Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rzeczpospolita płonie. A Marek Dobrzyński znów rusza na wojnę.
Rok 1655. Szwedzkie wojska zalewają kraj, kolejne miasta kapitulują, a dawni sojusznicy coraz częściej wybierają własne interesy zamiast wierności królowi.
Marek Dobrzyński przeżył Zbaraż, Beresteczko, rzeź pod Batohem i tatarską niewolę. Kiedyś był młodym husarzem, który wykonywał rozkazy. Teraz jest porucznikiem i sam odpowiada za ludzi jadących za nim.
U jego boku walczą dawni towarzysze, młodszy brat Władysław oraz Jakub — człowiek, którego pochodzenie lepiej pozostawić tajemnicą.
Wojna ze Szwedami szybko okazuje się jednak zupełnie inna od tej, którą Marek znał. Zamiast wielkich bitew są zasadzki, nocne wypady, płonące wsie i przeciwnik, który potrafi być równie zdyscyplinowany i bezwzględny jak husaria.
Od oblężenia Jasnej Góry, przez Warkę, aż po walki o Warszawę Marek będzie musiał przekonać się, ile naprawdę kosztuje dowodzenie ludźmi — i czy człowiek może przejść przez kolejną wojnę, nie tracąc po drodze samego siebie.
„Husarz. Potop” to druga część historycznej opowieści o Marku Dobrzyńskim — brutalnej, opartej na prawdziwych wydarzeniach historii o husarii, wojnie, lojalności i cenie przetrwania.
Nie każdą bitwę można wygrać. Czasem zwycięstwem jest po prostu wrócić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 233
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
HUSARZ
Tom II — Potop
Dla nowych czytelników
Jeśli czytałeś pierwszy tom „Husarza”, możesz spokojnie pominąć ten fragment.
Jeśli dopiero zaczynasz przygodę z Markiem Dobrzyńskim, poniżej znajdziesz krótkie podsumowanie najważniejszych informacji potrzebnych do zrozumienia tej części.
Marek Dobrzyński herbu Łada jest szlachcicem z Podlasia i doświadczonym husarzem. W poprzednim tomie przeszedł przez Zbaraż, Beresteczko i Batoh. Po tych kampaniach awansował na porucznika.
Jego najważniejszym nauczycielem był Wierzbicki, stary husarz, który nauczył go walczyć i przeżywać. Zginął po bitwie pod Batohem, a jego słowa — „Nie licz. Walcz.” — Marek wciąż nosi w pamięci.
Leszczyc jest jednym z najbliższych towarzyszy Marka i również przeżył Batoh. Jego prawa ręka źle się zrosła, dlatego walczy szablą lewą ręką, a na prawej nosi tarczę.
Po Batohu Marek dostał się do tatarskiej niewoli. Tam poznał Hasan-agę — początkowo wroga, później człowieka, który darzył go szacunkiem i nazywał yoldaş, towarzyszem drogi. Marek odzyskał również swój stary rodzinny koncerz, z którym wiąże się wiele opowieści.
Jakub był wcześniej chłopem i sługą Marka. Dziś nosi nazwisko Dobrzyński, służy jako husarz i jest dla Marka kimś znacznie bliższym niż zwykły towarzysz. Jeździ na Gromie, dawnym koniu Marka.
Władysław jest młodszym, rodzonym bratem Marka. Dopiero rozpoczyna swoją wojenną drogę.
Gdy zaczyna się szwedzki Potop, Marek, Leszczyc, Władysław i Jakub ruszają razem na zachód.
Jeśli jesteś nowym lub moim stałym czytelnikiem życzę Ci miłej lektury. Mam nadzieję, że ta historia wciągnie Cię od pierwszych stron.
Rozdział I
Szwedzi
Pierwszą szwedzką chorągiew zobaczyłem nad miasteczkiem, w którym nie spłonął ani jeden dom.
To było najgorsze.
Gdyby dachy stały w ogniu, gdyby na rynku leżały trupy, gdyby brama była rozbita, wiedziałbym, co widzę. Wojna miała swój porządek. Najpierw przychodzili ludzie z bronią, potem krzyk, potem ogień, a na końcu cisza.
Tutaj było inaczej.
Kościół stał cały. Karczma była otwarta. Na rynku kobieta sprzedawała cebulę, chłopi prowadzili wóz z workami mąki, a przy studni trzech żołnierzy w żółtych kabatach poiło konie. Nad ratuszem wisiała niebieska chorągiew z żółtym krzyżem.
Ta sama, którą widziałem we śnie.
Leżałem między mokrymi wrzosami na grzbiecie wzgórza i patrzyłem w dół. Październik kończył się deszczem. Ziemia pod łokciami była zimna, płaszcz nasiąkł wodą, a blizna na lewym barku ciągnęła od rana. Nie jak przed zwykłym deszczem. Mocniej.
Leszczyc leżał obok mnie. Prawą rękę trzymał blisko ciała, jak zawsze od Batohu. Kość zrosła mu się źle i przy wilgoci palce sztywniały tak, że czasem nie mógł zacisnąć dłoni. Dlatego tarczę nosił na prawym ramieniu, mocno przytroczoną, a szablę prowadził lewą. Oczy miał oba. Twarde, zmęczone i czujne.
„Ilu?” spytałem.
„Na rynku widzę dwunastu. Przy bramie czterech. W stajni są konie na jeszcze kilkunastu.”
„Garnizon?”
„Mały. Trzydziestu, może czterdziestu. Do pilnowania miasta wystarczy, jeśli miasto nie chce się bić.”
Za nami zaszeleściła trawa.
Odwróciłem głowę. Władysław podpełzł ostatnie kilka kroków i położył się po mojej lewej. Kolczuga pod płaszczem cicho zadzwoniła.
Skrzywiłem się.
„Mówiłem, żebyś został z końmi.”
„Został Jakub.”
„A ja mówiłem tobie.”
„Chciałem zobaczyć.”
Popatrzyłem na niego. Nadal był moim młodszym bratem, ale już nie chłopcem z Podlasia, który wypytywał o każdą szarżę. Miał własną szablę, własnego konia i nazwisko w rejestrze. Papier robił z człowieka żołnierza szybciej niż wojna. Wojna potem sprawdzała, czy papier nie kłamał.
Władysław wychylił się trochę ponad wrzosy.
Zobaczył flagę.
Przestał się uśmiechać.
„To są ci Szwedzi?”
„To są ci Szwedzi.”
Przyglądał się długo.
Chyba spodziewał się czegoś więcej. Rogów, czarnych zbroi, trupich czaszek na sztandarach. Tymczasem jeden z żołnierzy przy studni śmiał się z czegoś, co powiedział drugi. Trzeci nabierał wodę do wiadra. Jeden był rudy. Drugi miał brzuch większy niż niejeden karczmarz. Ludzie.
„Nie wyglądają…” zaczął Władysław.
„Jak co?”
„Jak armia, która podbiła pół kraju.”
„Armia wygląda groźnie dopiero wtedy, kiedy stoi naprzeciwko ciebie.”
Leszczyc odsunął się od krawędzi wzgórza.
„Nie będziemy ich brać.”
To nie było pytanie.
„Nie.”
„Mamy dwudziestu.”
„Oni mają bramę, domy i ludzi, którzy mogą donieść. Poza tym nie po to tu jesteśmy.”
Władysław spojrzał na mnie.
„A po co jesteśmy?”
„Dowieźć ludzi na południe. Nie zginąć po drodze.”
„Mało husarsko.”
„Życie często jest mało husarskie.”
Leszczyc parsknął cicho. U niego to był prawie śmiech.
Jeszcze raz spojrzałem na chorągiew.
Żółty krzyż na niebieskim tle.
We śnie jechał pod nim człowiek z rapierem. Walczyliśmy na pustym polu. Koncerz przeciw cienkiej klindze. Potem szyszak spadał z głowy zabitego i pod nim była twarz Władysława.
Brat leżał teraz obok mnie, żywy, mokry od deszczu i wyraźnie rozczarowany, że nie pozwalam mu atakować czterdziestu Szwedów dwudziestoma końmi.
Nie powiedziałem mu o śnie.
Niektórych rzeczy lepiej nie wypowiadać.
„Wracamy” powiedziałem.
Zsunęliśmy się ze wzgórza, zanim ktoś na dole spojrzał w naszą stronę.
* * *
Dowodziłem wydzielonym podjazdem od niespełna dwóch tygodni i już wiedziałem, że porucznik ma mniej swobody niż zwykły towarzysz.
Towarzysz może być głupi sam.
Porucznik jest głupi za wszystkich.
Miałem pod ręką dwudziestu ludzi, nie całą chorągiew. Część znałem ledwie od kilku dni. Zebrano nas z tego, co zostało po dawnych oddziałach, z ludzi wracających do służby i z młodej szlachty, która przyjechała z domów, bo nagle okazało się, że wojna nie dzieje się gdzieś daleko za Dnieprem. Była na drodze do własnego folwarku.
Rozkaz był prosty: iść na południe, rozpoznawać trakty, szukać oddziałów wiernych królowi i nie dać się rozbić większej szwedzkiej kolumnie.
Najgorsze rozkazy zawsze brzmiały prosto.
Kiedy wróciliśmy do koni, Jakub czekał przy Gromie. Koń zauważył mnie pierwszy. Podniósł łeb, szarpnął wodze i parsknął, jakby chciał zapytać, dlaczego znowu każę mu stać w deszczu.
Podszedłem i położyłem dłoń na jego szyi.
Stary drań.
Miał na zadzie bliznę po strzale spod Batohu, a przy prawym boku sierść rosła nierówno tam, gdzie Jakub wyciągał grot. Poza tym wyglądał lepiej niż niejeden koń, którego widziałem w królewskich stajniach. Jakub karmił go, czyścił i pilnował z taką cierpliwością, z jaką kiedyś pilnował mnie.
„Ilu?” spytał.
„Za dużo, żeby głupieć.”
Jakub skinął głową.
Nie pytał dalej. Nadal zdarzało mu się mówić do mnie „panie”, zwłaszcza przy obcych. Przyjął nazwisko Dobrzyński, ale nazwisko nie usuwało lat życia. Człowiek może włożyć napierśnik w jeden dzień. Przyzwyczajenia zmieniają się wolniej.
Władysław dosiadł Kasztana. Leszczyc wsiadał ostrożniej. Prawa ręka przeszkadzała mu przy podciąganiu się na siodło, więc przytrzymałem strzemię.
Spojrzał na mnie krzywo.
„Jeszcze raz pomożesz mi wsiąść przy ludziach, to cię uderzę.”
„Prawą?”
„Lewą.”
„Dobrze wiedzieć.”
Usiadł w siodle i poprawił tarczę.
„A ty nie patrz tak na tę chorągiew.”
„Jak?”
„Jakby ci coś była winna.”
„Jest.”
Leszczyc zerknął w stronę wzgórza.
„Jeszcze nawet do ciebie nie strzelili.”
„Nadrobią.”
Ruszyliśmy.
Nie głównym gościńcem. Jakub wybrał drogę przez las i pola, dawny trakt na młyny, rozmokły i wąski, ale pusty. Jechał z przodu przez pierwszą godzinę. Ja za nim, potem Leszczyc i Władysław, dalej reszta.
Nie wyglądaliśmy jak husaria z obrazów.
Bez skrzydeł. Bez kopii postawionych pod niebo. Bez trąb. Napierśniki pod płaszczami, szyszaki przytroczone do siodeł, pistolety i rusznice osłonięte przed wilgocią. Konie ubłocone po pęciny. Ludzie zziębnięci i głodni.
Tak wyglądała wojna, zanim zaczęto o niej śpiewać.
Po południu minęliśmy pierwszy wóz uchodźców.
Kobieta, dwóch chłopców, starzec i krowa przywiązana z tyłu na postronku. Na wozie pierzyna, skrzynia, dwa worki i święty obraz owinięty w płótno. Cały dom mieścił się między czterema kołami.
Kobieta ściągnęła lejce, kiedy nas zobaczyła. Chłopcy schowali się za skrzynią.
„Swoi?” spytała.
„Swoi.”
Nie odetchnęła z ulgą.
To zapamiętałem.
Jeszcze kilka lat wcześniej polska szabla na polskiej drodze znaczyła dla chłopa przynajmniej tyle, że wie, w jakim języku będzie przeklinany. Teraz mundur nie gwarantował niczego. Swoi zabierali konie. Obcy zabierali zboże. Maruderzy jednych i drugich brali wszystko.
„Skąd jedziecie?” spytałem.
„Spod Łowicza.”
„Co tam?”
„Szwed.”
„W mieście?”
„Wszędzie.”
Starzec siedzący z tyłu splunął w błoto.
„Najpierw kazali dać owies. Potem siano. Potem świnie. Pokazali papier z pieczęcią, że król szwedzki bierze pod opiekę. Dobra opieka. Jeszcze miesiąc i będziemy jedli tę pieczęć.”
„Palą?” spytał Władysław.
Starzec spojrzał na niego.
„Jak dasz, czego chcą, nie palą. Jak nie dasz, biją. Jak dalej nie dasz, wtedy palą.”
Kobieta szarpnęła lejce.
„Ojcze.”
„Co ojcze? Niech panowie wiedzą. Może panowie coś zrobią.”
Popatrzył na mnie.
Nie odpowiedziałem.
Co miałem powiedzieć? Że dwudziestu ludzi jedzie uratować Rzeczpospolitą? Że król wróci? Że hetmani wiedzą, co robią? Że wszystko się odwróci?
Nie wiedziałem żadnej z tych rzeczy.
Dałem kobiecie pół bochenka z naszych zapasów. Nie chciała wziąć. Wcisnąłem jej w rękę.
„Jedźcie na wschód, ale omijajcie większe trakty.”
„Na wschodzie Moskale” powiedział starzec.
To też było prawdą.
Wilno padło jeszcze latem. Na wschodzie nie czekał spokój. Czekała inna wojna.
Kobieta popatrzyła na mnie zmęczonymi oczami.
„To dokąd mamy jechać, panie?”
Nie miałem odpowiedzi.
Puściłem ich dalej.
Przez długi czas nikt się nie odzywał.
Niedługo przed zmierzchem zobaczyliśmy dwór.
Nie był spalony. Stał na lekkim wzniesieniu, otoczony lipami, z białymi ścianami i dachem świeżo naprawionym po letnich wichrach. Przy bramie wisiała tablica z pieczęcią. Nie umiałem przeczytać szwedzkiego, ale nie musiałem. Nad gankiem zatknięto małą niebiesko-żółtą chorągiewkę.
„Jedziemy dalej?” spytał Leszczyc.
Spojrzałem na konie. Były zmęczone. Ludzie też.
„Najpierw zapytamy o siano.”
Wjechaliśmy na podwórze w sześciu. Reszta została przy drodze. Drzwi dworu otworzyły się, zanim zdążyłem zsiąść. Wyszedł właściciel, mężczyzna po pięćdziesiątce, szeroki w pasie, z siwym wąsem. Miał szablę, ale bez pasa bojowego, bardziej dla godności niż do walki. Za nim stał sługa z rusznicą.
Szlachcic spojrzał na nasze zbroje, potem na ludzi przy drodze.
„Kto dowodzi?”
„Porucznik Marek Dobrzyński, herbu Łada.”
Przedstawił się jako Andrzej Sarnowski. Nazwiska nie znałem. On moje znał albo udawał, że zna, bo gdy powiedziałem „Dobrzyński”, jego wzrok zatrzymał się na koncerzu.
„Nie chcę kłopotów, poruczniku.”
„Chcemy siana i owsa. Zapłacimy.”
Odetchnął trochę.
„To dostaniecie.”
Władysław patrzył na chorągiewkę nad gankiem. Sarnowski zauważył.
„Mam żonę” powiedział, choć nikt go o nic nie pytał. „Dwie córki. Czterdzieści rodzin we wsi. W lipcu poszli ludzie pod Ujście. Wróciła połowa. Potem przyszli Szwedzi i powiedzieli: przysięga albo kwaterunek.”
„I przysiągłeś” powiedział Władysław.
„Władek.”
Sarnowski popatrzył na niego bez gniewu.
„Przysiągłem, że nie będę podnosił broni przeciw królowi szwedzkiemu, dopóki jego wojska są w tej ziemi.”
„Czyli zdradziłeś własnego.”
„Dosyć” powiedziałem.
Brat zacisnął szczękę.
Sarnowski wszedł dwa stopnie niżej.
„Młody pan ma rację. Na papierze.”
„A poza papierem?” spytałem.
Wskazał ręką zabudowania.
„Poza papierem mam stodół pięć, oborę, konie, ludzi i dwie córki. Pierwszy oddział, który tu stanął, był zdyscyplinowany. Zapłacili za część owsa, resztę zabrali pod kwit. Drugi powiedział, że jeśli ktoś strzeli do ich patrolu w okolicy, spalą wieś. Co miałem zrobić?”
Władysław odpowiedział od razu.
„Walczysz.”
Sarnowski spojrzał na niego długo.
„Ile razy walczyłeś, młody panie?”
Brat zamilkł.
Pytanie trafiło celniej niż policzek.
Sarnowski przeniósł wzrok na mnie.
„A pan, poruczniku? Powiedz mi pan. Mam czterech ludzi, którzy umieją strzelać. Jednego bratanka posłałem pod Ujście i leży gdzieś nad Notecią. Mam wyjechać w las, zostawić żonę i córki, a potem patrzeć z daleka, jak mi palą dom?”
Nie odpowiedziałem od razu.
Łatwiej było nienawidzić ludzi, kiedy nie stali przed tobą. Zdrajca w opowieści nie miał córki. Tchórz nie miał czterdziestu rodzin, które przychodziły do niego po ziarno na zasiew. Na papierze wszystko było prostsze.
„Nie wiem, co miałeś zrobić” powiedziałem w końcu. „Wiem tylko, czego ja zrobię.”
Sarnowski skinął głową.
„To uczciwa odpowiedź.”
Kazał wydać nam owies, siano i dwa bochny chleba. Zapłaciłem więcej, niż zażądał. Nie chciałem jego przysługi.
Kiedy odjeżdżaliśmy, Władysław długo oglądał się na chorągiewkę nad gankiem.
„Dalej myślisz, że zdradził?” spytałem.
„Tak.”
„Ja też.”
„To czemu gadałeś z nim jak z porządnym człowiekiem?”
„Bo może nim jest.”
Władysław zmarszczył brwi.
Nie tłumaczyłem więcej.
Wojna miała mu wyjaśnić resztę za mnie.
* * *
Wieści podróżowały szybciej niż wojska i zawsze przyjeżdżały brudniejsze niż prawda.
Pod Ujściem, mówiono, cała Wielkopolska miała rzucić broń bez jednego strzału. Potem spotkałem człowieka, który tam był, i powiedział, że strzelano, tylko krótko, a kiedy Szwedzi obeszli pozycje, wojewodowie uznali, że dalsza walka skończy się rzezią. Dla jednych była to rozwaga. Dla innych zdrada.
Warszawa padła we wrześniu. O tym nikt się nie spierał.
Kraków walczył. Tę wiadomość usłyszałem od dwóch różnych ludzi i za drugim razem uwierzyłem. Czarniecki bronił miasta przez tygodnie, zanim uzgodniono kapitulację i wojsko wyszło. To było coś. Niewiele wobec całego kraju, ale coś.
Potem przyszły Kiejdany.
O Kiejdanach powiedział nam ksiądz w małej wsi, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Miał twarz czerwoną od zimna i ręce tak chude, że pierścień przesuwał się przy każdym ruchu. Nakarmił nas polewką z grochu, choć sam jadł mniej niż każdy z nas.
„Radziwiłł zerwał z królem” powiedział przy stole.
Leszczyc przestał żuć.
„Który?”
„Janusz. Bogusław też podpisał. Kiejdany. Karola Gustawa uznali.”
„Plotka?” spytałem.
Ksiądz pokręcił głową.
„Mam list od proboszcza z drugiej strony Bugu. Przepisywał wiadomość z kancelarii. Nie plotka.”
Władysław zaklął pod nosem.
Ksiądz spojrzał na niego, ale nie zganił.
„A Litwa?” spytał Jakub.
Ksiądz wzruszył ramionami.
„Część poszła za Radziwiłłem. Część nie. Wojsko się kłóci, szlachta się kłóci. Moskale siedzą w Wilnie. Szwedzi chcą reszty. Każdy ciągnie płótno w swoją stronę, aż zostanie z niego strzęp.”
Leszczyc odłożył łyżkę.
„Zawsze mówiłem, że magnat to chłop, któremu za dużo ziemi dano.”
„Nigdy tego nie mówiłeś” odparłem.
„To powinienem był.”
Ksiądz uśmiechnął się krótko.
Władysław nie.
„Jak można przejść do Szwedów?” spytał. „Tak po prostu?”
„Nic nie jest tak po prostu” powiedział ksiądz.
Brat spojrzał na niego ostro.
„Podpisujesz papier. Przysięgasz obcemu królowi. Brzmi prosto.”
Ksiądz podniósł kubek, ale nie wypił.
„A jeśli masz pod sobą kilka tysięcy ludzi, Moskala z jednej strony, Szweda z drugiej, własnego króla daleko i nie wiesz, czy za tydzień będziesz miał czym karmić konie?”
„To walczysz.”
„Może.”
„Nie może. Walczysz.”
Widziałem, jak Władysław patrzył na świat. Jeszcze w prostych barwach. Swój, wróg. Honor, zdrada. Naprzód, wstecz.
Kiedyś patrzyłem tak samo.
Może człowiek najpierw musi uwierzyć, że wszystko jest proste, żeby później przeżyć chwilę, w której odkrywa, że nie jest.
„Władek” powiedziałem.
Odwrócił się do mnie.
„Ksiądz nie broni Radziwiłła.”
„Brzmi, jakby bronił.”
„Nie. Mówi tylko, że zanim nazwiesz człowieka tchórzem, dobrze wiedzieć, przed czym stał.”
„A ty go nie nazywasz zdrajcą?”
Pomyślałem o podpisach pod Kiejdanami. O królu szwedzkim. O kraju rozrywanym z dwóch stron.
„Nazywam.”
Władysław uniósł brwi.
„To po co…”
„Bo jedno nie przeszkadza drugiemu.”
Leszczyc parsknął.
„Teraz już naprawdę brzmisz jak porucznik.”
„Czyli?”
„Mówisz długo, a człowiek dalej nie wie, co miałeś na myśli.”
Tym razem nawet ksiądz się roześmiał.
Ja też.
Krótko.
Dobrze było usłyszeć śmiech przy stole. Od kilku dni wydawało mi się, że ludzie w Polsce zapomnieli, jak brzmi.
* * *
Tej nocy pierwszy raz usłyszałem, co mówią o mnie moi ludzie.
Nie podsłuchiwałem. Wyszedłem za stodołę i wracając, zatrzymałem się, gdy usłyszałem swoje nazwisko przy ognisku.
„Dobrzyński.”
Mówił młody towarzysz nazwiskiem Różycki. Jasne włosy, wąska twarz, dobra zbroja i sposób siedzenia w siodle człowieka, którego uczono jazdy wcześniej niż czytania. Miał może dwadzieścia dwa lata. Od początku patrzył na mnie nie z podziwem, tylko z ciekawością.
„Co Dobrzyński?” spytał ktoś.
„Mówię, że to ten.”
„Który?”
„Z Beresteczka.”
„Wielu było pod Beresteczkiem.”
„Ten od dwóch na jedną kopię.”
Zapadła cisza.
Ktoś gwizdnął.
„Bajka.”
„Pytałem człowieka z chorągwi Bielskiego. Przysięgał, że widział.”
„A ja słyszałem, że pod Batohem stał w pierwszym rzędzie i kula go nie tknęła.”
„Pod Batohem nie strzelali kulami do jeńców, tylko rąbali.”
„Właśnie. I też go nie tknęli.”
„Bo uciekł?”
„Nie uciekł. Tatar go wyciągnął.”
„Tatar?”
„Tak słyszałem.”
Ktoś dorzucił drewna do ognia.
„A ten miecz?”
„Koncerz.”
„Wszystko jedno. Mówią, że ciepły.”
„Każde żelazo jest ciepłe, jak leży przy koniu.”
„Nie ten. Ten ma być ciepły nawet na mrozie.”
„I co z tego?”
„Lubi krew.”
Tym razem śmiech był cichy, niepewny.
Wróciłem do stodoły inną stroną.
Leszczyc siedział wewnątrz przy ścianie i ostrzył szablę lewą ręką. Prawa spoczywała na kolanie. Spojrzał na mnie i od razu wiedział.
„Usłyszałeś.”
„Od kiedy gadają?”
„Od pierwszego dnia.”
„Dlaczego nic nie powiedziałeś?”
„Bo nie pytałeś.”
Usiadłem na wiązce siana.
„Dwa na kopię.”
„Było.”
„Kule mnie mijają.”
„Czasem.”
„Koncerz lubi krew.”
Leszczyc obejrzał ostrze szabli pod światło lampki.
„Tego nie wiem. Nigdy z nim nie rozmawiałem.”
„Bardzo śmieszne.”
„Staram się.”
Wyjąłem koncerz z pochwy.
Stal była ciepła.
Nie gorąca. Nie jak ciało. Po prostu cieplejsza, niż powinna być po całym dniu w chłodzie.
Przesunąłem kciukiem po płazie głowni. Mały krzyżyk wyryty przy rękojeści był taki sam jak wtedy, kiedy ojciec położył broń przede mną na stole i powiedział, że może chroni właściciela, a może zabiera jego bliskich.
Od tamtej pory zginęli Wierzbicki i Borowski. Inni też.
Ale wojna zabijała ludzi bez pomocy przeklętych mieczy.
„Powinienem im powiedzieć prawdę” mruknąłem.
Leszczyc przestał ostrzyć.
„Którą?”
„Że pod Beresteczkiem miałem szczęście. Że pod Batohem uratował mnie Kułak. Że koncerz jest kawałkiem stali.”
„Jest ciepły.”
„Leszczyc.”
„Mówię tylko.”
Westchnąłem.
Leszczyc odłożył osełkę.
„Dobrzyński. Oni za tobą jadą.”
„Bo taki mają rozkaz.”
„Nie tylko. Połowa z nich pierwszy raz idzie przeciw Szwedom. Słyszeli, że Ujście padło, Warszawa padła, Kraków padł. Słyszeli o Kiejdanach. Potrzebują usłyszeć też coś innego.”
„Bajkę o mnie?”
„Bajkę, że człowiek może przeżyć.”
Spojrzałem na niego.
Leszczyc mówił spokojnie.
„Jak przyjdzie walka i chłopakowi zaczną drżeć ręce, nie będzie myślał o wojewodzie poznańskim ani o Radziwille. Popatrzy na ciebie. Jeśli uwierzy, że kule cię mijają, może nie ucieknie przed pierwszą. Nie odbieraj mu tego, jeśli nie musisz.”
„A jeśli zobaczy, że jednak krwawię?”
„To będziesz krwawił stojąc.”
Długo nic nie mówiłem.
Wierzbicki nie lubił opowieści. Hasan-aga lubił. Jeden mówił, że broń to broń, człowiek to człowiek i reszta jest gadaniem. Drugi mówił, że ludzie walczą najpierw w głowie, dopiero potem rękami.
Obaj przeżyli po trzydzieści lat wojny.
Może obaj mieli rację.
Schowałem koncerz.
„Nie będę prostował.”
Leszczyc wzruszył lewym ramieniem.
„Mądrze.”
„Ale ty też nie dokładaj.”
„Ja?”
„Znam cię.”
„W takim razie wiesz, że nigdy nie plotkuję.”
„Właśnie dlatego ci nie wierzę.”
* * *
Rano padało mocniej.
Wieś została za nami. Droga prowadziła przez puste pola, potem między brzozami. Jechaliśmy wolno, bo błoto wciągało kopyta i każdy koń po kilku godzinach miał nogi oblepione ciężką gliną.
Różycki zrównał się ze mną przed południem.
„Poruczniku.”
„Słucham.”
Jechał chwilę bez słowa. Za długo jak na człowieka, który chce tylko zapytać o drogę.
„Ten Jakub Dobrzyński…”
Od razu wiedziałem.
„Co z nim?”
„Jest wam krewny?”
„Tak.”
„Z której gałęzi?”
Popatrzyłem na niego.
Różycki nie spuścił oczu. Nie było w nim złośliwości. Ciekawość. Może podejrzenie. W Rzeczypospolitej człowiek mógł nie znać sąsiada zza miedzy, ale jeśli dwóch nosiło ten sam herb, prędzej czy później ktoś pytał o ojca, stryja, dziada i majątek.
Jakub jechał kilka koni za nami. Nie odwrócił głowy, ale wiedziałem, że słyszy.
„Z biednej” odpowiedziałem.
Różycki uśmiechnął się niepewnie.
„My wszyscy z biednej.”
„To po co pytasz?”
„Bo nigdy o nim nie słyszałem.”
„O mnie też nie słyszałeś przed Beresteczkiem.”
„O was słyszałem.”
„Teraz. Wcześniej nie.”
Różycki skinął głową.
Nie wystarczyło mu, ale był na tyle rozsądny, żeby nie ciągnąć.
„Tak jest, poruczniku.”
Zwolnił konia i wrócił na swoje miejsce.
Po godzinie Jakub podjechał do mnie.
„Panie.”
„Nie zaczynaj.”
„Będzie pytał dalej.”
„Niech pyta.”
„A jak znajdzie kogoś z Podlasia?”
„To znajdzie.”
„Panie, za to jest stryczek.”
Mówił cicho. Patrzył przed siebie, nie na mnie.
„Wiem.”
„Nie tylko dla mnie mogą być kłopoty.”
„Wiem.”
„To może…”
„Nie.”
Dopiero wtedy na mnie spojrzał.
„Nie wiesz jeszcze, co chciałem powiedzieć.”
„Chciałeś powiedzieć, że pojedziesz osobno albo wrócisz do służby jako pachołek, żeby mnie nie narażać.”
Milczał.
„Nie.”
„Marek…”
Pierwszy raz powiedział moje imię przy ludziach. Cicho, ale powiedział.
„Jakub. Pod Batohem wyciągałeś Groma spod trupów, kiedy szlachcice uciekali bez koni. Pod Zbarażem nosiłeś wodę ludziom, którzy nawet nie znali twojego nazwiska. Jeśli ktoś kiedyś postawi przede mną wybór między tobą a prawem, będę się martwił wtedy.”
„Prawo może się martwić wcześniej.”
„Niech spróbuje mnie dogonić.”
Jakub pokręcił głową.
„Zawsze byłeś uparty.”
„A ty zawsze za dużo gadałeś.”
Spojrzał na mnie z boku.
Obaj wiedzieliśmy, że to kłamstwo. Jakub przez wszystkie lata naszej znajomości powiedział może tyle słów, ile Borowski potrafił zmieścić w jednym wieczorze.
Grom parsknął między nami.
„Widzisz?” powiedziałem. „On się ze mną zgadza.”
„On chce owsa.”
„To też rozsądne.”
Przez chwilę jechaliśmy obok siebie jak równi.
Potem na zakręcie drogi pojawił się trup.
I rozmowa się skończyła.
* * *
Mężczyzna wisiał na dębie przy rozstaju.
Nie był żołnierzem. Miał chłopski kożuch, bose stopy i ręce związane z tyłu. Na piersi przybito mu deskę.
SZWEDZKI ZŁODZIEJ.
Napis był po polsku.
Pod drzewem stała kobieta z dziewczynką. Kobieta trzymała dziecko za ramiona, jakby bała się, że mała podejdzie do wisielca.
Zatrzymałem oddział.
„Kto go powiesił?” spytałem.
Kobieta spojrzała na nasze zbroje.
„Panowie z dworu.”
„Za co?”
„Ukrył zboże, kiedy przyszli po daninę.”
„Szwedzi?”
„Szwedzi kazali. Nasi zabrali.”
Władysław zaklął.
„A napis?”
Kobieta wzruszyła ramionami.
„Żeby było wiadomo, za co.”
Spojrzałem na domy w oddali. Biały dwór między drzewami, dach kryty gontem, dym z komina. Ktoś tam siedział przy ogniu i wykonywał szwedzkie rozkazy polskimi rękami.
„Zdejmijcie go” powiedziałem.
Dwóch ludzi podjechało pod drzewo.
Różycki odezwał się za mną.
„Poruczniku, jeśli dwór ma szwedzką ochronę…”
„Nie atakujemy dworu.”
„Ale zdejmując go…”
Odwróciłem się.
„Zdejmujemy martwego człowieka z drzewa.”
Różycki zacisnął usta.
„Tak jest.”
Kiedy ciało położyli na ziemi, kobieta podeszła.
„To mój brat.”
Nikt nic nie powiedział.
Dziewczynka miała może sześć lat. Patrzyła na bose stopy wuja. Nie na twarz. Dzieci wybierają czasem jeden szczegół i trzymają się go, bo całość jest za duża.
Dałem kobiecie kilka monet.
„Pochowajcie go.”
„Ksiądz nie chce.”
„Dlaczego?”
„Powiedzieli, że zdrajca.”
Poczułem, jak coś twardnieje mi pod mostkiem.
„Jak ma na imię ksiądz?”
Kobieta przestraszyła się.
„Nie, panie. On dobry człowiek. Boją się wszyscy. Pan ze dworu kazał.”
Spojrzałem jeszcze raz na biały dwór.
Mógłbym tam pojechać.
Dwudziestu uzbrojonych ludzi. Wyciągnąć właściciela na ganek. Zapytać, ile dostał za wieszanie własnych chłopów. Może odpowiedziałby odważnie, może by płakał. Mógłbym kazać go wychłostać. Mógłbym powiesić go na tym samym drzewie.
A potem co?
Szwedzki patrol znalazłby pusty dwór, trupa właściciela i ślady dwudziestu koni prowadzące na południe.
Porucznik jest głupi za wszystkich.
„Jedziemy” powiedziałem.
Władysław złapał mnie za rękaw.
„Marek.”
„Nie.”
„On powiesił człowieka za własne zboże.”
„Wiem.”
„I odjedziemy?”
„Tak.”
Patrzył na mnie tak, jakby mnie nie poznawał.
„Dlaczego?”
„Bo jeśli teraz pojedziemy do dworu, być może zabijemy jednego zdrajcę. Potem przyjdzie pięćdziesięciu Szwedów i spali wieś, bo ktoś zabił człowieka pod ich opieką. Chcesz tego?”
„To mamy nic nie robić?”
„Zrobiliśmy. Zdjęliśmy go.”
„To nic.”
„Dla niego już wszystko.”
Władysław otworzył usta, ale nie znalazł odpowiedzi.
Dobrze.
Ja też jej nie miałem.
Ruszyłem pierwszy.
Po kilkuset krokach Leszczyc zrównał konia ze mną.
„Stary ty by pojechał.”
„Wiem.”
„Ty sprzed siedmiu lat też.”
„Wiem.”
„Mądrzejesz.”
„Nie podoba mi się.”
„Nikomu się nie podoba.”
* * *
Wieczorem rozbiliśmy obóz w zagajniku na południe od wsi.
Bez ogniska.
Nie dlatego, że baliśmy się zimna. Baliśmy się światła. Szwedzkie patrole chodziły po głównych drogach, a miejscowi donosiciele po bocznych. Ogień był zaproszeniem.
Ludzie jedli zimny chleb i suszone mięso. Konie dostały trochę owsa. Wystawiłem cztery straże, po dwóch ludzi na zmianę. Potem chodziłem między końmi i sprawdzałem popręgi, worki z prochem i zapasy. Nie musiałem. Każdy wiedział, co robić.
Ale dowódca, który nie ma nic do roboty, zaczyna myśleć.
Wolałem popręgi.
Władysław siedział pod brzozą. Sam.
Podszedłem.
„Gniewasz się.”
„Nie.”
„Kłamiesz jak matka.”
„Matka nie kłamie.”
„Jak mówi, że nie jest zmęczona, kłamie.”
Władysław popatrzył na mnie i w końcu uśmiechnął się krótko.
Usiadłem obok.
Przez chwilę słuchaliśmy deszczu spadającego z liści.
„Pod Zbarażem też tak było?” spytał.
„Jak?”
„Że nie wiedziałeś, co zrobić.”
„Codziennie.”
„Nie wyglądało tak, kiedy opowiadałeś.”
„Bo opowieści są po wszystkim. Po wszystkim zawsze wiadomo, co należało zrobić.”
„A wtedy?”
„Wtedy wybierasz i masz nadzieję, że wybrałeś źle trochę mniej niż drugi człowiek.”
Władysław skubał kawałek kory z brzozy.
„Myślałem, że wojna będzie prostsza.”
„Jeszcze się nie zaczęła dla ciebie.”
Spojrzał na mnie.
„Przecież jedziemy przez kraj pełen Szwedów.”
„Widziałeś flagę. Widziałeś wisielca. Nie widziałeś człowieka, który chce cię zabić.”
„Zobaczę.”
Powiedział to bez przechwałki.
To było gorsze.
Popatrzyłem na jego twarz. We śnie była biała, nieruchoma, pod obcym szyszakiem.
Odsunąłem ten obraz.
„Kiedy zobaczysz, trzymaj się blisko mnie.”
„Marek, nie jestem dzieckiem.”
„Nie powiedziałem, że jesteś.”
„Mówisz tak, jakbym był.”
„Mówię jak brat.”
„A jako porucznik?”
„Jako porucznik mówię dokładnie to samo.”
Pokręcił głową.
„Wierzbicki też cię tak pilnował?”
„Nie.”
„Dlaczego?”
„Bo nie był moim bratem.”
Władysław roześmiał się cicho.
„To mam gorzej.”
„Zdecydowanie.”
Siedzieliśmy jeszcze chwilę.
„Marek?”
„Co?”
„Jak myślisz, wygramy?”
To było pytanie, którego przez cały dzień unikali wszyscy dorośli ludzie, których spotykaliśmy. Uchodźcy pytali, gdzie jechać. Ksiądz mówił o Kiejdanach. Różycki pytał o Jakuba. Nikt nie pytał wprost.
Władysław zapytał.
Spojrzałem w ciemność między drzewami.
„Nie wiem.”
Brat milczał.
„Ale będziemy walczyć?”
„Tak.”
„To mi wystarczy.”
Mnie nie.
Ale mu tego nie powiedziałem.
* * *
Goniec znalazł nas przed świtem.
Najpierw usłyszeliśmy konia. Straż poderwała się, ktoś chwycił pistolet. Po chwili między drzewami pojawił się samotny jeździec w przemoczonym żupanie, bez zbroi, z czerwoną szarfą zawiązaną na ramieniu.
Zatrzymał się, kiedy zobaczył wymierzone w siebie rusznice.
„Do porucznika Dobrzyńskiego!” zawołał.
Wyszedłem spomiędzy drzew.
„Ja.”
Zsiadł z konia. Miał może trzydzieści lat, twarz nieogoloną, oczy czerwone od niewyspania. Wyciągnął spod kaftana zwinięty papier zabezpieczony woskiem.
„Od ludzi wiernych królowi. Przekazano mi w Piotrkowskiem, żebym szukał oddziałów idących z północy.”
„Kto podpisał?”
„Kilku. Nazwiska są w środku. Jedni zbierają się osobno, inni przy dawnych chorągwiach. Po Krakowie wszystko się rozproszyło.”
Rozwinąłem papier.
Nie był to piękny rozkaz z kancelarii hetmańskiej. Kilka nazwisk, kilka pieczęci, pismo różnymi rękami. Najważniejsze było krótkie.
Nie składać broni. Gromadzić ludzi. Uderzać na małe posterunki, gońców i transporty. Unikać walnej bitwy z większymi siłami. Kierować się ku południu, gdzie opór narasta.
Przeczytałem dwa razy.
„Kto dowodzi?” spytał Leszczyc zza mojego ramienia.
Goniec prychnął.
„Każdy, kto ma ludzi. I nikt. Na razie.”
To brzmiało jak Rzeczpospolita.
„Słyszałem o Żegockim w Wielkopolsce” dodał. „Podjazdy już chodzą. W Małopolsce też zbierają się oddziały. Po Krakowie kasztelan Czarniecki nie złożył broni, ale nie wiem, gdzie jest. Jedni mówią, że na Śląsku. Drudzy, że wróci lada dzień. Wszyscy mówią co innego.”
„A król?” spytał Władysław.
„Poza Koroną.”
To już wiedzieliśmy.
Goniec spojrzał na naszą dwudziestkę.
„Macie konie. Macie broń. Macie oficera. To więcej niż większość.”
„I co mamy robić?” spytał Różycki.
Goniec popatrzył na mnie, nie na niego.
Odpowiedź była na papierze.
Uderzać małe posterunki.
Gońców.
Transporty.
Unikać większych sił.
Nie wojna, której mnie uczono.
Pod Beresteczkiem zwyciężało się ustawieniem chorągwi, impetem konia, długością kopii i odwagą człowieka jadącego w pierwszym szeregu. Pod Zbarażem zwyciężało się, trzymając wał o jedną noc dłużej niż wróg chciał go szturmować.
To miało być inne.
Nie pole.
Droga.
Nie szarża.
Zasadzka.
Nie wielka bitwa.
Sto małych ran.
Pomyślałem o skrzydłach, które wieźliśmy przytroczone do wozu. O kopiach, z których każda miała sens na otwartym polu, a w lesie była tylko długim drzewcem zaczepiającym o gałęzie. Przez lata uczono mnie, że husarz zwycięża, kiedy ma przestrzeń przed koniem i człowieka obok siebie. Teraz ktoś kazał mi wejść między drzewa, schować zbroję pod płaszczem i uderzać tak, żeby wróg nie zdążył ustawić szeregu.
Nie podobało mi się to.
Ale wojna nie pytała, co mi się podoba. Pod Zbarażem nauczyła mnie stać. Pod Batohem przeżyć. Ta miała mnie nauczyć czegoś nowego.
Złożyłem papier.
„Jak daleko stąd do najbliższego szwedzkiego traktu zaopatrzeniowego?”
Goniec wskazał na zachód.
„Pół dnia. Droga idzie przez las i zwęża się przy starym kamieniołomie. Wożą tamtędy żywność do garnizonów.”
Leszczyc spojrzał na mnie.
Tym razem nie musiał pytać, czy myślę o tym samym.
Władysław wstał.
W oczach miał ten sam ogień, z którym wyjeżdżał z Podlasia.
Ja już go nie miałem.
Miałem coś lepszego.
Doświadczenie.
„Budzić ludzi” powiedziałem. „Konie nakarmić. Broń sprawdzić. Ruszamy, jak tylko zrobi się jasno.”
Różycki uśmiechnął się pierwszy raz od kilku dni.
„Na Szwedów?”
Spojrzałem na niego.
Potem na Władysława.
Na Jakuba przy Gromie.
Na Leszczyca, który zaciskał lewą dłoń na rękojeści szabli, podczas gdy prawa wisiała przy ciele prawie bezużyteczna.
Na dwudziestu ludzi, z których część wierzyła, że kule mnie mijają, a część dopiero zamierzała sprawdzić.
„Na Szwedów.”
Gdzieś daleko, za lasem, zadzwonił kościelny dzwon.
Nie wiedziałem, czy wołał na jutrznię, czy na alarm.
Tego ranka brzmiało to tak samo.
Rozdział II
Nowa wojna
Pierwszą zasadzkę urządziłem na drodze, której nigdy wcześniej nie widziałem.
