Centurion - Jasper Everhar - ebook

Centurion ebook

Jasper Everhar

5,0

Opis

Rzym nauczył ich, że dyscyplina zwycięża strach.

 

Brytania miała być kolejną prowincją podporządkowaną prawu imperium. Zamiast tego stała się miejscem, w którym płonęły miasta, ginęły tysiące ludzi, a legiony po raz pierwszy musiały zastanowić się, czy w ogóle zdołają przetrwać.

 

Centurion Titus Valerius Varro dowodzi ludźmi XIV Legionu Gemina. Ma dwadzieścia osiem lat, doświadczenie, którego wciąż uważa za niewystarczające, i stanowisko, na które – jak dobrze wie – pomogło mu wejść nazwisko ojca.

 

Gdy Boudika rozpoczyna powstanie, Varro zostaje wciągnięty w wojnę, w której nie każdą bitwę można wygrać mieczem. Czasem trzeba opuścić miasto. Zostawić ludzi. Pozwolić rannemu leżeć kilka kroków dalej, ponieważ centuria potrzebuje dowódcy bardziej niż kolejnego wojownika.

 

A gdy wreszcie przyjdzie czas decydującego starcia, Rzym zwycięży tylko wtedy, jeśli jego żołnierze utrzymają szyk dłużej niż przeciwnik zachowa odwagę.

 

A co najważniejsze, centurion odpowiada nie tylko za zwycięstwo.

 

Odpowiada za każdego człowieka, który nie wróci do szeregu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 260

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kuban2002

Nie oderwiesz się od lektury

Jako wierny fan autora polecam. Historia wciąga, pokazuje wojnę taką, jaka jest, i pokazuje rzymską armię od środka.
00



Rozdział I

Viroconium

Dźwięk trąbki sygnałowej przeszedł nad obozem jeszcze przed świtem.

Titus Valerius Varro nie spał.

Siedział na skrzyni przy ścianie swojej kwatery i zapinał sprzączkę prawego nagolennika. W niewielkim pomieszczeniu pachniało oliwą, mokrym drewnem i żelazem. Nocny deszcz przeszedł nad Viroconium krótko przed trzecią strażą i teraz woda spływała z okapu jednostajnym kapaniem. Gdzieś za ścianą ktoś zaklął, przewrócił stołek, a chwilę później rozległ się chrapliwy śmiech.

Obóz budził się zawsze tak samo: najpierw sygnał, potem przekleństwa.

Varro pociągnął za rzemień, sprawdził zapięcie i wyprostował nogę. Miał dwadzieścia siedem lat i sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, co sprawiało, że wśród większości legionistów górował nad szeregiem o pół głowy albo więcej. Nie był jednak zbudowany jak zapaśnik. Szerokie barki i mocne plecy zawdzięczał marszom, ćwiczeniom z tarczą i latom noszenia kolczugi, nie tłuszczowi ani przesadnej muskulaturze. Długie ramiona pomagały mu w walce, choć przy źle dobranej kolczuga potrafiły zamienić każdy dłuższy marsz w godzinę tarcia metalu o skórę.

Jego kolczuga leżała na ławie. Dobra robota, kosztowniejsza niż pancerze większości ludzi z jego centurii. Żelazne kółka były ciemne od oliwy, na lewym boku widać było miejsce naprawy po cięciu sprzed dwóch lat. Varro nie kazał go maskować. Uszkodzenie nie osłabiało pancerza, a srebrzenie żelaza po to, żeby żołnierze myśleli, że ich centurion nigdy nie dostał ostrzem, uważał za rzecz godną aktora.

Wstał i narzucił kolczugę przez głowę. Metal opadł mu na ramiona ciężarem, do którego ciało dawno przywykło. Dopiął pas. Miecz zawiesił po lewej stronie, sztylet po prawej. Laskę z winorośli, oznakę urzędu centuriona, wziął dopiero przy wyjściu.

Hełm pozostawił na stole.

Na zwykły poranny przegląd nie potrzebował poprzecznego grzebienia, żeby ludzie wiedzieli, kim jest.

Kiedy otworzył drzwi, wilgotne zimno uderzyło go w twarz.

Viroconium leżało na wyniesieniu ponad rzeką Sabrina, którą miejscowi nazywali inaczej, a Rzymianie zwykle po prostu przeklinali, gdy jesienne deszcze podnosiły wodę. Na północ od obozu płynął strumień dostarczający wodę ludziom i zwierzętom. Sam fort nie przypominał miasta, którym mógł kiedyś zostać. Był przede wszystkim narzędziem wojny: wałem, rowem, bramami, długimi rzędami drewnianych baraków, magazynami, warsztatami, szpitalem obozowym, budynkiem dowództwa i placami, na których człowiek uczył się przez miesiące robić tę samą rzecz, aby w dzień bitwy wykonać ją bez myślenia.

Za wałami rozrastała się osada przy obozie. Tam sprzedawano wino, naprawiano sandały, wynajmowano łóżka, oszukiwano legionistów w kości i obiecywano im miłość do następnej wypłaty. Varro znał to miejsce lepiej, niż przyznawał przed starszymi oficerami. Jego ludzie znali je jeszcze lepiej.

Wyszedł na drogę między barakami. Błoto przyklejało się do sandałów. Między barakami przesuwali się już żołnierze: jedni z tarczami, inni z wiadrami, ktoś prowadził muła, który najwyraźniej miał własne zdanie o początku dnia. Z warsztatu dobiegało pierwsze uderzenie młota.

– Za wcześnie – mruknął ktoś zza Varra.

Centurion nie musiał się odwracać.

– Dla ciebie każda godzina przed południem jest za wczesna, Celsusie.

Celsus stanął obok niego. Zastępca centuriona miał czterdzieści dwa lata, szeroką, mocno pobrużdżoną twarz i włosy tak krótko przystrzyżone, że siwizna była widoczna głównie na skroniach. Służył w armii dwadzieścia jeden lat. Na policzku nosił jasną bliznę po włóczni, której ostrze weszło kiedyś pod hełm i zatrzymało się na kości.

Był niższy od Varra prawie o głowę.

Nigdy nie sprawiał wrażenia mniejszego.

– Nie każda – odpowiedział. – W dni wypłaty wstaję chętnie.

Varro spojrzał w stronę baraków.

– Ilu?

– Siedemdziesięciu sześciu do przeglądu. Jeden nadal leży z gorączką w szpitalu obozowym. Drugi ma rozciętą stopę. Dwóch wykonuje przydzielone obowiązki poza barakiem.

– Ten z rozciętą stopą stanie do przeglądu.

– Nie przejdzie pięciu mil.

– Nie kazałem mu maszerować. Kazałem stanąć.

Celsus przyjrzał mu się krótko.

– Tak jest.

Nie było w tym ironii. U Celsusa ironia brzmiała inaczej.

Przeszli między barakami. Przed frontem centurii czekał już Rufus, chorąży. Trzymał znak centurii pionowo, mimo że na mokrym gruncie dolne okucie ślizgało się przy każdym ruchu. Był krępy, ciemnowłosy, miał trzydzieści cztery lata i przyjemną twarz człowieka, któremu obcy chętnie powierzali pieniądze, zanim odkrywali, że byłby równie dobrym lichwiarzem jak żołnierzem.

Jako chorąży odpowiadał nie tylko za znak. W jego rękach przechodziła też część pieniędzy centurii, potrącenia i depozyty — sprawy, o które ludzie potrafili bić się chętniej niż o honor Rzymu.

– Centurionie – przywitał Varra.

– Rufus.

– Mam dobrą wiadomość.

– Zatem zachowaj ją na później. Najpierw złą.

Chorąży uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

– Dwóch naszych pobiło się wczoraj w osadzie przy obozie.

– Wiem.

Rufus przestał się uśmiechać.

Celsus westchnął.

– Widzisz? – powiedział Celsus. – Dlatego nie należy robić rzeczy głupich tam, gdzie połowa kobiet zna połowę centurionów.

– To jaka jest dobra wiadomość? – zapytał Varro.

– Obaj nadal mają czym gryźć. Prawie.

Varro ruszył dalej.

– Ustaw ich.

Żołnierze wychodzili z baraków i zajmowali miejsca w swoich ośmioosobowych drużynach. Ośmiu ludzi, jeden namiot podczas marszu, jeden muł do części wspólnego wyposażenia, jeden kocioł i wystarczająco dużo czasu spędzonego razem, by wiedzieć o sobie rzeczy, których nie znały ich własne rodziny. W szeregu stawali jednak jako legioniści XIV Gemina, nie jako ludzie dzielący koc, garnek i długi.

Varro szedł przed nimi bez pośpiechu.

Nie potrzebował krzyczeć, żeby zapadła cisza.

Miał tę przewagę, której nie dawał stopień: był łatwy do zauważenia. Gdy stawał przed centurią, wysoki, wyprostowany, w sięgającej niemal do połowy uda kolczudze, trudno było patrzeć gdzie indziej. Twarz miał pociągłą, nos lekko skrzywiony po uderzeniu rękojeścią miecza w pierwszym roku pobytu w Brytanii, a nad prawą brwią cienką bliznę. Ciemnobrązowe włosy nosił krótko. Golił się regularnie i nie cierpiał zarostu, który po kilku dniach sprawiał, że wyglądał młodziej, nie starzej.

To ostatnie drażniło go bardziej, niż powinno.

Zatrzymał się przed pierwszym szeregiem.

– Tarcze.

Ludzie unieśli tarcze.

Varro nie oglądał ich jak człowiek podziwiający broń. Patrzył na krawędzie, uchwyty, pęknięcia w drewnie, poluzowane okucia. Zatrzymał się przy jednym z legionistów i stuknął laską w dolną krawędź tarczy.

– Kiedy?

– Wczoraj, centurionie.

– Co wczoraj?

– Pękła.

– Widzę. Pytałem, kiedy zamierzałeś ją zgłosić.

Legionista milczał.

Varro spojrzał na niego.

– Po bitwie?

Kilku ludzi parsknęło śmiechem. Umilkli natychmiast, gdy Celsus odwrócił głowę.

– Do warsztatu po przeglądzie – powiedział Varro. – Nowe okucie. Jeśli nie zdążą, bierzesz zapasową z magazynu. Następnym razem zgłaszasz uszkodzenie wtedy, kiedy je zauważysz, nie wtedy, kiedy ja je zauważę.

– Tak jest.

Varro przeszedł dalej.

Przy trzeciej drużynie stał Scaeva. Trzydzieści jeden lat, twarz bez jednego miękkiego rysu, przedramiona grube od lat pracy mieczem i kilofem. Był jednym z tych żołnierzy, których każdy centurion chciał mieć w pierwszej linii i których żaden rozsądny centurion nie zostawiał samych z jeńcami.

Pancerz miał zadbany. Tarcza naprawione. Miecz właściwie podwieszony.

Varro minął go bez słowa.

Scaeva przyjął to jak pochwałę.

Dalej stał Naso.

Dziewiętnaście lat. W legionie niecały rok. Jasne włosy, zbyt gładka twarz i ten szczególny sposób stania na baczność, po którym każdy doświadczony żołnierz poznawał rekruta: za dużo wysiłku wkładanego w to, żeby wyglądać na człowieka, który się nie stara.

Varro spojrzał na jego sandały.

– Pokaż prawą stopę.

Naso zesztywniał.

– Centurionie?

– Wiesz, która jest prawa?

– Tak jest.

– Dobrze. To pokaż.

Młody legionista wystawił nogę.

Rzemień sandała był przewiązany dodatkowym kawałkiem skóry.

– Zerwał się wczoraj – powiedział Naso.

– Dlaczego nie wymieniłeś?

– Trzyma.

Varro popatrzył na niego dłuższą chwilę.

– Mur też trzyma, dopóki się nie zawali. Po przeglądzie idziesz do szewca. Jeśli jutro ruszymy i ten rzemień puści na dwudziestej mili, nie będę zatrzymywał centurii, żebyś mógł szukać go w błocie.

– Tak jest.

– I przestań stać tak sztywno. Nie jesteś posągiem Augusta.

W szeregu znów poruszył się śmiech. Tym razem Varro go nie ucinał.

Naso zaczerwienił się, ale opuścił barki o palec.

Varro poszedł dalej.

Nie znał jeszcze wszystkich ludzi tak dobrze, jak chciał. Siedemdziesiąt kilka twarzy nie było problemem. Problemem było pamiętać, kto ma chore kolano, kto pije po żołdzie, kto potrafi naprawić uprząż, który człowiek nie widzi dobrze po zmroku, a który zaczyna gadać bez przerwy, gdy się boi. Ojciec powtarzał mu kiedyś, że centurion, który zna tylko nazwiska, dowodzi tabliczką w kancelarii.

Wtedy Varro miał czternaście lat i uważał, że brzmi to bardzo mądrze.

Teraz wiedział, że przede wszystkim oznaczało dużo pracy.

Na końcu szeregu stali dwaj sprawcy nocnej bójki.

Jeden miał rozciętą wargę, drugi spuchnięte lewe oko. Obaj patrzyli przed siebie z nabożną uwagą ludzi, którzy właśnie odkryli, że deski ściany magazynu są najbardziej fascynującym widokiem w całej Brytanii.

Varro stanął przed nimi.

– Który zaczął?

– On – powiedzieli jednocześnie.

Celsus odchrząknął.

Varro oparł obie dłonie na laskę.

– To upraszcza sprawę. Skoro obaj jesteście zgodni, że winny stoi obok, ukażę obu.

Ten z rozciętą wargą otworzył usta.

– Centurionie, to było o...

– Nie pytałem, o co.

– Ale...

– Jeśli powiesz mi, że o kobietę, będę miał o was gorsze zdanie. Jeśli o pieniądze, uznam was za głupców. Jeśli o honor, każę wam zdefiniować to słowo przed całą centurią. Chcesz próbować?

Żołnierz zamknął usta.

Drugi patrzył w ziemię.

Varro odczekał.

– Piliście na służbie?

– Nie – odpowiedział jeden z nich.

– Wyszliśmy po zmianie warty – dodał drugi.

– Broń?

– Zostawiliśmy w baraku.

To akurat świadczyło, że resztka rozsądku nie opuściła ich całkowicie.

Varro spojrzał na Rufusa.

– Szkody?

Chorąży wyciągnął z torby małą woskową tabliczkę.

– Dzban, ława i drzwi. Właściciel twierdzi, że drzwi były z najlepszego dębu w Brytanii.

Celsus prychnął.

– Wczoraj były z olchy.

– Dziś podrożały.

Varro wyciągnął rękę. Rufus podał mu tabliczkę. Centurion przeczytał zapis i oddał ją bez komentarza.

– Zapłacicie po połowie za drzwi i ławę. Za dzban nie.

Jeden z nich uniósł brwi.

– Centurionie?

– Właściciel doliczył trzy razy więcej, niż jest wart. Jeśli chce skargi, niech przyjdzie do mnie. Przez sześć dni po wieczornym posiłku obaj meldujecie się u podoficera odpowiedzialnego za warty. Rów, latryny, cokolwiek znajdzie. Jeśli nie znajdzie pracy, Celsus ją wymyśli.

Zastępca centuriona skinął z powagą.

– Mam talent.

– I po cztery uderzenia.

Twarze obu żołnierzy stężały.

Varro nie podał laskę Celsusowi.

Nie lubił wymierzać kar. To nie miało znaczenia. Centurion, który karał tylko wtedy, kiedy czerpał z tego przyjemność, był sadystą. Centurion, który nie karał dlatego, że nie lubił sprawiać bólu, szybko przestawał dowodzić.

Pierwszy wystąpił bez słowa.

Cztery uderzenia były mocne. Nie teatralne, nie wymierzone w twarz ani głowę. Po prostu cztery razy winorośl przecięła powietrze i uderzyła w plecy przez tunikę.

Nie wydał dźwięku.

Drugi zaklął po drugim uderzeniu.

Varro skończył na czwartym.

– Do szeregu.

Obaj wrócili na miejsce.

Centurion odwrócił się do pozostałych.

– Nie interesuje mnie, czy się lubicie. Nie interesuje mnie również, z kim śpicie i komu jesteście winni pieniądze, dopóki nie zaczyna to wpływać na służbę. Kiedy stoicie w szeregu, człowiek obok ma być dla was ważniejszy niż uraza z wczorajszego wieczoru. Jeśli tego nie rozumiecie, zrozumiecie na marszu. Jeśli nie zrozumiecie na marszu, wróg wyjaśni wam to lepiej ode mnie.

Urwał.

– Tarcze w dół. Do ćwiczeń.

Tyle.

Nie lubił przemówień. Człowiek, który codziennie powtarzał żołnierzom, że są odważni, zwykle próbował przekonać przede wszystkim siebie.

Plac ćwiczeń leżał przy wewnętrznej stronie wału. Kiedy centuria wyszła spomiędzy baraków, niebo na wschodzie zaczynało szarzeć. Mokra ziemia uginała się pod sandałami. Z rowu poza wałem unosił się zapach nasiąkniętej gliny.

Rufus ustawił znak centurii z boku. Jeden z podoficerów rozdał cięższe tarcze treningowe. Varro obserwował, jak ludzie ustawiają się parami.

– Naso.

Rekrut podszedł.

– Centurionie.

Varro podał mu drewniany miecz.

– Scaeva.

Weteran wystąpił z szeregu. Kiedy zobaczył, z kim ma ćwiczyć, w kąciku jego ust pojawił się cień uśmiechu.

– Bez łamania kości – powiedział Varro.

Scaeva przestał się uśmiechać.

– Jego czy moich?

– Swoich możesz próbować.

Kilku ludzi roześmiało się głośniej.

Naso spojrzał na Varra z miną człowieka, który nie był pewien, czy centurion właśnie mu pomógł.

– Tarcza wyżej – polecił Varro.

Naso uniósł ciężkie tarczę.

– Wyżej.

Jeszcze kilka cali.

– Teraz przestań myśleć o mieczu.

– O czym mam myśleć?

– O tym, żeby Scaeva cię nie zabił.

Weteran ruszył.

Uderzył tarczą, nie mieczem. Naso cofnął się o krok. Scaeva uderzył ponownie. Młody żołnierz stracił równowagę, lecz utrzymał się na nogach.

– Nie cofaj stopy w bok – powiedział Varro. – Otwierasz sąsiada.

Trzecie uderzenie.

Naso odpowiedział pchnięciem. Za szerokim.

Scaeva odbił je tarczą i stuknął go drewnianym mieczem w bok hełmu.

– Martwy – oznajmił.

– Nie – powiedział Varro. – Ogłuszony. Masz za mało siły.

Tym razem śmiali się wszyscy, łącznie z Naso.

Scaeva popatrzył na centuriona.

– Mogę poprawić.

– Nie wątpię.

Varro zabrał Nasowi miecz.

– Patrz.

Sam stanął naprzeciw Scaevy.

Nie zdjął kolczugi. Wziął ciężką tarczę treningową, która ważyła więcej od tarczy bojowej, i przyjął pozycję.

Scaeva spoważniał.

Między nimi nie było już żartu.

– Gotów? – zapytał Varro.

Weteran skinął głową.

Pierwsze uderzenie poszło w tarczę.

Varro przyjął je na lekko ugiętym łokciu, nie cofnął stopy. Zamiast od razu odpowiadać mieczem, nacisnął krawędzią tarczę na tarczy Scaevy, zmusił go do ustawienia barku pod niewygodnym kątem i dopiero wtedy krótkim ruchem pchnął drewnianym ostrzem pod żebra.

Scaeva zdążył się skręcić.

Ostrze prześlizgnęło się po jego boku.

Weteran uderzył barkiem.

Varro odsunął się pół kroku. Za dużo. Scaeva wszedł za nim.

Drewniany miecz stuknął centuriona w prawe ramię.

– Ranny – powiedział Scaeva.

Varro odpowiedział natychmiast pchnięciem w brzuch.

Zatrzymał ostrze o szerokość palca przed tuniką weterana.

– Martwy.

Scaeva spojrzał w dół.

– Ale ty ranny.

– W bitwie zgłoszę skargę.

Ludzie znów się roześmiali.

Varro oddał miecz Nasowi.

– Widziałeś?

– Tak.

– Co?

Naso zawahał się.

– Że Scaeva cię trafił.

Cisza trwała może pół oddechu.

Potem Celsus parsknął tak głośno, że kilku ludzi musiało opuścić tarcze.

Varro patrzył na rekruta.

Naso pobladł.

– To również – powiedział w końcu centurion. – Jeszcze?

– Nie cofałeś nogi na bok.

– Właśnie. W szeregu walczysz nie tylko o własne miejsce. Gdy odchodzisz w bok, otwierasz człowieka obok. Nie potrzebuję bohaterów, którzy przeżyją pięć kroków przed linią. Potrzebuję ludzi, którzy utrzymają jeden krok tam, gdzie ich postawię.

Oddał tarczę podoficerowi.

– Jeszcze raz.

Ćwiczenia trwały do czasu, gdy słońce uniosło się nad wałem na tyle, by mokre drewno baraków zaczęło parować. Varro krążył między parami. Poprawiał ustawienie stóp, wysokość tarczy, zbyt szerokie zamachy. Laska centuriona służyła mu częściej do wskazywania błędów niż do bicia. Raz stuknął nią legionistę w kostkę, kiedy ten po raz trzeci ustawił stopę w sposób, który w ciasnym szyku skończyłby się upadkiem.

– Jeśli chcesz się przewrócić, zrób to teraz – powiedział. – Wróg nie będzie miał tyle cierpliwości co ja.

Celsus prowadził drugą połowę placu.

Varro zauważył, że zastępca centuriona prawie nie poprawiał ruchów miecza. Patrzył na oddech ludzi. Na barki. Na to, kto zaczyna opuszczać tarczę ze zmęczenia.

Po godzinie podszedł do Varra.

– Jeden z ukaranych oszczędza lewą stronę.

– Po karze?

– Nie. Przed karą też. Pewnie żebro.

Varro spojrzał w stronę szeregu. Rzeczywiście, żołnierz obracał się przy każdym uderzeniu minimalnie w prawo.

– Dlaczego nic nie zgłosił?

– Bo jest głupi.

– To nie choroba, którą przyjmuje się w szpitalu obozowym.

– Niestety.

Varro przywołał go ruchem dłoni.

– Zdejmij tunikę.

Żołnierz zamarł.

– Teraz?

– Nie. Po zimie. Zdejmij.

Pod materiałem, na lewym boku, rozlewał się stary, żółknący siniak.

Varro dotknął miejsca dwoma palcami. Żołnierz syknął.

– Kiedy?

– Trzy dni temu.

– W osadzie przy obozie?

– Nie.

– Oczywiście. Tam chodzisz wyłącznie po modlitwę.

Celsus spojrzał w bok.

– Przy wozach – przyznał żołnierz. – Muł kopnął drąg. Drąg trafił mnie.

– I uznałeś, że najlepiej będzie nic nie mówić, a później jeszcze wdawać się w bójkę.

– To ja wygrałem tę bójkę.

Varro uniósł brwi.

– Czuję się uspokojony. Do lekarza po ćwiczeniach. Jeśli masz pęknięte żebro, nie maszerujesz.

– Centurionie, mogę iść.

Varro spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie pytałem, czy możesz cierpieć. Pytam, czy będziesz użyteczny. To różnica.

Żołnierz zacisnął szczękę.

– Tak jest.

– Ubierz się.

Kiedy odszedł, Celsus oparł dłonie na pasie.

– Cztery uderzenia w pęknięte żebro.

Varro popatrzył na niego.

– Chcesz powiedzieć, że powinienem był zapytać wcześniej?

– Nie. Chcę powiedzieć, że dobrze, iż bijesz w plecy.

Varro przez chwilę milczał.

– To był żart?

– Próbuję nowych rzeczy.

– Przestań.

Celsus uśmiechnął się krótko.

Z budynkiem dowództwa nadchodził żołnierz. Nie biegł, ale szedł tempem człowieka niosącego wiadomość, której nie wolno było opóźnić. Na widok Varra przyspieszył.

– Centurionie Titus Valerius Varro?

– Tak.

– Najstarszy centurion legionu wzywa centurionów kohorty. Natychmiast.

Na placu jakby zrobiło się ciszej, choć nikt nie przerwał ćwiczeń.

Varro spojrzał na Celsusa.

Zastępca centuriona nie zapytał, o co chodzi.

Nie musiał.

Od kilku dni po obozie krążyły pogłoski. Gubernator Swetoniusz Paulinus gromadził siły do dalszej kampanii na zachodzie. Mówiono o Ordowikach. Mówiono o wyspie Mona, gdzie mieli znajdować schronienie zbiegowie, buntownicy i druidzi. Mówiono także o tym, że Paulinus nie zamierza zostawić za sobą miejsca, do którego pokonani mogliby uciekać po każdej wyprawie.

Plotki w legionie miały tę właściwość, że połowa była kłamstwem, a druga połowa docierała do żołnierzy wcześniej niż oficjalny rozkaz.

Varro oddał laskę Celsusowi.

– Prowadź dalej. Bez oszczepów. Ziemia jest zbyt miękka, zbieralibyśmy groty do południa.

– Tak jest.

Varro ruszył w stronę budynku dowództwa.

– Centurionie – odezwał się Celsus za jego plecami.

Odwrócił się.

Zastępca centuriona wskazał laskę.

– Zapomniałeś władzy.

Varro wrócił dwa kroki i odebrał laskę.

– Dlatego mam ciebie.

– Zaczynasz rozumieć.

Budynek dowództwa stał przy przecięciu głównych dróg obozu. Był większy od baraków, porządniejszy i bardziej suchy. Przed wejściem wartownik zasalutował. Varro wszedł do środka, otrzepał błoto z sandałów i przeszedł na wewnętrzny dziedziniec.

Czekało już kilku centurionów.

Byli starsi od niego.

Prawie wszyscy.

Varro zdążył przywyknąć do tego widoku, ale nie do spojrzeń, które czasem mu towarzyszyły. Młody centurion mógł być doskonały, przeciętny albo beznadziejny; zanim otworzył usta, dla wielu pozostawał przede wszystkim młody.

Celer stał przy kolumnie i rozmawiał z centurionem z sąsiedniej centurii. Miał blisko pięćdziesiąt lat, twarz spaloną słońcem do ciemnego brązu i lewe ucho zniekształcone dawną raną. Gdy zobaczył Varra, urwał rozmowę.

– Valerius.

– Celer.

Formalnie starszy centurion zasługiwał na więcej szacunku, niż sugerowało samo nazwisko. Nie protestował. Znał ojca Varra dłużej, niż Titus żył.

– Nadal rośniesz? – zapytał.

– Od kilku lat nie.

– To dobrze. Nie mamy dłuższych łóżek.

Varro stanął obok.

– Wiesz, po co nas wezwali?

Celer zmrużył oczy.

– Jeśli wiem, a nie powiedziano mi, że mogę mówić, to nie wiem.

– Rozumiem.

– Twój ojciec nie rozumiał. Zawsze pytał drugi raz.

Varro nie odpowiedział.

Celer zauważył to.

– Nadal cię drażni, kiedy o nim wspominam?

– Zależy, po co wspominasz.

– Tym razem bez celu.

– W takim razie szkoda słów.

Starszy centurion przyjrzał mu się z ukosa.

– Ładnie mówisz jak na człowieka, który pół ranka bije żołnierzy kijem.

– Cztery uderzenia nie niszczą składni.

Celer roześmiał się.

Varro nie.

Lubił go, ale wiedział, dlaczego starszy oficer czasem wracał do tematu ojca. Nie chodziło o złośliwość. Celer przypominał mu o długu, którego Varro nie był w stanie spłacić pieniędzmi.

Ojciec Varra służył kiedyś jako centurion. Nie doszedł do rangi najstarszego centuriona legionu, nie został bohaterem opiewanym na placach. Przeżył jednak dwadzieścia cztery lata pod znakami, a po odejściu z armii potrafił wykorzystać znajomości lepiej niż większość ludzi wykorzystywała miecz. Dzięki niemu syn dostał możliwość, na którą inni czekali latami.

Titus nie zaczynał w ostatnim szeregu.

Wiedział o tym każdy człowiek, który znał jego historię.

Najbardziej wiedział o tym on sam.

Drzwi do większej sali otworzyły się.

– Wchodzić – rzucił służbowy.

Centurionowie weszli.

Na stole leżały tabliczki i rozwinięta mapa. Varro nie przyglądał się jej długo; mapy wojskowe zawsze wyglądały na bardziej uporządkowane niż ziemia, którą przedstawiały. Rzeki biegły tam posłusznie, drogi nie tonęły w błocie, a góry nie miały stromych zboczy.

Najstarszy centurion legionu stał po drugiej stronie stołu. Był człowiekiem niewysokim, ciężkim w barkach, z twarzą tak nieruchomą, jakby podczas trzydziestu lat służby zużył cały zapas zdziwienia.

Nie tracił czasu.

– Rozkazy gubernatora. XIV Gemina wydziela ludzi do marszu na zachód. Przygotowanie do wymarszu natychmiast. Pełne wyposażenie marszowe, racje na kilka dni, narzędzia do umocnień. Szczegóły przydziałów dostaniecie od przełożonych. Nie chcę jutro rano słyszeć, że ktoś nie ma sandałów, pasa, oszczepu albo rozumu. Tego ostatniego magazyn nie wydaje.

Kilku centurionów uśmiechnęło się bezgłośnie.

Dowódca przesunął palcem po mapie.

– Dołączamy do sił Paulinusa. Kierunek: zachód. Ostateczny cel zostanie przekazany w marszu.

Celer poruszył się obok Varra.

Nieznacznie.

Wystarczyło.

Mona.

Dowódca mówił dalej o wozach, zwierzętach, kolejności wychodzenia z bramy i stanie zapasów. Varro słuchał, zapamiętywał, układał w głowie listę rzeczy, które trzeba sprawdzić. Siedemdziesięciu sześciu ludzi rano. Być może siedemdziesięciu czterech zdolnych do marszu, jeśli lekarz zatrzyma dwóch rannych. Trzeba będzie dobrać zapasowe sandały, sprawdzić racje i rozdział narzędzi. Nie każdy musiał nieść ciężki kilof, ale każda grupa musiała mieć to, czego potrzebowała do pracy przy obozie.

– Varro.

Podniósł wzrok.

Dowódca patrzył na niego.

– Centurionie?

– Twoja centuria idzie w pierwszej części kolumny kohorty. Chcę ją gotową przed świtem.

– Będzie gotowa.

– Ilu masz?

– Siedemdziesięciu sześciu na porannym stanie. Po badaniu lekarza może zostać dwóch więcej.

Dowódca skinął głową.

– Nie ciągnij kulawych tylko po to, żeby raport wyglądał dobrze.

– Nie zamierzam.

– Dobrze.

Najstarszy centurion legionu przeniósł wzrok na kolejnego oficera.

Varro więcej się nie odezwał.

Kiedy odprawa dobiegła końca, centurionowie wyszli na dziedziniec. Słońce stało już wysoko, a poranny chłód ustępował. Z daleka dochodził rytm ćwiczeń: uderzenie drewna o drewno, komenda, tupot sandałów.

Celer zatrzymał Varra przed wyjściem.

– Titus.

Varro spojrzał na niego.

Starszy mężczyzna rzadko używał jego imienia.

– Co?

– Paulinus nie zbiera pół legionu po to, żeby oglądać krajobraz.

– Domyśliłem się.

– Zachód jest zły. Góry są gorsze. Jeśli rzeczywiście chodzi o Monę, przeprawa będzie najgorsza.

– Byłeś tam?

– Nie. Dlatego jeszcze żyję.

Varro skrzywił usta.

Celer spoważniał.

– Nie próbuj wygrać całej kampanii pierwszego dnia.

– Nigdy nie próbuję.

– Robisz to od czterech lat.

Varro spojrzał na niego uważnie.

– Masz coś konkretnego do powiedzenia?

– Tak. Masz dwadzieścia siedem lat, jesteś wysoki, dobrze władasz mieczem i dostałeś laskę wcześniej niż większość ludzi dostaje prawo narzekać na kolana. To wszystko są fakty. Żaden nie jest zasługą sam w sobie.

Varro milczał.

Celer ciągnął spokojnie:

– Twój ojciec otworzył ci drzwi. Nie przepraszaj za to. Ale nie próbuj codziennie udowadniać każdemu staruchowi w szeregu, że sam je wyważyłeś.

– Skończyłeś?

– Tak.

– Dobrze.

Varro odwrócił się do wyjścia.

– Titus.

Zatrzymał się ponownie.

– Twój ojciec też nie lubił, kiedy miałem rację.

Varro obejrzał się przez ramię.

– W takim razie musiał cię nie znosić.

Tym razem Celer roześmiał się pierwszy.

Na placu ćwiczeń centuria nadal pracowała. Celsus przerwał ćwiczenia, gdy tylko zobaczył Varra, i podszedł do niego.

– Marsz?

– Jutro przed świtem.

Zastępca centuriona skinął głową, jakby usłyszał, że będzie padać.

– Ilu?

– Lekarz zdecyduje o dwóch rannych. Chory zostaje. Reszta idzie.

– Kierunek?

– Zachód.

Celsus spojrzał w stronę ludzi.

– Mona?

– Nie powiedziano.

– Czyli Mona.

Varro nie zaprzeczył.

Przez chwilę stali obok siebie, patrząc na centurię. Naso znów ćwiczył ze Scaevą. Tym razem trzymał tarczę wyżej. Nadal przegrywał, ale już nie cofał prawej nogi w bok.

– Jak długo wiesz? – zapytał Varro.

– O marszu? Od wczoraj.

Varro odwrócił głowę.

– Od wczoraj?

– Rufus słyszał od człowieka z magazynów, że wydają więcej zboża i suszonego mięsa. podoficer usłyszał od podoficera odpowiedzialnego za warty innej centurii, że przepisują warty. Ja zauważyłem, że od rana trzy muły dostały nowe podkowy. Nie trzeba być augurem.

– I nic mi nie powiedziałeś.

– To była plotka.

– Trafna.

– Trafne plotki są nadal plotkami.

Varro westchnął.

– Zbierz ludzi.

Celsus uniósł głos.

– Centuria! Do szeregu!

Krótka komenda wystarczyła. Drewniane miecze wróciły na stojaki, ciężkie tarcze treningowe złożono przy ścianie. Ludzie ustawiali się szybciej niż rano. Pot spływał im po twarzach, tuniki ciemniały na plecach.

Varro stanął przed nimi.

Nie przeciągał chwili.

– Jutro wychodzimy przed świtem. Pełne wyposażenie marszowe. Każda drużyna sprawdzi namiot, naczynia, narzędzia i racje. Kto ma uszkodzone sandały, mówi dziś. Kto ma gorączkę, ranę albo sraczkę, mówi dziś. Jutro nie będę nagradzał milczenia.

Kilku ludzi uśmiechnęło się przy ostatnim słowie.

– Idziemy na zachód. Cel nie został podany. Nie pytajcie mnie, czy to Mona, bo odpowiem wam dokładnie to samo, co powiedział najstarszy centurion legionu mnie: przygotować się do marszu.

Rufus zerknął na Celsusa.

Varro zauważył.

– Chorąży.

– Centurionie.

– Masz coś do dodania?

– Nie.

– Szkoda. Wyglądałeś na człowieka pełnego wiedzy.

– To tylko twarz.

Śmiech przeszedł przez szeregi.

Varro pozwolił mu wybrzmieć.

– Macie czas do wieczornego posiłku. Potem Celsus przejrzy sprzęt. Kto zostawi naprawę na noc, będzie naprawiał po ciemku. Rozejść się.

Centuria rozpadła się na grupy.

Nie było okrzyków. Żadnych pytań o sławę. Ludzie zaczęli robić to, co robi żołnierz, kiedy wie, że następnego dnia rusza w drogę: liczyć, sprawdzać, wiązać, łatać, wymieniać, pożyczać i kłócić się o rzeczy, które rano wydawały się nieważne.

Varro patrzył, jak Naso niemal biegnie w stronę szewca.

– Uczy się – powiedział Celsus.

– Powoli.

– Ma dziewiętnaście lat.

– To nie choroba.

– Jeszcze nie.

Varro spojrzał na Celsusa.

– Celer powiedział mi dziś coś podobnego do tego, co ty zwykle próbujesz powiedzieć, tylko użył więcej słów.

– Starsi ludzie lubią słuchać własnego głosu.

– Ty masz czterdzieści dwa lata.

– Dlatego mówię krótko.

Celsus ruszył w stronę baraku, ale Varro zatrzymał go.

– Celsus.

Zastępca centuriona odwrócił się.

– Ilu z tych ludzi było już na prawdziwej wyprawie w góry?

Celsus nie odpowiedział od razu. Patrzył na centurię, na Scaevę sprawdzającego rzemienie tarczy, na Rufusa liczącego coś na tabliczce, na Nasę pochylonego nad sandałami.

– Około połowy. W walce mniej. W poważnej walce może jedna trzecia.

– A reszta?

– Będzie miała pierwszą.

Varro przesunął wzrokiem po twarzach.

– Dobrze.

Celsus uniósł brew.

– Dobrze?

– Lepiej wiedzieć teraz.

Zastępca centuriona przez chwilę go obserwował.

– To rozsądna odpowiedź.

– Nie przyzwyczajaj się.

– Nie zamierzam.

Do południa barak przestał przypominać miejsce, w którym mieszkali ludzie, a zaczął magazyn przed wymarszem. Na pryczach leżały zwinięte tuniki, płaszcze, pasy, zapasowe rzemienie i woreczki z drobiazgami. Przy wejściu piętrzyły się narzędzia. Każda drużyna miała własny stos rzeczy wspólnych, który zawsze wydawał się rozsądny, dopóki nie należało go przenieść przez dwadzieścia mil.

Varro przeszedł wzdłuż pomieszczenia z Celsusem.

Nie sprawdzał, czy każdy człowiek ma łyżkę. Od tego byli niżsi rangą. Patrzył na rzeczy, które mogły zatrzymać marsz albo zabić żołnierza później: pęknięte rzemienie, źle zabezpieczone ostrza, uszkodzone bukłaki, brak części namiotu. Przy jednym ze stosów podniósł wojskowy kilof. Żelazna głowica poruszyła się na stylisku.

– Czyja?

Z kąta odezwał się legionista.

– Nasza, centurionie.

– „Nasza” nie jest imieniem.

– Naszej drużyny.

Varro wskazał właściciela narzędzia.

Mężczyzna wystąpił.

Varro potrząsnął narzędziem.

– Wykopiesz tym rów?

– Jeśli trzeba.

– Trzeba będzie. A po dziesięciu uderzeniach żeleźce poleci w krzaki. Do warsztatu. Klin wymienić.

Legionista odebrał narzędzie.

– Tak jest.

– I nie wracaj bez niej, bo Celsus każe ci kopać łyżką.

– Ja? – odezwał się zastępca centuriona. – To niepotrzebne okrucieństwo. Dałbym mu miskę.

Żołnierze roześmiali się, ale pracowali dalej.

Na końcu baraku Rufus siedział nad tabliczkami. Obok niego leżały dwa skórzane woreczki z monetami i mała waga. Policzył coś jeszcze raz, skrzywił się i przesunął jedną z tabliczek.

– Znowu komuś zniknęły pieniądze? – zapytał Varro.

– Pieniądze nie znikają. Zmieniają właściciela. To ludzie później twierdzą, że stało się to bez ich udziału.

– Nasz człowiek od wart?

Rufus wskazał podbródkiem człowieka wiążącego pakunek kilka kroków dalej.

– Tym razem nie.

Mężczyzna nawet się nie odwrócił.

– Doceniam wiarę.

Varro podszedł do Nasona. Rekrut próbował przytroczyć do swojego bagażu niewielkie brązowe naczynie, zdecydowanie zbyt ciężkie jak na przedmiot, którego potrzebował w marszu.

– Co to?

Naso zakrył je dłonią, jakby centurion zamierzał skonfiskować rodzinny skarb.

– Brązowe naczynie.

– Widzę. Po co ci?

Młody człowiek zawahał się.

– Dostałem od matki.

Varro wziął naczynie. Było porządne, choć nie bogato zdobione. Na dnie ktoś wyrył dwa inicjały.

– Masz miskę służbową?

– Mam.

– Kubek?

– Mam.

– Czyli to nie jest wyposażenie.

Naso opuścił wzrok.

– Mogę zostawić.

Varro zważył brązowe naczynie w dłoni i oddał mu ją.

– Możesz też ją nieść. Jeśli za dziesięć mil uznasz, że waży tyle co ołowiana tarcza, nie oddawaj jej koledze. Ty zdecydowałeś, ty niesiesz.

– Tak jest.

– I owiń ją tuniką. Będzie dzwonić o resztę sprzętu jak kapłan idący na święto.

Naso szybko schował naczynie.

Celsus czekał przy wyjściu. Kiedy wyszli na zewnątrz, powiedział:

– Myślałem, że każesz mu zostawić.

– Dlaczego?

– Bo jest ciężka.

– Nie aż tak.

– Za to po dziesięciu milach będzie cięższa.

– Wtedy się nauczy.

Zastępca centuriona spojrzał na niego z ukosa.

– Czasem brzmisz jak twój ojciec.

Varro zatrzymał się.

– To miała być obelga?

– Jeszcze nie zdecydowałem.

Przed barakiem Scaeva siedział na niskiej ławie i przeciągał osełką po krawędzi miecza. Ruch prowadził spokojnie, zawsze pod tym samym kątem. Obok niego jeden z wcześniej ukaranych żołnierzy wymieniał rzemyk przy pasie, a drugi, zanim lekarz zdążył odesłać go z marszu, usiłował udowodnić wszystkim, że potrafi pracować jedną ręką.

Varro patrzył przez chwilę na tę zwyczajność.

Kiedy był chłopcem, wojna zaczynała się dla niego od trąb i sztandarów. Ojciec rzadko opowiadał o bitwach. Mówił o mokrym zbożu, obtartych stopach, zgubionych gwoździach w podeszwach sandałów, mułach, które zdychały w najgorszym możliwym miejscu, i o centurionach, którzy zabijali ludzi, każąc im maszerować szybciej, niż pozwalał teren. Titus uważał wtedy, że ojciec z wiekiem stał się nudny.

Dopiero w Brytanii zrozumiał, że stary człowiek opowiadał mu o wojnie cały czas.

– Celsus.

– Tak?

– Wieczorem każ Rufusowi jeszcze raz sprawdzić racje. Nie chcę, żeby ktoś zabrał więcej wina kosztem zboża.

– To uderzy w morale.

– Przeżyją.

– Bez wina?

– Nie przesadzajmy. Powiedziałem: więcej wina kosztem zboża.

Celsus skinął z aprobatą.

– Wiedziałem, że jest w tobie rozsądek.

Varro spojrzał ku bramie. Za wałem ciągnęły się pola, dalej droga ginęła w wilgotnej zieleni. Nie widział stąd gór. Wiedział jednak, że tam są.

Mona również tam była, choć nikt podczas odprawy nie wypowiedział jej nazwy.

W jego brzuchu pojawiło się znajome napięcie. Nie strach. Jeszcze nie. Raczej świadomość, że od jutra każda źle sprawdzona sprzączka, każdy przemilczany ból stopy i każdy brakujący gwóźdź mogą przestać być drobiazgiem.

Spojrzał na ludzi.

Nie musieli go lubić. Nie musieli nawet uważać go za najlepszego człowieka do tej funkcji.

Mieli tylko wykonać rozkaz wtedy, kiedy nadejdzie chwila, w której rozsądek będzie im podpowiadał coś innego.

A on musiał dopilnować, żeby rozkaz był wart ceny.

* * *

Następnego ranka Viroconium było ciemne, kiedy centuria stanęła gotowa przy głównej bramie.

Pochodnie przy bramie rzucały światło na mokrą drogę. Muły parskały i szarpały uprzęże. Z kolejnych ulic obozu wychodziły oddziały, każdy prowadzony przez własnych oficerów, każdy z tym samym odgłosem metalu, skóry i twardych podeszw.

Varro miał hełm na głowie. Poprzeczny grzebień czynił go jeszcze wyższym. Kolczuga ciążyła na ramionach, miecz spoczywał przy lewym boku, sztylet przy prawym. W prawej dłoni trzymał laskę centuriona; lewą sprawdził jeszcze zapięcie hełmu.

Celsus podszedł z tabliczką.

– Siedemdziesięciu trzech.

Varro spojrzał na niego.

– Ten z pękniętym żebrem?

– Zostaje. Lekarz mu zabronił marszu. Żołnierz zdążył obrazić lekarza.

– Lekarz przeżył?

– Z trudem.

– Pozostali ranni?

– Dwóch zostaje. Reszta jest gotowa.

– Naso?

Celsus spojrzał ponad ramieniem.

Rekrut stał w drugim szeregu. Na nogach miał naprawione sandały.

– Ma oba sandały. To już postęp.

Varro skinął głową.

Przeszedł wzdłuż szeregu.

Siedemdziesięciu trzech.