Wiedziałeś przed wyjazdem.

Przez chwilę Żegota był pewien, że Bielecki sięgnie po szablę.

Nie zrobił tego.

Odwrócił się i poszedł sprawdzić rannego.

Kulesza spojrzał na Żegotę.

— Mógłbyś czasem skłamać.

— Po co?

— Ludzie lubią.

— Dlatego tyle za to płacą.

* * *

Jeniec miał na imię Ostap.

Przynajmniej tak powiedział.

Nie był Kozakiem z żadnego regularnego pułku, choć nosił włosy i ubranie, które miały to sugerować. Mówił po polsku wystarczająco dobrze. Po pięciu minutach Żegota wiedział, że grupa składała się z miejscowych, dwóch zbiegłych żołnierzy i trzech ludzi, którzy wcześniej służyli komuś, kogo Ostap nazywał sotnikiem, ale nie potrafił podać nazwiska.

— Skąd wiedzieliście o wozach? — zapytał Żegota.

Ostap milczał.

Żegota usiadł na pniu naprzeciw niego.

Nie groził mu. Groźby były przydatne wobec ludzi, którzy nie wiedzieli, co im grozi. Ostap widział pięć ciał na drodze. Wyobraźnia pracowała za Żegotę.

— Nie pytam drugi raz dlatego, że jestem cierpliwy. Pytam, bo jeśli odpowiesz, może nie będę musiał zadawać innych pytań.

Ostap oblizał wargi.

— Człowiek w Tarnopolu.

— Jaki?

— Nie znam.

Żegota westchnął.

— To była pierwsza odpowiedź, której nie powinieneś dawać.

— Naprawdę nie znam nazwiska. Przyszedł wczoraj. Powiedział, że pójdą trzy wozy. Że na drugim będą pieniądze.

Kulesza, stojący za Żegotą, przestał czyścić pistolet.

— Wiedzieli — powiedział cicho.

Żegota skinął głową.

— Jak wyglądał?

Ostap opisał człowieka. Niski. Siwiejący. Brązowy żupan. Bez charakterystycznych blizn. Nic, czego można było się uchwycić.

— Ile wam obiecał?

— Nic. Mieliśmy wziąć, co znajdziemy.

— Czyli sprzedał wam wiadomość.

— Nie chciał pieniędzy.

To było ciekawsze.

Żegota pochylił się.

— Co chciał?

— Żeby wozy nie dojechały.

Przez chwilę słychać było tylko muchy krążące nad ciałami.

Żegota spojrzał na Kuleszę.

Maciej zrozumiał.

To nie był rabunek.

Rabunek był dodatkiem.

— Bartko — powiedział Żegota. — Sprawdź konie. Wszystkie. Potem wozy. Osie, uprząż, worki, wszystko.

Serafin skinął głową.

— Bielecki, dwóch ludzi na drogę od strony, z której przyjechaliśmy. Janek z tobą.

Radecki ruszył bez słowa.

— A z nim? — Kulesza wskazał Ostapa.

Żegota popatrzył na jeńca.

— Związać. Jedzie z nami.

Ostap pobladł.

— Powiedziałem wszystko.

— To dobrze.

— Mieliście mnie puścić.

— Nie mówiłem tego.

— Powiedzieliście, że…

— Powiedziałem, że może nie będę musiał zadawać innych pytań.

Żegota wstał.

— I nie muszę.

* * *

Stracili dwóch ludzi eskorty.

Jeden zginął od pierwszego strzału. Drugi był człowiekiem, którego Żegota zasłonił własne ciało.

Trzeci miał przestrzelone ramię, lecz kula przeszła przez mięśnie i nie roztrzaskała kości. Kulesza obejrzał ranę, potem pozwolił jednemu z woźniców ją opatrzyć. Sam lepiej znał się na robieniu dziur niż ich zamykaniu.

Żegota sprawdził pierś dopiero po wszystkim.

Pod kolczugą znalazł spłaszczony kawałek ołowiu wbity w gruby kaftan. Oczka pancerza były wgniecione, dwa pękły. Skóra pod spodem już siniała.

Oddychanie bolało.

Bielecki obserwował go z boku.

— Żebro?

Żegota nacisnął miejsce palcami.

Ból był tępy, ale nie ostry.

— Chyba nie.

— Pancerz kosztował mniej niż pogrzeb?

— Zdecydowanie.

— Szkoda.

Żegota spojrzał na niego.

Bielecki po raz pierwszy od zasadzki uśmiechnął się bardzo lekko.

Nie znaczyło to, że mu wybaczył.

Nie musiał.

Żegota płacił mu za walkę, nie za sympatię.

Przeszukali zabitych.

Janek robił to niechętnie. Przy pierwszym ciele uklęknął, znalazł sakiewkę i spojrzał na Żegotę, jakby oczekiwał pozwolenia.

— Bierz.

— To jego.

— Już nie.

— Może ma rodzinę.

— Jeśli wiesz gdzie, możesz jej zawieźć.

Janek popatrzył na martwego człowieka.

— Nie wiem.

— Więc bierz.

W sakiewce były cztery grosze i miedziany medalik.

Janek zabrał pieniądze. Medalik zostawił.

Żegota nic nie powiedział.

Sam znalazł przy strzelcu dobry nóż, krzesiwo i siedem złotych. Buty były prawie nowe, ale za małe. Kazał sprawdzić je jednemu z woźniców.

Pasowały.

— Bierz.

Mężczyzna zawahał się.

— Mam swoje.

— Te są lepsze.

— Ale…

— Za tydzień mogą być twoje na czyichś nogach. Korzystaj, póki możesz.

Woźnica zdjął buty zabitemu.

Kulesza znalazł proch, kule i zapasowy klucz do zamka kołowego. Obejrzał go i schował.

— Przyda się.

— Ile wart?

— Dla ciebie wszystko ma cenę?

— Nie.

Maciej uniósł brwi.

— Czego nie ma?

Żegota pomyślał chwilę.

— Rzeczy, których nikt nie chce kupić.

Kulesza pokręcił głową.

— Czasem naprawdę nie wiem, czy żartujesz.

— Ja też.

Zanim ruszyli, trzeba było jeszcze zrobić z umarłymi to, czego wymagało miejsce i czas.

Nie mieli łopat dla wszystkich. Jedna znajdowała się na trzecim wozie, druga miała pęknięty trzonek. Żegota nie zamierzał tracić pół dnia na kopanie głębokich mogił w twardej ziemi. Dwóch własnych zabitych złożyli obok siebie w płytkim zagłębieniu za rowem. Woźnice przykryli ich płaszczami, a potem kamieniami i ziemią.

Napastników odciągnięto dalej od drogi.

Janek patrzył na to z wyraźnym niesmakiem.

— Ich nie chowamy?

Żegota dopinał właśnie pas.

— Jeśli chcesz, zacznij kopać.

— Zostawimy ich tak?

— Zostawimy ich martwych. Reszta to sprawa żywych.

— Chrześcijanie powinni być pochowani.

Bielecki, który stał kilka kroków dalej, spojrzał na młodego.

— Najpierw sprawdź, czy byli chrześcijanami. Potem zapytaj, czy przed strzelaniem do nas interesowali się naszym pogrzebem.

Janek zacisnął usta.

— To nie to samo.

— Oczywiście, że nie — powiedział Bielecki. — My żyjemy.

Żegota uniósł wzrok.

Przez chwilę ich spojrzenia się spotkały. Bielecki powiedział to dokładnie tak, jak sam Żegota mógłby powiedzieć, i najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo skrzywił się, jakby poczuł w ustach coś gorzkiego.

— Nie patrz tak — powiedział Żegota. — Jeszcze ktoś pomyśli, że zaczynasz mnie rozumieć.

— Rozumiem cię od dawna. To część problemu.

Przy rannym człowieku eskorty Bartko pomagał zawiązać temblak. Kula zostawiła dwa otwory, wejściowy i wyjściowy. Krwawienie osłabło, ale mężczyzna był blady i spocony.

— Jak ci? — zapytał Żegota.

Ranny spojrzał na niego nieufnie.

— Jak człowiekowi z dziurą w ramieniu.

— Dobrze. Jak zaczniesz mówić, że świetnie, będę się martwił.

Mężczyzna parsknął, po czym skrzywił się z bólu.

— Dam radę jechać.

— Nie pytałem. Pojedziesz na wozie.

— Mogę siedzieć w siodle.

— Możesz też spaść. Koń jest więcej wart niż twoja duma.

Ranny popatrzył na niego spode łba.

— Miło wiedzieć.

— Koń kosztuje około czterdziestu złotych. Ciebie jeszcze nie wyceniałem.

Tym razem nawet Bartko się uśmiechnął.

Żegota odszedł, zanim człowiek zdążył odpowiedzieć.

Przy pierwszym wozie czekał na niego woźnica, starszy mężczyzna o siwej brodzie. Ten sam, który rano narzekał na nocleg pod gołym niebem. Teraz nie narzekał. Trzymał czapkę w obu dłoniach.

— Panie Żegota.

— Nie jestem panem.

— Mówią na was Rębajło.

Żegota zatrzymał się.

— Kto mówi?

— Ludzie. Słyszałem jeszcze we Lwowie. Żeście pod Konstantynowem...

— Nie byłem pod Konstantynowem wtedy, kiedy myślisz.

Woźnica zamrugał.

— Mówili, że sześciu ludzi...

— Trzech.

— Trzech?

— Dwóch uciekło. Jeden spadł z konia, zanim do mnie dojechał. Jeśli chcesz opowiadać, że go zabiłem, nie będę ci przeszkadzał.

Woźnica przez moment nie wiedział, co powiedzieć.

— To czemu was Rębajłą zwą?

— Bo Wojciech jest za długie, kiedy trzeba krzyczeć.

Mężczyzna zaśmiał się niepewnie.

Żegota minął go, ale po dwóch krokach usłyszał:

— To prawda, że pod Barem odcięliście człowiekowi rękę jednym cięciem?

Żegota obejrzał się.

Kulesza siedział na skraju wozu i słuchał z wyraźnym zainteresowaniem. Bielecki również.

— Nie — powiedział Żegota.

Woźnica wyglądał na rozczarowanego.

— Nie?

— Dwa razy ciąłem.

Kulesza wybuchnął śmiechem.

Woźnica popatrzył na Żegotę, próbując zdecydować, czy mówi poważnie.

Żegota mu nie pomógł.

Reputacja była osobliwym towarem. Człowiek nie mógł jej zjeść, nie mógł kupić za nią konia i zwykle nie dawała żadnej ochrony przed kulą. Ale odpowiednio pielęgnowana sprawiała, że następny szlachcic kładł na stole większą sakiewkę.

Nie widział powodu, by psuć interes przesadną uczciwością.

Kulesza zeskoczył z wozu.

— Naprawdę dwa razy?

— Nie.

— Wiedziałem.

— Trzy.

Maciej patrzył na niego przez moment, po czym pokręcił głową.

— Kiedyś ktoś napisze o tobie książkę i nikt nie będzie wiedział, co w niej jest prawdą.

— Byle zapłacił.

Serafin wrócił od skraju lasu.

— Znalazłem miejsce, gdzie trzymali konie. I coś jeszcze.

Podał Żegocie kawałek sznura z przywiązanym skrawkiem czerwonej tkaniny.

— Co to?

— Wisiało na gałęzi od strony drogi. Za wysoko, żeby zaczepiło się samo. Dalej znalazłem drugi taki.

Żegota obejrzał materiał. Zwykłe sukno. Nic szczególnego.

— Znaki.

— Też tak myślę. Ktoś zaznaczył im miejsce.

Bielecki podszedł bliżej.

— Człowiek z Tarnopola?

— Albo ktoś, kto z nim pracuje.

— Czyli możemy mieć następnych przed sobą.

Żegota schował skrawek tkaniny za pas.

— Możemy.

Janek spojrzał na wozy.

— To może powinniśmy wrócić?

Żegota popatrzył na niego.

Nie było w pytaniu tchórzostwa. Młody próbował myśleć. To należało nagradzać odpowiedzią, nie kpiną.

— Jeśli wrócimy, człowiek, który chce zatrzymać transport, dostanie to, czego chce, bez drugiej zasadzki.

— A jeśli pojedziemy, może nas zabić.

— Może.

— Więc co jest rozsądniejsze?

— Dla ciebie? Wrócić. Dla mnie? Jechać.

— Dlaczego dla was inaczej?

Żegota wskazał na swoją sakiewkę.

— Bo wziąłem pieniądze.

Janek popatrzył na niego, jakby oczekiwał dalszego wyjaśnienia.

Nie dostał go.

Dla Żegoty sprawa była prosta. Człowiek mógł odmówić roboty. Mógł zażądać takiej ceny, że zleceniodawca sam zrezygnuje. Mógł powiedzieć, że droga jest zbyt niebezpieczna, ludzie zbyt marni, a pieniądze niewarte ryzyka.

Ale kiedy przyjął zaliczkę, kończyła się rozmowa.

Inaczej następnym razem jego słowo byłoby warte mniej. A rzecz warta mniej przynosiła mniej pieniędzy.

Wojna nauczyła go wielu skomplikowanych sposobów zabijania. Handel nauczył jednej prostszej rzeczy.

Towar należało dostarczyć.

Ruszyli ponownie późnym popołudniem.

Tym razem drugi wóz jechał trzeci.

Żegota zmienił ustawienie nie dlatego, że wierzył, iż kolejna grupa napastników nie będzie wiedziała, gdzie są pieniądze. Przeciwnie. Zakładał, że może wiedzieć.

Ostap siedział ze związanymi rękami na pierwszym wozie.

Janek jechał przy Żegocie przez prawie pół godziny, zanim się odezwał.

— Ten człowiek… którego użyliście jako osłony.

Żegota czekał.

— Naprawdę byście go zostawili, gdyby jeszcze żył?

— Zależy.

— Od czego?

— Czy dałoby się go zabrać. Czy mielibyśmy konia. Czy ktoś by nas gonił. Czy przez niego zginęliby inni.

Janek patrzył przed siebie.

— A jeśli byłby waszym przyjacielem?

Żegota poprawił wodze.

— Wtedy decyzja byłaby trudniejsza.

— Ale taka sama?

— Nie wiem.

Janek spojrzał na niego zaskoczony.

Żegota dostrzegł to kątem oka.

— Myślałem, że zawsze wiecie.

— To źle myślałeś.

— Nie wyglądacie na człowieka, który często nie wie.

— Bo kiedy nie wiem, nie opowiadam o tym wszystkim dookoła.

Janek milczał chwilę.

— Bielecki naprawdę was nie lubi?

— Zapytaj Bieleckiego.

— Pytałem.

— I?

— Powiedział, żebym się odczepił.

— Widzisz. Już macie coś wspólnego.

Tym razem Janek się roześmiał.

Żegota pozwolił mu.

Słońce schodziło niżej. Cienie wozów wydłużyły się na drodze. Gdzieś daleko na wschodzie wisiała smuga dymu. Za duża na komin jednego gospodarstwa.

Serafin wrócił z przodu.

— Droga wolna przez następne dwie mile. Dalej jest wieś.

— Ludzie?

— Są. Mało. Widziałem bydło i dwa wozy. Nie wygląda na spaloną.

— Nocujemy przed nią.

Janek jęknął.

— Znowu bez dachu?

Żegota spojrzał na niego.

— Możesz spać we wsi.

— Naprawdę?

— Oczywiście. My pojedziemy rano dalej.

Janek westchnął.

— Na ziemi też jest dobrze.

— Młody się uczy — powiedział Kulesza.

— Powoli — dodał Bielecki.

Żegota obejrzał się na wozy.

Wszystkie trzy jechały.

Skrzynie były na miejscu. Proch był na miejscu. Listy były na miejscu. Dziewięć tysięcy złotych, których nie powinien znać wartości, nadal znajdowało się pod workami owsa.

Dwóch ludzi nie żyło, jeden był ranny, a ktoś w Tarnopolu chciał, żeby transport nigdy nie dotarł do Zbaraża.

To zmieniało warunki.

Nie umowę.

Przyjął sto złotych.

Pozostałych dwustu dziewięćdziesięciu jeszcze nie miał.

Dopóki ich nie dostał, wozy miały dojechać.

Żegota dotknął przez kaftan miejsca, w którym uderzyła kula. Bolało bardziej niż godzinę wcześniej.

Spojrzał na wschód.

— Bartko.

— Co?

— Jutro jedziesz dalej przed nami.

— Jak daleko?

— Tak, żebyś widział ich pierwszy.

Serafin pokiwał głową.

— A jeśli nikogo nie będzie?

Żegota spojrzał na smugę dymu nad horyzontem.

— Będzie.

ROZDZIAŁ II

Na wschód

Słońce nie zdążyło jeszcze wyjść ponad drzewa, kiedy Serafin zniknął na drodze.

Żegota patrzył za nim, dopóki koń i jeździec nie rozpłynęli się w porannej mgle. Bartko nie obejrzał się ani razu. Miał przytroczoną do siodła krótką włócznię, rusznicę przewieszoną przez plecy i manierkę, której poprzedniego wieczoru nie pozwolił opróżnić Radeckiemu. Nie wyglądał jak zwiadowca z wojskowej ryciny. Wyglądał jak człowiek, który przez wiele lat nauczył się wracać z miejsc, z których inni nie wracali.

— Daleko go puściłeś — powiedział Bielecki.

Stał przy swoim koniu i poprawiał popręg. Mówił spokojnie, ale Żegota znał ten ton. Stanisław nie pytał. Oznajmiał, że uważa decyzję za złą i daje dowódcy sposobność, by sam to zrozumiał.

— Wczoraj puściłem go za blisko.

— Wczoraj nie wiedzieliśmy, że ktoś na nas czeka.

— Dzisiaj wiemy.

Bielecki pociągnął za rzemień.

— Właśnie dlatego nie chciałbym, żeby znaleźli Bartka samego.

— Jeśli znajdą Bartka, zanim on znajdzie ich, będziemy potrzebowali nowego zwiadowcy.

Bielecki uniósł głowę.

— Czasami zastanawiam się, czy ty w ogóle lubisz ludzi.

— Nie wszystkich.

— To akurat zauważyłem.

Kulesza siedział na przewróconym pniu i czyścił zamek jednego z pistoletów. Robił to od świtu. Rozłożył broń na kawałku płótna, a każdą część odkładał dokładnie w to samo miejsce. Przy nim leżał drugi pistolet, już gotowy. Maciej nie podniósł wzroku.

— Bartka lubi — powiedział. — Inaczej wysłałby Janka.

Radecki, który właśnie próbował przełknąć kawał zimnej kaszy, zakrztusił się.

— Dzięki.

— Nie ma za co.