Kaper - Jasper Everhar - ebook

Kaper ebook

Jasper Everhar

5,0

Opis

Bałtyk, rok 1567. Na morzu granica między kaprem a piratem bywa cienka jak królewska pieczęć na kawałku pergaminu.

 

Marcin Żarnowski ma dwadzieścia dziewięć lat, kilka lat wojny za sobą i niewiele przed sobą. Jest żołnierzem bez majątku, który potrafi walczyć, dowodzić ludźmi i przeżyć tam, gdzie inni giną. O morzu nie wie jednak prawie nic.

 

Kiedy trafia do Pucka, bazy kaprów Zygmunta Augusta, odkrywa świat, w którym wojna wygląda zupełnie inaczej. Tutaj przeciwnika nie zawsze poznaje się po banderze, zdobytego statku nie wystarczy pokonać, a jeden podpis może zdecydować, czy człowiek wróci do portu jako sługa króla, czy zawiśnie jako pirat.

 

Na Bałtyku trwa walka o handel z Narwą. Statki przewożą broń, proch, ołów i pieniądze. Kupcy kłamią, dokumenty zmieniają właścicieli, Gdańsk broni własnych interesów, a ludzie Moskwy płacą dobrze za towary, których nie powinni dostać.

 

Marcin zaczyna jako zwykły zbrojny na pokładzie niewielkiej „Nadziei”. Z czasem będzie musiał nauczyć się morza, zdobyć zaufanie załogi i przekonać się, ile naprawdę kosztuje własny statek, własne działa i ludzie gotowi pójść za nim w ogień.

 

Bo na morzu można zdobyć fortunę.

 

Można też stracić wszystko podczas jednego źle wykonanego zwrotu.

 

„Kaper” to brutalna powieść historyczno-przygodowa osadzona w czasach Zygmunta II Augusta — opowieść o królewskich kaprach, wojnie o Inflanty, handlu narewskim, abordażach, zdradzie, pieniądzach i człowieku, który z żołnierza stopniowo staje się kapitanem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 345

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kuban2002

Nie oderwiesz się od lektury

Dla fanów wojen i żeglugi klasa, cieszy mnie, że jakiś autor w końcu wziął się za polską historię.
00



ROZDZIAŁ I

STRAŻNIK MORZA

Wiatr od zatoki niósł zapach mokrego drewna, ryb i czegoś ostrego, czego Marcin Żarnowski nie potrafił nazwać. Sól, pomyślał najpierw, choć morza jeszcze nie widział. Po chwili uznał, że to głupie. Woda nie powinna pachnieć inaczej tylko dlatego, że jest jej więcej.

Koń pod nim stąpał niechętnie po rozmokłej drodze. Od rana siąpił deszcz, drobny i zimny, bardziej jesienny niż letni, chociaż do pierwszych mrozów było jeszcze daleko. Marcin od kilku godzin miał mokre rękawy, wilgoć weszła mu pod kołnierz, a błoto oblepiało końskie pęciny aż po stawy.

Kiedy zza niskich zabudowań zobaczył wreszcie wieżę kościoła i dachy Pucka, spodziewał się poczuć ulgę. Zamiast niej poczuł rozczarowanie.

– To ma być port królewskiej floty? – mruknął.

Koń nie odpowiedział.

Marcin zatrzymał się na moment na lekkim wzniesieniu. Dalej teren opadał ku miastu i zatoce. Puck nie przypominał Gdańska, który widział kilka dni wcześniej: nie miał lasu masztów, szerokiej Motławy zastawionej statkami ani kamienic, przy których człowiek ze średnim majątkiem wyglądał jak żebrak. Był mniejszy, ciaśniejszy, jakby morze i pola ścisnęły go pomiędzy sobą. Nad dachami rzeczywiście sterczały maszty, ale nie tak liczne, jak Marcin się spodziewał.

Za to przy brzegu było więcej ruchu niż w całym miasteczku.

Wozy z beczkami grzęzły w błocie. Ludzie nosili worki, zwoje lin, skrzynie i długie drzewce. Gdzieś uderzał młot. Dalej dwóch mężczyzn przeciągało po ziemi małe działo na niskiej lawecie, klnąc na przemian po polsku i po niemiecku. Przy jednej z szop wisiały rozwieszone sieci. Przy drugiej suszyły się żagle, choć w taką pogodę mogły co najwyżej moknąć wolniej.

Marcin skrzywił się.

Trzy dni temu, w gospodzie pod Gdańskiem, Jakub Bielec opowiadał mu o Pucku tak, jakby Zygmunt August postawił tu drugą Wenecję. Królewskie okręty, złoto z łupów, kupieckie statki ciągnięte do portu jeden za drugim i ludzie, którzy po dwóch udanych rejsach chodzili w suknie droższej niż ziemia niejednego szlachcica.

Marcin powinien był pamiętać, że Bielec zawsze robił z jednej beczki piwa trzy, jeśli opowiadał, ile wypili.

Ruszył dalej.

Przy pierwszych zabudowaniach musiał zwolnić. Drogę zastępował mu wóz załadowany drewnem. Woźnica, Kaszuba w wełnianej czapce, darł się na dwóch ludzi próbujących odsunąć złamane koło. Marcin zjechał w bok, niemal w rów, i minął ich bez słowa.

Nie przyjechał do Pucka oglądać miasta.

Przyjechał, bo kończyły mu się pieniądze.

Sześć tygodni wcześniej był jeszcze człowiekiem z żołdem, towarzyszami i miejscem, do którego miał wracać po zmroku. Teraz miał przy pasie szablę, w jukach dwie koszule, zapasowe buty, skórzaną sakiewkę lżejszą, niż chciałby przyznać, i list od człowieka, którego nie widział od prawie dwóch lat.

Jakub Bielec napisał krótko.

Jeżeli nadal umiesz bić ludzi, przyjedź do Pucka. Tutaj za to płacą lepiej.

Marcin przeczytał list trzy razy. Za czwartym przestał szukać w nim żartu.

Ostatnie miesiące służby w Inflantach nauczyły go dwóch rzeczy. Pierwszej, że król może potrzebować żołnierzy bardziej, niż żołnierze potrzebują króla, a mimo to pieniądze potrafią spóźniać się miesiącami. Drugiej, że człowiek bez ziemi, urzędu albo bogatego ojca zawsze jest komuś potrzebny tylko do chwili, kiedy kończy się wojna, wyprawa albo pieniądze.

Marcin nie był bez ziemi całkiem. Żarnowscy mieli niewielki majątek na Kujawach, kilka łanów, dom, stodoły, sad i dosyć długów, żeby starszy brat pamiętał o nich częściej niż o świętych. Ojciec zmarł przed pięcioma laty. Majątek przypadł w praktyce Stanisławowi, bo dzielenie go na dwóch oznaczałoby, że obaj staliby się biedniejsi od własnych kmieci.

Marcin nie miał o to pretensji.

Po prostu nie zamierzał wracać do domu i przez resztę życia pytać starszego brata, czy może sprzedać trzy korce żyta, żeby kupić sobie nowe buty.

Na rynku odnalazł gospodę po szyldzie z namalowanym czarnym ptakiem. Nie był pewien, czy miał to być kruk, kawka czy wyjątkowo źle odmalowany orzeł. Zsiadł, przywiązał konia do drąga pod okapem i wszedł do środka.

Uderzyło go ciepło, dym i zapach kwaśnego piwa.

Przy stołach siedziało może dwudziestu ludzi. Dwóch miało na sobie miejskie kaftany, kilku wyglądało na rybaków, reszta mogła być kimkolwiek: marynarzami, tragarzami, żołnierzami albo złodziejami. Marcin zatrzymał się tuż za progiem, odruchowo oceniając izbę.

Dwoje drzwi. Jedne za szynkwasem, zapewne na zaplecze. Okna małe. Pod ścianą trzech mężczyzn z nożami przy pasach. Przy piecu jeden śpi. Przy największym stole dwóch gra w kości, a trzeci pilnuje monet.

– Dalej tak robisz?

Marcin odwrócił głowę.

Jakub Bielec siedział w kącie z glinianym kubkiem w ręku i szerokim uśmiechem na twarzy. Był prawie taki, jak Marcin go zapamiętał: krępy, szeroki w barkach, z jasnymi włosami przyciętymi nierówno i nosem, który po złamaniu pod Kiesią już nigdy nie wrócił na właściwe miejsce.

Marcin podszedł.

– Co robię?

– Liczysz, ilu ludzi zdążysz zabić, zanim ktoś dobierze ci się do pleców.

– Nie liczę.

Bielec uniósł brwi.

– Czterech – dodał Marcin. – Pięciu, jeśli ten przy piecu naprawdę śpi.

Jakub parsknął śmiechem i wstał. Uścisnęli się krótko, mocno, jak ludzie, którzy kiedyś dzielili deszcz, głód i miejsce za jednym wałem.

– Wyglądasz gorzej – powiedział Bielec.

– Ty też.

– To dobrze. Bałem się, że morze mnie odmłodziło.

Marcin zdjął mokry płaszcz i usiadł naprzeciw niego.

– Gdzie to złoto?

– Jakie złoto?

– To, o którym pisałeś.

Bielec spojrzał na niego z niewinną miną.

– Napisałem, że płacą lepiej.

– W gospodzie pod Gdańskiem mówiłeś o złocie.

– Byłeś pijany.

– Ty mówiłeś.

– Ja też byłem pijany.

Marcin popatrzył na niego chwilę, po czym wyciągnął rękę po dzban stojący na stole.

– Wiedziałem, że to błąd.

– Jeszcze nie wiesz.

– To brzmi pocieszająco.

Bielec napełnił mu kubek.

– Napij się. Potem pokażę ci morze.

– Widziałem już wodę.

– Takiej nie.

– Jak człowiek z Kujaw zobaczy dużą kałużę, też ma klękać?

– Nie. Ale dobrze, żeby wiedział, kiedy zaczyna się topić.

Marcin wypił. Piwo było kwaśne, słabe i zimne mimo ciepła izby.

– Mów – powiedział. – Co mam robić?

Uśmiech zniknął z twarzy Bielca.

– Najpierw musisz się spodobać Veltowi.

– Kto to?

– Szyper.

– Twój?

– Jeśli mnie jutro nie wyrzuci.

– Za co miałby cię wyrzucić?

Jakub wzruszył ramionami.

– Za wczoraj.

Marcin nie pytał.

– Ma statek?

– Nie cały. Część jest jego, część kupców, część jeszcze kogoś. Na morzu i tak wszyscy mówią, że jego. „Nadzieja”.

– Dobra nazwa dla ludzi, którzy nie dostają żołdu.

– Tutaj nie dostajesz żołdu tak jak w wojsku.

Marcin odstawił kubek.

– To po co przyjechałem?

– Dostajesz udział.

– W czym?

– W tym, co złapiemy.

Marcin przez moment nic nie mówił.

– Złapiemy?

– Statek. Ładunek. Czasem jedno i drugie. Najpierw odchodzi część królewska, potem właściciele, szyper, koszty, reszta wedle umowy. Nie patrz tak. Jak trafisz dobrze, w jednym rejsie zarobisz więcej niż przez pół roku pilnowania błota pod zamkiem.

– A jak nie trafisz?

– Wracasz biedniejszy.

– A jak nie wrócisz?

Bielec napił się piwa.

– Wtedy rachunki przestają cię martwić.

Marcin odchylił się na ławie.

– Czyli rabujecie kupców.

– Z królewskim pozwoleniem.

– To nadal rabunek.

– Nie przy Veltcie.

– Dlaczego?

– Bo cię usłyszy i wywali, zanim zdążysz wejść na pokład.

Marcin spojrzał na ludzi przy sąsiednich stołach.

– Jest tutaj?

– Nie. Ale przysięgam, że ten stary drań czasem słyszy rzeczy, których nikt mu nie powiedział.

– Królewskie pozwolenie – powtórzył Marcin. – Na napadanie kupców.

– Na zatrzymywanie statków prowadzących handel z nieprzyjacielem. Na rewidowanie. Na zajmowanie towarów, jeśli są zakazane albo idą tam, gdzie nie powinny.

– Brzmi lepiej.

– Dlatego piszą to na pergaminie.

Marcin uśmiechnął się po raz pierwszy.

– A różnica między wami a piratem?

Bielec stuknął palcem w blat.

– Velt mówi, że pieczęć.

– Tylko?

– Jak zobaczysz cenę wosku, przestaniesz mówić „tylko”.

Przez chwilę pili w ciszy.

Marcin słyszał trzask drewna w palenisku i odgłos kości toczących się po stole. Za ścianą ktoś krzyczał na konia. Gdzieś dalej, od strony brzegu, rozległ się pojedynczy głuchy huk.

Marcin drgnął i odruchowo spojrzał ku drzwiom.

Kilku ludzi w gospodzie nawet nie podniosło głów.

– Działo? – zapytał.

– Próbują jedno po naprawie – powiedział Bielec.

– W środku miasta?

– Nie. Przy wodzie.

– Tutaj wszystko jest przy wodzie.

– Przywykniesz.

Marcin dopił piwo.

– Nie zamierzam przywykać. Zamierzam zarobić.

Bielec przyglądał mu się przez chwilę.

– To samo powiedziałem pół roku temu.

– I?

– Kupiłem nowe buty.

Marcin spojrzał pod stół. Buty Jakuba były porządne, grube i rzeczywiście wyglądały na nowe.

– Przekonałeś mnie.

– Wiedziałem.

* * *

Morze okazało się szare.

To było pierwsze rozczarowanie.

Marcin spodziewał się błękitu, może zieleni, czegoś większego i bardziej dostojnego. Zatoka pod ciężkim niebem miała kolor starego żelaza. Wiatr marszczył powierzchnię w krótkie fale, które rozbijały się przy brzegu. Dalej woda i niebo zlewały się ze sobą tak, że trudno było wskazać linię horyzontu.

– To wszystko? – zapytał.

Bielec spojrzał na niego.

– Co?

– Morze.

– Nie. Resztę schowali na zimę.

Marcin prychnął.

Szli wzdłuż brzegu między stosami beczek, drewnem i ludźmi pracującymi przy statkach. Teraz dopiero widział, jak prowizoryczne było to miejsce. Puck był bazą królewskich kaprów, ale nie wyglądał jak port przygotowany dla trzydziestu zbrojnych jednostek. Przy dogodniejszych miejscach tłoczyły się mniejsze łodzie. Większe statki stały dalej od brzegu albo czekały tam, gdzie głębokość na to pozwalała. Ładunki trzeba było przenosić, przewozić łodziami, ciągnąć po mokrych pomostach. Bielec kilka razy zaklął na błoto.

– W Gdańsku było lepiej – powiedział.

– To czemu jesteście tutaj?

– Zapytaj gdańskich rajców.

– Nie lubią was?

– Lubią własny handel bardziej.

Marcin zatrzymał wzrok na czerwonej chorągwi podniesionej na jednym z masztów. W wilgotnym powietrzu materiał zwisał ciężko, ale gdy wiatr go rozwinął, zobaczył białego orła.

– Królewska?

– Tak.

– Na prywatnym statku.

– Widzisz? Już się uczysz.

Minęli dwóch ludzi toczących beczkę smoły. Dalej stała grupa zbrojnych. Jeden miał arkebuz przewieszony przez ramię, drugi długą broń drzewcową, trzeci tylko kord i nóż. Nie wyglądali jak jeden oddział. Każdy był ubrany inaczej, każdy miał inny rodzaj uzbrojenia.

– To wasi?

– Z „Świętego Jerzego”.

– Wyglądają jak zbieranina.

– My też.

– Dobrze wiedzieć.

– Na statku przestaje ci przeszkadzać, kto ma jaki kaftan. Bardziej interesuje cię, czy pociągnie linę, kiedy trzeba.

Marcin nie odpowiedział.

Bielec wskazał przed siebie.

– Tam.

„Nadzieja” stała przy drewnianym pomoście, dziobem lekko zwrócona ku zatoce. Była większa, niż Marcin sobie wyobrażał, ale znacznie mniejsza niż największe statki, które widział kilka dni wcześniej w Gdańsku. Wysokie burty nosiły ślady wielu napraw. Poszycie nad linią wody było ciemne od wilgoci i smoły. Dwa maszty górowały nad pokładem; olinowanie tworzyło gęstą sieć, której Marcin nie próbował nawet zrozumieć.

Najbardziej rzucało się w oczy to, że „Nadzieja” nie wyglądała jak okręt wojenny.

Wyglądała jak statek kupiecki, któremu ktoś dał broń.

Przy burcie wystawały lufy dwóch dział. Mniejsze działka umocowano wyżej, przy relingach. Na pokładzie leżały zwinięte liny, beczki, skrzynie i stos drewna. Kilku ludzi pracowało przy żaglu rozłożonym na deskach. Inny siedział okrakiem na rei wysoko nad nimi.

Marcin uniósł głowę.

– Ten człowiek jest pijany?

– Który?

– Ten na górze.

– Janek? Jeszcze nie.

– Spadnie.

– To wtedy będzie miał nauczkę.

Marcin zerknął na Bielca.

– Lubisz go?

– Tak.

– Nie widać.

– Na morzu sympatię okazuje się inaczej.

Przy trapie stał mężczyzna w ciemnym kaftanie i skórzanym bezrękawniku. Miał szeroką twarz, siwe włosy przycięte krótko i brodę, w której ruda barwa przegrywała już z bielą. Nie był szczególnie wysoki, ale stał w taki sposób, że ludzie przechodzący obok mimowolnie zostawiali mu miejsce.

Bielec zwolnił.

– Velt.

– Wygląda na zachwyconego, że mnie widzi.

– On tak wygląda, kiedy jest szczęśliwy.

– A kiedy jest zły?

– Zaraz zobaczysz, jeśli będziesz dużo mówił.

Konrad Velt poczekał, aż podejdą. Najpierw spojrzał na Bielca.

– Żyjesz.

– Jak widać.

– Szkoda. Liczyłem, że będę miał jedno miejsce więcej.

– Właśnie przyprowadziłem człowieka na miejsce.

Velt przeniósł wzrok na Marcina.

Nie wyciągnął ręki.

– To ten?

– Marcin Żarnowski.

– Pytałem, czy to ten.

– Ten.

Velt obejrzał Marcina od butów po mokre włosy.

– Szlachcic?

– Tak.

– Umiesz pracować?

Marcin zmarszczył brwi.

– Umiem walczyć.

– Nie pytałem o walkę.

Bielec odwrócił głowę, jakby nagle bardzo zainteresowała go lina zwisająca z burty.

– Jeśli trzeba, pracuję – powiedział Marcin.

– Każdy pracuje, jeśli trzeba. Pytam, czy umiesz.

– Zależy przy czym.

– Lina.

– Ciągnąłem.

– Żagiel.

– Nie.

– Ster.

– Nie.

– Kompas.

– Wiem, do czego służy.

– Czyli nie.

Marcin zacisnął szczękę.

– Nie jestem żeglarzem.

– To zauważyłem.

– Bielec mówił, że potrzebujecie żołnierza.

– Bielec dużo mówi. Dlatego często ma kłopoty.

– A jednak go trzymacie.

Velt spojrzał na Jakuba.

– Jeszcze.

Bielec westchnął.

– Mówiłem mu, że szukacie człowieka do zbrojnych.

– Szukam człowieka, który poprowadzi ludzi na obcy pokład, jeśli zrobi się ciasno. To nie to samo co żołnierz.

– W czym różnica? – zapytał Marcin.

Velt wskazał dłonią „Nadzieję”.

– Na lądzie jak przegrasz, możesz uciekać w cztery strony. Tutaj najwyżej w dół.

Marcin spojrzał na wodę.

– Umiem pływać.

– W kaftanie, butach i z szablą?

– Nie próbowałem.

– To nie próbuj.

Velt odwrócił się do trapu.

– Chodź.

Marcin spojrzał pytająco na Bielca.

– To dobrze – szepnął Jakub.

– Skąd wiesz?

– Jeszcze cię nie wyrzucił.

Weszli na pokład.

Deski pod stopami poruszyły się ledwie wyczuwalnie.

Marcin zatrzymał się.

Velt obejrzał się przez ramię.

– Co?

– Nic.

– Statek się rusza.

– Widzę.

– To dobrze. Gdyby się nie ruszał, znaczyłoby, że siedzi na dnie.

Bielec zachichotał. Marcin posłał mu krótkie spojrzenie.

Pokład „Nadziei” był ciaśniejszy, niż wydawało się z brzegu. Wszędzie znajdowało się coś, o co można było zaczepić nogą: lina, drewniany kołek, wiadro, pokrywa włazu. Dwóch ludzi niosących belkę zmusiło ich do zejścia z drogi. Młody marynarz z rei zsunął się po linie tak szybko, że Marcin odruchowo cofnął się o krok.

Chłopak wylądował lekko na deskach. Mógł mieć dziewiętnaście lat, może mniej. Był szczupły, piegowaty i uśmiechał się do świata z pewnością człowieka, któremu jeszcze nigdy nic naprawdę nie urwało.

– Szyprze, Rybitwa mówi, że jeśli nie dostanie nowych bloków, to sam przyjdzie po pańskie.

Velt nawet nie mrugnął.

– Powiedz Rybitwie, że jeśli jeszcze raz będzie cię wysyłał z taką wiadomością, dostanie stare.

Chłopak skinął głową.

– Tak powiem.

– I powiedz mu dokładnie.

– Dokładnie.

Dopiero wtedy zauważył Marcina.

– Nowy?

– Nie twój interes – odpowiedział Velt.

– To pewnie nowy.

Velt wskazał palcem dziób.

– Janek.

– Już mnie nie ma.

Chłopak zniknął między ludźmi.

– To ten, który miał spaść? – zapytał Marcin.

– Jeszcze ma czas – powiedział Bielec.

Velt poprowadził ich ku śródokręciu. Przy otwartym luku dwóch ludzi opuszczało pod pokład beczkę. Jeden wydawał komendy, drugi prowadził linę. Velt zatrzymał się obok.

– Bartel!

Z wnętrza luku wychyliła się łysa głowa.

– Co?

– Ile prochu?

– Za mało.

– Ile?

– Jak zawsze za mało.

Velt przymknął oczy.

– Ile beczek?

– Siedem pełnych. Ósma dobra może w połowie. Dziewiąta zamokła i nadaje się do suszenia albo do wyrzucenia komuś na głowę.

– Kule?

– Dosyć, jeśli nie będziesz kazał strzelać do mew.

– Nigdy nie kazałem.

– Jeszcze.

Bartel zniknął z powrotem pod pokładem.

Marcin spojrzał na Velta.

– Puszkarz?

– Bartel Kruse. Nie drażnij go przy działach.

– A poza działami?

– Też nie ma po co.

Szli dalej. Marcin przyglądał się wyposażeniu. Dwa cięższe działa, które widział z nabrzeża, stały na drewnianych lawetach przy burtach. Oprócz nich dostrzegł kilka mniejszych luf przy relingach. Nie było ich wiele. W porównaniu z artylerią, którą widział pod twierdzami w Inflantach, wyglądały niemal jak zabawki.

– Tym macie walczyć z okrętami? – zapytał.

Velt zatrzymał się.

– Tym mamy sprawić, żeby nie odpłynęły.

– A potem?

– Potem ty masz sprawić, żeby załoga przestała się sprzeciwiać.

Marcin spojrzał na niego uważniej.

– Czyli jednak potrzebujesz żołnierza.

– Potrzebuję człowieka, który rozumie, że jeśli zatopię kupiecki statek, to zarobiłem gówno.

Bielec zakaszlał, kryjąc śmiech.

Velt wskazał działem głowy ku pobliskiej jednostce stojącej dalej na wodzie.

– Tamten statek może być wart więcej niż wszystko, co masz i co miał twój ojciec. Ładunek drugie tyle. Jeśli go spalę, żeby pokazać, jaki jestem dzielny, właściciele „Nadziei” powieszą mnie sami, zanim zrobią to Duńczycy albo Szwedzi.

– A jeśli nie chce się poddać?

– Wtedy strzelamy. W maszt. W olinowanie. Jeśli trzeba, w burtę. Ale najlepiej tak, żeby po walce dało się go zaprowadzić do portu.

Marcin skinął głową.

To rozumiał. Wojna zawsze miała rachunek, nawet jeśli żołnierze widzieli tylko jego ostatnią stronę.

Velt ruszył dalej.

– Pokaż dłonie.

– Co?

– Dłonie.

Marcin wyciągnął ręce.

Velt obejrzał odciski u podstawy palców i stare nacięcia na knykciach.

– Szabla?

– Tak.

– Rusznica?

– Tak.

– Pistolet?

– Jeśli jest sprawny.

– Kusza?

– Dawno.

– Długa broń?

– Włócznia, rohatyna, co dają.

– Dowodziłeś?

– Kilkunastoma ludźmi.

– Gdzie?

– Inflanty.

– To duży kraj.

Marcin poczuł pierwsze ukłucie irytacji.

– Pod Kiesią. Pod Rygą. W eskortach między zamkami. Później przy ludziach starosty, kiedy trzeba było pilnować przepraw i wozów.

– Moskwicinów widziałeś?

– Tak.

– Szwedów?

– Z daleka.

– Z bliska?

– Nie takich, którzy potem mogli opowiedzieć.

Velt spojrzał na niego bez śladu uśmiechu.

– Takich zdań nie mów przy moich ludziach.

Marcin uniósł brwi.

– Dlaczego?

– Bo połowa zacznie myśleć, że jesteś głupi, a druga połowa spróbuje sprawdzić, czy naprawdę taki dobry.

– A ty co myślisz?

– Jeszcze nic.

Przy rufie stał mężczyzna w grubym wełnianym kaftanie. Miał ciemną brodę przetykaną siwizną, głęboko osadzone oczy i dłonie tak spękane od soli i pracy, jakby wykonano je z suchej kory. Trzymał krótki kij z nacięciami i rozmawiał z drugim marynarzem, wskazując coś za burtą.

Velt zawołał:

– Rybitwa.

Mężczyzna odwrócił się powoli.

– Co?

– To Żarnowski.

Rybitwa popatrzył na Marcina.

– Aha.

– Będzie prowadził zbrojnych, jeśli go wezmę.

– Aha.

Marcin czekał.

Rybitwa wrócił wzrokiem do wody.

– To wszystko? – zapytał Marcin.

– Co jeszcze chcesz? – odpowiedział Rybitwa.

– Nie wiem. Może pytanie, czy się nadaję.

– Nie znam cię.

– Właśnie dlatego.

Rybitwa wzruszył ramionami.

– Szyper cię weźmie, to się dowiem.

Velt spojrzał na Marcina, jakby chciał sprawdzić jego reakcję.

Marcin uśmiechnął się lekko.

– Lubię go.

– Poczekaj, aż zacznie ci wydawać rozkazy – powiedział Velt.

– To ja mam dowodzić.

Rybitwa znów odwrócił głowę.

– Na pokładzie w walce może i ty. Jak powiem, że wszyscy na prawą burtę, to biegniesz na prawą burtę. Jak powiem, żebyś rzucił szablę i ciągnął linę, rzucasz szablę. Jak powiem, żebyś się położył, nie pytasz dlaczego.

Marcin patrzył na niego przez moment.

– A jeśli szyper powie co innego?

– Nie powie.

Velt westchnął.

– Teraz już wiesz, dlaczego nie potrzebuję drugiego Rybitwy.

Rybitwa nic sobie z tego nie zrobił.

– Bloki są do wymiany.

– Wiem.

– Janek powiedział?

– Powiedział więcej, niż miał.

– To znaczy, że powiedział dobrze.

Velt odszedł, zanim rozmowa mogła się rozwinąć.

Marcin ruszył za nim.

– On zawsze taki?

– Nie – odpowiedział Bielec. – Czasem śpi.

Na rufie Velt oparł dłonie o reling.

– Masz rodzinę? – zapytał.

– Brata.

– Żonę?

– Nie.

– Dzieci?

– Nic mi o nich nie wiadomo.

Bielec parsknął śmiechem.

Velt nie.

– Długi?

– Jak każdy.

– Duże?

– Takie, żeby pamiętać. Nie takie, żeby uciekać.

– Wrogów?

– Jak każdy.

– Dużo mówisz „jak każdy”.

– Bo pytasz o rzeczy, które ma każdy.

– Nie każdy ma wrogów.

– Ci bez wrogów mają za mało znajomych.

Tym razem w kąciku ust Velta pojawiło się coś, co mogło być cieniem uśmiechu.

– Bielec mówi, że jesteś dobry.

– Kłamie.

Jakub spojrzał na niego oburzony.

– Tylko bardzo dobry – dodał Marcin.

– I właśnie dlatego nie lubię szlachty – powiedział Velt.

– Jesteś gdańszczaninem?

– Byłem, zanim rajcy uznali, że statek królewskiego kapra psuje im widok na port.

– Człowiek może przestać być gdańszczaninem?

– Jak długo będziesz zadawał pytania, na które odpowiedź może mnie obrazić?

– Dopóki nie powiesz, czy mnie bierzesz.

Velt odwrócił się i oparł plecami o reling.

– Jeszcze nie.

Marcin poczuł, że rozmowa weszła w część, dla której tu przyjechał.

– Czego chcesz?

– Wiedzieć, czy potrafisz wykonywać rozkazy.

– Potrafię.

– Każdy szlachcic mówi, że potrafi, dopóki rozkazuje ktoś bez herbu.

– W wojsku rozkazuje człowiek z funkcją, nie z lepszym ojcem.

– Ładnie powiedziane.

– Prawdziwie.

– A jeśli Rybitwa każe ci porzucić abordaż?

– Dlaczego miałby?

– Właśnie oblałeś pierwsze pytanie.

Marcin zmrużył oczy.

Velt wskazał wodę.

– Bo widzi szkwał. Bo lina puściła. Bo drugi statek idzie na nas. Bo osiadamy. Bo coś się dzieje, czego ty nie rozumiesz. Nie pytam, czy uznasz jego powód. Pytam, czy wykonasz rozkaz.

Marcin nie odpowiedział od razu.

To mu się nie podobało. Nie sam rozkaz, tylko świadomość, że może nie rozumieć sytuacji. Przez ostatnie lata przywykł do tego, że jeśli znalazł się w walce, wiedział przynajmniej tyle, ile człowiek stojący obok niego. Na tym pokładzie nawet chłopak wspinający się po linach mógł wiedzieć coś, czego on nie wiedział.

– Jeśli ustalimy, że w sprawach statku jego słowo stoi wyżej od mojego, wykonam.

– A jak nie będziesz miał czasu przypomnieć sobie, co ustaliliśmy?

– To wykonam szybciej.

Velt kiwnął głową.

– Lepiej.

– To bierzesz mnie?

– Drugie pytanie. Statek, który zatrzymujemy, poddaje się. Wchodzisz z ludźmi na pokład. Kapitan oddaje broń. W ładowni znajdujesz beczki z ołowiem, broń i dokumenty na Narwę. Jeden z twoich ludzi mówi, że kupcy mają pieniądze zaszyte w pasach. Co robisz?

Marcin wzruszył ramionami.

– Przeszukuję ich.

– Po co?

– Żeby znaleźć pieniądze.

– Źle.

– Dlaczego?

– Bo jeśli pieniądze są prywatne i nie są częścią zajmowanego ładunku, nie należą do ciebie.

– A statek należy?

– Jeśli sąd uzna zdobycz.

– Sąd?

– Myślałeś, że po prostu przywozimy wszystko do Pucka i dzielimy siekierą na kawałki?

Marcin milczał.

– Macie sąd od łupów?

– Jest porządek. Dokumenty. Zeznania. Towar się spisuje. Inaczej nie jesteś kaprem, tylko złodziejem pod królewską chorągwią. A król nie lubi, kiedy ktoś kradnie pod jego znakiem bez oddania części.

– Jak dużej?

– Dziesiątej części zdobyczy dla skarbu królewskiego. Reszta zależy od umów, kosztów i właścicieli.

Marcin gwizdnął cicho.

– Król ma dobry interes.

– Król ma królestwo. To zwykle dobry interes.

– Nie zawsze.

Velt popatrzył na niego ostrzegawczo.

– Tego też nie mów za głośno.

– Dużo tutaj rzeczy, których nie wolno mówić.

– Na morzu możesz mówić wszystko. Wiatr zabiera połowę słów, a fale drugą.

Bielec skrzyżował ręce na piersi.

– I?

– Trzecie pytanie – powiedział Velt. – Wchodzisz na obcy pokład. Jest ciasno. Dwóch twoich ludzi pada. Przeciwnik cofa się pod rufę. Możesz ich pchnąć dalej albo zatrzymać się i poczekać, aż nasi podejdą drugą stroną. Co robisz?

– Ile ich jest?

– Nie wiesz.

– Ilu moich?

– Ośmiu przy tobie.

– Ich?

– Widzisz sześciu.

– Jak szerokie przejście?

Velt uniósł brwi.

– Co?

– Pytasz o walkę. Potrzebuję miejsca. Czy idą na mnie całą szerokością pokładu? Czy między nami są beczki, liny, właz? Czy mam czym osłonić ludzi przed strzałem z rufy?

Velt patrzył na niego dłużej niż wcześniej.

– Załóżmy, że przejście jest wąskie. Po jednej stronie łódź, po drugiej otwarty luk. Nie widzisz, co mają za sobą.

– Zatrzymuję ludzi.

– Dlaczego?

– Bo oni właśnie chcą, żebym ich gonił.

– Skąd wiesz?

– Nie wiem. Ale jeśli sześciu cofa się przed ośmioma w miejsce, którego nie widzę, to mam dwa powody, żeby zwolnić. Pierwszy, że mogą mieć tam więcej ludzi. Drugi, że mogę stracić dwóch przy luku, zanim w ogóle zacznę walczyć.

Velt kiwnął głową.

– A jeśli uciekają naprawdę?

– To nadal uciekają. Zdążę ich dogonić, kiedy będę wiedział, dokąd.

Po raz pierwszy Velt uśmiechnął się wyraźnie.

– Bielec.

– Tak?

– Raz w życiu przyprowadziłeś kogoś użytecznego.

– Wiedziałem, że będzie pan wdzięczny.

– Nie jestem.

Velt znów zwrócił się do Marcina.

– Jeden rejs próbny. Udział jak dla starszego zbrojnego, dopóki nie zobaczę, czy ludzie cię słuchają. Nie jesteś oficerem na królewskim żołdzie. Nie dostajesz pieniędzy za samo oddychanie. Zdobędziemy coś, zarobisz. Wrócimy z pustymi rękami, dostaniesz tyle, ile stoi w umowie na wyżywienie i nic więcej.

– A jeśli zginę?

– Zależy kiedy.

Marcin spojrzał na niego.

– To żart?

– Nie. Jeśli zginiesz po zdobyciu statku, twój należny udział może przypaść spadkobiercom, zależnie od umowy. Jeśli wypadniesz za burtę pierwszej nocy, będziesz miał pecha.

– Uczciwe.

– Nie. Morze nie jest uczciwe. Ja staram się być.

– Kiedy wychodzimy?

– Jutro, jeśli wiatr pozwoli.

Marcin odruchowo spojrzał ku zatoce.

– Tak szybko?

– Masz coś ważniejszego?

– Konia.

– Sprzedaj.

– Lubię go.

– Zabierz do łóżka. Na pokład go nie wezmę.

Bielec roześmiał się głośno.

Marcin popatrzył na Velta.

– Zawsze jesteś taki przy nowych?

– Nie. Tylko przy tych, których być może będę musiał wyławiać.

Velt wyciągnął rękę.

Marcin uścisnął ją.

Dłoń szypra była twarda i szorstka.

– Jutro przed świtem – powiedział Velt. – Spóźnisz się, odpływamy bez ciebie.

– Nie spóźniam się.

– Każdy mówi to dzień przed spóźnieniem.

– I jeszcze jedno – dodał Marcin.

Velt westchnął.

– Wiedziałem.

– Kogo możemy brać?

– Brać?

– Statki.

Velt puścił jego dłoń.

– Zanim wejdziesz na morze, zapamiętaj jedną rzecz. Nie polujemy na banderę. Polujemy na handel z wrogiem. Narwa jest w rękach Moskwy. Przez Narwę idzie broń, ołów, proch, metale, rzemieślnicy i wszystko, czego car potrzebuje, żeby prowadzić wojnę. Król zakazuje tego handlu. My pilnujemy zakazu.

– Nawet jeśli statek jest angielski?

– Jeśli wiezie zakazany towar do Narwy, tak.

– Holenderski?

– Tak.

– Gdański?

Velt spojrzał w stronę lądu.

– Szczególnie wtedy robi się ciekawie.

– A szwedzki?

– Jeśli będzie trzeba, nie pytaj go o zdrowie.

Marcin skinął głową.

– Czyli każdy może być wrogiem.

– Nie. – Velt wskazał palcem na jego pierś. – I od tego, czy nauczysz się różnicy, zależy, czy zostaniesz strażnikiem morza, czy zwykłym rabusiem.

– Strażnikiem morza?

– Tak nas nazywa królewska kancelaria.

Marcin rozejrzał się po pokładzie. Bartel właśnie przeklinał beczkę, Janek znów wspinał się po olinowaniu, Rybitwa patrzył na wodę, jakby prowadził z nią prywatną rozmowę. Jeden marynarz łatał żagiel. Drugi skrobał coś z desek. Bielec stał oparty o maszt i szczerzył zęby.

– Brzmi dostojniej, niż wygląda – powiedział Marcin.

Velt parsknął.

– To akurat dotyczy większości służby królewskiej.

Szyper skinął na Bielca.

– Pokaż mu dół. I nie opowiadaj bzdur.

– Których?

– Żadnych nowych.

Velt odszedł ku dziobowi, zatrzymując po drodze jednego z marynarzy i od razu wdając się z nim w krótką rozmowę o linach.

Bielec patrzył za nim przez chwilę.

– Polubił cię.

– Groził, że mnie wyrzuci, poprawiał wszystko, co powiedziałem, i trzy razy zrobił ze mnie głupca.

– Właśnie mówię. Polubił cię.

Marcin pokręcił głową.

– Naprawdę ma królewski list?

Jakub przestał się uśmiechać.

– Myślisz, że wypływa z orłem na maszcie dla ozdoby?

– Myślę, że widziałem w życiu dość ludzi, którzy nosili cudze znaki.

Bielec wskazał niewielkie drzwi prowadzące pod podwyższoną część rufy.

– Chodź.

Pomieszczenie, do którego weszli, było tak niskie, że Marcin odruchowo pochylił głowę. Na stole leżały mapy, księga rachunkowa, cyrkiel, dwa kałamarze i skórzany futerał. Bielec nie dotknął niczego poza futerałem.

– Tego Velt pilnuje lepiej niż pieniędzy.

Otworzył go tylko na tyle, by Marcin zobaczył złożony pergamin. Przy dole dokumentu wisiała pieczęć.

– Zamknij – powiedział Marcin.

– Już wierzysz?

– Wierzę, że jeśli coś uszkodzę, szyper każe mnie przywiązać do masztu.

Bielec schował dokument.

– Pewnie najpierw potrąci z udziału.

Wyszli z powrotem na pokład.

Marcin oparł się o burtę i spojrzał ku zatoce. Na wodzie stały trzy większe jednostki. Jedna miała uszkodzoną nadbudowę i ciemną łatę na burcie. Przy jej maszcie pracowali ludzie.

– Wróciła wczoraj? – zapytał.

– Przedwczoraj.

– Walczyli?

– Tak mówią.

– Z kim?

– Z kupcem, który nie chciał się zatrzymać. Potem z drugim, który przyszedł mu pomóc.

– Wygrali?

Bielec pokazał uszkodzoną jednostkę.

– Wrócili. Na morzu czasem to jest odpowiedź.

Marcin przyjrzał mu się uważniej.

– Ty już byłeś w walce na statku?

– Dwa razy.

– I nic nie mówiłeś.

– Pytałeś o pieniądze.

– To teraz pytam.

Jakub podrapał się po złamanym nosie.

– Pierwszym razem człowiek przede mną dostał kulę w szyję, zanim zdążyłem wejść na obcy pokład. Drugim razem nikt do nas nie strzelił. Kupiec zobaczył działa i spuścił łódź.

– Które było gorsze?

– Pierwsze. Co to za pytanie?

– Chciałem sprawdzić, czy morze zrobiło z ciebie poetę.

– Jeszcze nie.

Bielec spoważniał.

– Ale nie myśl, że to jest wojna jak pod zamkiem. Tutaj człowiek ginie głupiej. Spadnie. Lina mu złamie rękę. Blok puści z góry. Działo cofnie się nie tak, jak powinno. Albo w nocy przyjdzie sztorm i nawet nie zobaczysz, z czym walczysz.

Marcin przesunął wzrokiem po mokrym pokładzie.

– Dlaczego więc zostałeś?

Jakub długo nie odpowiadał.

– Bo w Inflantach ryzykowałem to samo życie za pieniądze, których czasem nie było. Tutaj przynajmniej wiem, dlaczego ryzykuję.

– Dla nowych butów?

– Między innymi.

– Myślałem, że powiesz coś dostojniejszego.

– To zostawmy królewskiej kancelarii.

Marcin uśmiechnął się.

– Jeszcze rok temu powiedziałbym, że jesteś głupi.

– A teraz?

– Teraz sprzedałem kilka lat za żołd, którego nie wystarczy mi na własny kawałek ziemi. Więc wolę poczekać z wyrokiem.

Bielec klepnął go w ramię.

– Daj sobie dwa rejsy. Potem będziesz równie głupi jak my.

– Jeden. Velt powiedział jeden próbny.

– Właśnie. Po pierwszym będziesz chciał drugi.

– Skąd wiesz?

Jakub spojrzał na zatokę.

– Bo każdy z nas przed pierwszym mówił, że chce tylko zarobić i zejść na ląd.

Marcin chciał odpowiedzieć, ale z dziobu dobiegł wrzask Velta:

– Bielec! Jeśli skończyłeś pokazywać mu widoki, znajdź sobie pracę!

Jakub odkrzyknął:

– Już idę!

Po czym powiedział ciszej:

– Widzisz? Szczęśliwy.

* * *

Do wieczora Marcin sprzedał konia.

Dostał za niego mniej, niż chciał, więcej, niż spodziewał się po pierwszej propozycji kupca, i odszedł z przekonaniem, że został oszukany. Było to uczucie na tyle znajome, że niemal poprawiło mu humor.

Kupił grubszą wełnianą czapkę, zapas suchych skarpet, osełkę i mały nóż. Bielec kazał mu też kupić dodatkową koszulę.

– Mam dwie.

– Będziesz miał trzy.

– Po co?

– Żebyś mógł założyć suchą.

– Jeśli dwie będą mokre?

– Kiedy dwie będą mokre.

Marcin chciał zapytać, dlaczego wszystko na morzu musi być mokre, ale uznał, że odpowiedź mu się nie spodoba.

Noc spędzili w izbie wynajętej nad gospodą. Bielec zasnął niemal natychmiast. Marcin leżał dłużej, słuchając wiatru uderzającego o okiennice.

Nie bał się wypłynięcia.

Przynajmniej tak sobie mówił.

Bał się wielu rzeczy podczas wojny. Pierwszej salwy przed szturmem. Ciszy w lesie, kiedy zwiad nie wracał. Konia wpadającego w błoto pod ostrzałem. Gorączki, która zabijała człowieka w trzy dni i nie pozwalała nawet udawać odwagi.

Morze nie było jeszcze strachem. Było niewiedzą.

I właśnie to drażniło go bardziej.

Zasnął dopiero wtedy, gdy postanowił, że nauczy się wszystkiego, czego będzie potrzebował, żeby więcej nie stać na pokładzie jak chłop patrzący pierwszy raz na kuszę.

Przed świtem Bielec kopnął go w stopę.

– Wstawaj.

Marcin otworzył oczy.

– Jeszcze noc.

– Morze nie wie.

– Powiedz mu.

– Sam mu powiesz.

Na dole zjedli chleb, kawał zimnej ryby i cebulę. Marcin wypił kubek cienkiego piwa. Gdy wyszli, miasto było niemal całkiem ciemne. Tylko od strony portu przesuwały się światła latarni.

Wiatr był silniejszy niż poprzedniego dnia.

Przy „Nadziei” panował ruch. Ludzie przenosili ostatnie beczki. Ktoś liczył broń. Ktoś inny sprawdzał liny. Velt stał na pokładzie i wyglądał, jakby nie spał od tygodnia, choć prawdopodobnie zawsze wyglądał podobnie.

– Żarnowski! – zawołał. – Myślałem, że koń wygrał.

– Sprzedałem go.

– Mądry człowiek.

– Koń czy ja?

– Koń. Został na lądzie.

Marcin wszedł po trapie.

Tym razem ruch desek pod stopami nie zaskoczył go aż tak bardzo.

Bielec pokazał mu miejsce pod pokładem, gdzie miał trzymać rzeczy. Słowo „miejsce” okazało się przesadą. Marcin dostał kawał drewnianej skrzyni i przestrzeń niewiele szerszą od własnych ramion. W powietrzu mieszał się zapach smoły, mokrych ubrań, prochu, starego drewna i ludzi.

– Tutaj śpimy?

– Czasem.

– A gdzie śpimy zwykle?

– Tam, gdzie się da.

– Coraz bardziej mi się podoba.

– Poczekaj na jedzenie.

Na pokładzie rozległ się krzyk.

– Odbijać!

Marcin wyszedł na górę.

Przez następne minuty wszyscy wokół niego wydawali się wiedzieć, co robią. To było irytujące.

Liny przechodziły z rąk do rąk. Ludzie odciągali statek od pomostu. Janek biegł boso po mokrych deskach, choć było zimno. Rybitwa stał przy sterze i rzucał krótkie polecenia. Velt odpowiadał innym. Żagiel zaczął rozwijać się wysoko nad głową Marcina z ciężkim trzepotem płótna.

– Żarnowski! – krzyknął Bielec.

– Co?!

– Nie stój!

– Gdzie mam iść?!

– Gdziekolwiek, byle nie tutaj!

Marcin uskoczył w chwili, gdy dwóch marynarzy przeciągnęło obok niego linę.

Ktoś się roześmiał.

Marcin odwrócił głowę.

Janek.

– Śmiej się – powiedział Marcin. – Przy pierwszym abordażu zamienimy się miejscami.

– Chętnie!

– Wtedy ja będę się śmiał.

– Jak przeżyję!

– Właśnie.

Janek przestał się uśmiechać na sekundę, po czym roześmiał się jeszcze głośniej.

„Nadzieja” odsuwała się od brzegu.

Puck powoli pozostawał za rufą. W półmroku widać było dachy, wieżę kościoła i nikłe światła. Marcin oparł dłoń o burtę.

Ziemia oddalała się wolniej, niż oczekiwał.

Jeszcze niedawno mógłby zeskoczyć do łodzi i wrócić. Po chwili nawet ta myśl zaczęła być głupia. Woda między statkiem a brzegiem rosła. Budynki malały. Ludzie na pomoście stali się sylwetkami.

Marcin poczuł coś, czego nie zaznał podczas żadnej drogi lądowej.

Nie chodziło o odległość.

Na lądzie droga zawsze prowadziła przez coś: las, pole, wieś, wzgórze. Tutaj przed dziobem nie było niczego poza wodą.

Rybitwa podszedł do burty kilka kroków od niego.

– Patrzysz, jakby ci Puck ukradli.

– Sprawdzam, czy jeszcze tam jest.

– Będzie, jak wrócimy.

– Jeśli wrócimy.

Rybitwa spojrzał na niego.

– Jeśli nie, to bez różnicy.

Marcin parsknął.

– Wy wszyscy tutaj tak pocieszacie ludzi?

– Nie mamy kapelana.

Wiatr wypełnił żagle. Statek przechylił się lekko.

Marcin poczuł ruch pod stopami.

Nie taki jak przy pomoście. Teraz pokład uniósł się, zatrzymał i opadł. Po chwili znowu. I jeszcze raz.

Zmarszczył brwi.

Rybitwa popatrzył na niego z boku.

– Co?

– Nic.

– Jesteś blady.

– Jest ciemno.

– To pewnie dlatego.

Marcin odszedł od burty.

Po kilku minutach zaczęło mu być gorąco.

Zdjął czapkę.

Po następnych pięciu poczuł, że śniadanie przesuwa się w żołądku w sposób, którego zdecydowanie nie powinno.

Bielec pojawił się obok z kawałkiem liny w ręku.

– Wszystko dobrze?

– Tak.

– Wyglądasz jak trup.

– Ty zawsze wyglądasz jak trup.

– Ale ja nie jestem zielony.

– Odejdź.

Bielec uśmiechnął się szeroko.

– Tylko nie pod wiatr.

Marcin zdążył zrobić dwa kroki do burty.

Zgiął się wpół i zwymiotował do zatoki.

Za plecami rozległ się śmiech kilku ludzi.

Marcin zacisnął dłonie na relingu.

Następna fala uniosła statek.

Żołądek odpowiedział natychmiast.

Zwymiotował drugi raz.

Kiedy wreszcie wyprostował się nieco, obok stał Rybitwa.

Nie śmiał się.

To było niemal gorsze.

– Dobry żołnierz? – zapytał.

Marcin otarł usta rękawem.

– Podobno.

Rybitwa spojrzał na szarą wodę przed dziobem.

– Morze jeszcze o tym nie wie.

Marcin chciał odpowiedzieć.

Nie zdążył.

Znów wychylił się za burtę.

Za plecami „Nadzieja” niosła śmiech ludzi ku otwartym wodom zatoki, a Puck znikał powoli w jesiennej mgle.

Marcin Żarnowski rozpoczął swoją służbę na morzu z czołem opartym o mokry reling i gorzkim smakiem piwa w ustach.

Nie był to początek, którym zamierzał kiedyś się chwalić.

ROZDZIAŁ II

PIERWSZA ZDOBYCZ

Marcin obudził się z przekonaniem, że ktoś przez całą noc przewracał go z boku na bok.

Otworzył oczy i przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Nad twarzą miał ciemne belki, pomiędzy nimi zwisały liny i ubrania. Z lewej dochodziło chrapanie, z prawej czyjś łokieć wbijał mu się w bok. Powietrze było ciężkie od wilgoci, potu, smoły i czegoś kwaśnego, co mogło być wczorajszą strawą albo czyimiś butami.

Potem pokład uniósł się powoli pod jego plecami.

Marcin zacisnął zęby.

Żołądek odpowiedział ostrzegawczym skurczem.

– Nie – powiedział cicho.

Z góry dobiegły kroki. Ktoś zawołał coś, czego nie zrozumiał. Po chwili odpowiedział mu inny głos, a nad głową Marcina przesunęło się kilka par stóp.

Bielec spał obok, z głową opartą o zwinięty płaszcz. Marcin trącił go kolanem.

– Wstawaj.

Jakub otworzył jedno oko.

– Po co?

– Statek się rusza.

– Od wczoraj.

– Mocniej.

– Wiatr się podniósł.

Bielec zamknął oko.

Marcin patrzył na niego przez chwilę.

– Jak możesz spać?

– Leżąc.

– Jakub.

– Co?

– Zaraz zwymiotuję.

Bielec odsunął się natychmiast.

– To na górę.

Marcin poderwał się, uderzył czołem w belkę i zaklął tak głośno, że ktoś po drugiej stronie pomieszczenia roześmiał się bez otwierania oczu.

Przecisnął się pomiędzy śpiącymi, znalazł schodki i wyszedł na pokład.

Świt dopiero nadchodził. Niebo na wschodzie było jaśniejsze, ale morze nadal wyglądało jak czarna, pomarszczona blacha. „Nadzieja” pracowała na krótkiej fali, raz unosząc dziób, raz opadając w zagłębienie pomiędzy grzbietami wody. Wiatr ciągnął żagle i gwizdał w olinowaniu.

Marcin dopadł burty.

Stał tak dłuższą chwilę, czekając na najgorsze.

Najgorsze nie przyszło.

Żołądek nadal miał w sobie coś z buntownika, ale tym razem nie próbował uciec przez gardło.

– Postęp.

Marcin odwrócił głowę.

Rybitwa stał kilka kroków dalej, owinięty grubym kaftanem. Trzymał dłoń na drewnianej części urządzenia sterowego i patrzył przed siebie.

– Nie pytałem – powiedział Marcin.

– Wiem.

– Zawsze tak mało mówisz?

– Nie.

Marcin poczekał.

Rybitwa nic nie dodał.

– Rozumiem.

Sternik wskazał brodą na wiadro stojące przy maszcie.

– Napij się wody. Mało.

– Piwo byłoby lepsze.

– Jak chcesz znowu oddać je morzu, to twoje pieniądze.

Marcin podszedł do wiadra, nabrał wody drewnianym kubkiem i wypił kilka małych łyków. Była chłodna i miała lekko beczkowy smak.

– Gdzie jesteśmy?

Rybitwa popatrzył na niego.

– Na statku.

– Bardzo pomocne.

– Pytaj dokładniej.

Marcin westchnął.

– Jak daleko od Pucka?

– Dość daleko, żebyś nie dopłynął.

– A do brzegu?

– Zależy którego.

– Zaczynam rozumieć, dlaczego Velt cię lubi.

– Nie lubi.

– Jeszcze lepiej.

Na dziobie pojawił się Janek. Miał na sobie za dużą wełnianą kurtę, spod której wystawały bose łydki. Przeszedł po mokrym pokładzie tak pewnie, jakby był na rynku.

– Pan Żarnowski już nie umiera? – zapytał.

– Jeszcze nie.

– Szkoda. Bielec mówił, że dostanę pana buty.

– Bielec nie dostanie nawet mojej koszuli.

– Też dobrze.

Marcin spojrzał na jego stopy.

– Nie jest ci zimno?

Janek wzruszył ramionami.

– W butach się ślizga.

– A bez butów można sobie rozciąć stopę.

– Można.

– I?

– Jeszcze sobie nie rozciąłem.

Marcin pokręcił głową.

– Ilu masz lat?

– Dziewiętnaście.

– To wyjaśnia wszystko.

– Co?

– Nic. Przejdzie ci.

Janek roześmiał się i pobiegł dalej.

Rybitwa rzucił bez odwracania głowy:

– Nie przejdzie.

* * *

Pierwszego dnia Marcin zrozumiał, że na statku można być jednocześnie potrzebnym i całkowicie bezużytecznym.

Velt przyjął go po to, żeby dowodził zbrojnymi podczas walki, ale walki nie było. Była za to praca, która trwała od świtu do zmroku i jeszcze dłużej, podzielona na wachty, zmiany żagli, pilnowanie kursu, wybieranie wody zęzowej, poprawianie lin, sprawdzanie zapasów, czyszczenie broni i niezliczone czynności, których nazw Marcin nie znał.

Kiedy próbował pomagać, zazwyczaj ktoś przesuwał go na bok.

Za pierwszym razem Janek.

– Nie tę linę.

– Przecież ją ciągnę.

– Właśnie dlatego.

– A którą mam ciągnąć?

– Żadnej.

Marcin puścił linę.

– To po co krzyczałeś, żeby ciągnąć?

– Do Stacha krzyczałem.

– Powiedziałeś: „Ciągnij!”.

– Stach wie, że do niego.

Marcin spojrzał na chłopaka długo.

– Przy pierwszym abordażu będziesz nosił tarczę przede mną.

– Nie mamy tarcz.

– Znajdę.

Drugi raz przesunął go na bok Rybitwa, kiedy Marcin stanął w miejscu, przez które za chwilę miała przejść napięta lina.

– Tu nie stój.

– Dlaczego?

– Bo jak puści, zetnie ci nogę.

Marcin przesunął się natychmiast.

Po raz trzeci sam uznał, że lepiej nie pomagać, kiedy zobaczył Bartela Krusego przy jednym z większych dział.

Puszkarz zdjął z lufy brezent, sprawdził otwór zapałowy i obejrzał lawetę z taką uwagą, jaką niektórzy księża poświęcali relikwiom. Obok niego leżały wyciory, wiadro, drewniane kliny i przyrządy, których Marcin nie potrafił nazwać.

– Mogę coś zrobić? – zapytał.

Bartel spojrzał na niego spod gęstych brwi.

– Umiesz?

– Nie.

– To już zrobiłeś.

Marcin odszedł.

W południe dostali chleb tak twardy, że można było nim rzucać w ludzi, soloną rybę i cebulę. Do tego cienkie piwo. Bielec usiadł z nim pod osłoną burty.

– I jak? – zapytał.

– Jak co?

– Morze.

Marcin oderwał kawałek chleba i zaczął go żuć.

– Mokre.

– Tyle zauważyłeś?

– Jeszcze ciasne, zimne i pełne ludzi, którzy są przekonani, że każdy powinien wiedzieć, którą linę mają na myśli.

Jakub parsknął.

– Po tygodniu będziesz wiedział.

– Nie zamierzam tu siedzieć tygodnia bez pożytku.

– To się naucz.

Marcin spojrzał na niego.

– Czego?

– Tego wszystkiego.

– Mam prowadzić zbrojnych.

– A jak Velt każe ci zebrać ludzi przy lewej burcie, a ty pobiegniesz na prawą?

– Wiem, gdzie jest lewa burta.

– Na pewno?

Marcin wskazał bez namysłu.

Bielec popatrzył tam, potem na niego.

– Dobrze.

– Co miało być trudne?

– Nic. Chciałem zobaczyć, czy jesteś tak głupi, jak wyglądasz.

Marcin rzucił w niego kawałkiem chleba.

Jakub złapał go i zjadł.

Po posiłku Velt znalazł Marcina przy rufie.

– Dlaczego nic nie robisz?

Marcin uniósł brwi.

– Jak próbuję, każą mi nie robić.

– Mądrzy ludzie.

– Miałem prowadzić zbrojnych.

– Prowadź.

– Dokąd?

– Na razie do skrzyni z bronią.