Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Mikołaj zarabia na wypędzaniu demonów. Jest w tym całkiem dobry (w sumie dlatego, że dotąd żadnego jeszcze nie spotkał).
Były żołnierz przemierza wsie i miasteczka, uwalniając ludzi od klątw, duchów i wszelkiego rodzaju diabelstwa. Najczęściej wystarczy trochę sprytu, kilka odpowiednio dobranych słów i przekonujące przedstawienie, by wdzięczni gospodarze sięgnęli po swoje sakiewki.
Wszystko się zmienia, gdy Mikołaj spotyka Krzywca, prawdziwego czarta. Niskiego, pękatego, złośliwego i obdarzonego apetytem, którego nie zaspokoiłaby nawet najlepiej zaopatrzona karczma. Nieproszony towarzysz szybko odkrywa, że ludzkie kłopoty bywają doskonałą okazją do zdobycia sera, pieczywa i innych przysmaków.
Gdy bogaty szlachcic proponuje Mikołajowi wyjątkowo dobrze płatne zlecenie, wszystko zapowiada się na kolejny łatwy zarobek. Tym razem jednak za pozornie niewinne oszustwo przyjdzie zapłacić ludziom, którzy nie mają dokąd uciec.
„Niech go Czart: Nowicjusz” to pełna humoru, niebezpieczeństw i słowiańskich wierzeń opowieść o oszuście, który nieoczekiwanie trafia na najlepszego i najbardziej żarłocznego towarzysza w swoim życiu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 323
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział I. Wypędzacz
Mikołajowi łzawiły oczy od dymu, lecz uznał, że wygląda dzięki temu bardziej przekonująco.
Stał pośrodku izby z gałązką jałowca w jednej ręce i glinianą misą w drugiej. Na dnie misy tliły się zioła, które kupił od zielarki za trzy grosze. Kobieta zapewniała, że pomagają na kaszel. On zapewniał właśnie trójkę wystraszonych ludzi, że odpędzają czarty. Każdy, jak widać, znał się na czym innym.
– Jeszcze raz – polecił. – Kiedy usłyszeliście te uderzenia?
Gospodarz, szeroki w ramionach chłop o spracowanych dłoniach, przestąpił z nogi na nogę.
– Zawsze po ciemku. Jak wiatr od lasu idzie. Najpierw raz, potem trzy razy, a później jakby ktoś pięścią walił. W sobotę tak zatrzęsło ścianą, że dzieciak się ze snu zerwał.
– Nie tylko ścianą – wtrąciła jego żona. – W piecu też coś szura. I mleko skwaśniało.
– Mleko stało przy ogniu od rana – zauważył chłop.
Kobieta zgromiła go wzrokiem.
– A ty po czyjej stronie jesteś, Macieju?
Mikołaj uniósł gałązkę, zanim rodzinny spór odebrał mu należną powagę.
– Po żadnej. Oboje mówicie prawdę, tylko nie każdy znak należy rozumieć osobno.
Był to jeden z jego najlepszych sposobów. Dwoje ludzi mogło przeczyć sobie przez pół dnia, ale gdy oznajmił, że każde widziało jedynie część większego nieszczęścia, zaczynali słuchać zgodnie.
Przy drzwiach stała ich córka, może piętnastoletnia, z chustką zaciśniętą w obu dłoniach. Od początku przyglądała mu się uważniej niż rodzice. Mikołaj nie wiedział, czy ze strachu, czy z podejrzliwości. Wolał nie sprawdzać.
– Panie – odezwała się – a co się stanie, jak to znowu zacznie stukać?
– Nie zacznie.
– A jeśli jednak?
– Wtedy przyjedziecie po mnie, a ja dokończę robotę. Bez drugiej zapłaty.
Maciej podniósł głowę. Takie zapewnienie działało na niego lepiej niż dym.
– Naprawdę?
– Powiedziałem przecież.
Mikołaj mógł sobie pozwolić na obietnicę. Tego ranka, jeszcze przed rozpoczęciem obrzędu, obejrzał izbę, komorę i ścianę od podwórza. Kiedy podmuch poruszył obluzowaną deską pod okapem, usłyszał znajome głuche łomotanie. Deska uderzała końcem o belkę, a dźwięk niósł się po drewnie tak, że w środku trudno było rozpoznać jego źródło. Wystarczyło wbić pod nią mocny klin, który strugał przy studni niemal pół godziny. Teraz mogło wiać, ile chciało.
Pozostało wypędzić to, czego nigdy tam nie było.
– Otwórzcie okiennicę – powiedział. – Dym musi mieć którędy wyjść.
Maciej zawahał się.
– A to zło nie wyjdzie razem z nim?
– Właśnie o to chodzi.
– Ale na podwórzu stoi krowa.
Mikołaj przyjrzał mu się, nie zmieniając wyrazu twarzy.
– Krowie nic nie będzie.
– Bo ona cielna.
– Tym bardziej nie będzie jej zaczepiał.
Nie wiedział, dlaczego ciężarna krowa miałaby stanowić przeszkodę dla czarta, ale pewność w głosie okazała się wystarczająca. Córka uchyliła okiennicę. Wraz z chłodnym powietrzem do izby wpadł zapach mokrego podwórza.
Mikołaj zamknął oczy, odczekał chwilę i wypowiedział kilka słów w języku, którego nie znał nikt na świecie. Składał je z sylab zasłyszanych dawno temu od żołnierzy, kupców i pijanych pielgrzymów. Różni ludzie pytali go czasem, czy przemawia po łacinie. Odpowiadał wtedy, że nie wszystko, co skuteczne, musi być zrozumiałe.
Zatoczył misą krąg nad podłogą. Maciej cofnął się odruchowo, gdy drobne iskry posypały się na glinę.
– Podejdźcie do progu. Wszyscy.
Rodzina stanęła pod drzwiami. Mikołaj przeciągnął gałązkę wzdłuż ławy, dotknął nią pieca, a potem z rozmachem uderzył w słup przy ścianie. Huk był na tyle głośny, że dziewczyna pisnęła.
– Widzicie? – powiedział. – Nie chce odejść.
Sam też usłyszał coś za piecem. Krótkie chrząknięcie, jakby ktoś stłumił kaszel. Uznał, że to mysz albo sadza osypująca się w przewodzie. Nie pierwszy raz podczas obrzędu zwyczajne odgłosy przychodziły mu z pomocą.
– Zostaw tę chałupę! – ryknął w stronę paleniska. – Nie ma tu dla ciebie miejsca!
Ponownie rozległo się chrząknięcie, tym razem dłuższe.
Mikołaj odwrócił się ku gospodarzom i szerokim ruchem uniósł obie ręce.
– Koniec. Poszło.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Ogień w piecu trzaskał spokojnie, na okiennicy poruszała się smuga światła. W ciszy dobrze było słychać, jak Maciej ciężko oddycha.
– To już? – zapytała żona.
– Chcieliście, żebym jeszcze godzinę krzyczał? – Mikołaj opuścił ręce. – Odeszło. Teraz musicie przewietrzyć izbę i przez trzy dni nie zasłaniać tej ściany żadnymi szmatami. Takie rzeczy lubią ciasne, ciemne kąty.
Wymyślił to ostatnie zdanie na poczekaniu. Przy odrobinie szczęścia gospodarze odsuną graty i znajdą kilka mysich gniazd. Będą mieli kolejny dowód, że potrzebowali pomocy.
Maciej przeżegnał się i podszedł bliżej.
– Człowiekowi trudno uwierzyć, że tak szybko.
– A wolałbyś dłużej?
– Nie, broń Boże. Tylko tyle nocy nie spaliśmy...
– To się wreszcie wyśpicie.
Mikołaj odstawił misę na ławę i wytarł dłonie w skraj płaszcza. Dbał o to, aby ostatnie ruchy były spokojne. Ludzie najchętniej płacili temu, kto po cudzie zachowywał się tak, jakby właśnie naprawił płot.
Gospodyni przyniosła zawiniątko z monetami i położyła je na stole. Mikołaj przesunął je ku sobie, ale nie rozwiązał od razu. Wypadało chwilę poczekać.
– Jest tyle, ile ustaliliśmy – zapewnił Maciej. – A żona jeszcze kawał wędzonki przygotowała na drogę.
Teraz Mikołaj rozwinął szmatkę. Przeliczył pieniądze ostrożnie, bez pośpiechu. Brakowało dwóch groszy.
– Zdaje mi się, że coś umknęło.
Gospodarz zaczerwienił się.
– Tyle udało się zebrać. A dwie monety miały być na kowala, bo koń od wiosny...
Mikołaj spojrzał na niego, potem na kobietę i córkę, które czekały na odpowiedź. Znał ten rodzaj ciszy. W jednej chwili mógł zażądać całości i dostać ją, jeśli tylko odczeka dostatecznie długo. Zamiast tego zwinął szmatkę i schował ją za pas.
– Niech koń ma kowala. Mnie wystarczy to, co jest.
Maciej rozpromienił się tak, jakby Mikołaj podarował mu całą stajnię.
– Pan to jednak dobry człowiek.
– Powtarzają mi to w każdej wsi.
Nie powtarzali. Najczęściej mówili, że jest drogi. Ale gospodarz nie musiał znać wszystkich opinii.
Gospodyni podała zawiniętą w płótno wędzonkę. Mikołaj wziął ją z wdzięcznością nie mniejszą niż pieniądze. Sądząc po zapachu, posiłek był lepszy od tego, co czekało go na gościńcu.
– Zostańcie jeszcze – poprosiła kobieta. – Posiedźcie z nami, póki dym nie wyjdzie. A może coś zjecie?
– Dziękuję. Muszę tylko dokończyć jedną rzecz. Sam. Kiedy zło odchodzi, czasem zostawia ślad i nie powinien go dotykać nikt poza tym, kto przeprowadził obrzęd.
Maciej natychmiast wyprowadził rodzinę na podwórze. Zamknął za sobą drzwi tak delikatnie, jakby bał się obudzić dziecko.
Mikołaj poczekał, aż odgłosy kroków ucichną. Dopiero wtedy odetchnął pełną piersią, zakaszlał od własnego dymu i otworzył drugą okiennicę.
– A żeby cię... – mruknął, stawiając misę na ziemi. – Tyle hałasu o jedną deskę.
– Krzywiec widział gorsze przedstawienia – odezwało się zza pieca. – Ale dawno temu. I wtedy przynajmniej było więcej ognia.
Mikołaj zamarł z ręką na okiennicy.
W domu nie powinno być już nikogo.
Odwrócił głowę w stronę pieca. Za jego szerokim bokiem, gdzie ściana cofała się do niewielkiej wnęki, panował półmrok. Leżała tam stara miotła i zwinięty worek. Nic się nie poruszało.
– Wyłaź – powiedział.
– Krzywiec właśnie się zastanawia, czy warto.
Głos był niski i chrapliwy, jak u człowieka, który dopiero co wypił za dużo gorzałki. Dochodził jednak z tak niewielkiej wysokości, że Mikołaj mimo woli spojrzał pod ławę.
– Nie mam czasu na żarty. Jeśli któryś z domowników cię nasłał, to niech sam przyjdzie odebrać zapłatę za dowcip.
– Krzywiec widział, jak Mikołaj wsadzał klin pod deskę. Bardzo dzielna walka.
To sprawiło, że Mikołaj przestał myśleć o dowcipie. O klinie wiedział tylko on. Działał przy pustym obejściu, zanim gospodarz przyprowadził rodzinę do środka.
Coś zachrzęściło we wnęce. Miotła przechyliła się na bok, a spoza pieca wysunęły się długie, ciemne palce.
Mikołaj cofnął się odruchowo i zawadził łydką o ławę.
– Kto tam jest?
– Krzywiec. Przecież Krzywiec powiedział.
Ze szpary pomiędzy piecem a ścianą wygramoliło się stworzenie, jakiego Mikołaj nigdy przedtem nie widział. Najpierw ukazał się szeroki, włochaty pysk, potem obłe ramiona i brzuch, który ledwie mieścił się w przejściu. Stwór miał wzrost małego dziecka, lecz proporcje tak osobliwe, że przypominał człowieka narysowanego przez kogoś, kto nigdy żadnego nie widział. Długie ręce sięgały niemal do ziemi. Nogi były krótkie i wykrzywione na zewnątrz. W gęstej, ciemnobrązowej sierści tkwiły okruchy słomy.
Na moment utkwił w szczelinie.
– Piec stoi źle – oznajmił z wyrzutem.
Mikołaj patrzył, jak stworzenie przytrzymuje się jedną dłonią ściany, wciąga brzuch i wydostaje na środek izby.
Nawet wtedy, gdy już stało przed nim, nie potrafił uwierzyć, że jest prawdziwe.
– Dobry Boże – wyszeptał.
– Krzywiec słyszał też lepsze powitania.
Stworzenie podeszło do misy, powąchało dym i skrzywiło szeroki pysk. Spod warg wyjrzały drobne, ostre zęby. Oczy miało żółtawe, osadzone głęboko pod ciężkimi brwiami.
– To miało wypędzić demona? – zapytało. – Tym można wypędzić domowników. Chociaż widząc ich miny, Krzywiec przyznaje, że to się udało.
Mikołaj uniósł prawą dłoń, nakazując ciszę. Drugą przesunął ku rękojeści szabli.
– Stój tam, gdzie stoisz.
– Krzywiec stoi. Nie trzeba Krzywcowi opowiadać, co Krzywiec robi.
– Kto cię tu wpuścił?
– Drzwi były otwarte.
– A potem schowałeś się za piecem?
– Za piecem było ciepło. Krzywiec nie wiedział, że ktoś zamierza wędzić całą izbę.
Mikołaj rzucił okiem ku drzwiom. Do nich miał może cztery kroki. Między nim a stworzeniem stał stół, pod ścianą biegła długa ława, a przy piecu leżał pogrzebacz. Nie było tu wiele miejsca na szermierkę, lecz stworzenie również nie miało dokąd się rozpędzić.
Ostrożnie wysunął szablę z pochwy.
– Teraz słuchaj. Nie wiem, czym jesteś ani kto wymyślił ten dowcip. Jeśli umiesz mówić, umiesz też zrozumieć, że wyjdziesz stąd przede mną.
Krzywiec przechylił głowę, obejrzał ostrze i usiadł na ławie.
– Krzywiec zrozumiał. Człowiek z nożem boi się małego stworzenia.
– To szabla.
– Krzywiec zauważył, że człowiek lubi wyjaśniać rzeczy oczywiste.
Mikołaj zrobił krok w jego stronę. Czart zsunął się na ziemię i zaskakująco szybko przemknął za nogę stołu. Nie wyglądał na kogoś, kto potrafi biegać, ale jego ciężar najwyraźniej nie przeszkadzał mu na krótkim odcinku. Zanim Mikołaj obszedł róg blatu, stwór wspiął się na ławę i chwycił półki nad nią.
– Zejdź!
– Krzywiec dopiero wszedł.
Mikołaj podniósł ostrze, żeby odciąć mu drogę do wyjścia. Nie zamierzał ciąć, dopóki nie dowie się, czy istota jest groźna. Jeszcze niedawno kilka razy przytrzasnął rękę dzieciakowi, który próbował okraść go z jedzenia, i wystarczyło mu potem patrzenia, jak chłopak płacze. Nie chciał powtarzać podobnych głupstw z czymś, czego nawet nie umiał nazwać.
Krzywiec sięgnął po gliniany garnek stojący na półce.
– Odłóż to.
– Krzywiec sprawdza, czy dobrze stoi.
Garnek spadł. Mikołaj uskoczył i usłyszał, jak naczynie rozbija się o ubite klepisko. Przez izbę potoczyły się dwa cebulowe łby. Gdy odruchowo spojrzał pod nogi, czart znalazł się już na stole.
– Ty mały skurczybyku!
– Krzywiec mógłby się obrazić, gdyby wiedział, co to znaczy.
Mikołaj zaklął i zamachnął się płazem szabli, celując nad stołem, gdzie przed chwilą stał przeciwnik. Krzywiec pochylił się tak szybko, że ostrze przecięło tylko powietrze. W tej samej chwili Mikołaj zahaczył łokciem o stojący przy ścianie stołek. Mebel przewrócił się z hukiem.
– Uważaj! – zawołał czart. – Krzywiec nie chce, żeby ktoś powiedział, że Krzywiec zniszczył całą chałupę.
– A kto zrzucił garnek?
– Garnek nie chciał dalej stać.
Mikołaj zmienił chwyt na rękojeści i cofnął się o krok. Nie należało gonić przeciwnika po tak ciasnej izbie. Znał tę zasadę z walk znacznie poważniejszych niż obecna gonitwa. Przy drzwiach mógłby utrzymać dystans i zmusić stworzenie do pozostania po drugiej stronie stołu.
Zajął więc przejście, opierając lewą dłoń o odrzwia. Krzywiec przykucnął na blacie, a jego brzuch ułożył się na kolanach jak wypchany worek.
– Czego chcesz? – spytał Mikołaj.
– Na razie Krzywiec chciał zobaczyć, jak Mikołaj będzie dalej wypędzał demona.
– To od początku było twoje dzieło? Stukałeś nocami po ścianach?
– Krzywiec nie potrzebuje deski, żeby narobić hałasu.
– Czyli jesteś... – Mikołaj urwał.
Stworzenie popatrzyło na niego wyczekująco.
Nie chciał wypowiedzieć tego słowa. Przez lata opowiadał o czartach ludziom, którzy bali się nocnego stukania, choroby bydła i własnych snów. Było mu wygodnie uważać, że świat jest pełen przesądów, ale ubogi w nadzwyczajne zjawiska. Teraz miał przed sobą coś, co wygodnym przekonaniom zupełnie nie odpowiadało.
– Jakiegoś człowieka zrobili z ciebie? – zapytał. – Choroba? Przebranie? Pod tą sierścią ktoś siedzi?
Krzywiec rozejrzał się po własnym brzuchu.
– Krzywiec nie zauważył nikogo w środku. Ale gdyby znalazł się tam jeszcze ktoś, trzeba by dawać dwa razy więcej jeść.
Mikołaj przetarł twarz. Może jednak rano nie należało kończyć gorzałki, która została mu po noclegu. Tyle że nie był pijany. Czuł chłód od otwartego okna, ból starego zgrubienia na palcu, nawet drobny kamyk w bucie. Nie śnił.
– Podejdź tu – polecił.
– Krzywiec już podchodził. Mikołaj wymachiwał wtedy szablą.
– Nie uderzę cię.
– Krzywiec nie słyszał przekonującego zapewnienia.
Mikołaj wsunął szablę do pochwy. Dopiero gdy stal całkiem zniknęła, czart przeszedł do skraju stołu i wyciągnął rękę, jakby oczekiwał zaproszenia. Mikołaj zbliżył się powoli.
– Daj łapę.
– A po co?
– Chcę sprawdzić, czy jesteś prawdziwy.
– Krzywiec też chciałby to wiedzieć o Mikołaju. Jeszcze nigdy nie widział wypędzacza, który krzyczy na deskę.
Mikołaj chwycił dwa długie palce stworzenia. Były ciepłe, pokryte szorstką skórą. Czart ścisnął jego dłoń na tyle mocno, żeby nie było wątpliwości, że czuje dotyk, po czym puścił. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.
– No dobrze – powiedział Mikołaj, choć dobrze nie było ani trochę.
Przyjrzał się niewielkiej dłoni. Paznokcie przypominały przyciemnione od brudu pazury, ale poruszały się z niemal ludzką zręcznością. Czuł jeszcze nacisk na palcach. Żadne przebranie nie mogło sprawić, żeby ręka była jednocześnie tak długa i należała do kogoś ledwie sięgającego mu kolana.
– Czart – wypowiedział w końcu.
– Krzywiec.
– Czart imieniem Krzywiec.
– To już bliższe prawdy.
Mikołaj usiadł powoli na ławie. Za plecami usłyszał stłumione głosy z podwórza, na razie dalekie. Gospodarze nie będą przecież czekać w nieskończoność.
– Nie mam pojęcia, co z tobą zrobić – przyznał.
– Krzywiec też się nad tym zastanawia. Mikołaj zrobił wiele dymu, wymachał gałęzią i otrzymał pieniądze. Może teraz Mikołaj kupi Krzywcowi śniadanie.
– Za jakie zasługi?
– Za nieprzeszkadzanie w obrzędzie.
Mikołaj spojrzał na rozbity garnek, rozsypaną cebulę i leżący na ziemi stołek.
– Rzeczywiście. Prawdziwy wzór powściągliwości.
– Krzywiec mógł przeszkodzić wcześniej. Wtedy Mikołaj nie dostałby ani grosza.
Nie było w tym łatwo znaleźć błędu. Właśnie to zirytowało Mikołaja najbardziej.
Z zewnątrz dobiegło skrzypnięcie furtki, a zaraz potem kroki. Ktoś zbliżał się do drzwi. Mikołaj odruchowo podniósł stojący stołek.
– Siedź cicho – szepnął do czarta. – Ani słowa.
Krzywiec rozłożył ręce.
– Krzywiec jeszcze nie zdążył...
– Cicho!
Klamka drgnęła.
– Panie Mikołaju? – rozległo się za drzwiami. – Wszystko dobrze?
Maciej zajrzał ostrożnie. Jego wzrok przesunął się od dymiącej misy do przewróconego stołka, a potem do odłamków garnka. Krzywiec siedział na skraju stołu, dokładnie pomiędzy nimi, z nogami rozstawionymi na boki.
Gospodarz nawet nie drgnął.
– Co się tutaj stało? – zapytał.
Mikołaj stał z jedną dłonią opartą o stołek. Serce waliło mu mocniej niż podczas niejednej potyczki. Maciej spojrzał prosto na czarta, po czym znów przeniósł wzrok na potłuczone naczynie.
– Musiałem coś rozbić – odparł Mikołaj.
– Garnek widzę.
– Właśnie o to chodzi. Ostatnie ślady były w nim ukryte. Nie chciałem ryzykować, że po wszystkim coś jeszcze zostanie.
Maciej przez chwilę przyglądał się skorupom.
– To garnek po mojej matce.
Mikołaj poczuł znajome ukłucie niezadowolenia. Pech chciał, że z całego naczynia gospodarstwa czart musiał strącić akurat rodzinny skarb. Zwykle takie rzeczy nie kończyły się dobrze dla sakiewki.
– Przykro mi – powiedział. – Weźcie monetę z zapłaty i kupcie nowy. Tego nie powinniście trzymać, skoro już pękł.
Maciej zmieszał się.
– Nie o pieniądze chodzi. Tylko ona go jeszcze lepiła.
– Rozumiem.
Mikołaj naprawdę zrozumiał, że powinien zamilknąć. Zostawił wieśniaka z jego wspomnieniem, zamiast przekonywać, że obcy garnkarz zrobi lepsze naczynie.
Krzywiec tymczasem sięgnął długim palcem do zawiniątka z wędzonką leżącego na ławie. Mikołaj przypomniał sobie, że zostawił je tam przed szamotaniną. Czart pociągnął tkaninę ku sobie. Materiał przesunął się po drewnie.
– Coś się rusza? – zapytał Mikołaj, zanim zdążył się powstrzymać.
– Co takiego?
– Na ławie. Widzicie coś?
Maciej obejrzał się.
– Wasze mięso. Chcieliście, żebym je jeszcze zawinął?
Krzywiec wysunął spod płótna kawał wędzonki i uniósł go do pyska. Maciej śledził zwisający koniec tkaniny, który powoli zsuwał się za krawędź ławy. Kiedy pojawił się nad nim kawał mięsa, gospodarz ściągnął brwi.
Mikołaj rzucił się do ławy i przycisnął zawiniątko dłonią.
– Nie trzeba – odparł szybko. – Sam dopilnuję.
Czart cofnął palce. W pysku został mu nieduży kęs.
– Macie jeszcze jakieś pytania? – zapytał Mikołaj gospodarza.
– Właśnie chciałem zapytać, czy można już piec rozpalić mocniej.
– Można. Najpierw wyrzućcie te skorupy, a podłogę dobrze zamiećcie.
Maciej skinął głową, lecz nie odchodził.
– Myśmy naprawdę myśleli, że ktoś tam siedzi – odezwał się w końcu ciszej. – Żona się bała, mała do ciotki chciała jechać. A ja już sam nie wiedziałem, co robić. Sąsiad mówił, żeby całą ścianę rozebrać.
Mikołaj popatrzył na spracowane dłonie mężczyzny. Gospodarz starał się wyglądać na spokojnego, ale wciąż nerwowo ściskał czapkę. Siedzący za nim czart żuł cudze mięso tak, jakby ludzkie troski go nie dotyczyły.
– Ściana jest porządna – powiedział Mikołaj. – Niczego nie rozbierajcie. I nie dajcie się namówić na kolejne wydatki, jeśli ktoś zacznie opowiadać, że po mojej robocie trzeba jeszcze odprawiać inne obrzędy.
– Nie damy. A ze ścianą... Będzie wam łatwiej uwierzyć, gdy powiem, że nawet przez myśl mi to nie przeszło?
– Nie będzie – odparł chłop z nieoczekiwaną szczerością.
Mikołaj roześmiał się krótko. Jego śmiech był prawdziwy, co zdarzało się rzadziej, niż pragnąłby przyznać.
Maciej odwzajemnił uśmiech. Podszedł do drzwi, ale jeszcze się zatrzymał.
– Jedno tylko. Z tą krową na pewno wszystko będzie dobrze?
– Jeśli dobrze ją karmicie i nie trzymacie na przeciągu, to jest taka nadzieja.
Odpowiedź chyba nie całkiem mu się spodobała, jednak wyszedł, by przekazać ją żonie.
Mikołaj zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. Krzywiec położył pozostały kawał mięsa na stole, jakby nic się nie wydarzyło.
– On cię nie widział – powiedział Mikołaj.
– Krzywiec zauważył.
– Patrzył na ciebie. Prosto na ciebie. I nie widział.
– To Mikołaj się na tym zna. Krzywiec nie zamierza się spierać.
– Jak to zrobiłeś?
Czart otarł palce o własną sierść.
– Krzywiec nie chciał, żeby gospodarz Krzywca widział.
– A ja?
– Mikołaj chciał wiedzieć, kto siedzi za piecem.
– Nie chciałem! – Mikołaj przypomniał sobie, że jego sprzeciw brzmi niedorzecznie. – Pytałem, kto tam jest. To co innego. Chcesz powiedzieć, że sam postanawiasz, kto cię zobaczy?
– Mikołaj wreszcie powiedział coś rozumnego.
Mikołaj zerknął na zamknięte drzwi. Miał wrażenie, że wypędzony nieistniejący demon był prostszym problemem niż widzialny tylko dla niego czart, który potrafił kraść wędzonkę na oczach gospodarza.
– A słyszeć cię mogą?
– Jeśli Krzywiec mówi głośno, ludzie mają uszy.
– Czyli kiedy on tu stał, mogłeś otworzyć pysk i wszystko zepsuć.
– Krzywiec mógł. Ale Krzywiec chciał zobaczyć, ile kłamstw Mikołaj zmieści w jednym oddechu.
– I jak?
– Wystarczyłoby na dwa obrzędy.
Mikołaj usiadł na ławie i powoli odsunął mięso od stworzenia. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Całe zajście trwało najwyżej kilka chwil, a miał wrażenie, jakby przez godzinę mierzył się z uzbrojonym przeciwnikiem.
– Powiedz mi jedno. Po co się pokazałeś?
– Bo Mikołaj jest wypędzaczem demonów.
– Ludzie tak mówią.
– A Krzywiec chciał poznać fachowca.
W sposobie, w jaki czart wymówił ostatnie słowo, było tyle szczerej uciechy, że Mikołaj od razu wiedział, iż nie usłyszy końca tej historii.
– Nie jestem żadnym fachowcem – przyznał półgłosem.
– Krzywiec wie.
Mikołaj spojrzał na niego ostro. Przed kilkoma chwilami był gotów zranić go szablą, a teraz rozmawiał z czartem o własnej pracy. Zorientował się, że tego dnia stracił coś znacznie cenniejszego od dwóch groszy: pewność, iż na świecie nie ma niczego, czego nie dałoby się wytłumaczyć.
– Dobrze. Już zobaczyłeś. Teraz sobie idź.
– Krzywiec też zamierza iść.
– Świetnie.
– Z Mikołajem.
Mikołaj miał gotową odpowiedź, lecz zatrzymała mu się na języku. Przez chwilę przyglądał się czartowi, szukając na jego pysku oznak kpiny. Nie było ich trudno znaleźć. Z drugiej strony stworzenie najwyraźniej mówiło poważnie.
– Nie – oznajmił Mikołaj. – Nie, mój drogi. Tego nie będzie.
– Krzywiec nie słyszał jeszcze propozycji.
– Właśnie ci ją składam. Wynoś się. Możesz wrócić za piec, możesz zamieszkać w kominie albo pod stołem. Mnie wszystko jedno.
– Krzywiec za piecem mieszkał zbyt długo. Nudziło się tam.
– To znajdź sobie inne miejsce.
– Krzywiec znalazł.
Mikołaj zacisnął usta. Nie zamierzał dyskutować dalej. Owinął wędzonkę, podniósł misę i zebrał swoje rzeczy. Spod stołu wyciągnął woreczek z suszonymi ziołami, do kieszeni schował skrzętnie zapisaną kartkę z wymyślonymi słowami. Używał jej tylko wtedy, kiedy trzeba było przekonać kogoś bardziej uczonego. Dziś nie była potrzebna.
Krzywiec śledził te czynności z taką uwagą, jakby zamierzał przejąć po nim zawód.
– A ten woreczek? – zapytał.
– Co z nim?
– Krzywiec widział podobne zioła za oborą. Rosły tam, gdzie gospodarz wylewał pomyje.
– Te są suszone.
– Krzywiec widzi. Dlatego tak drogo kosztują.
Mikołaj przewiesił przez ramię torbę.
– Nie pokazuj się więcej temu człowiekowi. I nie ruszaj jego garnków.
– Krzywiec ma zakaz pokazywania się czy zakaz ruszania garnków?
– Jedno i drugie.
– Krzywiec pomyśli.
– Nie ma nad czym.
Otworzył drzwi i wyszedł na podwórze. Chłodne powietrze od razu przyniosło ulgę po zadymionej izbie. Gospodarz naprawiał zasuwkę u furtki, a jego żona z córką rozwieszały płótna do przewietrzenia. Mikołaj pożegnał się grzecznie. Maciej życzył mu szczęśliwej drogi i kilkakrotnie dziękował.
Stworzenie wyszło chwilę później. Nie przemknęło przez ścianę ani nie zniknęło w kłębie dymu. Przeszło zwyczajnie przez drzwi i zatrzymało się na progu, drapiąc za uchem.
Mikołaj miał ochotę znów wydobyć szablę. Powstrzymało go wspomnienie rozbitego garnka i fakt, że nikt na podwórzu nawet nie spojrzał w stronę czarta.
– Żegnaj – powiedział przez zęby.
Maciej odwrócił się zdziwiony.
– Już się żegnaliśmy, panie Mikołaju.
– Owszem. Tak tylko... raz jeszcze.
Skłonił się lekko, a potem skierował do szopy, w której stał jego koń.
Gniady wałach powitał go cichym parsknięciem. Mikołaj cenił zwierzę za spokojny charakter, mocne nogi i to, że od dwóch lat nie próbowało zrzucić go z siodła. Zwierzęta miały różne wady; jego koń wybrał sobie chciwość. Na widok owsa gotów był zapomnieć o każdym dawnym urazie.
Mikołaj rozwiązał uwiąz i wyprowadził wałacha. Zatrzymał się dopiero, gdy koń nastawił uszy i odskoczył od progu szopy.
Krzywiec stał tam z rękami na brzuchu.
– Koń jest rozsądniejszy od Mikołaja – ocenił. – Od razu zauważył, że ktoś przyszedł.
– Zwierzęta cię widzą?
– Krzywiec nie pytał konia.
Wałach prychnął ponownie. Mikołaj pogładził go po szyi i poprowadził kilka kroków dalej. Na szczęście zwierzę uspokoiło się, gdy czart przestał tarasować wyjście.
– Nie podchodź – ostrzegł Mikołaj. – Spłoszysz go.
– Krzywiec nie spłoszył konia. Koń przestraszył się sam.
– Różnica godna uczonego.
Wsunął stopę w strzemię i dosiadł wałacha. Chciał odjechać bez oglądania się, dopóki obecność czarta pozostawała sprawą, którą można było zostawić za sobą. Ruszył stępa ku drodze, minął studnię i drewniany płot. Dopiero za ostatnią chałupą poczuł, że coś ciągnie go za pas.
Odwrócił się gwałtownie.
Krzywiec trzymał jedną ręką skraj siodła i dreptał obok. Z powodu krótkich nóg musiał wykonywać dwa kroki na każdy koński, ale wcale nie wyglądał na zmartwionego.
– Co robisz?!
– Krzywiec idzie.
– To idź sobie w drugą stronę!
– W tamtą stronę nie ma karczmy.
Mikołaj zatrzymał wałacha. Ktoś pracujący na polu podniósł głowę, więc ściszył głos.
– Słuchaj uważnie. Nie wiem, dlaczego uczepiłeś się akurat mnie. Nie zamierzam dzielić się z tobą jadłem, pieniędzmi ani koniem. Wybierz sobie innego człowieka.
– Krzywiec widział innych. Nie byli tak ciekawi.
– Na tym świecie jest wielu ciekawszych ode mnie.
– Krzywiec na razie żadnego nie spotkał.
Trudno było przyjąć to za komplement. Zwłaszcza że czart mówił z pełnymi ustami. Skądś wyciągnął resztkę wędzonki, choć Mikołaj był pewien, że ma ją w torbie.
Zerknął do torby. W płótnie brakowało jeszcze jednego kawałka.
– Oddaj to.
– Krzywiec już zaczął jeść.
– To moje.
– Było bez opieki.
– Leżało przy mnie!
– Krzywiec widział, że Mikołaj pilnuje głównie własnej sakiewki.
Mikołaj zamknął oczy. Gdy otworzył je ponownie, dostrzegł na polu mężczyznę, który przerwał pracę i przyglądał mu się z oddali. Nie było sensu urządzać kolejnego przedstawienia przy świadkach. Mikołaj poprawił się w siodle i ruszył. Krzywiec podążył za nim, mrucząc coś o braku gościnności.
Droga schodziła łagodnie pomiędzy polami. Po deszczach pozostały w koleinach płytkie kałuże, ale nie było błota do kolan, z jakim Mikołaj mierzył się niegdyś podczas żołnierskich marszów. Za ostatnimi zagrodami wiatr niósł zapach ścierniska i dymu z ognisk.
– Dlaczego cię widzę? – zapytał w końcu.
– Bo Krzywiec pozwala.
– Po co?
– Żeby Mikołaj nie rozmawiał z pustym miejscem.
– Rozmawiam z tobą i wcale nie wyglądam przez to mądrzej.
– Krzywiec nie obiecywał cudów.
Mikołaj przez chwilę milczał. Kiedy obejrzał się ponownie, czart nadal szedł przy koniu. Oddychał swobodnie. Krótkie nogi poruszały się zadziwiająco szybko, choć droga zaczynała prowadzić pod górę.
– Zatrzymaj się – polecił.
– Po co?
– Bo zaczynam podejrzewać, że będziesz tak szedł aż do wieczora.
– Krzywiec też tak podejrzewa.
– Właśnie tego chcę uniknąć.
Mikołaj zsiadł przy piaszczystym poboczu. Poprawił popręg, chociaż ten nie wymagał poprawiania. Musiał zająć ręce czymś zwyczajnym, żeby nie wybuchnąć kolejną kłótnią. Krzywiec usiadł na kamieniu, oparł łokcie o kolana i patrzył.
– Powiedzmy, że ci uwierzę – zaczął Mikołaj. – Jesteś czartem, potrafisz znikać ludziom z oczu, a w dodatku posiadasz wybitny talent do kradzieży jedzenia. Czemu nie idziesz tam, gdzie chcesz? Po co ci człowiek?
– Krzywiec idzie tam, gdzie chce.
– Za mną.
– Na razie Mikołaj zmierza w dobrą stronę. W dobrej stronie są karczmy.
– Zmienisz zdanie, kiedy się okaże, że nie płacę za twoją strawę.
– Krzywiec widział już, że Mikołaj nie lubi płacić za niczyją strawę, nawet za swoją.
Mikołaj nie odpowiedział. Trafne uwagi są najprzykrzejsze wtedy, kiedy wypowiada je ktoś, kogo nie zapraszało się do rozmowy.
Wsunął rękę pod kołnierz i rozluźnił żupan. Od potu materiał przykleił mu się do pleców. Dawno temu kupił go od człowieka, któremu bardziej przydały się pieniądze niż porządne ubranie. Mikołaj wyczyścił ciemne sukno i doszył brakujący guz. Nadal wyglądał w nim wystarczająco dostojnie, by gospodarz wsi podawał mu lepszą ławę, zanim zapyta o imię. Szabla dopełniała obrazu. Blizna na lewym policzku sprawiała, że niewielu ludzi posądzało go o brak doświadczenia.
– Nie masz własnych zajęć? – spytał.
– Krzywiec ma.
– Jakich?
– Właśnie poznaje człowieka, który sprzedaje dym za pieniądze.
– Jeśli będziesz tak mówił przy klientach, poznamy też człowieka, który cię trafi szablą.
Krzywiec zerknął na broń u jego boku.
– Krzywiec radzi przedtem poćwiczyć w większej izbie.
Mikołaj nie znalazł odpowiedzi. Dosiadł wałacha i ruszył dalej, tym razem znacznie wolniej. Z początku był przekonany, że po kilkuset krokach czart się znudzi. Potem uznał, że po kilku kolejnych zakrętach będzie mieć dość maszerowania. Krzywiec nie dawał jednak oznak zmęczenia. Za to zaczął krytykować jakość drogi, stan przydrożnych płotów i sposób, w jaki Mikołaj trzymał wodze.
Po półgodzinie Mikołaj zdecydował, że dalsza podróż w ten sposób odbierze mu rozum. Zatrzymał konia przy niewielkim obejściu stojącym nieco na uboczu traktu.
– Chodź – rzucił. – Napoję konia i porozmawiamy jak ludzie.
– Krzywiec nie jest człowiekiem.
– Zdążyłem zauważyć.
* * *
Przy obejściu znajdowała się studnia z żurawiem, a nieco dalej stara ława, ustawiona pod ścianą stodoły. Gospodarzy nie było widać. Z pola za budynkami dochodziły jedynie odległe nawoływania, więc Mikołaj napoił konia, nie niepokojąc nikogo. Sam zaczerpnął chłodnej wody do dłoni i przemył twarz.
Stara blizna na policzku zaszczypała pod palcami. Przypomniał sobie, że w izbie przez chwilę naprawdę bał się ruszyć. Nie był z siebie zadowolony. Z drugiej strony każdy rozsądny człowiek bałby się choć trochę, gdyby spod pieca wyszedł mu włochaty stwór i zaczął wygłaszać uwagi o jakości wykonywanej pracy.
Krzywiec tymczasem wdrapał się na ławę. Znalazł wygodniejsze miejsce przy jej końcu i usiadł tak, że jego stopy nie sięgały ziemi. Przez chwilę oglądał zabłocone pazury, po czym zaczął bezwiednie machać nogami.
Mikołaj przywiązał konia do słupka i podszedł bliżej.
– Przynajmniej powiedz, czy Krzywiec to naprawdę twoje imię.
– Naprawdę.
– Dziwne.
– Krzywiec też nie jest zachwycony.
– Kto ci je nadał?
– Inne czarty.
Mikołaj zatrzymał się. Wiedział wprawdzie, że jeśli Krzywiec jest prawdziwy, mogą istnieć również podobne stworzenia. Dotąd jednak było to zmartwienie na później, a słowa „inne czarty” zabrzmiały tak zwyczajnie, jakby rozmówca wspominał sąsiadów z pobliskiej wioski.
– Dużo ich jest? – spytał ostrożnie.
– Zależy gdzie.
– W okolicy?
– Krzywiec nie robił rachunku.
– A skąd to imię?
Czart wypiął brzuch i wyprostował obie nogi. Były wyraźnie krótkie, a kolana i stopy układały się pod osobliwym kątem, jakby każda chciała iść we własną stronę. Machał nimi przez chwilę, aż Mikołaj zrozumiał.
– Z powodu nóg?
– Krzywiec nie uważa, żeby to było szczególnie dowcipne.
– Cóż. Trzeba im przyznać, że trafili.
– Krzywiec uważa, że wykazali się żałosnym brakiem wyobraźni.
Mikołaj usiadł na drugim końcu ławy. Dopiero teraz pozwolił sobie uważniej przyjrzeć się stworzeniu. Sierść na jego karku miała ciemniejszy odcień niż na brzuchu, a palce, choć długie i niezgrabne z wyglądu, poruszały się niemal bez przerwy. Całość była odpychająca i zabawna zarazem. Nie dostrzegał już w niej przebranego człowieka.
– Jak wolałbyś się nazywać?
– Krzywiec Wielki.
Mikołaj spojrzał najpierw na krótkie nogi, potem na brzuch czarta. Nie wytrzymał i roześmiał się głośno.
Krzywiec spojrzał na niego z urazą.
– Krzywiec mówił o rozumie.
– Tak, oczywiście. W takim razie wzrost i rozum muszą być u was podobnie mierzone.
– Mikołaj dopiero dzisiaj poznał czarta, a już stał się znawcą czarciego rozumu.
– A czego miałem się spodziewać? Pokazałeś się, zrzuciłeś garnek, wyjadłeś mi wędzonkę i nie chcesz odejść.
– Krzywiec nie zrzucił wędzonki.
– Wielka zasługa.
Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu. Mikołaj wyjął z torby bochenek i odkroił dwa kawałki, używając małego noża podróżnego. W pierwszym odruchu schował wszystko z powrotem. W drugim uznał, że pora skończyć z udawaniem, iż czart zniknie, kiedy przestanie na niego patrzeć.
Podał mu mniejszy kawałek.
– Masz. Ale to nie znaczy, że cię przyjmuję na służbę.
Krzywiec obejrzał chleb.
– Twardy.
– W takim razie oddaj.
Czart natychmiast wgryzł się w kromkę.
– Krzywiec nie mówił, że niejadalny.
Mikołaj oparł łokcie na kolanach. Był głodny, w torbie ubywało jedzenia, a przy nim siedział czart, który zdawał się nie rozumieć słowa „odejdź”. W innych okolicznościach uznałby, że natrafił na wyjątkowo wytrwałego oszusta. Tyle że ten oszust mógł się ukryć przed ludzkim wzrokiem i w dodatku naprawdę należał do świata, o którym Mikołaj dotąd opowiadał za pieniądze.
– Słuchaj, Krzywcu – powiedział w końcu. – Jadę do Olszyńca. Tam jest karczma, gdzie mogę przenocować i znaleźć jakieś zajęcie. Jeśli koniecznie chcesz iść w tę samą stronę, nie będę się z tobą bił na środku drogi. Ale po dotarciu na miejsce każdy rusza własnym traktem. Jasne?
Krzywiec skończył jeść i wyciągnął rękę po okruszek, który spadł na ławę.
– Krzywiec usłyszał, że będzie karczma.
– Usłyszałeś też resztę?
– Mikołaj powiedział bardzo dużo rzeczy. Krzywiec wybiera najważniejsze.
– Wybierz sobie również to, że nie pozwolę ci dobrać się do moich pieniędzy.
– Krzywiec nie interesuje się pieniędzmi.
– Doprawdy?
– Krzywiec interesuje się tym, co można za nie dostać.
Mikołaj powoli schował nóż. Miał przed sobą stworzenie, które nie prosiło o zgodę, nie uznawało odmowy i potrafiło odnaleźć słaby punkt w każdym jego zdaniu. Do tej pory uważał, że to on jest najtrudniejszym rozmówcą w okolicy. Nie spodziewał się, że przyjdzie mu dzielić drogę z kimś równie bezczelnym.
– Tylko do karczmy – powtórzył.
– Krzywiec rozumie.
Nie zabrzmiało to przekonująco, ale Mikołaj nie miał zamiaru sprawdzać cierpliwości czarta kolejnym sporem.
Wstał i odwiązał wałacha. Krzywiec zeskoczył z ławy, poprawił sierść na brzuchu i podszedł do konia. Zwierzę nadstawiło uszu, lecz tym razem się nie cofnęło. Czart wyciągnął długie ręce ku siodłu.
– Co znowu? – spytał Mikołaj.
– Krzywiec już dosyć szedł.
– Przecież mówiłeś, że lubisz chodzić.
– Krzywiec mówił, że idzie. To nie to samo.
Mikołaj obejrzał się na pusty trakt. Potem na konia i na niewielkiego czarta, który czekał z miną kogoś najzupełniej przekonanego o swojej racji.
– Na tył siodła. Nie dotykasz sakwy i trzymasz się, żebym cię nie zbierał z drogi. Za lasem jest karczma. Tam się rozstajemy.
– Krzywiec lubi, kiedy Mikołaj podejmuje rozsądne decyzje.
Wspiął się na siodło z pomocą strzemienia, przełożył nogi na jedną stronę i usadowił się za jeźdźcem. Mikołaj poczuł na plecach ciężar pękatego brzucha. Nie był tak duży, jak się spodziewał, ale stanowczo zbyt duży jak na kogoś, kogo nie zamierzał nigdzie zabierać.
Popędził wałacha do powolnego stępa.
Przez pierwsze kilkanaście kroków Krzywiec nie odzywał się ani słowem. Mikołaj uznał to za najlepszą chwilę od początku dnia. Potem usłyszał za plecami ciche mlaskanie.
– Co teraz jesz?
– Krzywiec znalazł ostatni kawałek wędzonki.
– Gdzie?!
– W torbie Mikołaja.
Mikołaj spojrzał przed siebie. Las zaczynał się niedaleko, a za nim powinny stać pierwsze zabudowania Olszyńca. Jeśli los miał choć odrobinę litości, znajdzie tam wygodne posłanie, ciepłą strawę i sposób, by pozbyć się nieproszonego gościa.
– Tylko do karczmy – powiedział jeszcze raz.
– Krzywiec słyszał.
Tym razem Mikołaj nie odpowiedział. Nie był pewien, czy bardziej niepokoi go czart siedzący za jego plecami, czy fakt, że zdążył się już przyzwyczaić do jego głosu.
Rozdział II. Tylko do karczmy
Mikołaj po raz trzeci poprawił pas przy siodle. Nie dlatego, że się poluzował. Po prostu ilekroć robił to jedną ręką, drugą mógł odepchnąć długie palce, które usiłowały zajrzeć do jego torby.
– Jeszcze raz tam sięgniesz, a zejdziesz i pójdziesz pieszo.
– Krzywiec tylko sprawdzał, czy Mikołaj nie zgubił czegoś po drodze.
– Nie zgubiłem.
– Teraz już nie.
Koń parsknął. Mikołaj pociągnął delikatnie wodze i wychylił się, żeby zobaczyć zabudowania za ostatnimi drzewami. Las kończył się szeroką polaną. Dalej biegł wyjeżdżony trakt, przy którym stało kilkanaście chałup, kuźnia i duża karczma z zabudowaniami gospodarczymi. Z komina unosił się dym. Na podwórzu dwóch ludzi przepinało konia od wozu do żłobu, a pod okapem wisiały mokre płaszcze.
Olszyniec. Mikołaj znał to miejsce z poprzednich przejazdów. Karczma miała porządną stajnię, niezłą strawę i gospodarza, który umiał pobrać zapłatę dwa razy za tę samą usługę, jeśli przyjezdny nie pilnował rachunków. W porównaniu z noclegiem pod drzewem były to drobne niedogodności.
– Jesteśmy – oznajmił.
Krzywiec wyjrzał mu zza ramienia.
– Krzywiec widzi domy.
– Karczma jest po lewej.
– Krzywiec widzi też komin.
– Jeśli chcesz, możesz sobie w nim zamieszkać.
– Po co Krzywiec miałby mieszkać w kominie, skoro pod nim jest kuchnia?
Mikołaj nie odpowiedział. Przy bramie zsiadł, po czym obejrzał się za pasażerem. Czart zdążył już zsunąć się na ziemię. Otrzepał sierść na brzuchu i ruszył ku drzwiom z taką pewnością siebie, jakby od miesięcy zatrzymywał się właśnie tutaj. Parobek, który wybiegł ze stajni, minął go o krok, nie poświęcając mu spojrzenia.
Mikołajowi nie przestawało się to wydawać osobliwe. Jeszcze osobliwsze było to, że po kilku godzinach wspólnej drogi nauczył się wypatrywać czarta przy własnych nogach, żeby go przypadkiem nie potrącić.
– Konia napoić i dać mu owsa – polecił parobkowi. – Ale nie za dużo. Tego grubasa trudno utrzymać w ryzach.
Chłopak obejrzał dorodnego wałacha, a potem pokiwał głową.
– Wygląda na dobrze karmionego.
– Mikołaj mówił o sobie – odezwał się cicho Krzywiec.
– O koniu – sprostował Mikołaj, chociaż nikt go nie pytał.
Wszedł do środka, zanim czart zdążył powiedzieć coś jeszcze.
W głównej izbie było ciepło. Przy piecu siedziało kilku chłopów z glinianymi kubkami; pod oknem odpoczywali dwaj podróżni w przemoczonych żupanach. Gospodyni niosła od kuchni miskę kaszy, a przy wielkim stole gospodarz wycierał rozlaną polewkę. Na belce wisiały pęki suszonych ziół i cebuli. Pachniało pieczonym mięsem, kwaśną kapustą oraz mokrym suknem.
Mikołaj zdjął rękawice, przygładził włosy i podszedł do gospodarza.
– Dobrego wieczoru, panie Jędrzeju.
Mężczyzna podniósł głowę. Miał grube brwi, szeroką twarz i pamięć do ludzi, którzy kiedyś próbowali się z nim targować.
– A, nasz pan od duchów. Znowu w drodze?
– Gdyby ludzie przestali mieć kłopoty, osiadłbym gdzieś na spokojnie. Na razie liczą na mnie.
– Niektórzy liczą później braki w sakiewce.
– Ci, którym pomogłem, śpią spokojnie.
– Pewnie dlatego, że nie mają już za co pić.
Mikołaj uśmiechnął się. Lubił gospodarza, choć nie pozwalał mu o tym zapomnieć. Obaj znali podobną sztukę: przedstawiać to, co mają, jako warte większej zapłaty.
– Potrzebuję wieczerzy, noclegu i miejsca dla konia. W takiej kolejności.
– Miejsce mam, kasza też jest. Mięso zostało z południa.
– A czego nie zostało?
– Dobrej ceny. Tę wziąłem ze sobą do grobu jeszcze za życia.
Krzywiec wspiął się na ławę, a z niej na stół. Usiadł dokładnie pomiędzy Mikołajem i gospodarzem, rozstawił krótkie nogi i rozejrzał się po naczyniach. Jędrzej przetarł właśnie miejsce przed sobą ścierką; nie zauważył, że pośrodku siedzi coś wielkości dziecka.
Mikołaj zacisnął szczęki.
– Najpierw posiłek – powiedział, starając się patrzeć Jędrzejowi w oczy. – Jaka za niego cena?
Gospodarz wymienił kwotę. Była wysoka, ale nie na tyle, by warto się było o nią bić przy pełnej izbie.
– To z pewnością mięso z najdostojniejszego zwierzęcia w okolicy – ocenił Mikołaj. – Samo musiało prosić o zaszczyt trafienia na wasz stół.
– Krowa nie prosiła – odparł Jędrzej. – I nie była moja.
Krzywiec sięgnął po okruch chleba pozostawiony przy desce do krojenia. Przeniósł go do pyska i przeżuł z niezadowoloną miną.
– Krzywiec uważa, że Mikołaj powinien zamówić to mięso. Chleb jest stary.
Mikołaj kaszlnął w dłoń.
– Coś was dusi? – spytał gospodarz.
– Dym. Trochę go dziś miałem przy robocie.
– A, wypędzanie. To gdzie tym razem?
– Niedaleko, u Macieja za lasem. Nocami straszyło, a od południa spokój.
Jędrzej oparł dłonie na stole. Zainteresował się od razu; nazwisko czy imię miejscowego człowieka zawsze budziło więcej ciekawości niż opowieść o dalekich cudach.
– Znam Macieja. Mówił, że mu po ścianie tłukło.
– Już nie tłucze.
Krzywiec pochylił się ku Mikołajowi.
– Krzywiec zna dobrego cieślę. Też przepędza deski.
Mikołaj sięgnął po stojącą obok misę, chcąc zasłonić czarta przed własnym wzrokiem, choć niczego nie mogło to zmienić.
– Czyli będziecie jedli? – upewnił się Jędrzej.
– Będę. I niech to będzie porządna porcja.
– Dla jednego?
– Dla jednego.
Krzywiec z niezadowoleniem obejrzał miskę.
– Krzywiec ma nadzieję, że w takim razie Mikołaj jest bardzo głodny.
Tym razem gospodarz uniósł głowę.
– Powiedzieliście coś jeszcze?
– Że jestem głodny.
– Słyszałem jakby drugi głos.
– Tamci przy piecu rozmawiają – odparł Mikołaj szybko.
Obaj obejrzeli się na ławę zajętą przez chłopów. Jeden właśnie wykłócał się o to, czy sąsiad powinien oddać pożyczoną uprząż. Mikołaj nie czekał, aż Jędrzej rozpozna, kto mówił.
– Mięso, kasza, pół bochenka. A do tego trochę piwa. Jeśli mi się spodoba, zostanę do rana.
– Jeśli zapłacicie, zostaniecie nawet do pojutrza.
Mikołaj skinął głową. Jędrzej poszedł do kuchni.
Krzywiec, pozostawiony bez nadzoru, wsadził długi palec do nosa. Robił to z miną człowieka zajętego pracą wymagającą wielkiej dokładności. Mikołaj patrzył przez chwilę, nie mogąc uwierzyć w bezczelność stworzenia.
– Przestań – syknął.
Czart przyjrzał się końcowi palca.
– Krzywiec dopiero zaczął.
– Siedzisz na stole, przy którym jedzą ludzie.
– Teraz nikt nie je. Krzywiec sprawdził.
