Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie dostawali regularnego żołdu. Żyli z wojny. A bała się ich niemal cała Europa.
Rok 1619.
Dwudziestodwuletni Mikołaj Radecki jest młodym szlachcicem, który powinien mieć przed sobą spokojne życie. Wszystko zmienia się w jednej chwili, gdy zabija człowieka, którego nie powinien był nawet dotknąć.
Jedyną drogą ucieczki okazuje się zaciąg do oddziału ludzi, o których mówi się z mieszaniną podziwu i odrazy.
Lisowczyków.
Nie maszerują jak inne wojska. Nie ciągną za sobą ciężkich taborów. Pokonują w kilka dni odległości, które inni uznają za niemożliwe. Walczą dla królów i cesarzy, lecz gdy kończy się żołd, sami biorą sobie zapłatę.
Konie.
Srebro.
Żywność.
Czasem wszystko, co pozostawił po sobie przeciwnik.
Mikołaj trafia między ludzi, których początkowo uważa za zwykłych bandytów. Przyjmuje nazwisko Jan Grot, lecz wśród nowych towarzyszy szybko otrzymuje inne imię.
Od Humiennego, przez ziemie Śląska i Czech, aż po Białą Górę i Chocim, poznaje wojnę taką, jaka jest naprawdę: brudną, brutalną i pozbawioną prostych odpowiedzi.
I odkrywa coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż samych Lisowczyków.
Że jest w tym cholernie dobry.
„Lisowczyk” to historyczna powieść wojenna osadzona w pierwszych latach wojny trzydziestoletniej. Prawdziwe bitwy, autentyczne postacie historyczne, brutalne rajdy lekkiej jazdy i historia młodego człowieka, który coraz częściej musi odpowiadać sobie na jedno pytanie:
Jak długo można usprawiedliwiać okrucieństwo tym, że wykonuje się rozkazy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
LISOWCZYK
Jasper Everhar
„Nie trzeba być dobrym człowiekiem, żeby być dobrym żołnierzem.”
Europa, 1619–1621
Spis Treści
PROLOG
BEZ POWROTU
CHLEB Z SZABLI
PO DRUGIEJ STRONIE GÓR
PRAWO ŁUPU
WŁASNA ZIEMIA
CUDZY CESARZ
BIAŁA GÓRA
Z WŁASNEJ WOLI
Nie byli wojskiem takim jak inne.
Nie maszerowali w równych kolumnach za ciężkim taborem. Nie czekali cierpliwie na żołd, który miał nadejść z królewskiego skarbca. Nie potrzebowali tygodni, by przygotować się do wyprawy.
Potrzebowali konia, broni i wojny.
Nazywano ich Lisowczykami.
Nazwa została po Aleksandrze Józefie Lisowskim, człowieku, który podczas wojen moskiewskich stworzył jazdę zdolną pojawić się tam, gdzie według przeciwnika żadnego wojska być nie mogło. Jego ludzie przemierzali ogromne odległości, omijali twierdze, przekraczali rzeki, znikali w lasach i uderzali daleko za liniami wroga.
Nie zdobywali ziemi.
Nie pilnowali granic.
Przyjeżdżali, niszczyli to, po co przyjechali, i odjeżdżali, zanim przeciwnik zebrał siły.
Ich największą bronią nie była szabla ani łuk.
Była nią szybkość.
A zaraz po niej strach.
Lisowczycy walczyli lekko. Dobry koń znaczył często więcej niż kosztowna zbroja. Wojownik musiał umieć spać, gdzie popadnie, jeść, co znalazł, i przejechać w kilka dni drogę, która dla innych oddziałów oznaczała długą wyprawę. Kiedy koń padał, zdobywało się następnego.
Podobnie było z żywnością.
I pieniędzmi.
Rzeczpospolita chętnie korzystała z ludzi takich jak oni, ale znacznie mniej chętnie za nich płaciła. Lisowczycy nauczyli się więc pobierać żołd sami.
Ze wsi.
Z dworów.
Z miast.
Z trupów.
To, co dla nich było zapłatą za służbę, dla innych nazywało się rabunkiem.
A kiedy wojna się kończyła, zaczynał się problem.
Tysiące uzbrojonych ludzi, którzy przez lata nauczyli się żyć wyłącznie z konia i szabli, nie zamieniały się nagle w spokojnych gospodarzy. Niektórzy nie mieli nawet dokąd wracać. Byli wśród nich zubożali szlachcice, awanturnicy, banici, ludzie ścigani wyrokami i tacy, którzy po prostu odkryli, że bardziej odpowiada im życie wojownika niż pług i rodzinny majątek.
Europa szybko poznała ich nazwę.
Jedni nazywali ich znakomitymi żołnierzami.
Drudzy bandytami.
Obie strony miały rację.
Jesienią 1619 roku znów byli potrzebni.
W Czechach trwało powstanie. Siedmiogród ruszył przeciw Habsburgom. Wiedeń znalazł się w niebezpieczeństwie, a wojna, która później miała pochłonąć znaczną część Europy, dopiero nabierała rozpędu.
Król Zygmunt III Waza nie chciał otwarcie rzucać Rzeczypospolitej przeciw wrogom cesarza.
Mógł jednak wysłać ludzi, których oficjalnie niemal nikt nie chciał posiadać.
Lisowczyków.
Ruszyli na południe.
Pod Humiennem pokazali, dlaczego przeciwnicy nauczyli się ich bać. Potrafili uciekać, kiedy należało uciekać, zawracać, kiedy wróg uwierzył już w zwycięstwo, i zabijać, kiedy szyk przeciwnika przestawał istnieć.
Potem znów ruszyli dalej.
Tak wyglądało ich życie.
Droga.
Koń.
Ogień.
Krew.
Łup.
A potem kolejna droga.
Nie pytali zbyt często, czy wojna, w której uczestniczyli, była ich wojną.
Wystarczało, że ktoś wskazał kierunek.
W roku Pańskim 1619 Europa miała dopiero przekonać się, jak daleko mogą dotrzeć.
I jak wiele zostaje po nich popiołu.
Ziemia lubelska, październik 1619 roku
Jesień przyszła tego roku wcześnie.
Nad Radeckimi od rana wisiało niskie, ciężkie niebo, a mgła leżała między polami tak gęsto, że z okien dworu nie było widać skraju lasu. Tylko dach stajni wyłaniał się z bieli jak ciemna wyspa. Mikołaj stał przy otwartym oknie i słuchał, jak pod gankiem sługa otrzepuje błoto z butów jego ojca.
— Zamknij, bo wychłodzisz izbę — powiedziała matka.
Mikołaj posłuchał bez słowa.
W izbie pachniało chlebem, dymem z pieca i suszonymi jabłkami. Na stole leżał biały obrus, nie nowy, lecz wyprany tak starannie, że trudno było dostrzec przetarcia przy krawędziach. Obok glinianych mis stał dzban lekkiego piwa, masło, ser, pieczona wczoraj gęś i bochen razowego chleba. Nic niezwykłego. Zwyczajne śniadanie w domu, w którym nikt nie był bogaty, ale też nikt nie musiał zastanawiać się, czy wieczorem będzie co włożyć do garnka.
Ojciec wszedł do środka i rzucił rękawice na ławę.
Stanisław Radecki miał pięćdziesiąt lat, szerokie barki i tę szczególną twarz człowieka, który przez całe życie więcej czasu spędzał na dworze niż przed lustrem. Wąsy nosił krótko przycięte. Siwiejące włosy odgarniał do tyłu, nie przywiązując do nich większej wagi. Na jego żupanie widniały mokre plamy po mgle.
— Droga do Wolnicy rozjechana — powiedział. — Wozy idą jeden za drugim. Jak tak dalej pójdzie, przed zimą nie zostanie z traktu nic poza błotem.
— Kupcy? — zapytał Mikołaj.
Ojciec nalał sobie piwa.
— Żołnierze. Kupcy przynajmniej płacą za owies.
Usiadł ciężko naprzeciw syna. Matka podała mu chleb.
— Znowu ci z Moskwy? — spytała.
— Jedni z Moskwy, drudzy nie wiadomo skąd. Teraz każdy, kto ma konia i szablę, nazywa się żołnierzem.
Mikołaj uśmiechnął się pod nosem.
— Ojciec też kiedyś mówił, że dobry koń i szabla wystarczą człowiekowi do szczęścia.
Stanisław spojrzał na niego znad kubka.
— Mówiłem to, zanim zacząłeś mnie słuchać.
Matka prychnęła cicho.
— I całe szczęście.
Mikołaj sięgnął po kawałek gęsi. Miał dwadzieścia dwa lata i od dawna był zbyt dorosły, by ktokolwiek pilnował, ile nakłada sobie na talerz, ale w domu nadal czasami czuł się jak chłopak. Zwłaszcza rano, kiedy matka poprawiała mu kołnierz, a ojciec wypominał zbyt późny powrót ze stajni albo zbyt długą jazdę bez pachołka.
Nie narzekał na to.
Radeccy nie należeli do wielkich rodów. Mieli dwór, kilka wsi, las, stawy i ziemię wystarczającą, by utrzymać rodzinę bez pożyczania od sąsiadów. Ojciec pilnował rachunków, matka spiżarni, a Mikołaj od kilku lat doglądał koni i coraz częściej jeździł w sprawach majątku. Miał własny pokój, dwie dobre szable, kilka żupanów i kasztanowego wałacha, którego nie oddałby za żaden z ojcowskich obrazów ani srebrnych półmisków.
Jego największym problemem tej jesieni powinno być to, czy ojciec pozwoli mu pojechać na zimę do Lublina.
Powinno.
— Jedziesz dziś do Wolnicy — powiedział Stanisław.
Mikołaj uniósł wzrok.
— Po co?
— Pan Wolnicki chce obejrzeć kasztankę. Jeśli ją weźmie, przywieź pieniądze. Jeśli zacznie targować się jak na jarmarku, wrócisz z klaczą.
— Ile?
Ojciec podał mu cenę.
Mikołaj skrzywił się.
— Za tyle nie kupi nawet ogona.
— Dlatego wysyłam ciebie. Ja bym się z nim pokłócił.
— Ja też mogę.
— Ty przynajmniej ładniej wyglądasz, kiedy się kłócisz.
Matka spojrzała na syna z udawaną surowością.
— I nie wracaj po nocy.
— Wrócę przed nocą.
Ojciec odstawił kubek.
— W Wolnicy jest dziś Karski.
Mikołaj znieruchomiał z dłonią nad chlebem.
Matka westchnęła.
— Stanisławie.
— Lepiej, żeby wiedział.
Mikołaj powoli opuścił rękę.
— Skąd ojciec wie?
— Spotkałem po drodze ich wóz. Służba Karskich jedzie za nim. Pewnie zostanie na wieczerzę.
Przez chwilę słychać było tylko trzask drewna w piecu.
Mikołaj spojrzał na stół. Na białym obrusie leżała kropla piwa, która spłynęła po dzbanku.
— Mogę pojechać jutro.
— Możesz — odparł ojciec. — Ale nie będziesz całe życie zmieniał drogi, bo gdzieś może siedzieć Krzysztof Karski.
— Nie zmieniam drogi.
— Więc dobrze.
Matka patrzyła na obu z niezadowoleniem.
— I po co to mówisz?
Stanisław odchylił się na ławie.
— Bo jeśli mój syn ma dwadzieścia dwa lata, to chciałbym wierzyć, że potrafi usiąść z człowiekiem przy jednym stole i go nie zabić.
Mikołaj spojrzał mu w oczy.
— Potrafię.
Ojciec wytrzymał jego spojrzenie przez dłuższą chwilę.
— Właśnie tego się trzymaj.
Po śniadaniu Mikołaj poszedł do stajni wcześniej, niż było trzeba. Lubił ten budynek bardziej niż większość izb we dworze. Pachniało w nim sianem, skórą, końskim potem i olejem używanym do uprzęży. Zapach nie był delikatny, ale był znajomy. Porządek też był znajomy. Każde siodło miało swoje miejsce, uzdy wisiały na kołkach, szczotki leżały w drewnianej skrzyni pod ścianą. Ojciec potrafił nie zauważyć pękniętej szyby przez pół zimy, lecz źle odłożonego siodła nie znosił.
Kasztan przywitał Mikołaja cichym parsknięciem i od razu wsunął łeb w jego stronę.
— Ty przynajmniej nie pytasz, z kim będę jadł wieczerzę — mruknął Mikołaj.
Koń obwąchał mu rękaw.
— I jesteś przez to lepszym towarzystwem od połowy szlachty w powiecie.
Stary Maciej, który od lat doglądał koni Radeckich, usłyszał ostatnie zdanie.
— Koń też potrafi być głupi.
— Ale rzadko złośliwy.
— Bo nie umie mówić.
Mikołaj roześmiał się i wziął szczotkę. Nie musiał sam czyścić konia. W domu było wystarczająco ludzi, by nie dotykał ani szczotki, ani wiadra, jeśli nie miał na to ochoty. Robił to jednak często. W siodle czuł się najlepiej, a o kasztana dbał z uporem, który ojciec uważał za przesadę.
Maciej obserwował, jak młody Radecki przesuwa dłonią po grzbiecie wałacha.
— Pan jedzie do Wolnicy?
— Jadę.
— Słyszałem, że Karski tam siedzi.
Mikołaj zatrzymał szczotkę.
— Widzę, że wieść jest już w stajni. Jeszcze kuchnia i chlew, a potem można ją ogłosić z ambony.
Maciej nie uśmiechnął się.
— Niech pan wróci z koniem i pieniędzmi. Bez niczego więcej.
— Ojciec powiedział prawie to samo.
— To może raz warto go posłuchać.
Mikołaj rzucił mu spojrzenie.
— Wszyscy dziś jesteście wyjątkowo mądrzy.
— Bo pan jest wyjątkowo młody.
Mikołaj pokręcił głową, ale nie odpowiedział. Wyprowadził kasztana na podwórze. Służący przyniósł mu płaszcz, inny dopiął juk do siodła. Bartek prowadził klacz na sprzedaż. Wszystko odbywało się bez pośpiechu, sprawnie, jak setki razy wcześniej.
Mikołaj włożył stopę w strzemię i wskoczył na siodło.
* * *
Kasztanka szła spokojnie na uwiązie, choć trakt rzeczywiście wyglądał tak, jakby przejechała po nim cała armia.
Błoto sięgało miejscami koniom ponad pęciny. Koleiny były pełne brunatnej wody, a na poboczu leżała złamana oś wozu. Mikołaj prowadził swojego wałacha środkiem drogi, gdzie grunt był odrobinę twardszy. Towarzyszył mu Bartek, jeden z młodszych pachołków ojca.
— Panie Mikołaju — odezwał się chłopak po dłuższym milczeniu. — To prawda, że Lisowczycy śpią na koniach?
Mikołaj spojrzał na niego.
— Kto ci powiedział takie głupoty?
— Franek z młyna. Jego brat wrócił spod Moskwy. Mówił, że oni potrafią trzy dni jechać bez postoju.
— Człowiek może spaść z konia nawet po jednym dniu.
— Ale oni podobno nie spadają.
— W takim razie nie są ludźmi.
Bartek zastanowił się nad tym poważnie.
— Mówił jeszcze, że jak koń im padnie, to zabierają pierwszy, jaki znajdą.
— To akurat łatwiej mi uwierzyć.
Na poboczu pojawili się dwaj żołnierze. Mieli długie rusznice przewieszone przez plecy i kapoty tak ubłocone, że trudno było powiedzieć, jakiego były koloru. Jeden prowadził chudą klacz. Drugi siedział na koniu zgarbiony, jakby zasnął w siodle.
Mikołaj odruchowo położył dłoń bliżej rękojeści szabli.
Żołnierze spojrzeli na niego, na kasztankę, potem znowu na niego. Nie zatrzymali się.
— To byli Lisowczycy? — szepnął Bartek.
— Nie mam pojęcia.
— Wyglądali jak zbójcy.
— Wielu żołnierzy tak wygląda.
— Pan nie.
Mikołaj parsknął śmiechem.
— Bo nie jestem żołnierzem.
Wolnica leżała niecałe dwie godziny drogi od Radeckich. Dwór Wolnickich był większy od ich domu, choć nieznacznie. Białe ściany od strony ogrodu porastało dzikie wino, a wokół zabudowań gospodarczych kręciło się więcej ludzi niż zwykle.
Zanim Mikołaj zsiadł z konia, zobaczył karego ogiera przywiązanego do poręczy ganku.
Znał tego konia.
Nie potrzebował herbu na czapraku.
Karski już był na miejscu.
Mikołaj przekazał wodze Bartkowi.
— Napój oba konie. Kasztance nie pozwól się przejadać owsem.
— A pan?
— Sprzedam ją albo wrócimy z trzema końmi.
— Dlaczego z trzema?
— Bo jeśli Wolnicki będzie się targował, zabiorę mu jednego za karę.
Chłopak roześmiał się, niepewny, czy to żart.
Mikołaj wszedł po schodkach.
Przed drzwiami zatrzymał się na moment i poprawił pas. Miał na sobie ciemnozielony żupan z dobrego sukna, skórzany pas ze srebrną klamrą i wysokie, świeżo wyczyszczone buty. Był wysoki, szczupły w pasie i szeroki w ramionach bardziej od jazdy konnej niż od ciężkiej pracy. Jasnobrązowe włosy związał z tyłu rzemieniem, ale kilka pasm wysunęło się podczas drogi. Stalowoszare oczy i mocno zarysowana szczęka sprawiały, że wyglądał poważniej, dopóki się nie uśmiechnął. Twarz miał jeszcze gładką, bez blizn i śladów, które odróżniały weteranów od młodych ludzi bawiących się szablą na dziedzińcu. Matka rano powiedziała, że wygląda jak ktoś, kto powinien myśleć o żonie.
Mikołaj odpowiedział, że dlatego właśnie jedzie tylko sprzedać konia.
W sieni powitał go stary sługa Wolnickich.
— Pan już czeka. Prosi do małej izby.
— Karski też?
Sługa zawahał się ledwie zauważalnie.
— Pan Krzysztof jest gościem.
Oczywiście.
W małej izbie płonęły dwie świece, choć do zmroku brakowało jeszcze kilku godzin. Andrzej Wolnicki siedział przy stole z księgą rachunkową. Obok niego stał człowiek w granatowym żupanie.
Krzysztof Karski był od Mikołaja starszy może o pięć lat, niższy, za to cięższy w ramionach. Czarne włosy miał przycięte krótko, wąsy długie i starannie podkręcone. Na palcu błyszczał sygnet. Nawet w cudzym domu zachowywał się tak, jakby należała do niego co najmniej połowa mebli.
Uśmiechnął się, kiedy Mikołaj wszedł.
— Radecki.
— Karski.
Wolnicki zerknął z jednego na drugiego.
— Panowie się znają.
— Całkiem dobrze — powiedział Karski.
Mikołaj zdjął rękawice.
— Nie przesadzałbym.
Wolnicki chrząknął.
— Klacz jest?
— Jest.
— Obejrzymy.
Przez następne pół godziny Mikołaj skupiał się wyłącznie na koniu. To było łatwiejsze niż patrzenie na Karskiego. Kasztanka miała trzy lata, mocne nogi i spokojny charakter. Wolnicki sprawdził zęby, kopyta, grzbiet. Kazał pachołkowi przeprowadzić ją po podwórzu, potem sam wsiadł.
Karski stał pod stajnią i obserwował.
— Za dużo chcecie — oznajmił Wolnicki po próbie.
— Za mało daje pan za dobrego konia.
— Zawsze byłeś podobny do ojca.
— Ojciec powiedział dokładnie to samo o panu.
Wolnicki roześmiał się.
Karski również, choć Mikołaj nie widział w tym nic zabawnego.
Targowali się długo. W końcu stanęło na cenie nieco niższej od tej, którą podał Stanisław, ale wyższej od granicy, poniżej której zabronił schodzić. Mikołaj przyjął sakiewkę, przeliczył pieniądze przy stole i schował ją pod żupan.
Mógł wtedy wyjechać.
Wolnicki jednak nalał wina i powiedział, że nie wypuści syna sąsiada bez posiłku. Za oknem zaczął padać deszcz. Bartek siedział w kuchni. Konie stały pod dachem.
Mikołaj został.
Wieczerzę podano w większej izbie. Oprócz gospodarza, Karskiego i Mikołaja przy stole siedziała żona Wolnickiego, jej brat oraz dwóch sąsiadów. Rozmowa dotyczyła głównie wojny.
Wieści były niepewne, jak zawsze. Ktoś mówił o Czechach. Ktoś o cesarzu. Ktoś o księciu siedmiogrodzkim, który ruszał przeciw Habsburgom i podobno zamierzał iść aż ku Wiedniowi. Padło nazwisko Zygmunta III, potem Habsburgów, potem Bethlena Gábora.
Mikołaj słuchał połową uwagi.
Karski pił szybko.
— Król powinien wysłać tam regularne wojsko — powiedział jeden z sąsiadów.
— I kto za nie zapłaci? — spytał Wolnicki.
— Sejm.
Przy stole rozległ się śmiech.
— W takim razie cesarz szybciej doczeka się pomocy od Turków — rzucił Karski.
— Lisowczycy podobno mają ruszyć — powiedział brat gospodyni.
Karski uniósł brwi.
— To nie pomoc. To zaraza, którą wysyła się sąsiadowi, gdy samemu ma się jej dosyć.
— Skuteczna zaraza — zauważył Wolnicki.
— Szczury też są skuteczne w opróżnianiu spichlerza.
Mikołaj spojrzał na kielich.
Po drugiej stronie stołu młoda służąca nalewała wino. Miała może siedemnaście lat. Karski obserwował ją dłużej, niż wymagało napełnienie naczynia.
Mikołaj to zauważył.
Nie powiedział nic.
Nie chciał dać Karskiemu nawet pretekstu do rozmowy.
— A ty, Radecki? — odezwał się tamten chwilę później.
Mikołaj podniósł wzrok.
— Co ja?
— Pojechałbyś z nimi?
— Z kim?
— Z Lisowczykami.
— Nie.
— Dlaczego?
— Lubię własne konie.
Kilku mężczyzn się roześmiało.
Karski uśmiechnął się bez wesołości.
— I własny dach nad głową.
— Też.
— Własne sługi.
Mikołaj poczuł, jak coś twardnieje mu w karku.
— Do czego zmierzasz?
Karski wziął kielich.
— Do niczego. Pytam tylko, czy nadal tak bardzo przejmujesz się losem cudzych ludzi.
Wolnicki odłożył nóż.
— Krzysztof.
— Co?
— Jedz.
Przez kilka uderzeń serca Mikołaj słyszał jedynie własny oddech.
Potem sięgnął po chleb.
— Dobra rada — powiedział. — Posłuchaj gospodarza.
Karski roześmiał się cicho.
I na tym mogło się skończyć.
Naprawdę mogło.
* * *
Deszcz ustał przed końcem wieczerzy, ale zrobiło się ciemno. Mikołaj wyszedł na podwórze, przeklinając własną decyzję, by zostać tak długo.
Bartek czekał w stajni.
— Mówiłem, że wrócimy przed nocą — powiedział Mikołaj.
— Jeszcze nie jest bardzo późno.
— Powiedz to mojej matce.
Chłopak wyszczerzył zęby.
Mikołaj sprawdził popręg swojego wałacha. Sakiewka od Wolnickiego ciążyła mu pod żupanem. Myślał już tylko o drodze do domu, gorącym piecu i tym, jak jutro będzie musiał wysłuchać ojca mówiącego, że dało się wrócić wcześniej.
Wtedy od strony budynku kuchennego dobiegł stłumiony krzyk.
Bartek znieruchomiał.
Mikołaj spojrzał ku drzwiom stajni.
— Zostań przy koniach.
— Panie...
— Zostań.
Wyszedł.
Podwórze oświetlała tylko latarnia wisząca przy ganku i blask dochodzący z kilku okien. Błoto połyskiwało czarno. Od kuchni ktoś przebiegł w stronę domu.
Mikołaj usłyszał kolejny głos.
— Puść mnie.
Rozpoznał dziewczynę, która podawała wino.
Karski stał z nią przy ścianie budynku gospodarczego. Jedną ręką trzymał ją za nadgarstek, drugą próbował objąć w pasie. Dziewczyna odpychała go obiema dłońmi.
— Powiedziała, żebyś ją puścił — odezwał się Mikołaj.
Karski odwrócił głowę.
Przez moment wyglądał niemal na zdziwionego. Potem uśmiechnął się.
— Idź do domu, Radecki.
Dziewczyna szarpnęła ręką.
Karski ścisnął mocniej.
— Puść ją.
— Nie twoja służba.
— Nie twoja też.
Karski spojrzał na dziewczynę, potem znowu na Mikołaja.
— Widzę, że niczego się nie nauczyłeś.
Mikołaj zrobił krok bliżej.
— Ostatni raz.
Karski puścił dziewczynę.
Przez sekundę Mikołaj pomyślał, że to koniec.
Dziewczyna odskoczyła pod ścianę.
Karski uderzył Mikołaja otwartą dłonią w twarz.
Nie mocno.
Wystarczająco.
Mikołaj poczuł smak krwi na rozciętej wardze.
— Teraz możesz powiedzieć ojcu, że znowu broniłeś dziewki — powiedział Karski. — Może tym razem będzie z ciebie dumny.
Mikołaj nie ruszył się.
— Przeproś.
— Kogo?
— Ją.
Karski spojrzał na służącą.
— Za co? Za to, że uznałem ją za ładniejszą, niż jest?
Mikołaj uderzył go pięścią.
Karski cofnął się o dwa kroki i niemal upadł w błoto. Gdy się wyprostował, z nosa ciekła mu krew.
Dziewczyna uciekła.
— Ty głupi skurwysynu — powiedział Karski.
Dłoń zniknęła pod połami żupana.
Mikołaj zobaczył błysk stali.
Sam sięgnął po szablę.
Karski ciął pierwszy.
Mikołaj odskoczył. Ostrze przecięło powietrze przed jego piersią. Nie było już miejsca na rozmowę.
Wiedział, że Karski trenował szablę od dziecka, tak samo jak on. Wiedział również, że pił od kilku godzin.
To wystarczyło.
Drugie cięcie było szybkie, ale zbyt szerokie. Mikołaj zbił je na bok. Stal zadźwięczała w ciemności. Karski spróbował podejść bliżej, chcąc wykorzystać siłę. Mikołaj cofnął nogę, pozwolił mu wejść i uderzył rękojeścią w usta.
Karski zaklął.
Z ganku ktoś krzyknął.
Mikołaj nie słuchał.
Wszystko nagle stało się proste.
Błoto pod butami. Ściana po lewej. Stół do oprawiania drobiu za Karskim. Otwarta przestrzeń po prawej. Światło latarni odbijające się na ostrzu.
Karski zaatakował znowu.
Mikołaj zobaczył ruch barku jeszcze przed cięciem.
Odszedł w bok.
Zbił ostrze.
Uderzył w nadgarstek.
Szabla Karskiego wypadła z dłoni i wpadła w błoto.
Zapadła cisza.
Nie trwała długo.
Karski patrzył na niego z niedowierzaniem. Mikołaj trzymał ostrze skierowane w jego pierś.
— Dość — powiedział Wolnicki gdzieś za nim.
Mikołaj słyszał kroki.
Karski też.
I wtedy się uśmiechnął.
— No dalej — powiedział cicho. — Pokaż im, jaki jesteś sprawiedliwy.
Mikołaj nie odpowiedział.
— Tamtego chłopa też broniłeś, pamiętasz?
Pamiętał.
Dwa lata wcześniej człowiek należący do Karskich został pobity tak ciężko, że nie przeżył nocy. Mikołaj widział, jak Krzysztof kopie go na ziemi. Widział później wdowę z dwojgiem dzieci pod kościołem. Ojciec zabronił mu mieszać się w sprawę. Wolnicki próbował pośredniczyć. Karscy zapłacili rodzinie kilka grzywien i sprawa zniknęła.
Mikołaj nigdy jej nie zapomniał.
— Opuść szablę — powiedział Wolnicki.
Karski nadal się uśmiechał.
— Zawsze będziesz tylko szczekał, Radecki.
Mikołaj zrobił krok.
Wbił mu szablę pod żebra.
Poczuł opór tkaniny, potem ciała.
Karski otworzył usta.
Uśmiech zniknął.
Mikołaj patrzył mu w oczy przez krótką, absurdalnie spokojną chwilę. Potem wyszarpnął ostrze.
Karski osunął się na kolana.
Dopiero wtedy Mikołaj zobaczył ludzi stojących przy ganku.
Wolnickiego.
Jego żonę.
Dwóch służących.
Sąsiada, który siedział z nimi przy stole.
Bartka w drzwiach stajni.
Wszyscy patrzyli na niego.
Karski przewrócił się twarzą w błoto.
Mikołaj spojrzał na własną szablę.
Krew spływała po ostrzu na jego dłoń.
— Boże — powiedział Wolnicki.
Mikołaj oddychał szybko, ale ręka mu nie drżała.
Jeszcze nie.
— On sięgnął pierwszy po broń — powiedział.
Wolnicki patrzył na leżącą w błocie szablę Karskiego.
Potem na ciało.
— A potem ją stracił.
Mikołaj nic nie powiedział.
— Wszyscy widzieli — dodał Wolnicki. — Rozbroiłeś go.
Dłoń Mikołaja zaczęła drżeć.
Bardzo lekko.
Wytarł ostrze o mokrą trawę.
— Gdzie mój koń?
— Mikołaj...
— Gdzie mój koń?
Wolnicki podszedł bliżej.
— Jeśli teraz uciekniesz, będzie gorzej.
Mikołaj spojrzał na niego.
— Jeśli zostanę?
Gospodarz nie odpowiedział od razu.
To wystarczyło.
* * *
Droga do domu była krótka. Tej nocy wydawała się Mikołajowi dłuższa niż kiedykolwiek wcześniej. Bartek jechał kilka kroków za nim i ani razu się nie odezwał. Zwykle chłopak potrafił mówić bez końca — o koniach, o dziewczynach z sąsiednich wsi, o tym, co usłyszał od ludzi na trakcie. Teraz słychać było tylko chlupot kopyt w koleinach i wodę spadającą z gałęzi po niedawnym deszczu.
Mikołaj kilka razy spojrzał na prawą dłoń. Umył ją naprędce przy studni Wolnickich, lecz pod paznokciami wciąż widział ciemniejsze ślady. Na rękawie żupana zaschła krew. Próbował nie myśleć o tym, że jeszcze rano matka wygładziła ten sam materiał dłonią i powiedziała, żeby go nie pobrudził przy koniach.
Przy rozstaju minęli przydrożny krzyż. Mikołaj zawsze zdejmował tam czapkę. Tym razem przejechał kilka kroków, zanim sobie o tym przypomniał. Zatrzymał kasztana, odwrócił się i przez chwilę patrzył na ciemny zarys Chrystusa pod niewielkim daszkiem. Nie potrafił się pomodlić. W głowie wracała jedna chwila: Karski bez szabli, z pustymi rękami, nadal uśmiechnięty. Potem własny krok naprzód.
— Panie Mikołaju? — odezwał się w końcu Bartek.
Mikołaj obejrzał się przez ramię.
— Nic.
Chłopak natychmiast spuścił wzrok. Mikołaj zrozumiał, że Bartek chciał zapytać, co teraz będzie, lecz przestraszył się odpowiedzi równie mocno jak on. Ruszyli dalej. Kiedy między drzewami pojawiło się pierwsze światło z okien Radeckich, Mikołaj poczuł ulgę. Trwała może jedno uderzenie serca. Potem pomyślał, że właśnie przywozi do tego domu coś, czego nie da się zostawić w stajni razem z zabłoconym siodłem.
* * *
Ojciec nie zapytał, czy Mikołaj go zabił.
Zobaczył krew na rękawie i twarz syna, kiedy ten wszedł do dworu przed północą.
— Kto? — spytał tylko.
— Karski.
Stanisław zamknął oczy.
Matka stała na schodach prowadzących do sypialnych izb. Miała na sobie nocną suknię i narzucony na ramiona płaszcz.
— Co się stało?
Nikt jej nie odpowiedział.
Ojciec podszedł do stołu.
— Żyje?
— Nie.
— Widział ktoś?
— Wszyscy.
Stanisław oparł dłonie o blat.
Mikołaj pierwszy raz w życiu zobaczył, jak ojciec nie wie, co powiedzieć.
— Zaczął — dodał Mikołaj. — Wyciągnął szablę.
Ojciec spojrzał na niego.
— Zabiłeś go w walce?
Mikołaj milczał.
Stanisław wyprostował się bardzo powoli.
— Zabiłeś go w walce?
— Rozbroiłem go.
Matka zasłoniła usta dłonią.
Ojciec odwrócił wzrok.
— Chryste.
— Próbował dobrać się do dziewczyny Wolnickich.
— Chryste, Mikołaj.
— I nie pierwszy raz zrobił coś takiego.
Stanisław uderzył otwartą dłonią w stół.
— To nie ma teraz żadnego znaczenia!
Mikołaj zamilkł.
Ojciec przez chwilę chodził po izbie. Trzy kroki do pieca. Obrót. Trzy kroki do stołu.
— Karscy mają ludzi w Lublinie. Mają krewnych w sądach. Mają pieniądze. I przede wszystkim mieli syna, którego właśnie położyłeś trupem przy sześciu świadkach.
— Nie będę kłamał, że nie chciałem go zabić.
Stanisław zatrzymał się.
— Nie przyszło mi do głowy, że będziesz aż tak głupi.
Te słowa zabolały bardziej niż policzek Karskiego.
Matka zeszła ze schodów.
— Co można zrobić?
Ojciec długo nie odpowiadał.
— Jeśli zostanie, zanim zaczniemy cokolwiek robić, ludzie Karskich mogą być tutaj rano.
— To nasz dom — powiedział Mikołaj.
Stanisław spojrzał na niego z czymś pomiędzy gniewem a niedowierzaniem.
— Myślisz, że drzwi z dębu zatrzymają sześciu zbrojnych? Albo dwudziestu?
— Mamy ludzi.
— Mamy parobków, pachołków i dwóch starych żołnierzy, którzy pilnują stajni. To nie jest twierdza.
Matka usiadła.
— Więc ma uciekać?
Ojciec nie odpowiedział.
Mikołaj nagle poczuł zmęczenie. Dopiero teraz. Jakby wraz z wejściem do znajomej izby wszystko, co trzymało go wyprostowanego od chwili zabójstwa, puściło.
Usiadł na ławie.
Na stole nadal stała misa z jabłkami. Rano jedno z nich wziął przed wyjazdem i zjadł w stajni.
Minęło kilkanaście godzin.
Dom wyglądał tak samo.
On już nie.
— Dokąd? — zapytał.
Ojciec spojrzał w stronę okna.
— Na wschód albo południe. Byle nie do miasta. Nie do krewnych. Tam będą szukać najpierw.
— I co dalej?
Stanisław potarł twarz dłońmi.
— Są ludzie, którzy przyjmą każdego, kto umie siedzieć na koniu i nie boi się używać szabli.
Mikołaj uniósł głowę.
Ojciec powiedział to niechętnie, jakby każde słowo miało zły smak.
— Lisowczycy.
W izbie zrobiło się jeszcze ciszej.
Matka pokręciła głową.
— Nie.
— Tam Karscy go nie wyciągną.
— Nie wyciągną, bo prędzej zginie gdzieś w lesie.
— Jeśli zostanie tutaj, może zginąć jutro.
Mikołaj patrzył na ojca.
— Gdzie są?
— Ostatnie wieści mówią, że część ciągnie przez ziemie na wschodzie. Zbierają się przed nową wyprawą. Mówią o Węgrzech. O cesarskiej służbie. Nikt nie wie, ile w tym prawdy.
— Znajdę ich.
Matka wstała tak gwałtownie, że ława przesunęła się po podłodze.
— Nie mów tego tak, jakbyś wybierał się na jarmark.
Mikołaj spojrzał na nią.
— A jak mam mówić?
— Możemy cię ukryć.
Ojciec potrząsnął głową.
— Nie na długo.
— Są klasztory. Są krewni na Litwie.
— I wszędzie tam można wysłać list.
Matka odwróciła się do męża.
— A do Lisowczyków nie?
Stanisław odpowiedział dopiero po chwili.
— Można. Tylko nie wiem, kto chciałby go im doręczyć.
Mikołaj prawie się roześmiał.
Nie dlatego, że było to zabawne.
Ojciec podszedł do niego.
— Weźmiesz kasztana. Drugiego konia z remizy. Nie tego siwego, kuleje po dłuższej drodze. Weź pieniądze z Wolnicy i jeszcze to, co dam ci ja.
— To pieniądze za klacz.
— Teraz są twoje.
— Ojciec...
— Nie dyskutuj pierwszy raz w życiu wtedy, kiedy proszę cię, żebyś nie dyskutował.
Mikołaj zamknął usta.
— Weź ciepły płaszcz. Rusznicy nie bierz, będzie ci tylko przeszkadzać. Pistolet, jeśli chcesz. Szablę. Nóż. Dwie koszule.
— Dwie?
Stanisław popatrzył na niego ponuro.
— Jeśli naprawdę znajdziesz Lisowczyków, szybko zrozumiesz, że jedna czysta koszula to już bogactwo.
* * *
Tej nocy Mikołaj prawie nie spał. W swoim pokoju znał każdy skrzypiący fragment podłogi, każdą rysę na belkach sufitu i smugę wilgoci przy oknie, którą ojciec od dwóch zim obiecywał naprawić. Na skrzyni leżał płaszcz przygotowany do drogi. Obok matka ułożyła koszule tak równo, jakby porządek złożonego płótna mógł mieć jeszcze jakiekolwiek znaczenie.
Przez chwilę rozważał zabranie lepszego kontusza. Odrzucił tę myśl niemal od razu. Zamiast niego wyciągnął stary kaftan do jazdy, mocny, poprzecierany na łokciach. Do juków włożył osełkę, zapasowe rzemienie, krzesiwo i mały kubek z cyny. Zaskoczyło go, jak niewiele rzeczy człowiek naprawdę może zabrać, kiedy całe dotychczasowe życie musi zmieścić na dwóch koniach.
Matka przyszła bez pukania. Nie powiedziała, że płakała. Mikołaj też tego nie powiedział. Usiadła na skraju łóżka i przez kilka minut poprawiała szew przy jednej z koszul, choć niczego nie trzeba było poprawiać.
— Będziesz jadł, kiedy będzie jedzenie — powiedziała w końcu. — Nie odkładaj na później, bo później może nie być.
— Mamo...
— I susz buty, jeśli tylko możesz. Człowiek najpierw myśli, że mokre nogi to drobiazg, a później nie może wejść na konia.
Mikołaj uśmiechnął się słabo. Były to rady tak zwyczajne, że właśnie przez to zabolały. Jeszcze dzień wcześniej podobne słowa zirytowałyby go po pięciu minutach.
Kiedy został sam, położył się ubrany. Nie zgasił świecy. Przed świtem płomień nadal się palił, a Mikołaj nie był pewien, czy przespał choć godzinę.
* * *
Wyjechał przed świtem.
Matka nie płakała przy nim. Płakała wcześniej, kiedy pakowała do juków chleb, suszone mięso, ser i dwie koszule, choć Mikołaj udawał, że tego nie widzi.
Ojciec wyszedł z nim przed dwór.
Mgła była podobna do tej z poprzedniego ranka. Kasztan parskał cicho, a drugi koń przestępował z nogi na nogę.
Mikołaj miał na sobie gruby płaszcz i ten sam zielony żupan. Krew z rękawa zmył zimną wodą. Plama nie zeszła całkiem.
Stanisław poprawił popręg, choć nie było takiej potrzeby.
— Nie używaj nazwiska — powiedział.
— Wiem.
— Nie jedź głównym traktem, dopóki nie miniesz Lublina.
— Wiem.
— Jeśli ktoś spyta, skąd jesteś...
— Ojcze.
Stanisław przestał mówić.
Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
Potem ojciec objął go krótko, mocno.
— Żyj — powiedział mu do ucha. — Resztę będziemy naprawiać później.
Mikołaj chciał odpowiedzieć, że wróci.
Nie powiedział tego.
Wsiadł na konia.
Gdy zjeżdżał z podwórza, obejrzał się raz.
Matka stała w drzwiach. Ojciec na ganku. Za nimi świeciło ciepłe światło.
Po godzinie dworu nie było już widać.
Po trzech dniach Mikołaj przestał liczyć, ile razy odwracał głowę, kiedy słyszał za sobą tętent.
Po pięciu zrozumiał, że spanie w gospodzie jest luksusem, na który nie zawsze można sobie pozwolić, kiedy człowiek nie chce podawać nazwiska.
Siódmej nocy spał w stodole. Ósmej pod drzewem, zawinięty w płaszcz, z siodłem pod głową. Nad ranem obudził się mokry od rosy, z bolącym karkiem i mrówkami w bucie.
Dziesiątego dnia skończył mu się chleb od matki.
Droga zmieniała go szybciej, niż chciał to przyznać. Pierwszego dnia omijał głębsze kałuże, żeby nie zachlapać butów. Czwartego przestał zwracać na nie uwagę. Szóstego jadł zimny kawał słoniny, siedząc na zwalonym pniu, i uznał, że smakuje lepiej niż wieczerza w pierwszej gospodzie. Dziewiątego nie miał już cierpliwości do człowieka, który przez kwadrans wypytywał go o rodzinę, więc skłamał, że wiezie listy do kupca i ma się spieszyć.
Najgorsze nie było zimno ani niewygoda. Najgorsza była niepewność.
Każdy jeździec za plecami mógł być człowiekiem Karskich. Każdy gospodarz mógł zapamiętać twarz młodego szlachcica na dobrym koniu. Mikołaj zaczął zsuwać czapkę niżej na czoło i przestał poprawiać płaszcz, kiedy brudził się od drogi. Raz, pod niewielkim miasteczkiem, minęło go czterech zbrojnych. Serce biło mu tak mocno, że przez dłuższą chwilę słyszał tylko własny puls.
Nie obejrzeli się nawet.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiał, że można bać się ludzi, którzy nie wiedzą o twoim istnieniu.
Na jedenastym spotkał człowieka, który powiedział mu, gdzie szukać Lisowczyków.
— Po czym ich poznam? — zapytał Mikołaj.
Stary chłop spojrzał na niego, jakby pytanie było wyjątkowo głupie.
— Poznasz.
Miał rację.
* * *
Najpierw poczuł dym.
Nie ten czysty zapach suchego drewna z domowego pieca. Dym był ciężki, tłusty, zmieszany ze smrodem palonej sierści, mokrych ubrań i czegoś gotowanego w wielkim kotle.
Potem usłyszał konie.
Dziesiątki koni.
Rżenie, parskanie, stuk kopyt, przekleństwa ludzi próbujących przeprowadzić zwierzęta między drzewami.
Obóz rozciągał się w lesie bez porządku, który Mikołaj potrafiłby zrozumieć. Nie było równych rzędów namiotów. Nie było wyznaczonych uliczek. Ludzie spali pod płachtami, pod drzewami, przy ogniskach albo zapewne gdziekolwiek padli poprzedniej nocy. Między nimi stały konie, leżały siodła, worki, skóry, beczki, porzucone garnki i broń.
Błoto było wszędzie.
Na butach. Na płaszczach. Na końskich brzuchach. Na twarzach ludzi.
Mikołaj zwolnił.
Pierwszy Lisowczyk, którego minął, siedział przy ogniu bez buta i wycinał nożem ze stopy pęcherz. Obok drugi zszywał rozdarcie w płaszczu grubą nicią. Trzeci spał z głową opartą o siodło, chociaż ktoś kilka kroków dalej kłócił się o kawał mięsa.
Kilku mężczyzn nosiło żupany, które kiedyś musiały być kosztowne. Teraz były poplamione, łatane i miejscami przypalone. Jeden miał czerwony rękaw i zielony korpus, jakby z dwóch zniszczonych ubrań zrobiono jedno. Inny nosił wysoką czapkę z futrzanym obszyciem i buty tak dobre, że nie pasowały do reszty jego stroju. Wielu miało wygolone policzki i podbródki, za to długie wąsy i pozostawione na głowie czupryny. Przy siodłach wisiały łuki w futerałach, kołczany, rusznice i lekkie rohatyny. Każdy wyglądał trochę inaczej, lecz żaden nie przypominał żołnierza czekającego na paradę.
W domu Mikołaj miał osobną skrzynię na ubrania.
Tutaj zobaczył człowieka, który suszył koszulę na gałęzi nad ogniem, siedząc nagi od pasa w górę mimo chłodu.
Im głębiej wjeżdżał między drzewa, tym bardziej czuł się jak ktoś, kto pomylił drogę. Jeden z jeźdźców czyścił końskie kopyto, trzymając nogę zwierzęcia między kolanami. Obok jego kompan rozcierał wiechciem słomy mokry grzbiet drugiego konia. Nikt nie pytał, czyje zwierzę jest piękniejsze. Patrzono na spękania kopyt, otarcia pod popręgiem i na to, czy koń będzie w stanie ruszyć następnego ranka. Mikołaj znał troskę o konie, ale tutaj nie było w niej nic z dumy właściciela. Była koniecznością.
Dalej dwóch ludzi dzieliło między siebie bochen chleba tak twardy, że jeden przytrzymywał go na pniu, a drugi ciął nożem. Przy następnym ognisku ktoś gotował kaszę w osmalonym kociołku. Mężczyzna stojący obok jadł cebulę jak jabłko. Mikołaj pomyślał o spiżarni w domu i o tym, ile razy narzekał, gdy na wieczerzę podano drugi dzień z rzędu tę samą pieczeń.
Najgorszy był zapach. Koński pot, mokra wełna, dym i niemyte ciała mieszały się z odorem błota rozdeptanego przez setki kopyt. Gdzieś dalej ktoś opróżniał wiadro pomyj. Mikołaj odruchowo skrzywił nos, po czym zauważył, że siedzący obok człowiek patrzy na niego z rozbawieniem. Przestał się krzywić.
Jego ciemnozielony żupan, który po jedenastu dniach podróży wydawał mu się zniszczony, nagle wyglądał niemal odświętnie. To samo dotyczyło srebrnej klamry u pasa i dobrych butów. Kilku ludzi obejrzało się za nim nie dlatego, że był obcy. Patrzyli na konie i na rzeczy, które przywiózł ze sobą. Po raz pierwszy Mikołaj pomyślał, że wszystko, co dotąd świadczyło o jego pozycji, tutaj może świadczyć jedynie o tym, że jest nowy.
— Zgubiłeś się?
Mikołaj odwrócił głowę.
Przy drzewie stał mężczyzna po trzydziestce, może bliżej czterdziestki. Był szczupły, żylasty, miał szeroki wąs i bliznę biegnącą od lewego ucha ku szczęce. Czapkę nosił zsuniętą na tył głowy. Szabla wisiała nisko przy biodrze, a łuk w sajdaku miał przewieszony przez ramię.
— Szukam Lisowczyków — odpowiedział Mikołaj.
Mężczyzna rozejrzał się dookoła.
— Źle trafiłeś. To klasztor.
Kilku siedzących przy ogniu parsknęło śmiechem.
Mikołaj spojrzał na niego spokojnie.
— W takim razie macie wyjątkowo brudnych mnichów.
Mężczyzna przestał się uśmiechać.
Potem roześmiał się głośniej niż pozostali.
— Zsiadaj.
Mikołaj nie ruszył się.
— Po co?
— Bo jak będę z tobą gadał, patrząc w górę, to jeszcze pomyślę, że jesteś kimś ważnym.
Mikołaj zsiadł.
Mężczyzna obejrzał go od butów po włosy.
— Szlachcic.
— Tak.
— To widać.
— Po czym?
— Masz czyste paznokcie.
Znów rozległ się śmiech.
Mikołaj spojrzał na własne dłonie. Po jedenastu dniach drogi nie uważał ich za szczególnie czyste.
— Czego chcesz? — zapytał mężczyzna.
— Zaciągnąć się.
Sęk popatrzył na niego dłużej.
— Ucieka przed tobą mąż, wierzyciel czy sąd?
Mikołaj poczuł, że pytanie padło zbyt swobodnie. Jakby podobne odpowiedzi słyszano tutaj codziennie.
— Czy to ma znaczenie?
— Dla mnie? Nie. Dla ciebie może mieć, jeśli ktoś przyjedzie z większą liczbą ludzi, niż mamy tutaj.
Mikołaj spojrzał w głąb obozu. Między drzewami widział co najmniej kilkudziesięciu zbrojnych, a dalej kolejne ogniska.
— Ilu was jest?
Sęk uśmiechnął się krzywo.
— Wystarczająco, żebyś nie pytał drugi raz.
— I każdego bierzecie?
— Każdego? Nie. Głupca bez konia nie potrzebujemy. Głupiec z dobrym koniem ma już większe szanse.
— A człowiek, który nie ma doświadczenia wojennego?
— Ma doświadczenie w umieraniu?
— Jak każdy.
— To się nauczy.
Mikołaj zmarszczył brwi.
— Tak po prostu?
Sęk splunął w błoto.
— Myślałeś, że pokażesz list polecający?
— Nie.
— To dobrze, bo użyłbym go do rozpalenia ognia.
Przy ognisku ktoś znowu się roześmiał.
Mikołaj zerknął na ludzi siedzących obok. Jeden miał twarz pooraną bliznami po ospie, drugi był niemal chłopcem. Trzeci wyglądał jak szlachcic, który jeszcze niedawno mógł siedzieć przy takim samym stole jak Radeccy. Na palcu nosił złoty pierścień, ale jego spodnie były rozdarte na kolanie, a na prawym bucie brakowało ostrogi.
— Dostajecie żołd? — zapytał Mikołaj.
Tym razem śmiech był głośniejszy.
Sęk odczekał, aż ucichnie.
— Czasem ktoś obieca. Czasem nawet zapłaci. Teraz gadają o cesarskich pieniądzach i wyprawie na południe. Jak będzie naprawdę, dowiemy się wtedy, kiedy zobaczymy srebro.
— A do tego czasu?
Sęk rozłożył ręce.
— Widzisz las?
— Widzę.
— Widzisz konie?
— Widzę.
— To już masz prawie całe nasze gospodarstwo. Resztę zdobywa się po drodze.
Mikołaj pomyślał o spiżarni zamykanej w domu na ciężki klucz, o workach zboża, beczkach piwa, wędzarni, stajni pełnej siana i o ojcu, który potrafił przez pół dnia kłócić się z ekonomem o brakujące miary owsa.
Tutaj kilkuset ludzi najwyraźniej żyło z tego, co mieli przy siodle i co zdołali znaleźć przed następnym wieczorem.
— Umiesz jeździć?
— Tak.
— Każdy umie, dopóki koń nie zacznie biec.
— Mój czasem biega.
Mężczyzna spojrzał na kasztana. Obszedł go dookoła, dotknął szyi, zajrzał pod siodło.
— Dobry.
— Wiem.
— Drugi też twój?
— Tak.
— Już cię lubię.
— Ze względu na konie?
— Oczywiście. Ciebie jeszcze nie znam.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
— Wojciech Dobrowolski. Wołają na mnie Sęk.
Mikołaj uścisnął dłoń.
— Miko...
Zatrzymał się.
Sęk zauważył.
Nie powiedział nic.
Mikołaj poczuł nagle, że każdy dźwięk wokół ucichł, choć w rzeczywistości obóz nadal ryczał głosami ludzi i koni.
Ojciec powiedział: nie używaj nazwiska.
Nie powiedział, jak łatwo odrzucić imię, które nosiło się całe życie.
Sęk czekał.
— Jan — powiedział Mikołaj.
— Jan jaki?
Spojrzał na własną szablę. Na wąskie, proste okucie pochwy. Potem na grot długiej rohatyny opartej o drzewo obok ogniska.
Pierwsze słowo, które przyszło mu do głowy, było wystarczająco dobre.
— Grot.
Sęk zmrużył oczy.
— Jan Grot.
— Tak.
— Ładne nazwisko. Krótkie. Łatwo krzyknąć w bitwie.
Mikołaj nie odpowiedział.
Sęk wskazał brodą ognisko.
— Siadaj, Grot. Jak masz własną miskę, to ją wyjmij. Jak nie masz, poczekasz, aż ktoś skończy.
Mikołaj spojrzał na kocioł. W środku bulgotała szara breja, w której pływały kawałki mięsa niewiadomego pochodzenia.
Przy ogniu siedział człowiek wyciągający wszy ze szwu koszuli.
Drugi czyścił krew z buta.
Trzeci jadł palcami prosto z drewnianej miski.
Mikołaj pomyślał o białym obrusie w domu.
O ciepłym chlebie.
O matce, która kazała zamykać okno, żeby nie wychłodzić izby.
Sęk podał mu wyszczerbioną łyżkę.
— Przywykniesz.
Mikołaj usiadł przy ogniu.
Nie uwierzył mu.
Pogórze, listopad 1619 roku
Mikołaja obudziło kopnięcie w podeszwę.
Otworzył oczy i przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Nad nim wisiały czarne gałęzie, między którymi prześwitywało blade niebo. Ziemia pod plecami była twarda, płaszcz wilgotny, a prawa noga zdrętwiała od kolana w dół.
Drugie kopnięcie było mocniejsze.
— Wstawaj, Grot.
Sęk stał nad nim z drewnianą miską w jednej ręce i kawałkiem chleba w drugiej.
Mikołaj uniósł głowę.
— Jest noc.
— Była. Teraz jest rano.
— Nie wygląda.
— Listopad. Przywyknij.
Mikołaj usiadł i natychmiast skrzywił się, gdy ból przeszedł mu przez kark. Spał przy ognisku, które w nocy zgasło. Został po nim krąg szarego popiołu i kilka czerwonych punktów żaru. Dwóch ludzi, z którymi poprzedniego wieczoru dzielił miejsce, już nie było. Trzeci leżał jeszcze zawinięty w płaszcz i chrapał z twarzą przyciśniętą do siodła.
— Która godzina? — zapytał Mikołaj.
Sęk wzruszył ramionami.
— Taka, o której konie chcą żreć.
Mikołaj przetarł twarz. Palce miał zimne. W ustach czuł smak dymu i wczorajszej kaszy.
— Gdzie mój drugi koń?
Sęk przeżuł chleb.
— A gdzie go zostawiłeś?
Mikołaj od razu oprzytomniał.
Wstał zbyt szybko, zachwiał się i rozejrzał po obozie. Kasztan stał przywiązany do drzewa kilkanaście kroków dalej, ale gniadego, którego dostał od ojca na drogę, nie było.
— Był obok kasztana.
— Wczoraj.
— Kto go wziął?
— Nie wiem.
— I nic z tym nie zrobicie?
Sęk popatrzył na niego z zainteresowaniem.
— My?
— Jesteście jednym oddziałem.
— Jesteśmy kilkoma tysiącami chłopów z końmi, którzy czasem pamiętają, że mają wspólną robotę. To trochę co innego.
Mikołaj zacisnął szczękę.
— Ten koń jest mój.
— To go znajdź.
— Wczoraj mówiłeś, że już mnie lubisz właśnie przez konie.
— Nadal lubię. Dlatego chcę zobaczyć, czy umiesz ich pilnować.
Sęk odszedł, zanim Mikołaj zdążył odpowiedzieć.
Przez pierwszą chwilę miał ochotę złapać go za ramię. Nie zrobił tego. Rozejrzał się jeszcze raz.
Obóz wyglądał gorzej niż poprzedniego wieczoru, bo teraz widział go w bladym świetle świtu. Noc ukrywała część brudu. Ranek nie był tak łaskawy. Pomiędzy drzewami stały setki koni, część przywiązana pojedynczo, część na długich postronkach. Ludzie gramolili się spod płacht, gasili resztki ognisk, poprawiali popręgi, opróżniali pęcherze pod najbliższymi drzewami i kłócili się o wszystko, co tylko dało się zamienić w kłótnię.
— Kto, kurwa, wziął mój nóż?!
— Jakby był twój, tobyś wiedział, gdzie go położyłeś!
— Położyłem przy misce!
— To może miska go zjadła!
Kilku ludzi ryknęło śmiechem.
Mikołaj ruszył między nimi. Pierwszego zapytał o gniadego konia z białą plamą na czole. Mężczyzna spojrzał na niego, jakby Mikołaj pytał o pogodę w Konstantynopolu. Drugi kazał mu iść do diabła, bo właśnie próbował zapiąć pęknięte strzemię. Trzeci wskazał ręką w stronę skraju obozu.
— Tam coś takiego widziałem. Albo karego. Jeszcze ciemno było.
Mikołaj poszedł za wskazaniem. Błoto chlupało pod butami. Już po kilkudziesięciu krokach zauważył własnego konia.
Gniady stał przy niewielkim ognisku, osiodłany.
Obok niego klęczał krępy mężczyzna z rudym wąsem i mocował do siodła cudzy worek.
Mikołaj zatrzymał się.
— Zostaw.
Rudy obejrzał się przez ramię.
— Co?
— Mojego konia.
Mężczyzna wyprostował się. Był niższy od Mikołaja o pół głowy, ale szeroki jak drzwi od stajni. Miał stary skórzany kaftan, grubą wełnianą czapkę i szablę z rękojeścią owiniętą czymś, co wyglądało na kawał czerwonego sukna.
— Twój?
— Mój.
— Stał sam.
— Był przywiązany.
— Słabo.
Mikołaj podszedł bliżej.
— Zdejmij worek.
Przy ogniu siedziało czterech ludzi. Jeden przestał jeść i spojrzał na nich z wyraźną przyjemnością.
Rudy westchnął.
— Nowy jesteś?
— Tak.
— To rada za darmo. Jak czegoś nie pilnujesz, długo nie jest twoje.
— Dziękuję. Teraz zdejmij worek.
— A jak nie?
Mikołaj poczuł znajome napięcie w karku. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej podobna rozmowa odbyłaby się na dziedzińcu, z ludźmi ojca w pobliżu i zasadami, których obaj rozmówcy przynajmniej udawali, że przestrzegają. Tutaj czterech obcych mężczyzn jadło kaszę i czekało, czy poleje się krew.
Dłoń Mikołaja przesunęła się ku rękojeści szabli.
— To będziemy mieli głupi poranek.
Rudy wyszczerzył zęby.
— Będziemy.
— Pietrek.
Głos Sęka padł zza pleców Mikołaja.
Rudy skrzywił się.
— Czego?
— Koń młodego.
— Stał sam.
— Koń młodego — powtórzył Sęk. — Nie łup.
Pietrek splunął w bok.
— Jeszcze nie ruszyliśmy.
— Właśnie.
