Ostatni Woj: Pod Grunwaldem - Jasper Everhar - ebook

Ostatni Woj: Pod Grunwaldem ebook

Jasper Everhar

4,8

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Rok 1409.

 

Krzyżacy mają ciężkie zbroje, ostre miecze i przekonanie, że Bóg stoi po ich stronie.

 

Wszebor ma młot.

 

Zdecydowanie za ciężki dla zwyczajnego człowieka, problem w tym, że Wszebor od dawna nie jest zwyczajnym człowiekiem.

 

Minęły ponad cztery stulecia od czasów Mieszka I. Królowie przychodzili i odchodzili, granice się zmieniały, a kolejne pokolenia wojowników trafiały do ziemi.

 

Wszebor nadal żyje.

 

Słowiańscy bogowie obdarzyli go nadludzką siłą, zdolnością szybkiego gojenia ran i czymś, czego nie potrafi do końca nazwać błogosławieństwem.

 

Tym razem trafia do wojsk Władysława Jagiełły, który szykuje się do rozstrzygającego starcia z Zakonem Krzyżackim.

 

Przed nim Bydgoszcz, przeprawa przez Wisłę i droga ku polom Grunwaldu. Przed nim tysiące zbrojnych, których stalowe pancerze mają chronić przed każdym ciosem.

 

Cóż...

 

Niekoniecznie przed każdym.

 

„Ostatni Woj: Pod Grunwaldem” to brutalna powieść historyczna z elementami słowiańskiego fantasy. Pełna bitew, krwi, ciężkiego żelaza i bohatera, który przeżył więcej wojen, niż większość ludzi zna z opowieści.

 

Bo Wszebor przez lata nauczył się jednej rzeczy.

 

On może pokonać śmierć.

 

Znacznie trudniej pokonać ją za kogoś innego.

 

(Historia ze świata „Ostatniego Woja”, którą można przeczytać bez znajomości poprzednich tomów.)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SakeSake

Nie oderwiesz się od lektury

Moja ulubiona postać . Powraca z martwych, sarkastyczny, bardzo silny , przy okazj szlachetny. Supermen tamtych czasów 🤗
00



OSTATNI WOJ: POD GRUNWALDEM

WSTĘP

Na początku Wszebor próbował zapamiętywać każdą wojnę. Kto ją rozpoczął, o jakie ziemie walczono, pod jakim znakiem maszerowali zwycięzcy. Po czterech stuleciach przestał. W pamięci zostały mu przede wszystkim twarze ludzi, których nie zdołał ocalić.

Gdy był młody, nad ziemiami Polan panowali pierwsi Piastowie. Teraz królem był Władysław Jagiełło, a rycerze wychodzili do bitwy w stalowych zbrojach, znacznie cięższych niż pancerze jego dawnych towarzyszy. Wszebor wyglądał wciąż tak samo. Dawno temu bogowie obdarzyli go siłą, której nie miał żaden zwykły człowiek, oraz zdolnością szybkiego gojenia ran. Nawet śmierć nie potrafiła zatrzymać go na zawsze: po kilku dniach budził się znów żywy. Nie wracali tylko ludzie, których zdążył nazwać przyjaciółmi.

Wojna nigdy nie była dla niego świętym obowiązkiem. Była miejscem, w którym jeden błąd kosztował życie, dobry dowódca znaczył więcej niż głośna przysięga, a wojownika poznawało się po tym, czy potrafił wyprowadzić swoich z przegranego starcia. Nie potrzebował kolejnych pieśni o bohaterach. Wiedział, jak często kończyli pod ziemią.

Zdarzało się, że własna siła ratowała mu życie. Częściej ratował go rozsądek. Nie lubił, kiedy ludzie zbyt długo przyglądali się temu, co potrafił zrobić z ciężkim żelazem. Lepiej było uchodzić za dobrego żołnierza niż za osobliwość, o której zaczynali szeptać w obozach.

Latem 1409 roku po drogach znowu krążyły wieści o wojnie z zakonem krzyżackim. Mówiono o prawach do ziem, o honorze króla i o wierze. Zbrojni szukali służby, panowie zwoływali ludzi, a chłopi mieli nadzieję, że walka ominie ich domy. Wszebor słuchał, nie wdając się w spory. Widział już zbyt wiele wypraw, których uczestnicy byli pewni, że Bóg stoi po ich stronie.

Nie zamierzał jednak unikać nadchodzącego starcia. Miał stary topór, dobrą kolczugę i kilku ludzi, którym ufał. Miał też powód, by zajrzeć do kowala. Im więcej rycerzy zakładało płytowe zbroje, tym mniej podobała mu się myśl, że miałby walczyć z nimi tym samym orężem co dawniej.

Zanim wyruszył, chciał sprawdzić, czy kowal znalazł dość żelaza na zamówiony młot.

ROZDZIAŁ I

KOWAL

Kowal położył młot na drewnianym pniu i cofnął ręce.

– Cięższy już nie będzie – oznajmił.

Wszebor przyjrzał się głowicy. Jedna strona była szeroka i płaska, druga kończyła się krótszym, zwężonym obuchem. Żelazo miało ciemny kolor, gdzieniegdzie jaśniejszy w miejscach, które kowal właśnie szlifował. Nowe jesionowe stylisko przechodziło przez osadę i wystawało ponad nią na szerokość dwóch palców.

– Może być cięższy.

– Może – przyznał kowal. – Jeśli dołożę żelaza, będzie cięższy. Jeśli zwiążę do niego kowadło, będzie jeszcze cięższy. Tylko który człowiek zamierza potem czymś takim walczyć?

– Ten, który za niego płaci.

Kowal popatrzył na Radosza, stojącego w drzwiach kuźni. Szukał chyba potwierdzenia, że przybysz żartuje. Radosz miał pod pachą kuszę, a na twarzy wyraz człowieka, który przyglądał się już tej rozmowie zbyt długo.

– Nie patrz na mnie – powiedział. – Sam próbowałem go przekonać.

– Do czego?

– Żeby zamówił zwyczajny młot. Taki, jakim człowiek może trafić przeciwnika dwa razy, zanim ten zdąży go zabić.

Kowal dotknął ciemnej głowicy palcem.

– Mam jeszcze kawał dobrego żelaza. Przygotowałem go, kiedy pierwszy raz przyszedłeś z zamówieniem. Jeśli go dołożę, obuch zrobi się znacznie cięższy. Ale już teraz trudno mi ten młot podnieść jedną ręką. Pytam ostatni raz: jesteś pewny?

Wszebor skinął głową.

– Dokładaj.

– Będziesz musiał poczekać. Tego nie robi się jednym uderzeniem.

– Mam czas.

Kowal nie powiedział już nic. Zdjął głowicę ze styliska, wsunął żelazo do żaru i przez następne godziny kilkakrotnie rozgrzewał oraz skuwał przygotowany kawałek metalu z obuchem. Radosz wychodził na plac, wracał, zaglądał do sakwy z jedzeniem i coraz mniej cierpliwie przyglądał się robocie. Wszebor obserwował palenisko, sprawdzał mocowanie topora i od czasu do czasu pomagał przy ciężkich szczypcach, kiedy kowal pozwalał.

Dopiero przed południem głowica była gotowa, ostudzona i osadzona na nowo. Kowal przyjrzał się mocowaniu, poprawił klin i odsunął pień od paleniska.

Wszebor wyciągnął rękę. Kowal niechętnie podał mu broń, przytrzymując stylisko obydwiema dłońmi. Miał grube nadgarstki, mocne barki i zaczerwienioną od żaru twarz. Wszebor ocenił go odruchowo. Człowiek przywykły do ciężkiej pracy. Żadnego udawania.

Wziął młot jedną ręką.

Głowica pociągnęła stylisko w dół, ale bez trudu zatrzymał ruch. Przesunął palce nieco wyżej i wykonał wolny zamach w poprzek piersi, potem drugi, pod innym kątem. Nie uderzał w nic. Sprawdzał, jak daleko idzie ciężar po zakończeniu ruchu i gdzie trzeba go zatrzymać, żeby nie otworzyć całego boku przeciwnikowi.

Radosz cofnął nogę z progu.

– Robisz to specjalnie?

– Co?

– Machasz mi przy głowie.

– Stoisz za blisko.

– To kuźnia. Nie pole bitwy.

– Tym bardziej powinno być tu trochę miejsca.

Kowal przyglądał się młotowi, nie dłoni, która go utrzymywała. Wreszcie otworzył usta.

– Ile ważysz? – zapytał.

– Dość.

– Nie pytałem, czy dużo jesz. Pytam, jakim sposobem nie wyrywa ci ramienia.

Wszebor odłożył broń na pień. Drewno jęknęło, a spod żelaza uniósł się pył.

– Dobrze ją osadziłeś. Tyle.

Kowal zmrużył oczy. Nie wyglądał na człowieka, który dałby się oszukać pochwałą własnej roboty.

– Dobrze osadziłem, bo nie zamierzam oddawać człowiekowi głowicy, która odpadnie przy pierwszym uderzeniu. Ale takich głowic nie robi się do walki jedną ręką. Zrób dwa kroki i machnij jeszcze raz.

Wszebor spojrzał na niego.

– Po co?

– Chcę zobaczyć, czy cię nie obróci.

Radosz parsknął.

– Zobacz. Mówiłem, że nie uwierzy.

Wszebor westchnął, podniósł młot i obszedł pień. Na ubitej glinie przy palenisku wykonał pełny, poziomy cios. Zatrzymał głowicę, zanim minęła linię barku. Potem przeniósł broń w górę i opuścił niemal do samej ziemi. Pod stopami poruszył się popiół, ale nie musiał przestawiać nóg.

Kowal milczał.

– Teraz uwierzysz? – zapytał Wszebor.

– Teraz chcę wiedzieć, gdzie nauczyłeś się tego robić.

– Przy innych młotach.

– Przy jakich innych młotach?

– Przy starszych.

Radosz roześmiał się pod nosem.

Kowal w końcu pokręcił głową. Sięgnął po skórzany woreczek ze skrawkami metalu, odsunął go od pieca i wytarł ręce w fartuch.

– Drzewce wymienisz wcześniej niż głowicę. Niech cię nie zmyli, że teraz jest proste. Jak uderzysz w kamień albo w stal pod złym kątem, i najlepszy jesion w końcu pójdzie.

– Wiem.

– Jeśli głowica zacznie się ruszać, nie nabijaj jej przypadkowym klinem. Przynieś do kowala.

– Wiem.

– I nie próbuj nią rozłupywać bramy. Do tego trzeba innego żelaza.

– Zapamiętam.

Radosz przyglądał mu się podejrzliwie.

– Po co ci to właściwie? – zapytał, gdy kowal zabrał się do liczenia należności.

Wszebor oparł młot o udo.

– Na chodzące puszki.

– Jakie puszki?

– Te błyszczące rycerzyki. Coraz więcej żelaza na sobie noszą. Włócznia ślizga się po płycie, topór nie zawsze trafia tam, gdzie powinien. Pomyślałem, że trzeba im pomóc zrozumieć, po co jest młot.

– Krzyżacy?

– Między innymi.

– A jeśli któryś nie będzie miał tyle żelaza?

Wszebor spojrzał na własny topór, oparty pod ścianą. Znał każdą rysę na starym żeleźcu. Drewno trzonka wymieniał wielokrotnie, ale broń pozostawała ta sama, od bardzo dawna.

– Wtedy mam to.

– Mogłeś od razu kupić sobie drugą rękę.

– Jak znajdziesz kogoś, kto umie taką wykuć, zaprowadź mnie do niego.

Kowal przestał liczyć monety.

– Dwóch ludzi nie uniesie tego wygodnie do walki – powiedział. – Jeden normalny człowiek może to podnieść. Ale nie zdąży nim zamachnąć drugi raz.

– Na szczęście nie zamawiałem dla normalnego.

– To widzę.

Wszebor zapłacił umówioną sumę, dodał jeden grosz za mocowanie przy siodle i wyszedł. Kowal odprowadził go wzrokiem aż na plac, gdzie stały cztery konie. Dopiero kiedy Radosz zatrzasnął za sobą drzwi, znów zadźwięczało kowadło.

Na zewnątrz pachniało mokrym sianem. Rankiem przeszła krótka ulewa, a teraz słońce osuszało koleiny. Po drugiej stronie placu dwie kobiety niosły wiadra od studni. Pomiędzy chatami biegał chłopiec z drewnianym mieczem i krzyczał, że jest królem.

– Nie wyglądałeś na zadowolonego – zauważył Radosz.

– Z młota? Jest dobry.

– Z kowala. Pytał za dużo.

– Kowale zawsze pytają za dużo, kiedy robisz coś inaczej, niż się spodziewają.

– Większość ludzi się zdziwi, jak zobaczy, co z tym wyprawiasz.

– Większość ludzi nie będzie miała czasu oglądać.

Radosz poprawił pas kuszy. Był niewysoki, szeroki w plecach i miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy. Pod lewym okiem nosił niewielką bliznę, a przy siodle skórzany kołczan z bełtami, których lotki starannie zabezpieczał przed deszczem. Wszebor znał go od kilku miesięcy. Wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż w bitwie Radosz nie tracił głowy, ale za mało, by opowiadać mu własne życie.

– Co z Broniszem i Jaśkiem? – zapytał.

– Przy zachodnim trakcie. Mieli sprawdzić, czy wóz z ziarnem dojechał.

– Dojechał?

– Nie wiem. Dlatego wysłałem ich sprawdzić.

Wszebor skinął głową. Radosz nauczył się już odpowiadać mu jego własnym sposobem. To bywało irytujące.

Przywiązał młot po prawej stronie siodła. Zajmował zbyt wiele miejsca obok sakwy, więc przełożył ją na lewo. Topór zostawił bliżej ręki. Nie zamierzał wyruszać z nową bronią tylko dlatego, że dopiero za nią zapłacił.

Z pobliskiej uliczki wytoczył się wóz. Na płachcie leżały dwa worki i skrzynia. Prowadziła go starsza kobieta, a obok szedł mężczyzna z przewiązaną chustą na czole. Ani jedno, ani drugie nie wyglądało na zadowolonego z drogi, którą przyjdzie im jechać.

Wszebor patrzył, jak kierują się ku wschodniej bramie osady.

– Do Dobrzynia? – zapytał Radosz.

– Jeśli mają rozum, to nie.

– Mówią, że Krzyżacy już weszli do kraju.

– Wiem, co mówią.

– A ty co myślisz?

– Że zanim ludzie skończą o tym mówić, ci z krzyżami zabiorą im konie i ziarno.

Nie bał się samego zakonu bardziej niż innych wojsk. Walczył kiedyś z ludźmi, którzy przed każdym natarciem prosili swoich bogów o zwycięstwo. Później z ludźmi, którzy podnosili nad obozem krzyże. Jedni i drudzy potrafili podpalić stodołę z zamkniętymi w środku ludźmi, jeśli dowódca obiecał im za to srebro.

Nie znaczyło to, że wszyscy byli tacy sami. Znaczyło, że do rozpoznania żołnierza nie wystarczał znak na płaszczu.

Od strony północnej bramy usłyszeli stuk kopyt. Nadjechał Jasiek. Chłopak miał nie więcej niż dwadzieścia lat, policzki jeszcze pozbawione porządnego zarostu i twarz umazaną błotem.

– Bronisz mówi, żebyście ruszali – wyrzucił z siebie, nim zatrzymał konia. – Trzech wozów nie przepuszczono przez bród. Nadciągają ludzie z Dobrzynia. Uciekają. Podobno za nimi jadą Krzyżacy.

Wszebor złapał wodze własnego konia.

– Ilu ucieka?

– Dwa wozy już przeszły, trzy stoją w wodzie. Ludzi może ze dwudziestu.

– Uzbrojeni?

– Dwóch ma kusze. Inni co popadnie. Są dzieci.

– A Krzyżacy?

– Jeszcze ich nie widzieliśmy. Tylko słyszeliśmy od tych, którzy przyjechali.

Wszebor spojrzał na Radosza.

– Przygotuj kuszę. Weź zapasową cięciwę i wszystkie suche bełty.

– Mamy jechać do brodu?

– A gdzie indziej mamy jechać, żeby sprawdzić, czy to prawda?

Jasiek wypuścił powietrze. Najwyraźniej liczył, że przekaże wiadomość i dostanie polecenie powrotu do spokojniejszego miejsca.

Wszebor dosiadł konia. Młot uderzył lekko o skórzany ochraniacz przy siodle. Poprawił mocowanie.

– Jedziemy – powiedział.Do brodu prowadził wąski trakt między łanami zboża a zagajnikiem. Zboże stało jeszcze na części pól; tam, gdzie już je ścięto, pozostawały niskie ścierniska. Na dwóch zagonach leżały porzucone snopy. Wszebor zauważył, że nie zdążono ich związać. Ktoś musiał przerwać żniwa w połowie pracy.

Za ostatnią zagrodą skręcili ku niewielkiemu jarowi. Woda płynęła jego dnem po kamieniach, a w najpłytszym miejscu sięgała koniom nieco poniżej kolan. Po zachodniej stronie ziemia podnosiła się łagodnie. Po wschodniej, którą chcieli opuścić uciekinierzy, droga wspinała się stromiej i zwężała między dwiema skarpami. Przy samym brodzie stała stara olcha. Jej korzenie odsłoniła wiosenna woda.

Wszebor zwolnił. Zobaczył wozy. Dwa czekały na wschodnim brzegu, trzeci wciąż stał w wodzie. Jeden koń miał zerwaną uprząż. Drugi zaplątał postronek wokół dyszla i szarpał się przy każdym kroku woźnicy.

Po brzegu biegały dzieci. Kobieta w brązowym kapturze trzymała za rękę dwóch chłopców. Starzec próbował przytrzymać tylne koło wozu, choć z tego miejsca nie mógł zrobić nic pożytecznego. Bronisz stał pośród nich, krzycząc, żeby zeszli z drogi.

Wszebor zeskoczył z konia. Odprowadził zwierzę pod osłonę skarpy, z dala od drogi, i przewiesił wodze przez niski konar. Siodło pozostawało pod ręką, gdyby trzeba było zmienić broń lub szybko odjechać.

– Ilu przeszło? – zapytał.

Bronisz odwrócił się. Był najstarszy z całej czwórki, może dobijał do czterdziestu pięciu lat. Miał ciemną brodę przetykaną siwizną, szeroką szczękę i zwyczaj trzymania włóczni pod ręką nawet podczas jedzenia.

– Dwa wozy i jedenaścioro ludzi. Tamci wrócili po worki. Mówiłem, żeby zostawili.

– Ich ziarno?

– Ich. Albo czyjeś. Nie pytam.

– Słusznie. Gdzie jeźdźcy?

– Nikt nie widział. Słyszeli kopyta za lasem i uznali, że lepiej uciekać. Teraz panikują, że znowu ich dopadną.

Wszebor spojrzał na zachodnią drogę. Biegła kilkadziesiąt kroków przez otwarte pole, później znikała w lesie. Jeżeli oddział nadciągał stamtąd, mógł zatrzymać się na skraju drzew i ocenić sytuację, zanim ruszy do brodu.

– Radosz, zsiadaj. Weź Jaśka i idźcie lewą stroną. Do tych trzech sosen na grzbiecie. Nie dalej. Chcę wiedzieć, co jedzie drogą.

– A jeśli nas zobaczą?

– Wracacie. Nie zaczynacie wojny sami.

Radosz zerknął na niego.

– Ustami łatwo powiedzieć.

– Dlatego mam nadzieję, że zapamiętasz.

Jasiek już zdejmował z siodła włócznię.

– Ty zostawiasz konia tutaj – dodał Wszebor. – Nie będziesz biegał między drzewami z uzdą w ręku.

Chłopak skinął głową. Obaj ruszyli po skarpie, pochylając się, żeby nie pokazać sylwetek na tle nieba.

Wszebor odnalazł woźnicę, który walczył z postronkiem.

– Odetnij.

Mężczyzna uniósł oczy. Miał czerwoną twarz i popękane usta.

– Dobry postronek. Da się rozplątać.

– Da się. Jak już zabiorą konia, będziesz miał cały dzień.

– Kosztował mnie dwa grosze.

Wszebor wyjął nóż i podał mu rękojeścią naprzód.

– Koń pewnie więcej.

Woźnica jeszcze chwilę patrzył na nóż, potem przeciął linę. Zwierzę przestało szarpać uprząż. Bronisz pchnął ramię wozu, Wszebor uniósł dyszel z błota i koła z trudem ruszyły.

– Jedziemy na tamten brzeg! – zawołał Wszebor do stojących wokół. – Bez zawracania. Jak zostawiliście coś po zachodniej stronie, trudno. Drugiego przejazdu nie będzie.

Kobieta z dziećmi podeszła bliżej.

– Mój mąż został przy bydle. Miał iść za nami.

– Gdzie?

– Za łąkami. Przy lesie. Nie wiem, czy zdążył.

Wszebor popatrzył na ciemną linię drzew. Nie miał dobrego sposobu, żeby sprowadzić człowieka, którego nikt z obecnych nie widział. Mógł posłać Jaśka, ale ten właśnie obserwował drogę z Radoszem. Mógł pojechać sam i zostawić bród bez człowieka, który umiał rozdzielić zadania.

– Zostań z dziećmi na wschodniej drodze. Jeśli przyjdzie, będzie wiedział, dokąd poszliście.

– A jeśli nie przyjdzie?

– Nie będziesz mu mogła pomóc, stojąc tutaj.

Kobieta miała ochotę się sprzeciwić. Widział to w jej twarzy. Ostatecznie zacisnęła usta i ruszyła z chłopcami na wschód.

– Twardo mówisz – mruknął Bronisz.

– Gdybym umiał sprowadzać z lasu ludzi samym gadaniem, mówiłbym łagodniej.

W tym momencie z grzbietu dobiegł gwizd.

Jeden. Krótki.

Wszebor uniósł głowę.

Drugi. Tym razem dłuższy.

Radosz umiał odróżnić chłopa z drabiną od uzbrojonego jeźdźca. Dwa gwizdy oznaczały zbrojnych.

– Ile mamy czasu? – zapytał Bronisz.

– Zaraz się dowiemy. Najpierw wóz.

Zepchnęli ostatnie koło z kamienia, na którym się zaklinowało. Konie pociągnęły. Wóz wyjechał na wschodni brzeg, zostawiając za sobą białą pianę i pływające źdźbła słomy.

Wszebor wsunął nóż do pochwy i przyjrzał się podejściu od zachodu. Nie zamierzał bronić samej wody. Miał zbyt mało ludzi. Nieprzyjaciel mógłby podejść do brzegu, zatrzymać konie i ostrzelać ich z łuków lub kusz. Wszebor potrzebował miejsca, w którym napastnicy będą musieli zwolnić, a własne wozy nie zablokują odwrotu.

– Bronisz, widzisz tamten pień na skarpie?

– Ten zwalony?

– Ten. Ściągnij z wozu dwóch ludzi i przetoczcie go na drogę. Nie w poprzek całkiem. Zostawcie tyle, żeby piechur przeszedł, ale koń z jeźdźcem musiał się zatrzymać.

– I co wtedy?

– Wtedy będziemy wiedzieli, gdzie szukać jego głowy.

Bronisz powtórzył polecenie dwóm mężczyznom z siekierami. Ruszyli za nim bez przekonania. Wszebor sam podszedł do starej olchy. Pień rósł ukośnie i zasłaniał część brodu, ale od strony wschodniej otwierał się dobry widok na zachodnią drogę.

Zostawił tam jedną z tarcz wyjętych z juków. Drugą zarzucił na lewe ramię. Pod grubym wełnianym kaftanem czuł kółka kolczugi. Była dobra, ciasno pleciona i pod pachami wzmocniona dodatkowymi rzędami. Dał za nią więcej, niż zarobił podczas niejednej wyprawy. Nie chciał dźwigać na sobie tyle płyt, ile nosili najbogatsi rycerze. W jego odczuciu przeszkadzały przy czołganiu się, wspinaniu i długim marszu, nawet jeśli w siodle sprawdzały się znakomicie. Wolał zostawić przeciwnikowi kilka miejsc, w które mógł go zranić, niż pozbawić się swobody, z którą walczył od bardzo dawna.

Nie był jednak głupcem. Hełm miał porządny, a szyję chronił kolczy kaptur. Za każdym razem, gdy na drodze widział człowieka bez hełmu, przypominał sobie, jak łatwo spada z góry ostrze.

Radosz i Jasiek wrócili biegiem.

– Dziewięciu – powiedział kusznik. – Może dziesiąty za nimi. Sześć koni. Reszta idzie pieszo. Dwóch zbrojnych lepiej niż pozostali. Jeden niesie na białej szacie czarny krzyż.

– Jadą szybko?

– Nie. Zatrzymali się przy lesie. Oglądają ślady wozów. Zobaczą bród za chwilę.

Wszebor przeklął cicho. Dziewięciu to nie armia. Ale w ciasnym przejściu dziewięciu dobrze uzbrojonych ludzi wystarczyło, żeby zabić czterech obrońców, zanim ci zdążą się odwrócić.

– Radosz przy olsze. Masz dobry strzał na drogę. Nie marnuj bełtu na pierwszego, który się pojawi. Wybierz tego, kto wydaje rozkazy albo trzyma kuszę. Jasiek, z Broniszem za pniem. Wychodzicie dopiero, jak zobaczycie mnie przy skarpie. Trzymacie włócznie nisko, nie rzucacie. Rozumiesz?

– Tak.

– Powiedz, gdzie masz stać.

– Za pniem. Z Broniszem. Czekać, aż wejdziesz od strony skarpy.

– Dobrze.

Bronisz wrócił, strzepując błoto z rąk. Dwaj woźnice, którym pomagał, już przebiegali bród. Zatrzymali się po wschodniej stronie, gotowi w każdej chwili ruszyć za uciekającymi rodzinami.

– Pień leży – zameldował.

Wszebor obejrzał przeszkodę. Spora część traktu pozostała otwarta dla pieszych. Jeździec nie przeprowadziłby tędy konia bez zwolnienia i skrętu. Właśnie o to chodziło.

– Jeśli zaczną jechać na was, nie próbujcie zatrzymać konia rękami. Rozstąpić się, ciąć po nogach, dopiero potem brać jeźdźca. Jasiek, nie musisz nikomu udowadniać odwagi. Masz wykonywać to, co powie Bronisz.

– A ty? – zapytał chłopak.

– Pójdę przyjrzeć się temu, który ma krzyż.

Radosz uniósł brew.

– Wolałbym, żebyś nie wdawał się od razu w rozmowę.

– Dlaczego?

– Bo kiedy rozmawiasz z uzbrojonymi ludźmi, zwykle robi się ich mniej.

Wszebor poprawił topór w dłoni.

– To nie zawsze wada.

Na zachodniej drodze pojawił się pierwszy koń.

Jechał stępem. Jeździec nosił otwarty hełm i skórzany kaftan z doszytymi stalowymi płytkami. Za nim szedł pieszy z halabardą. Dwaj kolejni prowadzili konie za uzdy. Nie byli to ludzie, którzy pędzili bezmyślnie za uciekającymi chłopami. Rozglądali się, zatrzymywali przy świeżych śladach i trzymali odstępy.

Wszebor kucnął za skarpą. Byli jeszcze zbyt daleko, żeby rozpoznał twarze. Widział za to uzbrojenie: kuszę przewieszoną przez plecy jednego z pieszych, krótkie miecze u dwóch, długie drzewce zakończone szerokim ostrzem. Dopiero kiedy z lasu wyjechał ostatni zbrojny, dostrzegł biały płaszcz z czarnym krzyżem.

Ten siedział na dużym, ciemnym koniu. Nosił hełm z ruchomą zasłoną twarzy, napierśnik i osłony ramion. Nie miał powodu zdejmować hełmu dla lepszego widoku. Jechał ku przeprawie, którą ktoś przed chwilą używał.

Z przodu padło kilka słów po niemiecku. Wszebor zrozumiał je bez trudu.

Ślady świeże. Wozy niedaleko. Sprawdzić drugi brzeg.

– Będą szli za nimi – wyszeptał do siebie.

Jeździec z przodu zbliżył się do pnia. Zatrzymał konia i uniósł rękę.

Dobrze, pomyślał Wszebor.

Przynajmniej jeden umie patrzeć.Zbrojni naradzali się krótko. Dwaj piesi weszli do wody, prowadząc konie po bokach. Strumień zmącił się wokół ich butów. Człowiek na przedzie uniósł drzewce broni i wskazał ślady kół na wschodnim brzegu.

Biały płaszcz został po zachodniej stronie. Jego właściciel nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał wjechać pierwszy do nieznanego przejścia.

Wszebor mógł pozwolić im przejść i próbować zatrzymać dopiero na drodze. Wolał jednak, by część oddziału znalazła się w wodzie, bez możliwości szybkiego rozpędzenia koni. Wtedy nawet kilku dobrze uzbrojonych ludzi będzie musiało pracować osobno.

Pierwszy pieszy wszedł na skarpę. Zauważył pień i zatrzymał się.

Powiedział coś do towarzysza, ale Wszebor nie usłyszał słów. Zobaczył, że obaj odwrócili się ku zachodniemu brzegowi. Chcieli zawołać dowódcę.

Wtedy Radosz strzelił.

Bełt przebił skórzany kołnierz jednego z mężczyzn i wszedł mu pod obojczyk. Zbrojny upadł na kolana, próbując złapać drzewce wystające z szyi. Koń wyrwał mu wodze i szarpnął ku brzegowi.

– Zasadzka! – wrzasnął drugi po niemiecku.

Wszebor wyszedł zza skarpy, zanim tamten zdążył cofnąć się do wody.

Pierwszy cios topora poszedł w ramię. Żeleźce weszło między płytki doszyte do kaftana, przecięło materiał i trafiło w kość. Mężczyzna wypuścił halabardę. Wszebor szarpnął go ku sobie i uderzył ponownie, tym razem krócej. Człowiek osunął się przy korzeniach olchy.

Po drugiej stronie strumienia rozległ się krzyk. Zbrojni nie ruszyli jednak wszyscy naraz. Dwóch stanęło z kuszami, trzeci zaczął zawracać konia. Ten w białym płaszczu wydawał polecenia spokojnym, donośnym głosem.

– Zająć bród. Strzelać w drzewa. Pozostali ze mną.

Wszebor od razu zrozumiał, że przeciwnik wie, co robi. Nie próbował przepędzić napastników krzykiem. Rozdzielił ich, zanim weszli pod ostrzał.

– Bronisz! – zawołał Wszebor. – Zostajecie przy pniu! Nie wychodzić za wodę!

Z lewej odpowiedziało mu krótkie potwierdzenie.

Pierwszy bełt nieprzyjaciela uderzył w pień olchy, tuż nad tarczą. Drugi przeleciał ponad głową Wszebora i utkwił w glinie za skarpą. Kusznicy strzelali zbyt szybko. Nie widzieli dokładnie celu.

Wszebor cofnął się za gruby korzeń. Wiedział, że za kilka chwil będą musieli nałożyć nowe bełty. Mógł spróbować wykorzystać tę przerwę, ale nie zamierzał przebiegać otwartego brodu na oczach sześciu uzbrojonych mężczyzn.

Jeden z jeźdźców po zachodniej stronie uniósł oszczep i cisnął nim w jego kierunku. Drzewce ześlizgnęło się po korzeniu i trafiło w mokrą ziemię. Wszebor chwycił je odruchowo, wyszarpnął i rzucił z powrotem.

Oszczep poleciał znacznie dalej, niż można było oczekiwać. Trafił konia w zad, a zwierzę wyrwało się i stanęło dęba. Jeździec zdołał utrzymać siodło, lecz dwaj piesi musieli uskoczyć spod kopyt.

– Kurwa! – wrzasnął jeden z nich.

Wszebor rozpoznał przekleństwo mimo niemieckiego akcentu. Niektórzy żołnierze uczyli się języka sąsiadów szybciej niż modlitw.

– Teraz! – krzyknął do Bronisza.

Dwaj jego ludzie wyszli zza pnia. Bronisz pchnął włócznią człowieka, który właśnie wspinał się ze strumienia. Grot zatrzymał się na metalowej osłonie brzucha, ale siła pchnięcia cofnęła przeciwnika do wody. Jasiek uderzył drugą włócznią w bok jego uda. Ten krzyknął i runął na plecy. Woda zamknęła mu się nad twarzą, zanim zdążył się obrócić.

– Nie idź za nim! – zawołał Bronisz.

Jasiek zatrzymał się. Dobrze. Miał przed sobą rannego człowieka, ale następny zbrojny już zbliżał się do brzegu.

Wszebor zobaczył, że rycerz w białym płaszczu kieruje konia w prawo, wzdłuż strumienia. Szukał innego miejsca do przekroczenia wody. Dobrze rozumiał, że nie warto pchać całego oddziału prosto pod włócznie.

– Radosz, prawa strona! – krzyknął.

Kusznik wysunął się zza olchy. Miał już napiętą broń, ale zwlekał ze strzałem. Czekał, aż jeździec znajdzie się między gałęziami i będzie musiał zwolnić. Wszebor nie widział teraz Radosza; rozpoznał tylko charakterystyczny metaliczny trzask zwalnianej cięciwy.

Bełt uderzył w osłonę piersi rycerza i odbił się, zostawiając ciemny ślad. Trafienie było dobre, lecz stal okazała się lepsza.

Biały płaszcz drgnął. Jeździec spojrzał w stronę drzewa, skąd strzelano.

– Tam! – krzyknął. – Dwóch na strzelca!

Wszebor ruszył.

Nie ku samemu rycerzowi. Ten wciąż miał przed sobą wodę i wierzchowca, którego należało przeprowadzić przez kamienie. Wszebor pobiegł niżej, wzdłuż brzegu, żeby odciąć drogę dwóm pieszym zbrojnym, którzy skierowali się ku Radoszowi.

Pierwszy zobaczył go w ostatniej chwili. Zamachnął się mieczem, lecz Wszebor był już zbyt blisko. Przyjął cięcie na tarczę, uderzył jej krawędzią w przyłbicę przeciwnika i poczuł opór żelaza. Zbrojny cofnął głowę. Wszebor wszedł barkiem w jego pierś, przewrócił na skarpę i dobił toporem w odsłoniętą szyję.

Drugi, niższy i szybki, trzymał kord w prawej dłoni oraz niewielką tarczę w lewej. Nie rzucił się na niego. Okrążał, szukając dogodnego kąta.

– Rzuć broń! – zawołał po niemiecku.

Wszebor odpowiedział w tym samym języku:

– Spróbuj mi ją odebrać.

Napastnik zmrużył oczy. Wszebor zobaczył na jego twarzy zdziwienie, ale nie na tyle duże, by człowiek zapomniał o walce.

Pierwszy atak nadszedł nisko, pod tarczę. Wszebor odsunął nogę i zbił ostrze obuchem topora. Drugi cios poszedł wysoko. Przeciwnik najwyraźniej chciał zmusić go do podniesienia tarczy, a następnie wbić kord pod żebra.

Nie był zły. Na otwartym polu mógłby sprawić kłopot niejednemu wojownikowi.

Wszebor pozwolił mu skrócić dystans, po czym chwycił krawędź niewielkiej tarczy i szarpnął z siłą, której tamten się nie spodziewał. Rzemienie nie wytrzymały. Tarcza wyrwała się z ręki razem z paskiem skóry. Wszebor uderzył toporem w odsłonięty bok hełmu.

Mężczyzna osunął się na ziemię bez słowa.

Wszebor nie czekał, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha. Zobaczył za nim ruch: rycerz w białym płaszczu wreszcie znalazł płytsze przejście i wprowadzał konia na wschodni brzeg.

Jechał prosto na Radosza.

– Zejdź z drogi! – wrzasnął Wszebor.

Radosz nie zdążyłby napiąć kuszy po raz trzeci. Rzucił ją za drzewo i sięgnął po krótki miecz. Wszebor zobaczył, że nie ma dość miejsca, by ominąć konia bez wejścia pod jego kopyta.

Zacisnął palce na toporze i pobiegł ku jeźdźcowi.

Zdążył uderzyć w bok końskiej uzdy, zanim rycerz całkiem wyjechał z wody. Nie celował w zwierzę. Chciał zmusić je do odwrócenia łba. Koń szarpnął się, potknął przednim kopytem i stanął bokiem do brzegu.

Rycerz ciął mieczem z góry. Wszebor uniósł tarczę. Ostrze ześlizgnęło się po żelaznym okuciu i trafiło go w ramię poniżej barku. Poczuł, jak krawędź rozcina warstwę materiału i naciska na kółka kolczugi. Zatrzymały ostrze, ale siła ciosu odbiła się bólem aż pod łopatkę.

Wszebor cofnął się dwa kroki. Rycerz wykorzystał ten moment, żeby zeskoczyć z siodła. Najwyraźniej zrozumiał, że na brzegu nie ma miejsca do bezpiecznego manewrowania koniem. Na ziemi trzymał miecz pewnie, rozkładając ciężar na szeroko ustawionych nogach.

– Poddaj się – powiedział po niemiecku. – Ludzi możesz zabrać. Broń zostawisz.

Wszebor obejrzał się na Radosza. Kusznik podnosił się zza olchy, z krwią na czole, ale żył. Przy pniu Bronisz walczył z ostatnimi pieszymi, usiłując nie dopuścić ich na drogę.

– Nie masz ich wszystkich – odparł Wszebor.

– A ty jesteś jeden.

– To się czasem zmienia.

Rycerz opuścił zasłonę twarzy. W lewej dłoni trzymał małą, stalową tarczę, w prawej miecz. Wszebor spojrzał na osłony jego ramion. Płyty zachodziły jedna na drugą, a pod nimi wystawały kółka kolczugi. Dobrze wykonana robota. Przy cięciu toporem trzeba było trafić w przerwę albo poświęcić znacznie więcej siły, niż warto było na tak niewygodny kąt.

Spróbował raz.

Ostrze uderzyło w naramiennik i ześlizgnęło się. Rycerz odparował następnym ruchem, wchodząc pod długi trzonek. Miecz zadrapał Wszebora w bok poniżej żeber, tam gdzie kolczuga uniosła się przy skręcie ciała.

Ból przeszedł przez brzuch jak rozgrzany gwóźdź.

Wszebor cofnął się. Poczuł ciepło krwi pod kaftanem. Nie była to głęboka rana, ale wystarczyła, żeby przypomnieć mu, iż dobry pancerz nie oznacza bezpieczeństwa.

Rycerz ruszył ponownie. Nie widział, że Wszebor odsuwa się ku własnemu siodłu. Wierzył, że spycha przeciwnika z drogi do ucieczki. Było to rozsądne przypuszczenie, dopóki nie zauważył młota.

Wszebor puścił topór przy siodle i chwycił nową broń.

– Co to jest? – zapytał rycerz.

– Chciałem właśnie sprawdzić.

Pierwszym zamachem nie mierzył w człowieka. Uderzył w wystający kamień obok jego buta. Głowica roztrzaskała krawędź i wyrzuciła w górę kilka ostrych odłamków. Rycerz odruchowo zasłonił twarz.

Wszebor przesunął nogę do przodu i uderzył ponownie.

Młot trafił płaską stroną w napierśnik, nieco z lewej. Rozległ się ciężki, metaliczny huk, inny niż szczęk mieczy. Stal zapadła się w miejscu uderzenia. Rycerz poleciał do tyłu, stracił równowagę i upadł na kamienie, z głową odrzuconą na bok.

Próbował usiąść. Wszebor widział, jak otwiera usta pod przyłbicą, ale oddech nie nadchodził. Mężczyzna szarpał ręką w stronę zapięć pancerza. Nie potrafił dosięgnąć właściwego rzemienia.

Wszebor podszedł ostrożnie. Rycerz sięgnął po miecz, lecz nie miał już siły go podnieść. Próbował zaczerpnąć powietrza jeszcze dwa razy. Potem ręka opadła na kamienie.

Wszebor poczuł ciężar młota na nadgarstku. Właśnie takiego skutku oczekiwał po zamówieniu. Nie znaczyło to, że widok był przyjemny.

– Mówiłem, że się przyda – rzucił do Radosza.

Kusznik patrzył na wgłębienie w napierśniku.

– To był człowiek, nie pusta beczka.

– Wiem.

– A uderzyłeś go, jakby był beczką.

– Powiedziałem, że wiem.

Przy pniu Bronisz wydał krótki, urwany okrzyk. Wszebor odwrócił się natychmiast.

Jasiek stał nad rannym przeciwnikiem, oburącz trzymając włócznię. Bronisz klęczał przy pniu i dociskał lewe przedramię do piersi. Z rękawa wypływała krew. Na ziemi leżał człowiek z mieczem, drugi cofał się ku wodzie, a trzeci już przedzierał się na zachodni brzeg.

Wszebor pobiegł między nimi a drogą wiodącą do uciekinierów.

– Dosyć! – krzyknął po niemiecku. – Rzućcie broń!

Człowiek nad wodą obejrzał się na niego i rzucił do biegu. Radosz podniósł kuszę, ale nie miał jeszcze nałożonego bełtu. Jasiek nie ścigał uciekającego. Został przy Broniszu, tak jak mu rozkazano.

Drugi napastnik klęknął, odłożył miecz i uniósł dłonie. Był młody, z ciemnymi włosami i jasną blizną na brodzie. Jego lewa noga drżała pod ciężarem ciała.

Wszebor wskazał mu miejsce obok pnia.

– Tam. Twarzą do ziemi.

Mężczyzna posłuchał.

Po drugiej stronie brodu rozległ się tętent. Dwóch ocalałych jeźdźców pędziło już ku lasowi. Nie zawracali po towarzyszy. Wszebor patrzył, aż zniknęli za drzewami.

Nie było sensu ich ścigać. Konie jego ludzi stały po wschodniej stronie, daleko od dogodnego przejazdu, a napastnicy mieli przewagę drogi. Pościg mógłby zamienić dzisiejszą obronę w kolejną zasadzkę, tym razem przygotowaną dla nich.

– Radosz – powiedział. – Sprawdź, czy ktoś nie został po zachodniej stronie. Ale nie wychodź w las.

– Wiem.

– Bronisz?

Starszy woj odjął dłoń od rękawa. Krew zdążyła przesiąknąć materiał.

– Grot wszedł pod łokciem. Chyba nie złamał kości.

Wszebor uklęknął przy nim. Rozciął rękaw, obejrzał ranę i kazał Jaśkowi przynieść czyste płótno z sakwy. Nie było go wiele. Trzeba było wykorzystać to, co mieli.

– Zaciskaj tutaj. I nie poruszaj ręką, póki ci jej nie opatrzymy.

– To moja ręka.

– Właśnie dlatego ci mówię.

Bronisz skrzywił się, kiedy Wszebor zacisnął opatrunek. Wytrzymał jednak bez kolejnego słowa.

– Widziałeś go? – zapytał po chwili.

– Kogo?

– Tego w białym płaszczu. Jak go uderzyłeś.

Wszebor zawiązał płótno.

– Widziałem.

– Myślałem, że pękł mu cały napierśnik.

– Tylko się wgniótł.

– To wystarczyło.

– Widzisz.

Bronisz spojrzał na młot leżący przy skarpie.

– Nie chciałbym się z tobą pokłócić przy piwie.

– Przy piwie używam kubka.

– To mi ulżyło.

Wszebor wstał i wziął broń. Ramię bolało od cięcia, a rana pod żebrami zaczynała piec coraz mocniej. Obejrzał kolczugę. Kilka kółek było przeciętych. Reszta wytrzymała. Dobrze zapłacone srebro.

Zanim ktokolwiek zdążył zapytać, co ma pod zakrwawionym kaftanem, opuścił pas i osłonił ranę płaszczem.Radosz wrócił po chwili, prowadząc za uzdę osiodłanego konia. Zwierzę miało ślady potu pod czaprakiem, ale nie wyglądało na ranne.

– Na zachodnim brzegu żywego nie znalazłem. Jeden uciekł pieszo, dwóch konno. Ten trafiony bełtem nie żyje.

– Trzeci koń?

– Zerwał wodze. Poszedł wzdłuż rzeki. Jeśli nie wróci do swoich, znajdzie go ktoś przed wieczorem.

– Nie będziemy po niego chodzić. Weź tego.

Radosz spojrzał na związanego jeńca.

– Co z nim?

– Porozmawiamy.

Jeniec siedział przy pniu, z rękami skrępowanymi za plecami. Kiedy Wszebor podszedł, podniósł głowę. Nie wyglądał na zakonnika. Miał na sobie prosty kaftan z płytkami żelaza, zwykłe buty i rozciętą dolną wargę.

– Jak ci na imię? – zapytał Wszebor po niemiecku.

– Konrad.

– Skąd jesteś?

– Z Torunia.

– Mówisz jak ktoś z daleka od Torunia.

– Ojciec przyjechał z zachodu.

Wszebor skinął głową. Nie zamierzał rozplątywać całego pochodzenia człowieka, który przed godziną próbował zabić jego ludzi.

– Ilu was wyszło z obozu?

– Tylu, ilu widziałeś.

– Nie pytam o ten patrol. Pytam, ilu jest za wami.

Konrad spojrzał na wodę.

Wszebor usiadł na pniu naprzeciwko niego. Nie wyciągnął noża. Nie musiał.

– Posłuchaj. Nie będę udawał, że cię puszczę tylko dlatego, że odpowiesz. Ale jeśli mam jutro spotkać dwudziestu kolejnych ludzi, wolę dowiedzieć się o tym teraz.

– Nie znam liczby. Jechaliśmy sprawdzić drogę. Potem mieliśmy wrócić przed zmrokiem.

– Kto dowodził?

Konrad spojrzał na ciało w białym płaszczu. Trzej ludzie z wozów właśnie zdejmowali z martwego rycerza miecz i pas. Robili to ostrożnie. Nawet po śmierci budził w nich strach.

– Brat Hartwig – powiedział w końcu jeniec.

– Dokąd miał wrócić?

– Na północ. Do pozostałych. Nie wiem, gdzie teraz stoją.

Mógł kłamać. Mógł też naprawdę nie wiedzieć. Wszebor nie widział sensu wybijania z niego odpowiedzi, której sam nie posiadał.

– Macie rozkaz brać jeńców?

– Jeśli nadają się do pracy.

– A reszta?

Konrad nie odpowiedział.

Wszebor przyglądał mu się dłużej. Młody. Może dwadzieścia kilka lat. Zęby całe, dłonie człowieka, który nosił broń, ale nie spędził całego życia przy pługu. Nie wyglądał na wielkiego wyznawcę jakiejkolwiek idei. Bardziej na kogoś, kto liczył na żołd i nowe buty.

– Widziałeś tych ludzi? – zapytał Wszebor, wskazując wschodni trakt.

– Tak.

– Kobiety, dzieci, wozy.

– Tak.

– Gdybyście ich dogonili, zabralibyście ziarno?

– Mieliśmy szukać zapasów.

– A dzieci?

Konrad poruszył skrępowanymi rękami.

– Nie ja wydaję rozkazy.

– Zauważyłem.

Wszebor wstał. Przez chwilę przypomniał sobie dziesiątki ludzi, którzy przez minione stulecia odpowiadali mu podobnie. Niektórzy byli szczerzy. Inni używali rozkazu jak tarczy, chociaż nic nie zmusiło ich do uderzenia bezbronnego człowieka.

– Bronisz – zawołał. – Poprowadzisz go na wschód. Jeśli spotkasz królewskich ludzi, oddasz im jeńca. Jeśli nie, dowieziesz do pierwszego grodu, gdzie trzymają straż. Nie chcę, żeby któryś z wozaków próbował go po drodze powiesić.

Bronisz spojrzał na własną rękę.

– Sam?

– Nie. Jasiek pojedzie z tobą. Ty masz tylko pilnować, żeby nie uciekł.

– A ty z Radoszem?

– Sprawdzimy drogę, zanim znowu ktoś przyjdzie nią z toporem.

Radosz przyjrzał się Wszeborowi. Spojrzenie zatrzymało się na poplamionym brzegu kaftana.

– Ranny jesteś.

– Byłem.

– Masz krew.

– Zdarza się podczas walki.

– Twoją.

– Jeszcze lepiej. Wiem, skąd się wzięła.

Kusznik westchnął.

– Pokaż.

– Po co?

– Żebyś nie zsiadł mi z konia martwy za pierwszym zakrętem.

Wszebor przytrzymał płaszcz przy boku. Rana już nie krwawiła tak mocno jak przed chwilą. Czuł jednak głęboki, znajomy ucisk. Ciało zaczynało robić swoje, zużywając siły, których wolałby teraz nie tracić.

– Nie umrę od tego – powiedział.

– Skąd wiesz?

– Jestem dość pewny.

Radosz nie wyglądał na przekonanego, ale nie naciskał. Znał już tyle, by wiedzieć, kiedy Wszebor nie zamierza się tłumaczyć.

Tego wieczoru nie pojechali daleko. Uciekinierów wyprowadzono na drogę ku bezpieczniejszym osadom, a Bronisz z Jaśkiem zabrali jeńca. Wszebor i Radosz zostali w opuszczonej chacie nad strumieniem, żeby sprawdzić, czy nie pojawi się kolejny oddział. Na dach narzucono świeże gałęzie, osłaniając miejsce, z którego nie było widać ognia.

Radosz rozpalił małe palenisko w jamie za domem. Ugotował kaszę z resztką suszonego mięsa. Wszebor zjadł swoją porcję, potem drugą i część tej, którą kusznik odłożył na poranek.

– Jeśli jeszcze raz powiesz, że jesteś tylko głodny, przestanę ci wierzyć – powiedział Radosz.

– Nie prosiłem, żebyś wierzył.

– Mogłeś chociaż zostawić chleb.

Wszebor wyjął z sakwy ostatni kawałek i rzucił mu przez ogień.

– Masz.

– To mój chleb.

– Właśnie. Oddaję.

Radosz pokręcił głową, ale schował go do sakwy.

Wszebor położył się pod ścianą. Bok pulsował boleśnie, lecz skóra pod prowizorycznym opatrunkiem już się ściągała. Do rana rana powinna się zamknąć na tyle, by mógł jechać. Musiał tylko pamiętać, żeby przy Radoszu nie poruszać się zbyt swobodnie.

Przy pasie leżał młot. Nowe stylisko pachniało jeszcze warsztatem kowala. Kiedy Wszebor przymykał oczy, przypomniał sobie wgłębienie w napierśniku martwego rycerza. Chciał właśnie takiej broni. A jednak nie był pewien, czy za każdym razem zdoła powstrzymać rękę przed uderzeniem z całą siłą.

Zasnął, zanim znalazł odpowiedź.

* * *

We śnie siedział przy ognisku, choć drewno się nie paliło.

Było suche, popękane i czarne od starego dymu. Nad nim nie unosiło się ciepło. Świat wokół pozostawał nieruchomy. Wszebor widział ciemny las, ale nie słyszał ani wiatru, ani ptaków.

Po drugiej stronie ogniska siedział chłopiec. Miał bose stopy, jasną tunikę i twarz, którą Wszebor znał z dawnych snów. Chwilę później był starym mężczyzną. Potem kobietą w średnim wieku.

– Znowu? – zapytał Wszebor.

– Dawno nie rozmawialiśmy.

– Dla ciebie może.

Istota uśmiechnęła się jednymi ustami, choć jej oczy zmieniały się razem z twarzą.

Wszebor nie próbował już zgadywać, którego z bogów ma przed sobą. Przez stulecia widywali się we śnie tyle razy, że zdążył poznać niektóre z jego zwyczajów. Nigdy jednak nie dowiedział się, czy mówi z kimś jednym, czy z wieloma głosami, które tylko korzystają z tego samego miejsca.

– Nowa broń – powiedziała istota.

– Zauważyłeś.

– Zadowolony jesteś?

– Dobra robota. Drewno wytrzymało.

– Nie pytam o drewno.

Wszebor oparł łokcie na kolanach. Miał ochotę zapytać, skąd istota wie o młocie, ale przestał zadawać takie pytania wiele lat wcześniej. Zawsze kończyły się podobnie: bóg pytał o coś innego, a on wracał do życia bez odpowiedzi.

– Tamten człowiek miał dobrą zbroję – powiedział w końcu. – Gdybym użył topora, musiałbym długo szukać miejsca na cios.

– A młotem nie musiałeś.

– Nie.

– Więc czego się czepiasz?

Wszebor podniósł wzrok. Twarz po drugiej stronie ogniska była teraz twarzą młodego mężczyzny o ciemnych włosach. Nie przypominała nikogo, kogo chciałby teraz wspominać.

– Nie czepiam się. Tylko nie wiem, ile mogę włożyć w uderzenie, zanim rozbiję człowieka na kawałki.

– Dzisiaj się dowiedziałeś.

– Dzisiaj nie użyłem wszystkiego.

Istota milczała.

Wszebor spojrzał na własne dłonie. We śnie nie miał na nich krwi, choć pod paznokciami widział zaschnięte błoto z przeprawy.

– Mógłbym nosić słabszy młot – powiedział.

– Mógłbyś.

– Ale ten jest lepszy przeciw pancerzom.

– Też prawda.

– To po co przyszedłeś, jeśli zamierzasz tylko powtarzać po mnie?

Bóg roześmiał się głosem starej kobiety.

– Bo dzisiaj pierwszy raz od dawna zobaczyłeś, że potrafisz wystraszyć także siebie.

Wszebor chciał zaprzeczyć. Nie zrobił tego. Nie miał ochoty dawać istocie kolejnej okazji do śmiechu.

– Dałeś mi siłę. Mogłeś powiedzieć, gdzie się kończy.

– Pytałeś o życie. Nie o dokładną wagę żelaza, które kiedyś będziesz podnosił.

– Od tamtego czasu pytałem o wiele rzeczy.

– I na niektóre odpowiedziałem.

– Na zbyt mało.

Twarz po drugiej stronie ogniska znów się zmieniła. Istota spojrzała na niego uważnie, lecz nie odpowiedziała. Wszebor znał już tę ciszę. Nie oznaczała zgody ani odmowy. Zwykle po prostu kończyła rozmowę.

– Jeszcze jedno – powiedział szybko. – Ci ludzie przy brodzie. Było ich czterech przeciwko dziesięciu. Mogłeś pomóc mi trochę wcześniej.

– Pomogłem ci dawno temu.

– Im nie.

– Nie obiecywałem im niczego.

Wszebor zacisnął dłonie. Wiedział, że nie uzyska innej odpowiedzi. Pomyślał o Broniszu z zakrwawioną ręką, o Jaśku, który po raz pierwszy został sam naprzeciw dobrze uzbrojonych ludzi, i o Radoszu, szukającym kuszy pośród końskich kopyt.

– Dobrze – powiedział. – To następnym razem postaram się nie czekać na ciebie.

– Zwykle tak robisz.

Zamiast ogniska pojawiła się ciemność.

Wszebor obudził się z dłonią zaciśniętą na drewnie ławy.

* * *

Było jeszcze przed świtem. Radosz spał przy drzwiach, owinięty płaszczem, z kuszą pod ręką. Z zewnątrz dochodził cichy szum strumienia i pojedyncze parsknięcie konia.

Wszebor usiadł ostrożnie. Podniósł kaftan. Rana pod żebrami była już zamknięta. Został czerwony ślad, sztywny i bolesny przy głębszym oddechu. Kolczuga nadal nosiła rozcięcie, którego nie dało się ukryć równie łatwo.

– Znowu rozmawiałeś? – mruknął Radosz, nie otwierając oczu.

Wszebor znieruchomiał.

– Z kim?

– Przez sen. Coś gadałeś.

– Zdarza się.

– Z kim?

– Nie pamiętam.

Radosz obrócił się na bok.

– To dobrze. Bo gadałeś niegrzecznie.

Wszebor wstał, przypiął topór i podniósł młot. Przez chwilę ważył oba w dłoniach. Stare żeleźce znał lepiej od większości ludzi, których spotkał w życiu. Nowe było cięższe i jeszcze obce, lecz wczoraj okazało się przydatne.

Odłożył młot do siodła, topór zostawił bliżej ręki.

– Ruszamy, kiedy się rozwidni – powiedział.

Radosz otworzył jedno oko.

– Dokąd?

– Na wschód. Trzeba dowiedzieć się, ilu ich naprawdę jest i kto pilnuje dróg. Jak mają tu wrócić z większym oddziałem, wolę nie czekać przy tej samej olsze.

– A potem?

Wszebor spojrzał na jasną smugę nad wschodnim lasem.

– Potem znajdziemy ludzi, którzy również chcą ich zatrzymać.

Radosz usiadł, sięgając po buty.

– Królewskich?

– Najlepiej takich, którzy płacą.

– Czyli nic się nie zmieniło.

Wszebor przypiął tarczę do siodła.

– Wojna się zmieniła. Srebro nadal jest srebrem.

Wyszli z chaty. Nad brodem unosiła się lekka mgła, w której wczorajsze ślady kopyt wyglądały jak ciemne plamy. Na zachodnim brzegu ktoś już odnalazł porzucone konie. Z daleka było słychać głosy ludzi.

Wszebor nie próbował ustalić, do kogo należą. Nie zamierzał wracać do miejsca walki po to, żeby po raz drugi udowadniać coś, co wczoraj ustalono dostatecznie wyraźnie.

Dosiadł konia i ruszył za Radoszem na wschodni trakt.

ROZDZIAŁ II

CZARNY KRZYŻ

Radosz obejrzał się po raz trzeci, zanim minęli pierwszy zagajnik.

– Zostaw to – powiedział Wszebor.

– Co?

– Patrzenie, czy spadnę z konia. Jeśli spadnę, usłyszysz.

– Wczoraj miałeś przecięty bok.

– Dzisiaj mam go zasłoniętego.

– To nie to samo.

Wszebor nie odpowiedział. Poranny chłód dobrze robił na głowę, gorzej na żebra. Rana pod kolczugą była już zamknięta, ale przy każdym mocniejszym ruchu odzywało się tępe ciągnięcie. Opatrunek pozostawił na miejscu. Gdyby Radosz zobaczył pod nim prawie zdrową skórę, zacząłby pytać, a przy dobrym śniadaniu potrafił pytać dłużej niż niejeden duchowny.

Droga wiodła pomiędzy mokrymi łąkami. Po nocnym deszczu kopyta zostawiały w glinie głębokie ślady. Wszebor jechał wolno, raz po raz spoglądając na wyższe skraje pól. Nad jedną z odległych osad unosił się dym, ciemniejszy od zwykłego dymu z palenisk. Nie wyglądało na świeży pożar. Wiatr roznosił już popiół.

– Myślisz, że tamci wrócą? – zapytał Radosz.

– Ci spod brodu nie.

– Ich towarzysze.

– Jeśli brat Hartwig miał przełożonego, ktoś się zainteresuje, dlaczego nie wrócił.

– Każdy ma przełożonego.

– Nie każdy go lubi.

Radosz spojrzał na niego z ukosa.

– Ty swoich też nie lubiłeś?

– Zależało od człowieka. I od dnia.

– A teraz?

– Teraz mam ciebie.

– Nie jestem twoim przełożonym.

– Właśnie dlatego jeszcze się nie pokłóciliśmy.

Na rozwidleniu Wszebor zatrzymał konia. Wąska odnoga prowadziła ku samotnej zagrodzie, główny trakt skręcał nieco na południe. W błocie widać było świeże koleiny dwóch wozów. Między nimi odcisnęły się końskie podkowy, nieco szersze niż u zwierząt ciągnących chłopskie zaprzęgi.

Wszebor zsiadł i przyjrzał się śladom. Jeden koń szedł nierówno, obciążając bardziej lewą stronę. Na skraju koleiny ktoś zgubił kawałek skórzanego rzemienia z mosiężną sprzączką. Podniósł go i obrócił w palcach.

– Kupieckie? – zapytał Radosz.

– Zbrojni jechali z wozami. Nie wiem, czy ich pilnowali, czy im je zabrali.

– Możemy pojechać za nimi.

– Możemy też pojechać w przeciwną stronę i żyć spokojniej.

Radosz nie odpowiedział od razu.

– Ale pojedziemy za nimi.

– Na razie popatrzymy.

Od strony zagrody dobiegł krzyk dziecka. Potem kobiecy głos, ostry, urwany. Obaj jednocześnie spojrzeli w tamtą stronę.

– Mówiłeś, że będzie spokojniej – mruknął Radosz.

– W drugą stronę.

Ruszyli odnogą. Wszebor nie popędzał konia. Przed wejściem do zagrody zobaczył dwóch mężczyzn szarpiących płótno na wozie. Pierwszy miał krótki miecz, drugi toporek do drewna. Obaj nosili połatane kaftany, żaden nie miał hełmu. Przy płocie stała kobieta z dzieckiem na rękach, a obok niej leżała przewrócona beczka. Dwóch chłopców ukrywało się za studnią.

Mężczyzna z mieczem podniósł głowę.

– Droga zajęta. Jedźcie dalej.

– Czyja? – zapytał Wszebor.

– Nasza.

– Kiedy ją kupiliście?

Drugi napastnik puścił płótno. Spod niego wysunęła się skrzynia, a z niej rozsypały się zwinięte pasy sukna.

– Nie twoja sprawa – warknął.

Wszebor spojrzał na kobietę. Miała rozcięty łuk brwiowy, ale stała pewnie. Dziecko przyciskało twarz do jej ramienia. Przy płocie leżała długa żerdź, prawdopodobnie wyłamana z ogrodzenia.

– To twój wóz? – zapytał ją.

Skinęła głową.

– A tamci?

– Nie znam.

Mężczyzna z mieczem ruszył dwa kroki naprzód.

– Zejdź z konia, to porozmawiamy.