Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wszebor wygląda na niespełna trzydzieści lat.
Problem w tym, że wygląda tak od bardzo dawna.
Kiedyś poprosił słowiańskich bogów, by pozwolili mu walczyć, dopóki jego ziemia będzie potrzebowała wojownika. Ktoś najwyraźniej potraktował tę prośbę zbyt dosłownie.
Od tamtej pory rany się goją, śmierć okazuje się jedynie krótką przerwą, a czas przestał zostawiać na nim jakiekolwiek ślady. Brzmi jak dar?
Wszebor nie jest tego taki pewien.
Po latach walki, wędrówki i unikania ludzi, którzy zadają zbyt wiele pytań, trafia do drużyny ambitnego księcia Polan — Mieszka. Początkowo planuje zrobić to, co zwykle: trochę powalczyć, zarobić, przeżyć i odejść.
Tyle że tym razem trafia w sam środek wydarzeń, które zmienią historię tych ziem.
Nadciąga wojna z Wichmanem. Mieszko szuka nowych sojuszników. Stara wiara zaczyna ustępować miejsca chrześcijaństwu, a dawni bogowie milczą.
Przynajmniej do czasu.
Bo kiedy książę przyjmuje nowego Boga, Wszebor zaczyna podejrzewać, że ktoś z tych starych może być tym faktem naprawdę, naprawdę wkurwiony.
A on sam ma na sobie ślad, którego nie potrafi zrozumieć.
„Ostatni Woj” to brutalna powieść historyczna z elementami słowiańskiego fantasy, pełna walk, błota, krwi, ciętych dialogów i bohatera, którego wyjątkowo trudno pochować na dobre.
To dopiero początek jego drogi.
Bo władcy się zmieniają.
Granice się zmieniają.
Bogowie odchodzą.
A Wszebor nadal zostaje.
Pierwszy tom sagi o wojowniku, który będzie przechodził przez kolejne epoki historii Polski.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
PROLOG
KSIĄŻĘCY LUDZIE
NA ZACHÓD
ZA DUŻO SZCZĘŚCIA
JEDNA ZIMA
OBCA WIARA
ŚLAD BOGÓW
DWA HUFCE
PRZED ŚWITEM
TRZECI RAZ
DŁUG
EPILOG
Las pachniał mokrą ziemią, zgniłymi liśćmi i krwią.
Wszebor poczuł ją, zanim zobaczył ślady.
Przystanął między sosnami i przesunął dłonią po drzewcu włóczni. Padało od rana, więc ziemia była miękka. Odciski racic prowadziły w dół zbocza, ku rozlewisku. Obok nich ciągnęły się szerokie ślady łap.
Za szerokie.
— Kurwa — mruknął.
Od dwóch dni szedł na północ, trzymając się z dala od osad. Chciał dotrzeć do rzeki przed następnym deszczem, znaleźć przewoźnika i ruszyć dalej. Nie miał zamiaru polować. Tym bardziej na niedźwiedzia.
Tyle że zwierzę najwyraźniej miało inne plany.
Wszebor przykucnął. W błocie leżała sierść jelenia. Kilka kroków dalej zobaczył rozpruty bok młodego byka. Padlina była świeża. Para już z niej nie szła, ale krew nie zdążyła jeszcze całkiem zczernieć.
Powinien był się cofnąć.
Zrobił właśnie to.
Powoli.
Bez gwałtownych ruchów.
Przeżył wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że człowiek najczęściej ginął nie wtedy, gdy brakowało mu odwagi, tylko wtedy, gdy chciał ją komuś udowodnić.
Cofnął się trzy kroki.
Z lewej strony trzasnęła gałąź.
Wszebor odwrócił głowę.
Niedźwiedź stał może piętnaście kroków dalej.
Ogromny samiec. Mokre futro przylegało mu do boków. Pysk miał brunatny od krwi, a jedno ucho poszarpane. Nie wyglądał na zwierzę, które chciało ostrzec człowieka i odejść. Patrzył nieruchomo, ciężko oddychając.
Wszebor zacisnął palce na włóczni.
— Mięso jest twoje — powiedział cicho. — Nie będę się o nie z tobą kłócił.
Niedźwiedź ruszył.
Nie zaszarżował od razu. Zrobił kilka wolnych kroków, kołysząc łbem.
Wszebor cofał się, szukając wzrokiem drzewa, skały, czegokolwiek, co dałoby mu przewagę. Za plecami miał jednak tylko mokre zbocze. Jeśli się poślizgnie, zwierzę dopadnie go na ziemi.
Samiec zatrzymał się.
Wszebor też.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
Potem niedźwiedź poderwał się do biegu.
— No to chodź, skurwysynu.
Wszebor ustawił włócznię nisko, prawą nogę cofnął, lewą ugiął. Nie próbował rzucać. Przeciw takiemu zwierzęciu miał jedną szansę: przyjąć ciężar na drzewce i trafić głęboko, zanim łapa dosięgnie jego głowy.
Niedźwiedź był szybszy, niż pamiętał.
Grot wszedł pod przednią łapą.
Drzewce zatrzeszczało.
Wszebor poczuł uderzenie tak silne, jakby wpadł na niego galopujący koń. Cofnęło go o dwa kroki. Włócznia wygięła się, ale nie pękła.
Niedźwiedź ryknął.
I nadal szedł.
— Ja pierdolę.
Wszebor puścił włócznię i skoczył w bok.
Za wolno.
Łapa trafiła go w lewy bark.
Nie poczuł pazurów od razu. Najpierw był tylko potężny cios i świat, który nagle obrócił się na bok. Uderzył plecami o ziemię. Powietrze uciekło mu z płuc.
Dopiero potem przyszło pieczenie.
Spojrzał w dół.
Kaftan był rozdarty od obojczyka po żebra. Pod materiałem widział własne mięso.
Niedźwiedź ryknął ponownie.
Wszebor sięgnął po nóż.
Zwierzę stanęło nad nim.
Pierwsze uderzenie łapy przyjął na lewe przedramię.
Kość pękła z suchym trzaskiem.
Wszebor zacisnął zęby. Krzyk i tak wyrwał mu się z gardła.
Nie był odporny na ból.
Nigdy nie był.
Po prostu wiedział, że ból kiedyś mijał.
Niedźwiedź pochylił łeb.
Wszebor zobaczył żółte zęby i gorącą parę z pyska.
Wbił nóż pod żuchwę.
Ostrze weszło do połowy.
Samiec szarpnął łbem. Nóż omal nie wyrwał Wszeborowi barku ze stawu. Zwierzę cofnęło się, rycząc i uderzając łapą w pysk.
Wszebor poderwał się na kolano.
Lewa ręka zwisała bezużytecznie. Bok miał cały we krwi.
Włócznia wciąż tkwiła w niedźwiedziu.
Samiec obrócił się ku niemu.
— Jeszcze raz — wychrypiał Wszebor.
Było to głupie. Wiedział o tym.
Mógł spróbować uciec.
Tyle że z rozdartym bokiem i złamaną ręką nie zaszedłby daleko. Niedźwiedź też był ranny, ale nie na tyle, żeby odpuścić.
Ruszył więc pierwszy.
Chwycił drzewce włóczni prawą dłonią i pchnął całym ciężarem.
Niedźwiedź szarpnął się.
Drzewce pękło.
Wszebor został z połową włóczni w ręce.
Zwierzę uderzyło go łbem. Poleciał do tyłu. Tym razem poczuł trzask żeber.
Leżąc w błocie, zobaczył, że niedźwiedź zaczyna się chwiać.
Grot musiał wejść głębiej.
Dobrze.
Przynajmniej nie będzie musiał umierać sam.
Samiec zrobił trzy kroki.
Wszebor próbował się odczołgać, ale nogi przestały go słuchać. Krwi było za dużo. Czuł ją pod plecami, ciepłą mimo zimnej ziemi.
Niedźwiedź runął na niego.
Nie zdążył zasłonić twarzy.
Coś ciężkiego przygniotło mu pierś.
Potem przyszła ciemność.
* * *
Pierwsze było zimno.
Drugie — smród.
Wszebor otworzył oczy.
Przez chwilę widział tylko mokre, ciemne futro kilka palców od twarzy. Spróbował nabrać powietrza i zakrztusił się.
— Zejdź… ze mnie…
Niedźwiedź nie odpowiedział.
To akurat było pocieszające.
Wszebor przesunął prawą dłoń pod jego kark i spróbował odepchnąć martwe zwierzę. Nie drgnęło.
Zaklął.
Odczekał chwilę, zebrał siły i spróbował ponownie. Tym razem zdołał wysunąć spod cielska prawe ramię. Potem bark. Wreszcie przekręcił się na bok i wyczołgał w błoto.
Leżał tak dłuższą chwilę, dysząc.
Deszcz ustał.
Niebo między gałęziami było jasne.
A więc nie minęła noc.
Albo minęła jedna.
Uniósł lewą rękę.
Była prosta.
Poruszył palcami.
Bolało. Głęboko w kości, tępo i znajomo. Ale kość była już złączona. Na przedramieniu został obrzęk i siniec.
Bok wyglądał gorzej. Cztery długie rany zamknęły się, lecz skóra była czerwona i napięta. Kiedy dotknął żeber, syknął.
— Pół dnia — mruknął.
Może więcej.
Jeszcze kilkanaście lat wcześniej podobne obrażenia trzymały go bez ruchu dużo dłużej. Albo tak mu się wydawało. Trudno było liczyć czas, kiedy człowiek czasem spędzał jego część jako trup.
Usiadł.
Niedźwiedź leżał na boku. Z gardła sterczał nóż, a złamane drzewce wystawało spod łapy.
Wszebor spojrzał na niego z niechętnym uznaniem.
— Dobrze walczyłeś.
Podszedł na czworakach, wyszarpnął nóż i otarł go o futro.
Wstać udało mu się dopiero za trzecim razem.
Głód przyszedł natychmiast.
Nie zwykły głód. Ten po śmierci zawsze był inny. Pustka w brzuchu tak silna, że człowiek gotów był gryźć surowe mięso.
Wszebor wyciął z jelenia kawał wątroby, zanim zdążył się nad tym zastanowić. Zjadł kilka kęsów na surowo. Dopiero potem rozpalił mały ogień.
Siedział przy nim aż do zmroku, jedząc i patrząc na własną lewą dłoń.
Nie drżała.
Dawniej drżała po każdej śmierci.
Pierwszy raz przez wiele dni.
Później przez kilka godzin.
Teraz już prawie nigdy.
Nie wiedział, czy to dobrze.
Z sakwy wyciągnął kawałek ciemnego chleba. Została połowa. Do tego trochę suszonej cebuli i srebrny dirhem przecięty na dwie części. Cały jego majątek, jeśli nie liczyć miecza, noża, skóry na grzbiecie i starego grotu włóczni.
Grot wydobył z niedźwiedzia dopiero rano.
Był wygięty.
Wszebor obracał go przez chwilę w dłoni, po czym schował do worka.
Drzewce można było zrobić nowe.
Zawsze można było zrobić nowe.
Ruszył na północ.
Po dwóch dniach natrafił na ślady ludzi. Po trzech zobaczył dym nad osadą. Nie wszedł do niej. Okrążył pola i przespał się w lesie.
Nie lubił zostawać długo w jednym miejscu.
Ludzie zadawali pytania.
Najpierw o to, skąd przyszedł.
Potem o blizny.
Później o to, dlaczego po dziesięciu zimach wyglądał dokładnie tak samo.
Wtedy zwykle przychodził czas, żeby odejść.
Wszebor dawno przestał się z tym kłócić.
Na czwarty dzień spotkał kupca jadącego z dwoma wozami na zachód. Człowiek spojrzał na jego miecz, potem na twarz.
— Szukasz roboty?
Wszebor wzruszył ramionami.
— Zależy jakiej.
— Książę Polan zbiera wojów. Podobno płaci srebrem.
— Każdy podobno płaci srebrem.
Kupiec roześmiał się.
— Ten podobno naprawdę.
Wszebor popatrzył na drogę prowadzącą na zachód.
— Jak mu na imię?
— Mieszko.
Imię nic mu nie mówiło.
Jeszcze nie.
Pięć lat później
Człowiek wisiał na dębie przy trakcie.
Nie był tam długo. Kruki zdążyły dobrać się do twarzy, ale ciało jeszcze nie spuchło. Na szyi miał kawał deski z wypalonym znakiem księcia.
Wszebor zatrzymał konia.
Spojrzał na trupa, potem na drogę.
— Ostrzegają — powiedział jadący obok niego chłopak.
Wszebor nie odpowiedział.
Chłopak miał może dziewiętnaście lat, jasny zarost i zwyczaj mówienia wtedy, kiedy cisza wcale mu nie przeszkadzała. Nazywał się Sławęta. Przyczepił się do Wszebora trzy dni wcześniej na przeprawie i od tego czasu opowiedział mu już o swoim ojcu, dwóch braciach, dziewczynie z osady nad Wartą i koniu, którego kiedyś zamierzał kupić.
Wszebor nie pamiętał imienia dziewczyny.
Koń miał się nazywać Grom.
— Za co go powiesili? — zapytał Sławęta.
Wszebor wskazał końcem włóczni deskę.
— Kradł księciu.
— Skąd wiesz?
— Znak jest przecięty.
Sławęta zmrużył oczy.
— Nie umiem takich znaków.
— To się naucz.
Chłopak uśmiechnął się.
— Mówiłeś, że sam nie umiesz czytać.
— Nie umiem.
— To skąd…
Wszebor ruszył.
— Za dużo gadasz.
Usłyszał za plecami ciche przekleństwo, a chwilę później tętent kopyt. Sławęta zrównał się z nim.
Trakt prowadził przez ziemie Polan. Wszebor widział to bez znaków. Droga była szersza niż pięć lat wcześniej. Przy brodach stały straże. W kilku miejscach mijali ludzi ciągnących drewno w stronę grodów. Osady miały nowe palisady, a na wzgórzach widać było świeżo sypane wały.
Mieszko nie próżnował.
Wszebor zapamiętał to imię.
Przez pięć lat słyszał je coraz częściej.
Najpierw od kupców. Potem od najemnych wojów. W końcu nawet na północy ludzie wiedzieli, że książę Polan płaci dobrze, bierze jeńców, kupuje broń i nie ma zwyczaju przegrywać dwa razy z tym samym człowiekiem.
Ta ostatnia część podobała się Wszeborowi najbardziej.
Sam nie lubił przegrywać dwa razy.
— Daleko jeszcze? — zapytał Sławęta.
— Do czego?
— Do grodu.
— Którego?
Chłopak westchnął.
— Do tego, gdzie biorą ludzi księcia.
— Nie wiem.
— Myślałem, że wiesz.
— Źle myślałeś.
Sławęta pokręcił głową.
— Bogowie, jak ty żeś przeżył tyle lat, skoro niczego nie wiesz?
Wszebor spojrzał na niego.
Chłopak zrozumiał, że powiedział coś zabawnego, choć nie wiedział co.
— Szczęście — odparł Wszebor.
Ruszyli dalej.
* * *
Przed południem usłyszeli krzyk.
Wszebor zatrzymał konia tak szybko, że zwierzę zarzuciło łbem.
Sławęta prawie na niego wpadł.
— Co jest?
Wszebor podniósł dłoń.
Drugi krzyk.
Potem trzask drewna.
Nie z traktu. Z lasu po prawej.
Wszebor zsiadł.
— Zostań z końmi.
— A jeśli…
— Zostań.
To był ton, którego Sławęta najwyraźniej rozumiał lepiej niż rozmowę. Zamknął usta i złapał wodze obu koni.
Wszebor wszedł między drzewa.
Po kilkunastu krokach zobaczył pierwszego zabitego.
Mężczyzna leżał twarzą w paprociach. Miał tunikę z grubego lnu, skórzany pas i ranę z tyłu głowy. Bez broni.
Chłop albo sługa.
Dalej były ślady wozu.
Wszebor przykucnął.
Koła głęboko weszły w mokrą ziemię. Jedna koleina odbijała na bok, jakby koń nagle szarpnął. W błocie odcisnęło się wiele stóp.
Nie zwykły napad dwóch głodnych ludzi.
Ruszył za śladami.
Po chwili usłyszał głosy.
— …mówiłem, tnij worek, nie cały wóz!
— Sam tnij, kurwa.
— Zamknijcie pyski.
Wszebor przesunął się za pień.
Na niewielkiej polanie stał wóz przewrócony na bok. Jeden koń leżał martwy. Drugi szarpał się w uprzęży. Obok było sześciu mężczyzn.
Dwóch miało miecze.
Jeden topór.
Pozostali włócznie i noże.
Przy wozie klęczała kobieta. Starsza, siwe włosy wysunęły jej się spod chusty. Obok niej leżał młody mężczyzna z krwią na twarzy.
Jeden z napastników przetrząsał skrzynię.
Wszebor policzył jeszcze raz.
Sześciu.
Mógł odejść.
Powinien odejść.
Nie znał kobiety. Nie znał zabitego przy drodze. W sakwie miał srebro na kilka tygodni, a w grodach Mieszka podobno szukali wojów. Nie potrzebował kłopotów.
Jeden z mężczyzn przy wozie złapał kobietę za włosy.
— Gdzie drugie srebro?
— Nie ma.
Uderzył ją otwartą dłonią.
Wszebor westchnął.
— Jasna cholera.
Wycofał się kilka kroków.
Wrócił do Sławęty.
Chłopak patrzył szeroko otwartymi oczami.
— Co tam jest?
— Sześciu.
— Ilu naszych?
— Dwóch, jeśli nie spierdolysz.
Sławęta pobladł.
— Myślałem, że każesz mi zostać z końmi.
— Zmieniłem zdanie.
Wszebor przywiązał wodze do młodego buka. Zdjął tarczę przewieszoną przez siodło i podał ją chłopakowi.
— Umiesz jej używać?
— Trochę.
— To dziś nauczysz się więcej.
— A ty?
Wszebor podniósł własną tarczę.
— Mam swoją.
Sławęta przełknął ślinę.
— Jaki plan?
Wszebor spojrzał na niego.
— Nie umrzeć.
— To nie jest plan.
— Dla ciebie jest.
Chłopak otworzył usta.
— Słuchaj — przerwał mu Wszebor. — Wejdziesz za mną. Trzymasz tarczę wysoko. Nie gonisz nikogo. Nie próbujesz być bohaterem. Jeśli ktoś obejdzie mnie z lewej, pchniesz włócznią. Nie tnij. Pchnij. Rozumiesz?
— Tak.
— Powtórz.
— Tarcza wysoko. Nie gonię. Jak wejdzie z lewej, pcham.
— Dobrze.
— A jeśli wejdzie z prawej?
— Zabiję go.
Sławęta spojrzał na niego przez chwilę.
— Dobrze.
— Teraz możesz się bać.
— Już się boję.
— To przynajmniej tego nie musimy ćwiczyć.
Ruszyli.
Wszebor nie próbował skradać się do samego wozu. Przy sześciu ludziach ktoś w końcu i tak by ich zobaczył. Wyszedł więc między drzewa z włócznią opartą o bark.
Pierwszy zauważył go człowiek z toporem.
— Kto tam?
Wszebor szedł dalej.
— Zostawcie wóz.
Zapadła cisza.
Mężczyzna przy kobiecie roześmiał się.
— Co?
— Wóz. Kobietę. Konia. I idźcie.
Napastnicy spojrzeli po sobie.
Sławęta stanął pół kroku za Wszeborem. Tarcza drżała mu lekko w dłoni.
Dobrze. Niech drży. Byle nie opadła.
— Dwóch? — zapytał człowiek z mieczem. — Was jest dwóch?
— Na to wygląda.
— A może książę cię przysłał?
Wszebor wzruszył ramionami.
— Nie znam księcia.
— To po chuj się wtrącasz?
Wszebor spojrzał na kobietę z krwią na ustach.
— Też się zastanawiam.
Mężczyzna splunął.
— Zabijcie ich.
Trzech ruszyło jednocześnie.
Źle.
Dla nich.
Pierwszy miał włócznię, ale trzymał ją wysoko, jak oszczep. Wszebor uderzył własnym drzewcem w bok jego broni, zbił grot, zrobił pół kroku i pchnął.
Grot wszedł pod mostek.
Nie wyciągał od razu. Przesunął ciało w lewo, zasłaniając się nim przed drugim napastnikiem.
— Lewa! — rzucił.
Sławęta pchnął.
Za wcześnie.
Włócznia prześlizgnęła się po tarczy mężczyzny.
— Jeszcze!
Chłopak cofnął broń i uderzył ponownie. Tym razem grot wszedł w udo.
Napastnik wrzasnął.
Wszebor wyrwał włócznię z pierwszego ciała. Trzeci był już przy nim, z toporem uniesionym nad głową.
Tarcza przyjęła uderzenie.
Deska zatrzeszczała.
Wszebor wszedł barkiem w przeciwnika. Za blisko na włócznię. Puścił drzewce prawą dłonią, złapał człowieka za brodę i uderzył krawędzią tarczy w nos.
Raz.
Drugi.
Mężczyzna zachwiał się.
Wszebor wbił mu grot pod żebra.
— Cofnij! — krzyknął do Sławęty.
Chłopak usłuchał.
Dobrze.
Dwaj pozostali zrozumieli, że nie trafili na przypadkowych podróżnych. Jeden ruszył szeroko z prawej, drugi z mieczem został przy wozie.
Szósty nadal trzymał kobietę.
— Rzuć broń! — krzyknął. — Bo ją zarżnę!
Wszebor zatrzymał się.
Człowiek przycisnął nóż do gardła kobiety.
— Rzuć, powiedziałem!
Wszebor spojrzał na niego.
Potem na tego, który obchodził go z prawej.
— Sławęta.
— Tak?
— Cofnij się do drzewa.
— Ale…
— Teraz.
Chłopak zrobił dwa kroki w tył.
Wszebor opuścił włócznię.
Mężczyzna z nożem uśmiechnął się.
— No. Mądry jesteś.
Wszebor rzucił włócznię na ziemię.
— Tarczę też.
Upuścił tarczę.
Ten z prawej ruszył szybciej.
Wszebor widział go kątem oka.
Miecznik przy wozie też się zbliżał.
— Na kolana — powiedział człowiek z nożem.
Wszebor uklęknął.
— Widzisz? — napastnik szarpnął kobietę za włosy. — Da się człowieka nauczyć.
— Da się.
Miecznik podszedł z lewej.
Za blisko.
Wszebor poderwał się.
Nie po broń.
Prosto na ostrze.
Mężczyzna odruchowo pchnął.
Miecz wszedł Wszeborowi w bok, poniżej żeber.
Ból był biały i ostry.
Przez moment zabrakło mu powietrza.
Ale był już przy przeciwniku.
Złapał jego nadgarstek oburącz, przyciągnął i uderzył czołem w twarz.
Kość nosa chrupnęła.
Miecznik próbował wyrwać broń z rany.
Wszebor nie pozwolił.
Uderzył jeszcze raz.
Potem skręcił mu rękę.
Miecz został w jego boku.
— Co do…
Wszebor kopnął człowieka w kolano.
Ten runął.
Napastnik trzymający kobietę patrzył na Wszebora jak na ducha.
To był ten moment, którego Wszebor nie lubił.
Za dużo widział.
— Sławęta! — ryknął.
Chłopak zrozumiał.
Rzucił włócznią.
Niecelnie, ale wystarczyło. Człowiek z nożem odskoczył od kobiety.
Wszebor wyrwał miecz z własnego boku.
Świat na moment pociemniał.
Krew popłynęła pod tuniką.
Ruszył.
Pierwszy cios napastnika zbił. Drugiego nie potrzebował. Wbił miecz pod pachę, tam gdzie nie było kości.
Człowiek jęknął i osunął się na kobietę.
Wszebor odepchnął ciało.
— Uciekaj — powiedział do niej.
Nie ruszyła się.
Patrzyła na jego bok.
— Powiedziałem: uciekaj.
Tym razem posłuchała.
Został ostatni.
Ten, którego Sławęta trafił w udo, próbował doczołgać się do lasu.
Wszebor podszedł do niego.
Mężczyzna odwrócił się i zasłonił ręką.
— Nie. Nie, czekaj. Ja…
— Ilu was jest?
— Co?
— W lesie. Ilu jeszcze?
— Nikogo. Przysięgam.
Wszebor patrzył na niego.
— Skąd jesteście?
— Z zachodu.
— To nie miejsce.
— Znaczy… znad Odry. Z drużyny… kiedyś z drużyny. Odeszliśmy.
— Czyjej?
Mężczyzna zacisnął usta.
Wszebor postawił but na ranie w jego udzie.
Krzyk rozszedł się po polanie.
— Czyjej?
— Wichmana! Kurwa! Wichmana!
Wszebor zdjął nogę.
Imię znał.
Słyszał je w gospodach i przy ogniskach. Sas. Banita. Wojownik. Człowiek, który znalazł sobie sprzymierzeńców wśród plemion nad morzem i od kilku lat mieszał na zachodzie.
— Byliście jego ludźmi?
— Byliśmy.
— Dlaczego odeszliście?
— Bo srebra nie było.
Wszebor skinął głową.
To akurat rozumiał.
Mężczyzna odetchnął.
— Puścisz mnie?
Wszebor spojrzał na zabitego chłopa w paprociach, którego widział po drodze. Potem na kobietę klęczącą przy rannym młodzieńcu.
— Nie.
Pchnął miecz.
Sławęta zwymiotował za wozem.
Wszebor usiadł na ziemi.
— Nie na buty — powiedział.
Chłopak splunął, otarł usta rękawem i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Ty…
— Co?
Sławęta wskazał na ranę.
— Miałeś miecz w brzuchu.
— W boku.
— To robi różnicę?
— Dużą.
— Powinieneś leżeć.
— Leżę.
— Umierać, kurwa!
Wszebor spojrzał na krew na tunice.
— Jeszcze nie.
Nie było to całkiem prawdą.
Czuł, że rana weszła głęboko. Ostrze mogło naruszyć jelito albo nerkę. Przy oddechu ból ciągnął aż do kręgosłupa.
Jeśli miał szczęście, organizm zamknie ją przed nocą.
Jeśli nie, umrze po drodze.
Najgorsze było to, że Sławęta patrzył.
— Pomóż kobiecie — powiedział.
— A ty?
— Posiedzę.
— Wszebor…
— Pomóż jej.
Chłopak odszedł.
Wszebor oparł głowę o pień i zamknął oczy.
Nie bał się śmierci.
Bał się ludzi, którzy widzieli, że nie powinna go ominąć.
* * *
Nie zdążył umrzeć.
To była dobra wiadomość.
Zła była taka, że zanim rana zaczęła się porządnie zamykać, na polanę przyjechało ośmiu konnych.
Wszebor usłyszał ich wcześniej niż pozostali.
Otworzył oczy.
— Ktoś jedzie.
Sławęta chwycił włócznię.
Kobieta skuliła się przy rannym synu.
— Ilu? — zapytał chłopak.
— Dużo.
— To bardzo dokładne.
— Osiem koni. Może dziewięć.
Sławęta spojrzał na niego.
— Jak ty to…
— Cicho.
Po chwili między drzewami pojawili się jeźdźcy.
Nie bandyci.
Za równi. Za dobrze uzbrojeni.
Pierwszy miał hełm z nosalem i kolczugę sięgającą połowy uda. Okrągła tarcza wisiała mu przy siodle. Miecz miał w pochwie, ale prawą dłoń trzymał blisko rękojeści.
Pozostali wyglądali podobnie, choć tylko trzech miało kolczugi.
Ludzie księcia.
Wszebor nie wstał.
Jeździec spojrzał na trupy.
Potem na Sławętę.
Na końcu na Wszebora.
— Kto to zrobił?
Wszebor wskazał włócznią, która leżała obok niego.
— Oni zaczęli.
Mężczyzna zsiadł.
Był po czterdziestce. Miał krótko przyciętą brodę, bliznę przecinającą prawą brew i twarz człowieka, któremu żart trzeba było najpierw wyjaśnić, a potem jeszcze przeprosić.
Podszedł do pierwszego trupa.
— Oni zaczęli? — powtórzył.
— Tak.
— Sześciu?
— Sześciu.
Mężczyzna spojrzał na Sławętę.
— Ty też?
Chłopak wyprostował się.
— Jednego zraniłem.
— Czyli on.
Sławęta zawahał się.
— Głównie on.
Wszebor westchnął.
Mężczyzna przyjrzał się ranie na jego tunice.
— Głównie on wygląda, jakby za chwilę zdechł.
— Też tak myślałem — odparł Wszebor.
Po raz pierwszy na twarzy starszego woja pojawiło się coś przypominającego rozbawienie.
— Borzywoj — powiedział. — Drużyna księcia Mieszka.
Wszebor skinął głową.
— Wszebor.
— Czyj?
— Swój.
Borzywoj przestał się uśmiechać.
— Każdy jest czyjś.
— Ja nie.
Dwóch wojów za nim poruszyło się niespokojnie.
Wszebor zauważył to, ale nie sięgnął po broń.
Borzywoj przez chwilę patrzył mu w oczy.
— Skąd idziesz?
— Z północy.
— To duże miejsce.
— Dlatego trudno je spalić.
Tym razem jeden z wojów parsknął śmiechem.
Borzywoj nawet się nie obejrzał.
— A dokąd?
— Słyszałem, że wasz książę płaci.
— Za co?
— Za ludzi, którzy umieją trzymać włócznię.
Borzywoj spojrzał na trupy.
— Trzymać chyba umiesz.
— Czasem.
— A rozkazów słuchać?
Wszebor zastanowił się chwilę.
— Dobrych.
Wokół zrobiło się bardzo cicho.
Sławęta zamknął oczy, jakby spodziewał się uderzenia.
Borzywoj podszedł bliżej.
— U księcia nie wybierasz sobie rozkazów.
— To zależy, czy chce mieć żywych ludzi.
— Myślisz, że jesteś mądrzejszy od księcia?
— Nie znam go.
— A jak poznasz?
— Wtedy będę wiedział.
Borzywoj patrzył na niego długo.
Wszebor nie miał pojęcia, czy właśnie stracił możliwość zarobku, czy zyskał kłopoty.
Zwykle te dwie rzeczy chodziły razem.
Starszy woj w końcu odwrócił się do kobiety.
— To twoi ludzie?
— Nie — odpowiedziała szybko. — Napadli nas. Ten człowiek… oni nam pomogli.
Borzywoj skinął na jednego z wojów.
— Żegota, zobacz wozy. Reszta teren.
Ludzie ruszyli natychmiast.
Wszebor to zauważył.
Nie pytali. Nie spierali się. Nie patrzyli po sobie.
Dobrze wyszkoleni.
Borzywoj ponownie zwrócił się do niego.
— Ci, których zabiliście. Kto?
— Jeden powiedział, że byli u Wichmana.
Reakcja była niewielka.
Wystarczyła.
Borzywoj zesztywniał.
— Powiedział?
— Zanim umarł.
— Co jeszcze?
— Odeszli, bo nie płacił.
— Kłamali.
— Możliwe.
— Wichman płaci.
— To może byli chciwi.
Borzywoj przykucnął przed rannym bandytą. Dopiero wtedy zobaczył, że ten już nie żyje.
— Wszyscy martwi.
— Tak wyszło.
— Przydałby się żywy.
Wszebor wzruszył ramionami.
— Trzeba było przyjechać wcześniej.
Sławęta odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.
Borzywoj zauważył.
— Ten jest twój?
— Nie.
— Jestem Sławęta — wtrącił chłopak. — Syn Miłorada z…
— Nie pytałem ciebie.
Sławęta zamknął usta.
Wszebor prawie go polubił.
Prawie.
Borzywoj wstał.
— Jedziecie z nami.
— Dokąd?
— Do grodu.
— A jeśli nie chcemy?
— To pojedziecie z nami bez chęci.
Wszebor spojrzał na ośmiu uzbrojonych wojów.
Potem na własny bok.
— Dobry rozkaz — powiedział.
Borzywoj zmrużył oczy.
— Co?
— Nic.
* * *
Do grodu dotarli przed zmrokiem.
Wszebor był już wtedy blady jak popiół.
Rana przestała krwawić, ale organizm robił swoje i zabierał mu siły. Głód wrócił tak silny, że podczas postoju zjadł dwa kawałki chleba, suszone mięso Sławęty i pół cebuli, którą jeden z wojów dał mu dla żartu.
Żart przestał być zabawny, kiedy poprosił o drugą.
— Gdzie ty to mieścisz? — zapytał Żegota.
Był wielkim człowiekiem z rudą brodą i nosem złamanym tyle razy, że wyglądał jak źle zrobiona rękojeść noża.
— W brzuchu.
— Masz dwa?
— Dzisiaj może trzy.
Żegota roześmiał się.
Borzywoj nie.
Starszy woj obserwował Wszebora od polany.
Za często.
Wszebor znał takie spojrzenie.
Człowiek coś zauważył, ale jeszcze nie wiedział co.
To bywało gorsze od pewności.
Gród stał na wyniesieniu nad podmokłym terenem. Wysoki wał z drewna i ziemi otaczał zabudowania, a przed bramą ciągnęła się kolejka wozów. Strażnicy sprawdzali ludzi, zaglądali pod płachty, czasem kazali rozwiązywać worki.
Wszebor przyglądał się wszystkiemu bez słowa.
Pięć lat wcześniej widział podobne grody.
Ten był większy.
Albo Mieszko kazał go rozbudować.
W środku pachniało dymem, końskim nawozem, gotowanym mięsem i ludźmi. Między domami kręcili się rzemieślnicy, wojowie, słudzy i niewolni. Przy jednym z palenisk kowal prostował grot włóczni. Dalej dwóch ludzi naprawiało tarcze. Przy większym budynku leżały stosy drewna, skóry, worki z ziarnem i kilka skrzyń pilnowanych przez strażników.
Wszebor policzył straże.
Potem wyjścia.
Robił to odruchowo.
Sławęta zauważył.
— Czego szukasz?
— Niczego.
— To czemu się tak rozglądasz?
— Żeby wiedzieć, gdzie jestem.
— Jesteś w grodzie.
Wszebor popatrzył na niego.
— Dziękuję.
Borzywoj zaprowadził ich do długiego domu przy wewnętrznym wale.
— Czekacie tutaj.
— Na co? — zapytał Sławęta.
Borzywoj wskazał ławę.
— Na mnie.
Odszedł.
Wszebor usiadł.
Sławęta został na nogach.
— Myślisz, że nas przyjmą?
— Ciebie nie.
— Dlaczego?
— Za dużo gadasz.
— Ty naprawdę nie umiesz powiedzieć niczego miłego?
Wszebor zastanowił się.
— Dobrze pchnąłeś za drugim razem.
Sławęta uśmiechnął się.
— Wiedziałem.
— Co?
— Że mnie lubisz.
— Cofam.
Drzwi otworzyły się.
Borzywoj wszedł pierwszy. Za nim szedł wysoki mężczyzna w ciemnej tunice, bez hełmu i bez kolczugi. Miał mocną szyję, krótką brodę i włosy związane z tyłu. Nie wyglądał jak kapłan ani kupiec. Przy pasie wisiał miecz z rękojeścią lepszą niż wszystko, co Wszebor widział przez ostatnie miesiące.
Wszebor wstał.
Sławęta zrobił to samo.
Borzywoj zatrzymał się.
— To oni.
Mężczyzna spojrzał najpierw na chłopaka.
Potem na Wszebora.
Nie przedstawił się.
— Sześciu ludzi?
— Tak — odpowiedział Borzywoj.
— Sam?
— Chłopak pomógł.
Mężczyzna spojrzał na Sławętę.
— Ilu zabiłeś?
Chłopak wyprostował plecy.
— Jednego zraniłem. Potem Wszebor go…
— Jednego zranił — przerwał Wszebor.
Mężczyzna przeniósł wzrok na niego.
— A ty resztę.
— Tak wyszło.
— Często ci tak wychodzi?
— Czasem.
— Borzywoj mówi, że szukasz służby.
— Jeśli płacicie.
— Płacimy.
— To szukam.
Borzywoj chrząknął.
Wysoki mężczyzna spojrzał na niego.
— Co?
— Nic, panie.
Panie.
Sławęta pobladł.
Wszebor poczuł, jak chłopak obok niego prostuje się tak gwałtownie, jakby ktoś wbił mu kij w plecy.
Mężczyzna zauważył to.
Potem spojrzał na Wszebora.
— Nie uklękniesz?
Wszebor przyjrzał mu się uważniej.
Mieszko.
Wyobrażał go sobie starszego.
Może dlatego, że o jego wojnach mówili ludzie, którzy sami mieli siwe brody.
Wszebor uklęknął na jedno kolano.
Nie dlatego, że bał się człowieka przed sobą.
Po prostu przyjechał tu po jego srebro.
— Książę.
— Teraz już wiesz, dla kogo miałbyś walczyć.
— Wiem.
— Borzywoj twierdzi, że nie słuchasz rozkazów.
Wszebor spojrzał na starszego woja.
Borzywoj uniósł brwi.
— Powiedziałem, że słucham dobrych.
Mieszko milczał przez chwilę.
Wszebor spodziewał się gniewu.
Książę parsknął krótkim śmiechem.
— To nie to samo.
— Nie.
— A jeśli wydam zły?
— Wykonam.
Borzywoj spojrzał na niego zaskoczony.
Mieszko też.
— Przed chwilą mówiłeś co innego.
— Przed chwilą nie wiedziałem, czy będziesz moim księciem.
— A jestem?
Wszebor spojrzał na miecz przy jego pasie, na Borzywoja, na ludzi na zewnątrz, na gród, który przez pięć lat wyrósł większy niż pamiętał.
Potem znowu na Mieszka.
— Jeśli zapłacisz.
Książę roześmiał się głośniej.
— Wstań.
Wszebor wstał.
Mieszko podszedł bliżej.
— Skąd jesteś?
— Z różnych miejsc.
— To żadna odpowiedź.
— Innej nie mam.
— Rodzina?
— Nie.
— Pan?
— Nie.
— Długi?
— Nie.
— Kogoś za tobą szukają?
Wszebor pomyślał o ludziach, którzy szukali go kiedyś z pochodniami.
O kobiecie, która widziała, jak otworzył oczy dzień po własnym pogrzebie.
O starym żercy, który nazwał go błogosławionym, a potem kazał mu odejść, zanim inni dowiedzą się dlaczego.
— Nie sądzę.
Mieszko zmrużył oczy.
— To brzmi gorzej niż „tak”.
— Większość prawdy brzmi gorzej.
— Umiesz dowodzić?
— Kilkoma ludźmi.
— Iloma?
— Tyloma, ilu słucha.
— Czyli?
Wszebor wzruszył ramionami.
— Dziesięciu. Może dwudziestu. Więcej nie próbowałem.
— Jeździsz?
— Tak.
— Łuk?
— Trafię w człowieka.
— Z daleka?
— Jeśli jest duży.
Mieszko znów się uśmiechnął.
— Miecz?
— Umiem.
— Włócznia?
— Lepiej.
Książę spojrzał na Borzywoja.
— Sprawdź.
Starszy woj skinął głową.
— Teraz?
— Teraz.
Wszebor spojrzał na własny bok.
Mieszko to zauważył.
— Problem?
— Nie.
To było kłamstwo.
Rana bolała jak cholera.
Ale ból nie był problemem.
Problemem było to, że kiedy zdejmie tunikę, Borzywoj może zobaczyć, że dziura po mieczu, która kilka godzin wcześniej lała krwią, jest już prawie zamknięta.
— Nie zdejmuję ubrania — powiedział Wszebor.
Mieszko uniósł brew.
— Nie prosiłem.
— Dobrze.
— Dziwny jesteś.
— Mówili mi.
Książę odwrócił się do wyjścia.
— Jak wytrzymasz miesiąc, dostaniesz srebro. Jak nie, dostaniesz jedzenie za drogę i wypierdalasz.
Sławęta otworzył usta.
Mieszko spojrzał na niego.
— Ty też.
Chłopak prawie się zakrztusił.
— Ja?
— Skoro przywlokłeś się z nim aż tutaj.
— Tak, książę. To znaczy… dziękuję, książę.
— Podziękujesz, jak Borzywoj przestanie próbować cię zabić podczas ćwiczeń.
Mieszko wyszedł.
Sławęta patrzył za nim z otwartymi ustami.
— Zamknij je — powiedział Wszebor.
— To był Mieszko.
— Zauważyłem.
— Rozmawiałeś z nim jak z handlarzem świń.
— Nie handluję świniami.
Borzywoj stanął przed Wszeborem.
— Jeszcze raz nazwiesz rozkaz księcia złym, to osobiście wybiję ci zęby.
Wszebor skinął głową.
— Dobrze.
— I przestań się uśmiechać.
— Nie uśmiecham się.
Borzywoj spojrzał na niego przez chwilę.
— Właśnie to mnie martwi.
* * *
Wieczorem Wszebor leżał na sienniku w długim domu wojów.
Wokół chrapało trzydziestu ludzi.
Sławęta spał po drugiej stronie paleniska, z ręką pod głową i ustami otwartymi tak szeroko, że mógłby połknąć mysz.
Wszebor nie spał.
Uniósł tunikę.
Rana była zamknięta.
Została cienka, ciemnoczerwona linia długości dłoni. Do rana zniknie albo prawie zniknie.
Dotknął jej.
Bolała.
Dobrze.
Kiedy przestawało boleć zbyt szybko, robił się nieostrożny.
Opuścił tunikę.
Z zewnątrz dochodziły głosy strażników. Ktoś prowadził konie. Gdzieś dalej kowal jeszcze pracował, choć noc była już głęboka.
Wszebor patrzył w ciemny dach.
Miał odejść po jednej zimie.
Tak sobie powiedział.
Jedna zima w służbie Mieszka. Zebrać srebro. Kupić lepszego konia. Może nową kolczugę. Potem ruszyć dalej, zanim ktoś zacznie liczyć mu lata.
Robił tak już wcześniej.
Pięć lat tutaj.
Osiem gdzie indziej.
Dwanaście, jeśli ludzie byli głupi albo nie zwracali uwagi.
Potem zawsze pojawiało się pytanie.
Dlaczego twoja twarz jest taka sama?
Dlaczego nie masz siwych włosów?
Dlaczego blizna zniknęła?
Dlaczego widzieliśmy, jak umarłeś?
Na ostatnie pytanie nigdy nie miał dobrej odpowiedzi.
Przymknął oczy.
Jedna zima.
Tyle wystarczy.
Nie wiedział jeszcze, że zostanie przy Mieszku znacznie dłużej.
Nie wiedział, że zobaczy, jak książę bierze sobie nową wiarę i nowych wrogów.
Nie wiedział, że będzie patrzył, jak z grodów, danin, małżeństw i krwi rodzi się coś, czego ludzie jego młodości nie potrafiliby nawet nazwać.
Wiedział tylko, że rano Borzywoj zamierzał sprawdzić, czy naprawdę umie walczyć włócznią.
I że bolał go bok.
To wystarczało.
* * *
Borzywoj obudził ich przed świtem kopnięciem w drzwi.
— Wstawać.
Kilku ludzi zaklęło. Ktoś rzucił w stronę wejścia zwiniętym płaszczem. Borzywoj złapał go w locie i cisnął z powrotem.
— Kto chce spać, może iść spać za wał. Tam jest dużo miejsca i jeszcze więcej ziemi na grób.
Wszebor usiadł.
Bok już prawie nie bolał.
To było niedobrze.
Nie dlatego, że wolał cierpieć. Dlatego, że Borzywoj poprzedniego wieczoru widział go bladego, półżywego i ociekającego krwią. Teraz Wszebor musiał przez jakiś czas poruszać się ostrożniej, niż naprawdę potrzebował.
Wstał powoli i skrzywił się, gdy prostował plecy.
Sławęta zauważył.
— Źle?
— Dobrze.
— Wyglądasz lepiej.
Wszebor spojrzał na niego.
— Nie oglądaj mnie tak dokładnie.
Chłopak zmarszczył brwi, ale nie zapytał.
Na placu przy wale leżały ćwiczebne włócznie z tępo zakończonymi drzewcami i kilka starych tarcz. Ziemia była ubita setkami stóp. Dwóch wojów już tam czekało.
Żegota stał obok nich i przeżuwał kawał chleba.
— Myślałem, że zdechłeś w nocy — powiedział do Wszebora.
— Rozczarowany?
— Trochę. Byłem ciekaw, kto dostanie twoje buty.
Wszebor zdjął miecz i położył go pod ścianą.
Borzywoj podał mu drewnianą włócznię.
— Bez ostrza. Bez noża. Bez kopania po jajach.
Wszebor zważył broń w dłoni.
— Reszta wolno?
— Jak złamiesz komuś szczękę, sam będziesz go karmił.
— Rozumiem.
Borzywoj wskazał jednego z wojów.
Młody, mocny, może dwadzieścia pięć lat. Tarcza na lewej ręce, włócznia w prawej. Stopy ustawione dobrze. Nie przypadkowy chłop z poboru.
— Milczek — powiedział Borzywoj. — Pokaż mu.
Wojownik ruszył bez słowa.
Wszebor nie zaatakował pierwszy.
Obserwował.
Przeciwnik pracował tarczą dobrze, trzymał grot na wysokości brzucha i nie robił dużych kroków. Ktoś go nauczył.
Pierwsze pchnięcie było próbą.
Wszebor zbił je drzewcem.
Drugie poszło w twarz.
Odsunął głowę.
Trzecie miało wejść w udo.
Wszebor zrobił pół kroku do przodu, uderzył własnym drzewcem w nadgarstek przeciwnika, a krawędzią tarczy w jego tarczę. Deski huknęły o siebie.
Młody woj stracił równowagę.
Wszebor wsunął włócznię pod jego pachę i zatrzymał tępy koniec przy gardle.
— Dość — powiedział Borzywoj.
Trwało może pięć oddechów.
Żegota przestał żuć.
Milczek cofnął się, wściekły bardziej na siebie niż na Wszebora.
— Jeszcze raz — powiedział.
Borzywoj pokręcił głową.
— Jak będę chciał sprawdzić, czy drugi raz popełnisz ten sam błąd, dam ci znać.
Wskazał drugiego człowieka.
Ten był starszy i niższy. Nie miał włóczni, tylko drewniany miecz.
— Ty.
Wszebor spojrzał na Borzywoja.
— Z włócznią przeciw mieczowi?
— Na wojnie będziesz pytał wroga, czy przyniósł właściwą broń?
Wszebor skinął głową.
— Nie.
Drugi pojedynek trwał dłużej.
Miecznik nie próbował wejść od razu. Krążył. Czekał, aż Wszebor sam skróci dystans.
Wszebor nie skrócił.
Minęło kilka chwil.
Żegota prychnął.
— Będziecie się tak oglądać do zimy?
Miecznik ruszył.
Szybko.
Zbił grot na bok tarczą i wszedł głęboko. Wszebor cofnął drzewce, ale za późno na normalne pchnięcie.
Puścił włócznię lewą ręką, złapał ją przy samym środku i uderzył końcem drzewca w skroń przeciwnika.
Nie mocno.
Wystarczająco.
Miecznik zachwiał się.
Wszebor podciął mu nogę.
Człowiek runął na plecy.
Tępy grot zatrzymał się na jego piersi.
— Dość.
Borzywoj nie wyglądał na zachwyconego.
Wszebor odłożył broń.
— Co?
— Nic.
— Patrzysz, jakby było coś.
— Za bardzo lubisz wpuszczać ludzi blisko.
— Czasem trzeba.
— Czasem trzeba. Czasem się od tego umiera.
Wszebor milczał.
Borzywoj podszedł i wyrwał włócznię z jego dłoni.
— Teraz ja.
Wszebor westchnął.
— Bez włóczni?
— Masz tarczę.
— Ty masz włócznię.
— Zauważyłeś. Dobrze rokujesz.
Żegota roześmiał się tak głośno, że kilku ludzi po drugiej stronie placu odwróciło głowy.
Borzywoj zaatakował bez ostrzeżenia.
Wszebor zdążył zasłonić brzuch.
Tępy grot uderzył w tarczę, odbił się, a sekundę później drzewce trafiło go w kostkę.
Wszebor zachwiał się.
Borzywoj pchnął w bark.
Wszebor odsunął się.
Trzecie pchnięcie było pozornie wolniejsze.
Dał się nabrać.
Grot zmienił kierunek w ostatniej chwili i stuknął go w pierś.
Dokładnie nad sercem.
Borzywoj cofnął broń.
— Nie żyjesz.
Wszebor spojrzał na miejsce uderzenia.
— Bywało gorzej.
— Co?
— Nic.
Borzywoj rzucił włócznię Żegocie.
— Jesteś szybki. Masz doświadczenie. I uważasz, że możesz przyjąć cios, byle potem oddać mocniej.
Wszebor milczał.
— W walce z chłopem może działać. W walce z dobrym wojem zdechniesz.
— Zapamiętam.
— Zapamiętasz, jak cię zaboli.
Wszebor prawie się uśmiechnął.
Tego właśnie nie chciał tłumaczyć.
Borzywoj wskazał na Sławętę.
— Teraz ty.
Chłopak pobladł.
— Z kim?
— Ze mną.
