Próba - Jasper Everhar - ebook

Próba ebook

Jasper Everhar

5,0

Opis

Trzystu uczestników. Dziesięć miejsc. Jedna droga na wolność.

 

Darian Voss przez lata polował na ludzi, przed którymi inni woleli uciekać. Były rządowy łowca nagród, później jeden z najskuteczniejszych niezależnych najemników w znanych systemach. Szybki, bezwzględny i wystarczająco doświadczony, by wiedzieć, kiedy człowieka można jeszcze aresztować, a kiedy trzeba pociągnąć za spust.

 

Ostatni kontrakt miał być kolejną rutynową robotą.

 

Zamiast zapłaty Darian trafia do Próby — największego widowiska w galaktyce, transmitowanego na żywo do miliardów widzów. Trzystu skazańców, morderców, łowców i ochotników zostaje wypuszczonych na ogromną arenę. Strefy bezpieczeństwa przesuwają się bez ostrzeżenia. Drony rejestrują każdy strzał. Publiczność głosuje, nagradza swoich faworytów i decyduje, kto otrzyma zapasy, broń lub przewagę.

 

Nie trzeba przeżyć jako ostatni.

 

Trzeba znaleźć się wśród pierwszej dziesiątki, która dotrze do mety.

 

A kiedy cały świat zamienia polowanie na człowieka w rozrywkę, dobra reputacja może okazać się równie niebezpieczna jak zła.

 

 

„Próba” to brutalne science fiction o przetrwaniu, zemście i widowisku, w którym każdy sojusz ma swoją cenę, a wolność czeka tylko na dziesięciu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bartek567

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
10



Spis treści

Ostatni kontrakt

Cisza

Dwudziesta Próba

Przed Bramą

Pierwsze dziewięćdziesiąt minut

Czerwona strefa

Noc polowania

Cena za głowę

Strefa wojskowa

Zwężenie

Korytarz

Meta

Ostatni kontrakt

Darian Voss zobaczył Sevrena Kaela trzy sekundy przed tym, jak ten spróbował go zabić.

Nie dzięki refleksowi. Refleks pomagał dopiero później.

Najpierw zobaczył odbicie.

Wąski pas czarnego szkła biegnący wzdłuż witryny opuszczonego baru odbił ruch na dachu po drugiej stronie ulicy. Cień przesunął się za klimatyzatorem, zbyt szybko jak na technika i zbyt ostrożnie jak na złodzieja. Darian odruchowo skrócił krok.

— Dach, dziewiąta — powiedział cicho Vex.

Głos nie dochodził ze słuchawki. Wibrował niemal bezgłośnie w kości za prawym uchem, przenoszony przez implant wielkości paznokcia ukryty pod skórą. Dla każdego, kto obserwował Dariana z zewnątrz, wyglądało to tak, jakby mężczyzna od czasu do czasu mówił sam do siebie.

— Widziałem.

— W takim razie gratuluję. Nadal masz oczy.

Pierwszy pocisk uderzył w bruk pół metra przed jego butami.

Darian już się poruszał.

Zrzucił ciężar na prawą nogę, odbił się od mokrej ulicy i uruchomił moduł ciągu ukryty pod płaszczem. Dwie dysze przy krzyżu ryknęły krótko. Nie uniosły go w powietrze jak statek. Nie do tego służyły. Wyrzuciły go trzy metry w bok, prosto za betonowy filar podtrzymujący estakadę transportową.

Drugi pocisk przeszedł przez skraj płaszcza.

Trzeci trafił w filar i rozprysnął odłamki kompozytu.

Darian wylądował na jednym kolanie, płaszcz owinął mu się wokół nogi. Jedną ręką przytrzymał szerokie rondo kapelusza, drugą wysunął pistolet z kabury pod pachą.

— Kael? — spytał.

— Nie. Za ciężki. Kael jest czterdzieści dwa metry dalej, poziom ulicy, wnętrze magazynu. Ten na dachu ma tętno sto trzydzieści sześć. Profesjonalista albo bardzo ambitny amator.

— Skąd tętno?

— Dron serwisowy nad skrzyżowaniem ma fatalne zabezpieczenia.

— Myślałem, że nie włamujesz się do miejskich systemów bez pytania.

— Myślałem, że nie spacerujesz środkiem ulicy, kiedy ktoś wyznaczył za ciebie siedemdziesiąt tysięcy kredytów.

Darian wychylił się na ułamek sekundy.

Strzelec natychmiast odpowiedział.

Za szybko.

Darian cofnął głowę, policzył w myślach odstęp między strzałami i spojrzał w górę. Nad ulicą wisiały dwa poziomy ruchu. Na niższym przesuwały się autonomiczne taksówki, na wyższym ciężkie transportery towarowe jadące w stronę portu orbitalnego. Deszcz rozbijał światła reklam na tysiące smug. Ekran na fasadzie wieżowca po przeciwnej stronie ulicy zachęcał mieszkańców Nowego Rotterdamu do zakupu biletów na przyszłoroczny sezon Areny Obywatelskiej.

Darian nie przeczytał reszty.

— Daj mi transport na górnym pasie.

— Za sześć sekund ciężarówka Nemezis Logistics. Prędkość osiemdziesiąt dwa.

— Świetnie.

— Nie powiedziałem, że to dobry pomysł.

Darian schował pistolet, cofnął się dwa kroki i ruszył sprintem.

Strzelec wystrzelił ponownie, gdy Darian wypadł zza filaru. Pocisk trafił go w lewą stronę klatki piersiowej.

Uderzenie było jak kopnięcie konia.

Warstwa reaktywna pod koszulą zesztywniała w chwili kontaktu. Darian poczuł, jak powietrze ucieka mu z płuc, ale nie zwolnił. Skoczył z krawędzi chodnika i uruchomił ciąg.

Tym razem dysze popchnęły go w górę.

Nie miał wysokości, żeby dotrzeć do górnego pasa. Nie potrzebował jej. Wyciągnął lewe przedramię. Z karwasza wystrzeliła cienka linka zakończona magnetycznym grotem. Przywarła do burty przelatującego transportera.

Szarpnięcie prawie wyrwało mu bark.

Darian zacisnął zęby. Przez trzy sekundy leciał nad ulicą ciągnięty przez ciężarówkę, butami zahaczając o dach niższego pojazdu. Potem odpiął linkę i użył ostatniego impulsu z dysz.

Wylądował na dachu budynku za strzelcem.

Mężczyzna obrócił się.

Darian nie dał mu czasu na drugi strzał.

Pierwszy pistolet wyszedł z kabury po prawej stronie. Drugi z lewej. Strzelił tylko z jednego.

Kula uderzyła strzelca w bark i obróciła go bokiem. Karabin wypadł mu z rąk, stuknął o mokry dach i zatrzymał się przy odpływie.

Darian podszedł spokojnie.

Napastnik miał może trzydzieści pięć lat. Dobry pancerz, wojskowe buty, brak oznaczeń. Rana w barku wyglądała źle, lecz nie śmiertelnie.

— Rzuć broń — syknął mężczyzna, choć sam leżał bez karabinu.

Darian spojrzał na swój pistolet, potem na niego.

— To ty leżysz.

— Nie masz pojęcia, w co wszedłeś.

— To zdanie słyszę częściej niż własne imię.

Mężczyzna poruszył lewą ręką.

Darian kopnął go w nadgarstek. Mały pistolet wysunął się spod rękawa i potoczył po dachu.

— Kto cię wynajął?

Napastnik uśmiechnął się przez ból.

— Myślisz, że chodzi o Kaela?

Darian patrzył na niego przez chwilę.

— Tak.

— To jesteś głupszy, niż mówią.

Vex odezwał się natychmiast.

— Ruch na schodach. Cztery osoby. Dwie ciężkie sygnatury energetyczne. Prawdopodobnie pancerze wspomagane.

Darian westchnął.

— Wszyscy dziś czegoś chcą.

Spojrzał na leżącego mężczyznę. Mógł go skuć i zostawić. Jeszcze kilka lat temu właśnie tak by zrobił. Wtedy jednak nosił odznakę, pisał raporty i wierzył, że ktoś po nim dokończy robotę. Teraz człowiek na dachu nie był podejrzanym. Był zawodowcem, który trzy razy próbował wpakować mu pocisk w klatkę piersiową, a kiedy przegrał, sięgnął po ukrytą broń.

Darian nie miał zwyczaju zabijać bez powodu. Próba zabicia go była jednak powodem wystarczającym.

Napastnik dostrzegł zmianę w jego spojrzeniu.

— Czekaj. Mogę ci powiedzieć...

— Miałeś okazję.

Darian strzelił raz. Krótko, z bliska. Potem schował pistolet, podniósł karabin zabitego i wyjął z niego moduł pamięci.

— Cztery osoby na schodach — przypomniał Vex.

— Wiem.

— Pomyślałem, że po tej demonstracji filozofii osobistej mogłeś zapomnieć.

— Nie zapomniałem.

Darian ruszył do wyjścia technicznego.

* * *

Sevren Kael wynajął całe piętro dawnej sortowni pocztowej, choć od dwudziestu lat nikt nie wysyłał fizycznych listów.

To była jedna z tych rzeczy, które Darian lubił w bogatych przestępcach. Kupowali przestrzeń, której nie potrzebowali, tylko dlatego, że mogli.

Budynek stał przy kanale przemysłowym, w cieniu stacji windy orbitalnej. Z zewnątrz przypominał betonowy sarkofag. Wewnątrz ktoś wyłożył ściany czarnym drewnem, ustawił prawdziwe rośliny i sprowadził meble z ręcznych manufaktur. Kael wydał zapewne więcej na jedną kanapę niż przeciętny mieszkaniec dolnych poziomów miasta zarabiał przez dwa lata.

Darian zostawił rannego strzelca na dachu, przykuwając go do rury serwisowej jego własnym przewodem zabezpieczającym. Czterech ludzi ze schodów okazało się prywatną ochroną Kaela. Dwóch straciło przytomność. Jeden miał przestrzelone udo. Czwarty uciekł, zanim Darian zdążył mu zasugerować rozsądniejsze zachowanie.

Teraz Voss stał pośrodku apartamentu z prawym pistoletem opuszczonym wzdłuż uda.

Przed nim siedział Sevren Kael.

Mężczyzna był szczupły, siwy i ubrany w garnitur, którego materiał reagował na światło drobną zmianą faktury. Na stoliku obok niego stał kryształowy kieliszek. Kael nie wyglądał na człowieka, za którego Federacja wyznaczyła dziewięćset tysięcy kredytów.

Ale prawie żaden nie wyglądał.

— Darian Voss — powiedział Kael. — Były pies Dyrektoriatu.

Darian spojrzał na niego spod ronda kapelusza.

— Były.

— Słyszałem, że kiedyś zabierałeś ludzi żywych.

— Kiedyś miałem cierpliwość.

— A teraz?

— Teraz czytam warunki kontraktu.

Kael uniósł kieliszek.

— „Martwy lub żywy”.

— Dokładnie.

— Więc po co rozmawiamy?

Darian nie odpowiedział od razu.

Vex wyświetlał na soczewce kontaktowej dane z pomieszczenia. Trzy ciepłe sylwetki za ścianą. Dwie po lewej, jedna za drzwiami serwisowymi. Pole zakłócające pod podłogą. Przekaźnik dalekiego zasięgu na dachu. Zbyt dużo przygotowań jak na człowieka, który podobno nie wiedział, że ktoś po niego idzie.

— Bo chcę wiedzieć, dlaczego ktoś obstawił dach — powiedział Darian.

Kael uśmiechnął się.

— Nie mój człowiek.

— Wierzę.

— Naprawdę?

— Nie.

Kael roześmiał się cicho.

— Podobno jesteś trudny do polubienia.

— To obniża liczbę pogrzebów, na które muszę chodzić.

— A jednak ktoś bardzo chce cię dzisiaj zobaczyć.

Darian uniósł pistolet o kilka centymetrów.

— Kto?

— Gdybym wiedział, już bym sprzedał tę informację.

— Sprzedajesz wszystko.

— Informację, ludzi, trasy transportowe, kody dostępu. Tak. Dlatego jeszcze żyję.

— Już nie.

Kael zamilkł.

To była chwila, w której większość ludzi zaczynała negocjować. Obiecywali pieniądze, nazwiska, dostęp do kont, ludzi ważniejszych od siebie. Kael nie zrobił nic z tych rzeczy. Odłożył kieliszek i spojrzał Darianowi prosto w oczy.

— Kontrakt jest fałszywy.

Darian nie poruszył się.

— Vex?

— Sygnatura kontraktu przeszła pełną walidację Dyrektoriatu. Sześć warstw autoryzacji. Klucz centralny. Nie widzę anomalii.

Kael zmarszczył brwi.

— Z kim rozmawiasz?

— Z sumieniem.

— Nie wiedziałem, że masz.

— Ja też nie.

Kael przez moment wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Potem drzwi serwisowe eksplodowały do środka.

Darian obrócił się jeszcze zanim odłamki drewna uderzyły o podłogę.

Pierwszy ochroniarz wszedł z bronią pulsacyjną uniesioną wysoko. Darian strzelił dwa razy. Pierwszy pocisk rozbił przegub broni, drugi trafił mężczyznę w płytę piersiową i rzucił nim na framugę.

Dwóch kolejnych wyszło zza ściany po lewej.

Darian zszedł z linii ognia, przewracając stolik. Zielone szkło rozprysło się pod jego butami. Strzelał w ruchu, po jednym pocisku na cel. Pierwszy mężczyzna dostał w udo. Drugi zdążył odpowiedzieć.

Błękitny impuls uderzył Dariana w kamizelkę.

Pancerz pochłonął większość energii, ale nagle całe lewe ramię odmówiło mu posłuszeństwa. Palce rozluźniły się i pistolet uderzył o podłogę.

— Układ nerwowy przeciążony — oznajmił Vex. — Ruch ręki wróci za około dziewięć sekund.

— Za długo.

— Zgadzam się.

Darian rzucił się na strzelca.

Wbił mu prawy łokieć w szczękę, złapał za kołnierz pancerza i obrócił go tak, żeby ciało znalazło się między nim a trzecim ochroniarzem. Padły dwa impulsy. Pierwszy trafił osłonę. Drugi przeszedł obok.

Darian wypchnął człowieka przed siebie i strzelił nad jego ramieniem.

Ostatni ochroniarz runął na kanapę.

Cisza wróciła gwałtownie.

Darian puścił nieprzytomnego mężczyznę. Lewa ręka drgnęła. Czucie wracało od łokcia do palców jak tysiące gorących igieł.

— Siedem sekund — powiedział Vex.

— Mówiłeś dziewięć.

— Nie doceniłem twojej niechęci do umierania.

Darian podniósł drugi pistolet.

Kael nadal siedział.

Nie sięgnął po broń. Nie próbował uciec.

To zaniepokoiło Dariana bardziej niż ochroniarze.

— Dlaczego nie uciekasz?

Kael popatrzył w stronę okna.

— Bo już jest za późno.

Vex zamilkł na pół sekundy.

Potem jego ton się zmienił.

— Darian.

— Co?

— Mamy problem.

— Precyzyjniej.

— Trzy jednostki Dyrektoriatu w powietrzu. Dwie kolumny pojazdów na poziomie ulicy. Zakłócanie łączności rozstawione na sześciu dachach. Nad kanałem pojawił się okręt patrolowy klasy Aegis.

Darian spojrzał na Kaela.

— Spodziewałeś się ich.

— Spodziewałem się ciebie.

— To nie to samo.

— Dzisiaj? Dokładnie to samo.

W głębi budynku zawyły syreny.

Darian podszedł do Kaela, chwycił go za marynarkę i poderwał z fotela.

— Idziemy.

Kael nawet się nie opierał.

— Dokąd?

— Tam, gdzie nie ma Aegisa.

— W promieniu stu kilometrów nie ma takiego miejsca.

— To znajdziemy sto pierwszy.

* * *

Pierwsza eksplozja wyrwała pół ściany klatki schodowej.

Darian zepchnął Kaela za masywny wspornik i sam przywarł do betonu. Fala uderzeniowa przeszła przez korytarz, niosąc kurz, odłamki i zapach spalonego izolatora.

— To nie są funkcjonariusze, którzy przyszli porozmawiać — zauważył Vex.

— Dziękuję.

— Zawsze służę analizą.

Darian wychylił pistolet zza wspornika i oddał trzy strzały w kierunku klatki. Nie celował w ludzi. Strzelił w lampy awaryjne i czujnik optyczny pod sufitem.

Ciemność trwała niecałe dwie sekundy, zanim włączyło się czerwone światło rezerwowe.

Wystarczyło.

Darian ruszył.

Dwóch funkcjonariuszy Dyrektoriatu weszło przez wyrwę w ścianie. Czarne pancerze bez oznaczeń jednostki, pełne hełmy, karabiny obezwładniające. Voss strzelił pierwszemu w kolano. Drugi zdążył opuścić lufę.

Darian wystrzelił linkę.

Magnetyczny grot przywarł do karabinu. Szarpnął. Broń wyrwała się funkcjonariuszowi z rąk, a Darian przyciągnął ją do siebie, odwrócił i uderzył kolbą w wizjer hełmu.

Pancerz ochronił człowieka przed złamaniem czaszki. Nie ochronił przed utratą równowagi.

Funkcjonariusz runął na plecy.

Darian przeskoczył przez niego.

— Poziom minus dwa — powiedział Vex. — Kanał techniczny prowadzi do terminalu rzecznego. Jeśli dotrzesz tam w trzy minuty, mogę sprowadzić statek.

— Rób to.

— Już robię.

Kael biegł za nim zaskakująco dobrze jak na człowieka po sześćdziesiątce.

— Voss!

Darian nie zwolnił.

— Co?

— Jeśli mnie zabijesz, oni i tak cię wezmą.

— W takim razie mam dwa problemy.

— Posłuchaj mnie. Nie jestem celem.

Darian zatrzymał się tak nagle, że Kael prawie na niego wpadł.

Przycisnął go do ściany.

— Dziewięćset tysięcy kredytów mówi co innego.

— To przynęta.

— Dobra przynęta.

— Wiedzieli, że przyjdziesz sam. Wiedzieli, że nie oddasz kontraktu innej ekipie. Wiedzieli, że wejdziesz bez wsparcia, bo od trzech lat robisz wszystkie wysokie zlecenia sam.

Darian poczuł pierwsze ukłucie czegoś, czego nie lubił.

Nie strachu.

Zrozumienia.

— Vex. Sprawdź historię kontraktu jeszcze raz. Nie sygnaturę. Trasę.

— Już sprawdzam.

Za nimi rozległy się ciężkie kroki.

Darian pchnął Kaela w stronę schodów.

— Biegnij.

— Dokąd?

— W dół.

— To bardzo szczegółowy plan.

— Dlatego tyle kosztuję.

Zeszli dwa poziomy niżej. Darian czuł miejsce, w które trafił go pocisk na ulicy. Pancerz zatrzymał penetrację, ale lewe żebra pulsowały przy każdym oddechu. Uderzenie mogło zostawić pęknięcie. Nie miał teraz czasu sprawdzać.

W połowie następnego korytarza Vex odezwał się ponownie.

— Mam coś.

— Mów.

— Zlecenie zostało utworzone trzydzieści sześć godzin temu w węźle centralnym Dyrektoriatu. Oficjalnie wystawił je Departament Przestępczości Międzyplanetarnej.

— Oficjalnie?

— Klucz należał do zmarłego administratora.

Darian zwolnił.

— Jak dawno zmarł?

— Dwa lata, cztery miesiące i dziewięć dni temu.

Kael spojrzał na niego.

— Teraz mi wierzysz?

— Teraz wierzę, że ktoś włamał się do Dyrektoriatu.

— Nikt się tam nie włamał.

— Skąd wiesz?

Kael nie odpowiedział.

Darian uniósł broń.

— Sevren.

— Bo takie rzeczy robi się od środka.

Z sufitu wysunęła się lufa automatycznego działka.

Vex krzyknął:

— W dół!

Darian rzucił Kaela na ziemię i sam upadł obok. Seria pocisków przeorała ścianę, rozsiewając fontannę odłamków.

Voss przetoczył się, wystrzelił trzy razy. Dwa pociski odbiły się od osłony wieżyczki. Trzeci trafił w siłownik. Broń zacięła się w połowie obrotu.

— To było miejskie zabezpieczenie? — spytał Darian.

— Było. Ktoś przejął lokalną sieć.

— Ty też możesz?

— Mogę spróbować.

— Spróbuj szybciej.

Darian poderwał Kaela.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się, zanim do nich dotarli. Po drugiej stronie znajdował się kanał techniczny biegnący pod kompleksem. Niski, wilgotny, wypełniony rurami i przewodami. Woda sięgała do kostek.

Darian wszedł pierwszy.

— Statek?

— Czterdzieści sekund.

— Dobrze.

— Nie powiedziałem, że dotrze.

— Vex.

— Aegis blokuje przestrzeń nad kanałem. Jeśli wejdę bezpośrednio, przechwycą mnie w mniej niż minutę.

— To wejdź pośrednio.

— Zawsze doceniam twoją znajomość aerodynamiki.

Darian usłyszał śmiech Kaela.

— On zawsze taki jest?

Voss spojrzał na niego.

— Kto?

Kael przestał się uśmiechać.

— Nieważne.

Darian ruszył dalej.

Kanał zwężał się po kilkudziesięciu metrach. Nad ich głowami dudniły pojazdy, a przez szczeliny w stropie sączyła się woda. Kael oddychał coraz ciężej, ale nie narzekał. Darian docenił to bardziej, niż zamierzał.

— Co sprzedałeś? — zapytał.

— W życiu? Za dużo rzeczy.

— Dzisiaj. Co wiedziałeś o mnie?

Kael milczał.

Darian zatrzymał go dłonią na piersi.

— Mamy niecałe trzy minuty, zanim znajdą wejście do tunelu. Możemy je spędzić, biegnąc, albo mogę przez trzy minuty przekonywać cię, żebyś zaczął mówić. Druga wersja będzie gorsza dla nas obu.

Kael spojrzał na pistolet, potem na twarz Dariana.

— Pół roku temu ktoś kupował profile operacyjne byłych funkcjonariuszy Dyrektoriatu.

— Jakie profile?

— Pełne. Trasy zleceń. Preferowany sprzęt. Reakcje na zasadzki. Dane medyczne. Wyniki treningów. Raporty psychologiczne.

Darian ruszył ponownie.

— Takich danych nie ma na rynku.

— Wszystko jest na rynku. Różni się tylko cena.

— Sprzedałeś mój?

— Nie miałem twojego. Pośredniczyłem w płatności.

— Komu?

— Nie wiem.

Darian spojrzał na niego z boku.

— Nie mam dziś cierpliwości.

— I dlatego kiedyś byłeś dobrym funkcjonariuszem, a teraz jesteś drogim zabójcą.

Voss złapał go za kark i docisnął do mokrej ściany.

— Komu?

Kael skrzywił się.

— Naprawdę nie wiem. Płatność przyszła przez sześć spółek, dwie fundacje i bank na Asterionie. Ostatni właściciel był martwy od jedenastu lat. Ktoś bardzo się starał, żeby nie zostawić nazwiska.

— Ile zapłacił?

— Za sam dostęp do pośrednika? Cztery miliony.

Darian puścił go.

Cztery miliony nie były kwotą wydawaną z ciekawości.

— Ilu ludzi?

— Dwudziestu siedmiu.

— Łowców?

— Łowców, byłych operatorów, dwóch płatnych zabójców, jednego pirata. Ludzi, których trudno złapać normalnie.

— I nikogo to nie zainteresowało?

Kael zaśmiał się bez humoru.

— Ciebie nie zainteresowało.

Darian nic nie odpowiedział.

Miał rację. Gdyby ktoś przyszedł do niego pół roku wcześniej i powiedział, że na czarnym rynku handluje się danymi o byłych funkcjonariuszach, Voss zapytałby tylko, czy wyznaczono za sprawcę nagrodę.

W tunelu rozległ się metaliczny huk.

Vex odezwał się natychmiast.

— Otworzyli właz za nami. Osiem sygnatur. Dwie szybkie.

— Drony?

— Prawdopodobnie.

Przed nimi tunel przecinał szyb transportowy. Dawniej kursowały nim automatyczne platformy przewożące paczki między sortownią a terminalem. Teraz po jednej szynie wciąż sunęły kontenery z częściami przemysłowymi, każdy długości kilku metrów, oddzielony od następnego pustą przestrzenią.

Darian wychylił się nad krawędź. Szyb miał może dwanaście metrów szerokości. W dole, sześć pięter niżej, błyszczała czarna woda.

Po przeciwnej stronie znajdowały się drzwi z napisem TERMINAL B-4.

— Oczywiście — powiedział Kael.

— Co?

— Most jest podniesiony.

Darian spojrzał na mechanizm pomostu. Panel nie świecił.

— Vex?

— Zasilanie odcięte.

Za nimi pojawiło się światło.

Dwa małe drony wleciały do tunelu, szybkie i płaskie, z paralizatorami pod kadłubem.

Darian strzelił.

Pierwszy pocisk przeszedł obok. Drugi trafił przedni sensor drona. Maszyna uderzyła w ścianę, odbiła się i spadła do wody.

Drugi odpowiedział impulsem.

Darian poczuł gorąco na prawym policzku.

— Skacz — powiedział.

Kael popatrzył na niego jak na wariata.

— Gdzie?

Darian wskazał nadjeżdżający kontener.

— Na to.

— Mam sześćdziesiąt trzy lata.

— W takim razie najwyższy czas zrobić coś głupiego.

Darian schował broń i poczekał do ostatniej chwili. Kontener przesuwał się pod nimi z prędkością może trzydziestu kilometrów na godzinę. Voss skoczył pierwszy.

Wylądował ciężko na metalowym dachu. Ból przeszył lewe żebra tak mocno, że na sekundę pociemniało mu przed oczami.

— Pęknięcie co najmniej jednego żebra — powiedział Vex.

— Później.

Kael nadal stał na krawędzi.

— Skacz!

Dron pojawił się za nim.

Kael skoczył.

Za krótko.

Uderzył klatką piersiową o krawędź kontenera i ześlizgnął się. Darian rzucił się na brzuch, złapał go za nadgarstek prawą ręką.

Nagły ciężar szarpnął uszkodzonymi żebrami. Darian syknął.

Kael wisiał nad szybem.

— Puść mnie, jeśli chcesz — powiedział przez zaciśnięte zęby. — Kontrakt przecież pozwala.

Darian spojrzał na niego.

— Zamknij się i właź.

Dron wszedł w szyb.

— Za tobą — ostrzegł Vex.

Darian nie mógł sięgnąć po pistolet. Jedną ręką trzymał Kaela, drugą zaparł się o dach.

— Przejmij go.

— Sieć wojskowa. Potrzebuję czasu.

— Masz sekundę.

— To nie jest czas. To obraza matematyki.

Dron wycelował.

Darian puścił lewą ręką krawędź, sięgnął do karwasza i uruchomił linkę. Grot wystrzelił w bok, zaczepił się o kratownicę nad szybem. Voss zacisnął mechanizm i pozwolił, by linka przejęła część ciężaru.

Prawą dłonią nadal trzymał Kaela. Lewą wyciągnął pistolet.

Strzelił pod własnym ramieniem.

Dron eksplodował pół metra od ściany.

Odłamki posypały się w dół.

Darian wciągnął Kaela na dach kontenera.

Przez chwilę obaj leżeli, łapiąc oddech.

— Mogłeś mnie puścić — powiedział Kael.

— Mogłem.

— Dlaczego nie puściłeś?

Darian wstał ostrożnie.

— Bo jeszcze nie odpowiedziałeś na wszystkie pytania.

Kael uśmiechnął się krzywo.

— Oczywiście.

Kontener zbliżał się do drugiej strony szybu. Darian spojrzał na drzwi terminalu i przygotował się do skoku.

— Darian — powiedział Vex.

— Co?

— Statek jest w drodze, ale ktoś właśnie zmienił korytarze ruchu nad całym sektorem.

— Przypadek?

— Jeśli wierzysz w przypadki, możemy również zacząć wierzyć w horoskopy.

Darian skoczył na przeciwległy pomost.

Tym razem ból w żebrach prawie posłał go na kolana.

Kael wylądował za nim.

— Jak daleko? — zapytał Voss.

— Minuta do terminalu. Może dwie, jeśli nadal będziesz ratował ludzi, których miałeś zabić.

— Nie przyzwyczajaj się.

Darian kopnął drzwi i ruszył dalej.

* * *

Terminal rzeczny okazał się pułapką.

Nie prostą. Proste Darian zauważał.

Ta była zrobiona dla niego.

Gdy wyszli z kanału technicznego do wielkiej hali przeładunkowej, wszystkie bramy były otwarte. Na zewnątrz padał deszcz. Kanał ciągnął się między magazynami, a kilkaset metrów dalej widać było światła zatoki.

Ani jednego funkcjonariusza.

Ani jednego drona.

Ani jednego cywila.

Darian zatrzymał się.

— Vex.

— Widzę.

— Statek?

— Dwanaście sekund.

Kael spojrzał w górę.

— Nie powinieneś go sprowadzać.

— Teraz mówisz?

— Jeśli go zobaczą, zabiorą ci wszystko.

— Najpierw muszą mnie złapać.

— Właśnie po to tu jesteś.

Darian usłyszał coś nad sobą.

Nie silnik.

Kliknięcie.

Prawie mechaniczne.

Spojrzał na stalowe belki pod sufitem.

Z sześciu miejsc wysunęły się małe urządzenia wielkości dłoni.

Vex zidentyfikował je sekundę później.

— Generatory impulsu elektromagnetycznego. Militarne.

Darian obrócił się i strzelił do najbliższego.

Za późno.

Świat błysnął na biało.

Wszelkie dźwięki zniknęły.

Nie dlatego, że impuls był cichy. Dlatego, że implant przy uchu Dariana wyłączył się tak gwałtownie, iż jego mózg przez moment nie potrafił rozdzielić ciszy od ogłuszenia.

Soczewka wygasła.

Karwasz zgasł.

Moduł ciągu przestał odpowiadać.

— Vex?

Nic.

To było gorsze niż ostrzał.

Darian nie pamiętał, kiedy ostatni raz nie słyszał Vexa dłużej niż kilka minut.

Z ciemności hali rozległ się głos.

— Darian Voss! Odłóż broń!

Reflektory zapaliły się jednocześnie.

Dwudziestu funkcjonariuszy.

Nie.

Trzydziestu.

Darian naliczył trzy linie, osłony balistyczne, dwa działka przenośne i cztery osoby w ciężkich pancerzach wspomaganych. Nad otwartą bramą wisiał śmigacz szturmowy. Dalej, nad kanałem, pojawiły się kolejne dwa.

Kael uniósł ręce.

Darian nie.

— Odłóż pistolety! — powtórzył dowódca przez wzmacniacz.

— Które? — zapytał Darian.

— Oba.

— Szkoda.

Kael spojrzał na niego z boku.

— Nie wyjdziesz z tego.

— To się dopiero okaże.

— Nie. Tym razem nie.

Darian zacisnął dłonie na rękojeściach.

Miał dwa pistolety. Łącznie trzydzieści jeden pocisków. Jeden zapasowy magazynek przy pasie. Nóż. Linkę, która po impulsie mogła nie działać. Moduł ciągu martwy. Pancerz uszkodzony. Lewe żebra bolały coraz bardziej.

Trzydziestu funkcjonariuszy przed nim.

Być może drugie tyle za ścianami.

Mógł zabić pięciu, zanim odpowiedzą.

Może ośmiu, jeśli pierwsza linia spanikuje.

Dziesięciu, jeśli miałby Vexa.

Nie miał.

I wtedy usłyszał cichy trzask za uchem.

— ...rian.

Darian nie poruszył twarzą.

— Vex?

Głos był zniekształcony.

— Moduł... awaryjny. Dziewięć procent mocy. Statek... jest nad sektorem.

Darian spojrzał przez otwartą bramę.

Między deszczem i światłami ruchu powietrznego przemknął ciemny kształt jego statku. Szybki, niski, niemal niewidoczny wśród transportowców.

— Zabierz mnie stąd.

Cisza.

— Vex?

— Nie mogę.

— Możesz.

— Aegis ma blokadę celu. Jeśli podejdę, zostanę unieruchomiony albo przejęty.

— To ryzyko.

— Niepotrzebne.

Darian poczuł, jak szczęka mu twardnieje.

— To rozkaz.

Vex milczał przez sekundę.

— Odrzucam.

Darian prawie się uśmiechnął.

— Od kiedy odrzucasz rozkazy?

— Od kiedy wydajesz głupie.

Statek zmienił kurs.

Nie w stronę terminalu.

W górę.

Darian patrzył, jak jego jedyna droga ucieczki wchodzi między gęsty strumień cywilnego ruchu i znika za wieżowcami.

— Vex.

— Zachowuję zasoby.

— Zostawiasz mnie.

— Zachowuję zasoby — powtórzył Vex. — To nie to samo.

Połączenie urwało się.

Dowódca funkcjonariuszy zrobił krok naprzód.

— Ostatnie ostrzeżenie!

Darian spojrzał na Kaela.

— Miałeś rację.

Kael westchnął.

— Wolałbym nie mieć.

— Ja też.

Darian rzucił pierwszy pistolet na ziemię.

Potem drugi.

Metal uderzył o beton.

Dwóch funkcjonariuszy podeszło natychmiast. Jeden kopnął broń poza zasięg. Drugi wykręcił Darianowi ręce za plecy.

Voss pozwolił mu.

Nie dlatego, że się poddał.

Dlatego, że walka zakończyła się trzydzieści sekund wcześniej i tylko idiota umierałby po to, żeby udowodnić, że jeszcze potrafi strzelać.

Na nadgarstkach zatrzasnęły się ciężkie obręcze.

Nie były to standardowe kajdanki.

Darian poczuł ukłucie.

Nanowłókna wbiły się pod skórę.

— Co to jest?

Funkcjonariusz nie odpowiedział.

Kaela skuto zwykłymi kajdankami.

Darian zauważył to od razu.

— Interesujące.

— Zamknij się — powiedział funkcjonariusz.

— Mówiłem do siebie.

— Zauważyłem.

Darian został odwrócony twarzą do dowódcy.

Kobieta miała około pięćdziesięciu lat, krótko ostrzyżone siwe włosy i pancerz oficerski bez nazwiska. Hełm trzymała pod pachą.

Patrzyła na Dariana bez satysfakcji.

To również mu się nie spodobało.

— Darian Voss — powiedziała. — Jesteś zatrzymany na mocy federalnego nakazu za trzydzieści jeden zabójstw dokonanych poza zakresem licencji, sześć przypadków egzekucji osób objętych ochroną państwową, przemyt broni wojskowej, sabotaż infrastruktury orbitalnej i współpracę z organizacją terrorystyczną.

Darian mrugnął raz.

— Brzmi pracowicie.

— Masz coś do powiedzenia?

— Sabotaż orbitalny jest nowy.

— Nie pytam, co jest nowe.

— W takim razie nie.

Kael roześmiał się krótko.

Jeden z funkcjonariuszy uderzył go w brzuch.

Darian spojrzał na kobietę.

— On był na liście.

— Już nie jest.

— Od kiedy?

— Od dziesięciu minut.

— Wygodnie.

Kobieta podeszła bliżej.

— Powinieneś był zostać w służbie, Voss.

Darian przyjrzał jej się uważniej.

— Znamy się?

— Nie.

— To skąd wiesz, co powinienem był zrobić?

Na moment w jej oczach pojawiło się coś, czego nie zdążył odczytać.

Potem znowu była tylko urzędnikiem w pancerzu.

— Zabierzcie go.

— A Kael?

— Nie twój problem.

Darian ruszył między dwoma funkcjonariuszami.

Przy wyjściu obejrzał się jeszcze raz.

Sevren Kael stał pośrodku hali, skuty, ale żywy. Patrzył za nim. Nie wyglądał jak człowiek uratowany przed egzekucją.

Wyglądał jak ktoś, kto właśnie zobaczył potwierdzenie czegoś, czego bał się od dawna.

* * *

Transport więzienny nie miał okien.

Darian siedział przypięty do metalowej ławy, z rękami zablokowanymi przed sobą. Kajdanki nadal wbijały mikrowłókna w nadgarstki. Każda próba napięcia mięśni powodowała piekący impuls biegnący aż do łokci.

Po drugiej stronie siedziało dwóch strażników.

Obaj milczeli.

Darian też.

Najbardziej przeszkadzał mu brak głosu Vexa.

Nie przyznawał się do tego przed sobą, ale cisza była nienaturalna. Przez ostatnie osiem lat Vex był obecny w każdej pracy, w każdym locie, przy większości posiłków i podczas połowy snu. Nie był człowiekiem. Darian nigdy nie popełniał błędu polegającego na udawaniu, że nim jest.

Ale też nie był zwykłym programem.

Zwykły program nie odmawiał wykonania rozkazu.

Zwykły program nie uciekał.

Darian zacisnął szczękę.

Statek powinien był po niego przylecieć.

Statek przyleciałby po niego, gdyby Darian nim sterował.

A potem zostałby przejęty razem z całym archiwum zleceń, kodami, pieniędzmi, tożsamościami kontaktów i głównym rdzeniem Vexa.

Czyli Vex miał rację.

To tylko pogarszało sprawę.

Jeden ze strażników spojrzał na niego.

— Co cię śmieszy?

Darian zorientował się, że rzeczywiście się uśmiecha.

— Nic.

— Wyglądasz, jakbyś miał plan.

— Nie mam.

Strażnik spojrzał na kolegę.

— To pierwszy raz?

Darian oparł głowę o ścianę transportera.

— Tak.

Pojazd skręcił gwałtownie. Po chwili poczuł zmianę ciśnienia i charakterystyczne drżenie podłogi.

Nie jechali już ulicą.

Wjeżdżali do windy orbitalnej albo do modułu transportu suborbitalnego.

Darian uniósł wzrok.

— Dokąd lecimy?

Strażnicy milczeli.

— Jeśli mam być sądzony, centrum federalne jest w Hadze.

— Nie jedziesz do Hagi — powiedział w końcu starszy z nich.

— Więc dokąd?

Mężczyzna zawahał się.

Drugi szturchnął go łokciem.

Za późno.

Darian zobaczył zmianę.

Nie chodziło o proces.

Nie chodziło nawet o zarzuty.

Kontrakt na Kaela był fałszywy. Obława była gotowa wcześniej. Specjalne kajdanki przygotowano dla niego. Statek blokował Aegis. Funkcjonariuszka znała jego przeszłość. Ktoś zaplanował cały dzień z dokładnością do minut.

Po co?

Transport podskoczył lekko, a potem przyspieszenie wcisnęło Dariana w oparcie.

Na ścianie nad drzwiami zapalił się mały ekran informacyjny. Przez sekundę wyświetlał numer jednostki. Potem pojawił się znak, którego Darian nie widział od lat z bliska, choć znał go jak każdy człowiek w Federacji.

Białe koło przecięte trzema czerwonymi liniami.

Pod nim jedno słowo.

PRÓBA.

Darian patrzył na ekran.

Strażnik naprzeciwko odwrócił wzrok.

— To chyba żart — powiedział Darian.

Nikt mu nie odpowiedział.

Po chwili drzwi kabiny otworzyły się i weszła ta sama siwowłosa oficer, która zatrzymała go w terminalu. Tym razem nie miała pancerza. Usiadła naprzeciwko.

— Panie Voss.

— Już jesteśmy po imieniu.

— Nie jesteśmy.

— W takim razie proszę mówić „oskarżony o sabotaż orbitalny”. Polubiłem to.

Kobieta położyła na kolanach cienki terminal.

— Formalny proces odbędzie się później.

— To pocieszające.

— W twoim przypadku wynik nie budzi wątpliwości.

— Jeszcze lepiej.

— Dowody są wystarczające do skazania na trzy dożywocia.

Darian spojrzał jej w oczy.

— Sfałszowane dowody.

— Tego nie będę z tobą omawiać.

— Bo nie możesz czy dlatego, że wiesz?

Nie odpowiedziała.

Terminal na jej kolanach rozświetlił się. Darian zobaczył własną twarz. Zdjęcie sprzed kilku lat, wykonane jeszcze podczas służby w Dyrektoriacie. Młodszy o kilka blizn. Wciąż z tym samym nieprzyjemnym spojrzeniem.

Pod zdjęciem przewijały się dane: liczba potwierdzonych zatrzymań, liczba kontraktów, skuteczność, ocena ryzyka, popularność medialna.

Darian zatrzymał wzrok na ostatniej pozycji.

POPULARNOŚĆ PREDYKCYJNA: 91,4%.

— A więc o to chodzi — powiedział.

Kobieta wyłączyła ekran.

— Zostałeś zakwalifikowany do programu federalnego na mocy ustawy o redukcji kar dla przestępców wysokiego ryzyka.

— Nazwij to normalnie.

— Próba.

Darian patrzył na nią bez słowa.

Każdy znał Próbę.

Dzieciaki nosiły koszulki z nazwiskami finalistów. Bary organizowały transmisje. Firmy wykupywały prawa do nagrań zabójstw, zanim jeszcze krew wyschła na ziemi. Widzowie obstawiali trasy, sojusze, liczbę eliminacji. Rządy twierdziły, że program zmniejszył liczbę egzekucji i koszty utrzymania więzień specjalnych.

Darian zawsze uważał Próbę za widowisko dla ludzi, którzy chcieli oglądać śmierć, lecz nie mieli odwagi się do tego przyznać.

— Nie jestem skazany — powiedział.

— Będziesz.

— Nie podpisałem zgody.

— Nie musisz.

— Zasady programu wymagają prawomocnego wyroku.

Oficer przechyliła głowę.

— Dobrze pamiętasz przepisy.

— Kiedyś pracowałem dla ludzi takich jak ty.

— Nie dla takich jak ja.

— Wszyscy tak mówią.

Kobieta odłożyła terminal.

— Za czterdzieści osiem godzin rozpocznie się odprawa uczestników. Otrzymasz pełny regulamin, podstawowe wyposażenie oraz część zatwierdzonego ekwipunku osobistego. Jeśli dotrzesz do końca trasy i znajdziesz się w grupie finalistów, wyrok zostanie anulowany.

— A potem?

— Wolność.

Darian prychnął.

— Na Ziemi?

— Nie.

— Oczywiście.

— Finaliści otrzymują prawo osiedlenia poza rdzeniem Federacji: w zewnętrznych koloniach, niezależnych układach albo strefach granicznych. Bez dalszego nadzoru federalnego.

— Wygnanie nazwane wolnością.

— Dla człowieka z trzema dożywociami to atrakcyjna definicja.

Darian pochylił się nieco do przodu. Kajdanki odpowiedziały piekącym impulsem.

— Kto mnie wybrał?

— System kwalifikacyjny.

— Kto wpisał mnie do systemu?

— Nie mam dostępu do tej informacji.

— Kłamiesz.

— Być może.

Pierwszy raz powiedziała coś, co go zainteresowało.

Darian zmrużył oczy.

— Jak się nazywasz?

— Komandor Elara Senn.

— Elara. Kto mnie wrobił?

— Nadal nie jesteśmy po imieniu.

— Kto mnie wrobił, komandor Senn?

Kobieta wstała.

— Jeśli przeżyjesz, będziesz miał dużo czasu, żeby się tego dowiedzieć.

— A jeśli nie?

— Wtedy pytanie przestanie mieć znaczenie.

Ruszyła do drzwi.

Darian odezwał się, zanim wyszła.

— Jeszcze jedno.

Senn spojrzała przez ramię.

— Mój statek.

— Nie został zabezpieczony.

Darian poczuł coś bliskiego ulgi, choć nie pozwolił, by było to widać.

— Czyli uciekł.

— Wygląda na to, że twój system pokładowy ma rozwinięty instynkt samozachowawczy.

— Nie lubi ludzi.

— Ma z tobą coś wspólnego.

Drzwi zamknęły się za nią.

Darian został sam ze strażnikami, bólem w żebrach i ciszą w głowie.

Spojrzał jeszcze raz na znak Próby świecący nad drzwiami.

Przez lata ścigał ludzi, którzy wierzyli, że są zbyt dobrzy, żeby dać się złapać. Potem sam zaczął zabijać cele, bo martwy człowiek nie uciekał, nie składał apelacji i nie próbował strzelać do niego w drodze do aresztu.

Teraz ktoś wykorzystał dokładnie tę reputację przeciwko niemu.

Darian odchylił głowę i zamknął oczy.

— Dobra robota — mruknął.

Strażnik naprzeciwko zmarszczył brwi.

— Co?

Darian otworzył oczy.

— Nie do ciebie.

Tym razem naprawdę mówił sam do siebie.

Cisza

Darian Voss obudził się, zanim światło nad jego głową zdążyło zmienić kolor z czerwonego na biały.

Najpierw poczuł metal.

Nie chłód pod plecami ani obręcze na nadgarstkach. Metal w ustach. Smak krwi po przygryzionym języku i tępy ból szczęki, który wracał przy każdym ruchu.

Potem przyszła cisza.

Prawdziwa.

Nie ta zwyczajna, jaka zapadała między jednym komunikatem a drugim. Nie kilka sekund bez komentarza, kpiny albo suchego ostrzeżenia. Vex nie mówił nic.

Darian otworzył oczy.

Leżał na wąskiej platformie transportowej, przypięty pasami przez klatkę piersiową, uda i kostki. Nad nim przesuwały się segmenty białego sufitu. Co kilka metrów jarzeniówki gasły, a w ich miejsce pojawiały się czerwone znaczniki kierunkowe.

Spróbował poruszyć prawą dłonią.

Kajdanki odpowiedziały krótkim impulsem.

Ból przeszedł od nadgarstka do barku.

— Nie rób tego — powiedział ktoś po lewej.

Darian odwrócił głowę.

Na sąsiedniej platformie leżał mężczyzna z ogoloną czaszką i szeroką twarzą. Miał rozciętą brew, zaschniętą krew na szyi i metalowy kołnierz z trzema czerwonymi diodami. Jedno oko było spuchnięte.

— Pierwszy impuls ostrzega — ciągnął nieznajomy. — Drugi ścina mięśnie. Trzeci podobno zatrzymuje serce.

— Sprawdzałeś?

Mężczyzna uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

— Jeszcze nie.

Darian przymknął oczy i spróbował przywołać ostatnie chwile przed utratą świadomości.

Korytarz. Żołnierze Dyrektoriatu. Gaz. Kael na podłodze.

Statek.

Vex.

Pamiętał krótkie zdanie, które usłyszał przed zerwaniem połączenia. Potem zakłócenia, szarpnięcie w uchu i pustkę.

Odruchowo napiął mięśnie przy prawym uchu, jakby samym ruchem mógł zmusić implant do odpowiedzi.

Nic.

— Nie słyszysz? — spytał mężczyzna obok.

Darian otworzył oczy.

— Co?

— Wołałem do ciebie dwa razy.

— Słyszę.

— Wyglądało, jakbyś odpłynął.

— Rozczaruję cię. Nadal żyję.

Platformy przejechały przez szeroką bramę. Po obu stronach korytarza stali strażnicy w grafitowych pancerzach. Nie mieli widocznych twarzy. Wizjery były gładkie, czarne, pozbawione oznaczeń.

Za nimi znajdowały się kolejne platformy.

Dziesiątki.

Darian policzył trzydzieści dwie, zanim korytarz skręcił. Potem zobaczył następne.

Niektórzy więźniowie leżeli spokojnie. Inni przeklinali. Jeden szarpał się tak mocno, że pasy wbijały mu się w szyję. Strażnik podszedł do niego, przyłożył dwa palce do panelu na burcie platformy i zwiększył napięcie kajdanek.

Krzyk urwał się natychmiast.

Darian przestał liczyć.

To nie był zwykły areszt.

Zwykły areszt nie potrzebował tylu ludzi w jednym miejscu.

Platforma zatrzymała się w obszernej hali.

Na ścianie przed nimi świecił biały napis:

CENTRUM TRANSFEROWE A-19

SEKTOR IZOLACYJNY

Pod nim mniejszymi literami:

WEJŚCIE BEZ AUTORYZACJI PODLEGA NATYCHMIASTOWEJ NEUTRALIZACJI.

— Przyjemnie — mruknął łysy.

Darian nic nie odpowiedział.

Strażnicy odpinając pasy, pracowali parami. Jeden zdejmował zabezpieczenie z nóg, drugi trzymał broń wymierzoną w klatkę piersiową więźnia. Nie spuszczali luf nawet wtedy, gdy człowiek ledwie stał.

Kiedy przyszła kolej na Dariana, strażnik nacisnął panel.

Pasy puściły.

— Wstań.

Darian usiadł.

Świat zachwiał się na sekundę. Kamizelki już nie miał. Płaszcza również. Został w szarej koszuli więziennej i spodniach bez kieszeni. Na lewym boku czuł ciemny, twardy siniak w miejscu, gdzie podczas zatrzymania dostał pociskiem.

— Wstań — powtórzył strażnik.

Darian postawił stopy na podłodze.

— Słyszałem za pierwszym razem.

Lufa podniosła się o kilka centymetrów.

— To wykonuj za pierwszym razem.

Darian spojrzał na czarny wizjer.

Nie miał broni. Nie miał ciągu. Nie miał Vexa. W hali stało około czterdziestu strażników i co najmniej trzy wieżyczki automatyczne.

Nie był to dobry moment, żeby sprawdzać, jak mocna jest ich cierpliwość.

Wstał.

— Ręce przed siebie.

Kajdanki zsunęły się z zaczepów platformy, ale pozostały na nadgarstkach. Łączył je gruby moduł wielkości dłoni.

Darian poczuł lekkie mrowienie w palcach.

Pole blokujące.

To tłumaczyło ciszę.

Przynajmniej częściowo.

* * *

Pierwsze badanie trwało jedenaście minut.

Drugie dwadzieścia trzy.

Trzecie tak długo, że Darian stracił rachubę.

Zabrano mu odciski, próbki krwi, skany siatkówki, strukturę kości, profil hormonalny, zapis pracy serca i pełny obraz neurologiczny. Prześwietlili każdy ząb. Dwukrotnie sprawdzili tkankę pod paznokciami.

Na końcu posadzili go w metalowym fotelu, a nad głową zamknął się półkolisty pierścień skanera.

Technik siedzący po drugiej stronie szyby przesunął coś na ekranie.

— Implant skroniowo-kostny.

Darian patrzył przed siebie.

Technik powiększył obraz.

— Model?

— Prywatny.

— Producent?

— Nie pamiętam.

— Masz wszczepiony układ bez znajomości producenta?

— Miałem gorsze pomysły.

Technik nie uśmiechnął się.

— Funkcja?

Darian poruszył szczęką. Prawa strona nadal bolała.

— Wspomaganie słuchu.

— Dokumentacja medyczna podaje jednostronny ubytek czterdzieści osiem decybeli w prawym uchu.

— To dlatego mam wspomaganie słuchu.

— Test wejściowy wskazuje dziś dwadzieścia jeden.

— Dobry dzień.

Technik podniósł wzrok.

Darian odwzajemnił spojrzenie.

Wiedział, co widział człowiek na ekranie. Implant był zbudowany tak, by podczas standardowego skanu wyglądać jak wielokanałowy układ kompensacyjny. Miał przewody wzdłuż kości skroniowej, przetwornik drgań, niewielki bufor medyczny. Wszystko zgodne z przykrywką.

Prawdziwe funkcje ukrywały się głębiej.

Technik zmienił częstotliwość skanu.

Przez sekundę Darian poczuł gorąco za uchem.

— Masz aktywne kanały komunikacyjne? — spytał mężczyzna.

— Gdybym miał, pewnie byście już o tym wiedzieli.

— Pytam ciebie.

— Nie.

To było prawdziwe.

Kajdanki nadal tłumiły transmisję. W pomieszczeniu dodatkowo pracowało pole zakłócające. Nawet gdyby Vex wisiał kilka metrów nad dachem, nie przebiłby się przez tę warstwę izolacji.

Technik przesunął kolejne parametry.

— Układ ma więcej pamięci niż standardowe urządzenie medyczne.

— Słuchawki też mają pamięć.

— To nie są słuchawki.

— Wiem. Są pod skórą.

Mężczyzna zamilkł.

Darian czekał.

Najgorsze podczas kontroli nie było pytanie. Najgorsza była cisza po pytaniu, gdy ktoś po drugiej stronie próbował zdecydować, czy już kłamiesz, czy dopiero zamierzasz.

Po minucie technik wyłączył pierścień.

— Brak aktywnego połączenia. Brak zewnętrznego źródła zasilania. Brak niedozwolonego modułu ofensywnego.

Darian nie poruszył się.

— Czyli mogę iść?

— Nie.

Drzwi za jego plecami otworzyły się.

Dwóch strażników weszło do środka.

Technik jeszcze raz spojrzał na skan.

— Zostawiamy implant. Usunięcie mogłoby spowodować trwałe uszkodzenie nerwu słuchowego.

— Wzruszające.

— Gdyby przestał zachowywać się jak urządzenie medyczne, zostanie wycięty.

Darian wstał.

— Wtedy rzeczywiście przestanę słyszeć.

Technik wzruszył ramionami.

— Nie mój problem.

Strażnik zapiął mu kajdanki do pasa transportowego.

Darian wyszedł bez słowa.

Dopiero w korytarzu pozwolił sobie na jeden spokojniejszy oddech.

Pierwsza rzecz, która mogła go zdradzić, właśnie została uznana za wadliwy aparat słuchowy.

Nie znaczyło to, że był bezpieczny.

Znaczyło tylko, że jeszcze go nie rozcięli.

Po badaniu nie zaprowadzili go od razu do celi.

Najpierw kazali stanąć nago na białym polu w kolejnym pomieszczeniu. Z sufitu zjechały trzy ramiona skanera. Jedno obracało się wokół jego klatki piersiowej, drugie przechodziło wzdłuż kręgosłupa, trzecie zatrzymało się przy biodrach.

— Ręce wyżej — poleciła kobieta w granatowym kombinezonie.

Darian uniósł ręce.

— Jeszcze.

— Wyżej nie mam stawów.

Kobieta zerknęła na niego bez rozbawienia.

— Nazwisko.

— Przecież macie.

— Nazwisko.

— Voss.

— Imię.

— Darian.

— Wiek.

— Trzydzieści.

Skaner zapiszczał.

Kobieta spojrzała na monitor.

— Liczne złamania żeber w wywiadzie. Dwukrotne złamanie lewej kości promieniowej. Uszkodzenie stożka rotatorów. Blizna po ranie postrzałowej nad biodrem. Dwa stare urazy czaszkowo-mózgowe.

— Brzmi gorzej, kiedy się to czyta.

— Aktualny ból?

— Lewy bok.

— Od jednego do dziesięciu.

— Trzy.

— Parametry wskazują sześć.

— Parametry są delikatne.

Kobieta zaznaczyła coś na ekranie.

— Dostaniesz środek przeciwzapalny.

— Nie potrzebuję.

— Nie pytałam.

Ramię skanera zjechało niżej.

Darian stał nieruchomo.

Nie lubił badań. Nie dlatego, że bał się igieł czy diagnozy. Nie lubił sytuacji, w których ktoś wiedział o jego ciele więcej niż on sam.

Na końcu dostał dwie tabletki, nową koszulę i spodnie.

Płaszcza nie oddali.

Kapelusza również.

— Mój sprzęt? — spytał.

Kobieta spojrzała na listę.

— Zabezpieczony.

— Gdzie?

— Zabezpieczony.

— To nie jest miejsce.

— Dla ciebie wystarczające.

— Pistolety?

— Zabezpieczone.

— Moduł ciągu?

— Zabezpieczony.

— Karwasze?

Kobieta uniosła wzrok.

— Panie Voss, jeśli chce pan usłyszeć to słowo jeszcze raz, mogę je powtórzyć.

— Wolę adres magazynu.

— A ja wolę spokojną zmianę.

Wsunęła tablet z listą pod szybę.

Na ekranie widniały kolejne pozycje.

DWA PISTOLETY KINETYCZNE — ZABEZPIECZONE.

CZTERY MAGAZYNKI — ZABEZPIECZONE.

PŁASZCZ OCHRONNY — ZABEZPIECZONY.

NAKRYCIE GŁOWY — ZABEZPIECZONE.

MODUŁ MANEWROWY — ZABEZPIECZONY.

DWA KARWASZE WIELOFUNKCYJNE — ZABEZPIECZONE.

OSTRZE CERAMICZNE — ZABEZPIECZONE.

ŁADUNKI MIKROIMPULSOWE — ZABEZPIECZONE.

Darian zatrzymał wzrok na ostatniej pozycji.

— Miałem trzy.

Kobieta sprawdziła raport.

— Dwa.

— Miałem trzy.

— W depozycie są dwa.

Darian nic nie powiedział.

To nie musiało znaczyć niczego.

Jeden ładunek mógł wypaść podczas zatrzymania. Ktoś mógł go znaleźć. Mógł eksplodować.

Mógł też leżeć tam, gdzie Darian zostawił go kilka sekund przed wejściem gazu.

Nie pamiętał dokładnie.

— Podpis — powiedziała kobieta.

— Nie.

— Potwierdzasz jedynie listę.

— Lista jest błędna.

— W takim razie zaznaczę odmowę.

— Zrób to.

Zabrała tablet.

Strażnik przy drzwiach wskazał korytarz.

Darian ruszył.

— Panie Voss — odezwała się kobieta za jego plecami.

Odwrócił głowę.

— Jeżeli odzyska pan kiedyś swój sprzęt, radzę nie próbować tutaj żadnych sztuczek.

— To brzmi prawie jak troska.

— Widziałam zapis z pańskiego zatrzymania.

— I?

— Nie lubi pan odpuszczać.

Darian popatrzył na nią przez chwilę.

— To zależy, komu.

Strażnik popchnął go w plecy.

Voss ruszył dalej.

Przez następne kilkanaście minut prowadzono go korytarzami tak podobnymi do siebie, że przeciętny człowiek przestałby zwracać uwagę na zakręty.

Darian liczył.

Prawo. Prawo. Lewo. Dwie kondygnacje w dół. Długi odcinek pod lekkim nachyleniem. Kolejne drzwi bezpieczeństwa. Przejście przez tunel o wyraźnie chłodniejszym powietrzu.

Po drodze minęli szybę, za którą technicy rozkładali na stołach skonfiskowaną broń.

Darian dostrzegł swój kapelusz.

Leżał obok płaszcza.

Przez sekundę miał absurdalną ochotę zatrzymać się bardziej z powodu kapelusza niż dwóch pistoletów.

Strażnik zauważył, gdzie patrzy.

— Dalej.

Darian poszedł.

Przynajmniej wiedział, że sprzęt nadal istniał.

* * *

Cela miała trzy metry długości, dwa szerokości i zero miejsc, w których można było ukryć broń.

Darian sprawdził.

Łóżko było odlane razem ze ścianą. Materac przyklejony do powierzchni. Umywalka pozbawiona ruchomych elementów. Toaleta schowana w zagłębieniu, którego krawędzie zaokrąglono tak dokładnie, że trudno byłoby rozbić o nie własną czaszkę, nie mówiąc o cudzej.

Drzwi nie miały zamka po jego stronie.

W suficie znajdowały się dwa obiektywy.