Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
— Każdy kiedyś umiera.
— Nie każdy wraca po zapłatę.
— Dlatego warto płacić z góry.”
Rycerz bez pana. Potworobójca. Człowiek, który zawsze wraca.
Włodimir z Kruczego Boru od dziewięćdziesięciu lat nie starzeje się i nie może umrzeć na stałe. Przemierza ziemie piastowskiej Polski, polując na strzygi, utopce, wąpierze i niekiedy ludzi groźniejszych od potworów.
Każda śmierć ma jednak swoją cenę — Włodimir traci wspomnienia z ostatniej doby swojego życia. Kiedy na jego drodze staje Seweryn, uczony badający duchy i pamięć umarłych, kolejne zlecenia zaczynają prowadzić ich ku prawdzie, której Włodimir szukał przez ostatnie dziewięćdziesiąt zim.
A prawda może być znacznie gorsza niż nieśmiertelność…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 343
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
DZIEWIĘĆDZIESIĄTA ZIMA
Prolog
Piwo było ciepłe, gulasz przesolony, a trup siedzący naprzeciwko Włodimira nie zamykał ust od chwili, gdy rycerz wszedł do karczmy.
— Pod stajnią — powtarzał duch. Siedział naprzeciwko Włodimira, chociaż jego biodra przenikały ławę. — Zakopali mnie pod stajnią. Słyszysz? Głowę mam osobno. Głowę wrzucili do gnojownika.
Włodimir uniósł gliniany kufel i wypił długi łyk. Piwo smakowało dymem, kwaśnym ziarnem i wodą ze studni, w której prawdopodobnie zdechła mysz. Nie było jednak najgorsze. Najgorsze piwo pił przed trzydziestu laty w chacie smolarza nad Narwią. Tamto pachniało dziegciem i wywoływało ślepotę na jedno oko. To jedynie drapało w gardło.
Po drugim kuflu głos umarłego przycichł. Po trzecim przypominał już deszcz tłukący o dach: wciąż obecny, lecz możliwy do zniesienia.
Włodimir odstawił naczynie. Duch miał może czterdzieści lat, choć śmierć zawsze utrudniała ocenę wieku. Twarz była sina, jedno oko zapadnięte, a szyję otaczała ciemna bruzda po powrozie. Z rozdartego kaftana sterczała rękojeść noża, którego ostrze musiało tkwić gdzieś między żebrami.
— Powiedziałeś już — mruknął Włodimir.
Umarły pochylił się nad stołem. Nie poruszył desek ani płomienia świecy stojącej między nimi.
— To czemu nic nie robisz?
Włodimir nabrał gulaszu kawałkiem razowego chleba.
— Jem.
— Oni mnie zabili. Zabrali sakwę, pierścień i list od córki. Miałem wrócić do Legnicy przed świętem ognia.
Mięso było żylaste, ale prawdziwe. W podróżnych zajazdach zdarzało się to rzadziej, niż chcieli przyznać karczmarze.
— Nie wrócisz — powiedział Włodimir.
Umarły zacisnął sine wargi. Z jego policzka spłynęła woda, chociaż w izbie było sucho.
— Wiem.
— To po co o tym mówisz?
Duch zawahał się. Kiedy odpowiedział, złość ustąpiła na chwilę czemuś, co mogło być wstydem.
— Bo ty mnie słyszysz.
Włodimir odwrócił wzrok ku palenisku. To właśnie stanowiło najgorszą część klątwy: umarli brali samą możliwość bycia wysłuchanym za obietnicę pomocy.
Zajazd Pod Kulawym Turem stał przy trakcie na północny zachód, dwa dni jazdy od Wrocławia przy dobrej pogodzie. Tego wieczoru droga tonęła w błocie, od Odry wiał lodowaty deszcz, a nad polami wisiały chmury koloru starego żelaza.
W karczmie schroniło się ponad dwadzieścia osób: woźnice, handlarze solą i chłopska rodzina przewożąca dobytek na jednym wozie. W kącie siedziało sześciu uzbrojonych mężczyzn. Mieli krótkie kolczugi, stare tarcze i miecze noszone tak, by każdy je widział. Od wejścia Włodimira spoglądali przez okno na stajnię.
Na Kniazia.
Włodimir widział ich spojrzenia, choć siedział do okna bokiem. Ludzie patrzyli na jego konia w jeden z trzech sposobów: z podziwem, z zazdrością albo z zamiarem kradzieży. Ci z kąta przeszli już od drugiego do trzeciego.
Kniaź był karym ogierem o mocnej szyi i prostych nogach. Kosztował więcej niż karczma i połowa pobliskiej wsi. Czarne siodło wykonano w Krakowie, a strzemiona zdobiły srebrne okucia. Włodimir wygrał konia od morawskiego możnego podczas uczty.
Sam wyglądał na najwyżej dwadzieścia osiem lat. Miał młodą, gładką twarz o mocno zarysowanej szczęce, jasne włosy związane rzemieniem na karku i skórę, której czas oszczędził nawet najdrobniejszych zmarszczek. Tylko kilka bladych blizn psuło wrażenie, że mógłby być synem któregoś z obecnych w izbie woźniców.
Oczy przeczyły twarzy. Jasne, niemal wyblakłe, zatrzymywały się na ludziach bez ciekawości i bez pośpiechu. Nie było w nich młodzieńczej pewności siebie, tylko cierpliwość kogoś, kto widział już wszystkie odmiany strachu i większość odmian głupoty. Kiedy Włodimir patrzył dłużej, starsi mężczyźni odruchowo prostowali plecy, a młodsi pierwsi odwracali wzrok.
Nie pasował także sposób, w jaki siedział. Mokry płaszcz czynił z niego włóczęgę, lecz trzymał się jak człowiek przywykły do książęcych komnat. Nie garbił się nad miską ani nie liczył monet. Długi miecz opierał o ławę, dwa krótsze nosił przy pasie.
Karczmarz zauważył tę sprzeczność. Był niski, szeroki w barkach i łysy, z siwym pasem włosów nad uszami. Na imię miał Boguchwał, zbyt dostojnie jak na człowieka rozwadniającego piwo.
— Jeszcze piwa, panie rycerzu? — zapytał Boguchwał, podchodząc z dzbanem.
— Nalej — odpowiedział Włodimir. — I dopilnuj, aby koń dostał owsa, nie plew.
Karczmarz zatrzymał dzban nad kuflem. Przez moment przyglądał mu się ze zmarszczonym czołem.
— Mówicie jak mój dziad, panie. On też zawsze kazał wszystkiego „dopilnować”, zamiast zwyczajnie powiedzieć, czego chce.
Włodimir uniósł wzrok.
— Twój dziad musiał być rozsądnym człowiekiem.
— Umarł, bo próbował przejść po lodzie w odwilż.
— Nie we wszystkim.
Boguchwał nalał piwa, ale nadal nie odchodził.
— Za owies będzie osobno. I za miejsce w stajni. Z góry.
Włodimir sięgnął do pasa. Karczmarz zesztywniał, lecz rycerz wyjął tylko srebrną monetę i rzucił ją na stół. Boguchwał złapał ją oburącz.
— To za dużo.
— Dolewaj mniej wody, aż się wyrówna.
Przy sąsiednim stole ktoś parsknął śmiechem. Boguchwał zacisnął usta i odszedł.
Włodimir patrzył za nim przez chwilę. Ludzie coraz częściej zauważali, że mówi inaczej, niż powinien człowiek o jego twarzy. Dziewięćdziesiąt lat wystarczyło, by dawne nawyki brzmiały obco. Powinien częściej słuchać żywych.
Duch zabitego kupca obserwował monetę.
— Mnie powiedział, że nie ma miejsca w stajni.
— Może miałeś gorszego konia.
— Miałem muła.
— Sam widzisz.
Po lewej stronie Włodimira pojawiła się dziewczyna. Jeszcze przed chwilą jej tam nie było. Duchy rzadko przejmowały się drzwiami, ścianami czy przyzwoitością. Ta miała nie więcej niż szesnaście lat, włosy związane w dwa warkocze i rozcięcie biegnące od ucha do obojczyka. Z rany nie płynęła krew. Ciemniała jedynie jak szczelina w glinianej masce.
— Nie słuchaj go — powiedziała.
Kupiec spojrzał na nią z oburzeniem.
— Nie znasz mnie.
— Znam. Kłamiesz.
— O czym?
Dziewczyna wskazała na jego pierś.
— Nie mieli noża. Sam się nadziałeś, kiedy uciekałeś.
— Zamknij się.
— A córki nie masz.
Kupiec zerwał się z ławy. Jego ciało wydłużyło się, twarz pociemniała, a powróz na szyi zacisnął tak mocno, że skóra pękła. Przez moment wyglądał bardziej jak coś, co pamiętało człowieka, niż jak człowiek.
— Mam córkę — syknął.
Dziewczyna zaśmiała się. Dźwięk przypominał drapanie paznokciami po deskach.
— Miałeś żonę. Udusiłeś ją w stodole. Mnie też chciałeś.
Włodimir uderzył kuflem o stół.
Oba duchy spojrzały na niego.
— Ciszej — powiedział. — Albo wynoście się oboje.
— Ale on kłamie — odparła dziewczyna.
— Umarli prawie zawsze kłamią.
— Ty też umrzesz.
Włodimir spojrzał jej prosto w oczy.
— Już próbowałem.
Dziewczyna cofnęła się o krok. Kupiec również zamilkł. Duchy czasami wyczuwały w nim coś, czego nie rozumieli żywi. Nie wszystkie. Te starsze, rozsądniejsze albo bardziej zepsute zwykle patrzyły dłużej, a potem odchodziły bez słowa.
Boguchwał przyniósł piwo. Włodimir wypił połowę, zanim kufel dotknął stołu. Głosy przygasły jeszcze trochę. Dziewczyna rozpłynęła się przy palenisku, jakby wciągnął ją dym. Kupiec pozostał, lecz jego słowa zmieniły się w bełkot.
Alkohol nie odpędzał zmarłych. Czynił ich jedynie mniej wyraźnymi. Po odpowiedniej ilości widział ich kątem oka, słyszał jak rozmowę zza ściany i mógł przez kilka godzin udawać, że jest sam we własnej głowie.
Kiedyś próbował nie pić przez miesiąc. Trzeciego dnia słyszał dzieci zakopane pod progiem, piątego rozmawiał z człowiekiem utopionym sto lat wcześniej, a ósmego przestał odróżniać głosy zmarłych od myśli żywych. Dziesiątego zranił karczmarza, biorąc go za ducha.
Miesiąca nie dokończył.
— Ładne żelazo.
Głos należał do jednego z mężczyzn siedzących w kącie. Wysoki, brodaty, z nosem złamanym tyle razy, że niemal leżał płasko na twarzy, stanął po drugiej stronie stołu. Na kolczudze nosił brunatne plamy. Nie wszystkie wyglądały jak rdza.
Włodimir jadł dalej.
— Mówię do ciebie.
— Słyszę.
— To czemu nie odpowiadasz?
— Bo jem.
Mężczyzna spojrzał na jego miecz.
— Gdzie służyłeś?
— W wielu miejscach.
— U jakiego pana?
— U takich, którzy płacili.
Brodaty wyszczerzył zęby. Brakowało mu dwóch dolnych.
— Najemnik.
— Bywałem.
— My też.
Włodimir zerknął w stronę kąta. Pięciu pozostałych obserwowało rozmowę. Jeden miał przepaskę na oku, drugi bliznę po oparzeniu na połowie twarzy. Najmłodszy nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat, lecz siedział z dłonią na rękojeści miecza, jakby bardzo chciał udowodnić, że zabijał już ludzi.
— Widać — powiedział Włodimir.
— Po czym?
— Po tym, że siedzicie sześciu przy jednej ścianie i każdy pilnuje sakwy.
Przy palenisku handlarz solą zachichotał, ale natychmiast spuścił wzrok. Brodaty nie wyglądał na rozbawionego.
— Nazywają mnie Radosz — powiedział.
— Musi ci wystarczyć.
— A ciebie?
Włodimir wytarł chlebem miskę.
— Nie nazywają.
Radosz położył dłoń na stole. Palce miał szerokie, paznokcie czarne, a na knykciach świeże otarcia.
Duch kupca poderwał głowę.
— To on — wyszeptał. — Ten mnie trzymał.
Włodimir spojrzał na zdarte knykcie, potem na buty Radosza. Do podeszwy przylgnęła słoma zmieszana z ciemną ziemią. Stajnia miała klepisko. Niczego to nie dowodziło.
— Dobry koń stoi u ciebie — ciągnął Radosz. — Morawski?
— Koń.
— Znam się na koniach.
— To po co pytasz?
— Może chciałbyś sprzedać.
— Nie.
— Wszystko ma cenę.
— Ty też?
W kącie ktoś przestał się śmiać. Radosz powoli wyprostował plecy.
— Uważaj, rycerzyku.
Włodimir sięgnął po kufel.
— Uważam. Dlatego wciąż tu stoisz.
Przez chwilę Radosz wyglądał, jakby chciał uderzyć. Potem uśmiechnął się krzywo, zabrał ze stołu kawałek chleba i odszedł do swoich.
Włodimir patrzył za nim tylko tyle, ile trzeba. Nie był pijany. Jeszcze nie. Czuł ciepło w żołądku, lekkie rozluźnienie karku i przyjemne oddalenie głosów. Ręce pozostawały pewne.
Duch kupca przysunął się bliżej.
— To oni.
— Możliwe.
— Zabij ich.
— Nie płacisz.
— W sakwie miałem srebro.
— Już nie masz.
— Znajdziesz pod stajnią pierścień. Ukryłem go w bucie.
Włodimir spojrzał na niego uważniej.
— Przed chwilą mówiłeś, że zabrali pierścień.
Duch otworzył usta, ale nie znalazł odpowiedzi.
— Wypierdalaj — powiedział Włodimir.
Kupiec zniknął.
Nie rozpłynął się ani nie odszedł. Po prostu przestał istnieć w izbie, jak płomień zdmuchnięty jednym ruchem. Włodimir nie wiedział, czy duchy wybierały takie odejścia dla efektu, czy rzeczywiście były tylko wspomnieniami, które gasły, gdy brakowało im siły.
Nie zastanawiał się nad tym od lat. Rozmyślanie o śmierci było zajęciem dla kapłanów, magów i ludzi, którzy mieli pewność, że doświadczą jej tylko raz.
* * *
Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem. Wiatr porwał dym i rozrzucił słomę. W progu stanął chłopak w przemoczonym kożuchu, z bosymi stopami owiniętymi szmatami i zaschniętą krwią na wardze.
Boguchwał pobladł tak szybko, że wyglądało to niemal jak sztuczka.
— Czego tu szukasz, Miłek? — zapytał Boguchwał, ściskając dzban.
— Ojca.
Radosz i jego ludzie przestali rozmawiać. Najmłodszy odsunął rękę od kubka.
Boguchwał zerknął w ich stronę, po czym zajął się wycieraniem plamy, której nie było.
— Nie ma go tutaj.
Miłek wszedł głębiej do izby. Woda ściekała z jego kożucha na klepisko.
— Jego wóz stoi za stajnią.
— Zostawił go — odparł karczmarz zbyt szybko.
— Nie zostawiłby wołu.
— Może się upił i poszedł do wsi.
Chłopak spojrzał mu prosto w twarz.
— Ojciec nie pije.
W izbie ucichło. Chłopska rodzina skuliła się przy drzwiach, a handlarze solą zebrali kości ze stołu.
Miłek odnalazł wzrokiem ludzi Radosza i ruszył ku nim na drżących nogach.
— Wyście z nim jechali.
Radosz odchylił się na ławie i rozłożył ręce.
— Wielu ludzi jeździ traktem.
— Widziałem was przy moście.
— To patrzyłeś — powiedział Radosz bez śladu uśmiechu.
Miłek zatrzymał się dwa kroki od stołu najemników.
— Gdzie jest mój ojciec?
Najmłodszy z mężczyzn zachichotał. Radosz uciszył go uniesieniem dłoni.
— Wracaj do domu, chłopcze.
— Oddajcie jego sakwę.
Radosz wstał. Okazał się o głowę wyższy od chłopca i niemal dwukrotnie szerszy.
Najemnik podszedł spokojnie, niemal łagodnie, po czym uderzył chłopca otwartą dłonią. Miłek obrócił się i upadł na kolana.
— Radosz — odezwał się Boguchwał zza szynkwasu. — Nie w izbie.
— To go wyprowadź.
Karczmarz nie ruszył się z miejsca.
Miłek podniósł się. Krew spływała mu z nosa, ale tym razem nie podszedł bliżej.
— Zabiliście go.
Radosz uderzył pięścią. Chłopak runął na stół handlarzy, rozsypując kości po podłodze.
Włodimir dopił piwo.
Włodimir nie lubił znęcania się nad słabszymi. Nie próbował jednak naprawiać każdej krzywdy; ludzie byli zbyt pracowici w zadawaniu sobie cierpienia.
Miłek oparł dłoń o stół i spróbował wstać po raz trzeci. Radosz cofnął nogę, zamierzając kopnąć go w brzuch.
— Dosyć — powiedział Włodimir.
Nie podniósł głosu, ale wszyscy go usłyszeli. Radosz zatrzymał but kilka palców od boku chłopca.
— Nie twoja sprawa.
Włodimir wskazał pustym kuflem na przewróconą ławę i rozsypane kości.
— Teraz już trochę moja.
— Czemu?
— Hałasujecie.
Najmłodszy najemnik roześmiał się. Radosz długo przyglądał się młodej twarzy Włodimira i oczom człowieka wydającego rozkazy od wielu lat. Potem odepchnął Miłka ku drzwiom.
— Zabieraj się stąd.
Chłopak potknął się, ale nie wyszedł. Spojrzał na Włodimira i nie znalazł w jego twarzy żadnej obietnicy.
— Twój ojciec jest pod stajnią — odezwała się dziewczyna z rozciętą szyją.
Pojawiła się obok chłopca. Miłek nie mógł jej zobaczyć. Włodimir zacisnął szczękę.
— Nie jest — powiedział duch kupca, pojawiając się po drugiej stronie drzwi. — To ja jestem pod stajnią.
— Kłamiesz — odparła dziewczyna.
— Ty kłamiesz.
Za nimi pojawili się następni zmarli: starzec bez dolnej szczęki, kobieta z wgniecioną czaszką i żołnierz z włócznią w brzuchu. Zwabił ich strach, przemoc albo sam Włodimir.
Głosy zaczęły nakładać się na siebie.
— Pod stajnią.
— W lesie.
— W studni.
— Zabij ich.
— Nie zabijaj chłopca.
— On już nie żyje.
— Pod podłogą jest dziecko.
— Kniaź gryzie obcych.
Włodimir zamknął oczy. Piwo przestawało wystarczać.
— Jeszcze jeden kufel — powiedział do Boguchwała.
Karczmarz zawahał się.
Radosz wyprzedził go. Wziął pełny dzban ze swojego stołu, podszedł do Włodimira i nalał mu aż po brzeg.
— Proszę — powiedział. — Żebyś nie musiał słuchać hałasu.
Włodimir popatrzył na niego, potem na piwo.
— Mądrze.
Radosz uśmiechnął się i wrócił do kąta.
Włodimir nie tknął kufla.
Zapach był prawie właściwy. Prawie. Pod kwaśnym ziarnem i dymem wyczuł słodką, mdłą woń. Znał ją. Korzeń śpioszki, może blekot, może jedno i drugie. Ilość nie musiała zabić człowieka jego postury, ale powaliłaby go na kilka godzin.
Duch dziewczyny przykucnął obok ławy.
— Teraz mnie słuchasz?
— Nie.
— Chcą zabrać konia.
— Wiem.
— Chłopca też zabiją.
Włodimir spojrzał na Miłka. Stał nadal przy drzwiach, przyciskając rękę do brzucha. Boguchwał szeptał mu coś do ucha, zapewne nakazując ucieczkę, zanim sprawy staną się gorsze.
Sprawy już były gorsze. Po prostu nie wszyscy jeszcze o tym wiedzieli.
Włodimir przesunął zatruty kufel na skraj stołu. Radosz obserwował go spod półprzymkniętych powiek.
— Nie smakuje? — zapytał.
— Jeszcze nie próbowałem.
— Człowiek kupuje piwo, a potem nie pije. Obraza dla gospodarza.
Boguchwał otworzył usta, lecz szybko je zamknął.
— Obrazi się, przeproszę — powiedział Włodimir.
Radosz wstał razem z jednookim i najmłodszym. Pozostali obserwowali z kąta, gotowi do ruchu.
— Może wypijemy za zgodę — zaproponował, przesuwając zatruty kufel. — Jeden łyk i zapomnimy.
Włodimir oparł łokieć na stole.
— Ty pierwszy.
Uśmiech zniknął z twarzy Radosza.
Jednooki splunął obok buta Włodimira.
— Myślisz, że jesteś lepszy od nas, jasny paniczu?
— Nie — odparł Włodimir.
— Patrzysz, jakbyś był.
— Tak patrzę na wszystkich.
Najmłodszy najemnik wskazał brodą ku oknu.
— A koń? Skąd taki obdartus ma takiego konia?
— Kupiłem.
— Ukradłeś.
Włodimir przeniósł wzrok na chłopaka.
— W takim razie powinieneś mnie szanować. To wasz fach.
Radosz chwycił kufel, lecz zamiast wypić, wylał piwo na stół. Strumień przemoczył rękaw Włodimira i spłynął do miski z gulaszem.
— Teraz nikt nie wypije — powiedział Radosz.
Włodimir patrzył, jak ostatnie krople spadają ze stołu na podłogę.
Duchy ucichły. Nie dlatego, że zniknęły. Czekały razem z żywymi.
— Boguchwał — odezwał się Włodimir.
Karczmarz wychylił głowę zza szynkwasu.
— Tak, panie?
— To był mój kufel?
— Był.
— Zapłaciłem za niego?
Boguchwał zerknął na Radosza, potem ponownie na Włodimira.
— Zapłaciliście.
Włodimir podniósł wzrok. Młoda twarz pozostała spokojna. Tylko jasne oczy nagle stwardniały.
— Rozlałeś moje piwo.
Radosz roześmiał się i położył obie dłonie na stole.
— I co zrobisz?
— Jeszcze nie wiem.
— To się namyśl.
W kałuży piwa odbił się ruch. Jednooki obchodził stół, najmłodszy sięgał za plecy, a pozostali wstawali.
Radosz miał go zagadać, jednooki przytrzymać, a młody wbić nóż pod żebra. Zwyczajna robota na samotnego podróżnego.
Włodimir westchnął.
— Co? — zapytał Radosz.
— Nic. Miałem spokojny wieczór.
Jednooki wyciągnął rękę.
Włodimir poruszył się pierwszy.
Włodimir chwycił Radosza za kark i pas. Ciężki od kolczugi najemnik oderwał się od podłogi, jakby był pustym workiem. Włodimir obrócił go i cisnął twarzą na stół.
Dębowe deski zatrzeszczały. Nos Radosza pękł z mokrym chrupnięciem.
Włodimir nie puścił. Uniósł jego głowę i uderzył ponownie. Za drugim razem wybił mu przednie zęby. Za trzecim pękła krawędź stołu.
Radosz próbował osłonić twarz, ale Włodimir trzymał go za włosy. Czwarte uderzenie roztrzaskało czaszkę o dębowy blat. Krew i zęby prysnęły na gulasz.
Jednooki ryknął i rzucił się na niego.
Włodimir przechwycił jednookiego za ramię i wykorzystał jego pęd. Najemnik przeleciał nad ławą, uderzył plecami o ścianę i strącił półkę z dzbanami. Osunął się, charcząc z bólu.
Najmłodszy wyciągnął nóż.
Włodimir miał bliżej do ostrza leżącego przy misce. Był to zwykły nóż do gulaszu, tępy od krojenia mięsa. Chwycił go prawą ręką, zszedł z linii pchnięcia i przeciągnął krawędzią pod szczęką napastnika.
Tępe żelazo nie przecięło gardła czysto. Rozdarło skórę, mięśnie i jedną z dużych żył. Chłopak cofnął się, przyciskając dłonie do szyi. Krew wytrysnęła między palcami i oblała handlarza solą, który nie zdążył odskoczyć.
Najemnik spojrzał na Włodimira ze zdumieniem. Bardziej zaskoczony niż przestraszony. Jakby do ostatniej chwili wierzył, że młoda twarz oznacza młodego, niedoświadczonego człowieka.
Upadł na kolana. Krew wsiąkała w słomę.
Karczma eksplodowała wrzaskiem.
Ludzie rzucili się ku ścianom i drzwiom. Chłopska kobieta zakryła dzieci własnym ciałem. Jeden z handlarzy przewrócił ławę. Boguchwał zniknął za szynkwasem.
Trzech pozostałych najemników dobyło broni.
Włodimir kopnął ciężki stół. Mebel, który dwóch ludzi musiałoby przesuwać wspólnie, przejechał po deskach i uderzył pierwszego napastnika w kolana. Mężczyzna runął do przodu. Włodimir złapał go za nadgarstek, wykręcił i uderzył krawędzią dłoni w łokieć. Kość przebiła rękaw z głuchym trzaskiem.
Najemnik zawył. Włodimir wyrwał mu miecz, odwrócił rękojeść i uderzył głowicą w skroń. Mężczyzna zwalił się bez przytomności.
Drugi nadbiegł z toporem. W ciasnej izbie nie miał miejsca na pełny zamach. Włodimir pozwolił mu unieść broń, skrócił dystans i wbił nóż od gulaszu w miękkie miejsce pod pachą. Ostrze weszło płytko, lecz wystarczająco. Topór wypadł z dłoni. Włodimir złapał go w locie i uderzył trzonkiem w szczękę napastnika.
Zęby zadzwoniły o podłogę.
Ostatni, człowiek z oparzoną twarzą, zatrzymał się trzy kroki dalej. Miał miecz, tarczę i dość rozumu, by nie ruszać.
— Siadaj — powiedział Włodimir.
Mężczyzna oddychał ciężko.
— On zabił Radosza! — wrzasnął jednooki, wciąż dławiąc się przez zmiażdżoną krtań.
— Siadaj — powtórzył Włodimir.
Oparzony opuścił miecz.
Jednooki rzucił się ku drzwiom. Miłek stał mu na drodze. Najemnik chwycił chłopca za kożuch i przyciągnął przed siebie jak tarczę.
— Cofnij się! — wychrypiał.
Włodimir nie ruszył.
— Puść go.
— Rzuć topór.
— Nie.
Jednooki przyłożył nóż do policzka Miłka. Ostrze zadrżało. Chłopak był blady, ale nie krzyczał.
— Powiedziałem, rzuć!
— A ja powiedziałem, puść.
— Zabiję go.
— Możliwe.
Miłek spojrzał na Włodimira. W jego oczach pojawiło się coś gorszego niż strach: zrozumienie, że obcy rycerz naprawdę może nie ustąpić.
Włodimir ważył topór w dłoni. Odległość wynosiła może pięć kroków. Jednooki osłaniał się chłopcem, ale wystawiał lewą stopę i część ramienia. Rzut był ryzykowny. Zbyt ryzykowny dla Miłka.
Włodimir opuścił broń.
Jednooki uśmiechnął się mimo bólu.
— Na ziemię.
Włodimir położył topór na deskach.
— Miecz też.
— Nie mam miecza w ręku.
— Te przy pasie.
Włodimir sięgnął powoli do sprzączki. Jednooki patrzył na jego dłonie. Nie zauważył ducha Radosza, który właśnie podnosił się znad roztrzaskanego stołu.
Nowo zmarły wyglądał prawie tak samo jak przed chwilą. Tylko twarz miał zapadniętą do środka, nos przesunięty, a czoło otwarte jak pęknięty garnek. Spojrzał na własne ciało, potem na Włodimira.
— Ty skurwysynu — powiedział.
Włodimir spojrzał prosto na niego.
Jednooki odruchowo zerknął za siebie.
To wystarczyło.
Miłek wbił piętę w jego goleń i szarpnął głowę w dół. Nóż przeciął mu policzek, lecz chłopak wyrwał się z uchwytu.
Włodimir kopnął topór. Broń prześlizgnęła się po deskach i uderzyła jednookiego w kostkę. Mężczyzna zachwiał się. Włodimir dopadł go w dwóch krokach, chwycił za nadgarstek i skręcił, aż kości pękły.
Nóż upadł.
Włodimir uderzył jednookiego czołem w twarz. Raz. Potem drugi. Mężczyzna osunął się na ścianę, zostawiając na niej czerwony ślad.
Włodimir przycisnął mu przedramię do gardła.
— Gdzie jest ojciec chłopca?
Jednooki próbował odpowiedzieć, ale wydobył tylko świst.
Włodimir poluzował nacisk.
— Gdzie?
— Za… stajnią.
— Żyje?
Mężczyzna odwrócił wzrok.
Włodimir docisnął mocniej.
— Żyje?
— Nie.
Miłek wydał cichy dźwięk. Nie krzyk. Coś pomiędzy kaszlem a jękiem.
— Kto go zabił?
Jednooki wskazał wzrokiem ciało Radosza.
Duch Radosza zaczął się śmiać.
— Kłamie — powiedział. — Sam wbił mu nóż.
— Kłamiesz? — zapytał Włodimir jednookiego.
Najemnik zbladł jeszcze bardziej. Nie mógł wiedzieć, do kogo Włodimir kierował pytanie.
— Nie.
— Szkoda.
Włodimir uderzył go pięścią w skroń. Jednooki stracił przytomność i osunął się w słomę.
Przez kilka chwil słychać było tylko charczenie rannych, płacz jednego z dzieci i deszcz bębniący o dach.
Młody najemnik nadal klęczał obok stołu. Krew płynęła coraz wolniej. Jego dłonie opadły. Zrobił jeden płytki wdech, potem drugi. Przy trzecim zachłysnął się i przewrócił na bok.
Jego duch pojawił się niemal natychmiast.
Stał nad własnym ciałem, blady i oszołomiony. Rana na szyi była czarna, szeroka, niemożliwa do zasłonięcia.
— Nie — wyszeptał. — Nie, nie, nie.
Włodimir odwrócił wzrok.
Pierwsze chwile zmarłych bywały najgorsze. Niektórzy rozumieli natychmiast. Inni przez całe lata próbowali wrócić do ciał. Ten był jeszcze dzieckiem udającym mężczyznę. Zabiłby Włodimira bez wahania, gdyby zdołał. Nie zmieniało to faktu, że umierał z niedowierzaniem typowym dla młodych.
Radosz podszedł bliżej. Jego rozbita twarz poruszała się nieprawidłowo przy każdym słowie.
— Słyszysz mnie.
Włodimir wytarł nóż od gulaszu o płaszcz martwego najemnika.
— Niestety.
— Słyszysz, skurwysynu.
— Tak.
— Zabiję cię.
Włodimir spojrzał na niego.
— Najpierw naucz się oddychać.
Duch zawahał się, po czym spróbował nabrać powietrza. Jego pierś nie poruszyła się. Na roztrzaskanej twarzy pojawił się lęk.
— Co mi zrobiłeś?
— Stół ci zrobił.
— Pomóż mi.
— Rozlałeś moje piwo.
— Ja nie… Nie wiedziałem…
— Wiedziałeś wystarczająco dużo.
Włodimir przeszedł nad ciałem i podniósł swój długi miecz. Nie dobył go podczas bójki. Nie było potrzeby.
Boguchwał wychylił głowę zza szynkwasu.
— Już… już koniec?
— Dla dwóch tak.
— Matko Ognia.
— Jej tu nie było.
Karczmarz wyszedł ostrożnie. Trzymał w dłoni drewnianą pałkę, choć teraz starał się ukryć ją przy nodze. Spojrzał na martwych, rannych i rozbity stół.
— Zniszczyłeś mi izbę.
Włodimir rozejrzał się. Jedna ława leżała przewrócona. Stół miał pękniętą krawędź i wgłębienie w miejscu, gdzie spotkał się z czaszką Radosza. Poza tym izba wyglądała lepiej niż po niejednej spokojnej nocy.
— Stół rzeczywiście.
— Krew będzie trzeba szorować.
— Masz słomę.
— Kto za to zapłaci?
Włodimir wyjął z sakiewki dwie srebrne monety i położył je na nieuszkodzonej części stołu.
Boguchwał natychmiast je zabrał.
— To nie wystarczy za człowieka — powiedział, patrząc na ciało Radosza.
— Nie był twój.
— Będą pytać.
— Powiedz prawdę.
— Jaką?
Włodimir wskazał zatrute piwo rozlane na stole.
— Że próbował mnie okraść, otruć i zabić.
— A jak nie uwierzą?
— Wtedy wymyśl lepszą.
Miłek stał nieruchomo przy drzwiach. Krew z rozciętego policzka spływała mu na kożuch.
— Pokaż, gdzie — powiedział Włodimir.
Chłopak nie zrozumiał.
— Co?
— Wóz ojca.
* * *
Wyszli na deszcz.
Kniaź zarżał ze stajni, gdy usłyszał kroki. Włodimir wszedł najpierw do niego. Ogier stał spokojnie w osobnym boksie, ale uszy miał położone płasko. Przy drzwiach leżał człowiek z oparzoną twarzą, ten, któremu Włodimir kazał usiąść. Musiał wymknąć się podczas zamieszania i spróbować osiodłać konia.
Kniaź ugryzł go w ramię, a potem kopnął w pierś. Mężczyzna jeszcze żył, choć każdy oddech kończył się mokrym bulgotem.
— Dobry koń — powiedział Włodimir.
Kniaź prychnął.
Ranny uniósł dłoń.
— Pomóż…
Włodimir przykucnął. Dotknął żeber, sprawdził oddech i źrenice. Klatka piersiowa była zapadnięta po lewej stronie. Jedno żebro prawdopodobnie przebiło płuco.
— Mogę cię dobić — powiedział.
Mężczyzna zaczął gwałtownie kręcić głową.
— W takim razie leż spokojnie.
— Zimno.
Włodimir zdjął z haka końską derkę i przykrył mu nogi, nie klatkę. Potem odwrócił się do Miłka.
— Za stajnią?
Chłopak skinął głową.
Znaleźli ciało w płytkim rowie, przykryte zgniłą słomą i deskami. Mężczyzna miał rozciętą skroń, podbite oczy i gardło przecięte od ucha do ucha. Buty zniknęły, podobnie jak pas, sakwa i kożuch. Na palcu pozostał jasny ślad po zdjętym pierścieniu.
Miłek uklęknął w błocie.
Nie płakał. Dotknął dłoni ojca i siedział tak, jakby czekał, aż zimne palce odpowiedzą uściskiem.
Duch kupca pojawił się obok Włodimira.
Tym razem wyglądał inaczej. Nie miał powrozu na szyi ani noża w piersi. Miał przecięte gardło, podbite oczy i twarz człowieka leżącego w rowie.
Włodimir spojrzał na niego, potem na ciało.
— Mówiłem — powiedział duch.
— Mówiłeś też o córce w Legnicy.
— Syn. Córka. Co za różnica? Chciałem, żebyś pomógł.
— Mogłeś powiedzieć prawdę.
— Umarłem. Byłem przestraszony.
— Teraz też kłamiesz.
Duch spojrzał na klęczącego Miłka.
— Nie mów mu o pierścieniu.
— Dlaczego?
— Bo go przegrałem. Zanim mnie zabili. Jego matka dała mi go przed śmiercią. Chłopak mnie znienawidzi.
Włodimir milczał.
— Słyszysz? — ciągnął zmarły. — Powiedz, że zabrali. Niech myśli, że próbowałem wrócić z wszystkim.
— Próbowałeś?
Duch odwrócił wzrok.
— Chciałem.
— To nie to samo.
Miłek podniósł głowę.
— Z kim mówisz?
Włodimir spojrzał na chłopca. Deszcz spływał mu po włosach i mieszał się z krwią na policzku.
— Z nikim.
— Patrzyłeś obok mnie.
— Często patrzę tam, gdzie nic nie ma.
— Widzisz duchy?
Włodimir westchnął.
— Nie.
Duch ojca parsknął gorzkim śmiechem.
Miłek wstał powoli.
— Karczmarz wiedział?
Włodimir spojrzał w stronę oświetlonych okien zajazdu. Sylwetka Boguchwała przemknęła za okiennicą.
— Wiedział, że coś się stało.
— Pomógł im?
— Nie wiem.
— Zapytaj ojca.
Włodimir przeniósł wzrok na chłopca.
— Powiedziałem, że nie widzę duchów.
— Kłamiesz.
— Tak.
Miłek zacisnął szczękę.
— To zapytaj.
Duch ojca natychmiast się odezwał:
— Boguchwał nie zabił. Widział ciało. Dostał srebro za milczenie. Bał się ich.
— Karczmarz nie zabił — powiedział Włodimir. — Wziął pieniądze i milczał.
— Skąd wiesz?
— Zgadłem.
Chłopak patrzył na niego długo. Potem uklęknął ponownie przy ciele.
— Pomóż mi go przenieść.
Włodimir mógł odmówić. Powinien odmówić. Do Głogowa miał jeszcze kilka dni drogi, pogoda się pogarszała, a wojna sprawiała, że trakty zapełniały się żołnierzami, uchodźcami i zbójami. Nie zamierzał spędzać nocy na kopaniu grobu dla człowieka, którego nie znał.
Schylił się i wsunął ręce pod ramiona martwego.
— Łap za nogi.
Zanieśli ciało do pustej szopy za stajnią. Boguchwał wybiegł za nimi, próbując tłumaczyć, że chciał zawiadomić ludzi ze wsi, że nie był pewien, czy mężczyzna umarł, że Radosz groził spaleniem zajazdu. Miłek nie odpowiedział mu ani słowem.
* * *
Włodimir pozostawił ich przy ciele. Wrócił do izby po płaszcz, miecze i sakwy.
Ranni najemnicy leżeli związani rzemieniami. Podróżni odzyskiwali głosy. Ktoś modlił się nad trupem młodego, ktoś inny zbierał rozsypaną sól. Handlarz, którego oblała krew, przeklinał bardziej z powodu zniszczonego kaftana niż śmierci człowieka.
Duch młodego stał przy drzwiach. Wpatrywał się w swoje ciało.
— Nie chciałem umrzeć — powiedział.
— Mało kto chce.
— Miałem dziewczynę pod Brzegiem.
— Być może.
— Powiesz jej?
Włodimir zapiął pas z krótkimi mieczami.
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie znam jej.
— Nazywa się Luba. Jej ojciec jest garncarzem. Powiedz, że…
— Nie jadę pod Brzeg.
— Proszę.
Włodimir zarzucił płaszcz na ramiona.
— Próbowałeś wbić mi nóż w plecy.
— Radosz kazał.
— A teraz nie żyje. Widzisz, jak się kończy słuchanie rozkazów.
Młody spojrzał na ducha Radosza stojącego przy roztrzaskanym stole.
— Co mam zrobić?
— Skąd mam wiedzieć?
— Ty mnie widzisz.
— To nie czyni mnie kapłanem.
— Pomóż mi przejść.
— Dokąd?
Duch otworzył usta. Nie znał odpowiedzi.
Włodimir odwrócił się do wyjścia. Radosz zagrodził mu drogę. Jego twarz była coraz mniej ludzka. Pęknięta czaszka otwierała się i zamykała jak paszcza.
— Jeszcze cię znajdę — powiedział duch.
— Pewnie.
— Będę za tobą chodził.
— Ustaw się w kolejce.
— Nie uwolnisz się ode mnie.
Włodimir przeszedł przez niego. Lodowate mrowienie przebiegło mu po skórze. Przy drzwiach zatrzymał się i spojrzał przez ramię.
Radosz stał nad własnym trupem. Młody duch płakał bez łez. Dziewczyna z rozciętą szyją siedziała przy palenisku i uśmiechała się do ognia. Za nią tłoczyli się inni zmarli: dawni goście, zabici podróżni, dziecko, którego małe palce wystawały spod klepiska przy szynkwasie. Niektórzy patrzyli na Włodimira z nadzieją. Inni z nienawiścią. Większość chciała tylko mówić.
Włodimir miał ich dosyć.
Wskazał na Radosza nożem od gulaszu, który nadal trzymał w dłoni.
— Ty się pal w piekle — powiedział. — A teraz spierdalaj.
Rzucił nóż na podłogę i wyszedł w deszcz.
* * *
Kniaź czekał osiodłany przed stajnią. Włodimir sam założył mu siodło, sprawdził popręg i przywiązał sakwy. Boguchwał zaproponował pomoc, ale rycerz kazał mu pilnować rannych. Oparzony najemnik nadal oddychał. Jeśli doczeka rana, może przeżyje. Jeśli nie, karczma zyska kolejnego ducha.
Miłek stał przy szopie.
— Weź to — powiedział Włodimir.
Rzucił mu małą skórzaną sakiewkę. Chłopak złapał ją i zajrzał do środka. Było tam srebro zabrane z pasa Radosza.
— To jego?
— Teraz twoje.
— Ukradłeś.
— Od trupa. Trupy rzadko składają skargi.
Duch Radosza pojawił się pod okapem stajni.
— To moje srebro!
Włodimir go zignorował.
— Starczy na pogrzeb i nowego wołu — powiedział do Miłka. — Może nawet na buty.
Chłopak zacisnął sakiewkę w dłoni.
— Ojciec miał pierścień po matce.
Włodimir spojrzał na ducha zamordowanego mężczyzny. Stał kilka kroków za synem, z przeciętym gardłem i błagalnym wyrazem twarzy.
— Zabrali? — zapytał Miłek.
Włodimir poprawił rękawicę.
— Nie znalazłem.
Duch ojca zamknął oczy.
— Dziękuję — wyszeptał.
Włodimir poczuł nagłe ukłucie irytacji.
— Nie dziękuj — powiedział.
Miłek zmarszczył brwi.
— Za co?
— Nie do ciebie.
Włodimir wsunął stopę w strzemię i wspiął się na siodło. Kniaź poruszył się pod nim płynnie, niecierpliwie. W świetle padającym z karczmy srebrne okucia uprzęży błysnęły na tle czarnej sierści. Koń wyglądał, jakby powinien nieść księcia na koronację, nie mokrego najemnika z krwią na rękawie.
Boguchwał wyszedł na próg.
— Dokąd jedziesz o tej porze?
— Na północ.
— Trakt jest zalany.
— Wyschnie, zanim wrócę.
— Mówią, że pod Głogowem zbiera się wojsko cesarskie.
— Wiem.
— To po co tam jedziesz?
Włodimir spojrzał na ciemną drogę. Za zakrętem znikała między mokrymi polami, potem prowadziła ku lasom i grodom, których tej nocy nie było widać. Z Głogowa przychodziły wieści o wojnie, rannych i pieniądzach. Również o czymś, co nocami wyciągało ludzi spod murów.
Martwi żołnierze szeptali o tym od kilku dni.
Jeden z nich stał teraz przy drodze. Młody wojownik w poszarpanej kolczudze, z czarną raną po włóczni pod mostkiem. Deszcz przechodził przez niego. W prawej dłoni trzymał własne wnętrzności, jakby obawiał się, że zgubi je po drodze.
— Nie jedź do Głogowa — powiedział.
Włodimir poprawił płaszcz.
— Dlaczego?
Duch wskazał na północ.
— Tam umarli jedzą umarłych.
— Ghule?
— Nie tylko.
— Co jeszcze?
Żołnierz otworzył usta, lecz z gardła wydobył się jedynie chrzęst, jak łamanie zamarzniętych gałęzi. Jego twarz rozmyła się pod deszczem. Po chwili zniknął.
Włodimir westchnął.
— Znowu gadasz z powietrzem? — zapytał Miłek.
— Tak.
— Co powiedziało?
— Że powinienem jechać do Głogowa.
— A powiedziało dlaczego?
— Nie.
— To skąd wiesz?
Włodimir spojrzał w dół na chłopca.
— Zwykle jadę tam, gdzie rozsądni ludzie radzą nie jechać.
Ścisnął Kniazia kolanami. Ogier ruszył stępa, potem przeszedł w spokojny kłus. Błoto pryskało spod kopyt, deszcz siekł po twarzy, a światło karczmy szybko niknęło za plecami.
Przydrożne duchy podnosiły głowy, kiedy przejeżdżał. Wisielec kołysał się na drzewie, choć lina zgniła wiele lat wcześniej. Kobieta utopiona w rowie szła przez wodę, powtarzając imię dziecka. Dwóch zabitych kupców kłóciło się o drogę do Wrocławia. Stary wojownik siedział na kamieniu i ostrzył miecz, którego nie było.
Włodimir wyjął z sakwy małą glinianą butelkę. Odkorkował ją zębami i pociągnął łyk gorzałki. Płyn zapiekł język, gardło i pustkę gdzieś za oczami.
Głosy osłabły.
Kniaź parsknął, niezadowolony z zapachu alkoholu.
— Nie zaczynaj — mruknął Włodimir.
Koń poruszył uszami.
— Ty przynajmniej umrzesz tylko raz.
Droga pięła się łagodnie ku czarnej linii lasu. Nad północnym horyzontem błysnęła odległa łuna. Mogła pochodzić od ognisk wojskowych, płonącej wsi albo burzy. W tych czasach jedno łatwo pomylić z drugim.
Włodimir jechał ku niej bez pośpiechu.
Miał pełną sakiewkę, dobrego konia, trzy miecze i dość złota zdeponowanego w domach Bractwa Wagi, by kupić niewielki gród albo spokojnie przepić kilka pozostałych żywotów. Nie potrzebował zapłaty z Głogowa. Nie potrzebował wojny. Nie potrzebował kolejnych trupów mówiących mu do ucha.
Mógł zawrócić na południe, znaleźć ciepły dom, kupić winnicę na Morawach albo zamieszkać u kobiety, która nie zadawałaby pytań przez pierwsze kilka lat. Próbował podobnych rzeczy. Cisza zawsze kończyła się wcześniej niż pieniądze.
Wojna przynajmniej nie udawała, że ludzie są czymś innym, niż byli.
A jeśli pod Głogowem naprawdę umarli jedli umarłych, ktoś zapewne zapłaci za człowieka, który zejdzie między nich z mieczem.
Włodimir uśmiechnął się bez wesołości i pogonił Kniazia.
Za nim, pod Kulawym Turem, pierwszy raz tej nocy zapiał kogut. Przed nim droga prowadziła ku Głogowowi, ku wojnie i ku śmierci, która znów miała się przekonać, że nie potrafi go zatrzymać.
