Żmij. Wrona - Jasper Everhar - ebook

Żmij. Wrona ebook

Jasper Everhar

4,6

Opis

Kim jest Sambor Wrona?

 

Dla żołnierzy – wielkim jak tur zaciężnym, który za dobrze zna wojnę.

Dla tych, którzy walczyli obok niego – człowiekiem niezwykle trudnym do zabicia.

Dla samego Sambora – kimś, kto od bardzo dawna stara się żyć tak, by nikt nie zaczął zadawać właściwych pytań.

 

Ma ponad dwa metry wzrostu, ogromną siłę i doświadczenie, którego nie sposób pogodzić z jego wyglądem. Potrafi walczyć mieczem, przeżyć tam, gdzie inni giną, i widzieć w ciemności odrobinę więcej, niż powinien.

 

Bo Sambor Wrona nie jest człowiekiem.

 

Jest Żmijem.

 

W 1497 roku zaciąga się do armii Jana Olbrachta ruszającej na Mołdawię. Nie szuka sławy ani stanowiska. Chce żołdu, miejsca w szeregu i tysięcy ludzi wokół siebie, wśród których łatwo pozostać niezauważonym.

 

Wojna szybko jednak przestaje być prostym sposobem na zarobek.

 

Wieliczka, Suczawa, bukowińskie lasy i odwrót polskiej armii prowadzą Sambora coraz dalej od życia, które przez lata sobie układał. Na jego drodze pojawiają się nie tylko ludzie. Stare stworzenia, o których mówi się przy wiejskich piecach i nocnych ogniskach, okazują się znacznie bardziej rzeczywiste, niż chciałby przyznać niejeden duchowny.

 

Sambor zna ten świat lepiej niż większość.

 

Problem w tym, że ten świat również zaczyna rozpoznawać jego.

 

A kiedy wojna zagrozi ludziom, których nieopatrznie zaczął uważać za swoich, Wrona będzie musiał zdecydować, ile ze swojej prawdziwej natury może wypuścić na wolność.

 

Bo Żmij może uratować człowieka.

 

Pytanie tylko, czy później będzie chciał się zatrzymać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 258

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (15 ocen)
10
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MiloszKowal96

Nie oderwiesz się od lektury

Sięgnąłem po tę książkę na podstawie komentarzy i powiem jedno, nie zawiodłem się. Fajnie się czyta i zdecydowanie polecam
00
DonPedro1954

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawe połączenie historii i fantazy. Ciąg dalszy opowieści oczekiwany.
00
Bartek567

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna książka na spokojny wieczór
00
PiotrK64

Nie oderwiesz się od lektury

Przecztałem jednym tchem. Wciągająca. Przez moment bałem się, że będzie to kopia „Ostatniego Woja”, ale nie. Realistyczne opisy walk, zwęzłe, ale treściwe dialogi i trochę humoru. To wszystko przyprawione szczptą słowiańskiej fantasy. Polecam.
00
kuban2002

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze 5/5, Autor nie zawiódł. Czekam na kolejną część.
00



Rozdział I — Zaciąg

Kraków, maj 1497 roku

Sambor Wrona nie lubił miast, które pamiętał inaczej.

Kraków należał do najgorszych. Nie dlatego, że zmieniał się szybko. Każde miasto zmieniało się, jeśli dać mu dość czasu. Domy rosły, płonęły i wracały w innym kształcie; właściciele kamienic umierali, a ich synowie zawieszali nad wejściem inne godła. Najgorsze było to, że Kraków zmieniał się po kawałku. Tu nowy dach, tam szersze okno, dalej kamienica wyższa o piętro. Człowiek wracający po kilku latach ledwie to dostrzegał.

Sambor dostrzegał.

Szedł przez tłum spokojnie, z podróżnym workiem przewieszonym przez lewe ramię i mieczem przy prawym biodrze. Pas z bronią nosił odwrotnie niż większość. Nie była to poza. Dawno temu nauczył się walczyć obiema rękami, a jeszcze dawniej zrozumiał, że ludzie zapamiętują szczegóły łatwiej niż twarze. Olbrzym z mieczem po lewej stronie mógł zostać w czyjejś pamięci na lata. Olbrzym z mieczem po prawej był tylko wysokim zaciężnym.

Przynajmniej tak sobie tłumaczył.

W praktyce i tak oglądano się za nim częściej, niż by chciał.

Górował nad większością mężczyzn o całą głowę, nad niektórymi więcej. Szerokie barki dodatkowo potęgowały wrażenie. Płaszcz nie zdołał ukryć budowy, a dwóch czeladników niosących belę sukna urwało rozmowę, kiedy ich mijał. Sambor nie odpowiedział spojrzeniem.

Bycie niewidocznym przy jego wzroście było niemożliwe. Można było jednak sprawić, żeby ludzie nie mieli powodu zapamiętać niczego więcej.

Na Rynku było więcej zbrojnych niż zwykle. Nie wszyscy należeli do wojska. Część dopiero chciała należeć. Sambor rozpoznawał ich bez trudu. Ci, którzy już służyli, sprawdzali ceny, szukali kowala, pili albo spali, zanim ktokolwiek zdążył ich obudzić. Ci, którzy dopiero marzyli o wojnie, oglądali broń innych.

Minął dwóch takich młodzieńców zapatrzonych w napierśnik wystawiony przed warsztatem płatnerza. Jeden mówił coś o Turkach. Drugi przekonywał, że król pójdzie nad Morze Czarne i do zimy każdy wróci z sakwą srebra.

Sambor nie zwolnił.

Armie zawsze wyruszały po srebro, ziemię, chwałę albo wiarę. Wracały po wodę, chleb i miejsce, w którym można było położyć rannych.

Zza Sukiennic dobiegł go głos przekupki. Ktoś zaklął, bo koń nadepnął mu na stopę. Uderzyły dzwony. Kraków brzmiał podobnie jak dawniej, nawet jeśli nie wyglądał tak samo.

Właśnie dlatego Sambor zamierzał zostać tu możliwie krótko.

Żmij mógł żyć długo, o ile nie dawał ludziom czasu, by zaczęli liczyć mu lata. W mieście wystarczało kilka zim, żeby sąsiad zauważył, że czyjeś włosy wciąż nie siwieją. Dziesięć lat rodziło pytania. Dwadzieścia czyniło z człowieka opowieść. Sambor nie chciał być opowieścią.

Od lat wybierał więc miejsca, w których ludzie przychodzili i odchodzili szybko. Porty. Pogranicza. Obozy. Wojny.

Najlepiej wojny.

Na wojnie każdy miał ważniejsze rzeczy do zapamiętania niż twarz wysokiego żołnierza.

Zaciąg prowadzono na dużym podwórzu przy gospodzie na przedmieściu. Właściciel musiał mieć albo dobre znajomości, albo bardzo mało rozsądku, skoro zgodził się wpuścić tam ponad setkę uzbrojonych ludzi. Kilkudziesięciu czekało pod ścianami. Reszta tworzyła nierówną kolejkę do stołu, za którym siedział pisarz w czarnym kaftanie. Nieco dalej dwóch ludzi oglądało broń kandydatów.

Nad wejściem wisiał proporzec rotmistrza. Sambor zatrzymał się na chwilę.

Nie znał znaku.

To dobrze.

Stanął na końcu kolejki.

– Ty też na Wołocha? – zapytał mężczyzna przed nim.

Miał krótko przyciętą brodę, przeszywanicę wysłużoną na ramionach i kuszę opartą o nogę. Czterdzieści lat, może trochę więcej. Paznokcie czyste, dłonie zgrubiałe. Nie chłop. Nie rycerz. Zawodowiec.

– Na żołd – odparł Sambor.

Mężczyzna parsknął.

– Rozsądniej.

– Wołoch może się zmienić. Żołd powinien zostać.

– Powinien. – Tamten przesunął kuszę. – To najlepszy dowcip, jaki dziś słyszałem.

Sambor spojrzał na niego.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Florian Gajda.

– Sambor Wrona.

Florian podniósł wzrok wyżej.

– Wrona?

– Tak.

– Przy tobie powinno być Bocian.

Sambor przyglądał mu się przez chwilę.

– Już widzę, że będzie nam się dobrze służyło.

Florian roześmiał się krótko.

Kolejka ruszyła.

Chłopak przed Florianem trzymał rusznicę tak ostrożnie, jakby była nowo narodzonym dzieckiem. Mógł mieć dwadzieścia lat. Rudawy zarost nie zdecydował jeszcze, czy chce być brodą. Pisarz pytał go o imię, a jeden z oglądających broń wziął rusznicę bez pytania.

– Klemens Skiba – odpowiedział chłopak.

– Skąd?

– Z Proszowic.

– Strzelałeś do człowieka?

Klemens zawahał się o ułamek sekundy za długo.

– Strzelałem.

Oglądający broń uniósł wzrok.

– Do którego miejsca?

– Do Węgra.

Kilku ludzi obok zachichotało.

– Pytam, gdzie w człowieka.

Chłopak poczerwieniał.

– W pierś.

– I?

– Upadł.

– To się czasem zdarza po trafieniu.

Florian mruknął do Sambora:

– Nie widział nawet Węgra.

Sambor nic nie odpowiedział. Patrzył na rusznicę. Lufa była zadbana, łoże obtarte, mechanizm używany, nie ozdobny. Chłopak kłamał o człowieku, ale nie o strzelaniu.

Mężczyzna przy stole obejrzał panewkę, poruszył ramieniem zamka i skrzywił się.

– To poprawisz przed popisem. Knot masz?

Klemens niemal wyszarpnął z torby zwinięty lont.

– Mam.

– Prochu?

– Dwa funty.

– Suchego?

– Był suchy rano.

Tym razem śmiech był większy.

Mężczyzna oddał broń.

– Będziesz zabawny do pierwszego deszczu. Następny.

Klemens odszedł z miną człowieka, który nie był pewien, czy właśnie go przyjęto. Florian ruszył do stołu.

Jego sprawdzono szybko. Kusza, miecz, hełm, przeszywanica, rękawice. Widać było, że takich ludzi właśnie szukano.

– Służyłeś? – spytał pisarz.

– Odkąd pamiętam.

– To zapiszę „tak”.

– Będzie uczciwiej.

Chwilę później przyszła kolej Sambora.

Pisarz zaczął od jego twarzy, potem spojrzał na ramiona, a na końcu pochylił się, jakby chciał sprawdzić, czy Sambor przypadkiem na czymś nie stoi.

– Imię?

– Sambor Wrona.

Pióro zatrzymało się nad kartą.

– Wrona?

– Tak.

– Skąd?

Sambor miał na to pytanie przygotowane odpowiedzi dla kilku części Królestwa. Wybrał najprostszą.

– Z Sądecczyzny.

– Wieś?

– Długo mnie tam nie było.

Pisarz uniósł brwi.

– Nie spisuję żywota świętego. Wieś.

– Podegrodzie.

Pióro zaskrzypiało.

Nie było to nawet kłamstwo w rodzaju, który Sambor uważał za niewygodny. Mieszkał tam kiedyś przez dwa lata.

– Służba?

– Węgry. Ruś. Pogranicze.

– U kogo?

– U ludzi, którzy płacili.

Pisarz spojrzał na niego z niechęcią.

– Rotmistrz będzie chciał nazwisk.

– Wtedy mu je podam.

– Ja pytam teraz.

– A ty jesteś rotmistrzem?

Florian, który nie odszedł daleko, odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.

Pisarz zmrużył oczy.

– Nie.

– Więc obu nam oszczędziłem czasu.

Przy stole zapadła krótka cisza.

Sambor nie lubił drażnić urzędników. Urzędnicy potrafili pamiętać drobne urazy dłużej niż żołnierze poważne rany. Ten jednak wyraźnie próbował ustalić porządek świata, w którym człowiek po drugiej stronie stołu powinien odpowiadać szybko i z pokorą. Sambor nie miał nic przeciwko porządkowi. Nie lubił tylko być jego częścią bardziej, niż musiał.

Oglądający broń wyciągnął rękę.

– Miecz.

Sambor odpiął pas i podał mu broń w pochwie.

Mężczyzna zmarszczył brwi, czując ciężar. Wyciągnął ostrze na szerokość dłoni, potem całkiem. Miecz był prosty, długi, bez złota i znaków, które mogłyby opowiedzieć historię właściciela. Jelec nosił ślady po uderzeniach. Skóra na rękojeści była wymieniana co najmniej kilka razy.

– Dobry.

– Tak.

– Niemiecki?

– Kuty na Śląsku.

– Dawno?

Sambor spojrzał na ostrze.

– Wystarczająco.

Inspektor przesunął kciukiem obok krawędzi, nie dotykając jej.

– Długi jak na piechura.

– Mam długie ręce.

Mężczyzna spojrzał na niego, jakby dopiero teraz zauważył oczywistość.

– Pancerz?

Sambor rozpiął płaszcz. Pod nim miał grubą przeszywanicę. W worku niósł część płytowego oporządzenia: napierśnik, ochronę ramion i hełm. Nie przychodził na zaciąg obwieszony żelazem. Człowiek w pełnym rynsztunku bez powodu wyglądał jak ktoś, kto albo spodziewa się kłopotów, albo desperacko chce zrobić wrażenie.

– Reszta w gospodzie – powiedział.

– Jaka reszta?

– Nagolenniki. Rękawice. Obojczyk.

Inspektor oddał miecz.

– Stać cię.

– Jeszcze.

To przyciągnęło uwagę człowieka stojącego dotąd w cieniu pod arkadą.

Miał na sobie ciemny kaftan, wysokie buty i pas z krótkim mieczem. Bez hełmu. Około czterdziestu pięciu lat, twarz sucha, nos złamany kiedyś i źle złożony. Nie musiał nosić proporca na plecach, żeby Sambor wiedział, kim jest.

Rotmistrz.

– Wrona – powiedział mężczyzna.

Sambor odwrócił się do niego.

– Panie rotmistrzu.

– Skoro rozpoznałeś mnie bez przedstawienia, służyłeś w większej liczbie rot, niż powiedziałeś pisarzowi.

– Pisarz nie pytał o liczbę.

Mężczyzna zmierzył go spojrzeniem. Nie obraził się. Dobry znak.

– Dobiesław Korytko.

Sambor skinął głową.

Nazwisko nic mu nie mówiło. Jeszcze lepiej.

– Pod kim na Węgrzech?

Sambor wymienił nazwisko dowódcy, pod którym rzeczywiście służył kilka lat wcześniej. Tamto nazwisko wolno było pamiętać. Tamten Sambor Wrona wyglądał dokładnie tak samo jak obecny.

Rotmistrz znał człowieka.

– Długo?

– Dwa sezony.

– Strzelasz?

– Z kuszy. Z rusznicy, kiedy trzeba.

– Konno?

– Jeżdżę.

– Kopia?

– Jeżeli mam miejsce.

– Pieszo?

– Spisa, halabarda, miecz. Czym da się utrzymać człowieka poza zasięgiem jego broni.

– A jeśli wejdzie?

– Wtedy przestaje mieć znaczenie, czym chciałem go zatrzymać.

Korytko spojrzał na jego dłonie.

– Pokaż.

– Co?

– Czy tylko dobrze mówisz.

Rotmistrz skinął na stojącego przy bramie żołnierza.

Ten przyniósł dwa tępe drzewce treningowe. Samborowi podał dłuższe. Naprzeciw stanął niski, krępy piechur w skórzanym kaftanie. Miał stare nacięcie przez lewy policzek i sposób stawiania stóp, którego nie uczono na podwórzu.

Sambor od razu wiedział, że walczył naprawdę.

– Tylko mnie nie zabij – powiedział krępy.

– Postaram się.

– Jego, nie siebie – odezwał się Florian.

Kilku kandydatów roześmiało się.

Krępy ruszył pierwszy.

Nie było okrzyku. Dwa szybkie kroki. Pchnięcie w brzuch. Natychmiastowe cofnięcie drzewca, żeby nie dać go złapać.

Sambor odsunął biodro.

Drugie pchnięcie poszło wyżej. Zbił je.

Trzeciego nie było.

Przesunął ręce, skrócił chwyt i uderzył końcem drzewca w przedramię przeciwnika. Nie mocno. Wystarczająco, żeby palce osłabły. W tej samej chwili wszedł do środka, zahaczył nogą o kostkę krępego i zatrzymał drewno przy jego gardle.

Trwało to krócej niż okrzyk jednego z obserwujących.

Krępy spojrzał na drzewce, potem na Sambora.

– No.

Sambor cofnął broń i podał mu rękę.

– Zobaczyłeś pierwsze pchnięcie, zanim ruszyłem – powiedział krępy, wstając.

– Patrzysz tam, gdzie chcesz uderzyć.

– Każdy patrzy.

– Nie każdy tak wcześnie.

Rotmistrz Korytko nie wyglądał na zachwyconego. Wyglądał na człowieka, który właśnie przelicza koszt czegoś, co może mu się przydać.

– Dziesiętnik? – zapytał.

– Nie.

Odpowiedź padła za szybko, by mogła zostać uznana za namysł.

Korytko uniósł brew.

– Więcej żołdu.

– Więcej ludzi do pilnowania.

– Obawiasz się odpowiedzialności?

– Nie. Nie lubię jej szukać.

– To różnica?

– Duża, jeśli człowiek przeżyje dość długo.

Rotmistrz przyglądał mu się jeszcze moment.

– W szeregu łatwiej się schować?

Sambor oparł drzewce o ścianę.

– W szeregu łatwiej robić to, za co płacą.

– I nic więcej?

– Jeżeli będzie trzeba, zrobię więcej. Nie potrzebuję do tego tytułu.

Korytko uśmiechnął się po raz pierwszy, ale bez ciepła.

– Będę pamiętał.

Tego właśnie Sambor nie chciał usłyszeć.

– Wolałbym, żebyś pamiętał przy wypłacie.

Rotmistrz prychnął i odszedł.

Pisarz zanurzył pióro w atramencie.

– Przyjęty – powiedział tonem sugerującym, że osobiście uważa to za błąd. – Właściwy popis przed wymarszem. Jeżeli pancerz okaże się gorszy, niż twierdzisz, potrącą.

– Jeżeli okaże się lepszy?

– Nie dopłacą.

– Wojsko się nie zmienia.

Pisarz spojrzał na niego ostro.

Sambor zabrał pas z mieczem.

Za plecami wybuchła awantura.

Mężczyzna, którego wcześniej nawet nie zauważył, stał przy drugim stole i krzyczał na oglądającego broń. Był szeroki, czerwony na twarzy i pachniał piwem na odległość kilku kroków. Jego hełm leżał na ziemi, a inspektor trzymał w ręku miecz o wyszczerbionej krawędzi.

– To dobra stal!

– To zły złom – odparł inspektor.

– Walczyłem nim.

– W karczmie?

– Oddaj.

– Dostaniesz, jak wyjdziesz.

Czerwony chwycił za rękojeść.

Inspektor nie puścił.

Sambor odwrócił się całkiem. Nie dlatego, że chciał interweniować. Człowiek po alkoholu i upokorzeniu był jednak równie przewidywalny jak koń przestraszony ogniem.

Prawa dłoń czerwonego opadła do pasa.

Nóż.

Sambor ruszył, zanim ostrze wyszło z pochwy.

Trzy kroki.

Złapał nadgarstek. Obrócił.

Czerwony sapnął i uderzył lewą pięścią. Sambor przyjął ją na bark, docisnął kciuk do stawu i pochylił rękę człowieka w dół.

Nóż spadł na ziemię.

– Puść, kurwa!

– Dobrze.

Sambor puścił.

Mężczyzna cofnął się o krok, nabrał powietrza i zamachnął się znowu.

Sambor uderzył go otwartą dłonią pod brodę.

Krótko.

Głowa odskoczyła. Czerwony usiadł na ziemi, jakby nagle przypomniał sobie, że nogi służą także do zginania.

Na podwórzu zapadła cisza.

Sambor podniósł nóż i podał go inspektorowi rękojeścią do przodu.

– Teraz możesz mu oddać.

Florian roześmiał się głośno.

Korytko, stojący przy arkadzie, pokręcił głową.

– Wrona.

– Panie rotmistrzu?

– Starasz się być niezauważalny?

Sambor popatrzył na siedzącego na ziemi człowieka.

– Nie zawsze wychodzi.

Zanim pozwolono przyjętym rozejść się do kwater, Korytko kazał wszystkim stanąć na podwórzu. Zebrało się niespełna dziewięćdziesięciu ludzi. Kilku miało rusznice, więcej kusze, inni długą broń drzewcową. Między hełmami i przeszywanicami widać było ogromne różnice. Jeden człowiek przyszedł w porządnym napierśniku, jego sąsiad miał tylko gruby kaftan i stalowy kapalin. Sambor widział podobne roty wiele razy. Na początku wojny każdy wyglądał tak, jak pozwalała mu sakwa. Po kilku miesiącach dobrzy żołnierze nosili to, co zdołali kupić, naprawić albo zdjąć z człowieka, który już tego nie potrzebował.

Korytko wszedł na niski stopień przy drzwiach.

– Posłuchajcie teraz, bo drugi raz powtarzać nie będę. Dziś wpisano was do zaciągu. To nie znaczy jeszcze, że król płaci za sam widok waszych gęb. Będzie popis. Broń ma działać, pancerz ma być tym, czym twierdzicie, że jest, a człowiek zapisany jako strzelec ma umieć strzelać. Jeśli ktoś pożyczy rusznicę tylko po to, żeby przejść przed pisarzem, dowiem się.

Klemens odruchowo poprawił broń na ramieniu.

Florian zauważył to i uśmiechnął się pod nosem.

– Dokąd idziemy? – zawołał ktoś z tyłu.

– Na wschód.

– Na Turków?

– Jeżeli spotkasz Turka, możesz go zapytać.

Kilku ludzi się roześmiało.

– Mówią, że król zbiera całą Małopolskę! – odezwał się inny.

– Ludzie mówią też, że moja pierwsza żona była cnotliwa. Nie wszystko, co mówią, powinno was zajmować.

Śmiech był głośniejszy.

Korytko poczekał, aż ucichnie.

– Macie wiedzieć tyle: wyruszamy na rozkaz i służymy za pieniądze. Nie za własne pomysły. Nie wolno wam znikać z kwatery bez wieści, wszczynać bójek z ludźmi innej roty ani kraść od gospodarzy, których król każe wam chronić. Kiedy przyjdzie marsz, idziecie. Kiedy przyjdzie postój, stoicie. Kiedy przyjdzie walka, nie interesuje mnie, czy przeciwnik jest Wołochem, Turkiem, Tatarem czy samym diabłem. Macie trzymać miejsce.

Sambor słuchał uważnie.

Korytko nie mówił pięknie, ale mówił dobrze. Nie obiecywał łupów, chwały ani łatwego zwycięstwa. Człowiek, który na początku kampanii próbował kupić żołnierzy opowieścią o bogactwie, zwykle później musiał kupować ich posłuszeństwo groźbami.

– Jeszcze jedno – dodał rotmistrz. – Jeżeli ktoś uważa, że wojna jest okazją, żeby po raz pierwszy w życiu zostać mężczyzną, niech wraca do domu i spróbuje tam. Potrzebuję ludzi, którzy potrafią wykonać rozkaz wtedy, gdy są głodni, mokrzy i przestraszeni. Odwaga, kiedy człowiek jest najedzony i stoi na suchym placu, kosztuje mało.

Tym razem nikt się nie roześmiał.

Korytko zszedł ze stopnia.

Florian trącił Sambora łokciem.

– Może jednak warto było zostać dziesiętnikiem. Umiałbyś wygłaszać takie mowy.

– Właśnie dlatego odmówiłem.

– Nie lubisz mówić?

– Lubię, kiedy jest po co.

– A teraz nie było?

Sambor spojrzał na ludzi rozchodzących się po podwórzu. Dwóch młodych omawiało już, ilu Turków zabije pierwszy. Starszy zaciężny sprawdzał podeszwę buta. Klemens oglądał zamek rusznicy, najwyraźniej pierwszy raz naprawdę przejęty tym, że może nie zadziałać.

– Dla części było – odpowiedział. – Reszta zrozumie później.

– Albo nie zdąży.

– To też się zdarza.

* * *

Do południa Sambor miał wpisane nazwisko do roty, miejsce na wspólnej kwaterze i kilka monet zaliczki, których nie zamierzał wydawać, dopóki nie zobaczy właściwego rejestru popisowego. Zbyt wiele razy oglądał żołnierzy świętujących pieniądze, których później okazywało się, że nigdy nie dostali.

Florian szedł obok niego. Klemens Skiba, najwyraźniej uznawszy ich za bezpieczniejsze towarzystwo niż resztę nowej roty, trzymał się pół kroku z tyłu.

– Naprawdę byłeś na Węgrzech? – zapytał.

– Byłem.

– Jak tam jest?

– Drożej, kiedy przychodzi wojsko.

Klemens zmarszczył brwi.

– Pytam o kraj.

– Ja też.

Florian prychnął.

– Daj spokój, chłopcze. Wrona odpowiada tak, żeby odpowiedzieć i nic nie powiedzieć.

– To trudna sztuka – odparł Sambor.

– Żonaty byłeś?

Sambor spojrzał na Floriana.

– Widzisz? Ty też jej nie opanowałeś.

– To było zwykłe pytanie.

– Najgorsze są zwykłe.

Klemens uśmiechnął się, ale szybko spoważniał.

– Mówią, że idziemy na Turków.

– Ludzie dużo mówią – odpowiedział Sambor.

– A ty co myślisz?

– Że król gromadzi ludzi na wschodzie, zbiera proch, żywność, wozy i pieniądze. To wystarczy, żeby wiedzieć, że wyprawa będzie duża. Reszta będzie miała znaczenie, kiedy dostaniemy rozkaz marszu.

– Czyli nie wiesz.

– Nie.

Klemens wyglądał na zaskoczonego prostotą odpowiedzi.

Sambor znał ten wyraz twarzy. Młodzi ludzie często sądzili, że doświadczenie polega na posiadaniu odpowiedzi. Z czasem odkrywali, że częściej polegało na wiedzy, które pytania były jeszcze przedwczesne.

– A gdybyś miał zgadywać? – nie ustępował chłopak.

– Nie mam zwyczaju stawiać życia na zgadywanie.

– Na wojnie czasem trzeba.

– Właśnie dlatego dobrze jest nie zużywać szczęścia wcześniej.

Florian zerknął na niego z boku.

– Mówisz jak ksiądz.

– Ksiądz kazałby mu się modlić.

– A ty?

– Kazałbym mu trzymać proch z dala od deszczu.

Klemens spojrzał na swoją rusznicę.

– Wiem.

– Dobrze. To już więcej niż rano.

Kwaterę przydzielono im za warsztatem bednarza, w długim budynku o dachu tak niskim, że Sambor przy wejściu musiał pochylić głowę. W środku pachniało słomą, drewnem, potem i zeszłoroczną wilgocią. Przy ścianach leżały sienniki. Pośrodku zostawiono wąskie przejście. Ktoś wcześniej wpadł na pomysł, żeby pomieścić tam trzydziestu ludzi, a potem najwyraźniej uznał, że skoro pomysł powstał, rzeczywistość ma obowiązek się do niego dostosować.

– Pięknie – powiedział Florian.

– Mogło być gorzej – odparł Sambor.

– Jak?

Sambor wskazał dziurę w dachu.

– Mogło padać.

Jakby zachęcone, gdzieś daleko zagrzmiało.

Florian spojrzał w górę.

– Nie lubię cię.

Miejsca przy ścianie były już zajęte. Sambor znalazł wolny siennik w pobliżu drzwi.

Nie podobało mu się to. Przy drzwiach człowiek spał płycej, był budzony częściej i pierwszy dostawał przeciągi. Z drugiej strony miał wyjście blisko. W życiu Sambora wyjście zwykle było warte więcej niż spokojny sen.

Położył worek i zaczął wyjmować oporządzenie.

Klemens usiadł naprzeciwko, wciąż trzymając rusznicę.

– Zmoknie ci od samego patrzenia – powiedział Florian.

– Przecież jest sucho.

– Jeszcze.

Sambor wyjął napierśnik. Stal była ciemna, dobrze utrzymana, bez zdobień. Przy dolnej krawędzi widniało niewielkie wgniecenie.

Florian gwizdnął.

– Pisarz miał rację. Stać cię.

– Kiedyś mnie było stać.

– Na to samo wychodzi.

– Nie dla człowieka, który płacił.

Zdjął płaszcz, a potem przeszywanicę. W pomieszczeniu było duszno. Kilku ludzi spojrzało na niego bez skrępowania.

Sambor był do tego przyzwyczajony.

Bez ubrania jego wzrost robił jeszcze większe wrażenie. Nie miał sylwetki człowieka, który budował mięśnie dla wyglądu. Szeroki grzbiet, ciężkie barki i ramiona wyglądały jak narzędzia używane od lat do pracy, której nikt rozsądny nie nazywałby lekką. Skóra pozostawała całkowicie ludzka. Jasna tam, gdzie zwykle przykrywało ją ubranie, ciemniejsza na przedramionach i karku. Przez lewy bok ciągnęła się stara blizna. Druga, krótsza, przecinała bark.

Żadnych łusek.

Sambor pilnował tego bez zastanowienia, tak jak człowiek pilnował, by nie oddać moczu przy stole. Po tylu latach utrzymanie ludzkiej postaci nie wymagało wysiłku. Trudniejsze bywały chwile gniewu, bólu albo nagłego zagrożenia, kiedy ciało pamiętało szybciej niż rozum.

Klemens patrzył chwilę zbyt długo.

– Co? – zapytał Sambor.

Chłopak odchrząknął.

– Nic.

– To dobrze.

Florian wskazał bliznę na boku.

– Włócznia?

– Oszczep.

– Gdzie?

– Na południu.

– Węgry?

– Nie.

– Wołochy?

Sambor wciągnął czystą koszulę.

– Florianie.

– Tak?

– Spróbuj kiedyś nie pytać.

– Próbowałem. Nudziłem się.

Klemens roześmiał się pod nosem.

Sambor usiadł i zaczął sprawdzać paski napierśnika. Jeden był popękany przy sprzączce. Zapamiętał, żeby kupić nowy.

– Ile masz lat? – zapytał Klemens.

Florian odwrócił się do ściany i zaczął się śmiać, zanim Sambor zdążył odpowiedzieć.

– Co? – zdziwił się chłopak.

– Nic. Pytaj. Koniecznie pytaj.

Sambor spojrzał na Klemensa.

– Ile mi dajesz?

– Trzydzieści pięć.

– W takim razie po co pytasz?

– Bo możesz mieć czterdzieści.

– Wtedy pomyliłeś się o pięć lat.

– Czyli ile?

– Dość.

Klemens pokręcił głową.

– Florian miał rację.

– To powinno cię martwić bardziej niż mój wiek.

Do budynku wszedł człowiek w krótkim płaszczu z przypiętą do pasa tabliczką pisarską. Za nim szedł zbrojny z roty Korytki.

– Kto tu odpowiada? – zapytał pisarz.

Nikt się nie odezwał.

– Pytałem, kto tu odpowiada.

Florian rozłożył ręce.

– Rotmistrz.

– Rotmistrz nie śpi tutaj.

– Mądry człowiek.

Pisarz skrzywił się.

– Właściciel warsztatu zgodził się dać miejsce dwudziestu czterem. Jest was ponad trzydziestu. Ostatnich sześciu przenieść do szopy za murem.

Kilku ludzi zaklęło.

– Których sześciu? – zapytał Florian.

– Ostatnich przyjętych.

Klemens pobladł.

Sambor wstał.

Pisarz spojrzał w górę. Potem jeszcze trochę wyżej.

– Ty czego?

– Chciałbym zrozumieć – powiedział Sambor spokojnie. – Rotmistrz wynajął kwaterę dla roty czy właściciel udostępnił ją z dobroci serca?

– To nie twoja sprawa.

– Zapewne. Dlatego pytam, zamiast orzekać.

Pisarz zmarszczył brwi.

– Zapłacono za dwudziestu czterech.

– W takim razie sześciu trzeba przenieść. Tylko nie do szopy za murem.

– A dokąd?

– Do gospody obok stajni. Ma pustą izbę na piętrze.

– Skąd wiesz?

– Przechodziłem tamtędy rano.

– Gospodarz chce pieniędzy.

– Oczywiście. Jest gospodarzem.

Kilku żołnierzy za plecami Sambora zachichotało. Pisarz spochmurniał.

Sambor mówił dalej, zanim człowiek zdążył uznać rozmowę za pojedynek ambicji.

– Szopa ma nieszczelny dach i ziemię zamiast podłogi. Jeśli w nocy spadnie deszcz, sześciu ludzi zacznie jutrzejszy marsz z mokrymi przeszywanicami i bronią wymagającą suszenia. Dwóch ma rusznice. Jeden kuszę z rogowym łuczyskiem. Oszczędność kilku groszy może kosztować rotmistrza więcej niż izba. Jeżeli jednak taki jest rozkaz, przeniesiemy się bez sporu.

Pisarz milczał.

Nie spodziewał się takiej polszczyzny po człowieku, który jeszcze chwilę temu siedział półnagi na sienniku. Sambor znał to spojrzenie. Znał również ludzi tego rodzaju. Nie trzeba było ich poniżać. Wystarczyło zostawić im drogę odwrotu, którą mogli uznać za własną decyzję.

– Sprawdzę gospodę – powiedział w końcu pisarz.

– Rozsądnie.

– Nie obiecuję.

– Nie prosiłem o obietnicę.

Mężczyzna odwrócił się i wyszedł.

Florian popatrzył na Sambora.

– „Rota”. „Oszczędność”. „Jeżeli taki jest rozkaz”.

– Znasz te słowa.

– Znam. Tylko nie spodziewałem się ich po tobie.

– Dlaczego?

Florian wskazał na niego całą dłonią.

– Bo wyglądasz, jakbyś rozwiązywał spory, podnosząc ludzi nad ziemię.

– To męczy ręce.

– Gdzie nauczyłeś się tak mówić?

Sambor wrócił do paska napierśnika.

– Przy ludziach, których nie można było podnieść nad ziemię.

Tym razem nawet Florian nie miał od razu odpowiedzi.

Po chwili Klemens położył rusznicę na kolanach.

– Naprawdę muszę poprawić zamek?

Sambor spojrzał.

– Tak.

– Co z nim jest?

– Człowiek przy stole ci powiedział.

– Powiedział tylko, żebym poprawił.

Sambor wyciągnął rękę.

– Daj.

Klemens podał mu broń.

Sambor obejrzał mechanizm, nacisnął go dwa razy i oddał rusznicę.

– Ramię ma luz. Przy spokojnym strzale to kłopot. W deszczu albo kiedy ręce będą ci drżeć, stanie się problemem. Idź do rusznikarza, zanim ceny wzrosną wraz z liczbą żołnierzy.

– Potrafisz naprawić?

– Potrafię rozpoznać rzecz, która mnie zawiedzie. To nie to samo.

– A proch?

– Podziel go. Nie trzymaj wszystkiego w jednym miejscu. Jeżeli zamoczysz jedną część, zostanie druga.

Klemens skinął głową z powagą.

– Dzięki.

– Nie dziękuj. Później będziesz strzelał obok mnie.

Florian wskazał palcem Sambora.

– Widzisz? To było prawie miłe.

– Nie przesadzaj.

Po południu przyszła informacja, że sześciu ludzi jednak dostanie izbę w gospodzie. Pisarz nie wrócił osobiście. Przysłał chłopca.

Sambor uznał to za sukces obu stron.

Do wieczora rota gęstniała. Przychodzili kolejni ludzie, część przyjmowano, część odprawiano. Na podwórzu naprawiano paski, ostrzono broń, sprawdzano cięciwy. Ktoś grał w kości o zaliczkę. Ktoś inny już ją przepił.

Sambor wyszedł przed zmierzchem po nowy rzemień do napierśnika i oliwę. Nie zabrał miecza. W mieście pełnym zbrojnych człowiek idący bez miecza zwracał mniej uwagi niż człowiek z mieczem, a Sambor nie potrzebował stali do każdego problemu.

Pierwsze krople deszczu spadły, kiedy wracał.

Ulice szybko pociemniały. Ludzie kryli się pod daszkami. Wozy przyspieszały, jakby koń mógł prześcignąć pogodę.

Sambor szedł wąskim przejściem między warsztatami, gdy usłyszał za sobą krok.

Potem drugi.

Nie odwrócił się.

Człowiek idący przypadkiem nie próbuje stawiać stóp w rytmie cudzych kroków. Człowiek śledzący robi to przez pierwsze kilkanaście kroków, dopóki nie przypomni sobie, że powinien brzmieć naturalnie.

Sambor zwolnił przy narożniku.

Kroki za nim także zwolniły.

Westchnął.

– Naprawdę? – zapytał, nie oglądając się.

– Co naprawdę?

Głos znał.

Czerwony z podwórza.

Sambor odwrócił się.

Mężczyzna nie był sam. Po lewej stał chudy człowiek z pałką. Po prawej niski z nożem. Czerwony miał podbite podbródek i usta, co najwyraźniej uznał za winę Sambora.

– Mogłeś mnie nie dotykać – powiedział.

– Mogłeś nie wyciągać noża.

– Przez ciebie mnie nie wzięli.

– Nie wzięli cię przedtem.

Chudy zachichotał.

Czerwony spojrzał na niego.

– Zamknij mordę.

Sambor przesunął wzrok po przejściu. Za nim ściana warsztatu. Z lewej stos beczek. Z prawej rynsztok i zamknięte drzwi. Deszcz przybierał na sile.

Trzech.

Nie problem.

Problemem było to, jak skończyć bez trupów, krzyków i pytań.

– Rozejdźmy się – powiedział. – Jutro każdy z nas będzie miał inne zmartwienia.

Czerwony wyciągnął nóż.

– Ja mam to dzisiaj.

Sambor poczuł znajome znużenie.

Ludzie potrafili przeżyć głód, mróz, bitwę i zarazę, po czym dać się zabić z powodu urażonej dumy.

– Ostatni raz – powiedział. – Schowaj nóż.

Chudy ruszył pierwszy.

Pałka świsnęła.

Sambor zrobił pół kroku w bok. Drewno minęło twarz. Złapał nadgarstek napastnika, pociągnął go ku sobie i uderzył łokciem w nos.

Chrząstka pękła.

Chudy wrzasnął.

Czerwony wszedł z lewej.

Nóż błysnął.

Sambor odchylił się, ale nie dość szybko. Ostrze rozcięło płaszcz na żebrach.

W tej samej chwili ciało zareagowało.

Gorąco rozlało się pod skórą. Nie było przyjemne. Nigdy nie było. Mięśnie napięły się, jakby ktoś przeciągnął przez nie rozgrzany drut. Na boku, od dolnych żeber po biodro, ludzka skóra stwardniała i rozsunęła się, ustępując czemuś ciemniejszemu.

Miedziane łuski wyszły bezgłośnie pod koszulą.

Drugie pchnięcie trafiło dokładnie w nie.

Sambor poczuł nacisk, tępe ukłucie i zgrzyt ostrza.

Czerwony znieruchomiał.

To trwało może pół oddechu.

Wystarczyło.

Sambor chwycił go za nadgarstek. Tym razem nie pilnował siły tak dobrze jak na podwórzu.

Kość pękła.

Nóż spadł.

Czerwony otworzył usta do krzyku.

Sambor uderzył go czołem w twarz.

Krzyk zamienił się w mokry jęk. Mężczyzna runął na kolana.

Trzeci napastnik skoczył z nożem od prawej.

Sambor zobaczył ruch kątem oka. Złapał jego rękę oburącz, obrócił się plecami i przerzucił go przez biodro.

Ciało uderzyło o bruk.

Powietrze uciekło z płuc mężczyzny.

Sambor przyklęknął, docisnął jego nadgarstek butem i pochylił się.

– Zostań.

Mężczyzna patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

– Dobrze.

– Mądrze.

Za plecami chudy próbował wstać. Krew lała mu się z nosa na brodę.

Sambor odwrócił głowę.

Chudy usiadł z powrotem.

Czerwony klęczał pod ścianą, tuląc złamaną rękę. Był blady.

– Co... – wycharczał. – Co masz pod koszulą?

Sambor spojrzał na przecięcie w płaszczu.

– Więcej rozsądku, niż ty miałeś dzisiaj.

Podszedł, podniósł nóż i rzucił go do rynsztoka.

– Jeżeli jeszcze raz za mną pójdziesz, złamię drugą rękę.

– Ty...

– Drugą – powtórzył Sambor.

Mężczyzna zamilkł.

Sambor odszedł.

Dopiero za następnym narożnikiem pozwolił sobie oprzeć dłoń o ścianę.

Łuski cofały się.

To bolało inaczej niż ich pojawienie się. Nie ostro, ale głęboko. Jak skurcz pod samą skórą, rozlany na cały bok. Miedziana twardość miękła, chowała się, ustępowała ludzkiej skórze. Sambor zacisnął zęby i poczekał.

Deszcz ściekał mu po włosach.

Po chwili wsunął dłoń pod rozciętą koszulę.

Skóra była gładka. Został tylko siniak po uderzeniu noża.

Dobrze.

Nie lubił częściowej przemiany. Pełnej nienawidził.

Na myśl o niej przez moment poczuł coś gorszego od bólu: krótki błysk ciepła, zapach dymu i wspomnienie głosu, którego nie chciał teraz słyszeć.

Odepchnął je.

Nie tutaj.

Nie dzisiaj.

Wrócił do kwatery, zanim deszcz rozpadał się na dobre.

Florian siedział przy drzwiach i ostrzył nóż. Uniósł wzrok na rozcięty płaszcz.

– Kraków cię przywitał?

– Bardzo serdecznie.

– Ilu?

Sambor zdjął mokry płaszcz.

– Trzech.

Klemens aż odłożył rusznicę.

– I?

– Podjęli złą decyzję.

– Zabiliście kogoś?

– Nie.

Florian popatrzył na niego uważniej.

– Ty nie zabiłeś czy oni nie zabili?

– Obie odpowiedzi są prawdziwe.

– Szkoda.

– Czego?

– Taki człowiek, jak ten czerwony, będzie jutro jeszcze głupszy.

– Nie będzie trzymał noża prawą ręką.

Florian przestał ostrzyć.

– Złamałeś mu?

– Tak.

– Ach.

Sambor usiadł na sienniku.

Wtedy wszedł krępy żołnierz, z którym walczył na drzewce. Teraz miał na głowie kaptur mokry od deszczu.

– Wrona. Gajda. Skiba.

– Cośmy zrobili? – zapytał Florian.

– Jeszcze nic. Rano macie być gotowi przed świtem. Sześciu ludzi z roty jedzie do Wieliczki.

Sambor uniósł wzrok.

– Po co?

– Żupy wyprawiają transport. Sól, trochę zapasów, wozy królewskie. Mamy dołączyć eskortę i doprowadzić wszystko na drogę ku Lwowu. Tam zbiera się większa część ludzi.

– Ile wozów? – zapytał Sambor.

– Osiem pewnych. Może więcej, zanim dojedziemy.

– Konie czy woły?

Krępy wzruszył ramionami.

– Nie jestem żupnikiem.

– Droga po deszczu będzie wolna.

– Powiedz chmurom.

– Nie słuchają.

– W takim razie śpij. Rano będziesz narzekał w marszu.

Żołnierz odwrócił się do wyjścia.

– Jak ci właściwie na imię? – zawołał za nim Klemens.

– Bruno.

Florian odczekał, aż drzwi się zamkną.

– Bruno.

– Co? – zapytał Klemens.

– Nic. Nie wygląda jak Bruno.

– A jak wygląda Bruno?

– Nie tak.

Sambor położył się na sienniku.

– Dobrze, że jutro wstajemy wcześnie. Może nie zdążysz zadać wszystkich pytań.

– W Wieliczce nadrobię – odparł Klemens.

Sambor zamknął oczy.

Wieliczka.

Miasto Soli pamiętał lepiej, niż chciał. Nie samo miasto na powierzchni. Pod nim było drugie: ciemne, wilgotne, rosnące nie w górę, lecz w dół. Ludzie ryli w ziemi korytarze i komory, stawiali drewno tam, gdzie skała chciała się zamknąć, i opuszczali się coraz głębiej po bogactwo, które od wieków leżało pod ich stopami.

Nie był tam od dawna.

Wystarczająco dawno, żeby znowu zobaczyć miejsce, które pamiętał inaczej.

Sambor otworzył oczy i spojrzał na dach.

Deszcz zaczął bębnić o gont.

Florian zaklął.

– Co? – zapytał Klemens.

– On rano powiedział, że mogło być gorzej, bo nie padało.

Klemens spojrzał na Sambora.

– To twoja wina?

– Tak – odpowiedział Sambor bez otwierania oczu. – Jutro sprowadzę Turków.

Przez chwilę było cicho.

Potem ktoś po drugiej stronie izby parsknął śmiechem.

Sambor uśmiechnął się pod nosem.

Pierwszy dzień służby mógł wyglądać gorzej.

Zwykle wyglądał.

ROZDZIAŁ II

MIASTO SOLI

Droga z Krakowa do Wieliczki była na tyle krótka, że człowiek wypoczęty mógł przejść ją bez większego trudu, i na tyle długa, żeby sześciu żołnierzy zdążyło dowiedzieć się o sobie więcej, niż Sambor uważał za potrzebne.

Wyruszyli przed świtem.

Deszcz ustał jeszcze w nocy, ale droga zachowała po nim wszystko: koleiny pełne brunatnej wody, rozmiękłą glinę i błoto, które z równym upodobaniem trzymało się butów, kopyt oraz obręczy kół. Nad polami wisiała mgła. Kraków zniknął za nimi szybciej, niż Sambor się spodziewał, i przez jakiś czas słyszeli tylko chlupot kroków, skrzyp uprzęży oraz przekleństwa woźnicy jadącego przed nimi z pustym wozem.

Florian Gajda szedł po lewej stronie Sambora. Kuszę niósł na ramieniu, zabezpieczoną płótnem przed wilgocią. Klemens maszerował z drugiej strony i już trzeci raz od wyjścia z kwatery poprawiał rusznicę.

– Jeśli będziesz ją tak głaskał, przywyknie – powiedział Florian.

Klemens spojrzał na niego.