Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wszebor przeżył własny pogrzeb.
Teraz musi nauczyć się czegoś znacznie trudniejszego.
Patrzeć, jak umierają inni.
Po śmierci Mieszka władzę obejmuje jego syn - Bolesław. Młody książę chce czegoś więcej niż utrzymania ojcowskiego dziedzictwa. Chce potęgi.
Wszebor miał zostać przy nim jeden dzień.
Zostaje na lata.
Towarzyszy narodzinom państwa zdolnego rzucić wyzwanie cesarzowi. Walczy w Czechach, nad Odrą i pod Niemczą. Widzi krew świętych, ambicje władców i miasta płonące dla kilku słów zapisanych na pergaminie.
Ale wojna nie jest już jedyną rzeczą, która go niepokoi.
Po latach milczenia starzy bogowie zaczynają mówić.
Jeden z nich przychodzi do Wszebora pod wieloma postaciami i przypomina mu, komu zawdzięcza swoje niezwykłe życie.
Wkrótce wokół Wszebora zaczynają rodzić się opowieści.
O wojowniku, który się nie starzeje.
O człowieku, którego nie zabija żelazo.
I o piorunach spadających z nieba tam, gdzie walczy.
Drugi tom „Ostatniego Woja” prowadzi Wszebora przez panowanie Bolesława Chrobrego - w czasy, gdy historia miesza się z legendą, a dawni bogowie przypominają ludziom, że być może nigdy naprawdę nie odeszli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 383
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JEDEN DZIEŃ
Wszebor nie spał długo.
Nie dlatego, że przeszkadzały mu dzwony. Te ucichły jeszcze przed północą. Nie przeszkadzały mu też głosy ludzi krążących po grodzie ani kroki straży na wale. Do takich dźwięków przywykł dawno temu. Człowiek, który przesypiał noce w obozach, grodach i cudzych stodołach, uczył się spać przy wszystkim, co nie brzmiało jak krzyk albo szczęk wyciąganej broni.
Tym razem przeszkadzała mu cisza.
Leżał na sienniku w małej izbie przy domu, który Sławęta kazał mu przygotować na noc. Przez szpary między belkami wpadało blade światło świtu. Pachniało popiołem, wilgotną wełną i starym drewnem.
Mieszko nie żył.
Jeszcze poprzedniego wieczoru Wszebor siedział przy jego posłaniu i słuchał płytkiego oddechu człowieka, którego poznał jako silnego księcia z mieczem przy pasie. Potem oddech ustał.
Wszebor widział już śmierć wielu ludzi. Zbyt wielu, żeby każda miała zostać w nim na długo.
Ta została.
Przewrócił się na bok.
— Kurwa — mruknął.
— Dobrze, że nie straciłeś obyczajów.
Wszebor otworzył oczy.
Sławęta stał w drzwiach z miską w jednej ręce i kubkiem w drugiej. Siwa broda była mokra od porannej mgły. Na ramiona narzucił gruby płaszcz, pod którym widać było tunikę spiętą starym brązowym zapięciem.
Wszebor usiadł.
— Puka się.
— Pukałem.
— Nie słyszałem.
— To zaczynasz głuchnąć.
— Ty zaczynasz umierać ze starości.
Sławęta zatrzymał się w połowie kroku.
Przez chwilę patrzył na Wszebora bez słowa.
— Miło zacząć dzień od czegoś serdecznego.
Wszebor skrzywił się.
— Źle powiedziałem.
— Wiem.
Sławęta postawił miskę na niskim stołku. Była w niej kasza z kawałkami mięsa. Kubek pachniał piwem.
— Jedz. Bolesław chce cię widzieć.
Wszebor spojrzał na niego.
— Już?
— Kazał przed świtem.
— Jest po świcie.
— Dlatego przyszedłem.
Wszebor sięgnął po miskę.
— Mogłeś mnie obudzić wcześniej.
— Próbowałem.
— Kłamiesz.
— Tak.
Usiadł pod ścianą i wyciągnął nogi.
Przez chwilę było słychać tylko skrobanie drewnianej łyżki o miskę.
Sławęta patrzył na niego z tym samym wyrazem twarzy, który Wszebor pamiętał sprzed dwudziestu pięciu lat. Wtedy chłopak nie potrafił milczeć dłużej niż trzydzieści oddechów. Teraz najwyraźniej nauczył się czterdziestu.
— Powiesz coś? — zapytał w końcu.
— Jem.
— O Mieszku.
Wszebor przeżuł mięso.
— Umarł.
— Zauważyłem.
— To co mam powiedzieć?
Sławęta westchnął.
— Nic. Właśnie to mnie martwi.
Wszebor odłożył łyżkę.
— Chcesz, żebym płakał?
— Nie.
— To dobrze, bo nie będę.
— Tego też nie powiedziałem.
Wszebor spojrzał na niego dłużej.
Sławęta postarzał się bardziej, niż Wszebor chciał przyznać. Nie chodziło o brodę. Siwizna była najmniej ważna. Skóra przy oczach miała głębokie zmarszczki, lewa dłoń drżała lekko, kiedy trzymał ją bez oparcia, a przy wstawaniu potrzebował chwili, zanim wyprostował plecy.
Wczoraj, kiedy szli przez gród, Wszebor widział to wszystko. Udawał, że nie.
— Był dobrym księciem — powiedział.
Sławęta skinął głową.
— Był.
— To wystarczy.
— Dla ciebie może.
— Dla niego też by wystarczyło.
Na twarzy Sławęty pojawił się krótki uśmiech.
— To prawda.
Wszebor wrócił do jedzenia.
— Co się dzieje na zewnątrz?
— To, czego się spodziewasz. Posłańcy jeżdżą od nocy. Ludzie Bolesława pilnują bram. Ludzie Ody pilnują siebie nawzajem. Każdy udaje, że żałoba jest ważniejsza od tego, kto dziś będzie wydawał rozkazy.
— A jest?
— Żałoba?
— To, kto wydaje rozkazy.
Sławęta popatrzył na niego jak na idiotę.
— Czasami zapominam, że przez ćwierć wieku chodziłeś po lasach i cudzych wojnach.
— Nie tylko po lasach.
— W takim razie powinieneś wiedzieć. Mieszko zostawił więcej niż jednego syna.
— Wiem.
— Bolesław jest najstarszy. Ma własnych ludzi, doświadczenie i ziemię. Oda ma swoich stronników, synów i krewnych po drugiej stronie Odry. A do tego są możni, którzy chętnie poprą każdego, jeśli dostaną za to dość.
Wszebor nabrał kaszy.
— Czyli zwykła rodzina.
Sławęta parsknął.
— Powiedz to Bolesławowi.
— Mogę.
— Właśnie dlatego cię ostrzegam.
Wszebor opróżnił miskę, wstał i sięgnął po pas z mieczem.
Sławęta przyglądał mu się chwilę.
— Naprawdę zostajesz tylko do jutra?
— Dzisiaj jest jutro.
— Wiesz, o co pytam.
— Wiem.
— I?
Wszebor zapiął pas.
— Zobaczę.
Sławęta pokręcił głową.
— Nic się nie zmieniłeś.
Wszebor spojrzał na jego siwą brodę.
— Ty za to bardzo.
— Idź w cholerę.
— Po rozmowie.
* * *
Gród obudził się wcześniej niż zwykle.
W powietrzu wisiała mgła, a między zabudowaniami płonęły pochodnie, choć dzień już się zaczynał. Przed większymi domami stali uzbrojeni ludzie. Niektórzy mieli na sobie kolczugi, inni tylko grube kaftany, ale prawie każdy trzymał włócznię albo miecz pod ręką.
Nie wyglądało to jak pogrzeb księcia.
Wyglądało jak dzień przed bitwą.
Wszebor zauważył zmianę już przy pierwszej bramie wewnętrznego wału. Wczoraj stało tam dwóch wojów. Teraz sześciu. Dwóch znał z twarzy z dawnych czasów. Oni jego najwyraźniej nie poznali.
Sławęta szedł obok.
— Bolesław?
— W głównym domu.
— Oda?
— Osobno.
— Synowie?
— Z nią.
— Ilu ludzi?
Sławęta zmrużył oczy.
— Zaczynasz brzmieć, jakbyś zamierzał szturmować własny gród.
— Nie jest mój.
— Właśnie dlatego odpowiedz.
— Nie wiem dokładnie. Dość.
Wszebor zwolnił przy skrzyżowaniu dwóch błotnistych przejść między budynkami. Czterech jeźdźców szykowało konie przy stajniach. Jeden z nich miał skórzaną torbę przewieszoną przez ramię.
Posłańcy.
— Dokąd jadą?
— Gniezno. Poznań. Pewnie dalej.
— Pewnie?
— Bolesław nie omawia ze mną wszystkiego.
— Rozsądnie.
Sławęta prychnął.
— Z tobą też nie będzie.
— Jeszcze rozsądniej.
Przed domem Bolesława czekało kilkunastu ludzi. Nie stali przypadkiem. Dwóch przy drzwiach, czterech przy narożnikach budynku, pozostali trochę dalej, skąd widzieli drogę i wejście na dziedziniec.
Wszebor policzył ich odruchowo.
Sławęta zauważył.
— Nadal to robisz.
— Co?
— Liczysz ludzi. Wyjścia. Broń.
— Nadal żyję.
Sławęta rzucił mu krótkie spojrzenie.
— To akurat kiepski dowód.
Wszebor prawie się uśmiechnął.
Przy drzwiach zatrzymał ich wysoki wojownik z szerokim pasem nabijanym brązem. Miał może trzydzieści pięć lat, ogoloną szczękę i świeżą bliznę przy lewym uchu.
— Sławęta może wejść — powiedział. — On nie.
Wszebor spojrzał na Sławętę.
— Miło było.
— Poczekaj.
— Mogę też iść.
Strażnik położył dłoń na rękojeści miecza.
— Powiedziałem, że nie wejdziesz.
— Słyszałem.
— Wszebor — ostrzegł Sławęta.
Drzwi otworzyły się od środka.
— Wpuść go — powiedział Bolesław.
Stał w progu bez płaszcza, w ciemnej tunice spiętej przy szyi. Nie wyglądał na człowieka, który spał tej nocy choćby chwilę. Oczy miał zaczerwienione, ale głos pewny.
Strażnik cofnął rękę z miecza.
Wszebor przeszedł obok niego.
— Dobry człowiek — powiedział do Bolesława.
— Bo nie wpuścił cię bez rozkazu?
— Bo chciał mnie zatrzymać.
— A to różnica?
— Duża.
Bolesław przez chwilę patrzył mu w twarz.
— Wejdź.
W środku było chłodniej niż poprzedniego wieczoru. Palenisko przygasło. Na dużym stole leżały kawałki pergaminu, drewniane tabliczki i wosk. Przy nich stało trzech mężczyzn. Jednego Wszebor kojarzył z wczoraj, dwóch pozostałych widział po raz pierwszy.
Bolesław wskazał im drzwi.
— Zostawcie nas.
Najstarszy z mężczyzn zawahał się.
— Panie, czekamy na wieści z...
— Wiem, na co czekamy. Jak przyjadą, wejdziecie.
Nie podniósł głosu.
Nie musiał.
Mężczyźni wyszli. Sławęta chciał zostać, ale Bolesław zatrzymał go ruchem ręki.
— Ty też.
Sławęta spojrzał na Wszebora.
— Jeśli mnie zabije, będę miał pretensje.
— Do którego? — zapytał Bolesław.
— Jeszcze nie wiem.
Drzwi zamknęły się za nim.
W izbie zostali sami.
Bolesław podszedł do paleniska, dorzucił dwa kawałki drewna i przez moment patrzył w ogień.
— Ojciec powiedział, że cię pochował.
Wszebor oparł dłoń na pasie.
— Tak.
— Sławęta twierdzi, że nic mi nie powiedział.
— Bo nic ci nie powiedział.
— Broni go pan?
— Nie jestem twoim panem.
Bolesław odwrócił się powoli.
— Chodziło mi o ciebie.
— W takim razie źle zrozumiałem.
— Ojciec mówił, że jesteś uparty.
— Mówił też inne rzeczy.
— Że kłamiesz.
— Czasem.
— I że mam cię słuchać.
— Tego żałuję najbardziej.
Bolesław podszedł bliżej.
Był cięższy od Mieszka z czasów, które Wszebor pamiętał najlepiej. Miał szerszą twarz, masywniejszą szyję, większe dłonie. Nie stał jednak jak człowiek przyzwyczajony wyłącznie do sali i stołu. Ciężar rozkładał na obu nogach, a miecz przy pasie nosił tak, jak ktoś, kto naprawdę potrafił go wyciągnąć.
— Dobrze — powiedział. — To bez żartów. Kim jesteś?
— Wszeborem.
— To imię.
— Imię zwykle wystarcza.
— Mnie nie.
Wszebor milczał.
Bolesław wyciągnął ze stołu mały skórzany rzemyk z drewnianym paciorkiem.
Wszebor rozpoznał go natychmiast.
Paciorek matki Sławęty.
Ten sam, który chłopak położył mu kiedyś na piersi przed zasypaniem grobu.
— Ojciec trzymał to w skrzyni — powiedział Bolesław. — Z mieczem Wichmana i kilkoma innymi rzeczami. Sławęta powiedział, że należało do ciebie.
Wszebor wyciągnął rękę.
Bolesław nie podał mu rzemyka.
— Najpierw odpowiedz.
Wszebor spojrzał mu w oczy.
— Naprawdę chcesz zaczynać naszą znajomość od zabierania mi cudzej rzeczy?
— Chcę wiedzieć, czy rozmawiam z człowiekiem, czy z czymś, co wygląda jak człowiek.
W izbie zrobiło się cicho.
Wszebor powoli opuścił rękę.
— Uważaj z takimi pytaniami.
— Grozisz mi?
— Nie. Ostrzegam. Ludzie zbyt łatwo nazywają potworem coś, czego nie rozumieją. Potem robią głupoty.
Bolesław zacisnął palce na rzemyku.
— Byłeś martwy?
— Tak.
— Ojciec widział ciało?
— Tak.
— Sławęta?
— Tak.
— I obudziłeś się w grobie.
— Tak.
Bolesław przez moment nic nie mówił.
— Jak długo?
— Nie wiem dokładnie.
— Ojciec powiedział, że pochowano cię następnego dnia.
— Możliwe.
— A potem?
— Obudziłem się pod ziemią.
— I wyszedłeś.
— Z trudem.
— Ile razy wcześniej umarłeś?
Wszebor westchnął.
— Nie liczę.
— Dziesięć?
— Możliwe.
— Dwadzieścia?
— Też możliwe.
— Sto?
— Nie.
Bolesław podszedł jeszcze krok.
— Można cię zabić?
— Właśnie powiedziałem, że umieram.
— Na zawsze.
— Nie wiem.
Pierwszy raz od początku rozmowy Bolesław wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
— Nie wiesz?
— Nigdy nie sprawdzałem wszystkiego.
— To znaczy?
— To znaczy, że nie mam zamiaru pozwolić ci odciąć mi głowy tylko po to, żeby zaspokoić ciekawość.
Bolesław patrzył na niego kilka uderzeń serca.
— Pomyślałem o tym.
— Wiem.
— Skąd?
— Masz twarz człowieka, który właśnie pomyślał o odcinaniu komuś głowy.
Kącik ust Bolesława poruszył się, ale zaraz spoważniał.
— Boli?
— Co?
— Śmierć.
Wszebor zacisnął szczękę.
To pytanie słyszał rzadziej, niż powinien.
— Tak.
— Za każdym razem?
— Za każdym.
— Rana znika?
— Z czasem.
— Jak szybko?
— Zależy od rany. Rozcięcie może zniknąć w dzień. Cięższa rana potrzebuje więcej. Jak umrę i ciało jest w jednym kawałku, zwykle wracam po kilku dniach.
Bolesław spojrzał na jego dłonie.
— A jeśli stracisz rękę?
— Odrośnie.
— Głowa?
— Nie wiem.
— Ogień?
Wszebor nie odpowiedział od razu.
Bolesław zauważył.
— Czyli ogień.
— Ogień jest zły dla każdego.
— Dla ciebie bardziej.
— Długo wracam.
— Jak długo?
Wszebor przypomniał sobie zapach własnej spalonej skóry. Ciemność, która wracała i odchodziła. Głód tak silny, że kiedy wreszcie mógł się poruszyć, jadł wszystko, co znalazł.
— Raz prawie rok.
Bolesław zamarł.
Nie wyglądał już na człowieka oglądającego cud.
Raczej na dowódcę, który usłyszał o broni i natychmiast zaczął liczyć jej zalety oraz wady.
Wszebor nie lubił tego spojrzenia.
— Nie jestem twoją tajną tarczą — powiedział.
— Nie powiedziałem tego.
— Jeszcze.
— Ojciec też próbował cię używać?
— Ojciec płacił mi za walkę.
— To brzmi jak tak.
— Nie wiedział.
— Do wczoraj.
— Podejrzewał.
Bolesław spojrzał na rzemyk w dłoni.
— A Sławęta wiedział.
— Wiedział dość.
— Dlaczego mu powiedziałeś?
— Nie powiedziałem. Zobaczył.
— I nie zdradził cię przez dwadzieścia pięć lat.
— Nie.
— Dlaczego?
Wszebor wzruszył ramionami.
— Zapytaj jego.
Bolesław podał mu rzemyk.
Wszebor zamknął dłoń na drewnianym paciorku.
Przez chwilę pamiętał młodego chłopaka stojącego nad grobem, którego sam jeszcze nie widział. Potem karczmę wiele miesięcy później i twarz Sławęty, kiedy zrozumiał, kto siedzi przed nim.
Schował rzemyk pod tunikę.
— Jeszcze jedno — powiedział Bolesław. — Skąd to się wzięło?
— Nie wiem.
— Znowu.
— Modliłem się.
Bolesław uniósł brew.
— Do kogo?
— Do bogów, których czcili moi rodzice.
— I odpowiedzieli?
— Coś odpowiedziało.
— Który?
— Nie wiem.
— A mój ojciec przyjął chrzest.
— Zauważyłem.
— Przeszkadzało ci to?
— Tak.
— A mimo to przy nim zostałeś.
— Tak.
— Dlaczego?
Wszebor spojrzał na stół, na pergaminy, na drzwi, za którymi czekali ludzie i rozkazy.
— Bo był dobrym wodzem.
— To wszystko?
— Nie.
Bolesław czekał.
Wszebor nie mówił dalej.
— Ojciec miał rację — stwierdził Bolesław.
— W czym?
— Że nie odpowiadasz na wszystko.
— Miał wiele zalet.
Bolesław podszedł do stołu.
— W takim razie teraz ja odpowiem na jedno pytanie, którego jeszcze nie zadałeś. Nie zamierzam mówić Odzie ani moim braciom, czym jesteś.
Wszebor zmrużył oczy.
— Dlaczego?
— Bo nie wiem, czym jesteś.
— Dobrze.
— I dlatego, że jeśli połowa grodu uzna cię za cud, a druga połowa za demona, będę miał problem, którego dziś nie potrzebuję.
— Jeszcze lepiej.
— Ale ty też niczego nie powiesz.
— Nie zamierzałem.
— To był rozkaz.
Wszebor westchnął.
— Zaczyna się.
Bolesław oparł dłonie o stół.
— Ojciec kazał mi cię słuchać. Nie powiedział, że mam pozwolić ci robić, co chcesz.
— Słusznie.
— I nie powiedział, że jesteś moim człowiekiem.
— Bo nie jestem.
Bolesław uniósł głowę.
— Jeszcze.
Wszebor spojrzał na niego dłużej.
— Jesteś pewny siebie.
— Muszę.
— Nie musisz. Po prostu jesteś.
Bolesław uśmiechnął się po raz pierwszy naprawdę.
— Zostajesz do jutra, prawda?
Wszebor zmarszczył brwi.
— Sławęta dużo gada.
— To też rodzinne?
— Nie. Tego nauczył się sam.
Ktoś zapukał.
Bolesław natychmiast spoważniał.
— Wejść.
Do izby wszedł ten sam starszy mężczyzna, którego wcześniej wyproszono. W dłoni trzymał zwinięty pasek pergaminu.
— Panie. Przyjechał człowiek z Gniezna.
— Sam?
— Z dwoma ludźmi.
— Czyj?
Mężczyzna zawahał się.
— Mówi, że twój.
— To nie jest odpowiedź.
— Nosił twój znak.
Bolesław wyprostował się.
— Wprowadź.
Spojrzał na Wszebora.
— Ty zostań.
— Po co?
— Ojciec mówił, że umiesz rozpoznać, kiedy człowiek kłamie ze strachu.
— Twój ojciec przesadzał.
— Sprawdzimy.
* * *
Posłaniec był młody.
Nie więcej niż dwadzieścia lat. Wysoki, chudy, z błotem aż po kolana. Płaszcz miał mokry, włosy przyklejone do czoła, a skórę na dłoniach popękaną od wodzy.
Uklęknął przed Bolesławem.
— Panie.
— Wstań. Mów.
Chłopak podniósł się.
Spojrzał na Wszebora, ale tylko na moment.
— W Gnieźnie spokojnie. Wieść o śmierci księcia jeszcze nie dotarła przed nami. Jak kazałeś, przekazałem ją Dobiesławowi i nikomu więcej.
Bolesław skinął głową.
— A potem?
— Kazał zamknąć bramę i podwoić straż.
— Dobrze.
— Ale... — chłopak urwał.
Wszebor zobaczył, jak zaciska palce.
— Ale co? — zapytał Bolesław.
— Przyjechał wcześniej inny człowiek.
Bolesław znieruchomiał.
— Czyj?
— Nie wiem. Nie powiedział. Mówił z ludźmi pani Ody.
— Z kim dokładnie?
— Z kapelanem i jednym z jej wojów. Tym wysokim, z czerwonym pasem.
Starszy mężczyzna stojący przy stole zaklął cicho.
Bolesław nawet na niego nie spojrzał.
— Kiedy?
— Wieczorem. Przed moim przyjazdem.
— Skąd przyjechał?
— Nie wiem.
— Pytałeś?
— Tak.
— I?
Posłaniec przełknął ślinę.
— Powiedział, żebym pilnował własnej dupy.
Bolesław przez chwilę milczał.
— Rozsądna rada.
Chłopak nie wiedział, czy wolno mu się uśmiechnąć.
Nie zrobił tego.
— Kto jeszcze o tym wie?
— Dobiesław. Dwóch ludzi przy bramie. Ja.
— I ci, z którymi rozmawiał.
— Tak, panie.
Bolesław podszedł do stołu.
— Jedz coś. Zmień konia. Za godzinę wracasz.
Chłopak pobladł.
— Panie, mój koń...
— Powiedziałem, że zmienisz konia.
— Tak.
— Dostaniesz dwóch ludzi. Powiesz Dobiesławowi, żeby nie wypuszczał nikogo z grodu bez mojego znaku. Nikogo. Nawet jeśli będzie twierdził, że jedzie na pogrzeb mojego ojca.
— Tak, panie.
— Idź.
Posłaniec ukłonił się i wyszedł.
Bolesław spojrzał na starszego mężczyznę.
— Ilu ludzi Ody mamy tutaj?
— Jej własnych może trzydziestu. Do tego służba. Nie wiem, ilu możnych stanie po jej stronie.
— Nikt nie stoi po niczyjej stronie, dopóki nie wie, kto wygra — powiedział Bolesław.
Wszebor pomyślał, że Mieszko powiedziałby coś podobnego.
Tylko ciszej.
— Zwołaj tych, którym ufamy — ciągnął Bolesław. — Bez tłumu. Chcę po dwóch ludzi przy zewnętrznych bramach więcej, ale bez ostentacji. Niech nikt nie zamyka Ody w jej domu. Nie chcę, żeby pomyślała, że już ją więzimy.
Starszy mężczyzna skinął głową.
— A jej synowie?
Bolesław spojrzał na niego chłodno.
— Są moimi braćmi.
— Właśnie dlatego pytam.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Mają zostać z matką — powiedział w końcu Bolesław. — Na razie.
Mężczyzna wyszedł.
Wszebor został przy ścianie.
Bolesław spojrzał na niego.
— No?
— Co?
— Kłamał?
— Posłaniec?
— Tak.
— Bał się.
— To widziałem.
— Nie ciebie.
Bolesław zmarszczył brwi.
— Kogo?
— Człowieka z czerwonym pasem. Kiedy o nim mówił, ścisnął dłonie. Jak mówił o Dobiesławie, patrzył ci w oczy. Jak o tamtym, patrzył w ziemię.
— Czyli go zna.
— Albo go się boi. To nie to samo.
— Ojciec powiedział, że wyczuwasz kłamstwo.
— Ojciec powiedział, żebyś mnie słuchał, nie wierzył mi bez myślenia.
Bolesław podszedł bliżej.
— W takim razie co byś zrobił?
— Z czym?
— Z Odą.
Wszebor skrzywił się.
— Nie jestem człowiekiem od rodzin.
— Jesteś człowiekiem od wojny.
— To nie wojna.
Bolesław spojrzał na uzbrojonych ludzi widocznych przez otwarte drzwi.
— Jeszcze.
Wszebor zastanowił się chwilę.
— Ilu z tych ludzi przysięgało twojemu ojcu?
— Prawie wszyscy.
— A tobie?
Bolesław nie odpowiedział.
Wszebor skinął głową.
— Właśnie.
— Mam kazać im przysięgać dzisiaj?
— Nie wiem.
— Bardzo pomocne.
— Chcesz rady czy potwierdzenia tego, co już postanowiłeś?
Bolesław zacisnął szczękę.
— Rady.
— To nie pytaj, jakbyś znał odpowiedź.
Przez moment Wszebor był pewien, że przesadził.
Bolesław jednak tylko odsunął się od stołu.
— Mów.
— Twój ojciec nie żyje od jednej nocy. Jeśli każesz dziś wszystkim wybierać między tobą a jego wdową, część wybierze nie dlatego, że ci ufa, tylko dlatego, że się boi. Strach działa szybko. Krótko też.
— A jeśli poczekam, Oda zbierze swoich.
— Pewnie.
— Więc?
— Najpierw dowiedz się, kto naprawdę jest jej człowiekiem, a kto tylko jadł z jej stołu. To nie to samo.
Bolesław przyglądał mu się uważnie.
— A potem?
— Potem zrobisz, co chcesz. Jesteś księciem.
— Jeszcze nie wszyscy tak uważają.
— Właśnie dlatego nie każ im tego dzisiaj mówić pod włócznią.
Bolesław odwrócił się do paleniska.
— Ojciec robiłby inaczej.
— Nie wiem.
— Znałeś go.
— Ty dłużej.
To zatrzymało Bolesława.
Przez chwilę wyglądał nie jak następca księcia, tylko jak syn człowieka, który umarł kilka godzin wcześniej.
— Nie ostatnio — powiedział ciszej.
Wszebor nic nie odpowiedział.
Nie było dobrej odpowiedzi.
Bolesław przesunął dłonią po twarzy.
— Idź ze Sławętą. Obaj macie być pod ręką.
— Po co?
— Jeszcze nie wiem.
Wszebor uniósł brew.
— To bardzo pomocne.
Bolesław spojrzał na niego ostro.
Potem parsknął krótkim śmiechem.
— Wynoś się.
— Dobry rozkaz.
— Wszebor.
— Już idę.
* * *
Sławęta czekał pod ścianą domu.
— Żyjesz — powiedział.
— Rozczarowany?
— Trochę. Liczyłem, że będę mógł zabrać ci buty.
Wszebor spojrzał na własne obuwie.
— Są starsze od połowy ludzi tutaj.
— Dlatego są wygodne.
Ruszyli w stronę wału.
— Co mu powiedziałeś? — zapytał Sławęta.
— Za dużo.
— Czyli jak zwykle.
— Powiedziałem mu o sobie.
Sławęta zatrzymał się.
Wszebor zrobił jeszcze dwa kroki, zanim zauważył.
Odwrócił się.
— Co?
— Wszystko?
— Nie.
— Ile?
— Dość.
— Wszebor.
— Wie, że umieram. Wie, że wracam. Wie, że się nie starzeję.
Sławęta rozejrzał się odruchowo, choć nikt nie stał blisko.
— Kurwa.
— Też tak powiedziałem wiele lat temu.
— Nie żartuj.
— Nie żartuję.
— Dlaczego mu powiedziałeś?
— Bo jego ojciec powiedział mu, że mnie pochował. Trudno z tego zrobić historię o dobrym zdrowiu.
Sławęta potarł siwą brodę.
— I co zrobił?
— Pytał.
— Tylko?
— Pomyślał o odcięciu mi głowy.
Sławęta pobladł.
— Co?
— Nie zrobił tego.
— Wszebor...
— Powiedział, że pomyślał.
— A ty?
— Powiedziałem, żeby nie próbował.
Sławęta zamknął oczy.
— Bogowie, dajcie mi cierpliwość.
— Którzy?
— Wszyscy. Któryś może jeszcze słucha.
Wszebor spojrzał na drewniany krzyż stojący przy jednym z domów.
— Teraz trzeba uważać, do kogo mówisz.
Sławęta prychnął.
Ruszyli dalej.
Na wale było chłodno. Mgła podnosiła się powoli znad mokradeł i pól. Z góry Wszebor widział drogę prowadzącą na zachód. Kilku jeźdźców opuszczało właśnie gród.
— Ludzie Bolesława? — zapytał.
— Tak.
— Szybko działa.
— Mieszko też działał szybko.
— Inaczej.
Sławęta oparł dłonie o drewnianą poręcz.
— Znałeś Bolesława wcześniej?
— Widziałem.
— To nie to samo.
— Wiem.
— Jaki ci się wydaje?
Wszebor zastanowił się.
— Głośny.
Sławęta spojrzał na niego.
— Mówiłem.
— Ambitny.
— Też mówiłem.
— Niecierpliwy.
— To także.
— I nie jest głupi.
— Niestety.
Wszebor spojrzał w bok.
— Niestety?
— Głupiemu księciu łatwiej powiedzieć, że robi źle. Mądry zawsze znajdzie powód, dla którego jego głupota jest wyjątkowa.
Wszebor roześmiał się krótko.
Sławęta popatrzył na niego z satysfakcją.
— Widzisz? Jeszcze umiem.
— Co?
— Rozśmieszyć cię.
— Nie przyzwyczajaj się.
Przez chwilę stali w ciszy.
Na dole ludzie wynosili ławy przed duży budynek. Ktoś rozwieszał ciemne płótna. Duchowny w długiej szacie szedł szybko w stronę domu, w którym leżało ciało Mieszka.
— Pogrzeb? — zapytał Wszebor.
— Przygotowania.
— Chrześcijańskie?
— A jakich się spodziewałeś?
Wszebor wzruszył ramionami.
Sławęta spojrzał na niego z boku.
— Nadal ci to przeszkadza?
— Co?
— Krzyże. Księża. To wszystko.
Wszebor patrzył na drewniany krzyż przez chwilę.
— Mniej.
— To postęp.
— Nie przesadzaj.
— Pamiętam, jak przy chrzcie Mieszka patrzyłeś na każdego duchownego, jakbyś sprawdzał, czy da się go przebić włócznią przez szatę.
— Dało się.
— Właśnie o tym mówię.
Zeszli z wału wolniej, niż na niego weszli. Przy domu Mieszka zebrało się już kilku duchownych i ludzi z jego najbliższego otoczenia. Drzwi pozostawiono otwarte. Nie było w tym zaproszenia. Raczej potrzeba ciągłego wchodzenia i wychodzenia: ktoś niósł wodę, ktoś czyste płótno, ktoś drewnianą skrzynię z metalowymi okuciami.
Wszebor zwolnił.
Sławęta zauważył.
— Chcesz wejść?
— Nie wiem.
— To nowość.
Wszebor zignorował go.
Przy progu stał duchowny, którego widział wczoraj. Młodszy niż się Wszeborowi wydawało, może czterdzieści lat. Twarz miał zmęczoną i bladą. Kiedy zobaczył Wszebora, zawahał się.
— Byłeś przy księciu w ostatniej chwili — powiedział.
— Byłem.
— Chcesz się pomodlić?
Wszebor spojrzał do środka.
Mieszko leżał na tym samym posłaniu, ale ktoś wyprostował jego ciało i złożył dłonie na piersi. Twarz wydawała się spokojniejsza niż za życia poprzedniego wieczoru. Nie dlatego, że śmierć przynosiła spokój. Wszebor wiedział, że trup po prostu przestawał się męczyć.
— Nie znam waszych modlitw — odpowiedział.
Duchowny przyglądał mu się przez moment.
— Możesz milczeć.
— To akurat umiem.
Sławęta chrząknął.
Wszebor wszedł.
Nie podszedł od razu do posłania. Stał przy ścianie, nie wiedząc, co zrobić z rękami. Przy zmarłych łatwiej było mu działać, gdy wokoło trwała bitwa. Zdjąć miecz. Zamknąć oczy. Odciągnąć ciało z błota, zanim stratowały je konie. W izbie, pośród płótna, świec i cichych głosów, wszystko wydawało się trudniejsze.
Podszedł w końcu.
Mieszko wyglądał staro.
To była pierwsza myśl i Wszebor natychmiast jej nie znienawidził. Nie Mieszka. Siebie.
Pamiętał młodego księcia, który pytał go, czy umie słuchać rozkazów. Pamiętał człowieka siedzącego w siodle podczas walki, wrzeszczącego na ludzi, żeby trzymali szyk. Pamiętał jego twarz podczas chrztu, burzę i piorun, który rozdarł stary dąb. Pamiętał kłótnie, srebro, rozkazy i te nieliczne chwile, kiedy obaj potrafili siedzieć przy ogniu bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.
Teraz tamtego człowieka trzeba było składać do grobu.
Wszebor dotknął własnego policzka. Gładka skóra. Żadnej zmarszczki, której nie było ćwierć wieku wcześniej.
— Nie patrz tak — powiedział cicho Sławęta.
Wszebor odwrócił głowę.
— Jak?
— Jakbyś chciał się z nim zamienić.
— Nie chcę.
— Wiem.
To było najgorsze.
Wszebor naprawdę chciał żyć. Lubił jedzenie, kobiety, dobre konie, walkę, kiedy miała sens, i piwo, kiedy nie smakowało wodą. Nie pragnął śmierci tylko dlatego, że inni ją dostawali.
Ale pierwszy raz tak wyraźnie widział cenę tego, że jej nie dostawał na długo.
— Chodź — powiedział Sławęta. — Nie pomożesz mu, stojąc tutaj.
Wszebor skinął głową.
Przy drzwiach duchowny odezwał się jeszcze raz:
— Pomodlę się także za ciebie.
Wszebor zatrzymał się.
— Do swojego Boga?
— Innego nie mam.
Wszebor pomyślał o dawnym dębie rozszczepionym piorunem i o czymś, co wiele lat wcześniej odpowiedziało na jego własną prośbę.
— To dobrze — powiedział. — Jeden powinien wystarczyć.
Duchowny chyba nie wiedział, czy to kpina.
Wszebor też nie.
Wyszedł na zewnątrz.
Na drodze przy bramie rozległ się krzyk.
Nie alarm.
Kłótnia.
Wszebor odwrócił głowę.
Przy wewnętrznym przejściu zebrało się kilkunastu ludzi. Dwóch strażników trzymało włócznie poziomo, blokując drogę. Naprzeciw nich stał mężczyzna w czerwonym pasie.
Wszebor spojrzał na Sławętę.
— Znasz go?
Sławęta zmrużył oczy.
— Unisław. Człowiek Ody.
— Czerwony pas.
— Co?
— Nic.
Ruszył w dół schodów.
— Dokąd idziesz?
— Popatrzeć.
— Bolesław kazał być pod ręką.
— Jestem.
— Nie jego ręką.
Wszebor schodził dalej.
— Szczegół.
Sławęta zaklął i ruszył za nim.
Przy bramie Unisław był coraz głośniejszy.
— Powiedziałem, że mam jechać do Gniezna!
— A ja powiedziałem, że nikt nie wyjeżdża bez znaku księcia — odpowiedział strażnik.
— Którego księcia?
Zapadła cisza.
Wszebor zatrzymał się kilka kroków dalej.
To było dobre pytanie.
I bardzo złe miejsce, żeby je zadać.
Strażnik zacisnął dłoń na włóczni.
— Bolesława.
Unisław uśmiechnął się bez wesołości.
— Mieszko nie ostygł, a wy już rozdaliście jego ziemię.
— Cofnij się.
— Z drogi.
Za Unisławem stało pięciu ludzi. Dwóch z mieczami, trzech z włóczniami. Przy strażnikach było ośmiu.
Na razie.
Z obu stron zaczynali jednak podchodzić następni.
Wszebor znał takie chwile.
Bitwy rzadko zaczynały się od rogu.
Częściej od jednego człowieka, który zrobił pół kroku za daleko.
Sławęta stanął przy nim.
— Nie wtrącaj się.
— Nie zamierzam.
— Kłamiesz.
— Tym razem dobrze.
Unisław położył dłoń na mieczu.
Strażnik opuścił grot włóczni o kilka palców.
Wszebor westchnął.
— Kurwa.
Wyszedł między nich.
— Co robisz? — syknął Sławęta.
— Nic mądrego.
Unisław spojrzał na niego.
— A ty kto?
— Nikt ważny.
— To zejdź mi z drogi.
Wszebor zatrzymał się na tyle blisko, żeby w razie potrzeby złapać jego nadgarstek, ale nie tak blisko, żeby wyglądało to jak wyzwanie.
— Dokąd jedziesz?
— Nie twoja sprawa.
— To prawda.
Unisław zmarszczył brwi.
— Więc?
— Więc jeśli masz rozkaz, pokaż znak.
— Nie będę pokazywał niczego jakiemuś...
— Nie mnie. Jemu.
Wszebor wskazał strażnika.
— Nie mam znaku.
— To nie jedziesz.
— Kim ty, kurwa, jesteś, żeby...
— Człowiekiem, który nie chce dziś myć krwi z bramy.
Unisław zrobił pół kroku.
Wszebor nawet się nie poruszył.
— Zejdź.
— Nie.
Dłoń Unisława zacisnęła się na rękojeści.
Wszebor spojrzał na nią.
— Jak wyciągniesz, nie schowasz bez walki.
— Grozisz mi?
— Tłumaczę.
— Wszebor.
Głos Bolesława przyszedł z tyłu.
Wszebor odwrócił głowę.
Książę szedł w stronę bramy z czterema wojami. Nie spieszył się.
Ludzie rozstępowali się przed nim.
Unisław zdjął rękę z miecza.
— Panie.
Bolesław zatrzymał się przed nim.
— Podobno chcesz wyjechać.
— Pani Oda wysyła mnie do Gniezna.
— Po co?
— Nie powiedziała.
— W takim razie wróć i zapytaj.
Unisław zesztywniał.
— To rozkaz twojej macochy.
— Słyszałem.
— Nie możesz...
— Mogę.
Bolesław powiedział to spokojnie.
Unisław rozejrzał się po ludziach.
Zobaczył więcej twarzy zwróconych ku Bolesławowi niż ku sobie.
Wszebor też.
— Mieszko nie został jeszcze pochowany — powiedział Unisław.
— Wiem. Byłem przy nim, kiedy umierał.
— Pani Oda ma prawa.
— Nie przeczę.
— Jej synowie też.
— Nie przeczę.
To zaskoczyło nie tylko Unisława.
Wszebor spojrzał na Bolesława uważniej.
— Więc dlaczego mnie zatrzymujesz?
— Bo mój ojciec nie żyje od jednej nocy, a ludzie już jeżdżą między grodami z wiadomościami, których nie znam. Dopóki nie dowiem się jakimi, nikt z mojego dworu nie opuści tego miejsca bez mojego pozwolenia.
— Twojego dworu?
Bolesław popatrzył mu w oczy.
— Tak.
Tym razem cisza była cięższa.
Unisław zacisnął szczękę.
Wszebor zobaczył moment, w którym mężczyzna zrozumiał, że jeśli wyciągnie miecz, nie będzie to już kłótnia przy bramie.
Będzie to wybór strony.
I przegrana, zanim ostrze wyjdzie z pochwy.
Unisław cofnął się.
— Przekażę pani Odzie.
— Nie musisz. Sam z nią porozmawiam.
Bolesław odwrócił się.
— Wszebor.
— Tak?
— Miałeś być pod ręką.
— Byłem przy bramie.
— To nie jest moja ręka.
Sławęta zakrył usta dłonią.
Wszebor spojrzał na niego podejrzliwie.
Bolesław też zauważył.
— Śmiejesz się?
— Kaszlę, panie.
— Następnym razem kaszl ciszej.
Ruszył z powrotem do domu.
Po kilku krokach zatrzymał się i obejrzał przez ramię.
— Wszebor.
— Co znowu?
— Powiedziałeś, że zostajesz do jutra.
— Tak.
— Dzisiaj potrzebuję cię do zmroku.
Wszebor spojrzał na słońce ledwo widoczne przez mgłę.
— To długo.
— Przeżyjesz.
Sławęta parsknął.
Wszebor popatrzył na Bolesława.
Młody książę już odchodził.
Za nim szli ludzie.
Nie wszyscy.
Jeszcze nie.
Ale wystarczająco wielu, żeby było widać, gdzie zaczyna przesuwać się ciężar.
Wszebor pamiętał Mieszka z pierwszych lat jego władzy. Pamiętał, jak patrzył na drogi, grody i ludzi, jakby każde z nich było problemem do rozwiązania. Bolesław patrzył inaczej.
Jakby wszystko było czymś do zdobycia.
— No? — zapytał Sławęta.
— Co?
— Zostaniesz do zmroku?
Wszebor obserwował plecy Bolesława.
— Powiedział, że mnie potrzebuje.
— To brzmi niebezpiecznie.
— Jest księciem. Oni zawsze czegoś potrzebują.
Sławęta uśmiechnął się pod siwą brodą.
— Jeden dzień.
Wszebor spojrzał na niego.
— Zamknij się.
— Nic nie powiedziałem.
— Właśnie powiedziałeś.
— Tylko dwa słowa.
Wszebor ruszył w stronę domu Bolesława.
Za plecami słyszał kroki Sławęty.
Przed sobą widział ludzi noszących wodę, siodłających konie, poprawiających pasy i przekazujących szeptem wiadomości. Gdzieś dalej duchowni przygotowywali ciało Mieszka do pogrzebu. Przy bramie wojowie Bolesława patrzyli już uważniej na wojów Ody.
Ojciec jeszcze nie spoczął w ziemi, a syn zaczynał walczyć o to, co po nim zostało.
Wszebor znał wojny o ziemię.
Znał wojny o srebro.
Znał wojny o zemstę, kobietę, gród, rzekę i głupią obrazę wypowiedzianą po zbyt dużej ilości piwa.
Wojny o rodzinę zwykle były najgorsze.
Westchnął.
Miał zostać tylko jeden dzień.
Dzień dopiero się zaczynał.
DZIEDZICTWO
Metalowe zwierciadło było małe, nierówne i warte zapewne więcej, niż Wszebor chciał wiedzieć.
Ktoś zawiesił je na ścianie obok misy z wodą. Wypolerowany brąz nie oddawał twarzy tak dobrze jak spokojna tafla stawu, ale wystarczająco, żeby człowiek zobaczył, czy ma krew na policzku albo wszy w brodzie.
Wszebor miał jedno i drugie za sobą wiele razy.
Teraz przyglądał się głowie.
Jeszcze niedawno ogolił ją do skóry. Jasne włosy zdążyły odrosnąć może na szerokość paznokcia i tworzyły na czaszce twardy, nierówny meszek. Broda również wracała. Nie była jeszcze długa; raczej jasny zarost, który zaczynał zasłaniać szczękę i podbródek.
Twarz pozostawała ta sama.
Gładka skóra. Mocna szczęka. Oczy człowieka, który powinien wyglądać o wiele starzej.
Wszebor przesunął kciukiem po policzku.
Od rana częściej niż zwykle łapał się na tym, że wraca wzrokiem do własnego odbicia. Nie z próżności. Po śmierci Mieszka własna twarz drażniła go bardziej niż wcześniej. Szukał czegoś nowego. Zmarszczki. Siwego włosa. Czegokolwiek, co powiedziałoby mu, że czas jednak zostawia na nim jakiś ślad.
Nie zostawiał.
– Jak będziesz się tak długo podziwiał, jeszcze się w sobie zakochasz.
Wszebor nie odwrócił się.
– Ty już tego nie ryzykujesz.
Sławęta wszedł do izby i zamknął za sobą drzwi.
– Dzisiaj jesteś wyjątkowo miły.
– Dzisiaj?
– Masz rację. Źle powiedziałem.
Wszebor odłożył zwierciadło. Sławęta miał na sobie kolczugę.
Nie nosił jej poprzedniego dnia.
– Jedziemy gdzieś?
– Ty jedziesz.
– A ty?
– Też.
– To po co mówisz „ty”?
Sławęta poprawił pas z mieczem.
– Bo Bolesław kazał mi powiedzieć, że ty jedziesz. Ja jadę, bo mam rozum.
– Nie widzę związku.
– Ja znam drogę.
Wszebor spojrzał na kolczugę jeszcze raz. Była dobra, ale stara. Kilka kółek przy lewym boku miało inny kolor, wymienianych po dawnych cięciach. Pamiętał jedną z tych ran. Pamiętał też człowieka, który ją zadał.
Sławęta zauważył jego wzrok.
– Co?
– Nic.
– Patrzysz na mnie jak żona na chorego męża.
– Masz żonę?
– Miałem.
Wszebor zamilkł.
Wiedział, że Sławęta ożenił się wiele lat wcześniej. Wiedział też, że kobieta nie żyje. Sławęta powiedział mu o tym kiedyś przy ognisku, jakby mówił o zdechłym koniu: krótko, bez opisu. Wszebor nie dopytywał.
Teraz po raz pierwszy pomyślał, że z jakiegoś powodu nie pamięta jej imienia.
– Bolesław czeka – powiedział Sławęta.
– Od kiedy?
– Od chwili, kiedy uznał, że powinieneś już być.
– Czyli długo.
– Zaczynasz go rozumieć.
Wszebor zapiął pas. Włócznię zostawił opartą przy ścianie poprzedniego wieczoru. Grot był stary, ten sam, który nosił od lat, lecz drzewce zrobił nowe kilka miesięcy wcześniej. Jesion był prosty i dobrze wyważony.
Wziął broń.
Sławęta popatrzył na jego głowę.
– Włosy ci rosną.
– Zauważyłem.
– Broda też.
– Na tym polega problem z goleniem.
– Za kilka miesięcy znowu będziesz wyglądał jak człowiek.
Wszebor otworzył drzwi.
– Ty potrzebowałeś na to sześćdziesięciu lat i nadal nie wyszło.
Sławęta zaklął za jego plecami.
To brzmiało znajomo.
Dobrze.
Nie wszystko musiało się zmieniać od razu.
* * *
Bolesław nie siedział.
Od śmierci ojca Wszebor widział go przy stole, przy bramie, na wale, przy posłaniu Mieszka i dwa razy w siodle. Ani razu nie widział go odpoczywającego.
Tym razem książę stał nad stołem, na którym leżał pergamin. Obok niego znajdował się duchowny o długiej, wąskiej twarzy i mężczyzna w ciemnym płaszczu, którego Wszebor nie znał.
Bolesław wskazał na drzwi.
– Zamknij.
Wszebor zamknął.
– To jest Sławęta – powiedział.
– Widzę.
– Miałem zamknąć za sobą czy także za nim?
Duchowny spuścił głowę. Mężczyzna w płaszczu odwrócił wzrok.
Bolesław zmierzył Wszebora spojrzeniem.
– Ojciec naprawdę cię lubił?
– Czasami.
– Coraz bardziej mu współczuję.
Sławęta stanął pod ścianą.
Bolesław położył palec na pergaminie.
– To odpis – powiedział. – Właściwe pismo poszło do Rzymu. Ten zapis sporządzili dla mnie ludzie, którzy pamiętają jego treść.
Wszebor spojrzał na czarne znaki.
– Umiesz czytać?
– Nie.
– Pisać?
– Nie.
– Łacinę?
– Jeśli ktoś nią krzyczy, brzmi tak samo źle jak każda inna.
Duchowny tym razem parsknął.
Bolesław spojrzał na niego.
– Bracie Boguchwale.
– Wybacz, panie.
– Czytaj.
Duchowny przesunął palcem po kilku liniach i zaczął mówić po łacinie.
Wszebor wytrzymał sześć słów.
– Po naszemu.
Boguchwał przerwał.
Bolesław uniósł brew.
– Nie lubisz, gdy ktoś mówi rzeczy, których nie rozumiesz?
– Lubię wiedzieć, kiedy mam się nudzić.
Książę oparł obie dłonie o stół.
– Pod koniec życia mój ojciec oddał swoje państwo pod opiekę świętego Piotra.
Wszebor spojrzał na duchownego.
– Tego z Rzymu?
– Święty Piotr nie mieszka w Rzymie – odpowiedział Boguchwał ostrożnie.
– To dobrze. Daleko stąd.
Bolesław westchnął.
– Chodzi o papieża. O Kościół. O opiekę, którą ojciec chciał sobie zapewnić.
– I zapewnił?
– Ojciec nie żyje.
– To słaba opieka.
– Wszebor.
– Słucham.
Bolesław odczekał chwilę.
– W piśmie wymieniono Odę oraz jej synów. Mieszka i Lamberta.
– Ciebie nie.
– Mnie nie.
Wszebor podszedł do stołu i spojrzał na znaki. Nie znaczyły dla niego nic. Czarne kreski na jasnej skórze.
– Ojciec powiedział ci dlaczego?
– Nie.
– Pytałeś?
– Nie zdążyłem.
To zdanie zabrzmiało inaczej niż pozostałe.
Wszebor spojrzał na Bolesława.
Młody książę patrzył na pergamin, ale jego szczęka była napięta.
– A wiesz, po co to zrobił? – zapytał Wszebor.
Boguchwał odezwał się pierwszy:
– Nie mamy pewności. Może chciał zabezpieczyć państwo. Może szukał opieki Stolicy Apostolskiej. Może myślał o przyszłości młodszych synów.
Bolesław przesunął palec po krawędzi stołu.
– Oda ma krewnych na zachodzie. Ma ludzi tutaj. Jej synowie są Piastami tak samo jak ja.
– Młodszymi.
– To nie zawsze przeszkadza.
Wszebor popatrzył na pergamin ponownie.
– Ten kawał skóry nie trzyma włóczni.
– Nie.
– To czemu wyglądasz, jakbyś chciał go udusić?
Bolesław uśmiechnął się bez wesołości.
– Bo człowiek, który pokaże odpowiedni kawał skóry odpowiednim ludziom, może dostać więcej włóczni niż ty widziałeś przez ostatni rok.
Wszebor skinął głową.
– To już rozumiem.
Mężczyzna w ciemnym płaszczu podszedł bliżej.
– W nocy Unisław zniknął.
Wszebor spojrzał na Sławętę.
– Ten od czerwonego pasa?
– Ten – odpowiedział Sławęta.
– Mówiłeś, że bramy są pilnowane.
– Były.
– Słabo.
– Dziękuję.
Bolesław przerwał im ruchem ręki.
– Wyjechał przez bramę gospodarczą. Ktoś przekupił dwóch strażników. Jeden już siedzi związany. Drugiego nie ma.
– Z Unisławem?
– Prawdopodobnie.
– Ilu ludzi?
– Siedmiu widziano przy koniach. Może więcej czekało poza wałem.
Wszebor oparł włócznię o stół.
– Dokąd pojechał?
Bolesław wskazał mężczyznę w płaszczu.
– Warcisław widział ich trop na zachodniej drodze. Jeśli pojadą najkrócej, muszą przekroczyć rzekę przy starym grodzie strażniczym. Dalej droga rozchodzi się na dwie strony. Jedna prowadzi ku Odrze.
– Druga?
– Na północ.
– Chcesz go złapać.
– Chcę wiedzieć, co wiezie.
– A jeśli nic?
– Wtedy przywieziesz mi nic razem z nim.
Wszebor popatrzył na Bolesława.
– Miałem zostać do zmroku.
– Zmieniłem zdanie.
Sławęta cicho parsknął.
Bolesław nawet na niego nie spojrzał.
– Dostaniesz dwunastu ludzi. Warcisław pokaże drogę. Sławęta jedzie z tobą.
– Nie.
Sławęta odsunął się od ściany.
– Co „nie”?
– Ty zostajesz.
– Nie pytałem cię.
Wszebor zwrócił się do Bolesława.
– Jest stary.
– Mam uszy – powiedział Sławęta.
– To jedno działa.
– Wszebor – ostrzegł.
Bolesław przez chwilę przyglądał się obu.
– Sławęta zna ludzi przy przeprawie. Jedzie.
– Może powiedzieć Warcisławowi, kogo zna.
– Mogę też powiedzieć to tobie – odparł Sławęta. – Po drodze. Kiedy będę jechał obok.
Wszebor zacisnął szczękę.
Nie podobało mu się to.
Nie dlatego, że uważał Sławętę za bezużytecznego. Właśnie przeciwnie. Chłopak, którego kiedyś uczył trzymać tarczę, był dziś doświadczonym wojem. Tylko że pod siwą brodą i zmarszczkami nadal widział tamtego chłopaka.
Ciało widziało coś innego.
– Dobrze – powiedział w końcu. – Jedzie.
– Dziękuję za pozwolenie – odparł Sławęta.
Bolesław wziął ze stołu mały kawałek drewna z wypalonym znakiem.
– To mój znak. Strażnik przy przeprawie powinien go znać.
Wszebor wyciągnął rękę.
Bolesław nie puścił od razu.
– Nie jedziesz tam zabijać ludzi Ody.
– Dobrze.
– Jeśli możesz go wziąć żywego, bierzesz żywego.
– Dobrze.
– Jeśli strażnica nie chce otworzyć bramy, nie szturmujesz jej.
– Dobrze.
Bolesław zmrużył oczy.
– Za łatwo się zgadzasz.
– Powiedziałeś trzy rozsądne rzeczy.
– Ojciec twierdził, że to się zdarza.
Wszebor zabrał znak.
– Jeśli zaczną strzelać?
– Wtedy przestań ich lubić.
To już brzmiało bardziej jak syn Mieszka.
* * *
Wyjechali niecałą godzinę później.
Warcisław prowadził. Był szczupły, ciemnowłosy i siedział na koniu lepiej, niż wyglądał. Mówił mało, co od razu podobało się Wszeborowi.
Dwunastu wojów Bolesława jechało za nimi. Wszebor znał z imienia tylko dwóch: Niegosza, krępego mężczyznę z szeroką twarzą, i Mirogniewa, który miał długi wąs i tarczę pomalowaną w cztery czarne pola.
Pozostałych zamierzał poznać po drodze.
Jeżeli miał nimi dowodzić, imiona były ważniejsze od twarzy.
Przekonał się o tym dawno temu.
– Niegosz – powiedział.
Mężczyzna podjechał bliżej.
– Jestem.
– Ilu z nich dobrze strzela z łuku?
Niegosz obejrzał się.
– Trzech dobrze. Dwóch tak, żeby nie trafić swojego.
– Których trzech?
Wskazał ludzi.
Wszebor zapamiętał.
– Kto najlepiej zna las?
– Ja. Może Radzimir.
Wszebor odruchowo zerknął na Sławętę.
Ten zauważył.
– Co?
– Nic.
– Znowu kłamiesz.
– Ciebie nie pytałem, bo starych drzew się nie liczy.
– Pierdol się.
Niegosz udawał, że nie słyszy.
Droga biegła przez pola, potem schodziła między lasy. Po nocnym deszczu ziemia była miękka. Ślady koni ciągnęły się wyraźnie, ale Wszebor nie ufał im bardziej, niż musiał.
Unisław wiedział, że mogą ruszyć za nim.
Człowiek uciekający naprawdę starał się zniknąć.
Ten zostawiał trop jak kupiecki wóz.
– Za łatwo – powiedział.
Warcisław obejrzał się.
– Co?
– Ślady.
Sławęta spojrzał w dół.
– Padało.
– Wiem.
– Jest ich dużo. Nie zatrą wszystkiego.
– Też wiem.
– To czego się czepiasz?
Wszebor wskazał świeże odbicie kopyta przy samym środku drogi.
– Niczego.
Sławęta westchnął.
– Znowu zaczynasz.
– Co?
– Widzisz coś, nie wiesz co, więc robisz minę człowieka, który wie wszystko.
– Nie robię min.
– Robisz.
Niegosz parsknął śmiechem.
Wszebor spojrzał na niego.
– Co cię bawi?
– Nic.
– Dobrze się uczysz.
Po kolejnej godzinie zatrzymał oddział.
Nie dlatego, że zobaczył wroga.
Nie widział nikogo.
Droga przechodziła między dwoma wzniesieniami. Po lewej rosły gęste leszczyny, po prawej teren opadał ku mokradłom. Ktoś, kto chciał zatrzymać kilkunastu jeźdźców, wybrałby właśnie to miejsce.
Warcisław uniósł brwi.
– Co jest?
– Zsiadamy.
– Do przeprawy jeszcze daleko.
– Tym lepiej.
Wszebor zeskoczył z konia. Sławęta zrobił to samo trochę wolniej.
Wszebor zauważył.
Oczywiście nic nie powiedział.
Rozdzielił ludzi. Dwóch zostało z końmi. Trzech łuczników wysłał na prawe zbocze, gdzie ziemia była bardziej otwarta. Niegosza i Radzimira skierował w lewo, żeby obeszli leszczyny szerokim łukiem.
– Nie szukacie walki – powiedział. – Widzicie człowieka, wracacie.
Niegosz skinął głową.
– A jak człowiek zobaczy nas?
– Wtedy wracacie szybciej.
Sławęta oparł włócznię o ramię.
– A my?
– Idziemy drogą.
– Bardzo sprytne. Czyli jak jest zasadzka, strzelą do nas.
– Po to mamy tarcze.
– Tę część planu znam od młodości.
Ruszyli pieszo.
Przez pierwszych sto kroków nie wydarzyło się nic.
Potem Niegosz zagwizdał.
Krótko. Raz.
Wszebor zatrzymał ludzi.
Drugi gwizd.
Człowiek.
Trzeci nie nadszedł.
Wszebor uniósł pięść.
– Tarcze.
Drewno zeszło z pleców.
Pierwsza strzała uderzyła w drogę dwa kroki przed nimi.
Druga trafiła Mirogniewa w tarczę.
– Do drzew! – krzyknął Wszebor.
Ludzie uskoczyli z drogi.
Strzały przyleciały z lewej.
Nie z leszczyn, które obserwował.
Wyżej.
Z grzbietu.
– Kurwa.
Sławęta przycisnął plecy do pnia.
– Co?
– Źle patrzyłem.
– Zapiszę ten dzień.
Trzecia strzała uderzyła w drzewo między nimi.
Wszebor wychylił się na moment.
Zobaczył ruch na grzbiecie. Cztery, może pięć sylwetek.
Nie próbowali ich zabić.
Gdyby chcieli, strzelaliby wcześniej, kiedy oddział był na koniach i w wąskim przejściu.
– Sprawdzają nas – powiedział.
– Kto?
– Unisław albo jego ludzie.
Niegosz pojawił się z lewej, pochylony nisko.
– Dwóch widziałem. Cofnęli się na zachód.
– Ilu strzela?
– Więcej.
Wszebor skinął.
– Nie gonimy.
Sławęta spojrzał na niego.
– Dojrzałeś.
– Zamknij się.
Przeczekali kilka chwil. Więcej strzał nie poleciało.
Wszebor kazał ludziom wrócić do koni, ale przez następne pół mili szli pieszo, trzymając zwierzęta za uzdy. Na otwartych fragmentach posyłał dwóch przed siebie. W lesie jeden szedł równolegle po każdej stronie drogi.
Stracili czas.
Właśnie o to chodziło przeciwnikowi.
Kiedy zobaczyli rzekę, słońce wisiało już nisko.
Strażnica stała na niewielkim wyniesieniu nad brodem. Drewniany wał nie był wysoki, ale otaczał kilka zabudowań i stajnię. Przy bramie stało czterech ludzi.
Brama była zamknięta.
Warcisław zaklął.
– Powinni nas wpuścić.
– Powinni – odpowiedział Wszebor.
– Pokaż znak.
Wszebor wyjął drewienko Bolesława.
Podjechali bliżej.
– Kto dowodzi? – zawołał strażnik z wału.
– Wszebor.
– Czyj człowiek?
Wszebor westchnął.
– Dzisiaj Bolesława.
Sławęta odwrócił głowę.
Wszebor uniósł znak.
– Otwórzcie.
Na wale pojawił się starszy mężczyzna w hełmie. Sławęta wysunął konia.
– Doman! To ja!
Człowiek zmrużył oczy.
– Sławęta?
– Nie odmłodniałem aż tak.
– Myślałem, że już nie jeździsz.
– Ja też.
Doman popatrzył na Wszebora.
– Czego chce książę?
– Żebyś otworzył bramę.
– Który?
Wszebor poczuł, jak Sławęta prostuje się w siodle.
To pytanie wracało zbyt często.
– Bolesław – odpowiedział.
– Pani Oda przysłała rano własny znak.
Wszebor spojrzał na Sławętę.
– Unisław?
Doman zawahał się.
Wystarczyło.
– Jest w środku – powiedział Wszebor.
– Nie powiedziałem tego.
– Nie musiałeś.
Na wale poruszyli się ludzie.
Doman opuścił głos.
– Nie chcę wojny pod moją bramą.
– Ja też nie.
– Mam ludzi Ody w środku i ludzi Bolesława przed wałem.
– To otwórz i będziesz miał wszystkich w jednym miejscu.
– Bardzo zabawne.
– Nie żartuję.
Sławęta podjechał bliżej.
– Doman. Znasz mnie od lat. Nie przyszliśmy palić grodu. Wpuść nas. Porozmawiamy.
Starszy strażnik patrzył na niego długo.
Potem pokręcił głową.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Bo jeśli wpuszczę was, Unisław uzna, że wybrałem Bolesława. Jeśli nie wpuszczę, wy uznacie, że wybrałem Odę.
Wszebor skinął głową.
– Tak.
Doman spojrzał na niego ponuro.
– Pomogłeś.
– Pytanie i tak zadałeś sobie sam.
Warcisław nachylił się do Wszebora.
– Możemy wejść od rzeki. Wał tam jest niższy.
Wszebor pokręcił głową.
– Bolesław powiedział, żeby nie szturmować.
– A jeśli Unisław odjedzie?
– To zobaczymy.
Rozbili mały obóz przy drodze, na tyle blisko, żeby widzieć bramę, i na tyle daleko, żeby nie dostać kamieniem z wału.
Doman nie otworzył.
Wszebor ustawił straże.
Potem usiadł przy małym ogniu z Sławętą.
– Naprawdę posłuchałeś – powiedział stary woj.
– Czego?
– Rozkazu. Nie wlazłeś na wał.
– Jeszcze.
– Wiedziałem, że jest haczyk.
Wszebor podał mu kawał chleba.
Sławęta wziął go i przez chwilę jadł w ciszy.
– Bolesław ich wyrzuci – powiedział w końcu.
– Kogo?
– Odę. Chłopców.
– Wiesz czy zgadujesz?
– Znam go.
– Od kilku lat.
– Wystarczy.
Wszebor patrzył na bramę.
– Zabije ich?
Sławęta przestał żuć.
– Nie wiem.
– To znaczy, że może.
– Każdy książę może.
– Mieszko też mógł.
– I nieraz zabijał.
– Wiem.
Sławęta odłożył chleb.
– Nie rób z jego ojca lepszego człowieka tylko dlatego, że umarł.
Wszebor spojrzał na niego.
– Nie robię.
– Robisz trochę.
To go zirytowało, ponieważ Sławęta miał rację.
Wszebor pamiętał Mieszka takim, jakim chciał go pamiętać w ostatnich dniach. Dobrym wodzem. Człowiekiem, który płacił swoim ludziom i słuchał, kiedy warto było słuchać. Łatwiej było odsunąć rzeczy, które pasowały mniej: zakładników, spalone osady, ludzi powieszonych przy drogach, wojny prowadzone nie dla obrony, lecz po ziemię.
Mieszko był księciem.
Książęta rzadko mieli czyste ręce.
– Jeśli Bolesław każe ci ich zabić? – zapytał Sławęta.
– Nie zabiję dzieci.
– A Odę?
Wszebor zastanowił się chwilę.
– Jeśli będzie miała miecz.
Sławęta uśmiechnął się krótko.
