Wąpierz. Dług Krwi - Jasper Everhar - ebook

Wąpierz. Dług Krwi ebook

Jasper Everhar

4,8

Opis

Polska, jaką znamy, nigdy nie powstała.

 

Piastom nie udało się podporządkować sąsiednich ziem. Nie ma zjednoczonego państwa ani królewskiej władzy. Są za to grody, osady i dzikie puszcze, a nad wszystkim panują stworzenia, które w innym świecie przetrwałyby jedynie w słowiańskich legendach.

 

Tutaj potwory nie kryją się przed ludźmi. To ludzie kryją się przed potworami.

 

Niemir od stu sześćdziesięciu lat żyje jako wąpierz. Włada dziewięcioma wioskami, utrzymuje własnych wojowników i pobiera regularną daninę krwi. Nie jest bohaterem, który ratuje niewinnych. Jest drapieżnikiem, który dba o swoją własność. Dopóki poddani przestrzegają umowy, mogą liczyć na jego ochronę.

 

Pewnego dnia odkrywa, że jedna z jego osad została doszczętnie wymordowana. Osiemdziesiąt trzy ciała. Żadnych ocalałych. I ślady wskazujące, że napastnicy działali pod jego znakiem.

 

Niemir nie zamierza szukać sprawiedliwości.

 

Zamierza znaleźć winnych i pokazać im, dlaczego nawet potwory powinny dotrzymywać zawartych umów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kuban2002
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawy zamysł
00



Rozdział I – Wierzbiny

Wierzbiny zawsze było słychać, zanim można je było zobaczyć.

Młot kowala niósł się ponad polami, psy ujadały na każdego obcego konia, a przy młynie skrzypiało koło, nawet kiedy potok ledwie poruszał łopatkami. Tego dnia Niemir usłyszał tylko wiatr w suchych liściach olszyny. Gdy wyjechali spomiędzy drzew, na drodze nie było nikogo.

Zatrzymał wierzchowca na szczycie niewielkiego wzniesienia. Po prawej ciągnęły się pasy ścierniska, po lewej ciemniała wilgotna łąka, za którą zaczynał się las. Dalej stała palisada. Ponad zaostrzonymi końcami bali widać było dachy kilkunastu chat i spichlerz na wysokich słupach.

Ani jednej smugi dymu.

– Może wszyscy pojechali na targ – powiedział Żelisław.

– Kowal, młynarz i wszyscy pasterze?

– Mówię tylko, że nie widać nikogo.

Niemir spojrzał na oficera. Żelisław służył mu wystarczająco długo, żeby pozwalać sobie na podobne uwagi. Miał siwe pasma w brodzie, szeroką twarz i plecy człowieka, który większość życia przejeździł w kolczudze. Teraz siedział prosto, z ręką na wodzach, jakby spodziewał się rozkazu do ataku.

– Zaraz się dowiemy – powiedział Niemir.

Słońce wisiało już ponad koronami drzew. Jego światło nie paliło skóry, jak opowiadali niektórzy ludzie. Po prostu czyniło świat bardziej męczącym. Odległe kształty traciły ostrość, zapachy mieszały się ze sobą, a mięśnie potrzebowały więcej wysiłku do czynności, które nocą przychodziły bez zastanowienia. Niemir wciągnął głębiej kaptur ciemnego płaszcza.

Jaromira zjechała na skraj drogi. W siodle poruszała się swobodnie, mimo łuku przewieszonego przez plecy i krótkiego miecza przy biodrze. Miała dwadzieścia sześć lat, rudawe włosy splecione ciasno pod kapturem i cierpliwość, której wielu starszych wojowników mogło jej zazdrościć.

– Na pastwisku nie ma bydła – zauważyła. – Płot otwarty. Zwykle spędzają je przed południem do zagrody.

– Może wypuścili dalej – mruknął Mściwój.

– Wtedy zamknęliby wrota.

Niemir nie odpowiedział. Dwa tygodnie wcześniej był w Wierzbinach jego posłaniec. Przywiózł wiadomość, że mieszkańcy przygotowali daninę na wyznaczony dzień. Starszy osady nie prosił o zwłokę. Nikt nie wspominał o chorobie ani o sporze z sąsiadami. Wierzbiny należały do najspokojniejszych z dziewięciu osad, nad którymi Niemir sprawował pieczę.

Nie była to duża posiadłość. Kilka pól, zagrody, drewno z okolicznego lasu, prawo do połowu w niedalekich stawach i krew oddawana w ustalonych porach. Ale płacili punktualnie. W zamian od lat nie dopuszczał, by obce stworzenia polowały na ich mieszkańców.

– Jaromira, obejdź palisadę od zachodu – rozkazał. – Ratybor z tobą. Nie wchodźcie do środka. Jeśli zobaczycie żywego człowieka, niech do nas wyjdzie.

Oboje ruszyli przez ściernisko. Niemir odczekał, aż dotrą do rowu, i skierował konia ku osadzie.

Radosława trzymała się po jego lewej stronie. Miała dwadzieścia siedem lat, była wysoka, mocno zbudowana i nosiła dopasowaną przeszywanicę pod lekką kolczugą. Znał jej sposób walki lepiej niż sposób walki pozostałych. Nie odwracała głowy za każdym szelestem; patrzyła tam, gdzie on akurat nie patrzył. Niemir lubił tę cechę bardziej niż jej urodę, chociaż urodę także uważał za zaletę.

– Czujesz coś? – spytała cicho.

Dopiero przy ostatnim zakręcie drogi dotarł do niego zapach.

Wilgoć z rozdeptanej ziemi. Zwierzęce odchody. Słodkawa, ciężka woń, na którą człowiek zwróciłby uwagę dopiero po wejściu między domy.

– Tak.

– Ilu?

– Nie wiem.

Przez chwilę patrzyła mu w twarz. Potem przesunęła tarczę z pleców na przedramię.

Przed palisadą rosła stara grusza. Zwykle przywiązywano do niej konie przyjezdnych, którym nie pozwalano nocować w obrębie osady. Pod drzewem stało puste wiadro, przewrócone na bok. Osy kręciły się nad rozlanym czymś, co zdążyło wsiąknąć w piach.

Wrota były rozchylone na szerokość dorosłego człowieka.

– Żelisław – powiedział Niemir. – Konie zostają przy drodze pod okiem Bolebora. Mściwój, Chwalisz, ze mną. Nikogo nie wypuszczać bez mojego słowa.

– A jeśli ktoś wyjdzie z lasu? – zapytał Bolebor.

– Najpierw spytać, skąd idzie. Jeśli będzie uciekał, zatrzymać.

– Żywcem?

– Dopóki się da.

Bolebor skinął głową. Był szeroki w ramionach, z blizną przecinającą podbródek, i zawsze pytał o rzecz, która innym wydawała się oczywista. Niemir cenił go za to. Wojownik nie przyjmował jego krwi, nie prosił o szczególne względy i uważał, że żołd wyczerpuje zobowiązania między nimi. Jak dotąd wywiązywał się ze swojej części umowy.

Niemir zsiadł. Przez moment słuchał, czy za bramą ktoś się porusza. Nic poza muchami i odległym skrzypnięciem poluzowanych drzwi.

Wsunął dwa palce w szczelinę między balami i pchnął skrzydło wrót.

Nie natrafił na opór.

Za bramą leżał człowiek w brunatnej tunice. Twarz miał zwróconą ku ziemi, jedną nogę podwiniętą pod tułów. Przy dłoni, kilka palców od zaciśniętych palców, spoczywała włócznia.

Radosława przeszła obok Niemira i zasłoniła go tarczą od strony najbliższej chaty.

– Wartownik – powiedziała.

– Jeden z dwóch – odparł Niemir.

Przyklęknął przy ciele. Ostrze weszło pod łopatkę i przecięło grube sukno. Nie było potrzeby odwracać zmarłego, by rozpoznać śmiertelny cios. Niemir dotknął jeszcze krwi zaschniętej przy ranie. Była ciemna, niemal czarna.

– Od wczoraj? – spytał Żelisław, który podszedł za nimi.

– Co najmniej. Może wcześniej. Nocą padał deszcz, a tutaj ziemia jest osłonięta dachem bramy.

Przed nimi ciągnęła się główna droga osady. Po obu stronach stały domy z niskimi progami i strzechami sięgającymi niemal okapów. Niektóre drzwi były otwarte. Na podwórzu po prawej przewrócono ławę. Obok leżały dwie kobiety, nieruchome, w ubraniach poplamionych krwią.

W głębi, przy studni, Niemir zobaczył pierwsze dziecko.

Chwalisz wysunął się zza jego pleców, po czym stanął tak gwałtownie, że uderzył butem w kamień.

– Na bogów…

– Tarcza wyżej – rzucił Żelisław.

Młodzieniec posłuchał, lecz nie potrafił oderwać wzroku od ciała przy studni.

Niemir minął go bez słowa.

Wierzbiny były martwe. Nie oznaczało to jeszcze, że zabójcy odeszli.

– Dwa domy od bramy sprawdzić razem – polecił. – Nie rozchodzić się pojedynczo. Żelisław, znajdź drugiego wartownika. Ja zajrzę do domu Przedbora.

Oficer kiwnął głową, a Niemir ruszył drogą między ciałami ludzi, od których przez wiele lat odbierał daninę.

Przy jednej z chat rozpoznał kowala. Siedział oparty o ścianę z rękami rozrzuconymi na boki. Żelazny młotek leżał obok jego stopy. Ostatnim razem, kiedy rozmawiali, kowal prosił o rozstrzygnięcie sporu z sąsiednią osadą. Nie podobało mu się, że tamtejsi ludzie ścinają drzewa za potokiem. Niemir obiecał wysłać strażnika, jeśli zapłacą za jego czas.

Zapisano to w karbach. Kowal zapłacił. Spór zakończono.

Teraz miał rozłupaną głowę, a jego kuźnia stała otworem. Na kowadle spoczywał niedokończony sierp. Nikt nie zabrał żelaza.

Niemir zatrzymał się na moment.

– Nie po łup przyszli – powiedział.

Radosława obejrzała warsztat.

– Mogli nie zdążyć.

– Zabieranie tego trwa krócej niż zabijanie ludzi. Spójrz na narzędzia. Nawet dobrego młota nie tknęli.

Za domem kowala stała niewielka chata, przed którą rozsypano świeżo wystrugane drewniane miski. Niemir pamiętał, że mieszkał tam bednarz z żoną i dwiema córkami. Ojciec robił kadzie do przechowywania ziarna, a zimą naprawiał uszkodzone beczki przywożone przez kupców. Był jednym z tych, którzy najgłośniej sprzeciwiali się dawnej daninie. Później sam prosił Niemira o ochronę, kiedy podczas polowania w lesie zaginął jego brat.

Drzwi chaty trzymały się na jednym zawiasie.

Niemir wszedł pierwszy. Radosława została w progu, osłaniając wejście i jednocześnie obserwując plac. W izbie leżały cztery ciała. Bednarz zginął przy ławie, żona niedaleko pieca, obie córki przy ścianie. Starsza miała w dłoni garść popiołu, którym próbowała cisnąć komuś w twarz.

Niemir obejrzał podłogę. Między przewróconym stołkiem a progiem ciągnęły się ślady ciężkich butów. Jedne prowadziły w głąb, drugie wychodziły z izby. Wyschnięta krew na drzwiach wskazywała, że ktoś odchodził po zakończeniu zabijania, ocierając ostrze o futrynę.

– Nie bronili się długo – powiedziała Radosława.

– Bednarz nie miał nawet noża w ręku. Zaskoczyli ich.

Pochylił się nad kobietą przy piecu. Miała rozcięte gardło. Zapewne próbowała zasłonić wejście, kiedy mąż cofał się ku córkom. Niemir odwrócił ją nieznacznie, by sprawdzić kierunek ciosu, i puścił. Nie znalazł niczego, czego już nie wiedział.

– Jedna rzecz – odezwała się Radosława. – Tamci przy studni mieli czas chwycić za broń. Ci nie.

– Bo napastnicy rozeszli się po osadzie. Ktoś najpierw zajął plac, a pozostali wchodzili do domów. Nie przypadkiem.

Wyjrzał przez niewielki otwór okienny. Ze środka widział kawałek drogi, studnię i wejście do domu Przedbora. Kto opanował plac, kontrolował dojścia do wszystkich pobliskich chat. Mężczyźni zdolni stanąć do obrony musieli wyjść prosto pod ostrza czekających przy studni ludzi.

– Mieli dowódcę – uznał.

– Wąpierza?

– Jeszcze nie. Dowódca mógł być człowiekiem. Jeśli rozumiał, gdzie wysłać zbrojnych, w zupełności wystarczyło.

Radosława patrzyła na niego spokojnie. Przed trzema laty sama odniosła ranę, która bez pomocy zapewne pozostawiłaby jej niesprawne ramię. Niemir podał jej wówczas własną krew. Rana zagoiła się szybciej, ale potem przyszła potrzeba następnej dawki. Od tego czasu nie przypominała mu, ile mu zawdzięcza. Wiedział, że po kilku dniach bez jego krwi zaczyna drżeć jej ręka, i nigdy nie dopuszczał do tego przed walką.

Nie wybrał jej do straży dlatego, że była uległa. Umiała osłonić go nawet wtedy, gdy nie mógł się obronić, i miała dość rozsądku, by odradzić mu niepotrzebną walkę. To czyniło ją bardziej użyteczną od wielu silnych wojowników.

– Zostawmy ich – powiedział. – Nie znajdziemy tu więcej.

Wyszli z chaty. Niemir jeszcze raz obejrzał wejście i kierunek śladów, a następnie ruszył do domu starszego.

Przeszedł dalej. Z każdym krokiem wyraźniej czuł krew. Zaschniętą na ziemi, wsiąkniętą w słomę, rozlaną w izbach. Zapach mógł go podniecić, gdyby przybył tu wcześniej. Teraz budził tylko głód bez możliwości zaspokojenia. Krew martwych, długo pozostająca na powietrzu, nie pozwalała odzyskać sił tak jak świeża.

Wyciągnął spod płaszcza niewielką flaszkę zamkniętą skórą i woskiem. Odkorkował ją, wypił kilka łyków i schował z powrotem. Zapas pochodził z poprzedniej osady, opłaconej przed dwoma dniami. Był już chłodny i mniej wartościowy, lecz wystarczał, żeby uciszyć narastający głód.

Chwalisz patrzył na niego z drugiej strony drogi.

– Co? – spytał Niemir.

– Nic, panie.

– W takim razie szukaj żywych.

Młodzieniec ruszył za Mściwojem.

Dom Przedbora stał przy niewielkim placu za studnią. Starszy osady urządzał tam zebrania, gdy nie padało, a w chłodne dni wpuszczał ludzi do największej izby. Na drzwiach wisiał metalowy pierścień, który Niemir przed laty kazał osadzić na własny koszt. W razie napadu mieszkańcy mieli nim uderzać o blachę, by zbudzić sąsiadów.

Blacha nosiła kilka świeżych wgnieceń.

– Próbowali podnieść alarm – zauważyła Radosława.

– Ktoś zdążył uderzyć. Pytanie, kiedy.

Niemir przekroczył próg. Podłogę zasłaniały rozrzucone skóry i gliniane naczynia. Przy stole leżał młody mężczyzna z odciętą częścią ucha. Na ścianie za nim ciągnęła się ciemna smuga.

Przedbora znaleźli przy palenisku.

Starzec był drobny, o siwych włosach i rękach zniekształconych przez wieloletnią pracę. Leżał na boku, z twarzą zwróconą ku wejściu. Jeden z ciosów rozciął mu szyję, drugi trafił pod żebra. W zaciśniętej dłoni trzymał wyrwaną z odzienia innego człowieka garść tkaniny.

Radosława pochyliła się i ostrożnie uwolniła materiał.

– Dobre sukno – powiedziała. – Nie tutejsze.

Ciemny płat miał czerwone obrzeże i ślad po urwanym szwie.

Niemir podszedł do stołu, gdzie Przedbor zwykle liczył karby daniny. Deseczki leżały w drewnianej skrzyni pod ławą. Wieko ktoś odsunął, lecz zawartości nie zabrał. Niemir wyjął kilka z nich i obejrzał nacięcia.

Każdy dom miał własny znak. Każdy miesiąc osobny rząd. Przy ostatnim poborze zaznaczono więcej krwi, niż wynosiła wymagana należność. Przedbor chciał w ten sposób wyrównać wcześniejsze opóźnienie jednego z gospodarzy. Niemir pamiętał rozmowę.

– Zapłacili – stwierdził.

– Widzisz to bez rachmistrza? – spytała Radosława.

– To moje karby. Sam ustalałem, jak je robić.

Zamknął skrzynię i zostawił ją pod stołem.

Gdy po raz pierwszy przybył do Wierzbin, starszym był ojciec Przedbora. Mężczyzna próbował wtedy przekonać go, że ludzie nie oddadzą dzieci za krew, bo dzieci są przyszłością osady. Niemir odpowiedział, że nie żąda dzieci. Żąda krwi, którą dorosły człowiek może stracić i nadal pracować. Dopiero po tej rozmowie zawarto ugodę.

Przez następne dziesięciolecia ludzi przybywało. Rozbudowali palisadę, wykopali drugą studnię i zaczęli wysyłać wozy na targi w Kruszwicy. Niemir nie przywiązywał się do nich. Potrafił jednak rozpoznać dobrze zarządzany majątek.

A teraz ktoś zniszczył go w ciągu jednej nocy.

– Zobacz, co trzyma pod drugą ręką – powiedziała Radosława.

Przedbor przygniatał łokciem drewnianą tabliczkę. Nie była to jedna z deseczek do liczenia daniny. Zrobiono ją z ciemnego, równo przyciętego drewna. Na górze miała otwór na rzemień.

Niemir wyciągnął ją spod ciała.

Na jednej stronie wypalono trzy ukośne kreski przecięte pionową linią.

Jego znak.

Nie herb, bo nie miał rodu, który chciałby nim oznaczać. Znak rozpoznawczy, jaki nosili posłańcy działający w jego imieniu. Widział go na bramie osady, w karbach, przy poborach i na tabliczkach okazywanych kupcom. Kto znał ten znak, wiedział, że dany rozkaz lub obietnica pochodzi od Niemira.

Przedbor musiał wierzyć, że tabliczka należy do jego wysłannika.

– Żelisław ma swoją – powiedziała Radosława.

– Wiem.

– Mogli go okraść.

– Żelisław stoi na podwórzu. Nikt mu jej nie zabrał.

Odwrócił tabliczkę. Z tyłu drewno było gładkie, bez nacięć i podpisu. Rzemień zerwano; przy otworze pozostał krótki, postrzępiony koniec.

– Zrobiona niedawno – oceniła Radosława.

Niemir przesunął kciukiem po śladzie wypalenia. Krawędzie były ostre, a nie wyślizgane od długiego noszenia pod ubraniem.

– Tak.

– Czyli ktoś się za ciebie podawał.

– Albo przyjechał w moim imieniu bez mojej wiedzy.

Za ścianą rozległo się uderzenie. Radosława natychmiast uniosła tarczę i cofnęła się ku drzwiom. Niemir schował tabliczkę, po czym wyszedł za nią.

Na placu Chwalisz wymachiwał mieczem w stronę otwartej komórki. Z wnętrza wyskoczył wychudzony pies z kawałkiem sznura przy szyi. Zwierzę zawarczało, rzuciło się między nogi Mściwoja i pobiegło ku bramie.

– Schowaj ostrze – rzucił Niemir.

Chwalisz zamarł, zarumieniony.

– Myślałem, że ktoś tam siedzi.

– Następnym razem najpierw zobacz.

– Było ciemno.

– Właśnie dlatego najpierw zobacz.

Żelisław wrócił od strony studni. W dłoni trzymał hełm splamiony krwią.

– Drugiego wartownika znaleźliśmy w domu po wschodniej stronie. Bez broni. Dostał nożem w brzuch, potem w gardło. Reszta domów na razie pusta od żywych. Mściwój z Chwaliszem zajrzą jeszcze do spichlerza.

– Ilu zabitych?

– Czterdziestu siedmiu w domach, które sprawdziliśmy. Kilkunastu na placu i przy bramie. Jest jeszcze drugi rząd zabudowań.

Niemir spojrzał w kierunku północnej części osady. Dach spichlerza wystawał ponad stodołami, a pod nim tłoczyły się przywiązane do żerdzi kozy. Zwierzęta żyły. Jedna usiłowała dosięgnąć suchej gałęzi i beczała tak rozpaczliwie, że brzmiało to niemal jak ludzki płacz.

– Sprawdźcie wszystko – powiedział. – Potem zbierzemy ciała z placu, ale z domów niczego nie ruszać bez mojego słowa.

– Zbieranie zajmie nam pół dnia – zauważył Żelisław.

– Mamy czas. Zabójców tu nie ma. Jeśli wrócą, zobaczymy ich wcześniej niż oni nas.

Żelisław nie odpowiedział. Znał ten ton. Niemir nie chciał jeszcze słyszeć o odwrocie.

Wróciła Jaromira z Ratyborem. Oboje zeskoczyli z koni przy bramie. Na butach mieli glinę ze skraju mokrej łąki.

– Palisada cała – zameldowała Jaromira. – Żadnego wyrwanego bala, żadnego podkopu. Od zachodu teren mokry, ślady stóp tylko stare, od ludzi chodzących po wodę. Widziałam też odciski kopyt przy południowej ścieżce, ale nocny deszcz zatarł ich brzegi.

– Ile koni?

– Nie zliczę. Więcej niż pięć, mniej niż tuzin? Musiałabym obejrzeć ziemię przy samej bramie, zanim nasi wszystko rozdepczą.

Niemir skinął głową.

– Zrobisz to teraz. Ratybor niech przejdzie jeszcze raz wokół stajni. Szukamy tego, co zostawili obcy, nie tego, co zgubili miejscowi.

Jaromira spojrzała na tabliczkę, którą Niemir pokazał jej bez słowa.

– Ktoś nosił twój znak?

– Tak.

– To źle.

– Dla niego na pewno.

Schował drewno za pas i ruszył ku drugiemu rzędowi zabudowań.

Na placu, między studnią a domem starszego, stał wóz obciążony workami z ziarnem. Jedno koło utkwiło w błocie. Ktoś próbował nim uciec albo przesunąć go na drogę. Za wozem leżał mężczyzna z drewnianym toporem w dłoni. Nie zdążył nawet rozplątać rzemienia, którym przywiązał do wozu zapasowe koło.

Niemir przykucnął przy ciele. Mężczyzna miał rozcięte przedramię i trzy głębokie rany w piersi. Ciosy szły z góry, jeden po drugim, jak przy dobijaniu kogoś, kto już osunął się na kolana.

– Czego szukasz? – zapytała Radosława.

– Tego, jak walczyli.

– Z przewagą. To już wiemy.

– Wiemy, że potrafili zabijać. Jeszcze nie wiemy, czy musieli walczyć.

Wóz nie został splądrowany. Pod płachtą leżało zboże, a na dnie skrzyni narzędzia oraz srebrne ozdoby schowane w zawiniątku. Niemir pokazał je Radosławie.

– Ktoś z ludzi znalazłby to podczas zwykłego rabunku – powiedział. – Miał czas przeszukać chaty. Nie zrobił tego.

– Więc po co?

Niemir przykrył srebro płachtą.

– To chcę ustalić.

Przy stodole znaleźli pierwsze ślady, które nie pasowały do reszty.

Na ścianie pozostawiono cztery długie rysy. Biegły od wysokości dorosłego człowieka w dół, kończąc się tuż nad ziemią. Przy spodzie pali ktoś rozmazał krew szerokim pasmem.

Radosława dotknęła jednej z bruzd ostrzem noża.

– Pazury?

Niemir podszedł bliżej. Drewno było wyszarpane przy dolnym końcu, a w dwóch miejscach ostrze, które je rozcinało, zahaczyło o sęk. Rysy miały niemal jednakową głębokość.

– Niekoniecznie.

– Leszy?

– Leszy nie musiałby wchodzić przez bramę, żeby zabić ludzi. I nie zostawiałby srebra w skrzyniach, gdyby potrzebował czegoś z osady.

– Młody wąpierz mógłby zrobić coś takiego.

– Mógłby. Ale ten, kto zostawił rysy, pracował spokojnie. Nie widzę powodu, dla którego ktoś polujący w gniewie miałby zatrzymać się i równo nacinać ścianę.

Radosława obejrzała ślady raz jeszcze.

– Chcieli, żebyśmy zobaczyli potwora.

– Być może. Jeśli tak, nie wysilili się nadmiernie.

Z wnętrza stodoły dobiegł głos Mściwoja:

– Panie! Tutaj też są!

Niemir wszedł za Radosławą.

Pomiędzy belami słomy znaleźli sześć ciał. Ludzie schronili się tam, sądząc, że zamknięta stodoła zatrzyma napastników. Trzech mężczyzn leżało jeden na drugim przy drzwiach. Dwóch zginęło z włóczniami w dłoniach. Szósta, młoda kobieta, skuliła się w kącie za żłobem.

Mściwój stał przy wejściu z toporem w dłoni.

– Martwi od wczoraj – oznajmił. – Nikogo żywego.

Niemir obejrzał zwłoki najbliższe drzwiom. Jeden z mężczyzn miał ranę na szyi, odmienną od pozostałych. Dwa głębokie nakłucia znajdowały się blisko siebie, skóra wokół była poszarpana. Z plam na ubraniu wynikało, że krwawił obficie, ale część krwi musiała zniknąć.

Wąpierz pochylił się niżej.

– Ten został ugryziony – powiedziała Radosława.

– Widzę.

– Przez naszego?

– Nie znasz jeszcze sprawcy.

– Przez wąpierza – poprawiła się.

Niemir przyjrzał się drugiemu nakłuciu, potem układowi ciała. Zabity musiał już leżeć, kiedy ktoś przycisnął mu głowę do ziemi. Sprawca żerował pochylony w niewygodnej pozycji i oderwał się nagle, pozostawiając rozszarpaną skórę. Stary wąpierz nie musiałby tak szarpać.

– Ktoś pił z niego krew – stwierdził. – Nie wiem, kto. Ani czy właśnie to go zabiło.

– Wyczujesz wiek?

– Z tego? Nie.

Radosława milczała, czekając na resztę.

– Ale gdybym chciał zostawić ślad po żerowaniu, potrafiłbym zrobić to ładniej.

Jaromira weszła do stodoły chwilę za Niemirem. Obejrzała rozszarpaną szyję, ale nie dotknęła zmarłego. Czekała, aż wąpierz wstanie.

– Mogli zabrać więcej krwi, gdyby chcieli – powiedziała.

– Gdyby chcieli się tylko pożywić, nie zabijaliby wszystkich w wiosce.

– Młode wąpierze bywają głupie.

– Głupie tak. Ślepe nie.

Niemir przyklęknął obok drugiego człowieka. Ten miał przebitą pierś i przecięte ścięgno przy kolanie. Ktoś najpierw pozbawił go możliwości ucieczki, później dobił. Nie potrzebował do tego kłów ani pazurów.

– Zobacz – powiedział do Jaromiry. – Tu stoi człowiek, tam drugi. Jeden pilnuje drzwi, drugi wbija włócznię. Trzeci wąpierz nie jest im potrzebny. A jednak ktoś przychodzi i próbuje pić z martwego albo umierającego mężczyzny.

– Myślisz, że przeszkadzał pozostałym?

– Myślę, że nie dowodził nimi. Gdyby to była jego uczta, kazaliby mu najpierw nasycić głód. Tutaj ma zwykłe żerowanie pośród roboty, którą wykonuje ktoś inny.

Wstał i otarł palce o kawałek słomy. Jego żołnierze widzieli czasem, jak pił z żywego człowieka. Nie robił tego w pośpiechu. Wybierał miejsce, sprawdzał, ile może zabrać, i zwykle pozostawiał człowieka przy życiu. Martwy poddany nie przynosił kolejnych danin.

Pamiętał swoje pierwsze lata po powrocie ze śmierci. Żar w gardle, gniew po każdym oddechu żywego człowieka, uczucie, że wszystkie dźwięki świata przeszkadzają mu zaspokoić głód. Wtedy również zadawał niepotrzebne rany. Później nauczył się, że zachowanie świeżej krwi jest równie ważne jak jej zdobycie.

Sto sześćdziesiąt lat pozwoliło mu poznać wiele sposobów zabijania. Większość nie wymagała nadludzkiej siły. Wystarczały cierpliwość, właściwy moment i umiejętność dostrzeżenia, co przeciwnik zrobi za chwilę. Młode wąpierze najczęściej uczyły się tego dopiero wtedy, gdy ktoś starszy połamał im ręce.

– Jeśli był tu młody wąpierz – powiedziała Radosława – powinniśmy zapytać, kto trzyma go w tej części ziem.

– Zapytamy. Najpierw musimy ustalić, kto przyjechał z nim i dlaczego otwarto mu bramę.

Mściwój przytrzymał ciężkie drzwi stodoły, by mogli wyjść. Chwalisz stał za nim, z tarczą na ramieniu i pobladłą twarzą. Nie patrzył już na ciała.

– Gdybyście coś znaleźli pod słomą, nie ruszajcie bez wezwania – polecił Niemir. – Ratybor wróci i obejrzy wejścia. Potrzebuję śladów, nie kolejnych zadeptanych plam.

– Tak jest, panie – odpowiedział Mściwój.

Wyszli na plac. Słońce przesunęło się ku zachodowi, lecz wciąż świeciło zbyt mocno. Niemir czuł szorstkość w gardle i ciężar w kończynach. Dawno nie był zmuszony spędzać tylu godzin na nogach, bez schronienia, wśród rozkładających się ciał. Nie zamierzał jednak pokazywać zmęczenia.

Zanim podeszli do studni, Niemir zatrzymał się jeszcze pod spichlerzem. Worki z ziarnem układano tu starannie, jeden na drugim, na drewnianej podłodze podniesionej ponad wilgotną ziemię. Mieszkańcy mieli zapas na co najmniej kilka miesięcy. Otwarta skrzynia z solą stała przy wejściu, obok wisiały suszone wiązki ziół. Nikt nie próbował ukraść nawet soli, za którą w okolicznych osadach płacono dobre pieniądze.

Żelisław kazał wcześniej policzyć worki. Wynik zapisano węglem na kawałku deski, żeby później porównać go z rachunkami starszego.

Na podłodze zostały ślady paznokci dwóch chłopców, którzy próbowali wczołgać się w szczelinę za najniższym rzędem ziarna. Jeden z worków nie stał równo z pozostałymi. Pod nim jasna smuga na deskach wskazywała, że go przesunięto. Zapewne zabójcy odsunęli go, żeby dostać się do ukrytych, a potem postawili z powrotem. Nie pozwolili chłopcom przeżyć, ale nie potrzebowali też niszczyć zapasów.

Chwalisz stał przy wejściu. Trzymał hełm pod pachą, chociaż Żelisław nakazał wszystkim pozostać w pełnym rynsztunku.

– Nie miałem nigdy liczyć dzieci – powiedział, kiedy Niemir przystanął obok.

– Nie po to cię wynająłem, żebyś liczył dzieci – odparł wąpierz. – Masz szukać niebezpieczeństwa i wykonywać rozkazy.

– Widziałem już zabitych. Pod Kruszwicą walczyliśmy z ludźmi, którzy próbowali ograbić tabor. Tylko…

– Tylko tamci mieli broń.

Chwalisz spuścił wzrok.

– Tak.

Niemir spojrzał na worki. Gdyby chłopcy schowali się głębiej, być może nie znaleziono by ich przez wiele godzin. Jednak napastnicy weszli do spichlerza i szukali tak długo, aż wykonali swoje zadanie. Nie przestraszyły ich krzyki z innych domów ani możliwość przybycia pomocy.

– Zapamiętaj to – powiedział do Chwalisza. – Nie każdy, kto potrafi zabić bezbronnego, potrafi walczyć z uzbrojonym. I nie każdy, kto płacze nad martwymi, zatrzyma człowieka z nożem. Kiedy znajdziemy sprawców, nie chcę, żebyś pomylił te rzeczy.

Chwalisz założył hełm i wyprostował się.

– Nie pomylę, panie.

Niemir nie wiedział, czy mówi prawdę. Młody wojownik zrozumie to dopiero w następnej walce. Na razie wystarczyło, że umiał wrócić do obowiązków.

Żelisław czekał przy studni.

– Wszystkie domy sprawdzone – oznajmił. – Nie ma nikogo żywego. Osiemdziesiąt trzy ciała, jeśli dobrze policzyliśmy. Dwóch chłopców ukryło się za workami w spichlerzu. Tam znaleźli ich ciała.

– Ktoś z mieszkańców może być poza osadą – powiedział Niemir. – Nie zakładaj, że wszyscy zginęli, póki nie sprawdzimy karbów i listy gospodarstw.

– Sprawdzimy. Co z pochówkiem?

– Najpierw oględziny.

– Zostawimy ich na noc?

– Jeżeli trzeba.

Żelisław przez chwilę ważył słowa.

– Nasi żołnierze znali niektórych. Bolebor ma krewnych w pobliskiej osadzie. Zobaczy te dzieci i będzie chciał je zakopać, zanim przyjdą zwierzęta.

– Bolebor może chcieć, co mu się podoba. Jeszcze nie skończyłem.

Oficer kiwnął głową, choć nie wyglądał na zadowolonego.

– Postawimy wartę przy bramie – dodał Niemir. – Po zmroku zbudujemy ogień na placu. Niech Ratybor sprawdzi ślady. Potem wyślemy wiadomość do najbliższej osady, żeby przysłali ludzi do kopania mogił. Wierzbiny były pod moją ochroną. Nie oddam ciał zwierzętom tylko dlatego, że ktoś nie miał cierpliwości mnie zaczekać.

Żelisław przyjął rozkaz bez dalszych pytań.

Niemir nie miał zwyczaju troszczyć się o zmarłych. Martwi nie płacili daniny, nie naprawiali płotów, nie rodzili dzieci. Pozostawione na pastwę zwierząt ciała przyciągały jednak choroby i drapieżniki, a wieść o porzuceniu Wierzbin dotarłaby do wszystkich dziewięciu osad szybciej niż wiadomość o zabójcach. Na to nie mógł sobie pozwolić.

– Jak chcesz posłać po ludzi do pochówku? – spytał Żelisław, kiedy obaj zostali na chwilę przy studni. – Sąsiedzi zobaczą, co się stało, zanim zdążymy ich ostrzec.

– Nie zamierzam tego ukrywać.

– A jeśli uciekną ze swoich domów? Jedna taka wieść wystarczy, żeby na drogach zrobił się tłok.

Niemir oparł rękę na kamiennym obmurowaniu studni. Woda na dnie była ciemna. Nie dostrzegał na jej powierzchni niczego podejrzanego, ale przed napojeniem koni i tak kazał sprawdzić, czy nie wrzucono tam ciała.

– Przekażemy im dokładnie to, co wiemy: Wierzbiny zginęły, a sprawców szukam. Jeśli któregoś z gospodarzy przestraszy to do tego stopnia, że porzuci ziemię, strażnik sprowadzi go z powrotem.

– Przemocą?

– Jeżeli nie posłucha. Płacą mi za ochronę. Nie zamierzam pozwolić, żeby całe terytorium opustoszało, zanim znajdziemy morderców.

– Może nie jednego.

– Tym bardziej.

Żelisław spojrzał na zmarłych przy studni. Po piętnastu latach służby nauczył się nie żądać od Niemira ludzkiego współczucia. Nie przeszkadzało mu to jednak upominać się o pochówek i zapłatę należną rodzinom zmarłych. Niemir pozwalał mu na to, dopóki oficer nie próbował podważać rozkazów wobec oddziału.

– Kogo mamy uprzedzić jako pierwszego? – zapytał Żelisław.

– Pojedzie wiadomość do Olszan. Tamtejsza starsza ma dwudziestu ludzi do pracy i kilka mocnych wozów. Wystarczy, żeby wykopać mogiły i zabrać pozostawione zwierzęta. Powiedz jej, że dostanie zapłatę ze skarbca Wierzbin, jeśli jest w nim tyle, ile powinno. Jeśli nie, pokryję różnicę.

– Odda nam potem?

– Kto?

– Ta osada. Zmarli nie oddadzą.

Niemir spojrzał na niego tak długo, aż Żelisław wzruszył ramionami.

– Wiem. Zapytałem z przyzwyczajenia.

– Wydatki też należą do obowiązków pana. Nie tylko danina.

Przyjazd kopaczy miał kosztować kilka srebrnych monet i dwa dni pracy. Nie była to cena, dla której należało tracić zaufanie dziewięciu osad. Niemir zachowywał takie rachunki dokładniej niż wspomnienia o ludziach, którzy umierali pod jego rządami.

– Poza tym – dodał – chcę, żeby sąsiedzi przyjechali. Może ktoś z nich widział obcych na trakcie. A jeśli okaże się, że wśród zabitych brakuje jednej osoby, szybciej ustalimy, dokąd poszła.

Żelisław skinął głową.

– Wyślę Chwalisza, gdy skończy liczyć domy.

– Nie samego. Jeszcze za mało widział, by wiedzieć, kiedy ma uciekać. Niech jedzie z Ratyborem.

Oficer uśmiechnął się krótko.

– Ratybor będzie zachwycony.

– Nie musi być zachwycony. Wystarczy, że wróci z ludźmi.

– Co z ich dobytkiem? – zapytał Żelisław.

– Spiszcie go. Nikomu niczego nie rozdawać. Będziemy wiedzieli, co należało do każdego gospodarstwa, kiedy znajdą się spadkobiercy. Jeżeli nie znajdą, rozstrzygnę później.

– Tak jest.

Radosława stanęła przy ramieniu Niemira.

– Możemy ich ścigać jeszcze dzisiaj – powiedziała. – Jaromira znajdzie drogę nawet po deszczu.

– Jeśli poszli traktem, są już daleko. Jeśli ukryli się w lesie, wejdziemy między drzewa po ciemku, nie wiedząc ilu ich jest ani czego chcieli. Widziałem zbyt wielu dobrych wojowników, którzy ginęli z pośpiechu.

– Przecież noc będzie po twojej stronie.

– Po stronie tego, kto wie, gdzie czeka przeciwnik.

Radosława nie odpowiedziała. Znała tę zasadę. Niemir przypominał ją swoim ludziom przed każdą wyprawą, w której mogli spotkać coś silniejszego od zwykłego człowieka.

Nie pamiętał już, ile razy musiał tłumaczyć młodym wąpierzom, że szybkość i siła nie zastępują rozumu. Zwykle rozumieli dopiero po utracie ręki albo oka. Ci, którzy nie zdążyli pojąć tego przed śmiercią, stawali się tematem krótkich opowieści przy stole.

Jaromira wróciła do nich z brudnymi dłońmi.

– Kopyta przed bramą – powiedziała. – Wjechali tędy. Później część koni zawróciła i poszła tą samą drogą. Nie jestem w stanie policzyć wszystkich, bo jeździli po sobie. Ślady stóp prowadzą też do zachodniego pastwiska.

– Ilu ludzi?

– Więcej niż mały patrol. Może kilkunastu. Nie stwierdzę dokładnie.

– Żadnych śladów włamania?

– Nie. Rygle nie są wyłamane. Wrota otwarto normalnie.

Niemir spojrzał w stronę bramy, przez którą wjechali. Nie trzeba było wielkiej siły, aby ją rozewrzeć. Wystarczył jeden człowiek stojący od środka.

– Pokażesz mi.

Przy wejściu obejrzeli drewnianą belkę służącą za zasuwę. Jeden koniec miał wytartą od lat powierzchnię, drugi osadzono w głębokim gnieździe. Drewno nie nosiło świeżych pęknięć. Sznur podtrzymujący belkę wisiał na haku, nietknięty.

Niemir kazał Radosławie zamknąć jedno skrzydło wrót. Belka wsunęła się na miejsce bez trudu. Od zewnątrz nie dało się jej unieść inaczej niż przez wąską szczelinę, w którą ledwo mieściła się ręka. A kiedy ją podważano, głośno ocierała się o drewno.

– Ktoś musiał otworzyć – powiedziała Jaromira.

– Albo pomagał zabójcom, albo ich znał – dodał Żelisław.

– Albo wierzył, że nie musi się ich bać – odparł Niemir.

Wyjął spod pasa tabliczkę znalezioną przy Przedborze.

Żelisław wyciągnął własną, zawieszoną na rzemieniu przy szyi. Położył ją obok tej z osady. Oba znaki wyglądały niemal jednakowo. Taki sam układ kresek, podobny wypalony kontur, drewno przycięte do wielkości dłoni.

Niemir porównał krawędzie. Tabliczka Żelisława była ciemniejsza od dotykania i od deszczu. Nowa nie zdążyła jeszcze nasiąknąć brudem. Przecięte rzemienie miały ten sam splot, popularny w warsztatach Gniezna i innych większych grodów.

– Łatwo podrobić? – zapytał Żelisław.

– Znak jest widoczny na każdej osadzie, która płaci mi krew – powiedział Niemir. – Ktoś wprawny zrobi podobną tabliczkę przed wieczorem.

– Więc nie wiadomo, czy należała do naszego posłańca.

– Nie wiadomo. Ale Przedbor trzymał ją przy śmierci. A bramę otwarto bez walki. To wystarczy, żeby zapytać, kto przyszedł tutaj z moim znakiem.

Radosława spojrzała na zmarłego wartownika u progu.

– Otworzyli i dopiero wtedy zobaczyli, ilu ich jest.

– Być może. Powinniśmy obejrzeć miejsce, w którym próbowali ich zatrzymać.

Niemir przeszedł kilka kroków w głąb osady. Znalazł wyrzuconą z pochwy broń jednego z wartowników oraz plamę krwi pod ścianą pierwszego domu. Dalej w błocie odbiły się podeszwy z twardymi ćwiekami, inne niż lekkie buty, które nosili miejscowi chłopi.

Przykucnął. Deszcz rozmył kształt pięty, ale ślady kilku osób układały się w jedno: od bramy w kierunku placu, potem na obie strony zabudowań.

Napastnicy nie biegli chaotycznie. Rozdzielili się zaraz po wejściu.

Ktoś nimi dowodził.

– Wiedzieli, gdzie jest plac, dom starszego i spichlerz – powiedział Niemir. – Weszli i od razu poszli we właściwych kierunkach. Albo znali osadę, albo wcześniej ją obejrzeli.

– A ten, który gryzł, nie był sam – dodała Radosława.

– Nie.

Jaromira odwróciła się ku drodze prowadzącej do lasu.

– Jeśli wyślą następnych, mogą jeszcze wrócić.

Niemir spojrzał na ciała przy studni. W świetle dnia twarze zmarłych były szare, podobne do kamieni leżących w błocie. Przypomniał sobie Przedbora ściskającego tabliczkę, jakby do końca próbował wykazać, że zawarta umowa ma jakąś wartość.

Miała wartość.

Wierzbiny oddawały krew i w zamian miały być bezpieczne od drapieżników, którzy przebywali na ziemiach Niemira. Nikt nie obiecywał im, że nigdy nie dosięgnie ich choroba, pożar ani ludzka nienawiść. Jednak ktoś skorzystał z jego imienia, żeby obejść straże, a następnie wymordował ludzi pod jego pieczą.

Jeżeli inne osady uznają, że znak Niemira nie chroni przed niczym, przestaną płacić. Zaczną szukać mocniejszego pana albo zbroić się przeciw niemu. Jego władza opierała się nie tylko na sile szczęk i rąk, lecz również na przekonaniu, że każdy, kto łamie jego umowę, poniesie karę.

Dlatego nie zamierzał dopuścić, aby śmierć mieszkańców Wierzbin pozostała bez odpowiedzi.

– Żelisław, po dwóch ludzi na bramie i przy studni – rozkazał. – Reszta odpocznie na zmianę. Przygotujcie miejsce dla koni, ale nie bierzcie ze spichlerza więcej paszy, niż potrzeba. Wszystko, co tu leży, będzie policzone.

– A ty?

– Jeszcze raz przejdę osadę. Zmierzch niedługo. Wtedy lepiej poczuję, czy ktoś coś przed nami ukrył.

– Chcesz zostać tutaj na noc?

– Chcę wiedzieć, kto przyjechał w moim imieniu i ilu ich było. Potem zdecyduję, dokąd pojedziemy.

Żelisław rozesłał rozkazy. Mściwój chwycił uzdę jednego z koni, Ratybor odszedł ku palisadzie, a Chwalisz bez słowa wrócił do pracy przy ciałach. Bolebor przyniósł z drogi łopatę znalezioną w opuszczonym polu. Oparł ją o ścianę i spojrzał na Niemira.

– Kopiemy dziś? – zapytał.

– Jutro. Kiedy skończę oględziny, pomogę wam wskazać miejsce. Nie będziemy grzebać osiemdziesięciu ludzi byle gdzie.

– Są wśród nich dzieci mojego dawnego sąsiada.

– Wiem, że to twoi znajomi. Nie zabieram ci prawa, żebyś ich pochował. Zabieram ci prawo, żebyś zniszczył ślady, zanim znajdziemy morderców.

Bolebor zacisnął usta, lecz skinął głową.

Niemir nie potrzebował od niego niczego więcej.

Ruszył w stronę domu Przedbora. W progu zatrzymał się jeszcze i obejrzał nową tabliczkę. Znak wypalono starannie. Ktoś wiedział, że mieszkańcy Wierzbin rozpoznają te kreski i otworzą bramę bez długich pytań.

Niemir zacisnął na drewnie palce tak mocno, że krawędź pękła z cichym trzaskiem. Nie zrobił tego z żalu. Przedbor nie żył, a osady nie dało się przywrócić do dawnego stanu. Stracił dochód, wiernych poddanych i spokój na własnym terytorium.

Ktoś chciał, żeby wyglądało to na napaść potwora. Ktoś użył do tego jego znaku.

Wierzbiny były martwe. Pozostałych osiem osad nadal ufało tym samym czterem kreskom. Każdego dnia ktoś mógł stanąć przed ich bramami z podobną tabliczką i poprosić, żeby go wpuszczono.

Niemir schował pęknięte drewno za pas. Zanim dopuści do kolejnego poboru, dowie się, kto podróżował w jego imieniu.

Rozdział II – Prawo krwi

Ratybor i Chwalisz wyjechali do Olszan, zanim słońce zniknęło za palisadą. Niemir odprowadził ich wzrokiem do zakrętu i wrócił na plac. Żelisław kazał przyciągnąć pod studnię dwa puste wozy. Zasłonięto nimi ciała leżące na drodze, aby wartownicy mogli przechodzić bez stąpania pomiędzy zabitymi.

Nie było to miejsce na nocleg, lecz osada nadal miała dachy, studnie i zapas owsa dla koni. Niemir nie zamierzał opuścić jej przed ustaleniem wszystkiego, co można było odczytać ze śladów. Zbyt wiele razy widział ludzi, którzy po odnalezieniu zwłok najpierw palili domostwo, a dopiero później zaczynali pytać, co się wydarzyło.

– Który wóz ruszaliście? – zapytał Żelisława.

– Tylko ten przy studni. Oba stały na drodze, jeden miał pękniętą dyszelkę. Bolebor przestawił go z Mściwojem.

– Mówiłem, żeby niczego nie ruszać.

– Mówiłeś, żeby nie ruszać ciał i dobytku. Wóz blokował nam przejście.

Niemir popatrzył na błotniste koleiny prowadzące w stronę studni. Żelisław miał rację. On sam wydał zbyt ogólny rozkaz.

– Następnym razem najpierw mnie zawołaj – powiedział.

– Następnym razem postawię wóz tam, gdzie każesz.

Oficer nie dodał nic więcej. Wiedział, kiedy może dyskutować, a kiedy spór nie przyniesie nikomu korzyści.

Niemir wszedł ponownie do domu Przedbora. Blask wieczornego nieba wpadał przez otwór pod okapem; we wnętrzu zalegał zapach zakrzepłej krwi, zimnego popiołu i rozlanego piwa. Radosława szła tuż za nim. Przed wejściem obejrzała tylną ścianę chaty, ale nie znalazła żadnej wyrwanej deski ani śladu ucieczki.

Starzec wciąż leżał przy palenisku. Niemir uklęknął przy jego dłoni i porównał pękniętą tabliczkę z odciskiem na zakrwawionych palcach. Przedbor wyrwał ją komuś gwałtownie, zapewne w chwili, gdy już zrozumiał, że człowiek przybyły z jego znakiem nie jest wysłannikiem. Rzemień przecięto lub rozerwano. Samo drewno nie było splamione krwią po tej stronie, którą podczas rozmowy pokazywano ludziom.

– Jeśli napastnik miał tabliczkę przy szyi, Przedbor musiał podejść do niego bardzo blisko – powiedziała Radosława.

– Znał zasady. Kazałem starszym sprawdzać znak, zanim otworzą wrota.

– A potem trzymał go w dłoni, zamiast chwycić za nóż.

– Może nie miał już siły chwycić za nóż.

Niemir wsunął tabliczkę do skórzanego worka. Nie zamierzał dopuścić, by podczas jazdy odłamała się od niej kolejna drzazga. Pod nogą zmarłego znalazł wykrzywioną metalową sprzączkę. Podniósł ją i obejrzał na tle otworu okiennego. Żelazo było przyzwoicie obrobione, ale nie miało żadnego znaku rzemieślnika.

– Mogła należeć do każdego – oceniła Radosława.

– Dlatego nie będę jeszcze szukał właściciela.