Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Marcin Żarnowski jest już kapitanem, którego nazwisko znają w bałtyckich portach. „Jutrzenka” ma ludzi, działa i królewski list pozwalający polować na wrogie statki.
Im większa jednak sława i zdobycz, tym trudniej odróżnić to, na co pozwala prawo, od tego, na co pozwala siła.
Pościgi, abordaż, handel, wywiad i brutalne starcia na morzu wystawią na próbę nie tylko załogę „Jutrzenki”, ale również zasady jej kapitana.
Bo między królewskim kaperem a piratem czasem stoi tylko pieczęć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 328
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział I
Znana bandera
Marcin obudził się, zanim ktoś zapukał do drzwi kajuty.
Przez chwilę leżał nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy „Jutrzenki”. Kadłub pracował cicho przy nabrzeżu, drewno trzeszczało pod naporem niewielkiej fali, gdzieś nad głową skrzypiał blok, którego nikt jeszcze nie zdążył porządnie nasmarować. Za grodzią przeszedł ktoś ciężkim krokiem i zaklął półgłosem, gdy uderzył butem o próg.
Jeszcze rok wcześniej Marcin nie potrafiłby odróżnić zwykłego skrzypienia drewna od dźwięku, który powinien obudzić kapitana. Teraz wiedział, że statek mówi nieustannie. Trzeba było tylko nauczyć się, kiedy słuchać.
Usiadł na pryczy i sięgnął po koszulę przewieszoną przez skrzynię. Kajuta nie była duża. Nigdy nie miała być wygodnym pokojem człowieka na lądzie. Pod rufową nadbudówką mieściły się wąska prycza, skrzynia, ciężki stół, krzesło z wysokim oparciem i półki, które zimą kazał dorobić cieśli. Przy grodzi wisiała szabla, pod nią pistolet w skórzanej kaburze. Na stole leżały dwie mapy, list kaperski zawinięty w płótno, rachunki za zimowe naprawy i kartka z nazwiskami ludzi, których należało jeszcze zwerbować.
Przybyło rzeczy.
Kiedy pierwszy raz wszedł do tej kajuty, należała jeszcze do innego człowieka i innego statku. Potem została miejscem, w którym nauczył się, że kapitan więcej czasu spędza z papierami niż z szablą. Teraz była jego. Nie dlatego, że posiadał piętnaście z pięćdziesięciu części „Jutrzenki”. Raczej dlatego, że nie musiał już zastanawiać się, gdzie położyć pas albo gdzie Rybitwa zostawił mapę. Każda rzecz miała miejsce, nawet jeśli na wzburzonym morzu zwykle je zmieniała.
Zapukanie przyszło dopiero, gdy Marcin dopinał kaftan.
— Wejść.
Bielec wsunął głowę do środka, spojrzał na niego i wszedł bez czekania na drugie zaproszenie.
— Już nie śpisz.
— Ty też.
— Ja nie mam kajuty.
— Chcesz?
Bielec rozejrzał się po wnętrzu.
— Nie aż tak.
Marcin usiadł przy stole. Bielec został przy drzwiach, co zwykle oznaczało, że przyszedł z czymś krótkim. Gdy chciał rozmawiać o problemie, siadał. Gdy chciał tylko przekazać problem kapitanowi, stał.
— Renner jest w porcie — powiedział.
— Widziałem wczoraj „Nadzieję”.
— Przyniósł wiadomość z Helu. Jeden lubecki kapitan miał wyjść dziś rano na wschód. Nie wyszedł.
Marcin przesunął palcem po krawędzi mapy.
— Zepsuł statek?
— Nie.
— Zachorował?
— Też nie.
Bielec uśmiechnął się lekko.
— Dowiedział się, że stoimy w Pucku.
Marcin podniósł wzrok.
— I?
— Zostaje w Helu, dopóki nie odpłyniemy.
— Skąd wie, dokąd popłyniemy?
— Nie wie.
— Rozsądny człowiek.
Bielec prychnął.
— Wiedziałem, że ci się spodoba.
Marcin oparł się wygodniej o krzesło. Nie spodobało mu się tak bardzo, jak Bielec sądził. W pierwszej chwili poczuł satysfakcję. Potem przypomniał sobie Vossa siedzącego pod strażą, ludzi zabitych na pokładzie „Sankt Georga” i wszystkie opowieści, które w ciągu zimy zaczęły żyć własnym życiem.
Jedni mówili, że „Jutrzenka” zdobyła dwa statki jednego dnia. Inni, że trzy. W karczmie pod Puckiem Marcin usłyszał nawet, że Voss miał własny okręt wojenny z dwudziestoma działami, a Żarnowski wziął go abordażem przy połowie załogi zabitej. Człowiek opowiadający tę historię siedział dwa stoły dalej i najwyraźniej nie wiedział, że jej bohater pije to samo piwo.
Marcin nie poprawił go.
— Jak wygląda załoga? — zapytał.
Bielec od razu spoważniał.
— Czterdziestu dziewięciu gotowych. Trzech nowych powinno dojść przed południem, jeśli Malec ich nie utopi w papierach.
— Chcę pięćdziesięciu dwóch.
— Będziesz miał.
— Nowi nie dostają udziałów.
— Wiedzą.
— I nie chcę ludzi, którzy przyszli tylko dlatego, że słyszeli opowieści o Vossie.
Bielec wzruszył ramionami.
— Wtedy musiałbyś wyrzucić połowę chętnych.
Marcin wstał.
— Wyrzuć tę połowę, która sądzi, że zdobycz sama wyskakuje na pokład.
— A drugą?
— Niech Bartel pokaże im, ile waży kula.
Bielec uśmiechnął się szerzej.
— To akurat potrafi.
* * *
Puck budził się powoli, choć na nabrzeżu dzień zaczął się wcześniej niż w mieście. Tragarze już nosili beczki z wodą i solonym mięsem. Dwóch cieśli siedziało przy stercie desek, rozmawiając o czymś tak zajadle, jakby od ich sporu zależała wojna ze Szwecją. Przy burcie „Jutrzenki” stała mała łódź, z której podawano na pokład worki z sucharem.
Marcin wyszedł na górę i od razu poczuł chłód. Wiosna była wczesna i niepewna. Niebo miało kolor ołowiu, ale wiatr był równy, z zachodu, dość mocny, by Rybitwa wyglądał na zadowolonego.
To zadowolenie nie przejawiało się u niego uśmiechem. Po prostu rzadziej przeklinał.
Stał przy głównym maszcie i obserwował dwóch nowych ludzi wiążących linę.
— Źle — powiedział.
Jeden z nich rozwiązał węzeł.
— Jeszcze nic nie zrobiłem.
— Właśnie.
Marcin podszedł bliżej.
— Jak wiatr?
Rybitwa nie spojrzał na niego.
— Jest.
— Tyle widzę.
— To po co pytasz?
— Bo chcę usłyszeć, czy pozwoli nam wyjść.
Rybitwa wreszcie odwrócił głowę.
— Pozwoli. Na morzu nie pytaj wiatru o pozwolenie. Pytaj, ile będzie cię kosztowało, jeśli go zlekceważysz.
To był ten rodzaj odpowiedzi, który rok wcześniej doprowadziłby Marcina do złości. Teraz tylko skinął głową.
Przy lewej burcie Bartel nadzorował sprawdzanie lawet. Był jeszcze szerszy niż Marcin pamiętał z pierwszych miesięcy wspólnego pływania, choć prawdopodobnie wynikało to z dwóch kubraków założonych jeden na drugi. Na policzku miał smugę czarnego brudu, mimo że tego dnia nie oddano ani jednego strzału.
— Nie pytaj — rzucił, gdy Marcin się zbliżył.
— O co?
— O tę smugę.
— Nie zamierzałem.
— Dobrze. Nie wiem, skąd się wzięła.
Na pokładzie stało sześć większych dział, po trzy na każdej burcie. Cztery lżejsze sztuki ustawiono wyżej, tam gdzie łatwiej było prowadzić ogień przeciw ludziom i takielunkowi. Wszystkie przeszły zimą przegląd. Dwie lawety wymieniono, kilka wzmocniono żelazem, a zapasy prochu przeniesiono tak, żeby nie trzeba było podczas walki biegać przez pół statku.
Bartel zauważył, gdzie patrzy Marcin.
— Wciąż za mało.
— Mamy dziesięć.
— To nie znaczy, że mamy dużo. To znaczy, że umiemy liczyć do dziesięciu.
— Statek ma też pływać.
— Działa nie przeszkadzają mu pływać.
Rybitwa odezwał się z drugiego końca pokładu:
— Bartel!
— Co?
— Przeszkadzają.
Bartel westchnął.
— Widzisz? Człowiek chce rozwijać sztukę wojenną, a zawsze znajdzie się żeglarz.
Marcin ruszył dalej.
Janek stał przy dziobie z dwoma marynarzami i sprawdzał linę kotwiczną. Wciąż miał młodą twarz, choć po poprzednim roku zniknęło z niej coś chłopięcego. Nie pchał się już do każdego zadania tylko po to, żeby ktoś zauważył jego odwagę. Kiedy Marcin przechodził obok, Janek przerwał pracę.
— Kapitanie.
— Rób swoje.
— Robię.
— To dobrze.
Janek zawahał się.
— Słyszałem, że jakiś lubecki statek boi się wyjść z Helu.
Marcin spojrzał na niego.
— Szybko pracują języki.
— W porcie wszystko wiadomo.
— W porcie wszystko jest opowiadane. To nie to samo.
Janek pokiwał głową, ale było widać, że wiadomość mu się podoba.
Marcin poszedł na rufę. Z nabrzeża właśnie wchodził Renner, kapitan „Nadziei”. Miał na sobie ciemny płaszcz, mokry od drobnego deszczu, i minę człowieka, który przychodzi nie po to, by pić.
— Żarnowski.
— Renner.
Podali sobie ręce.
— Bielec powiedział mi o Lübece.
— To nie jedyny, który o was pyta.
— O nas czy o mnie?
— O statek.
Marcin odruchowo spojrzał na maszt.
— To dobrze.
— Nie zawsze.
Renner mówił bez zawiści. „Nadzieja” była mniejsza, płytsza i w słabszym wietrze zwinniejsza, ale nie budziła już takiego zainteresowania jak dawniej. Marcin wiedział, że nie powinien czerpać z tego przyjemności. Czerpał.
— Co jeszcze? — zapytał.
— Dwa statki widziano wczoraj na północny wschód od Helu. Jeden szedł pod banderą lubecką, drugi pod rostocką. Oba na wschód. Ten z Lubeki duży, ale bez ciężkiej eskorty.
— Ładunek?
— Nie wiem.
— Narwa?
— Tego też nie wiem.
Marcin skinął głową.
To wystarczało, żeby sprawdzić.
Nie wystarczało, żeby zabrać.
Przynajmniej tak powinno być.
— Wychodzisz? — zapytał Renner.
— Przed południem.
— My jutro.
— Chcesz, żebym zostawił ci coś po drodze?
Renner uśmiechnął się krzywo.
— Zostaw morze.
* * *
Pierwszy dzień rejsu nie przyniósł niczego poza zimnem.
Drugi przyniósł statek.
Dostrzegli go przed południem, na północ od Helu, gdy chmury zaczęły się rozrywać, a zachodni wiatr przybrał na sile. Najpierw Janek zobaczył żagiel. Rybitwa spojrzał przez lunetę i powiedział tylko:
— Dwa maszty.
Marcin wyszedł na podwyższony fragment rufy.
— Kurs?
— Wschód z odchyleniem na północ.
— Banderę widzisz?
— Jeszcze nie.
„Jutrzenka” szła pełniej niż przez poranek. Kadłub nabrał życia, kiedy wiatr mocniej wypełnił żagle. To był moment, który Marcin polubił szczególnie: ciężki statek przestawał wydawać się ciężki. Zaczynał ciągnąć przez wodę z siłą, której nie czuło się w porcie ani przy słabym wietrze.
Rybitwa wydał kilka krótkich rozkazów. Marynarze poprawili ustawienie żagli. Nikt nie biegał bez potrzeby.
Po zimie „Jutrzenka” znów miała pełną załogę. Pięćdziesięciu dwóch ludzi. Nie wszyscy byli właścicielami. Nie wszyscy pamiętali Velta. Nie wszyscy jeszcze rozumieli, dlaczego Bielec może podczas walki krzyczeć na ludzi, których poza walką prowadzi ktoś inny. Ale rdzeń załogi pozostał ten sam.
Marcin lubił ten widok bardziej, niż chciał przyznać.
— Teraz? — zapytał.
Rybitwa podał mu lunetę.
Na rufie obcego statku pojawiła się flaga.
Lubeka.
— Może być ten od Rennera — powiedział Bielec.
— Może.
— Podchodzimy?
Marcin oddał lunetę Rybitwie.
— Tak.
Bielec ruszył do swoich ludzi. Bartel już stał przy działach, choć nikt nie kazał mu się tam znaleźć.
— Bez strzelania — powiedział Marcin.
Bartel spojrzał na niego z wyrzutem.
— Przecież jeszcze nie strzelam.
— Uprzedzam.
— To też obraźliwe.
Przez następną godzinę odległość malała powoli.
Lubecki statek nie próbował jeszcze uciekać. Albo nie zauważył „Jutrzenki”, albo nie uznał jej za zagrożenie. Potem ktoś na jego rufie musiał dobrze przyjrzeć się przez lunetę, bo zachowanie jednostki zmieniło się nagle.
Postawili więcej żagla.
Rybitwa zauważył to pierwszy.
— Poznał nas.
Marcin poczuł krótki dreszcz satysfakcji.
— Skąd wiesz?
— Bo wcześniej mu się nie spieszyło.
— Może zobaczył polską banderę.
Rybitwa spojrzał na niego bez wyrazu.
— Oczywiście.
„Jutrzenka” ruszyła szybciej.
Przy takim wietrze różnica między statkami zaczęła być widoczna. Obcy statek był lżejszy, ale nie miał tak dużej powierzchni żagli i nie niósł wiatru równie dobrze. Każde pół godziny zabierało mu trochę morza.
Marcin przeszedł na dziób.
Janek stał przy relingu.
— Ucieka — powiedział.
— Widzę.
— To znaczy, że coś ma.
— Nie.
Janek spojrzał na niego zdziwiony.
— Nie?
— To znaczy, że nie chce, żebyśmy go sprawdzili. Powód poznamy później.
— A jeśli nie ma powodu?
Marcin popatrzył na oddalającą się rufę.
— Wtedy go puścimy.
Powiedział to automatycznie.
Dopiero chwilę później pomyślał, że rok temu nie musiałby przypominać tego sobie samemu.
Po następnej godzinie byli wystarczająco blisko, by dać sygnał.
Podnieśli flagi. Obcy statek nie zmienił kursu.
Marcin czekał.
Znów sygnał.
Bez odpowiedzi.
Bielec podszedł.
— Nie zatrzyma się.
— Jeszcze nie.
— Chcesz strzał ostrzegawczy?
Marcin spojrzał na Bartela.
Ten już się uśmiechał.
— Jeden — powiedział Marcin. — Przed dziób. Daleko.
— Wiem, jak wygląda ostrzegawczy.
— Ostatnim razem przestrzeliłeś komuś pół rejki.
— Ostrzegł go bardzo skutecznie.
Problem pojawił się, zanim działo zdążono przygotować.
Najlepszy kąt do strzału miała przednia sztuka lewej burty, ale żeby ją wykorzystać, „Jutrzenka” musiała zejść nieco z kursu. Rybitwa mruknął coś pod nosem.
— Co? — zapytał Marcin.
— Nic.
— Słyszałem.
— To po co pytasz?
Marcin westchnął.
— Ile stracimy?
— Niewiele. Jeśli zaraz wrócimy na kurs.
— Rób.
Rybitwa wydał rozkaz. Dziób odszedł nieco w lewo. Żagle zmieniły napięcie, pokład przechylił się inaczej.
Bartel poczekał.
Strzał wyrwał z działa kłąb dymu. Huk poszedł po wodzie.
Kula wpadła w morze daleko przed dziobem uciekającego statku.
Natychmiast wrócili na poprzedni kurs.
Marcin zobaczył jednak, że przez tę krótką zmianę odległość przestała maleć.
— Widzisz? — powiedział Rybitwa.
— Widzę.
— Dobrze.
— Nie ciesz się.
— Nie cieszę się. Zapamiętuję.
Obcy statek nadal płynął.
— Drugi? — zapytał Bartel.
Marcin spojrzał na lubecką rufę.
— Bliżej.
— To już lepiej.
Ponownie zeszli z kursu.
Tym razem Bartel kazał podnieść lufę odrobinę wyżej.
Strzał padł.
Kula przeleciała tak blisko rufy, że Marcin zobaczył ludzi pochylających się na pokładzie obcego statku.
Chwilę później lubecka bandera opadła, a żagle zaczęły pracować inaczej.
— Skraca — powiedział Rybitwa.
Bielec splunął za burtę.
— Wystarczyło dwa razy poprosić.
Marcin nie odpowiedział.
Patrzył na statek przed nimi i myślał o czymś innym.
Dwa razy musieli zmienić kurs tylko po to, żeby strzelać do człowieka, którego gonili.
Bartel też patrzył na dziób.
Marcin zauważył to, ale nic nie powiedział.
Jeszcze.
* * *
Kapitan lubeckiego statku nazywał się Georg Heller i od pierwszej chwili zachowywał się jak człowiek głęboko obrażony tym, że ktoś ośmielił się zatrzymać właśnie jego.
Miał około czterdziestu lat, starannie przyciętą brodę, dobry płaszcz i dłonie kupca, nie marynarza. Kiedy Bielec przyprowadził go na pokład „Jutrzenki”, Heller spojrzał najpierw na działa, potem na Marcina.
Rozpoznał go.
Marcin zobaczył to od razu.
— Kapitan Żarnowski.
Nie było pytania.
— Kapitan Heller.
— Znam pańskie nazwisko.
— Ja pańskie poznałem przed chwilą.
Heller zacisnął szczękę.
— Mój statek płynie legalnie.
— To dobrze.
— W takim razie nie ma pan prawa mnie zatrzymywać.
— Mam prawo sprawdzić dokumenty i ładunek.
— Na jakiej podstawie?
Marcin wskazał na zwinięty list kaperski, który Malec kazał mu zawsze mieć pod ręką.
— Na tej.
— To nie jest morze należące do waszego króla.
— Na szczęście list nie mówi, że mamy pływać tylko po Wiśle.
Bielec odwrócił twarz, żeby ukryć uśmiech.
Heller tego nie zrobił.
— Jeśli uszkodziliście choć jedną linę...
— Nie uszkodziliśmy.
— Strzelaliście.
— Obok.
— Kula przeleciała nad moją rufą.
Bartel, stojący kilka kroków dalej, odezwał się spokojnie:
— Czyli obok.
Marcin spojrzał na niego.
Bartel wzruszył ramionami.
— Technicznie.
— Idź do swoich dział.
— Jestem przy nich.
Marcin odwrócił się z powrotem do Hellera.
— Dokumenty.
Kupiec zawahał się tylko chwilę.
Bielec zabrał plik papierów, który jeden z ludzi przyniósł z lubeckiego statku, i podał Marcinowi.
Przejrzeli je w kajucie.
Heller został z nimi, pilnowany przez dwóch ludzi. Marcin usiadł przy stole. Bielec stanął przy jego prawym ramieniu. Dokumenty były porządne. Za porządne, pomyślał w pierwszej chwili, ale natychmiast skarcił się za tę myśl.
Nie każdy człowiek z dobrze prowadzonymi papierami musiał być oszustem.
Statek nosił nazwę „Sankt Lukas”. Wypłynął z Lubeki. Oficjalnie przewoził sukno, sól, narzędzia, szkło, trochę wina i kilka skrzyń metalowych wyrobów. Miał zatrzymać się w Królewcu, a dalej — według wpisu — płynąć do Rygi.
— Ryga — powiedział Marcin.
— Tak.
— Nie Narwa?
Heller skrzywił się.
— Gdybym płynął do Narwy, nie wpisałbym Rygi tylko po to, żeby człowiek taki jak pan uwierzył mi po spojrzeniu na papier.
— Człowiek taki jak ja?
— Kaper.
To słowo zabrzmiało w jego ustach jak coś brudnego.
Marcin nie zareagował.
— Dlaczego uciekałeś?
— Bo pana rozpoznałem.
Bielec spojrzał na Marcina.
Heller ciągnął:
— W Lubece mówią o „Morgensternie”.
— „Jutrzence”.
— W Lubece nadal mówią „Morgenstern”.
— W Lubece mogą mówić, jak chcą.
Heller nachylił się lekko nad stołem.
— Mówią też, że wziął pan statek kupca, którego potem oskarżono o handel z Moskwą. Że kilku ludzi zginęło. Że drugi statek sprzedał pan w Pucku. Że król dostał pieniądze.
Marcin przyjrzał mu się uważnie.
— Dużo wiedzą w Lubece.
— Kupcy lubią wiedzieć, kto zabiera ich statki.
— Twój nadal stoi obok.
— Na razie.
To było dobre.
Nie bezczelne dla samej bezczelności. Po prostu prawdziwe.
Marcin odsunął dokumenty.
— Bielec. Przeszukać dokładnie. Bez niszczenia ładunku.
Heller natychmiast się odezwał:
— Protestuję.
— Zapamiętam.
— Jeśli cokolwiek zginie...
— Też zapamiętam.
Bielec wyszedł.
Przez następne dwie godziny „Jutrzenka” i „Sankt Lukas” szły powoli obok siebie. Część ludzi Marcina przeszła na obcy pokład. Rybitwa nie lubił utrzymywania dwóch jednostek w takiej odległości przy zmiennym wietrze, więc kazał zostawić więcej miejsca. Heller siedział w kajucie, coraz bardziej wściekły.
Marcin czytał jego dokumenty drugi raz.
Potem trzeci.
Nie znalazł niczego.
Złość zaczęła przechodzić na niego.
Nie dlatego, że chciał, aby Heller był winny.
Tak sobie przynajmniej powiedział.
Po dwóch godzinach wrócił Bielec.
Miał twarz człowieka, który znalazł coś, ale nie tyle, ile liczył.
— Trzy skrzynie nie są w głównym spisie.
Heller zerwał się z krzesła.
— Są w dodatku przewozowym.
— Nie tym, który nam pokazałeś — powiedział Bielec.
— Bo leżał w skrzyni pisarza.
— Skrzynie były pod workami soli.
— Na statku rzeczy stoją tam, gdzie jest miejsce.
Marcin uniósł rękę.
— Co w nich?
— Żelazne części do zamków rusznic. Sprężyny, kurki, śruby, trochę gotowych zamków. Dobrej roboty.
Marcin spojrzał na Hellera.
— Ryga?
— Ryga.
— Dla kogo?
— Kupca nazwiskiem Gerdes.
— Znasz go?
— Oczywiście.
— Dokument?
Heller zacisnął usta.
— Jest.
Bielec położył na stole dodatkową kartę.
Dokument rzeczywiście istniał.
Nie był idealny. Brakowało jednej pieczęci, a ilość części zgadzała się tylko w przybliżeniu. Ale nie było tam niczego, co pozwalałoby Marcinowi z czystym sumieniem uznać „Sankt Lukasa” za zdobycz.
Rok wcześniej poczułby ulgę.
Teraz poczuł rozczarowanie.
To zaniepokoiło go bardziej niż dokumenty.
— Jest coś jeszcze? — zapytał.
— Dwie beczki prochu.
Heller natychmiast powiedział:
— Dla własnej obrony.
— Dwie?
— Mamy cztery małe działa.
— Pokazać zapas kul?
— Pokazał.
Bielec potwierdził skinieniem głowy.
Marcin wstał od stołu.
— Puścimy go.
Bielec nie wyglądał na zdziwionego.
Heller natomiast przez chwilę milczał, jakby spodziewał się kolejnej pułapki.
— To wszystko?
— Nie.
Marcin podszedł bliżej.
— Następnym razem, gdy zobaczysz sygnał do zatrzymania, zatrzymaj się po pierwszym.
Heller pokręcił głową.
— Następnym razem, gdy zobaczę pański statek, zmienię kurs wcześniej.
— To też rozwiązanie.
Kupiec ruszył do drzwi.
Marcin zatrzymał go głosem.
— Heller.
Tamten odwrócił się.
— Powiedz w Lubece, że sprawdziliśmy statek i puściliśmy go, kiedy papiery się zgadzały.
Heller uśmiechnął się bez wesołości.
— Myśli pan, że to poprawi pańską opinię?
— Nie.
— To po co mam mówić?
Marcin przez moment nie odpowiedział.
— Bo to prawda.
Heller popatrzył na niego jeszcze chwilę.
— W portach prawda przegrywa z lepszą historią.
Wyszedł.
Marcin został sam z Bielcem.
— Nie lubi cię — powiedział Bielec.
— Zauważyłem.
— Ale zapamięta.
— Co?
— Że go puściłeś.
Marcin spojrzał na dokumenty.
— Nie robiłem tego dla niego.
— Wiem.
— Ani dla opinii.
Bielec milczał.
Marcin podniósł wzrok.
— Co?
— Nic.
— Znowu zaczynasz jak Rybitwa.
— To źle?
— Bardzo.
Bielec uśmiechnął się i wyszedł.
* * *
„Sankt Lukas” odszedł na wschód przed wieczorem.
Marcin stał na rufie i patrzył, jak jego żagle maleją. Nie kazał nikomu salutować. Heller również nie zrobił niczego, co można byłoby uznać za pożegnanie. Po prostu postawił więcej płótna, gdy tylko znalazł się wystarczająco daleko od „Jutrzenki”.
— Szybko odzyskał odwagę — powiedział Janek.
Marcin nie odwrócił się.
— Nie stracił odwagi.
— Uciekał.
— To nie to samo.
Janek zmarszczył brwi.
— Jak człowiek ucieka, to chyba się boi.
— Czasem. Czasem po prostu nie chce ryzykować, że ktoś zabierze mu statek.
— Czyli bał się nas.
Marcin spojrzał na niego.
— Bardzo chcesz to usłyszeć?
Młody marynarz wzruszył ramionami.
— Nie zaszkodzi.
— Dobrze. Bał się.
Janek uśmiechnął się.
— Lepiej.
— A teraz zapamiętaj drugą część. Bał się, choć nie zrobił nic, za co mogliśmy go zabrać.
Uśmiech zniknął trochę.
— No i go puściliśmy.
— Tak.
— To chyba dobrze.
— Dzisiaj.
Janek nie odpowiedział. Marcin zobaczył, że próbuje zrozumieć, dlaczego kapitan mówi o czymś oczywistym tak, jakby wcale oczywiste nie było.
Na śródokręciu Bielec liczył ludzi, którzy wrócili z przeszukania. Każdy miał pokazać, co przyniósł ze sobą. Nie dlatego, że Marcin podejrzewał ich wszystkich o kradzież. Dlatego, że wystarczył jeden srebrny kubek wsunięty pod kubrak, żeby Heller miał powód opowiadać w Lubece inną historię niż ta, którą właśnie przeżył.
— Pokaż ręce — powiedział Bielec do jednego z nowych.
— Mam puste.
— To pokaż puste.
Mężczyzna przewrócił oczami, ale wykonał polecenie.
Marcin obserwował to z daleka.
Velt robił podobnie. Nie zawsze sprawdzał ludzi po przeszukaniu, ale po pierwszych zdobyczach potrafił stanąć przy burcie i patrzeć, co każdy wnosi z powrotem. Marcin wtedy uważał, że to brak zaufania.
Teraz rozumiał, że zaufanie nie miało tu nic do rzeczy.
Kapitan odpowiadał również za to, czego nie widział.
Bartel podszedł od strony dział.
— Zmarnowaliśmy dwie kule.
— Zatrzymaliśmy statek.
— Którego potem puściliśmy.
— Masz pretensje?
— Do niego? Tak. Mógł mieć coś wartościowego.
— Miał.
— Ale legalnego.
— To zwykle wada legalnego ładunku.
Bartel stanął przy relingu.
— Wiesz, ile razy przez te dwa strzały poprawialiśmy kurs?
— Dwa.
— Nie pytam, czy umiesz liczyć.
— To dobrze, bo Breme już dzisiaj będzie to sprawdzał za ciebie.
Bartel oparł łokcie o drewno.
— Pomyśl o czymś.
— Nie.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
— Właśnie dlatego odpowiadam wcześniej.
Bartel nie zraził się.
— Działo z przodu.
Marcin powoli odwrócił głowę.
— Nie.
— Lekkie.
— Nie.
— Długie.
— To nie pomaga.
— Gdybyśmy mieli lufę na dziobie, nie schodzilibyśmy z kursu. Gonimy, strzelamy, gonimy dalej.
— Dziób nie jest pustym placem.
— Wiem.
— Kotwice, liny, bukszpryt.
— Wiem.
— Rybitwa cię zabije.
— To już mniej pewne.
Marcin spojrzał w stronę sternika. Rybitwa stał przy swoim miejscu i rozmawiał z jednym z marynarzy. Nie słyszał ich. Albo udawał, że nie słyszy.
— Nie chcę robić z „Jutrzenki” pływającej baterii — powiedział Marcin.
— Ja też nie.
— Ty chciałbyś przybić działo do każdej wolnej deski.
— Nie każdej.
— Bartel.
— Są miejsca zbyt cienkie.
Marcin parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać.
Bartel uznał to za zwycięstwo.
— Pomyśl.
— Powiedziałem nie.
— To pomyśl, dlaczego powiedziałeś nie.
— Bo kosztuje.
— Czyli jednak pomyślałeś.
Marcin pokręcił głową i ruszył do Bielca.
— Nikogo nie złapałeś? — zapytał.
— Na kradzieży? Nie.
— Dobrze.
Bielec spojrzał za odchodzącym „Sankt Lukasem”.
— Ludzie nie są zachwyceni.
— Bo nie będzie łupu.
— Bo goniliśmy kilka godzin, weszli na obcy pokład, znaleźli części do rusznic i wracają z pustymi rękami.
— Dostaną żołd za rejs.
— Wiem. Oni też wiedzą. Ale żołd nie smakuje tak jak udział w zdobyczy.
Marcin rozejrzał się po pokładzie.
Nie widział buntu. Nawet niezadowolenie było przytłumione. Ludzie wracali do swoich zajęć, składali broń, poprawiali liny. Ci starsi wiedzieli, że nie każdy rejs kończy się zdobyczą. Nowi najwyraźniej dopiero się tego uczyli.
— Zbierz ich — powiedział.
Bielec uniósł brwi.
— Teraz?
— Teraz.
Kilka minut później większość załogi stała na śródokręciu. Rybitwa został przy sterze. Dwóch ludzi pilnowało pracy żagli. Reszta patrzyła na Marcina.
Nie lubił przemawiać do załogi bez potrzeby. Im częściej kapitan mówił ludziom, że jest kapitanem, tym bardziej przypominał człowieka, który sam nie był tego pewien.
— „Sankt Lukas” odpłynął — powiedział. — Nie znaleźliśmy wystarczającego powodu, żeby go zatrzymać.
Ktoś z tyłu mruknął coś cicho.
Marcin usłyszał tylko ton.
— Jeśli komuś się to nie podoba, może powiedzieć głośniej.
Nikt nie powiedział.
— Dobrze. To ja powiem. Też wolałbym wrócić ze zdobyczą. Każdy udziałowiec stracił dzisiaj pieniądze. Ja piętnaście razy więcej niż człowiek z jedną częścią. Breme i Ruge razem jeszcze więcej.
Kilku starszych marynarzy spojrzało po sobie.
— Ale jeżeli zaczniemy brać każdy statek tylko dlatego, że coś na nim wygląda podejrzanie, szybko przestaniemy być kaprami, a zaczniemy być tym, czym nasi przeciwnicy już teraz nas nazywają.
Janek stał z przodu i słuchał uważnie.
— List królewski daje nam dużo — ciągnął Marcin. — Nie daje nam wszystkiego. Dopóki pływacie na „Jutrzence”, będziecie o tym pamiętać.
Zrobił krótką przerwę.
— A jutro poszukamy człowieka, który rzeczywiście zasłużył, żebyśmy zabrali mu statek.
Tym razem kilka osób się uśmiechnęło.
Bartel odezwał się z boku:
— Najlepiej powolnego.
Rybitwa krzyknął od steru:
— Najlepiej bogatego!
Śmiech przeszedł przez pokład.
Napięcie zniknęło szybciej, niż Marcin się spodziewał.
Rozpuścił ludzi.
Bielec został obok niego.
— Ładnie.
— Co?
— Mowa.
— Nie była mową.
— Oczywiście.
Marcin patrzył na ostatni biały skrawek żagla „Sankt Lukasa”.
— Powiedziałem prawdę.
— Wiem.
— Przestań mówić to takim tonem.
— Jakim?
Marcin nie odpowiedział.
Wieczorem, gdy zmniejszyli żagle i ustawili spokojniejszy kurs na zachód, wszedł do kajuty. Na stole czekały mapy, lista zapasów i zimowe rachunki. Usiadł na krześle i przez chwilę liczył w pamięci koszt dwóch kul, prochu, żywności oraz dwóch dni pracy pięćdziesięciu dwóch ludzi.
Nie była to suma, która mogła zatopić spółkę.
Ale pierwszy raz tak wyraźnie poczuł, że morze potrafi zabierać pieniądze także wtedy, kiedy nie zabiera ludzi.
Spojrzał na piętnaście kresek zapisanych przy swoim nazwisku w kopii umowy własności.
Kiedy miał dziesięć części, wydawało mu się, że dużo zainwestował.
Teraz miał piętnaście.
I nagle każdy pusty rejs był również jego pustym rejsem.
Usłyszał nad sobą ciężkie kroki Bartela.
Pomyślał o dziale na dziobie.
Potem o cenie lawety.
Potem o tym, ile kosztuje statek, którego nie uda się dogonić.
Zaklął cicho.
Bartel jeszcze o tym nie wiedział, ale właśnie wygrał połowę rozmowy.
* * *
Powrót do Pucka był spokojny.
Za spokojny dla Bremego.
Kupiec czekał na Marcina w izbie Malca jeszcze tego samego dnia. Ruge siedział obok niego, jak zwykle mniej rozmowny i bardziej zainteresowany rachunkami niż opowieściami. Na stole stał dzban piwa, ale nikt jeszcze nie pił.
Malec przesuwał palcem po zapisach.
— Wydatki: żywność, proch do dwóch strzałów, drobna naprawa jednego bloku, wynagrodzenie nowych ludzi za dni rejsu. Przychód...
Zawiesił głos.
Breme spojrzał na Marcina.
— Przychód?
— Żaden — powiedział Marcin.
— Wiem. Chciałem usłyszeć, jak to brzmi.
Ruge wziął kubek.
— Brzmi krótko.
Marcin usiadł.
— Sprawdziliśmy statek. Nie było podstaw do zajęcia.
— Były ukryte skrzynie — powiedział Breme.
Marcin spojrzał na niego.
— Skąd już wiesz?
— Puck jest mały.
— Skrzynie miały dokument.
— Niedoskonały.
— Wystarczający.
Breme odchylił się na krześle.
— Nie mówię, że miałeś zabrać statek bez podstaw.
— Brzmi, jakbyś właśnie to mówił.
— Mówię, że „Jutrzenka” kosztuje również wtedy, kiedy wraca bez zdobyczy.
— Wiem.
— Załoga kosztuje. Liny kosztują. Żagle kosztują. Proch kosztuje. Każde wyjście z portu kosztuje.
— Wiem.
— Dobrze. Bo skoro masz piętnaście części, boli cię teraz bardziej niż rok temu.
To było prawdziwe.
Marcin nie odpowiedział od razu.
Ruge odezwał się spokojniej:
— Nie chcemy, żebyś napadał na legalnych kupców. Chcemy, żebyś częściej znajdował nielegalnych.
— To świetna rada.
— Płacimy za rady.
— Nie. Płacicie za czterdzieści procent statku.
Breme się uśmiechnął.
— I właśnie dlatego możemy marudzić.
Malec przerwał im, zanim rozmowa zamieniła się w coś mniej użytecznego.
— Jest jeszcze jedna rzecz.
Sięgnął po kartkę.
— Kapitan Heller złożył pisemny protest przeciwko zatrzymaniu.
Marcin wyciągnął rękę.
— Szybki.
— Pismo przywiózł człowiek z Helu.
Marcin przeczytał dokument.
Heller opisał dwa strzały ostrzegawcze, przeszukanie i zatrzymanie trwające kilka godzin. Na końcu zaznaczył jednak wyraźnie, że nie zabrano mu ładunku, nie naruszono rzeczy osobistych załogi i pozwolono mu kontynuować rejs po zakończeniu kontroli.
— Mógł napisać gorzej — powiedział Ruge.
— Napisał prawdę — odparł Marcin.
Breme podparł brodę dłonią.
— To może być warte więcej niż drobna zdobycz.
Marcin spojrzał na niego.
— Przed chwilą narzekałeś, że nic nie zarobiliśmy.
— Jestem kupcem. Mogę uważać dwie rzeczy naraz.
— Wygodne.
— Dlatego mamy pieniądze.
Marcin oddał pismo Malcowi.
— Odpowiedz, że działaliśmy zgodnie z listem i nie zatrzymujemy statku ani ładunku.
— Odpowiem.
— I zapisz, że oddaliśmy wszystko.
Malec uniósł brwi.
— Wszystko oddaliście?
— Wszystko.
— W takim razie zapiszę.
Marcin wstał.
Breme spojrzał na niego.
— Dokąd?
— Na statek.
— Dopiero wróciłeś.
— Właśnie dlatego.
* * *
Na „Jutrzence” zapadał wieczór.
Większość ludzi zeszła już z pokładu albo zajmowała się pracami, których nie można było odłożyć. Janek z dwoma marynarzami porządkował liny przy dziobie. Rybitwa rozmawiał z cieślą o jednym z bloków. Bielec gdzieś zniknął, prawdopodobnie do karczmy, choć rano przysięgał, że zamierza spać.
Bartel siedział na skrzyni przy przedniej części pokładu.
Przed nim leżał kawałek węgla i deska.
Rysował.
Marcin podszedł.
— To źle wygląda.
— Nie pytałem.
— Co to jest?
— Rozwiązanie.
Na desce widniał prymitywny szkic dziobu statku. Bartel narysował maszt, bukszpryt i coś, co przypominało długą lufę ustawioną niemal w osi kadłuba.
Marcin przez chwilę patrzył bez słowa.
— Nie.
Bartel podniósł głowę.
— Nawet nie wiesz, co chcę powiedzieć.
— Chcesz dodać działo.
— Wiesz.
— Dlatego mówię nie.
— Nie chcę cięższego działa na burcie.
— Chcesz je postawić na dziobie.
— Tak.
Rybitwa, który najwyraźniej usłyszał ostatnie słowo, odwrócił się powoli.
— Nie.
Bartel wskazał na niego węglem.
— Widzisz? On przynajmniej wysłuchał mnie tyle samo co ty.
Marcin wziął deskę.
— Po co?
Bartel wstał.
— Dzisiaj dwa razy schodziliśmy z kursu, żeby oddać strzał.
— I zatrzymaliśmy statek.
— Bo tamten się przestraszył. Gdyby był szybszy, oba razy oddalibyśmy mu trochę morza.
Rybitwa podszedł bliżej.
— Działo na dziobie dociąży przód.
— Dlatego nie chcę największego.
— Każde waży.
— Ty też ważysz. Nie wyrzucamy cię.
Rybitwa spojrzał na Bartela.
— Jeszcze.
Marcin przyjrzał się szkicowi.
— Jakie?
Bartel od razu spoważniał. Na to pytanie czekał.
— Długi falkon. Nie po to, żeby rozwalać burtę. Po to, żeby sięgać do rej, lin i rufy. Wąski kąt. Jedno stanowisko. Wzmocnimy pokład pod lawetą.
Rybitwa pokręcił głową.
— Bukszpryt, kotwica, liny. Chcesz jeszcze postawić tam działo.
— Nie na bukszprycie.
— Na szczęście.
Bartel zabrał Marcinowi deskę i pokazał palcem.
— Tutaj. Nie dokładnie w osi, tylko trochę obok. Otwór z przodu. Strzelamy, kiedy gonimy. Bez obracania statku.
Marcin znów spojrzał na szkic.
Tym razem dłużej.
Widział poranny pościg. Dwa strzały. Dwa krótkie zejścia z kursu. Dwa momenty, kiedy „Sankt Lukas” przestał tracić dystans.
— Ile?
Bartel uśmiechnął się.
— Wiedziałem.
— Pytam, ile będzie kosztować.
— Samo działo zależy od tego, co znajdziemy. Laweta, wzmocnienie, robota cieśli...
— Czyli dużo.
— Mniej niż statek, którego nie dogonimy.
Rybitwa prychnął.
— Kupiec już z ciebie.
Marcin spojrzał na niego.
— A ty?
— Ja będę człowiekiem, który potem musi tym pływać.
— Da się?
Rybitwa milczał dłuższą chwilę.
To wystarczyło, żeby Bartel przestał się uśmiechać.
— Da się — powiedział w końcu Rybitwa. — Jeśli przesuniemy część zapasów. Jeśli nie będzie za ciężkie. Jeśli Bartel nie wpadnie na pomysł trzymania wszystkich kul przy samym dziobie. I jeśli cieśla powie, że pokład to zniesie po wzmocnieniu.
Bartel rozłożył ręce.
— Widzisz? Zgodził się.
— Powiedział trzy razy „jeśli” — odparł Marcin.
— W jego języku to zgoda.
Rybitwa wskazał na szkic.
— Jedno.
— Jedno — potwierdził Bartel.
— Lekkie.
— Rozsądne.
— A jak potem poprosisz o drugie, wyrzucę cię za burtę.
Bartel zastanowił się.
— Z której strony?
Rybitwa odszedł.
Marcin patrzył za nim, dopóki nie zniknął przy rufie.
Potem znów spojrzał na deskę.
— Najpierw znajdź działo.
Bartel uśmiechnął się szeroko.
— Wiedziałem, że jesteś rozsądny.
— Nie powiedziałem, że kupimy.
— Oczywiście.
— Bartel.
— Tak?
— Naprawdę nie powiedziałem.
— Wiem.
Marcin odszedł kilka kroków i zatrzymał się przy burcie.
Port powoli ciemniał. Na brzegu zapalano pierwsze światła. Z miasta dochodziły pojedyncze głosy, szczekanie psa, stuk kół wozu na nierównej drodze. „Jutrzenka” stała spokojnie przy nabrzeżu.
Jeszcze rok wcześniej była „Morgensternem”.
Jeszcze wcześniej Marcin nie wiedział nawet, jak prowadzi się statek przy mocnym wietrze.
Teraz obcy kapitanowie zostawali w porcie, kiedy słyszeli jej nazwę.
Powinno mu to wystarczyć.
Nie wystarczało.
Usłyszał kroki za sobą. Bielec wrócił na pokład z kubkiem w dłoni.
— Bartel wygląda, jakby dostał pieniądze.
— Jeszcze nie dostał.
— To dlaczego się cieszy?
Marcin wskazał głową dziób.
— Chce tam postawić działo.
Bielec spojrzał.
— Po co?
— Żeby strzelać tam, gdzie płyniemy.
Bielec zastanowił się chwilę.
— To ma sens.
— Nie pomagaj mu.
— Ja tylko mówię.
Marcin oparł dłonie o reling.
— Heller powiedział, że w Lubece znają nazwę statku.
— Dobrze.
— Renner mówi, że inni też pytają.
— Jeszcze lepiej.
— Nie wiem.
Bielec napił się.
— Bałeś się kiedyś człowieka tylko dlatego, że znałeś jego imię?
Marcin pomyślał o kilku dowódcach z czasów wojny. O ludziach, których reputacja przychodziła przed nimi. Czasem zasłużona. Czasem nie.
— Tak.
— Pomagało mu to?
— Zwykle.
— To nie narzekaj.
Marcin spojrzał na ciemną wodę.
— Dopóki ludzie boją się tego, co naprawdę robimy.
Bielec odstawił kubek na skrzynię.
— A jeśli zaczną bać się tego, co podobno robimy?
Marcin nie odpowiedział od razu.
Na dziobie Bartel zawołał do cieśli i zaczął pokazywać mu swój szkic.
— Wtedy — powiedział w końcu Marcin — będziemy musieli uważać, żeby samemu w to nie uwierzyć.
Bielec popatrzył na niego, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował.
Nad portem zapadł wieczór.
„Jutrzenka” kołysała się lekko przy nabrzeżu, dziesięć dział czekało w ciszy, a jedenaste istniało na razie tylko jako czarna kreska na desce.
Marcin nie wiedział jeszcze, że wkrótce stanie się najbardziej charakterystycznym z nich.
Rozdział II
Działo na dziobie
Bartel zapukał do drzwi kajuty jeszcze przed świtem.
Nie zrobił tego po raz drugi.
Marcin obudził się na pryczy, przez chwilę patrzył w ciemny strop nad sobą i próbował sobie przypomnieć, czy zasnął w ubraniu. Odpowiedź znalazł, kiedy poruszył nogą i poczuł but przy stopie. Wieczorem siedział nad rachunkami dłużej, niż zamierzał. Na stole nadal leżały papiery dotyczące „Sankt Lukasa”, obok karta wybrzeża i kubek, w którym zostało trochę rozwodnionego piwa.
— Wejdź — powiedział.
Drzwi otworzyły się od razu. Bartel wsunął głowę do środka.
— Mam.
Marcin uniósł się na łokciu.
— Co?
— Działo.
— O tej porze?
— Działo nie wie, która jest godzina.
— Ty też chyba nie.
Bartel uśmiechnął się krótko.
— Jest na nabrzeżu. Jeżeli poczekamy, ktoś je kupi.
Marcin usiadł. Kajuta była chłodna, bo nocą wiatr od morza wciskał się przez każdą szczelinę. Przez małe okienko w rufie wpadała szara poświata. „Jutrzenka” lekko pracowała przy cumach, a gdzieś nad nimi ktoś już chodził po pokładzie.
— Kto je sprzedaje?
— Prusak. Przywiózł liny, smołę i dwie skrzynie żelastwa. Działo leżało pod brezentem.
— Skąd je ma?
— Twierdzi, że z rozebranego statku.
— A naprawdę?
Bartel wzruszył ramionami.
— Lufa nie odpowiada na pytania.
Marcin westchnął, sięgnął po pas i zapiął go na koszuli.
— Rybitwa wie?
— Jeszcze nie.
Marcin zatrzymał rękę na klamrze.
— Dlaczego?
— Bo chciałem, żebyś najpierw zobaczył działo.
— Bartel.
— Co?
— Jeżeli kupimy lufę, której Rybitwa nie pozwoli postawić na dziobie, to będziemy mieli bardzo drogi kawał żelaza.
Bartel przez moment milczał.
— Pozwoli.
— To czemu mu jeszcze nie powiedziałeś?
— Bo będzie narzekał.
Marcin wstał.
— Czyli sam nie jesteś pewien.
— Jestem pewien działa. Rybitwy nigdy.
* * *
Na nabrzeżu było zimno i mokro. Woda między palami miała barwę ołowiu, a nad Puckiem wisiały niskie chmury. Ludzie zaczynali dopiero pracę. Z magazynów wynoszono beczki, rybacy sprawdzali sieci, a przy jednym z mniejszych statków trzech mężczyzn ciągnęło po deskach skrzynię tak ciężką, że klęli przy każdym kroku.
Bartel prowadził szybko.
Sprzedawcą okazał się niski mężczyzna o szerokich ramionach, nazwiskiem Arendt Klose. Mówił po niemiecku i po polsku na tyle dobrze, żeby handlować w obu językach. Stał przy stosie lin, beczkach smoły i dwóch przykrytych płótnem pakach.
Lufa leżała osobno.
Marcin od razu zrozumiał, dlaczego Bartel go obudził.
Była długa, wyraźnie dłuższa od lekkich działek, które już mieli na „Jutrzence”, ale znacznie smuklejsza od sześciu większych dział. Żelazo nosiło ślady rdzy, jednak nie głębokiej. Przy komorze widniały stare znaki, częściowo starte przez czas i sól. Otwór lufy był niewielki.
Bartel uklęknął obok i przeciągnął palcem po metalu.
— Widzisz?
— Widzę działo.
— Widzisz długość.
— Nadal działo.
Bartel spojrzał na niego z irytacją.
— Dłuższa lufa. Mała kula. Nie potrzebujemy wielkiej. Potrzebujemy, żeby leciała tam, gdzie chcemy.
Klose splótł ręce na brzuchu.
— Dobry falkon.
— Dobry falkon nie leży pod brezentem między smołą a starą liną — powiedział Marcin.
Kupiec uśmiechnął się.
— Dobry koń też czasem stoi w złej stajni.
Bartel zajrzał do przewodu, potem wyjął cienki pręt i wsunął go do środka.
— Strzelałeś z niego? — zapytał.
— Nie ja.
— Kto?
— Człowiek, od którego go kupiłem.
— Żyje?
Klose popatrzył na niego.
— Tak.
— To dobrze.
Marcin obszedł lufę dookoła.
— Ile?
— Dziewięćdziesiąt złotych.
Marcin roześmiał się.
— Za tyle powinno jeszcze samo ładować.
— Siedemdziesiąt pięć.
— Szybko staniało.
— Bo widzę, że rozmawiam z człowiekiem rozsądnym.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
— Właśnie dlatego.
Bartel przestał słuchać targowania. Oglądał czopy, tył komory i miejsce, gdzie kiedyś opierała się laweta. Marcin znał już tę minę. Kiedy Bartel patrzył tak na działo, przestawał widzieć ludzi.
— Nie ma lawety — powiedział Marcin.
— Zrobimy.
— Nie ma lin hamujących.
— Mamy powroźnika.
— Nie ma otworu w dziobie.
Bartel wyprostował się.
— Mamy cieślę.
— Nie mamy zgody Rybitwy.
— Mamy ciebie.
— To nie jest to samo.
Klose przyglądał się im z zainteresowaniem.
— Siedemdziesiąt dwa — powiedział.
Marcin nawet na niego nie spojrzał.
— Sześćdziesiąt.
— Za sześćdziesiąt mogę sprzedać sam metal bez otworu.
— Otwór jest mi potrzebny.
— Siedemdziesiąt.
— Sześćdziesiąt trzy.
— Sześćdziesiąt osiem.
— I bierzesz z powrotem, jeśli przy próbie pęknie.
Klose zmarszczył czoło.
— Jeśli pęknie przez wasz proch, nie.
— Jeśli pęknie przy zwykłym ładunku.
Kupiec spojrzał na Bartela.
— On będzie ładował?
— Tak.
— To skąd mam wiedzieć, co uzna za zwykłe?
Bartel wreszcie podniósł wzrok.
— Będziesz wiedział po tym, czy przeżyjesz próbę.
Klose nie wyglądał na rozbawionego.
Marcin podał mu rękę.
— Sześćdziesiąt sześć. Płatne po próbie. Jeśli lufa jest zdrowa, bierzesz pieniądze. Jeśli nie, zabierasz żelazo.
Kupiec zawahał się.
— Sześćdziesiąt siedem.
— Sześćdziesiąt sześć.
— Dobrze.
Uścisnęli sobie dłonie.
Dopiero wtedy Marcin zauważył Rybitwę stojącego kilka kroków dalej.
Nie wiedział, jak długo tam był.
Rybitwa patrzył na działo.
Potem na Bartela.
Potem na Marcina.
— Mieliście mi powiedzieć — stwierdził.
Bartel odchrząknął.
— Właśnie mieliśmy.
— Widzę.
Marcin wskazał lufę.
— Jeszcze jej nie kupiliśmy.
Rybitwa podszedł i położył dłoń na żelazie.
— Ciężka.
— Lekka — zaprotestował Bartel.
— Cięższa od powietrza.
— Wszystko jest cięższe od powietrza.
— Dlatego nie stawiam wszystkiego na dziobie.
Bartel otworzył usta, ale Marcin go uprzedził.
— Obejrzymy miejsce. Niczego nie przenosimy, zanim nie powiesz, że kadłub to zniesie.
Rybitwa zerknął na niego.
— Kadłub zniesie wiele głupot. Pytanie, ile głupot zniesie morze.
* * *
Przez następne dwie godziny falkon pozostawał na nabrzeżu.
Najpierw Rybitwa kazał zmierzyć lufę i oszacować jej ciężar. Potem zaprowadził Marcina, Bartela i cieślę, Michała Trzaskę, na sam dziób „Jutrzenki”. Trzaska był krępym mężczyzną po czterdziestce, z dłonią szeroką jak deska. Nie należał do stałej załogi. Zimą pracował przy naprawach statku i od tamtej pory Marcin korzystał z niego, gdy robota wymagała czegoś więcej niż gwoździa i młotka.
Bukszpryt wychodził przed dziób pod niewielkim kątem. Liny schodziły od niego ku burtom. Miejsca było mniej, niż Bartel przedstawiał w kajucie poprzedniego wieczoru.
— Tutaj — powiedział Bartel, wskazując prawą stronę od osi statku.
Trzaska spojrzał na niego.
— Tutaj jest wręga.
— To obok.
— Obok jest lina.
— Przeniesiemy.
Rybitwa pokręcił głową.
— Nie.
— Wszystko da się przenieść.
— Maszt też?
— Gdyby trzeba było.
— Nie trzeba.
Marcin przysiadł przy burcie. Z tego miejsca widział przed sobą wąski pas morza między linami. Gdyby lufa stanęła trochę po prawej stronie, rzeczywiście mogłaby strzelać niemal prosto naprzód. Nie dokładnie w osi. Kilka stopni w prawo. Przy odpowiednim ustawieniu steru dałoby się prowadzić ogień do uciekającego statku bez wykonywania całego zwrotu.
— Ile miejsca potrzebuje laweta? — zapytał.
Bartel pokazał rękami.
Trzaska parsknął.
— Chyba dla dziecka.
— Zrobimy krótszą.
— Krótsza będzie bardziej skakać.
— To ją przywiążemy.
— Działo zawsze jest przywiązane.
— Mocniej.
Rybitwa pochylił się i postukał w deskę knykciami.
— Pod tym trzeba dać wzmocnienie.
Bartel spojrzał na niego z triumfem.
— Czyli się da.
— Da się również wybić dziurę w dnie. Nie znaczy, że warto.
— Ale to warto.
Rybitwa popatrzył na Marcina.
