Człowiek Batorego. Kanclerz - Jasper Everhar - ebook

Człowiek Batorego. Kanclerz ebook

Jasper Everhar

4,9

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kraków, rok 1584. Rzeczpospolita Stefana Batorego.

 

Król ma swoich żołnierzy. Kanclerz ma swoich urzędników. Są jednak zadania, których nie można powierzyć ani jednym, ani drugim.

 

Od takich spraw jest Bartosz Karski.

 

Dla jednych to zamożny szlachcic, właściciel ziemskiego majątku i człowiek o nienagannych manierach. Dla innych zwyczajny włóczęga, którego twarzy nikt nie zapamiętuje. Niewielu wie, że pod obiema postaciami kryje się ten sam człowiek — skrytobójca wykonujący tajne polecenia kanclerza Jana Zamoyskiego.

 

Karski nie szuka uczciwych pojedynków. Nie potrzebuje sławy ani uznania. Jeśli musi zabić, wybiera sposób, który daje największe szanse powodzenia.

 

Kiedy jednak dawny towarzysz broni zostaje uwikłany w spisek przeciw kanclerzowi, Bartosz staje przed zadaniem, którego nie da się wykonać bez konsekwencji. Zwłaszcza że ktoś zaczyna zadawać pytania o jego przeszłość.

 

W świecie, w którym o losach państwa decydują wielcy panowie, najniebezpieczniejszym człowiekiem może okazać się ten, którego nikt nie zauważa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 322

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (7 ocen)
6
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DonPedro1954

Nie oderwiesz się od lektury

Najnowsza i najlepsza. Ciekawe podejście do hstorii. Liczę na ciąg dalszy.
10
MiloszKowal96

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawy pomysł, polecam i czekam na 2 część
00
SakeSake

Nie oderwiesz się od lektury

Wartka akcja, bez przynudzania. Polecam
00
Bartek567
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra powieść historyczna! Najciekawszy jest główny bohater, o którym ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy jest dobry, czy zły. Momentami można mu kibicować, a chwilę później zastanawiać się nad jego decyzjami. Dużo akcji, świetny klimat historyczny i ciekawa fabuła
00



Rozdział I. Człowiek z tłumu

Bartosz Karski przyjechał pod Barbakan, kiedy przed bramą zaczęły zbierać się wozy. Stały jeden za drugim, jeszcze mokre od porannej rosy. Na pierwszym leżały beczki, na następnym kłębiły się worki z wełną, a trzeci zagradzał przejazd, bo koń uparł się skręcić ku rowowi i woźnica bezskutecznie ściągał mu łeb.

Bartosz zwolnił. Jego gniady wałach, przyzwyczajony do takich postojów, zszedł na skraj drogi i zaczął skubać zeszłoroczną trawę. Jeździec pozwolił mu na to przez chwilę. Nie potrzebował udowadniać nikomu, że potrafi ominąć stojące wozy. Przy bramie kręcili się strażnicy, a między przechodniami przebiegały dzieci. Najłatwiej było tam, gdzie nikt się nie spieszył.

W Krakowie wciąż mówiono o świętach. Z Kleparza nadchodziły kobiety z koszami, mijał je ksiądz w towarzystwie chłopca niosącego zawinięty pakunek. Przydrożny sprzedawca zachwalał ostatnie obwarzanki. Ktoś się śmiał, ktoś klął na konia, a nad wszystkim dzwonił metal obręczy ocierających się o kamienie.

Bartosz poprawił rękaw ciemnozielonego żupana. Materiał był dobry, lecz pozbawiony krzykliwych ozdób. Przy pasie nosił szablę z porządną rękojeścią, a delię miał zarzuconą tak, żeby nie przeszkadzała w jeździe. Jasne włosy przyciął niedawno. Pod czapką trzymały się równo, choć wiatr wysunął mu kilka kosmyków na skroń. Przyglądający mu się człowiek zobaczyłby dobrze ubranego szlachcica koło trzydziestki, o szerokich ramionach, wyprostowanej sylwetce i spokojnych niebieskich oczach.

Żadnej przyczyny, by zapamiętać go na dłużej.

Przed przejazdem strażnik zatrzymał woźnicę z beczkami, zajrzał pod płachtę i odprawił go gestem. Dopiero potem spostrzegł Bartosza.

– Pan do miasta?

– Tak. Można przejechać? – zapytał Bartosz spokojnie.

Strażnik spojrzał na jego konia, potem na trzymany przy siodle skórzany futerał.

– Co pan przewozi?

– Rzeczy na podróż i dokumenty. Nic, przy czym trzeba wzywać połowę straży.

Młodszy strażnik parsknął śmiechem. Starszy nie miał ochoty żartować.

– Po świętach kręci się tu wielu obcych. Kazali nam sprawdzać.

– Rozumiem. Proszę spojrzeć. – Bartosz sięgnął do futerału.

Podał złożony pergamin tak, by strażnik mógł obejrzeć pieczęć. Ten rozwinął dokument, przeczytał początek i natychmiast przestał mrużyć oczy w stronę jeźdźca. Przywołał starszego człowieka z ławki pod murem. Tamten przesunął palcem po kilku wierszach i oddał papier.

– Pan Karski – powiedział strażnik już innym tonem. – Nie wiedzieliśmy, że pan przyjeżdża.

– Nie było powodu nikogo uprzedzać. Dziękuję za pomoc.

Schował dokument bez pośpiechu. Nie domagał się ukłonów ani przeprosin. Starszy strażnik sam polecił usunąć z drogi wóz, który wciąż tamował przejazd. Bartosz skinął głową i ruszył. Usłyszał jeszcze, jak jeden z ludzi powtarza jego nazwisko drugiemu, lecz wkrótce zagłuszył ich turkot kół.

Pergamin nie był przeznaczony do rozstrzygania sporów przy miejskich bramach. Zawierał jednak królewskie potwierdzenie pozycji Bartosza, polecenie udzielania mu pomocy w sprawach powierzonych przez dwór oraz takie nazwiska i znaki, wobec których mało który strażnik chciałby okazać nadmierną gorliwość. W razie potrzeby otwierał znacznie trudniejsze przejazdy niż ten. Przy wjeździe do Krakowa wystarczył niewielki fragment jego znaczenia.

Ulicą Floriańską jechał stępa. Domy stały ciasno, okna na piętrach pootwierano ku wiosennemu powietrzu, na bruku od rana było już błoto. Bartosz minął dwóch sukienników spierających się o koszt farbowania i kobietę niosącą tacę jeszcze ciepłych placków. Kiedy jakiś młody człowiek wycofał się prosto pod końskie kopyta, ściągnął wodze i odczekał, aż tamten odzyska równowagę.

– Uważaj, chłopcze – powiedział spokojnie.

– Przepraszam, panie.

– Dziś miałeś szczęście. Koń jest cierpliwy.

Chłopak roześmiał się z ulgą. Bartosz pojechał dalej i skręcił w boczną ulicę, gdzie znał gospodę z wygodną stajnią. Nie szukał miejsca szczególnie wystawnego. Potrzebował domu, którego gospodarz wiedział, kiedy pytać, a kiedy przynieść jadło i dać gościowi spokój.

Przed wejściem czekał parobek w ubrudzonym fartuchu. Zobaczywszy nadjeżdżającego, podniósł się z ławy.

– Panie Karski! – zawołał. – Myśleliśmy, że przyjedzie pan dopiero jutro!

– A dziś już mnie nie przyjmiesz?

– Przyjmę, panie, oczywiście. Zaraz zabiorę konia.

– Najpierw daj mu wody. Długa droga za nami. Potem owsa, tylko nie za dużo.

Chłopak przytaknął, ujął wodze i poprowadził wałacha na podwórze. Bartosz zdjął rękawice. Z izby wyszedł Błażej, gospodarz o policzkach czerwonych od gorąca i brodzie przyprószonej mąką.

– Wrócił pan cały! – Błażej rozłożył ramiona. – Już myślałem, że znalazł pan lepszą kuchnię.

– Lepszej nie znalazłem. Tańszą owszem. – Bartosz zeskoczył z siodła. – A ty wciąż zastanawiasz się, na czym można oszczędzić.

– Za taką pochwałę dostanie pan mniej wina.

– W takim razie cofam wszystko, co powiedziałem.

Ścisnęli sobie dłonie. Błażej nie pochylał się przed Bartoszem tak nisko jak strażnicy. Znał go od kilku lat, pamiętał jego przyjazdy i wyjazdy, odbierał od niego zapłatę, a kiedyś pozwolił mu zapłacić za nocleg dwa dni później. Przyjaźń nie była potrzebna, żeby dobrze się rozumieli, lecz z czasem obaj polubili te rozmowy.

– Pokój na górze wolny? – zapytał Bartosz.

– Dla pana zawsze coś się znajdzie. Nawet gdyby wszystkie były zajęte.

– Tylko nie wyrzucaj nikogo przez okno.

– Nawet mi to nie przyszło do głowy. Przez drzwi łatwiej.

Błażej poprowadził go do środka. W gospodzie pachniało pieczonym mięsem, cebulą i dymem. Przy palenisku siedzieli podróżni, jedna z dziewcząt wycierała stoły, a mężczyzna w rozpiętym kaftanie spał z czołem opartym o ręce. Bartosz zajął miejsce przy ścianie. Gospodarz usiadł naprzeciwko, choć co chwilę zerkał na służbę.

– Był pan u swoich? – spytał.

– Załatwiałem sprawę, która miała zająć trzy dni. Zajęła pięć.

– Tak to już z majątkiem. Człowiek ma ziemię, a nie ma chwili dla siebie.

– Nie możesz chociaż przy jedzeniu przestać narzekać?

– Mogę. Ale za mięso i tak pan zapłaci.

Bartosz wyciągnął sakiewkę, lecz Błażej uniósł dłoń.

– Po jedzeniu. Nie jest pan tu pierwszy raz.

– A przecież nigdy nie wiadomo, czy wrócę.

– Koń wróci. Po taki owies warto się fatygować.

Gospodarz odszedł doglądać izby. Bartosz obserwował przez chwilę ludzi przy sąsiednim stole. Jeden opowiadał o zięciu, drugi skarżył się na ceny. Zmęczona kobieta postawiła przed nim miskę ciepłej polewki i kawał chleba. Podziękował jej i odsunął talerz na tyle, by mogła swobodnie dolać napitku.

Był głodny. Od świtu zjadł tylko twardy chleb i kawał sera, dlatego nie przeszkadzał mu nawet zbyt mocny czosnek. Jadł powoli. Przyjechał przed południem, a człowiek, po którego go przysłano, miał tego dnia wiele do zrobienia. Pośpiech nie przyniósłby niczego oprócz uwagi innych.

Po posiłku Błażej pokazał mu izbę na piętrze. Miała porządne łóżko, ławę, skrzynię i okno wychodzące na podwórze. W kącie stała misa z wodą. Bartosz obejrzał pościel, otworzył okiennicę i ustawił torbę przy łóżku.

– Zostawię ci konia na dzień albo dwa – powiedział.

– Bez konia? Do dworu ma pan kawał drogi.

– Mam jeszcze sprawy w mieście. Niech odpocznie. Mnie też się przyda.

– To proszę odpoczywać. Nie będę przeszkadzał.

Błażej przystanął jeszcze w drzwiach.

– Wieczorem przyjdą dwaj znajomi z Bochni. Pytali ostatnio o pana. Może zje pan z nami kolację?

Bartosz zastanowił się krótko. Nie znał nazwisk, ale gospodarz nie zapraszałby go do ludzi, przy których musiałby szczególnie uważać na słowa.

– Jeśli wrócę przed zmrokiem, chętnie. Tylko nie ruszaj mojego wina.

– Tego, za które jeszcze pan nie zapłacił?

– Właśnie. Tego pilnuj szczególnie.

Błażej roześmiał się i zamknął drzwi.

Bartosz odczekał, aż kroki ucichną. Zajrzał do futerału przywiezionego z siodła. Pod podróżnymi dokumentami leżał niewielki pakiet zawinięty w płótno. Nie było na nim pieczęci ani podpisu, jedynie imię, nazwisko i krótki opis człowieka, którego miał odnaleźć.

Szymon Chmiel.

Pośrednik przy przewozach i sprzedaży sukna. Miał izbę do prowadzenia interesów niedaleko Rynku, czasem przyjmował ludzi w składzie przy jednej z bocznych ulic. Zwykle korzystał z chłopca noszącego wiadomości, lecz poufne sprawy załatwiał sam. W ostatnich miesiącach sprzedawał informacje o podróżach i miejscu pobytu ludzi związanych z dworem kanclerza. Niektóre z tych wiadomości trafiły do zbrojnych, którzy napadli na posłańców i zabili jednego z nich.

Bartosz zapamiętał najważniejsze szczegóły jeszcze przed przyjazdem. W pakiecie znajdowało się również wskazanie, by po wykonaniu zadania nie szukał następnego polecenia przez zwykłych pośredników. Miał czekać na wiadomość od człowieka Zamoyskiego.

Czytał tylko raz. Zwinął kartkę, przytrzymał nad płomieniem świecy i poczekał, aż papier zajmie się ogniem. Wrzucił płonący skrawek do glinianej misy, a popiół zmieszał z wodą. Na koniec umył ręce.

Prawdziwe dokumenty, te z królewską pieczęcią, odłożył osobno i zamknął w skrzyni. Nie były mu dziś potrzebne.

Do Chmiela zamierzał dotrzeć inaczej.

* * *

Za drugim razem tego dnia Bartosz pojawił się na ulicy bez szabli, ozdobnego pasa i porządnych butów. Zamiast żupana miał na sobie krótki, poplamiony kaftan, który był na niego odrobinę za szeroki, a zamiast czapki z futrzanym obszyciem nosił znoszone nakrycie z szarego sukna. Jasne włosy ukrył pod nim prawie całkowicie.

Ubranie przechowywał w małej izbie wynajętej od wdowy po krawcu przy jednej z bocznych ulic. Właścicielka znała go jako Witka, człowieka najmującego się dorywczo do przewozów. Wpłacał czynsz z góry, nie urządzał pijatyk i nie zawracał jej głowy. Nigdy nie zapytała, dlaczego potrafił znikać na kilka tygodni. Po poprzednim lokatorze pozostała tam wąska ława i stara skrzynka, która wystarczała na całe wyposażenie jego drugiego życia.

Bartosz usiadł na ławie, żeby sprawdzić skórzane rzemyki butów. Nie chciał, by któryś zerwał się na ulicy. Potem zgiął ramiona, poruszył barkami i wyprostował się. Mięśnie pleców wyraźnie napięły się pod kaftanem. Ubranie nie czyniło go drobniejszym. Mogło jednak uczynić go mniej interesującym: człowiekiem od noszenia pak, nie od zabawiania gospodarzy przy stole.

Przy drzwiach poprawił nakrycie głowy i wyszedł na podwórze z koszem przewieszonym przez ramię.

– Witek! – zawołała właścicielka z progu kuchni. – Nadal bez roboty?

– Właśnie szukam.

– Z samego chodzenia nic nie zarobisz. Tylko buty zedrzesz.

– Jeszcze się trzymają.

– O czynszu lepiej pamiętaj.

– Nie zapomnę.

Nie dodał nic więcej. Kobieta wróciła do garnków, uznawszy rozmowę za skończoną. Jako Bartosz Karski słyszał pytania o zdrowie, podróż i sprawy majątkowe. Od Witka oczekiwano głównie tego, żeby miał pieniądze na izbę i nie przeszkadzał innym w pracy.

Na Rynku tłum był gęstszy niż przed bramą. Wozy ustawiano do rozładunku, słudzy przenosili bele, przekupnie przekrzykiwali się przy ławach. Mężczyzna niósł na ramieniu drzwi zdjęte z zawiasów, dwie dziewczyny ustępowały mu miejsca, śmiejąc się z jego przekleństw. Bartosz przepuścił ich wszystkich. Nie miał powodu iść środkiem, gdzie ludzie z drogi musieli ustępować mu na widok szabli i dobrych butów.

Za suknicami skręcił w ulicę, przy której wynajmowano izby do przechowywania towarów. Bywał tam wcześniej jako Karski, odwiedzając kupca znanego z handlu węgierskim winem. Teraz minął tę samą kamienicę, niosąc pusty kosz i nie spoglądając ku jej oknom.

Pod jednym z domów dwóch chłopców mocowało się z dużą belą sukna. Starszy ciągnął za powróz, młodszy próbował podważyć pakę drewnianą listwą. Wreszcie obaj przewrócili ją na bok. Z wnętrza domu wychylił się chudy mężczyzna w czarnym kaftanie.

– Nie ciągnijcie po bruku! – krzyknął. – Zniszczycie mi sukno i będziecie płacić!

– To zejdź pan i pomóż – odpowiedział starszy chłopak.

Mężczyzna wyszedł na próg, lecz zobaczywszy kilku przechodniów, opanował gniew. Podrapał się po krótkiej brodzie. Jeden z jego palców był krzywy, jakby źle zrosła się dawna rana.

Chmiel.

Opis pasował. Bartosz przyjrzał mu się jeszcze przez moment, nie zatrzymując kroku. W dokumentach z Krakowa można było znaleźć więcej niż jednego Szymona Chmiela, lecz tylko jeden miał izbę przy tej ulicy, handlował przewozami i nosił na dłoni ślad dawnego złamania. Zimą przekazywał imiona i trasy ludzi podróżujących z pismami kanclerza. Teraz wydawał się zainteresowany jedynie uszkodzonym suknem.

Bartosz zrobił kilka kroków dalej, po czym wrócił, jak człowiek, który przypomniał sobie, po co przyszedł.

– Przyda wam się jeszcze jeden? – spytał jednego z chłopców.

– Umiesz dźwigać bez gadania?

– Umiem.

– To więcej niż ten tutaj. – Chłopak skinął na młodszego. – Zapytaj kupca, czy cię weźmie.

Bartosz spojrzał na Chmiela. Nie przybierał uśmiechu, którym wcześniej odpowiadał Błażejowi. Stał z ciężarem ciała przeniesionym na jedną nogę, jak ludzie czekający na zapłatę albo odmowę.

– Szukam pracy. Dźwigać umiem – powiedział.

– Każdy tak mówi. Skąd jesteś?

– Z okolic Proszowic.

– Kto może za ciebie poręczyć w Krakowie?

– Gospodyni, u której wynajmuję izbę. Wcześniej woziłem drewno za miastem.

Chmiel zmierzył go wzrokiem. Zatrzymał spojrzenie na dłoniach. Bartosz pokazał otwarte wnętrze prawej ręki. Miał zgrubienia po rękojeści broni i od wodzy, ale wśród pracujących fizycznie ludzi takie ślady nie były czymś niezwykłym. Na szczęście nie nosił pierścieni.

– Jutro przyjadą dwie duże bele. Rozładunek od rana. Jeśli się nie spóźnisz, zapłacę za dzień.

– Ile?

Chmiel podał sumę, nieco niższą, niż zwykle płacono silnym ludziom. Bartosz skrzywił się.

– Za cały dzień mało. Niech pan dorzuci, jeśli robota potrwa do wieczora.

– Nie pasuje ci, poszukaj gdzie indziej.

– Przyjdę. Ale jeśli skończymy po zmroku, trzeba będzie dopłacić.

– Najpierw pokaż, że warto.

Kupiec wrócił do izby. Chłopcy znów wzięli się za belę, a starszy rzucił Bartoszowi badawcze spojrzenie.

– Skąpy jest – mruknął.

– To niech sam dźwiga.

Chłopak prychnął.

– Gdzie śpisz?

Bartosz podał nazwę ulicy, nie mówiąc, w której kamienicy mieszkał. Nie usiłował się zaprzyjaźniać. Wystarczyło, że przyjdzie rano i zostanie zapamiętany jako trzeci człowiek do ciężkich pak.

Odszedł dopiero, gdy Chmiel zajrzał do otwartej izby i po raz drugi zrugał pomocników. Bartosz słyszał jeszcze jego głos, ale nie próbował podglądać przez okno. Wiedział już, kto przechowuje towar, kto pracuje przy rozładunku i jak łatwo obcy człowiek może dostać się na podwórze. Resztę miał zobaczyć następnego dnia.

W drodze powrotnej zatrzymał się przy studni. Nabrał wody do drewnianego kubka, napił się i oddał go stojącej obok kobiecie. Uśmiechnęła się, a on skinął jej głową. Dla niej był kolejnym człowiekiem spragnionym po długim chodzeniu.

Pod wieczór wrócił do wynajętej izdebki, umył twarz i ręce, zmienił ubranie. Włosy miał lekko wilgotne, kiedy ponownie wyszedł na ulicę jako pan Bartosz Karski. Przyzwyczaił się do tego przejścia, choć nigdy nie odbywało się samo. Nazwiska Karski nie otrzymał przy narodzinach. Rodowód, do którego teraz się przyznawał, spisano dla niego dopiero przed kilku laty, a ludzie, których podawano za jego krewnych, znali go jedynie z cudzych zapewnień. Miał jednak dom, konie i znajomych, którzy bez wahania nazywali go panem. Wyprostował plecy, przestał oglądać cudze dłonie przy straganach, zwolnił krok. Nie szukał już ludzi mogących go zatrudnić. Od tej chwili to inni mieli zgadywać, do kogo zmierza.

Do gospody dotarł przed zmrokiem. Błażej ustawił właśnie na stole dzban wina dla dwóch kupców z Bochni. Jeden był szeroki w barach i stale zaciskał usta, jakby żuł gorzką skórkę; drugi, chudszy, miał donośny głos i mówił z rękami rozłożonymi nad miską.

– A oto człowiek, o którym wam mówiłem! – zawołał gospodarz. – Pan Karski. Od lat u mnie bywa.

Bartosz podszedł do stołu i pochylił lekko głowę.

– Panowie wybaczą spóźnienie. W Krakowie jedna sprawa potrafi zająć pół dnia.

– W Bochni cały dzień – odparł chudszy, robiąc mu miejsce. – I człowiek nawet nie wie, na co go stracił.

Bartosz usiadł, przyjął nalane wino i dał się wciągnąć w rozmowę o przewozach soli. Nie zasypywał kupców pytaniami. Kilka razy dopowiedział coś o drodze do Proszowic, raz wspomniał o kłopocie z własnym koniem, a kiedy szeroki w barach człowiek poskarżył się na niesolidnego dłużnika, odpowiedział z uśmiechem:

– Z dłużnikiem najlepiej rozmawiać uprzejmie, dopóki sam pamięta, ile jest winien.

– A kiedy zapomni? – zainteresował się kupiec.

– Wtedy też uprzejmie. Tylko przy świadkach.

Obaj wybuchnęli śmiechem. Bartosz wypił niewiele. Uważnie słuchał, jak ożywieni własnymi opowieściami, spierają się o rzecz tak ważną dla nich, jak to, czy komuś zabrano wóz z powodu nieopłaconej należności.

Błażej nachylił się nad jego ramieniem.

– Rano przynieść panu śniadanie do pokoju?

– Nie trzeba. Wyjdę wcześnie.

– Znowu interesy?

– A co innego? – Bartosz podniósł kielich. – Chciałbym kiedyś odpocząć, ale majątek sam się nie dopilnuje.

– Pierwszy raz w życiu żal mi człowieka bogatszego ode mnie – odrzekł gospodarz.

Bartosz uśmiechnął się i poprosił o jeszcze kawałek chleba. Zanim poszedł spać, wysłuchał do końca opowieści o niedotrzymanej umowie. Potrafił żyć wśród tych ludzi tak, by nie musieli się go bać. W tej chwili naprawdę interesowało go, czy Błażej utrzyma gospodę po kolejnej podwyżce czynszu.

O Szymonie Chmielu nie wspomniał ani słowem.

* * *

Nazajutrz rano Chmiel nie spojrzał na Witka, dopóki ten nie pomógł zepchnąć z wozu pierwszej beli. Dopiero gdy ciężar spoczął na drewnianych podkładach, kupiec wychylił się z drzwi składu.

– A jednak przyszedłeś.

– Tak się umawialiśmy.

– Dźwigasz całkiem nieźle. Zobaczymy, czy liczyć też potrafisz.

– Zwykłe rachunki znam.

– To policz te bele i niczego nie pomyl.

Witek zdjął czapkę, otarł czoło przedramieniem i zabrał się do pracy. Przenosili głównie złożone sztuki sukna, zapakowane ciasno w płótno. Nie były cięższe od worków z ziarnem, lecz niewygodne: szerokie, śliskie od wilgoci i związane powrozami, które wrzynały się w dłonie. Starszy chłopak z poprzedniego dnia miał na imię Marcin. Młodszego wołano Wojtek. Kłócili się o kolejność, bo Marcin chciał brać pakunki z tyłu wozu, a Wojtek twierdził, że wtedy trzeba będzie wszystko przenosić dwa razy.

Bartosz nie wtrącał się w ich spór. Kiedy poprosili go o pomoc, stanął tam, gdzie wskazali. Kiedy uznał, że powróz zaraz pęknie, powiedział tylko:

– Nie ciągnij. Sznur puści.

Marcin sprawdził sznur i burknął coś pod nosem. Po chwili podał mu drugi koniec bez kolejnej uwagi.

Praca była prawdziwa. Po godzinie Bartosz czuł ciepło pod kaftanem, na palcach miał zabrudzenia od wilgotnej tkaniny, a nogi nieco drętwiały od chodzenia po nierównych deskach. Siły mu wystarczało. Nie był jednak postawnym olbrzymem, który podnosi wszystko bez wysiłku. Gdy we trzech przenosili największą belę, musiał zaprzeć się nogą o próg i poczekać, aż Wojtek poprawi chwyt.

– Trzymaj mocno! – syknął Marcin.

– Trzymam. Złap z drugiej strony.

Ustawili ciężar pod ścianą. Marcin odetchnął z ulgą.

– Dobrze się z tobą pracuje, Witek.

– To poczekaj, aż przywiozą następny wóz.

Wojtek roześmiał się i poszedł po wodę.

Chmiel większość czasu spędzał w izbie nad składem. Na górę prowadziły wąskie schody. Od podwórza widać było tylko małe okno i kawał drzwi otwierających się do środka. Kupiec schodził czasem z kartką w ręce, poprawiał liczbę pakunków i wracał do swoich rachunków. Dwa razy rozmawiał z przybyłymi ludźmi w progu, ale żadnego nie zaprosił na górę.

Koło południa przyjechał posłaniec. Wysoki mężczyzna w ciemnej czapce zeskoczył z konia, podszedł prosto do Chmiela i odezwał się zbyt cicho, by pracujący przy wozie mogli go usłyszeć. Wręczył mu mały zwitek. Kupiec obejrzał go, schował za pazuchę i dopiero potem powiedział coś przybyszowi. Posłaniec odjechał bez napitku, choć koń był spocony.

– Czego tak się spieszył? – spytał Wojtek.

– Pilnuj swojej roboty – odburknął Marcin.

Bartosz podniósł belę. Nie patrzył za odjeżdżającym; widział dość. Nie umiał powiedzieć, kim był posłaniec, ale rozpoznał zachowanie Chmiela. Kupiec przyjął zwitek bez pytania, jak człowiek spodziewający się wiadomości.

Kiedy skończyli rozładunek, Marcin przyniósł miskę kaszy i trzy drewniane łyżki. Jedli przy otwartych drzwiach, z nogami wyciągniętymi na słońcu. Wojtek mówił dużo o swoim bracie, który zamierzał wyjechać do Tarnowa. Marcin odpowiadał półsłówkami, bo uważał, że chłopakowi wciąż za dużo się marzy.

– A ty co zrobisz, kiedy skończą się tu wozy? – zapytał Bartosza.

– Znajdę następną robotę.

– Nie masz nikogo?

– Ciotkę. Ale lepiej, kiedy widujemy się rzadko.

Marcin roześmiał się głośno. Wojtek chciał poznać szczegóły, ale Bartosz zajął się kaszą. Nie musiał opowiadać kłamstwa dłuższego, niż ktoś był gotów słuchać.

Po jedzeniu Chmiel zawołał go na schody.

– Witek! Weź dwie małe bele z końca składu. Te z niebieskim sznurem. Zanieś na górę.

– Obie?

– Jak dasz radę. Mnie wszystko jedno, ile razy będziesz chodził.

Bartosz znalazł pakunki. Były ciężkie, lecz niewielkie. Złapał pierwszy pod ramię, drugi podniósł obiema rękami i wszedł po schodach. Na półpiętrze musiał obrócić jeden bokiem, żeby nie zahaczyć nim o ścianę. Chmiel nie czekał z pomocą. Stał przy stole w izbie, odczytując jakieś nazwiska z kartki.

– Postaw przy skrzyni – powiedział.

Bartosz położył towar na podłodze. Izba była ciasna. Za stołem stała skrzynia zamykana na skobel, obok półka z rachunkami, piórami i buteleczką atramentu. Przez uchylone okno dochodziły nawoływania z podwórza. W kącie leżała zwinięta derka. Na ścianie wisiał stary płaszcz i czapka.

Chmiel zamknął jeden rejestr, otworzył drugi i westchnął.

– Na co czekasz?

– Może mam jeszcze coś przynieść?

– Nie ma. Idź na dół.

Bartosz ruszył ku drzwiom. Przy schodach usłyszał, jak kupiec próbuje przekręcić klucz w skrzyni. Metal zazgrzytał, potem rozległo się przekleństwo.

– Witek! Wracaj.

Zawrócił.

– Pomóż mi przesunąć skrzynię. Stoi krzywo, nie mogę podnieść pokrywy.

– Zaraz ją ruszę.

– Uważaj na pisma.

Przyklęknął obok ciężkiego pudła, objął je za boki i przesunął o szerokość dłoni. Nie było łatwo. Drewno tarło o nierówne deski podłogi. Chmiel przystanął obok i przytrzymał pokrywę, żeby nie uderzyła Bartosza w ramię.

– Wystarczy. Teraz dobrze.

Bartosz wyprostował się. Ze schodów dochodził głos Marcina, który wołał na Wojtka. Po chwili obaj zaczęli przestawiać puste deski pod ścianę podwórza. W izbie na górze byli tylko we dwóch.

– Zapłaci mi pan teraz? – zapytał Bartosz.

Chmiel obrócił ku niemu głowę.

– Dopiero południe.

– Bele już na górze. Jeśli będzie coś jeszcze, rozliczymy się osobno.

– Nie będziesz mi tu stawiał warunków.

– A ja nie chcę się dopominać o pieniądze za swoją robotę.

Kupiec nie odpowiedział. Odsunął stos kart od krawędzi stołu, otworzył małą sakiewkę i zaczął liczyć monety. Uczynił to powoli, jakby chciał pokazać, że pośpiech wynajętego robotnika nic dla niego nie znaczy.

– Bierz i idź na dół – powiedział wreszcie. – A jutro już nie przychodź.

Bartosz wyciągnął rękę po pieniądze. Zanim dotknął dłoni kupca, spojrzał mu prosto w twarz.

– Kto ci zapłacił za wiadomość o posłańcach? – spytał Bartosz spokojnie.

Chmiel zamarł. Kilka monet spadło ze stołu i potoczyło się po podłodze.

– Co?

– O tych spod Olkusza.

Kupiec cofnął rękę.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Wiesz.

Chmiel otworzył usta, lecz tym razem nie padło z nich żadne przekleństwo. Patrzył na Witka tak, jakby człowiek, którego sam przed godziną posłał po pakunki, nagle przestał do siebie pasować.

– Zimą siedziałem w Krakowie – wydusił Chmiel. – Nie mam nic wspólnego z tym, co się stało na drodze.

Bartosz zrobił krok ku niemu. Kupiec obejrzał się na drzwi.

– Wziąłeś pieniądze za ich trasę. Potem ich napadnięto. Komu przekazałeś resztę wiadomości?

– Ja tylko przekazuję pisma. Nawet ich nie czytam!

– Kłamiesz.

– To myśl sobie, co chcesz! – Chmiel odzyskał głos. – Wynoś się stąd, póki możesz.

Spróbował go wyminąć, ale Bartosz zastąpił mu drogę. Dzielił ich stół, odsunięta skrzynia i zaledwie dwa kroki wolnego miejsca przy drzwiach. Chmiel sięgnął pod poły kaftana. Ruch był gwałtowny, zdradzał przyzwyczajenie do noszenia broni, niekoniecznie do jej używania.

Bartosz złapał go za nadgarstek. Ostrze małego noża ukazało się między nimi, a Chmiel uderzył go wolną ręką w policzek. Cios był niezdarny, lecz dostatecznie silny, by Bartosz stracił na moment widok na stół. Cofnął stopę. Kupiec naparł całym ciężarem ciała, usiłując wydostać się z uchwytu.

Uderzyli o skrzynię. Pokrywa trzasnęła i zsunął się z niej stos papierów.

– Marcin! – wrzasnął Chmiel.

Na podwórzu ucichła rozmowa. Bartosz pchnął kupca z powrotem ku ścianie. Ten szarpał się mocno. W ciasnej izbie nie było miejsca na szeroki zamach, obaj ocierali się plecami o meble. Bartosz poczuł, jak ostrze przesuwa się po skórze jego rękawa, lecz materiał tylko się rozciął.

Na schodach rozległy się kroki.

– Panie Szymonie? – zawołał z dołu Marcin.

Chmiel otworzył usta po raz drugi. Bartosz nie dał mu krzyknąć. Dobył własnego krótkiego noża i uderzył raz. Kupiec napiął się, wypuścił broń, po czym osunął się ciężko na kolana. Bartosz podtrzymał go przez moment, by nie przewrócił krzesła. Chmiel chwycił powietrze, poruszył bezradnie dłonią i przestał stawiać opór.

– Panie Szymonie? – powtórzył Marcin, tym razem bliżej.

Bartosz odwrócił głowę ku drzwiom. Kiedy znów się odezwał, brzmiał jak Witek sprzed chwili, zwykły robotnik, który chce skończyć pracę i odejść.

– Przesuwaliśmy skrzynię! – zawołał. – Zaraz zejdę!

– A pan?

– Został przy papierach.

Kroki na schodach zatrzymały się, potem oddaliły. Marcin nie miał powodu wchodzić do kupieckiej izby bez wezwania. Bartosz odczekał, aż na podwórzu wznowiono rozmowę.

Chmiel siedział pod ścianą z głową przechyloną na bok. Miał jeszcze otwarte oczy. Bartosz ukląkł przy nim, sprawdził puls i upewnił się, że człowiek nie żyje. Nie czuł z tego powodu satysfakcji. Zadanie było wykonane, ale hałas okazał się większy, niż zamierzał. Gdyby Marcin wszedł po schodach, trzeba byłoby wyjaśniać rzeczy, dla których nie istniało dobre wyjaśnienie.

Wyprostował się i obejrzał rękaw. Rozcięcie było płytkie, skóry niemal nie naruszyło. Znacznie gorzej wyglądał kaftan kupca. Bartosz znalazł na podłodze kawał grubego płótna, starł nim krew z własnej dłoni i odłożył obok ciała. Dwie monety, które Chmiel upuścił, wciąż leżały pod stołem. Nie schylił się po nie.

Nie szukał całego archiwum. Zbyt wiele papierów leżało na stole i przy skrzyni, a Marcin mógł ponownie wejść na schody. Bartosz podniósł kartkę, którą Chmiel czytał przed jego przyjściem. Znalazł na niej kilka nazwisk i miejscowości, przy każdym znak zrobiony inną ręką. Nie rozpoznał wszystkich, ale jeden wpis dotyczył drogi, którą niedawno przemierzał człowiek Zamoyskiego. Przy nazwisku ktoś postawił datę i kwotę.

Kartkę złożył i ukrył pod kaftanem. Ostrze własnego noża wsunął do pochwy. Potem podniósł sakiewkę Chmiela z podłogi, położył ją na stole i zostawił. Nie miał zamiaru udawać rabunku, którego nie potrzebował. Wystarczało, że nikt nie widział całego zajścia.

Na półpiętrze zatrzymał się na chwilę. Przez otwarte drzwi składu widział Marcina, który opierał długi drąg o ścianę. Wojtek przycupnął przy wozie i oglądał podeszwę buta. Żaden z nich nie patrzył ku schodom.

Bartosz zszedł, niosąc w ręku pusty kosz.

– Skończyłeś? – zapytał Marcin.

– Na dzisiaj tak.

– Dał ci pieniądze?

– Dał.

– Dobrze ci. Ja jeszcze czekam.

– Idź za chwilę. Sprawdza pisma.

Marcin mruknął przekleństwo i zaczął zbierać kawałki zerwanego sznura. Bartosz przeszedł przez bramę podwórza, minął dwóch ludzi targujących się o przewóz beczek i skręcił w pierwszą przecznicę. Nie przyspieszał. Zostawił za sobą człowieka, który przestał być dla niego użyteczny, ale dopiero teraz mógł zacząć myśleć o tym, co powiedzą inni, kiedy go znajdą.

Trzeci robotnik. Przyjęty poprzedniego dnia. Cudzoziemskiego akcentu nie miał, siły mu nie brakowało, podawał się za człowieka spod Proszowic. W Krakowie były setki takich mężczyzn. Marcin zapamięta zapewne imię Witek. Może również jego wzrost i jasne włosy, jeśli widział je spod czapki. Wszystko to mogło wystarczyć do rozpoczęcia poszukiwań. Bartosz wiedział też, że początek poszukiwań i odnalezienie człowieka nie są tym samym.

Nie cieszył się z tego, że uniknął rozpoznania. Nie był tego jeszcze pewien. Gdy dotarł do izdebki, zamknął drzwi, rozebrał się i obejrzał przedramię. Ostrze Chmiela pozostawiło cienką, czerwieniejącą smugę. Skóra była cała. Na lewym policzku zaczynał pojawiać się obrzęk po ciosie pięścią.

Zimna woda przywróciła mu spokój. Przemył twarz, umył dłonie i schował ubranie Witka na dnie skrzyni. Nie planował więcej wracać do składu. Pokój wynajęty pod tym imieniem będzie jeszcze przez pewien czas opłacony; samo istnienie tej izby nie mogło dowieść, gdzie znajdował się Witek w godzinie śmierci Chmiela.

Rozłożył znaleziony papier na ławie. Nazwiska zapisano drobnym, równym pismem. Nie było podpisu, ale obok kolejnych dat ktoś wpisał miejsca postojów ludzi, którzy przewozili korespondencję. Bartosz rozpoznał dwa nazwiska i jedną datę. Takie wiadomości nie były zwykłym towarem. Ktoś za nie płacił, a Chmiel prowadził rachunek z dokładnością kupca, który wierzył, że każdy grosz wróci do jego sakiewki.

Bartosz złożył kartkę. Zachowa ją dla człowieka kanclerza. Gdyby ktoś kiedyś zapytał go, czy warto było zabić Chmiela, mógłby pokazać te zapiski. Nie wyjaśniłyby, kto pierwszy wydał rozkaz ani dlaczego wybrano akurat taką karę, lecz mówiły wystarczająco wiele o pracy pośrednika.

Przyjrzał się rozciętemu rękawowi. Nie miał zamiaru chodzić w tym kaftanie przy następnym zleceniu. Ubranie było łatwiejsze do zmiany niż twarz. Przez chwilę zastanawiał się, czy Marcin zauważył jego oczy. Większość ludzi patrzyła jednak podczas rozładunku na ręce i ciężar, a nie na twarz trzeciego pomocnika.

Zanim wrócił do gospody, odczekał, aż ucichną dzwony nawołujące na popołudniowe nabożeństwo. Wyszedł pod swoim właściwym nazwiskiem dla tych, którzy go znali: pan Bartosz Karski, szlachcic mający do załatwienia w mieście kilka spraw.

* * *

Błażej siedział przy rachunkach, kiedy Bartosz wrócił. Nad szynkwasem paliły się już świece. Z kuchni dochodził hałas przenoszonych garnków, a przy ostatnim stole kończono kolację.

– Późno pan wraca – zauważył gospodarz. – Miał pan być przed zmrokiem.

– Jestem. Tylko słońce wcześniej poszło spać.

– Czyli to ono zawiniło.

Bartosz zdjął czapkę. Błażej odłożył pióro, przyjrzał mu się i zmarszczył brwi.

– Co się stało z policzkiem?

– Ktoś w ciasnym przejściu rozpychał się łokciami. Miał więcej siły niż rozumu.

– Znowu trafił się panu ktoś taki?

– Dzisiaj pierwszy. Mam nadzieję, że ostatni.

Gospodarz pokręcił głową, ale się uśmiechnął. Zaprowadził Bartosza do stołu i sam przyniósł mu ciepłą strawę. Przy kolacji rozmawiali o zdrowiu żony Błażeja. Od kilku tygodni męczył ją kaszel. Bartosz obiecał, że zapyta znajomego medyka o jakieś lekarstwo, gdy tylko będzie sposobność.

– Już drugi raz pan mi to obiecuje – zauważył Błażej.

– Jeśli trzeci raz zapomnę, możesz mnie wyrzucić.

– Wolę podnieść cenę noclegu. Bardziej zaboli.

Bartosz uśmiechnął się, lecz zapamiętał prośbę. Błażej kilka razy pomagał mu w sprawach, których nie uważał za szczególne: przechowywał konia, odbierał wiadomości o podróży, pilnował bagażu. Nie wiedział nic o innych ubraniach ani o Szymonie Chmielu. Bartosz nie miał zamiaru tego zmieniać.

Przy drzwiach pojawił się chłopak ze stajni.

– Panie Karski, koń nie dojadł owsa – powiedział. – Dużo zostawił.

– Napił się wody?

– Tak, ale później stał z opuszczonym łbem.

Bartosz odłożył łyżkę. Wstał, wziął lampę i wyszedł na podwórze. W stajni było ciepło od zwierząt i świeżej słomy. Wałach poruszył uszami na widok właściciela, ale nie sięgnął od razu po podaną mu garść owsa. Bartosz obejrzał jego nogi i wyczyścił kamyk tkwiący w jednym z kopyt. Koń stanął wygodniej, potrząsnął łbem i dopiero teraz zaczął jeść.

– Po każdej jeździe sprawdzaj mu kopyta – powiedział chłopakowi. – Dziś skończyło się na kamieniu.

– Przepraszam, panie. Nie zauważyłem.

– Wiem. Dlatego ci mówię, żebyś jutro nie przeoczył.

Nie podnosił głosu. Podał chłopakowi lampę i przez moment głaskał wałacha po szyi, aż ten przestał się niepokoić. Potem wrócił do izby i dokończył zimniejącą kolację.

Na piętrze wyjął kartkę znalezioną przy Chmielu. Rozłożył ją jeszcze raz przy świetle świecy, upewnił się, że atrament nie rozmazał się od potu, i wsunął między dwa czyste arkusze. Nie było tam nazwiska człowieka, który płacił za informacje. Ktoś jednak musiał odbierać wiadomości i przekazywać pieniądze. Chmiel przestał to robić, a odbiorca wcześniej czy później się o tym dowie.

Bartosz zamknął okno i zgasił świecę. Rano zamierzał znaleźć sposób dostarczenia kartki właściwej osobie. Potrzebował również nowego kaftana dla Witka, jeśli kiedyś znów zechce przyjąć taką rolę. Ten z rozciętym rękawem zostanie w skrzyni, dopóki nie będzie mógł bezpiecznie się go pozbyć.

Podciągnął koc i ułożył się na boku. Z podwórza słyszał jeszcze parobka, który zamykał stajnię. Błażej kłócił się z kimś na dole o niezapłacone wino. Bartosz znał oba te głosy. Zasnął wśród zwyczajnych odgłosów domu, do którego od lat wracał jako pan Karski.

Rozdział II. Pan Bartosz Karski

Rankiem Bartosz obudził się, zanim na dole rozpalono kuchenne palenisko. Przez chwilę leżał bez ruchu, słuchając, jak ktoś prowadzi konia przez podwórze. Zwierzę stąpało niechętnie po kamieniach. Potem rozległo się skrzypnięcie studziennego żurawia i cichy głos chłopaka ze stajni.

Policzek bolał mniej niż poprzedniego wieczoru. Bartosz dotknął opuchniętego miejsca i skrzywił się. Skóra na przedramieniu była cała, jedynie rozcięty rękaw kaftana Witka przypominał, że Szymon Chmiel zdążył sięgnąć po nóż. Dobrze. Gdyby rana wymagała opatrunku, trzeba byłoby wymyślić inne wyjaśnienie dla Błażeja i wszystkich, którzy lubili wypytywać o cudze kłopoty.

Wstał, umył się w chłodnej wodzie i ubrał w jasny żupan, ciemną delię oraz wysokie buty. Przed niewielkim lustrem przyciął wystający kosmyk włosów. Miał ich dość, by spod czapki układały się porządnie, lecz żaden krawiec nie potrafiłby ukryć obrzęku pod okiem. Zostawił go w spokoju. Nie zamierzał tego dnia występować przed królewskim dworem wśród dziesiątek ludzi. Musiał tylko dotrzeć do człowieka, który na niego czekał.

Na stole leżał arkusz zabrany z izby Chmiela. Bartosz po raz kolejny przeczytał zapisane na nim nazwiska, daty i kwoty. Jeden z posłańców wymienionych w zestawieniu nie żył od zimy; drugi nadal jeździł z wiadomościami między Krakowem a ludźmi kanclerza. Obydwaj pojawili się na kartce przed terminami swoich podróży. Ktoś musiał wiedzieć wcześniej, kiedy i którędy wyruszą.

Zwinął arkusz i umieścił w skórzanej teczce razem z własnymi pismami. Nie schował go pod podszewką ani za cholewą. Tam szukałby go człowiek spodziewający się tajemnicy. W teczce szlachcica otoczonego pergaminami podobna kartka wyglądała jak jeszcze jeden rachunek.

Schodząc, usłyszał Błażeja kłócącego się z piekarzem. Gospodarz żądał chleba, za który zapłacił wcześniej, a piekarz twierdził, że dwa bochny oddał już dziewczynie z kuchni. Obaj mówili na tyle głośno, że Bartosz przystanął na ostatnim stopniu.

– Zapłaciłem za sześć, nie za cztery – upierał się Błażej.

– A ja sześć przyniosłem. Może ktoś ci je zjadł, zanim wstałeś.

– To oddaj mi pieniądze za te zjedzone.

– Już widzę, jak je oddaję.

Bartosz wszedł do izby.

– Jeśli dalej będziecie tak krzyczeć, obudzicie ludzi z sąsiedniej ulicy. Oni też przyjdą po chleb.

Błażej obejrzał się i rozłożył ręce.

– Niech pan sam posłucha. Według niego mam płacić za rzeczy, których nie dostałem.

– Właśnie dostałeś – odparł piekarz. – Dziewczyna zabrała dwa bochenki do kuchni, bo sam jej kazałeś.

W wejściu pojawiła się kucharka.

– Położyłam je przy piecu – powiedziała. – Schowałam pod ścierką, żeby nie wystygły.

Błażej odwrócił się powoli ku piekarzowi.

– Mogłeś to od razu powiedzieć.

– Mówię od chwili, kiedy tu wszedłem.

Bartosz usiadł przy najbliższym stole.

– Błażej, przynieś mi z tych spornych bochenków. Rozstrzygniemy, czy warto było o nie walczyć.

Gospodarz popatrzył na niego z wyrzutem, lecz po chwili roześmiał się, odprawił piekarza i zniknął za drzwiami kuchni. Kiedy wrócił, postawił przed gościem chleb, masło i miskę gorącej polewki.

– Dziś długo pan zostanie? – zapytał.

– Jeszcze nie wiem. Możliwe, że pojadę przed południem.

– A pokój?

– Zatrzymaj dla mnie do jutra. Jeśli nie wrócę, rozliczymy się przy następnym przyjeździe.

– O to się nie martwię. Koń zostaje?

– Wyjadę na nim. Chciałem tylko sprawdzić, czy naprawdę jadł w nocy.

– Jadł. Chłopak siedział przy nim dłużej niż przy własnej kolacji. Chyba się pana przestraszył.

– Nie chciałem go straszyć.

– To dobrze, bo pracuje sumiennie. Młody jeszcze, czasem coś przeoczy.

Bartosz rozłamał chleb. Wolał, gdy ludzie rozmawiali z nim w taki sposób. Błażej nie musiał znać jego innych zajęć, by móc powiedzieć mu coś nieprzyjemnego. Większość ludzi przyzwyczajonych do panów podobnych Karskiemu pilnowała każdego słowa.

– A żona? – zapytał.

Uśmiech gospodarza zgasł.

– W nocy znowu kaszlała. Nad ranem zasnęła, więc kazałem dziewczynom jej nie budzić. Mówiłem już z jednym medykiem, ale chce przyjść dopiero za dwa dni.

– Obiecałem, że kogoś znajdę. Dzisiaj zapytam. Jeśli nie uda mu się przyjść, sam zapłacę za wizytę innego.

– Nie musi pan płacić.

– Nie muszę. Chcę jednak dotrzymać słowa.

Błażej przyjrzał mu się uważnie.

– Panie Bartoszu, a ten policzek? Wczoraj wyglądał lepiej.

– To tylko stłuczenie. Za kilka dni zapomnę.

– O ile nie trafi się następne ciasne przejście.

– Będę uważał.

Gospodarz nie dopytywał. Na Rynku zdarzały się bójki o miejsce dla wozu, o dług, o źle postawioną beczkę. Podbite oko nie było w Krakowie czymś, co wymagało osobnego dochodzenia przy śniadaniu.

W drzwiach pojawił się młody mężczyzna w brunatnym kaftanie. Przez chwilę szukał kogoś wzrokiem. Gdy dostrzegł Karskiego, podszedł i skłonił głowę.

– Panie Bartoszu, mam wiadomość. Można dziś załatwić sprawę, na którą pan czekał.

– Gdzie?

– W domu przy drodze pod zamek. Przed południem będzie tam odpowiednia osoba.

Nie dodał nazwiska, a Bartosz o nie nie zapytał. Młodzieniec nie wyglądał na człowieka, który lubi długie rozmowy. Bartosz znał go z widzenia i wiedział, komu służy. Gdyby wiadomość przyniósł obcy, nie wystarczyłaby sama uprzejmość.

– Dziękuję. Możesz przekazać, że przyjadę.

Posłaniec skinął głową i wyszedł. Błażej popatrzył za nim.

– Znowu sprawy majątkowe?

– Między innymi.

– Tyle pan jeździ po świecie, a ziemia nadal leży w tym samym miejscu.

– Właśnie dlatego muszę do niej czasem wracać.

Dokończył śniadanie, zapłacił za nocleg i kazał osiodłać wałacha. Zanim wyjechał, wypytał Błażeja o człowieka, do którego ten zwracał się w sprawie żony. Zapamiętał ulicę i nazwisko medyka. Potem wyprowadził konia na drogę.

Przy Rynku stało więcej ludzi niż poprzedniego dnia. Między wozami krążyli miejscy słudzy, a z jednej z ulic dochodził gwar zbiegowiska. Bartosz minął grupę, która rozmawiała o kupcu znalezionym martwym w składzie. Usłyszał nazwisko Chmiela i wzmiankę o nieznanym robotniku.

– Pewnie uciekł z pieniędzmi – mówił ktoś.

– Pieniądze zostały na stole – sprzeciwił się drugi.

– To może kupiec go nie opłacił.

Bartosz nie zwolnił. Człowiek, którego szukali, wynajmował izbę i przedstawiał się jako Witek. Gdyby wrócił w te same miejsca, zaczęliby przyglądać mu się uważniej. Pan Karski mógł tymczasem przejechać przez pół miasta, witając znajomych i rozmawiając o pogodzie. Nie oznaczało to pełnego bezpieczeństwa. Zapamiętana twarz nie zmieniała się wraz z kaftanem.

Na skrzyżowaniu zatrzymał się, by przepuścić wóz z kamieniami. Zobaczył swoje odbicie w przyciemnionej szybie opartej przy warsztacie szklarza: jasne włosy pod dobrą czapką, spokojne oczy, ramię opierające się swobodnie na siodle. Człowiek, któremu otwierano bramy. Człowiek, który dzień wcześniej nosił cudze bele za umówioną zapłatę.

Ruszył w stronę Wawelu.

* * *

Dom stał przy ulicy, którą z miasta podążano ku królewskiemu zamkowi. Z zewnątrz nie wyróżniał się od sąsiednich kamienic poza tym, że przy bramie czekało dwóch uzbrojonych ludzi w podobnych barwach. Jeden przytrzymywał konia, drugi przyjmował przybywających. Bartosz znał ich obu, lecz żaden nie powitał go znajomym uśmiechem.

– Do pana kanclerza? – zapytał starszy.

– Tak. Uprzedzono o moim przyjeździe.

Strażnik spojrzał na twarz Bartosza, potem na koński łeb.

– Zostaw konia na podwórzu. Przyjmie go stajenny.

Nie żądał glejtu. Bartosz także nie zamierzał go pokazywać. Przed rokiem bywał w tym domu jako człowiek polecany przez kanclerza, a gospodarze pamiętali jego nazwisko. Wystarczyło tyle, ile potrzebowało zwykłe spotkanie dwóch szlachciców połączonych wspólnym interesem.

W sieni pachniało mokrymi płaszczami i świecowym woskiem. Pod ścianą siedzieli petenci, dwaj miejscy urzędnicy rozmawiali przy oknie, a pisarz z piórem wetkniętym za ucho wyczytywał nazwiska z kartki. Bartosz przywitał się z nim i otrzymał polecenie przejścia na piętro. Uśmiechnął się do czekających, nie zatrzymał jednak przy żadnym. Sądowe prośby, spory o dobra i pisma do króla mogły zająć cały dzień. On nie miał nic do załatwienia publicznie.

W izbie na piętrze czekał przez kilka minut. Na stole stał dzban z wodą. Obok leżała para rękawic i książka otwarta na środku. Bartosz przyjrzał się tytułowi, lecz jej nie ruszył. Zza drzwi dobiegał głos człowieka mówiącego szybko o pieniądzach należnych za służbę wojskową. Odpowiadał mu ktoś spokojniejszy, przerywając co jakiś czas pytaniem. Rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym przybysz wyszedł z zaciśniętymi ustami.

Dopiero wtedy zaproszono Karskiego.

Jan Zamoyski stał przy szerokim stole, na którym piętrzyły się listy. Miał na sobie ciemny strój, bez ozdób utrudniających pracę. Nie wyglądał jak człowiek szykujący się do uroczystego przyjęcia, choć Bartosz widział go już w stroju, który kosztowałby więcej niż cały roczny zarobek porządnego rzemieślnika. Przy kanclerzu łatwo było zapomnieć, że jeden człowiek może zarazem zajmować się sądem, wojskiem i sprawami króla. Na stole wszystkie te rzeczy mieszały się ze sobą.

– Panie Karski – powiedział Zamoyski. – Wróciłeś szybko.

Bartosz skłonił głowę.

– Tak, panie kanclerzu.

– Usiądź. Masz coś dla mnie?